Na dnie
Podróż trwała tylko około dwudziestu minut. Potem ciężarówka zatrzymała się i zobaczyliśmy wielką bramę, a na niej jasno oświetlony napis (jego wspomnienie do dziś prześladuje mnie w snach): ARBEIT MACHT FREI - "praca czyni wolnym".
Wysiedliśmy, wprowadzono nas do obszernego, gołego i słabo ogrzanego pokoju. Mamy takie pragnienie! Cichy szmer wody w kaloryferach doprowadza nas do szału: od czterech dni nic nie piliśmy. Ale przecież jest kran; nad nim kartka oznajmiająca, że zakazuje się pić, gdyż woda jest zanieczyszczona. Bzdury, wydaje mi się rzeczą oczywistą, że ta kartka to kpiny, "oni" wiedzą, że umieramy z pragnienia i umieszczają nas w pokoju, gdzie jest kran i Wassertrinken verboten. Piję i zachęcam towarzyszy, ale woda jest ciepła, słodkawa i śmierdzi bagnem; muszę ją wypluć.
Oto jest piekło. W naszej epoce tak musi wyglądać piekło: wielka i pusta sala, my ledwie trzymający się na nogach i kran z kapiącą wodą, ale nie można jej pić, i czekamy na coś na pewno straszliwego, a tymczasem nic się nie dzieje, ciągle nic się nie dzieje. Co myśleć? Nie można już myśleć, jest tak, jakbyśmy już umarli. Ktoś siada na ziemi. Czas mija kropla po kropli.
Nie umarliśmy: drzwi otworzyły się i wszedł, paląc papierosa, esesman. Patrzy na nas i bez pośpiechu pyta: "Wer kann Deutsch?"[13]. Występuje naprzód ktoś spośród nas, kogo nigdy dotąd nie widziałem, nazywa się Flesch: on będzie naszym tłumaczem. Esesman wygłasza do niego długie, spokojne przemówienie, a on tłumaczy. Trzeba ustawić się w szeregu po pięciu, w odległości dwóch metrów jeden od drugiego; potem trzeba się rozebrać i zwinąć w węzełek ubranie w specjalny sposób: wełnianą odzież oddzielnie, a całą resztę osobno, zdjąć buty, ale bardzo uważać, żeby ich nie ukradziono.
Kto i dlaczego miałby kraść nasze buty? A nasze dokumenty i to niewiele, co mamy w kieszeni? Zegarki? Wszyscy patrzymy na tłumacza, a tłumacz pyta Niemca, ale Niemiec pali i patrzy poprzez niego, jakby był przezroczysty, jakby nikt nic nie mówił.
Nigdy dotąd nie widziałem starszych mężczyzn nagich. Pan Bergmann nosił pas rupturowy i zapytał tłumacza, czy ma go też odłożyć, tłumacz się zawahał. Ale Niemiec zrozumiał i coś poważnie powiedział do tłumacza, wskazując mu kogoś; widzieliśmy, jak tłumacz przełknął ślinę, a potem powiedział: "Sierżant mówi, żeby odłożył, dostanie za to pas pana Coena". Widać było, jak Flesch wypluwa słowa z goryczą, to był jego sposób drwiny z Niemca.
Potem przychodzi inny Niemiec i mówi, żeby postawić buty w kącie, i my je tam stawiamy, gdyż teraz to już koniec; czujemy się poza światem i jedyne, co możemy czynić, to słuchać. Przychodzi jakiś człowiek z miotłą i wymiata wszystkie buty za drzwi. Zwariował chyba: pomiesza je wszystkie, dziewięćdziesiąt sześć par, potem się ich nie dobierze. Drzwi wychodzą na dwór, wpada przez nie lodowaty wiatr, a my jesteśmy nadzy, osłaniamy więc brzuchy rękami. Wiatr rzuca drzwiami i zamyka je; Niemiec otwiera je z powrotem i zamyślony patrzy, jak kręcimy się i usiłujemy schronić się przed wiatrem jeden za drugim; potem wychodzi, zamykając drzwi za sobą.
Następuje drugi akt. Wpadają gwałtownie czterej z brzytwami, pędzlami i nożycami do strzyżenia, mają spodnie i bluzy w pasy i numer wyszyty na piersiach; może należą do tego samego gatunku co tamci, widziani wieczorem (dziś wieczorem czy wczoraj?); ale ci są silni i krzepcy. Zadajemy im wiele pytań, oni tymczasem chwytają nas i momentalnie jesteśmy ogoleni i ostrzyżeni. Jakie śmieszne twarze mamy bez czupryn! Wszyscy czterej mówią językiem nie z tego świata, na pewno nie po niemiecku, ja trochę niemiecki rozumiem.
W końcu otwierają się inne drzwi, i oto jesteśmy wszyscy zamknięci, nadzy, ogoleni i stoimy w wodzie, jest to bowiem sala z natryskami. Jesteśmy sami, z wolna nasze zdumienie ustępuje i mówimy, wszyscy pytają i nikt nie odpowiada. Jeżeli jesteśmy nadzy w sali z prysznicami, to znaczy, że mamy iść pod prysznic. Jeżeli mamy iść pod prysznic, to widocznie jeszcze nas nie zabiją. A w takim razie dlaczego każą nam stać i nie dają nic do picia, i nikt nam niczego nie tłumaczy, i nie mamy ani butów, ani ubrań, i stoimy wszyscy z nogami w wodzie, a jest zimno i od pięciu dni podróżujemy i nie możemy nawet usiąść.
Nasze kobiety?
Inżynier Levi pyta mnie, jak myślę: czy nasze kobiety są w tej chwili w takiej sytuacji jak my i gdzie są, i czy będziemy mogli je widzieć. Ponieważ jest żonaty i ma córeczkę, odpowiadam mu, że tak, na pewno je zobaczymy. Ale ja już uważam, że cała ta wielka machina jest po to, żeby z nas drwić i poniewierać nami, a potem - jasne, że nas zabiją; ten, kto myśli, że będzie żył, jest szalony, to znaczy, że dał się nabrać, ale ja nie, ja już zrozumiałem, że to niedługo się skończy, może nawet w tej sali, kiedy znudzi się im patrzeć na nas, jak nadzy przestępujemy z jednej nogi na drugą i co chwila próbujemy usiąść na podłodze, ale na niej jest kilka centymetrów zimnej wody i nie możemy siedzieć.
Pętamy się bezładnie tam i z powrotem i mówimy, każdy mówi ze wszystkimi naraz, i robi się wielka wrzawa. Otwierają się drzwi, wchodzi Niemiec, ten sam sierżant co przedtem, mówi jakieś krótkie zdanie, tłumacz tłumaczy. "Sierżant mówi, że macie być cicho, bo tu nie cheder". Te słowa - nie jego - złe słowa, wypowiada z takim grymasem, jakby wypluwał niesmaczny kąsek. Prosimy go, aby zapytał, na co czekamy, jak długo jeszcze mamy tu stać, co z naszymi kobietami, aby zapytał o wszystko, ale on odpowiada, że nie, że nie chce pytać. Ten Flesch, który z wielką niechęcią tłumaczy na włoski mrożące zdania niemieckie i odmawia powtarzania po niemiecku naszych pytań, bo wie, że to się na nic nie przyda, jest Żydem niemieckim, ma około pięćdziesiątki i na twarzy dużą bliznę po ranie otrzymanej w bitwie przeciw Włochom nad Piawą. Jest to człowiek milczący i zamknięty w sobie i mam dla niego instynktowny szacunek, gdyż czuję, że zaczął cierpieć znacznie wcześniej niż my.
Niemiec wychodzi, a my milczymy, choć wstydzimy się trochę tego milczenia. Była ciągle noc, zadawaliśmy sobie pytanie, kiedy nareszcie zrobi się dzień. Znów otworzyły się drzwi i wszedł taki w pasiaku. Różnił się od tamtych: wyglądał kulturalniej, był starszy, w okularach i nie taki silny jak tamci. Zaczął do nas mówić, i to po włosku.
Niczemu się już nie dziwimy. Wydaje nam się, że bierzemy udział w jakimś wariackim dramacie, w takim sztuczydle z czarownicami, Duchem Świętym i szatanem. Mówi po włosku źle, z silnym obcym akcentem. Mówi długo, jest bardzo uprzejmy, stara się odpowiedzieć na wszystkie nasze pytania.
Jesteśmy w Monowicach, blisko Auschwitz, na Górnym Śląsku, w regionie zamieszkiwanym wspólnie przez Niemców i Polaków. Ten obóz to obóz pracy, po niemiecku Arbeitslager; wszyscy więźniowie (a jest ich około dziesięciu tysięcy) pracują w fabryce gumy, która się nazywa Buna, dlatego i sam obóz nazywa się Buna.
Dostaniemy buty i ubrania, nie, nie nasze: inne buty i ubrania, takie jak jego. Teraz jesteśmy nadzy, gdyż czekamy na prysznic i dezynfekcję, które odbędą się zaraz po pobudce, nie można bowiem wejść do obozu, nie przeszedłszy dezynfekcji.
Praca będzie, pewnie, wszyscy tu muszą pracować. Ale różne są prace: on na przykład jest lekarzem, węgierskim lekarzem, który studiował we Włoszech, jest dentystą obozowym. W lagrze jest od czterech lat (nie w tym: Buna istnieje dopiero od półtora roku), a jednak widzimy sami: ma się dobrze, nie jest zbyt chudy. Dlaczego jest w lagrze? Jest Żydem jak my?
- Nie - odpowiada z prostotą - ja jestem kryminalistą.
Stawiamy mu wiele pytań, on czasem śmieje się: na jedne odpowiada, na inne nie, jest jasne, że unika pewnych tematów. O kobietach nie mówi; mają się dobrze, niedługo je zobaczymy, ale nie mówi ani jak, ani gdzie. Opowiada nam natomiast co innego, rzeczy dziwne i szalone, może on także drwi sobie z nas. Może jest wariatem; w lagrze można zwariować. Mówi, że co niedziela są koncerty i mecze piłki nożnej. Mówi, że kto dobrze się boksuje, może zostać kucharzem. Mówi, że kto pracuje dobrze, dostaje bony premiowe, za które można kupić tytoń i mydło.
Mówi, że woda rzeczywiście nie nadaje się do picia, lecz za to co dzień dają namiastkę kawy, której jednak na ogół nikt nie pije, bo zupa jest dostatecznie wodnista, aby zaspokoić pragnienie. Prosimy go, by wystarał się nam o coś do picia, lecz on odpowiada, że nie może, że przyszedł do nas po kryjomu, wbrew zakazowi esesmanów, gdyż nie jesteśmy jeszcze zdezynfekowani, i musi zaraz odejść; przyszedł, ponieważ Włosi są mu sympatyczni i ponieważ, jak mówi, "ma trochę serca". Pytamy go jeszcze, czy są w obozie inni Włosi; odpowiada, że jest kilku, niewielu, nie wie ilu, i szybko zmienia temat. Tymczasem zadźwięczał dzwon, więc uciekł, zostawiając nas zdumionych i oszołomionych. Niektórzy czują się pokrzepieni, ja nie, w dalszym ciągu myślę, że i ten dentysta, to nieodgadnione indywiduum, chciał się zabawić naszym kosztem, i nie chcę wierzyć ani jednemu jego słowu.
Słychać było, jak na dźwięk dzwonu ciemny obóz budził się. Nagle z pryszniców wytrysnęła wrząca woda, pięć minut rozkoszy; ale zaraz wpadają czterej (może to fryzjerzy), wrzeszcząc i rozdzielając kułaki, wypychają nas mokrych i dymiących parą do sąsiedniej lodowatej sali; tu inni wrzeszczący ludzie rzucają nam jakieś łachy, wpychają nam do ręki parę bucisków z drewnianą podeszwą i nim mamy czas się połapać, już jesteśmy na dworze, na błękitnym i zamarzniętym śniegu porannym; bosi i nadzy, z całą garderobą w garści, musimy biec ze sto metrów, aż do drugiego baraku. Tutaj wolno nam się ubrać.
Gdy skończyliśmy się ubierać, staliśmy każdy w swoim kącie i nie mieliśmy odwagi spojrzeć jeden na drugiego. Nie ma się w czym przejrzeć, ale każdy z nas ma swój obraz przed sobą odbity w setce sinych twarzy, w setce nędznych i brudnych marionetek. Oto już przemieniliśmy się w widma widziane wczorajszego wieczoru.
Wówczas po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, że w naszym języku nie ma słów na wyrażenie tej zniewagi, tego zniszczenia człowieka. W jednym momencie w przypływie proroczej niemal intuicji objawiła nam się rzeczywistość: zeszliśmy na dno. Niżej już zejść nie można, nędzniejsze bytowanie ludzkie nie istnieje, jest nie do pomyślenia. Nie mamy już nic swojego: zabrano nam ubrania, buty, nawet włosy; jeżeli coś powiemy, nie będą nas słuchali, a gdyby nawet słuchali, nie zrozumieliby nas. Odbiorą nam też i imię: chcąc je zachować, będziemy musieli znaleźć siłę w samych sobie, aby poza imieniem pozostało jeszcze coś z nas takich, jakimi byliśmy.
Wiemy, że niełatwo jest nas zrozumieć, ale tak nawet lepiej. Lecz niech każdy się zastanowi, ile wartości, ile znaczenia zawiera się w najdrobniejszych nawet naszych przyzwyczajeniach codziennych, w różnorakich przedmiotach, które posiada najnędzniejszy żebrak: chustka do nosa, stary list, fotografia bliskiej osoby. Te przedmioty są cząstką nas samych niemal w tym samym stopniu, co nasze ciało; w naszym świecie nie do pomyślenia jest, aby być pozbawionym tych rzeczy, bowiem zawsze możemy znaleźć inne na miejsce dawnych, które znów będą nasze, bo przechowują i wywołują nasze wspomnienia.
A teraz wyobraźmy sobie człowieka, któremu razem z drogimi istotami odbiera się dom, przyzwyczajenia, ubranie - słowem, wszystko, dosłownie wszystko, co posiadał: człowiek ten stanie się czymś pustym, zdolnym jedynie do cierpienia i zaspokajania podstawowych potrzeb; zapomni o godności i o rozsądku, bo ten, kto stracił wszystko, może łatwo zatracić samego siebie: stanie się więc czymś takim, że z lekkim sercem będzie można decydować o jego życiu lub śmierci, jako o stworzeniu niemającym już związku z człowieczeństwem; a jeśli, to w najlepszym razie tylko na zasadzie użyteczności. Kto się nad tym zastanowi, ten zrozumie podwójne znaczenie określenia "obóz zagłady" i co chcemy wyrazić, mówiąc: leżeć na dnie.
Häftling[14]: dowiedziałem się, że jestem Häftlingiem. Moje imię to 174 517; zostaliśmy ochrzczeni, do końca życia nosić będziemy na lewym ramieniu wytatuowane piętno.
Operacja była trochę bolesna i nadzwyczaj szybka: ustawili nas wszystkich rzędem i po jednym, według alfabetycznego porządku nazwisk, przechodziliśmy przed wprawnym funkcjonariuszem, zaopatrzonym w rodzaj strzykawki z króciutką igłą. I to było chyba prawdziwym wtajemniczeniem: tylko "pokazując numer", dostaje się chleb i zupę. Minęło wiele dni i nazbieraliśmy sporo policzków i kułaków, nim przyzwyczailiśmy się do pokazywania numeru szybko, aby nie opóźniać codziennego obrzędu rozdziału posiłków; trzeba było tygodni i miesięcy, abyśmy nauczyli się jego brzmienia w języku niemieckim. I przez długi czas jeszcze, kiedy przyzwyczajenie z czasów wolności kazało mi spojrzeć na zegarek, rzeczywistość z ironią pokazywała mi moje nowe nazwisko, numer wyryty pod skórą niebieskimi znaczkami.
Dopiero znacznie później i stopniowo niektórzy z nas dowiedzieli się czegoś o tej ponurej historii numerów oświęcimskich, wyznaczającej etapy niszczenia żydostwa w Europie. Weteranom obozowym numer mówi wszystko: czas przybycia do obozu, transport, w którego skład wchodzili, i co za tym idzie, narodowość. Każdy z szacunkiem odnosi się do numerów od 30 000 do 80 000: jest ich już zaledwie kilkaset i należą do niewielu niedobitków z gett polskich. Należy być bardzo ostrożnym, nawiązując stosunki handlowe z 116 000 lub 117 000; jest ich teraz zaledwie czterdzieści, lecz noszą je Grecy z Salonik, trzeba uważać, by się im nie dać nabrać. Jeśli chodzi "o duże numery", mają one w sobie taki sam element komiczny, jak w życiu normalnym słowo "poborowy" lub "rekrut": typowy "duży numer" jest osobnikiem zażywnym, uległym i głupim, któremu możesz wmówić, że w izbie chorych rozdają skórzane buty dla osób o delikatnych stopach, namówić go, by tam poszedł i zostawił ci "pod opieką" swoją menażkę z zupą; któremu możesz sprzedać łyżkę za trzy racje chleba; możesz go posłać do najokrutniejszego kapo, aby go zapytał (to przytrafiło się właśnie mnie!), czy to prawda, że do jego kompetencji należy Kartoffelschälenkommando - Komando Obierania Ziemniaków - i czy mógłbyś tam być przyjęty.
Z drugiej strony - cały proces dostosowywania się do tej nowej dla nas dyscypliny wygląda jednocześnie szyderczo i groteskowo. Po operacji tatuażu zamknięto nas w całkiem pustym baraku. Prycze były zaścielone, ale surowo zabroniono nam dotykać ich i siadać na nich; kręciliśmy się więc tam i z powrotem przez pół dnia na tej niewielkiej przestrzeni, dręczeni wciąż strasznym pragnieniem. Potem otworzyły się drzwi i wszedł chłopiec w pasiaku, o wyglądzie dość kulturalnym, mały, chudy i jasnowłosy. Mówi po francusku, więc wielu z nas otacza go kołem, zarzucając wszystkimi pytaniami, jakie dotąd zadawaliśmy sobie wzajemnie bez skutku.
Ale on mówi niechętnie: każdy tu mówi niechętnie. Jesteśmy nowi, niczego nie mamy i nic nie wiemy: po cóż tracić czas dla nas? Z niechęcią objaśnia, że wszyscy inni są w pracy i wrócą wieczorem. On wyszedł dziś z izby chorych, na dzisiaj jest zwolniony z pracy. Spytałem go (z naiwnością, którą już po kilku dniach musiałem uznać za fantastyczną), czy przynajmniej zwrócą nam szczoteczki do zębów; nie roześmiał się, lecz z wyrazem najwyższej pogardy rzucił mi: "Vous n'?tes pas a la maison". Ten refren słyszymy od wszystkich: nie jesteście już u siebie w domu, tu nie jest sanatorium, stąd wychodzi się tylko przez komin (co to może znaczyć, dowiemy się o tym niedługo).
I rzeczywiście: dręczony pragnieniem, zobaczyłem za oknem piękny sopel lodu, który łatwo można było dosięgnąć ręką; otworzyłem okno i oderwałem sopel, lecz w tej chwili zbliżył się jakiś wielki i gruby Niemiec krążący właśnie pod oknem i wyrwał mi go brutalnie.
- Warum? - spytałem go moją nędzną niemczyzną.
- Hier ist kein warum (Tu nie ma żadnych dlaczego) - odpowiedział i popchnął mnie silnie do wewnątrz.
Wyjaśnienie jest paradoksalne, lecz proste: tutaj wszystko jest zabronione, nie z jakichś umotywowanych przyczyn, tylko dlatego, że właśnie w tym celu obóz został stworzony. Jeżeli chcemy tu żyć, trzeba szybko i dobrze zrozumieć słowa:
Nie kłaniaj! Tu nie wizerunek święty!
inszej tu zażyj niż w Serchio kąpieli[15].
Godzina po godzinie, ten pierwszy straszliwie długi dzień przedpiekla dobiega końca. Kiedy słońce chowa się za kłąb posępnych, krwawych chmur, każą nam wreszcie wyjść z baraku. Dadzą nam pić? Nie, ustawiają nas znowu w szereg, prowadzą na szeroki plac pośrodku obozu i skrupulatnie wyrównują kolumnę. Potem znowu przez godzinę nie dzieje się nic: wygląda na to, że na kogoś czekamy.
Obok bramy obozowej zaczyna grać orkiestra: rozbrzmiewa dobrze znana sentymentalna piosenka Rosamunde, i to wydaje się nam tak dziwaczne, że patrzymy jeden na drugiego z ironicznym uśmiechem. Doznajemy lekkiej ulgi: może ten cały ceremoniał jest tylko gigantycznym błazeństwem w teutońskim stylu. Ale orkiestra po zakończeniu Rosamunde gra dalej różne marsze, jeden po drugim, i oto ukazują się zastępy naszych towarzyszy wracających z pracy. Kroczą po pięciu w rzędzie: maszerują jakimś dziwnym krokiem, nienaturalnym, sztywnym jak drewniane marionetki, ale maszerują, dostosowując skrupulatnie krok do rytmu orkiestry.
Oni również ustawiają się tak jak my, w ściśle określonym porządku, na obszernym placu; gdy ostatnia kolumna wróciła, liczą nas i przeliczają przeszło godzinę, potem jeszcze taki jeden w pasiaku dokonuje niekończącej się kontroli i składa raport grupce esesmanów odbierających go w wojskowym ordynku.
Wreszcie już ciemno, lecz obóz jest silnie oświetlony latarniami i reflektorami, słychać wrzask: "Absperre!", po którym wszystkie szeregi rozsypują się wśród zgiełku i zamieszania. Teraz już nie kroczą sztywni i wyprostowani jak przedtem: każdy wlecze się z widocznym wysiłkiem. Spostrzegam, że wszyscy albo niosą w ręce, albo mają zawieszoną u pasa blaszaną miskę wielkości niemal miednicy.
I my, nowo przybyli, krążymy wśród tłumu, szukając głosu czy twarzy przyjaznej, jakiegoś przewodnika. Pod drewnianą ścianą baraku siedzi na ziemi dwóch chłopców: są bardzo młodzi, mają najwyżej po szesnaście lat, a twarze i ręce czarne od sadzy. Kiedy ich mijamy, jeden z nich woła mnie i zadaje po niemiecku jakieś pytania, których nie rozumiem; potem pyta mnie, skąd pochodzimy.
- Italien - odpowiadam; chciałbym zapytać go o wiele rzeczy, ale mój zasób słów niemieckich jest bardzo ograniczony. - Jesteś Żydem? - pytam go.
- Tak, polskim Żydem.
- Od dawna jesteś w lagrze?
- Trzy lata - i podnosi trzy palce. Przyjechał tu więc jako dziecko, myślę z przerażeniem; z drugiej strony znaczy to, że jednak ktoś potrafi tu wyżyć.
- Jaka jest twoja praca?
- Schlosser - odpowiada. Nie rozumiem: - Eisen, Feuer (Żelazo, ogień) - tłumaczy cierpliwie i robi rękami ruchy kogoś, kto bije młotem w kowadło. Jest zatem kowalem.
- Ich Chemiker - oświadczam mu, a on przytakuje poważnie głową.
- Chemiker gut.
Ale to wszystko dotyczy dalekiej przyszłości; w tej chwili gnębi mnie jedynie pragnienie.
- Pić, woda. My żadnej wody - mówię mu. Patrzy na mnie z poważną, niemal surową miną i skanduje:
- Nie pić wody, towarzyszu - a dalej słowa, których nie rozumiem.
- Warum?
- Geschwollen - odpowiada telegraficznie; potrząsam głową na znak, że nie rozumiem. - Spuchnięty - daje mi do zrozumienia, wydymając policzki i szkicując rękami potworne obrzmienie twarzy i brzucha. - Warten bis heute Abend. - Czekać do dzisiejszego wieczoru, tłumaczę słowo po słowie.
Potem oznajmia mi:
- Ich Schlome. Du?
Mówię mu swoje imię, a on pyta:
- Gdzie twoja matka?
- We Włoszech.
Szloma zdumiewa się:
- Żydówka we Włoszech?
- Tak - wyjaśniam najlepiej, jak umiem - ukryta, nikt nie wie, ona uciec, nie mówić, nikt jej nie widzieć.
Zrozumiał; wstaje, zbliża się do mnie i obejmuje mnie nieśmiało. Na tym zdarzenie się skończyło i czuję, jak ogarnia mnie pogodny smutek, który jest niemal radością. Nie widziałem więcej Szlomy, ale nie zapomniałem tej poważnej i łagodnej twarzy chłopca, który przyjął mnie na progu domu śmierci.
Mnóstwa rzeczy musimy się dopiero nauczyć, lecz wielu już się nauczyliśmy. Mamy już niejakie pojęcie o topografii lagru; jest to kwadrat o boku długości około sześciuset metrów, otoczony dwoma rzędami drutu kolczastego, przy czym przez wewnętrzny płynie prąd wysokiego napięcia. Lagier składa się z sześćdziesięciu drewnianych baraków, które nazywają się Blocks, dziesięć z nich jest w budowie; do tego dochodzi zespół budynków kuchennych, murowanych; farma doświadczalna, prowadzona przez oddział uprzywilejowanych Häftlingów; baraki z prysznicami i latrynami, jeden na sześć do ośmiu bloków. Co więcej, niektóre bloki są przeznaczone do celów specjalnych. Przede wszystkim osiem, na wschodnim krańcu obozu, zajmują: izba chorych i ambulatorium; oprócz tego, blok 24 to Krätzeblock, wyłącznie dla cierpiących na świerzb; blok 7, w którym nigdy nie postała noga zwykłego Häftlinga, przeznaczony dla Prominenz, czyli "arystokracji", internowanych zajmujących najwyższe stanowiska; blok 47, przeznaczony dla Reichsdeutschów (Aryjczycy niemieccy, polityczni albo kryminalni); blok 49, dla samych kapo; blok 12, z którego połowa jest kantyną do użytku Reichsdeutschów i kapo, czyli punktem rozdziału tytoniu, środków owadobójczych, a czasami i innych artykułów; i w końcu blok 29 o oknach stale zamkniętych, jest to bowiem Frauenblock, dom publiczny, obsługiwany przez dziewczęta-Häftlingi polskie, do wyłącznego użytku Reichsdeutschów.
Zwykłe bloki mieszkalne podzielone są na dwa pomieszczenia; w jednym z nich (Tagesraum) mieszka szef baraku ze swoimi przyjaciółmi: jest tam długi stół, stołki, ławy; wszędzie mnóstwo dziwnych przedmiotów w jaskrawych kolorach, fotografie, wycinki z pism, rysunki, sztuczne kwiaty, bibeloty; na ścianach wielkie napisy, przysłowia i wierszyki na cześć porządku, dyscypliny i higieny; w rogu oszklona szafka z przyrządami Blockfriseura (etatowego fryzjera), chochle do rozlewania zupy i dwa bykowce, jeden pełny, drugi pusty wewnątrz, do utrzymywania dyscypliny. Drugie pomieszczenie to sala sypialna; jest w niej zaledwie sto czterdzieści osiem trzypiętrowych prycz, rozmieszczonych tak gęsto jak komórki w ulu, dla wykorzystania bez reszty całej kubatury sali aż po sufit, i przedzielonych trzema przejściami; tu żyją zwyczajni więźniowie, w liczbie od dwustu do dwustu pięćdziesięciu w jednym baraku, przeważnie więc po dwóch na pryczach, czyli na ruchomych płytach drewnianych, wyposażonych w cienki worek ze słomą i dwa koce. Przejścia pomiędzy nimi są tak wąskie, że z trudem mogą się w nich zmieścić dwie osoby, cała zaś powierzchnia tak skąpa, że mieszkańcy tego samego bloku nie mogą przebywać w nim wszyscy jednocześnie, jeśli przynajmniej połowa nie leży na pryczach. Stąd zakaz wchodzenia do bloku, do którego się nie należy.
W środku lagru znajduje się plac apelowy, bardzo obszerny, gdzie rano gromadzą się kolumny idące do pracy, a wieczorem odbywa się ich przeliczanie. Naprzeciw placu apelowego jest grządka porośnięta równo przyciętą trawą, gdzie w razie potrzeby ustawiane są szubienice.
Bardzo szybko pojęliśmy, że mieszkańcy lagru dzielą się na trzy kategorie: kryminalnych, politycznych i Żydów. Wszyscy noszą pasiaki, wszyscy są Häftlingami, ale kryminalni mają obok numeru przyszyty do bluzy zielony trójkąt, polityczni czerwony trójkąt, a Żydzi, którzy stanowią ogromną większość - czerwono-zieloną gwiazdę sześcioramienną. Są tu esesmani, ale jest ich niewielu, i widuje się ich względnie rzadko, poza obozem; właściwymi naszymi panami są zielone trójkąty, którym w stosunku do nas zostawia się wolną rękę, oprócz tego ci z dwóch pozostałych kategorii, którzy zgadzają się współpracować z nimi, a jest ich niemało.
I jeszcze czegoś nauczyliśmy się, szybciej lub wolniej, w zależności od pojętności każdego z nas: odpowiadać "jawohl", nie zadawać nigdy pytań i udawać zawsze, że się zrozumiało. Nauczyliśmy się cenić pożywienie; teraz my również skrzętnie wyskrobujemy dno menażki po jedzeniu i trzymamy ją tuż pod brodą, jedząc chleb, by nie zmarnować ani kruszyny. Teraz i my już wiemy, że to nie wszystko jedno dostać chochlę zupy z wierzchu czy też ze spodu kubła, i na podstawie objętości różnych kubłów jesteśmy w stanie wykalkulować, które miejsce należy zająć w kolejce.
Nauczyliśmy się, że wszystko może się przydać; drut żelazny do wiązania butów; szmaty do owijania nimi nóg; papier do opasania się nim (wbrew przepisom) pod bluzą, by mniej marznąć. Nauczyliśmy się, że wszystko mogą nam ukraść, że po prostu kradną automatycznie, gdy się tylko przestanie uważać; aby więc temu zapobiec, musieliśmy zaprawić się w sztuce spania z głową na węzełku sporządzonym z bluzy i zawierającym całe nasze mienie, począwszy od menażki, a skończywszy na butach.
Znamy już na ogół regulamin obozowy, który jest bajecznie skomplikowany. Niezliczona jest ilość zakazów: nie wolno zbliżać się na odległość mniej niż dwóch metrów do kolczastego drutu; spać w bluzie albo bez kalesonów, albo w berecie na głowie; używać latryn i umywalek przeznaczonych nur für Kapos lub nur für Reichsdeutsche; nie iść pod prysznic w dniach przepisowych, a iść w nieprzepisowych; wychodzić z baraku w rozpiętej bluzie lub z podniesionym kołnierzem; mieć pod ubraniem papier albo słomę jako ochronę przed zimnem; myć się inaczej jak nago do pasa.
Nieskończone też i bezsensowne są obrządki, które należy wypełnić: codziennie rano zasłać "łóżko" idealnie równo i gładko; posmarować ohydnie zabłocone chodaki specjalnym smarem maszynowym, wyskrobać z ubrania plamy z błota (natomiast plamy z pokostu, tłuszczu i rdzy są dopuszczalne); wieczorem poddać się kontroli wszy i kontroli czystości nóg; w sobotę dać sobie ogolić brodę i głowę, połatać albo dać do połatania łachy; w niedzielę poddać się ogólnej kontroli świerzbu i kontroli guzików u bluzy, których powinno być pięć.
Do tego dochodzą jeszcze niezliczone okoliczności, normalnie mało ważne, tu urastające do rangi problemów. Gdy urosną paznokcie, trzeba je skrócić, czego nie można zrobić inaczej jak zębami (paznokciom u stóp wystarczy mechaniczne ocieranie przez chodaki); jeżeli odpadnie guzik, trzeba umieć przymocować go drutem; gdy wychodzi się z latryny albo umywalni, trzeba nosić wszystko ze sobą, zawsze i wszędzie, a myjąc oczy, trzymać zawiniątko z ubraniem między kolanami; w przeciwnym razie momentalnie zostałoby skradzione. Jeżeli but uciska, trzeba wieczorem poddać się ceremonii wymiany butów; operacja ta wymaga szybkiego refleksu: w nieopisanym tłoku należy jednym rzutem oka wybrać but (nie parę, lecz jeden but, który się nadaje), bo jeżeli dokona się złego wyboru, druga wymiana jest niedozwolona.
I niech ktoś nie sądzi, że buty w życiu obozowym są drugorzędnym szczegółem. Śmierć zaczyna się od butów: one to dla większości z nas stały się prawdziwymi narzędziami tortury, gdy po kilkugodzinnym marszu powodowały rany, które w nieuchronny sposób prowadziły do zakażenia. Ten, komu się one tworzą, musi stąpać, jakby miał kulę u nogi (oto dlaczego armia widm wracających wieczorem z pracy defiluje tak dziwnym krokiem); wszędzie przybywa ostatni i wszędzie go biją; nie może uciec, gdy go ścigają; jego nogi nabrzmiewają, a im bardziej nabrzmiewają, tym bardziej nie do zniesienia staje się ucisk i ocieranie przez drewniaki. Wówczas pozostaje tylko szpital; lecz wejść do szpitala z diagnozą dicke Füsse (spuchnięte nogi) jest w wysokim stopniu niebezpieczne, gdyż wszystkim, a szczególnie esesmanom, wiadomo, że z tej choroby tutaj nie można się wyleczyć.
A poza tym nie wspomniałem jeszcze o pracy, która jest jednym pogmatwanym splotem przepisów, zakazów i problemów.
Wszyscy pracujemy, z wyjątkiem chorych (aby zostać uznanym za chorego, trzeba rozporządzać potężnym zasobem umiejętności i doświadczenia). Każdego ranka ustawieni w kolumny wychodzimy z obozu do Buny, każdego wieczoru w takich samych kolumnach wracamy. Co się tyczy pracy, jesteśmy podzieleni na około dwustu Kommandos, z których każde liczy od piętnastu do stu pięćdziesięciu ludzi; każdym z nich dowodzi kapo. Komanda są złe i dobre, po większej części przydzielone do transportów, i praca w nich jest bardzo ciężka, szczególnie w zimie, choćby dlatego, że odbywa się zawsze pod gołym niebem. Są także komanda specjalistów (elektryków, kowali, murarzy, spawaczy, mechaników, betoniarzy i tak dalej), każde przydzielone do odpowiedniego warsztatu lub oddziału Buny i zależne bezpośrednio od majstrów cywilnych, przeważnie Niemców i Polaków. Naturalnie dotyczy to godzin pracy; przez resztę dnia specjaliści (wszystkich razem jest ich nie więcej niż trzystu lub czterystu) są tak samo traktowani jak zwyczajni pracownicy. Przydzielaniem ludzi do różnych Kommandos zawiaduje specjalny urząd obozowy, Arbeitsdienst, pozostający w stałym kontakcie z cywilną dyrekcją Buny. W decyzjach swoich Arbeitsdienst kieruje się niewiadomymi kryteriami; często kryteriami tymi w sposób zupełnie oczywisty są protekcja i przekupstwo, tak że jeżeli komuś uda się zdobyć coś do jedzenia, praktycznie może być pewny, że otrzyma dobre miejsce w Bunie.
Czas pracy zmienia się w zależności od pory roku. Dopóki jest jasno, wszystkie godziny dnia są robocze: najkrótszy więc czas pracy jest w zimie (od ósmej do dwunastej i od dwunastej trzydzieści do szesnastej), a najdłuższy w lecie (od szóstej trzydzieści do dwunastej i od trzynastej do osiemnastej). Pod żadnym pozorem nie wolno Häftlingom znajdować się w pracy, gdy jest ciemno lub panuje gęsta mgła, natomiast gdy pada deszcz albo śnieg, albo (bardzo często) wieje od Karpat ostry wiatr, pracuje się normalnie; chodzi o to, że ciemność lub mgła mogłaby sprzyjać usiłowaniom ucieczki.
Co druga niedziela jest normalnym dniem roboczym; w tak zwane niedziele świąteczne zamiast w Bunie pracuje się zwykle nad utrzymaniem porządku w lagrze, tak że dni prawdziwego odpoczynku są niezmiernie rzadkie.
Takie będzie nasze życie. Codziennie zgodnie z przepisowym rytmem ausrücken i einrücken, wychodzić i wracać; pracować, spać i jeść; chorować, wyzdrowieć lub umrzeć.
...I jak długo? Ale starsi śmieją się z takiego pytania; po takim pytaniu poznaje się nowo przybyłych. Śmieją się i nie odpowiadają; dla nich od miesięcy, od lat problem dalekiej przyszłości zbladł i stracił znaczenie wobec znaczenia pilniejszych i bardziej konkretnych problemów najbliższej przyszłości: ile dziś dostaniemy do jedzenia, czy będzie padał śnieg, czy trzeba będzie wyładowywać węgiel.
Gdybyśmy byli rozsądni, powinniśmy pogodzić się z tym oczywistym faktem, że nasze życie jest najzupełniej niewiadome, że wszelkie przypuszczenia na ten temat nie mają ani sensu, ani żadnych realnych podstaw. Ale ludzie bardzo rzadko bywają rozsądni, kiedy wchodzi w grę ich własny los; w każdym wypadku wybierają ostateczność. Dlatego też w zależności od charakteru jedni z nas nabrali od razu przekonania, że wszystko stracone, że tu się żyć nie da i że koniec jest pewny i bliski; inni - że jakkolwiek ciężkie życie nas czeka, ocalenie jest możliwe i niedalekie i że - o ile nie stracimy wiary i siły - ujrzymy znowu nasze domy i naszych bliskich. Obie zresztą kategorie - pesymistów i optymistów - nie są wyodrębnione wyraźnie: nie tylko dlatego, żeby było wielu agnostyków, lecz dlatego, że większość ludzi niekonsekwentnie i nielogicznie waha się między tymi dwiema skrajnymi postawami zależnie od rozmówcy i od okoliczności.
Oto więc jesteśmy na dnie. Jeżeli potrzeby życiowe zmuszają do tego, człowiek bardzo szybko uczy się przekreślać przeszłość i przyszłość. Po piętnastu dniach pobytu w obozie odczuwałem już przepisowy głód, który śni się po nocach i tkwi w każdym włóknie ciała; nauczyłem się już nie pozwolić się okradać, a nawet - jeżeli znajdę pod ręką łyżkę, sznurek czy guzik, które mogę sobie przywłaszczyć bez obawy kary - zabieram je i uważam, że mam do nich prawo. Na wierzchu stóp porobiły mi się brzydkie rany, które się nie zagoją. Popycham wagony, pracuję łopatą, moknę na deszczu, drżę na wietrze, moje ciało już nie jest moim: brzuch mam wzdęty, kończyny wyschnięte, twarz rano obrzmiałą, a wieczorem zapadniętą; niektórzy mają skórę żółtą, inni szarą. Spotykając się po trzech lub czterech dniach, z trudnością rozpoznajemy się wzajemnie.
Postanowiliśmy, my, Włosi, zbierać się każdej niedzieli wieczorem w kącie lagru; wkrótce jednak zaniechaliśmy tych spotkań: zbyt smutne było przeliczać się za każdym razem, stwierdzać, że jest nas coraz mniej, że jesteśmy coraz bardziej wynędzniali, coraz szpetniejsi. Poza tym bardzo męczące było zrobienie tych paru kroków; wreszcie spotykając się, mimo woli wspominaliśmy i rozmyślali, a lepiej było tego nie robić.