Czy to się nagrywa? - Tomasz Pindel

-
Proszę czekać

Franciszek Gąstoł (l. 37), miejscowość Garb, powiat jasielski

No pamiętam to bardzo dobrze, w sumie sporo się podziało od tamtego czasu, ale, kurde, tak jakoś mi to w pamięci utkło, wie pan, są takie dni w życiu człowieka, że się tak w... ten... no..., wprasowują człowiekowi w głowę. Staliśmy we trzech, na przystanku pekaesu, u nas we wsi, to taki zwykły przystanek jest, podmurówka taka i dach z blachy trapezowej, ławeczka też jest, ale strasznie usyfiona, ja bym tam nie siadał. No i staliśmy, jak mówię, we trzech, paliliśmy papierosy, znaczy my ze Staszkiem paliliśmy, bo Muniek wtedy nie kurzył, rzucił, matka mu kazała, bo już tak kaszlał, że by sobie płuca wypluł czy co, tak mówiła. Paliliśmy już chyba czwartego czy piątego, bo nie było całkiem jasne, o której one przyjadą, u nas drogi kiepskie, jak się z Krupnej jedzie najkrótszą drogą, to się człowiek pakuje w takie wertepy, że Jezu, asfaltu ledwie co zostało, a kratery takie wychamrane, że zawieszenie można zerwać, więc nie było jasne, jak one prędko dadzą radę zajechać.

No i padał deszcz, zacinał tak z ukosa, że aż bębniło w tą blachę trapezową, bum, bum, bum, czerwiec to był albo początek lipca, ale pogoda chujowa... Że co? Żeby nie bluzgać? A to się nagrywa? No dobrze, ale sam pan mówił, żeby mówić, jak było. Więc pogoda taka, no beznadzieja, deszcz walił, niby nie za gruby, ale że od razu przemoczy, zimno jak skur..., znaczy bardzo zimno, para z gęby leciała normalnie, więc ja mówię do Staszka: te, kurde, taki ziąb i syf, że może one zawróciły, co? Ee, może nie, mówi Staszek, w telewizji mówili, że jutro ładnie ma być. No, wtrącił się Muniek, dziś opady przejściowe, a jutro rozpogodzenia i temperatura powyżej dwudziestu stopni, wiatr zmienny i umiarkowany, tak mówili w prognozie. No to paliliśmy dalej, deszcz napierdalał w dach coraz mocniej, aż mi trochę ręce skostniały. Elegancko byłem ubrany, nie powiem, odprasowałem se koszulę, tą flanelową w kratę, spodnie wziąłem od garnituru, ale już samego garnituru nie, bo przecież to miało spotkanie być, tak ludzie z ludźmi, a nie pogrzeb czy msza. Muniek to się ubrał jak w duże święto do kościoła, marynarka ojca, spodnie ojca, buty na glanc wypastowane, nawet krawat se, kurde, założył, ale to nie tyle jego pomysł był, tylko matki, on z matką mieszka i już go ona wyszykowała na tę okazję. Ja to sam gospodarzę, Staszek też, Staszek robi z końmi, w stadninie w Regretowie, tam jest taki duży ośrodek, kupę ludzi z miasta się zjeżdża, jeżdżą na tych koniach, jedzą, piją, turystyka, wie pan. Staszek to się tak zwyczajnie ubrał, koszulka, ta z mundialu, spodnie zwykłe, normalnie po prostu. No i stoimy tak, palimy, deszcz pada, bum, bum, bum, w blachę, i nagle Muniek mówi: Jedzie coś! Nastawiamy uszu - rzeczywiście, słychać opony na szosie. Wyglądamy spod przystanka - jedzie, czerwone, ja od razu nie wypatrzyłem, ale Staszek z miejsca mówi: peugeot trzysta osiem. I zajeżdża ten peugeot pod przystanek, zatrzymuje się, zagaszamy szybko ze Staszkiem pety w kałużach, Muniek włosy zaczesuje palcami, krawat poprawia, ja jeszcze koszulę flanelową wygładzam sobie na klacie i brzuchu, Staszek odchrząka, ale widać, że spięty, bo spluwa tak dyskretnie, bokiem, żeby tam z auta nie widzieli, i drzwi się otwierają, najpierw te kierowcy, z przodu, potem te z tyłu, a na końcu te pilota, i wtedy one wysiadają, wszystkie trzy, i ja, w tym deszczu, co wciąż daje i daje, podchodzę do tej, co prowadziła, wyciągam rękę, elegancko, i mówię, tak swobodnie, jak pani instruktor mówiła, na luzie i swobodnie: Dzień dobry, witamy w Garbie.

Dr Jerzy Sobiesiak (l. 34), Instytut Socjologii, Uniwersytet Małopolski, Kraków

Wszystko zaczęło się tego dnia, kiedy na zebraniu Instytutu wypiłem mleko do kawy prosto z dzbanuszka. Nie mam pojęcia, co mnie wtedy opętało, naprawdę, choć muszę przyznać, że od jakiegoś czasu ogarniały mnie takie, jak by to powiedzieć, stany psychotyczne?, psychosomatyczne?, może po prostu egzystencjalne i już. Zasadniczo jestem człowiekiem - przynajmniej takie mam o sobie wyobrażenie - dość poukładanym. A na pewno taki byłem. Studia socjologiczne ukończone cum laude, średnia pięć zero. Przyjęty na studia doktoranckie, doktorat napisałem w trzy lata, obrona przebiegła znakomicie, w - by tak rzec - atmosferze intelektualnych zmagań, z których, nieskromnie powiem, wybrnąłem chyba jednak błyskotliwie. Z miejsca zatrudniono mnie w Instytucie Socjologii, w rok po obronie opublikowałem poszerzoną wersję doktoratu w prestiżowej serii prowadzonej przez profesora Micikowskiego w wydawnictwie Academicus. Przyznano mi grant na badania własne i pojechałem na European Sociological Challenge and Research Conference w Mediolanie jako jeden z trzech przedstawicieli polskich uczelni. No, słowem wiatr w żagle, naprawdę miałem poczucie, że stoję mocno na nogach i że wiem, do czego zmierzam. Po prostu urodzony do akademickiego życia, tak sobie myślałem.

Niemniej kilka lat temu zaczęły mi się te dziwne stany, zaczęło się takie, wie pan, poczucie lekkiej utraty kierunku. Pamiętam różne sytuacje. Na przykład siedzę na kolokwium zaliczeniowym z metod ilościowych w badaniach społecznych, taki kurs semestralny na trzecim roku, ja za katedrą, to znaczy tak naprawdę za ławką, u nas żadnych tam katedr nie ma, i te sześćdziesiąt osób w milczeniu pochylone nad testami, cisza jak makiem zasiał, bo ja poważnie traktuję wszelkie formy zaliczenia i za szepty, zamieszania jakieś czy próby ściągania natychmiast odliczam karnie punkty, tak więc siedzę przed tą rzeszą pogrążonych w pracy studentów i nagle przychodzi mi do głowy myśl: a gdybym tak puścił teraz bąka? Przypadkiem, oczywiście. Powiedzmy, że zjadłbym w stołówce kapuśniak na wczesny obiad. I ta myśl nie daje mi spokoju, zaczynam chichotać, kompletnie idiotycznie, jedna studentka z pierwszego rzędu zauważa, że coś się ze mną dzieje, a ja, zamiast się uspokoić, rechoczę jeszcze bardziej, studenci zaczynają podnosić głowy znad testów, widzą, że mnie coś wzięło. Boże, jak tu zachować decorum, autorytet w takiej sytuacji?

Albo jestem na egzaminie ustnym, przede mną studentka, niebrzydka nawet, pytam ją o konflikty społeczne i Huntingtona, a ona coś tam mówi, nie za składnie, bardzo niepewnie, ale mówi, widać, że podstawowe wiadomości opanowała, na zajęciach też ją w końcu widywałem, ale nagle zdaję sobie sprawę, że ona jakoś tak dziwnie wymawia, jakby z leciutkim mlaskaniem, naprawdę delikatnym, ale wyraźnie słyszalnym, i przestaję w ogóle zwracać uwagę na to, co mówi, tylko analizuję ten delikatny pomlask, zastanawiam się, czy to może aparat ortodontyczny (ale go nie dostrzegam), czy jakaś przyczyna fizjologiczna, w każdym razie nie mam pojęcia, czy od tych paru minut mówi na temat, czy nie, wiem tylko, że sobie pomlaskuje. I ostatecznie daję jej czwórkę, ale nie mam pojęcia, czy skrzywdziłem dziewczynę, czy może zawyżyłem notę.

W każdym razie tego dnia na zebraniu Instytutu nalałem sobie z termosu dość nędznej kawy, jakaś neska rozpuszczalna, i zabieliłem ją mlekiem z takiego malutkiego plastikowego pojemniczka. I dopiero kiedy tę niesmaczną kawę wypiłem, zdałem sobie sprawę, że obok stoi dzbanuszek z porządnym, normalnym mlekiem, UHT 3,2%. Profesor Miliczkiewicz, mój szef, mówił coś o zmianach programowych wprowadzonych przez ministerstwo, a ja, nie mam pojęcia dlaczego, złapałem nagle za ten dzbanuszek i jednym haustem go opróżniłem. Nietrudno sobie wyobrazić, jaka zapanowała wtedy konsternacja. Profesor Turlej zamarła ze swoją filiżanką w pół drogi między blatem a ustami. Doktor habilitowany Grzesiak patrzył na mnie, jakby nie wiedząc, czy parsknąć śmiechem, czy nasrożyć te swoje krzaczaste brwi. Doktor Witt niczego nie zauważył, jak zwykle wgapiony w dekolt magister Daszyckiej, naszej doktorantki, która razem z magister Pilipiak, doktor Micą i doktor Tutajską zgodnie rozdziawiły usta na widok mojego ekscesu. Cisza zapadła niezręczna. Wtedy profesor Miliczkiewicz spojrzał na mnie sponad swoich okularów, odchrząknął i mówi: Panie doktorze Sobiesiak, a tak przy okazji, to jaki pan będzie w tym roku prowadził projekt badawczy, co? No i wtedy zrobiło mi się zimno, bo wiedziałem, że to jest pytanie z drugim, bardzo dla mnie nieprzyjemnym, dnem.

Młodszy aspirant Marek Augustyn (l. 27), Posterunek Policji w Krupnej, powiat jasielski

U nas jest okolica raczej spokojna. To znaczy może nawet nie to, że spokojna - po prostu mało ludzi tu mieszka. Pan wie, mieszkańców stąd po wojnie przesiedlili, to się pusto zrobiło: wsie oddalone od siebie, nieliczne. W związku z czym wskaźnik przestępczości jest u nas też raczej niski i mamy zazwyczaj do czynienia ze sprawami mniejszego, że tak powiem, kalibru. Tak, alkohol jest problemem, zatrzymania kierowców w stanie wskazującym na spożycie się zdarzają, nie dalej jak tydzień temu mieszkaniec Poświątkowej Wielkiej wjechał ciągnikiem Ursus w płot sąsiada, straty materialne były. Albo mieliśmy sprawę o wybryk chuligański, z artykułu pięćdziesiątego pierwszego, paragraf drugi, dwóch przyjezdnych poszarpało się pod barem z dwoma tutejszymi, złamanie nosa i mniejsze obrażenia. Czyjego nosa? No przyjezdnego, oczywiście. Mieliśmy kradzież rozbójniczą, artykuł dwieście osiemdziesiąty pierwszy, paragraf pierwszy, taki jeden element tutejszy chciał się obłowić w sklepie spożywczym, choć obłowić to się nie obłowił, ze dwieście złotych wyniósł i kilka puszek pasztetu drobiowego, zresztą zaraz go pod Nowym Gadzinowem złapali. No takie sprawy, sam pan widzi, to nie jest na poziomie tych śledztw, co to w telewizji pokazują w programach o pracy policjantów. Dlatego ta historia w lesie to był jednak szok.

Czy tam byłem? Tak, brałem udział w oględzinach zwłok. Koszmarny widok, jak struty chodziłem przez kilka dni. To była młoda kobieta, ale musiała nie żyć od dłuższego czasu - już nie wiem, czy sam do tego wniosku doszedłem, czy usłyszałem komentarz lekarza sądowego z Rzeszowa, w każdym razie wyglądała na ciało mocno już, jak to powiedzieć, zepsute po prostu. Przysypana liśćmi i ściółką, ręce i nogi rozrzucone na boki i ta okropna rana, wielka wyszarpana dziura w brzuchu, potworne.

No i ja wtedy już wiedziałem, czułem to jakoś, że teraz się dopiero zacznie.

Eliza Goniec (l. 36), editorial director, McGroove Publications Poland, Warszawa

To był okres, kiedy naprawdę byłam w formie, po prostu czułam się fizycznie świetnie, te jakieś złe fazy miałam już za sobą, trzymało się mnie doskonałe samopoczucie, autentyczne feeling good, myślę, że udało mi się wtedy złapać rytm, który godził te trzy elementy: moje wewnętrzne ja, moją fizyczność i moją karierę.

Pamiętam doskonale ten dzień poprzedzający to, o czym mam panu opowiedzieć. Wstałam rano o siódmej trzydzieści, zawsze budzi mnie CD, nastawiony mam zwykle jakiś kawałek Madonny, bo ona ma energetyczną muzykę, no i jest jednak prawdziwą kobietą sukcesu. Letni prysznic, żel energizujący La Roche Posay, potem do kuchni, jogurt zero procent, naturalny, garść musli, trzy chlebki wasa, jabłko, woda. Wrzucam dres i ręcznik do torby, lecę na gym, najpierw seria ćwiczeń fitnessowych, potem step, kilka długości basenu - w dni robocze nie mam czasu na naprawdę intensywny trening - wracam do domu - gym mam szczęśliwie za rogiem kawałeczek - znów prysznic, krem pod oczy Bioderma, krem przeciwzmarszczkowy z proteinami, podkład w odcieniu 006, tu jestem konsekwentna, cień do powiek, mascara Max Factor 2000 Calorie Dramatic Look - jedyne kalorie, jakie naprawdę lubię, hi, hi - troszeczkę różu Bourjois, ale troszeczkę tylko. Nie mam czasu na długie deliberacje garderobiane, więc wkładam szare spodnie w kant z Monnari, białą koszulę od Zary, krótkie wahanie nad torebką - wybieram jedną z czarnych, z biżuterii - tylko zegarek. Zjeżdżam do podziemnego garażu, kłania mi się pan Włodek, nasz stróż, wsiadam do mojego nowego peugeota 308, krwistoczerwony i błyszczący po świeżym woskowaniu, i w niecałe dwadzieścia minut jestem w biurze.

Awansowałam jakieś... no teraz będzie ponad rok, wtedy sprawa była dość świeża, w każdym razie stanowisko editorial director to naprawdę gruba rzecz, tu już nie ma miejsca na improwizację czy działanie na ślepo. Nie wszyscy byli mi przychylni, oj nie, wie pan, zawiść i ostra konkurencja to codzienność w świecie biznesu, ale w tym czasie mój projekt, mój autorski projekt serii przewodników miejskich dla kobiet - nie wiem, czy pan miał w ręku jakiś nasz przewodnik, Women's City nazwaliśmy tę serię - okazał się strzałem w dziesiątkę, co oczywiście mnie nie zaskoczyło, bo naprawdę naharowałam się nad tym jak wół, zleciłam bardzo wyczerpujące badania focusowe, mieliśmy świetnie rozpracowany target, no i po prostu to hulało.

Tego dnia mój bezpośredni zwierzchnik, Piotr - naprawdę klasa człowiek, jest wymagającym szefem, ale potrafi kreować atmosferę twórczego ścierania się myśli, umie sprawić, że firma naprawdę, jak by to powiedzieć, tętni - więc tego dnia Piotr umówił się ze mną na dziesiątą ej em w swoim gabinecie, mieliśmy krótką rozmowę o aktualnym stanie projektu i muszę powiedzieć, bez fałszywej skromności, że skomplementował nie tylko mój projekt - no o nim to się już wyrażał pochlebnie przy innych okazjach - ale przede wszystkim mój styl prowadzenia spraw, mój approach do personelu i odpowiedzialność w stosunku do HQ w Londynie.

Potem miałam godzinkę na korespondencję, krótkie i robocze spotkanie z teamem od image'u -wystarczyło ich nakierować i zmotywować, ci ludzie potrafią pracować kreatywnie i szybko - a potem lunch z szefową działu promocji, trochę luźny, ale jednak parę spraw konkretnych udało się ustalić, briefing tego spotkania sporządziłam zresztą od razu, żeby to było jednak na papierze. Po południu trochę koniecznego PR-u: sesja zdjęciowa do "Wysokich Obcasów", będzie z tego tekst o kobietach aktualnie na szczytach polskiego biznesu, a potem uczestniczyłam w wywiadzie naszej autorki poradników erotycznych dla współczesnych kobiet dla jednego z największych tygodników, bardzo udany interview. Zrobiło się już koło piątej, więc zdążyłam jeszcze przez dwie godzinki nadrobić mejlowe zaległości, była jedna nieprzyjemna sprawa z pionem księgowym, nie powiem, mejla wysmażyłam dość stanowczego, UDW do Piotra oczywiście, musi być płynność informacji.

Więc jakoś po siódmej wyszłam z biura, podjechałam pod market, kupiłam składniki na lekką sałatkę na kolację i koktajl owocowy, zjechałam na podziemny parking, wjechałam windą na górę, weszłam do mojego mieszkania - skończyłam je urządzać jakieś dwa miesiące wcześniej, dizajnerski apartamencik, jak pan widzi - więc weszłam do mieszkania, po tak wartościowym i energetyzującym dniu, odłożyłam klucze na półeczkę i torebkę na szafkę - i wybuchłam płaczem.

Katarzyna Kubisińska (l. 35), działaczka Partii Rozwoju Polski, Warszawa

Kobiecie nie jest łatwo w polityce. Niby wszyscy to wiedzą, ale jakoś nic z tego nie wynika. Od czasu do czasu komuś w mediach temat się przypomina, robi się szum wokół jakiejś kobiecej inicjatywy, że parytet, że ZUS dla kobiet zajmujących się domem, takie tam, przepraszam, ćmoje-boje, to znaczy to są poważne sprawy, ale używa się ich jako wydmuszek wyborczych, w sensie kiełbas, albo jako waty do zapychania medialnych, proszę pana, potrzeb.

Ja to u nas w partii bardzo wyraźnie widziałam. Jak trzeba było do radia na rozmowę iść albo skomentować w Panoramie jakiś wybryk opozycji, to oczywiście zawsze panom się to proponowało. Że już o obsadzaniu stanowisk po wygranej wyborczej nie wspomnę. Byliśmy wtedy partią rządzącą, od trzech lat niemalże, i choć nieźle się napracowałam w okresie wyborczym, naprawdę nieźle, to nigdy, powtarzam: nigdy nie aspirowałam ani nie miałam pretensji do jakichś stanowisk.

Dlaczego? Bo ten świat, jak mówię, zdominowali mężczyźni, proszę pana. Poza tym ja też się tak strasznie przed te kamery nie garnęłam, nie bardzo lubię funkcjonować publicznie, odpowiadać na konferencjach prasowych, reagować na zaczepki, insynuacje czy inne takie, co to ludziom się wydaje, że politycy są od tego, żeby w nich jak w bęben walić. Choć jak to wszystko się rozkręciło, to trafiłam na chwilę do pierwszego szeregu i na pierwsze strony. Ale ja zawsze lepiej się czułam jako taka kadra zaplecza, jako jedna z tych, co twórczo generują, co pracują w zaciszu nad programem, nad ogólnymi wytycznymi i szczegółowymi planami ich realizacji - i niech tam sobie inni się tym przed kamerami chwalą, mnie wystarcza świadomość, że naprawdę kształtuję rzeczywistość, tę naszą, polską.

Skąd mi to przyszło do głowy? Dwie rzeczy się na to złożyły, proszę pana. Pierwsza: czynnik zewnętrzny. PRP rządziła od trzech lat, wybory za pasem, premier Targosz zatrzymał się w rankingach popularnościowych na niezłym poziomie, ale wszyscy wiedzieliśmy, że takie zatrzymanie to początek nieubłaganego spadku. Partia potrzebowała czegoś świeżego, jakiejś idei, która przyćmi fakt, że z wyborczych obietnic dobrobytu i socjalnego przewartościowania niewiele udało się wprowadzić w życie. Pan może pamięta, to nie był okres dla kraju zły, nie, gospodarka szła nieźle, w ogóle radziliśmy sobie dobrze, ale taka stabilna skuteczność nie jest efektowna i ludzie się nudzą i głosują - absurdalnie! - na wyrazistszych. Trzeba nam było czegoś nowego.

A druga przyczyna, ta wewnętrzna, jest taka, że ja też musiałam znaleźć sobie jakiś cel i jakieś miejsce. Właśnie wróciłam z macierzyńskiego. To piękny jest okres, proszę pana, ale odmóżdża: pieluchy, zupki, soczki, pranie, usypianie, a jak uśnie w końcu, to człowiek ma godzinkę na to, żeby sprzątnąć, ugotować drugie, poprasować, najlepiej byłoby się jeszcze zdrzemnąć po fatalnej nocy, a tu starsza córka domaga się, że skoro mała śpi, to mamy się razem pobawić. No, to nie jest łatwy czas, a takie wypadnięcie z bieżącego obiegu otoczenie zaraz wyczuje i wykorzysta, jeśli się uda. I ja takiej szansy dać im nie zamierzałam.

I wtedy usłyszałam o tych badaniach - i wszystko mi się poukładało w głowie.

Dr Jerzy Sobiesiak (l. 34), Instytut Socjologii, Uniwersytet Małopolski, Kraków

Bo wie pan, istnieje taka tendencja społeczna, takie wyobrażenie, że życie pracownika akademickiego, jego działalność zawodowa, to jest takie, za przeproszeniem, puszczanie gazów w stołek. Że przychodzi sobie taki na zajęcia parę razy w tygodniu, coś tam zaimprowizuje, potem przeegzaminuje i sprawa załatwiona. Moja ciotka, na przykład, zawód wykonywany: sklepowa w małej miejscowości - ona jest przeświadczona, że ja i ludzie mi podobni to czysta klasa próżniacza, choć Veblena to raczej nie czytała, he, he, darmozjady wręcz, tyle że przez kulturę osobistą ubiera to w inne słowa. Moi koledzy z kolei, jeszcze z czasów licealnych się znamy, ekonomiści i prawnicy w dużej mierze, nic tylko o studentkach gadają. Może pan sobie wyobrazić te żarciki: egzamin ustny miałeś, mówią, a ładne te studentki masz, a mają j ęzykowe zdolności, szkoda nawet to powtarzać, żenujące. Ale nie myśli się jakoś, wcale się nie myśli o tym, że zatrudnienie w szkolnictwie wyższym to jeden z bardziej represyjnych systemów pracodawczych. Zasuwasz przez kilka lat, żeby zrobić doktorat: badania, zajęcia, orzą tobą jak jeleniem jakimś, komisje, recenzje, dostajesz zatrudnienie za pensję - umówmy się - nie-powalającą na kolana, ale to wcale nie koniec. Że wykłady, że ćwiczenia, że dyżury, że komisje rekrutacyjne, że harmonogram - to się samo przez się rozumie, ale akademik, proszę pana, jest zobligowany do stałego rozwoju naukowego. I co roku rozliczenia: ile prac naukowych opublikowałeś, w jakich pismach, ale czy aby z listy filadelfijskiej, czy w języku obcym, bo jak nie - to punktów nie ma albo marniutkie. A jakie prace badawcze? A w ilu konferencjach wzięło się udział? Ile się współorganizowało? A w jakich międzynarodowych organizacjach członkostwo się uzyskało? I co roku tak trzepią, co roku wypełnia się bezkresne arkusze rozliczeniowe (wypełnia, jak wypełnia; ja tam od paru lat maszynowo "nie dotyczy" trzaskam, rubryka po rubryce, he, he) i weź tu, człowieku, z jednej strony przygotowuj się na zajęcia, kolokwia sprawdzaj, egzaminy, czytaj te wypociny w ramach prac magisterskich i licencjackich, a jak już odwalisz tę orkę na ugorze, to teraz szast-prast, masz być kreatywny, generuj nowe naukowe odkrycia i publikuj je, ale w amerykańskich czasopismach, bo polskie są nisko punktowane, na konferencje jedź, zagraniczne koniecznie, ale za własną kasę, bo szkolnictwo wyższe jest nie-doinwestowane i nie ma środków. Staraj się i zasuwaj, ale i tak jak się po ośmiu latach od awansu na asystenta nie habilitujesz, kop w - że z rosyjska powiem - żopu, dziękujemy za współpracę, z miejsca na bruk.

A jednym z symptomów mojej nietęgiej wtedy kondycji psychicznej, psychosomatycznej czy po prostu egzystencjalnej był właśnie kryzys pracy naukowej. Źródełko twórczej inspiracji wyschło. Nie miałem pomysłów. Nie pisałem artykułów. Czytałem call for papers różnych konferencji i czułem spektakularną pustkę. Nic. A właściwie nawet nie to że nic: ja po prostu miałem poczucie bezsensu, straciłem wiarę w tę całą naukową działalność. Dla kogo ja to robię? - zadawałem sobie pytanie. Kogo to obchodzi? Kto czyta publikacje naukowe? Recenzenci - z obowiązku. I tyle. Nawet koledzy po fachu nie bardzo, każdy publikuje i patrzy tylko na swoje, byle zyskać punkty, byle mieć co wpisać w te bezkresne coroczne arkusze rozliczeniowe.

Poza tym kreatywność naukowa jest pełna pułapek. I to w każdej dziedzinie, nie mówię tylko o mojej. Mam znajomą, na przykład, doktor na iberystyce wrocławskiej. Zajmowała się kulturowymi implikacjami w translatologii. Napisała kiedyś duży tekst, sporo czasu mu poświęciła, o nieadekwatności polskiej i hiszpańskiej terminologii cygańskiej, nie wiem, czy się precyzyjnie wyrażam, bo to jednak nie moja specjalizacja, mówię, jak zrozumiałem. I pisała tam na przykład o terminie - chyba to się mówi payo, a oznacza nie-Cygana dla Cyganów, taki odpowiednik słowa "goj". Przeanalizowała pięknie hiszpańskie konotacje, obecność w literaturze i tradycji, etymologię i asocjacje. Potem zbadała kontekst polski, wykazała istotne różnice w percypowaniu kultury cygańskiej u nas i w Hiszpanii, wskazała na przyczyny nieistnienia analogicznego terminu w naszym języku, a to wszystko wpisało się jej w teorię - no tu już nie pamiętam nazwiska, może chodziło o Sapira-Whorfa, ale chyba jednak nie. Słowem napracowała się kobieta nieziemsko - i co? Wygłasza ten referat na dużej konferencji, krajowej wprawdzie, ale dużej, mówi długo, audytorium reaguje z ożywieniem, aż do momentu, kiedy wstaje jakiś pan i mówi: Ale przepraszam, przecież istnieje polski termin, a brzmi on "gadź". Wyobraża pan to sobie? Tyle pracy na nic, cała ta analiza, kwerenda biblioteczna - wszystko do wyrzucenia. Bywają takie też sytuacje.

Więc kiedy mój szef, profesor Miliczkiewicz, zapytał mnie o aktualny projekt badawczy, wiedziałem oczywiście, że nie jest to pytanie z gatunku niewinnych, ale że kryje się w nim oczywista intencja. Intencja ze wszech miar dla mnie niemiła. Profesor wiedział przecież, że mój dorobek ostatnich lat był wręcz śmieszny - jakieś odgrzewane i z lekka przefasonowane elementy obronionego i opublikowanego już doktoratu, jakieś symulowane badania socjologiczne, które pod składnie brzmiącym tytułem nie kryją nic, co taki stary wyjadacz jak profesor Miliczkiewicz widzi od razu i bez złudzeń. Wiedziałem, że czeka mnie rozmowa na ten temat, i to ta z gatunku trudnych, ale nie sądziłem, że tak niespodzianie i przy całym Instytucie.

I wtedy stało się coś, czego nie umiem wytłumaczyć, tak jakby coś mną powodowało. Zamiast spuścić nos na kwintę i powiedzieć, że jeszcze nad tym deliberuję, czy coś w tym guście, ja wstałem i zacząłem referować stan przygotowań - choć żadnych przygotowań nie było, nawet tematu przecież nie miałem. Profesor słuchał z lekka skonsternowany, aż w końcu przerywa mi i mówi: Dobrze, doktorze Sobiesiak, ale ja o tytuł tylko pytałem. Jak brzmi tytuł pańskiego projektu badawczego? I wtedy ja, dalej stojąc, przebiegłem wzrokiem po półkach z książkami w gabinecie dyrekcji, gdzie przebywaliśmy, a trzeba tu zaznaczyć, że profesor trzyma w Instytucie różne dziwne pozycje, nie tylko te stricte mu do pracy potrzebne, sporo ma tu literatury pięknej, co pewnie wynika z jego humanistycznej i literackiej ogłady. I zobaczyłem tłustawy grzbiet Chłopów Reymonta, dalej na biurku, ku memu, w sumie, zaskoczeniu, pierwszą płytę Marii Peszek, Miasto Mania, w swoim czasie sporo jej słuchałem, głównie ze względu na niebanalne teksty; kawałek dalej francuski podręcznik teorii socjologicznych autorstwa Henriego Févala, gość ma na nazwisko tak jak ten autor klasycznej powieści, którą czytałem w dzieciństwie, Kawaler de Lagardere; dalej: na półce wyżej dość absurdalny w tym zestawieniu któryś z tomów Agathy Christie o pannie Marple, a potem wzrok mój przetoczył się na półeczkę osobistą profesora, nad którą niepodzielnie panowało spore zdjęcie Miliczkiewicza i jego małżonki Miliczkiewiczowej. I wtedy wypaliłem - kompletnie nie bacząc na konsekwencje: Tytuł, panie profesorze? No więc roboczo brzmi on: Wieś versus miasto - "kawaler" versus "stara panna". Zmiany struktur małżeńskich i ich implikacje w społecznym życiu w Polsce ostatniej dekady.

Znów zapadła cisza. Ale tym razem - w odróżnieniu od tej po ekscesie z dzbanuszkiem - wyczuwałem w powietrzu coś na kształt ostrożnego zainteresowania.