Czy to jest człowiek, Rozejm, Pogrążeni i ocaleni - Primo Levi

Kup ebooka

79.90 zł
61.52 zł (49,54 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Na dnie

Podróż trwała tylko około dwudziestu minut. Potem ciężarówka zatrzymała się i zobaczyliśmy wielką bramę, a na niej jasno oświetlony napis (jego wspomnienie do dziś prześladuje mnie w snach): ARBEIT MACHT FREI - "praca czyni wolnym".

Wysiedliśmy, wprowadzono nas do obszernego, gołego i słabo ogrzanego pokoju. Mamy takie pragnienie! Cichy szmer wody w kaloryferach doprowadza nas do szału: od czterech dni nic nie piliśmy. Ale przecież jest kran; nad nim kartka oznajmiająca, że zakazuje się pić, gdyż woda jest zanieczyszczona. Bzdury, wydaje mi się rzeczą oczywistą, że ta kartka to kpiny, "oni" wiedzą, że umieramy z pragnienia i umieszczają nas w pokoju, gdzie jest kran i Wassertrinken verboten. Piję i zachęcam towarzyszy, ale woda jest ciepła, słodkawa i śmierdzi bagnem; muszę ją wypluć.

Oto jest piekło. W naszej epoce tak musi wyglądać piekło: wielka i pusta sala, my ledwie trzymający się na nogach i kran z kapiącą wodą, ale nie można jej pić, i czekamy na coś na pewno straszliwego, a tymczasem nic się nie dzieje, ciągle nic się nie dzieje. Co myśleć? Nie można już myśleć, jest tak, jakbyśmy już umarli. Ktoś siada na ziemi. Czas mija kropla po kropli.

Nie umarliśmy: drzwi otworzyły się i wszedł, paląc papierosa, esesman. Patrzy na nas i bez pośpiechu pyta: "Wer kann Deutsch?"[13]. Występuje naprzód ktoś spośród nas, kogo nigdy dotąd nie widziałem, nazywa się Flesch: on będzie naszym tłumaczem. Esesman wygłasza do niego długie, spokojne przemówienie, a on tłumaczy. Trzeba ustawić się w szeregu po pięciu, w odległości dwóch metrów jeden od drugiego; potem trzeba się rozebrać i zwinąć w węzełek ubranie w specjalny sposób: wełnianą odzież oddzielnie, a całą resztę osobno, zdjąć buty, ale bardzo uważać, żeby ich nie ukradziono.

Kto i dlaczego miałby kraść nasze buty? A nasze dokumenty i to niewiele, co mamy w kieszeni? Zegarki? Wszyscy patrzymy na tłumacza, a tłumacz pyta Niemca, ale Niemiec pali i patrzy poprzez niego, jakby był przezroczysty, jakby nikt nic nie mówił.

Nigdy dotąd nie widziałem starszych mężczyzn nagich. Pan Bergmann nosił pas rupturowy i zapytał tłumacza, czy ma go też odłożyć, tłumacz się zawahał. Ale Niemiec zrozumiał i coś poważnie powiedział do tłumacza, wskazując mu kogoś; widzieliśmy, jak tłumacz przełknął ślinę, a potem powiedział: "Sierżant mówi, żeby odłożył, dostanie za to pas pana Coena". Widać było, jak Flesch wypluwa słowa z goryczą, to był jego sposób drwiny z Niemca.

Potem przychodzi inny Niemiec i mówi, żeby postawić buty w kącie, i my je tam stawiamy, gdyż teraz to już koniec; czujemy się poza światem i jedyne, co możemy czynić, to słuchać. Przychodzi jakiś człowiek z miotłą i wymiata wszystkie buty za drzwi. Zwariował chyba: pomiesza je wszystkie, dziewięćdziesiąt sześć par, potem się ich nie dobierze. Drzwi wychodzą na dwór, wpada przez nie lodowaty wiatr, a my jesteśmy nadzy, osłaniamy więc brzuchy rękami. Wiatr rzuca drzwiami i zamyka je; Niemiec otwiera je z powrotem i zamyślony patrzy, jak kręcimy się i usiłujemy schronić się przed wiatrem jeden za drugim; potem wychodzi, zamykając drzwi za sobą.

Następuje drugi akt. Wpadają gwałtownie czterej z brzytwami, pędzlami i nożycami do strzyżenia, mają spodnie i bluzy w pasy i numer wyszyty na piersiach; może należą do tego samego gatunku co tamci, widziani wieczorem (dziś wieczorem czy wczoraj?); ale ci są silni i krzepcy. Zadajemy im wiele pytań, oni tymczasem chwytają nas i momentalnie jesteśmy ogoleni i ostrzyżeni. Jakie śmieszne twarze mamy bez czupryn! Wszyscy czterej mówią językiem nie z tego świata, na pewno nie po niemiecku, ja trochę niemiecki rozumiem.

W końcu otwierają się inne drzwi, i oto jesteśmy wszyscy zamknięci, nadzy, ogoleni i stoimy w wodzie, jest to bowiem sala z natryskami. Jesteśmy sami, z wolna nasze zdumienie ustępuje i mówimy, wszyscy pytają i nikt nie odpowiada. Jeżeli jesteśmy nadzy w sali z prysznicami, to znaczy, że mamy iść pod prysznic. Jeżeli mamy iść pod prysznic, to widocznie jeszcze nas nie zabiją. A w takim razie dlaczego każą nam stać i nie dają nic do picia, i nikt nam niczego nie tłumaczy, i nie mamy ani butów, ani ubrań, i stoimy wszyscy z nogami w wodzie, a jest zimno i od pięciu dni podróżujemy i nie możemy nawet usiąść.

Nasze kobiety?

Inżynier Levi pyta mnie, jak myślę: czy nasze kobiety są w tej chwili w takiej sytuacji jak my i gdzie są, i czy będziemy mogli je widzieć. Ponieważ jest żonaty i ma córeczkę, odpowiadam mu, że tak, na pewno je zobaczymy. Ale ja już uważam, że cała ta wielka machina jest po to, żeby z nas drwić i poniewierać nami, a potem - jasne, że nas zabiją; ten, kto myśli, że będzie żył, jest szalony, to znaczy, że dał się nabrać, ale ja nie, ja już zrozumiałem, że to niedługo się skończy, może nawet w tej sali, kiedy znudzi się im patrzeć na nas, jak nadzy przestępujemy z jednej nogi na drugą i co chwila próbujemy usiąść na podłodze, ale na niej jest kilka centymetrów zimnej wody i nie możemy siedzieć.

Pętamy się bezładnie tam i z powrotem i mówimy, każdy mówi ze wszystkimi naraz, i robi się wielka wrzawa. Otwierają się drzwi, wchodzi Niemiec, ten sam sierżant co przedtem, mówi jakieś krótkie zdanie, tłumacz tłumaczy. "Sierżant mówi, że macie być cicho, bo tu nie cheder". Te słowa - nie jego - złe słowa, wypowiada z takim grymasem, jakby wypluwał niesmaczny kąsek. Prosimy go, aby zapytał, na co czekamy, jak długo jeszcze mamy tu stać, co z naszymi kobietami, aby zapytał o wszystko, ale on odpowiada, że nie, że nie chce pytać. Ten Flesch, który z wielką niechęcią tłumaczy na włoski mrożące zdania niemieckie i odmawia powtarzania po niemiecku naszych pytań, bo wie, że to się na nic nie przyda, jest Żydem niemieckim, ma około pięćdziesiątki i na twarzy dużą bliznę po ranie otrzymanej w bitwie przeciw Włochom nad Piawą. Jest to człowiek milczący i zamknięty w sobie i mam dla niego instynktowny szacunek, gdyż czuję, że zaczął cierpieć znacznie wcześniej niż my.

Niemiec wychodzi, a my milczymy, choć wstydzimy się trochę tego milczenia. Była ciągle noc, zadawaliśmy sobie pytanie, kiedy nareszcie zrobi się dzień. Znów otworzyły się drzwi i wszedł taki w pasiaku. Różnił się od tamtych: wyglądał kulturalniej, był starszy, w okularach i nie taki silny jak tamci. Zaczął do nas mówić, i to po włosku.

Niczemu się już nie dziwimy. Wydaje nam się, że bierzemy udział w jakimś wariackim dramacie, w takim sztuczydle z czarownicami, Duchem Świętym i szatanem. Mówi po włosku źle, z silnym obcym akcentem. Mówi długo, jest bardzo uprzejmy, stara się odpowiedzieć na wszystkie nasze pytania.

Jesteśmy w Monowicach, blisko Auschwitz, na Górnym Śląsku, w regionie zamieszkiwanym wspólnie przez Niemców i Polaków. Ten obóz to obóz pracy, po niemiecku Arbeitslager; wszyscy więźniowie (a jest ich około dziesięciu tysięcy) pracują w fabryce gumy, która się nazywa Buna, dlatego i sam obóz nazywa się Buna.

Dostaniemy buty i ubrania, nie, nie nasze: inne buty i ubrania, takie jak jego. Teraz jesteśmy nadzy, gdyż czekamy na prysznic i dezynfekcję, które odbędą się zaraz po pobudce, nie można bowiem wejść do obozu, nie przeszedłszy dezynfekcji.

Praca będzie, pewnie, wszyscy tu muszą pracować. Ale różne są prace: on na przykład jest lekarzem, węgierskim lekarzem, który studiował we Włoszech, jest dentystą obozowym. W lagrze jest od czterech lat (nie w tym: Buna istnieje dopiero od półtora roku), a jednak widzimy sami: ma się dobrze, nie jest zbyt chudy. Dlaczego jest w lagrze? Jest Żydem jak my?

- Nie - odpowiada z prostotą - ja jestem kryminalistą.

Stawiamy mu wiele pytań, on czasem śmieje się: na jedne odpowiada, na inne nie, jest jasne, że unika pewnych tematów. O kobietach nie mówi; mają się dobrze, niedługo je zobaczymy, ale nie mówi ani jak, ani gdzie. Opowiada nam natomiast co innego, rzeczy dziwne i szalone, może on także drwi sobie z nas. Może jest wariatem; w lagrze można zwariować. Mówi, że co niedziela są koncerty i mecze piłki nożnej. Mówi, że kto dobrze się boksuje, może zostać kucharzem. Mówi, że kto pracuje dobrze, dostaje bony premiowe, za które można kupić tytoń i mydło.

Mówi, że woda rzeczywiście nie nadaje się do picia, lecz za to co dzień dają namiastkę kawy, której jednak na ogół nikt nie pije, bo zupa jest dostatecznie wodnista, aby zaspokoić pragnienie. Prosimy go, by wystarał się nam o coś do picia, lecz on odpowiada, że nie może, że przyszedł do nas po kryjomu, wbrew zakazowi esesmanów, gdyż nie jesteśmy jeszcze zdezynfekowani, i musi zaraz odejść; przyszedł, ponieważ Włosi są mu sympatyczni i ponieważ, jak mówi, "ma trochę serca". Pytamy go jeszcze, czy są w obozie inni Włosi; odpowiada, że jest kilku, niewielu, nie wie ilu, i szybko zmienia temat. Tymczasem zadźwięczał dzwon, więc uciekł, zostawiając nas zdumionych i oszołomionych. Niektórzy czują się pokrzepieni, ja nie, w dalszym ciągu myślę, że i ten dentysta, to nieodgadnione indywiduum, chciał się zabawić naszym kosztem, i nie chcę wierzyć ani jednemu jego słowu.

Słychać było, jak na dźwięk dzwonu ciemny obóz budził się. Nagle z pryszniców wytrysnęła wrząca woda, pięć minut rozkoszy; ale zaraz wpadają czterej (może to fryzjerzy), wrzeszcząc i rozdzielając kułaki, wypychają nas mokrych i dymiących parą do sąsiedniej lodowatej sali; tu inni wrzeszczący ludzie rzucają nam jakieś łachy, wpychają nam do ręki parę bucisków z drewnianą podeszwą i nim mamy czas się połapać, już jesteśmy na dworze, na błękitnym i zamarzniętym śniegu porannym; bosi i nadzy, z całą garderobą w garści, musimy biec ze sto metrów, aż do drugiego baraku. Tutaj wolno nam się ubrać.

Gdy skończyliśmy się ubierać, staliśmy każdy w swoim kącie i nie mieliśmy odwagi spojrzeć jeden na drugiego. Nie ma się w czym przejrzeć, ale każdy z nas ma swój obraz przed sobą odbity w setce sinych twarzy, w setce nędznych i brudnych marionetek. Oto już przemieniliśmy się w widma widziane wczorajszego wieczoru.

Wówczas po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, że w naszym języku nie ma słów na wyrażenie tej zniewagi, tego zniszczenia człowieka. W jednym momencie w przypływie proroczej niemal intuicji objawiła nam się rzeczywistość: zeszliśmy na dno. Niżej już zejść nie można, nędzniejsze bytowanie ludzkie nie istnieje, jest nie do pomyślenia. Nie mamy już nic swojego: zabrano nam ubrania, buty, nawet włosy; jeżeli coś powiemy, nie będą nas słuchali, a gdyby nawet słuchali, nie zrozumieliby nas. Odbiorą nam też i imię: chcąc je zachować, będziemy musieli znaleźć siłę w samych sobie, aby poza imieniem pozostało jeszcze coś z nas takich, jakimi byliśmy.

Wiemy, że niełatwo jest nas zrozumieć, ale tak nawet lepiej. Lecz niech każdy się zastanowi, ile wartości, ile znaczenia zawiera się w najdrobniejszych nawet naszych przyzwyczajeniach codziennych, w różnorakich przedmiotach, które posiada najnędzniejszy żebrak: chustka do nosa, stary list, fotografia bliskiej osoby. Te przedmioty są cząstką nas samych niemal w tym samym stopniu, co nasze ciało; w naszym świecie nie do pomyślenia jest, aby być pozbawionym tych rzeczy, bowiem zawsze możemy znaleźć inne na miejsce dawnych, które znów będą nasze, bo przechowują i wywołują nasze wspomnienia.

A teraz wyobraźmy sobie człowieka, któremu razem z drogimi istotami odbiera się dom, przyzwyczajenia, ubranie - słowem, wszystko, dosłownie wszystko, co posiadał: człowiek ten stanie się czymś pustym, zdolnym jedynie do cierpienia i zaspokajania podstawowych potrzeb; zapomni o godności i o rozsądku, bo ten, kto stracił wszystko, może łatwo zatracić samego siebie: stanie się więc czymś takim, że z lekkim sercem będzie można decydować o jego życiu lub śmierci, jako o stworzeniu niemającym już związku z człowieczeństwem; a jeśli, to w najlepszym razie tylko na zasadzie użyteczności. Kto się nad tym zastanowi, ten zrozumie podwójne znaczenie określenia "obóz zagłady" i co chcemy wyrazić, mówiąc: leżeć na dnie.

Häftling[14]: dowiedziałem się, że jestem Häftlingiem. Moje imię to 174 517; zostaliśmy ochrzczeni, do końca życia nosić będziemy na lewym ramieniu wytatuowane piętno.

Operacja była trochę bolesna i nadzwyczaj szybka: ustawili nas wszystkich rzędem i po jednym, według alfabetycznego porządku nazwisk, przechodziliśmy przed wprawnym funkcjonariuszem, zaopatrzonym w rodzaj strzykawki z króciutką igłą. I to było chyba prawdziwym wtajemniczeniem: tylko "pokazując numer", dostaje się chleb i zupę. Minęło wiele dni i nazbieraliśmy sporo policzków i kułaków, nim przyzwyczailiśmy się do pokazywania numeru szybko, aby nie opóźniać codziennego obrzędu rozdziału posiłków; trzeba było tygodni i miesięcy, abyśmy nauczyli się jego brzmienia w języku niemieckim. I przez długi czas jeszcze, kiedy przyzwyczajenie z czasów wolności kazało mi spojrzeć na zegarek, rzeczywistość z ironią pokazywała mi moje nowe nazwisko, numer wyryty pod skórą niebieskimi znaczkami.

Dopiero znacznie później i stopniowo niektórzy z nas dowiedzieli się czegoś o tej ponurej historii numerów oświęcimskich, wyznaczającej etapy niszczenia żydostwa w Europie. Weteranom obozowym numer mówi wszystko: czas przybycia do obozu, transport, w którego skład wchodzili, i co za tym idzie, narodowość. Każdy z szacunkiem odnosi się do numerów od 30 000 do 80 000: jest ich już zaledwie kilkaset i należą do niewielu niedobitków z gett polskich. Należy być bardzo ostrożnym, nawiązując stosunki handlowe z 116 000 lub 117 000; jest ich teraz zaledwie czterdzieści, lecz noszą je Grecy z Salonik, trzeba uważać, by się im nie dać nabrać. Jeśli chodzi "o duże numery", mają one w sobie taki sam element komiczny, jak w życiu normalnym słowo "poborowy" lub "rekrut": typowy "duży numer" jest osobnikiem zażywnym, uległym i głupim, któremu możesz wmówić, że w izbie chorych rozdają skórzane buty dla osób o delikatnych stopach, namówić go, by tam poszedł i zostawił ci "pod opieką" swoją menażkę z zupą; któremu możesz sprzedać łyżkę za trzy racje chleba; możesz go posłać do najokrutniejszego kapo, aby go zapytał (to przytrafiło się właśnie mnie!), czy to prawda, że do jego kompetencji należy Kartoffelschälenkommando - Komando Obierania Ziemniaków - i czy mógłbyś tam być przyjęty.

Z drugiej strony - cały proces dostosowywania się do tej nowej dla nas dyscypliny wygląda jednocześnie szyderczo i groteskowo. Po operacji tatuażu zamknięto nas w całkiem pustym baraku. Prycze były zaścielone, ale surowo zabroniono nam dotykać ich i siadać na nich; kręciliśmy się więc tam i z powrotem przez pół dnia na tej niewielkiej przestrzeni, dręczeni wciąż strasznym pragnieniem. Potem otworzyły się drzwi i wszedł chłopiec w pasiaku, o wyglądzie dość kulturalnym, mały, chudy i jasnowłosy. Mówi po francusku, więc wielu z nas otacza go kołem, zarzucając wszystkimi pytaniami, jakie dotąd zadawaliśmy sobie wzajemnie bez skutku.

Ale on mówi niechętnie: każdy tu mówi niechętnie. Jesteśmy nowi, niczego nie mamy i nic nie wiemy: po cóż tracić czas dla nas? Z niechęcią objaśnia, że wszyscy inni są w pracy i wrócą wieczorem. On wyszedł dziś z izby chorych, na dzisiaj jest zwolniony z pracy. Spytałem go (z naiwnością, którą już po kilku dniach musiałem uznać za fantastyczną), czy przynajmniej zwrócą nam szczoteczki do zębów; nie roześmiał się, lecz z wyrazem najwyższej pogardy rzucił mi: "Vous n'?tes pas a la maison". Ten refren słyszymy od wszystkich: nie jesteście już u siebie w domu, tu nie jest sanatorium, stąd wychodzi się tylko przez komin (co to może znaczyć, dowiemy się o tym niedługo).

I rzeczywiście: dręczony pragnieniem, zobaczyłem za oknem piękny sopel lodu, który łatwo można było dosięgnąć ręką; otworzyłem okno i oderwałem sopel, lecz w tej chwili zbliżył się jakiś wielki i gruby Niemiec krążący właśnie pod oknem i wyrwał mi go brutalnie.

- Warum? - spytałem go moją nędzną niemczyzną.

- Hier ist kein warum (Tu nie ma żadnych dlaczego) - odpowiedział i popchnął mnie silnie do wewnątrz.

Wyjaśnienie jest paradoksalne, lecz proste: tutaj wszystko jest zabronione, nie z jakichś umotywowanych przyczyn, tylko dlatego, że właśnie w tym celu obóz został stworzony. Jeżeli chcemy tu żyć, trzeba szybko i dobrze zrozumieć słowa:

Nie kłaniaj! Tu nie wizerunek święty!

inszej tu zażyj niż w Serchio kąpieli[15].

Godzina po godzinie, ten pierwszy straszliwie długi dzień przedpiekla dobiega końca. Kiedy słońce chowa się za kłąb posępnych, krwawych chmur, każą nam wreszcie wyjść z baraku. Dadzą nam pić? Nie, ustawiają nas znowu w szereg, prowadzą na szeroki plac pośrodku obozu i skrupulatnie wyrównują kolumnę. Potem znowu przez godzinę nie dzieje się nic: wygląda na to, że na kogoś czekamy.

Obok bramy obozowej zaczyna grać orkiestra: rozbrzmiewa dobrze znana sentymentalna piosenka Rosamunde, i to wydaje się nam tak dziwaczne, że patrzymy jeden na drugiego z ironicznym uśmiechem. Doznajemy lekkiej ulgi: może ten cały ceremoniał jest tylko gigantycznym błazeństwem w teutońskim stylu. Ale orkiestra po zakończeniu Rosamunde gra dalej różne marsze, jeden po drugim, i oto ukazują się zastępy naszych towarzyszy wracających z pracy. Kroczą po pięciu w rzędzie: maszerują jakimś dziwnym krokiem, nienaturalnym, sztywnym jak drewniane marionetki, ale maszerują, dostosowując skrupulatnie krok do rytmu orkiestry.

Oni również ustawiają się tak jak my, w ściśle określonym porządku, na obszernym placu; gdy ostatnia kolumna wróciła, liczą nas i przeliczają przeszło godzinę, potem jeszcze taki jeden w pasiaku dokonuje niekończącej się kontroli i składa raport grupce esesmanów odbierających go w wojskowym ordynku.

Wreszcie już ciemno, lecz obóz jest silnie oświetlony latarniami i reflektorami, słychać wrzask: "Absperre!", po którym wszystkie szeregi rozsypują się wśród zgiełku i zamieszania. Teraz już nie kroczą sztywni i wyprostowani jak przedtem: każdy wlecze się z widocznym wysiłkiem. Spostrzegam, że wszyscy albo niosą w ręce, albo mają zawieszoną u pasa blaszaną miskę wielkości niemal miednicy.

I my, nowo przybyli, krążymy wśród tłumu, szukając głosu czy twarzy przyjaznej, jakiegoś przewodnika. Pod drewnianą ścianą baraku siedzi na ziemi dwóch chłopców: są bardzo młodzi, mają najwyżej po szesnaście lat, a twarze i ręce czarne od sadzy. Kiedy ich mijamy, jeden z nich woła mnie i zadaje po niemiecku jakieś pytania, których nie rozumiem; potem pyta mnie, skąd pochodzimy.

- Italien - odpowiadam; chciałbym zapytać go o wiele rzeczy, ale mój zasób słów niemieckich jest bardzo ograniczony. - Jesteś Żydem? - pytam go.

- Tak, polskim Żydem.

- Od dawna jesteś w lagrze?

- Trzy lata - i podnosi trzy palce. Przyjechał tu więc jako dziecko, myślę z przerażeniem; z drugiej strony znaczy to, że jednak ktoś potrafi tu wyżyć.

- Jaka jest twoja praca?

- Schlosser - odpowiada. Nie rozumiem: - Eisen, Feuer (Żelazo, ogień) - tłumaczy cierpliwie i robi rękami ruchy kogoś, kto bije młotem w kowadło. Jest zatem kowalem.

- Ich Chemiker - oświadczam mu, a on przytakuje poważnie głową.

- Chemiker gut.

Ale to wszystko dotyczy dalekiej przyszłości; w tej chwili gnębi mnie jedynie pragnienie.

- Pić, woda. My żadnej wody - mówię mu. Patrzy na mnie z poważną, niemal surową miną i skanduje:

- Nie pić wody, towarzyszu - a dalej słowa, których nie rozumiem.

- Warum?

- Geschwollen - odpowiada telegraficznie; potrząsam głową na znak, że nie rozumiem. - Spuchnięty - daje mi do zrozumienia, wydymając policzki i szkicując rękami potworne obrzmienie twarzy i brzucha. - Warten bis heute Abend. - Czekać do dzisiejszego wieczoru, tłumaczę słowo po słowie.

Potem oznajmia mi:

- Ich Schlome. Du?

Mówię mu swoje imię, a on pyta:

- Gdzie twoja matka?

- We Włoszech.

Szloma zdumiewa się:

- Żydówka we Włoszech?

- Tak - wyjaśniam najlepiej, jak umiem - ukryta, nikt nie wie, ona uciec, nie mówić, nikt jej nie widzieć.

Zrozumiał; wstaje, zbliża się do mnie i obejmuje mnie nieśmiało. Na tym zdarzenie się skończyło i czuję, jak ogarnia mnie pogodny smutek, który jest niemal radością. Nie widziałem więcej Szlomy, ale nie zapomniałem tej poważnej i łagodnej twarzy chłopca, który przyjął mnie na progu domu śmierci.

Mnóstwa rzeczy musimy się dopiero nauczyć, lecz wielu już się nauczyliśmy. Mamy już niejakie pojęcie o topografii lagru; jest to kwadrat o boku długości około sześciuset metrów, otoczony dwoma rzędami drutu kolczastego, przy czym przez wewnętrzny płynie prąd wysokiego napięcia. Lagier składa się z sześćdziesięciu drewnianych baraków, które nazywają się Blocks, dziesięć z nich jest w budowie; do tego dochodzi zespół budynków kuchennych, murowanych; farma doświadczalna, prowadzona przez oddział uprzywilejowanych Häftlingów; baraki z prysznicami i latrynami, jeden na sześć do ośmiu bloków. Co więcej, niektóre bloki są przeznaczone do celów specjalnych. Przede wszystkim osiem, na wschodnim krańcu obozu, zajmują: izba chorych i ambulatorium; oprócz tego, blok 24 to Krätzeblock, wyłącznie dla cierpiących na świerzb; blok 7, w którym nigdy nie postała noga zwykłego Häftlinga, przeznaczony dla Prominenz, czyli "arystokracji", internowanych zajmujących najwyższe stanowiska; blok 47, przeznaczony dla Reichsdeutschów (Aryjczycy niemieccy, polityczni albo kryminalni); blok 49, dla samych kapo; blok 12, z którego połowa jest kantyną do użytku Reichsdeutschów i kapo, czyli punktem rozdziału tytoniu, środków owadobójczych, a czasami i innych artykułów; i w końcu blok 29 o oknach stale zamkniętych, jest to bowiem Frauenblock, dom publiczny, obsługiwany przez dziewczęta-Häftlingi polskie, do wyłącznego użytku Reichsdeutschów.

Zwykłe bloki mieszkalne podzielone są na dwa pomieszczenia; w jednym z nich (Tagesraum) mieszka szef baraku ze swoimi przyjaciółmi: jest tam długi stół, stołki, ławy; wszędzie mnóstwo dziwnych przedmiotów w jaskrawych kolorach, fotografie, wycinki z pism, rysunki, sztuczne kwiaty, bibeloty; na ścianach wielkie napisy, przysłowia i wierszyki na cześć porządku, dyscypliny i higieny; w rogu oszklona szafka z przyrządami Blockfriseura (etatowego fryzjera), chochle do rozlewania zupy i dwa bykowce, jeden pełny, drugi pusty wewnątrz, do utrzymywania dyscypliny. Drugie pomieszczenie to sala sypialna; jest w niej zaledwie sto czterdzieści osiem trzypiętrowych prycz, rozmieszczonych tak gęsto jak komórki w ulu, dla wykorzystania bez reszty całej kubatury sali aż po sufit, i przedzielonych trzema przejściami; tu żyją zwyczajni więźniowie, w liczbie od dwustu do dwustu pięćdziesięciu w jednym baraku, przeważnie więc po dwóch na pryczach, czyli na ruchomych płytach drewnianych, wyposażonych w cienki worek ze słomą i dwa koce. Przejścia pomiędzy nimi są tak wąskie, że z trudem mogą się w nich zmieścić dwie osoby, cała zaś powierzchnia tak skąpa, że mieszkańcy tego samego bloku nie mogą przebywać w nim wszyscy jednocześnie, jeśli przynajmniej połowa nie leży na pryczach. Stąd zakaz wchodzenia do bloku, do którego się nie należy.

W środku lagru znajduje się plac apelowy, bardzo obszerny, gdzie rano gromadzą się kolumny idące do pracy, a wieczorem odbywa się ich przeliczanie. Naprzeciw placu apelowego jest grządka porośnięta równo przyciętą trawą, gdzie w razie potrzeby ustawiane są szubienice.

Bardzo szybko pojęliśmy, że mieszkańcy lagru dzielą się na trzy kategorie: kryminalnych, politycznych i Żydów. Wszyscy noszą pasiaki, wszyscy są Häftlingami, ale kryminalni mają obok numeru przyszyty do bluzy zielony trójkąt, polityczni czerwony trójkąt, a Żydzi, którzy stanowią ogromną większość - czerwono-zieloną gwiazdę sześcioramienną. Są tu esesmani, ale jest ich niewielu, i widuje się ich względnie rzadko, poza obozem; właściwymi naszymi panami są zielone trójkąty, którym w stosunku do nas zostawia się wolną rękę, oprócz tego ci z dwóch pozostałych kategorii, którzy zgadzają się współpracować z nimi, a jest ich niemało.

I jeszcze czegoś nauczyliśmy się, szybciej lub wolniej, w zależności od pojętności każdego z nas: odpowiadać "jawohl", nie zadawać nigdy pytań i udawać zawsze, że się zrozumiało. Nauczyliśmy się cenić pożywienie; teraz my również skrzętnie wyskrobujemy dno menażki po jedzeniu i trzymamy ją tuż pod brodą, jedząc chleb, by nie zmarnować ani kruszyny. Teraz i my już wiemy, że to nie wszystko jedno dostać chochlę zupy z wierzchu czy też ze spodu kubła, i na podstawie objętości różnych kubłów jesteśmy w stanie wykalkulować, które miejsce należy zająć w kolejce.

Nauczyliśmy się, że wszystko może się przydać; drut żelazny do wiązania butów; szmaty do owijania nimi nóg; papier do opasania się nim (wbrew przepisom) pod bluzą, by mniej marznąć. Nauczyliśmy się, że wszystko mogą nam ukraść, że po prostu kradną automatycznie, gdy się tylko przestanie uważać; aby więc temu zapobiec, musieliśmy zaprawić się w sztuce spania z głową na węzełku sporządzonym z bluzy i zawierającym całe nasze mienie, począwszy od menażki, a skończywszy na butach.

Znamy już na ogół regulamin obozowy, który jest bajecznie skomplikowany. Niezliczona jest ilość zakazów: nie wolno zbliżać się na odległość mniej niż dwóch metrów do kolczastego drutu; spać w bluzie albo bez kalesonów, albo w berecie na głowie; używać latryn i umywalek przeznaczonych nur für Kapos lub nur für Reichsdeutsche; nie iść pod prysznic w dniach przepisowych, a iść w nieprzepisowych; wychodzić z baraku w rozpiętej bluzie lub z podniesionym kołnierzem; mieć pod ubraniem papier albo słomę jako ochronę przed zimnem; myć się inaczej jak nago do pasa.

Nieskończone też i bezsensowne są obrządki, które należy wypełnić: codziennie rano zasłać "łóżko" idealnie równo i gładko; posmarować ohydnie zabłocone chodaki specjalnym smarem maszynowym, wyskrobać z ubrania plamy z błota (natomiast plamy z pokostu, tłuszczu i rdzy są dopuszczalne); wieczorem poddać się kontroli wszy i kontroli czystości nóg; w sobotę dać sobie ogolić brodę i głowę, połatać albo dać do połatania łachy; w niedzielę poddać się ogólnej kontroli świerzbu i kontroli guzików u bluzy, których powinno być pięć.

Do tego dochodzą jeszcze niezliczone okoliczności, normalnie mało ważne, tu urastające do rangi problemów. Gdy urosną paznokcie, trzeba je skrócić, czego nie można zrobić inaczej jak zębami (paznokciom u stóp wystarczy mechaniczne ocieranie przez chodaki); jeżeli odpadnie guzik, trzeba umieć przymocować go drutem; gdy wychodzi się z latryny albo umywalni, trzeba nosić wszystko ze sobą, zawsze i wszędzie, a myjąc oczy, trzymać zawiniątko z ubraniem między kolanami; w przeciwnym razie momentalnie zostałoby skradzione. Jeżeli but uciska, trzeba wieczorem poddać się ceremonii wymiany butów; operacja ta wymaga szybkiego refleksu: w nieopisanym tłoku należy jednym rzutem oka wybrać but (nie parę, lecz jeden but, który się nadaje), bo jeżeli dokona się złego wyboru, druga wymiana jest niedozwolona.

I niech ktoś nie sądzi, że buty w życiu obozowym są drugorzędnym szczegółem. Śmierć zaczyna się od butów: one to dla większości z nas stały się prawdziwymi narzędziami tortury, gdy po kilkugodzinnym marszu powodowały rany, które w nieuchronny sposób prowadziły do zakażenia. Ten, komu się one tworzą, musi stąpać, jakby miał kulę u nogi (oto dlaczego armia widm wracających wieczorem z pracy defiluje tak dziwnym krokiem); wszędzie przybywa ostatni i wszędzie go biją; nie może uciec, gdy go ścigają; jego nogi nabrzmiewają, a im bardziej nabrzmiewają, tym bardziej nie do zniesienia staje się ucisk i ocieranie przez drewniaki. Wówczas pozostaje tylko szpital; lecz wejść do szpitala z diagnozą dicke Füsse (spuchnięte nogi) jest w wysokim stopniu niebezpieczne, gdyż wszystkim, a szczególnie esesmanom, wiadomo, że z tej choroby tutaj nie można się wyleczyć.

A poza tym nie wspomniałem jeszcze o pracy, która jest jednym pogmatwanym splotem przepisów, zakazów i problemów.

Wszyscy pracujemy, z wyjątkiem chorych (aby zostać uznanym za chorego, trzeba rozporządzać potężnym zasobem umiejętności i doświadczenia). Każdego ranka ustawieni w kolumny wychodzimy z obozu do Buny, każdego wieczoru w takich samych kolumnach wracamy. Co się tyczy pracy, jesteśmy podzieleni na około dwustu Kommandos, z których każde liczy od piętnastu do stu pięćdziesięciu ludzi; każdym z nich dowodzi kapo. Komanda są złe i dobre, po większej części przydzielone do transportów, i praca w nich jest bardzo ciężka, szczególnie w zimie, choćby dlatego, że odbywa się zawsze pod gołym niebem. Są także komanda specjalistów (elektryków, kowali, murarzy, spawaczy, mechaników, betoniarzy i tak dalej), każde przydzielone do odpowiedniego warsztatu lub oddziału Buny i zależne bezpośrednio od majstrów cywilnych, przeważnie Niemców i Polaków. Naturalnie dotyczy to godzin pracy; przez resztę dnia specjaliści (wszystkich razem jest ich nie więcej niż trzystu lub czterystu) są tak samo traktowani jak zwyczajni pracownicy. Przydzielaniem ludzi do różnych Kommandos zawiaduje specjalny urząd obozowy, Arbeitsdienst, pozostający w stałym kontakcie z cywilną dyrekcją Buny. W decyzjach swoich Arbeitsdienst kieruje się niewiadomymi kryteriami; często kryteriami tymi w sposób zupełnie oczywisty są protekcja i przekupstwo, tak że jeżeli komuś uda się zdobyć coś do jedzenia, praktycznie może być pewny, że otrzyma dobre miejsce w Bunie.

Czas pracy zmienia się w zależności od pory roku. Dopóki jest jasno, wszystkie godziny dnia są robocze: najkrótszy więc czas pracy jest w zimie (od ósmej do dwunastej i od dwunastej trzydzieści do szesnastej), a najdłuższy w lecie (od szóstej trzydzieści do dwunastej i od trzynastej do osiemnastej). Pod żadnym pozorem nie wolno Häftlingom znajdować się w pracy, gdy jest ciemno lub panuje gęsta mgła, natomiast gdy pada deszcz albo śnieg, albo (bardzo często) wieje od Karpat ostry wiatr, pracuje się normalnie; chodzi o to, że ciemność lub mgła mogłaby sprzyjać usiłowaniom ucieczki.

Co druga niedziela jest normalnym dniem roboczym; w tak zwane niedziele świąteczne zamiast w Bunie pracuje się zwykle nad utrzymaniem porządku w lagrze, tak że dni prawdziwego odpoczynku są niezmiernie rzadkie.

Takie będzie nasze życie. Codziennie zgodnie z przepisowym rytmem ausrücken i einrücken, wychodzić i wracać; pracować, spać i jeść; chorować, wyzdrowieć lub umrzeć.

...I jak długo? Ale starsi śmieją się z takiego pytania; po takim pytaniu poznaje się nowo przybyłych. Śmieją się i nie odpowiadają; dla nich od miesięcy, od lat problem dalekiej przyszłości zbladł i stracił znaczenie wobec znaczenia pilniejszych i bardziej konkretnych problemów najbliższej przyszłości: ile dziś dostaniemy do jedzenia, czy będzie padał śnieg, czy trzeba będzie wyładowywać węgiel.

Gdybyśmy byli rozsądni, powinniśmy pogodzić się z tym oczywistym faktem, że nasze życie jest najzupełniej niewiadome, że wszelkie przypuszczenia na ten temat nie mają ani sensu, ani żadnych realnych podstaw. Ale ludzie bardzo rzadko bywają rozsądni, kiedy wchodzi w grę ich własny los; w każdym wypadku wybierają ostateczność. Dlatego też w zależności od charakteru jedni z nas nabrali od razu przekonania, że wszystko stracone, że tu się żyć nie da i że koniec jest pewny i bliski; inni - że jakkolwiek ciężkie życie nas czeka, ocalenie jest możliwe i niedalekie i że - o ile nie stracimy wiary i siły - ujrzymy znowu nasze domy i naszych bliskich. Obie zresztą kategorie - pesymistów i optymistów - nie są wyodrębnione wyraźnie: nie tylko dlatego, żeby było wielu agnostyków, lecz dlatego, że większość ludzi niekonsekwentnie i nielogicznie waha się między tymi dwiema skrajnymi postawami zależnie od rozmówcy i od okoliczności.

Oto więc jesteśmy na dnie. Jeżeli potrzeby życiowe zmuszają do tego, człowiek bardzo szybko uczy się przekreślać przeszłość i przyszłość. Po piętnastu dniach pobytu w obozie odczuwałem już przepisowy głód, który śni się po nocach i tkwi w każdym włóknie ciała; nauczyłem się już nie pozwolić się okradać, a nawet - jeżeli znajdę pod ręką łyżkę, sznurek czy guzik, które mogę sobie przywłaszczyć bez obawy kary - zabieram je i uważam, że mam do nich prawo. Na wierzchu stóp porobiły mi się brzydkie rany, które się nie zagoją. Popycham wagony, pracuję łopatą, moknę na deszczu, drżę na wietrze, moje ciało już nie jest moim: brzuch mam wzdęty, kończyny wyschnięte, twarz rano obrzmiałą, a wieczorem zapadniętą; niektórzy mają skórę żółtą, inni szarą. Spotykając się po trzech lub czterech dniach, z trudnością rozpoznajemy się wzajemnie.

Postanowiliśmy, my, Włosi, zbierać się każdej niedzieli wieczorem w kącie lagru; wkrótce jednak zaniechaliśmy tych spotkań: zbyt smutne było przeliczać się za każdym razem, stwierdzać, że jest nas coraz mniej, że jesteśmy coraz bardziej wynędzniali, coraz szpetniejsi. Poza tym bardzo męczące było zrobienie tych paru kroków; wreszcie spotykając się, mimo woli wspominaliśmy i rozmyślali, a lepiej było tego nie robić.

Dariusz Czaja

Przystanek Auschwitz. Epilogi

Od tego czasu, o niepewnej porze,

Powraca tamto cierpienie,

I jeśli nie ma się przed kim wygadać,

W piersi piecze go serce.

Primo Levi, Ocalony, przeł. J. Mikołajewski

1

W swojej książce o duchowym dziedzictwie świata żydowskiego rabin Byron L. Sherwin przypomniał pewną chasydzką opowieść:

W latach sześćdziesiątych XVIII wieku młody rabin Elimelech i jego brat, rabin Zusja, wędrowali przez Polskę z miasta do miasta. [...] Pewnego popołudnia obaj bracia przybyli wyczerpani i głodni do niewielkiego miasteczka. Chociaż byli głodni, nie mogli jeść. Chociaż byli wyczerpani, nie mogli spać. Odczuwali coś, czego nigdy przedtem nie zaznali. Ogarnęło ich poczucie niewymownego lęku. Przejmowała ich straszliwa bojaźń. Ogarniał ich najgłębszy smutek. W środku nocy opuścili miasto i już nigdy do niego nie wrócili. To miasto nazywa się po hebrajsku Uszpizin. Dzisiaj, gdy upłynęło ponad dwieście lat od czasu, kiedy po raz pierwszy opowiedziano to zdarzenie, świat zna to miasto pod nazwą Oświęcim[1].

My, którzy korzystamy z łaski późnego urodzenia, wiemy już, że rabina Elimelecha i rabina Zusję nie zmyliło jasnowidzące przeczucie. Wystarczyło trochę obrotów Ziemi, by to ciemne, niezrozumiałe i straszne coś, co wówczas niewidzialnie, ale w całkowicie realny i dojmujący sposób zaatakowało obydwu chasidim, wypełzło na powierzchnię w całej swojej potworności, już bez zasłon i masek. Ale tak, to już wtedy, w Oświęcimiu, uczeni rabini doświadczyli cieleśnie zapowiedzi objawienia w przyszłości esencjalnego zła, choć ta intuicja nie została przez nich wyraźnie nazwana. Ponad dwieście lat później, w tym samym miejscu, doszło do jego uzewnętrznienia, do czytelnej, jawnej, dostępnej ad oculos epifanii zła. Od tego momentu Uszpizin-Oświęcim-Auschwitz nabył nową tożsamość: przestał być zwykłym punktem w neutralnej i niemej dotąd kartografii, zmienił się - już na zawsze - w rozpoznawalny synonim zbiorowego mordu. Stał się mrocznym (ale przeraźliwie jasnym) i cichym (ale krzyczącym wniebogłosy) toponimem masowej zagłady.

W konsekwencji nazwa ta oderwała się od swoich geograficznych konotacji, Oświęcim wypadł z atlasu i wiedzie dziś żywot osobny w przestrzeni doświadczeń duchowej natury. Oznacza rzeczywistość, której - jak przekonuje wielu - opisać nie sposób, niepodobna zrozumieć ani sobie wyobrazić. W takich przypadkach z pomocą przychodzą zazwyczaj metafory. W literaturze obozowej Auschwitz pseudonimują, między innymi, takie określenia jak: grobowiec, cmentarz, otchłań, piekło, czarna dziura, jądro ciemności, anus mundi, wszystkie z negatywnego krańca aksjologicznego spektrum. Te określenia zostały tu obsadzone w funkcji nazywania nienazywalnego. Mamy wszelako świadomość (choć może nie wszyscy), że to tylko przybliżenia, lepsze czy gorsze analogie. Wygląda to tak, jak gdyby wobec obozowej rzeczywistości język zaniemówił, jak gdyby załamał się w jednej ze swoich prymarnych funkcji: nazywania rzeczy po imieniu. Wciąż nie znamy prawdziwego imienia Auschwitz. Sięgając więc po metafory, bezradnie ślizgamy się po powierzchni zdarzeń, próbujemy choć trochę zbliżyć się do tej ciemni bez dna po to, by - mimo wszystko - jakoś umieścić das Ereignis Auschwitz w mniej lub bardziej zrozumiałym porządku słów i ich zwyczajowych odniesień.

2

Dziś, kiedy czytam przejmującą chasydzką historię opowiedzianą przez rabina Sherwina, mija prawie osiemdziesiąt lat od czasu, gdy w lutym 1944 roku do obozu zagłady Auschwitz-Birkenau przybywa w transporcie Primo Levi, włoski Żyd z Piemontu. Otrzymuje numer 174 517. Przydzielony zostaje do pracy w fabryce gumy w podobozie w Monowicach. Udaje mu się przeżyć, skrajnie wycieńczony, ciężko chory obserwuje wyzwolenie obozu przez Rosjan w styczniu 1945 roku. Spośród sześciuset czterdziestu dziewięciu włoskich Żydów, którzy wraz z nim przybyli w transporcie, przeżyło tylko dwudziestu trzech więźniów. Po wielu miesiącach tułaczki, zmieniając kierunki i kraje tranzytowe, w końcu powraca do domu: "Przyjechałem do Turynu 19 października po trzydziestu pięciu dniach podróży. Dom stał, wszyscy członkowie rodziny żyli, nikt na mnie nie czekał" [PO, 400][2].

Można by rzec, że odyseja obozowa kończy się mimo wszystko szczęśliwie - bohater ocalał. Jednak Levi, podobnie jak wielu innych więźniów nazistowskich obozów, wraca do punktu wyjścia już jako zupełnie inny człowiek: naznaczony, spopielały, z trawiącym go poczuciem wstydu z powodu tego, że przeżył. Levi opuścił Auschwitz, ale Auschwitz nie opuściło go nigdy. Przenikał jego życie i jego myślenie niedostrzegalnie, ale skutecznie, aż do niejasnej, zagadkowej śmierci w kwietniu 1987 roku. Rok pobytu w obozie zagłady naznaczył go na resztę życia. To znamienne: o swoich obozowych przeżyciach opowiadał niemal zaraz po wyjściu za bramę, zagadywał przypadkiem poznanych w powrotnej drodze ludzi i mówił, mówił, mówił... Wspominał chwile spędzone za drutami, przytaczał fakty, dawał świadectwo, odczuwał bowiem - jak wspominał po latach - nieodpartą, kompulsywną niemal, potrzebę, by opowiedzieć o tym, co przydarzyło się w obozie jemu i jego towarzyszom. Cały czas miał niestygnące poczucie powinności, świadomość, że opowiada przeciw zapomnieniu, że opowiada, aby pamiętać. Wiedział, że jest w posiadaniu cennej i osobliwej wiedzy; wiedzy danej nielicznym. I dzielił się nią hojnie przez całe życie.

Zebrane w tym tomie trzy książki Leviego (przyjęta przez wydawcę kolejność zachowuje chronologię ich włoskich pierwodruków) to w zasadzie jeden długi tekst, tyle że rozpisany na trzy głosy. W każdej z nich, od pierwszej, dość ascetycznej relacji z obozu (Czy to jest człowiek), przez uważaną za najlepszą literacko opowieść o powrocie do rodzinnego domu (Rozejm), aż po najbardziej może syntetyczne studium świata obozowych katów i ofiar (Pogrążeni i ocaleni) - Levi stara się maksymalnie wiernie opisać doświadczenie Auschwitz i jego powidoki. Szczególnie zależy mu na tym, by odpowiedzieć na pytanie o wagę i znaczenie tego wydarzenia dla nas, dzisiaj. Dlatego też zapuszcza analityczną sondę w ciemny lej pamięci, by wydobyć z niego fakty, zdarzenia, imiona własne. A wszystko po to, by precyzyjnie opisać anatomię obozowego mikroświata i zrozumieć racje, które stały u źródeł powołania do życia tej demonicznej fabryki śmierci. Ale także po to, by pokazać, że doświadczenie obozowe pozostanie już na zawsze - chcemy czy nie - częścią naszej powojennej historii. Że Auschwitz to nie jest czas przeszły dokonany. Że to raczej imię utajonej w nas możliwości, czekającej tylko na dogodny moment, by się zrealizować. W Pogrążonych i ocalonych cel swojego pisania określił jasno i precyzyjnie:

Chciałbym, żeby ta książka przyczyniła się do lepszego zrozumienia pewnych aspektów obozu, które ciągle jeszcze wydają się niejasne. Wyznaczam sobie nawet cel ambitniejszy, zamierzam odpowiedzieć na pytanie bardziej naglące, na pytanie budzące lęk w tych, którzy mieli okazję czytać nasze opowieści: Ile z tego świata obozów koncentracyjnych przepadło i nigdy już nie pojawi się powtórnie, podobnie jak ustrój niewolniczy czy jak rycerski kodeks honorowy? I z kolei ile z niego powróciło lub właśnie powraca? Co może uczynić każdy z nas, by z tego naszego świata pełnego zagrożeń przynajmniej tamto straszliwe zagrożenie zostało na trwałe usunięte? [PO, 415-416]

To samo można powiedzieć o przedrukowanych tu pozostałych dwóch książkach Leviego, a także o wielu wierszach, z których bodaj najmniej jest znany[3]. Zgromadzone tu teksty, oglądane z pewnego oddalenia, traktować można jak ponawiane przez niego glosy i komentarze do rzeczywistości obozowej, jak epilogi upiornego świata, który z latami zdaje się coraz bardziej niewyobrażalny, ale który niestety był brutalną realnością. Historie obozowe, o których opowiada Levi, nie są tylko rzeczowymi relacjami o mrocznej i traumatycznej przeszłości, ich autor ma wzrok zwrócony w kierunku minionej historii, ale opowiadając o niej, cały czas myśli o doświadczeniu tych, którzy urodzili się po wojnie. Owszem, Auschwitz jest dla niego wydarzeniem historycznym, lecz jakże różnym od bitwy pod Austerlitz: to ostatnie powinno być dociekliwie badane przez historyków, jednak jego ramą pierwotną i docelową pozostaje pierwotny kontekst historyczny. Z Auschwitz sytuacja wygląda inaczej. Oczywiście, obóz także jest częścią historii, konieczność jego wstępnej kontekstualizacji nie podlega dyskusji, ale znaczenie tego, co miało tam miejsce, znacznie wykracza poza wyjściowy kontekst: to zdarzenie, by tak rzec, dalekiego rażenia, zmieniające radykalnie nowoczesną świadomość. Mówiąc inaczej: długi cień obozowej rzeczywistości pada także i na nas. Co oznacza, że konsekwencje mentalne (i duchowe) tego zdarzenia dotyczą rzeczywistości, w której żyjemy. Innymi słowy: rozumienie hermetycznego świata obozu zagłady nie może zamykać się i kończyć w zadośćuczynieniu pozytywistycznemu pragnieniu Rankego, by opisać, "jak to było naprawdę".

Levi nie był zawodowym historykiem, jego opowieści obozowe to nie tylko sprawozdania zawierające fakty, to także - a może przede wszystkim - świadectwo ocalałego. Ich siła bierze się z personalnego poświadczenia prawdy, o której mówią. Za umieszczonymi w nich danymi stoi żywy człowiek, ktoś, kto nie tylko stwierdza i konstatuje, ale także apeluje do czytelnika. Bodaj nikt już obecnie nie kwestionuje walorów literackich tych książek, czytamy dziś Leviego z dobrodziejstwem inwentarza: już nie tylko "przezroczyście", faktograficznie, jak to miało miejsce wiele lat temu, ale także ze świadomością użytych w jego tekstach tropów retorycznych[4].

3

Pomieszczone w tym tomie teksty czytać można na różne sposoby. Można traktować je czysto referencyjnie, szukając w nich prawdy materialnej dotyczącej Auschwitz, można widzieć w nich zapis świadectwa pojedynczego życia i niepojętych meandrów ludzkiego losu, można wreszcie porównywać je z innymi ważnymi tekstami Zagłady, skupiając się bardziej na środkach wyrazu, za pomocą których autor przekazuje swoją wiedzę o traumatycznej przeszłości. A to niejedyne zapewne możliwości. Nie ma, rzecz jasna, jednej uprzywilejowanej lektury Leviego, to zawsze będzie funkcja naszych zainteresowań i oczekiwań wobec tekstu. Jestem antropologiem. Pewnie dlatego najbardziej interesuje mnie, zdeponowana w tych trzech książkach, szczególna wiedza o człowieku, a więc przede wszystkim ich aspekt poznawczy. Levi zstąpił do otchłani, a szczęśliwy los sprawił, że powrócił stamtąd do żywych. Stąd też, twierdzę, jego świadectwo w tej materii ma znaczenie zupełnie wyjątkowe, a wiedza antropologiczna, którą nabył - jest zupełnie unikatowa. Byłoby intelektualną niefrasobliwością z tej okoliczności nie skorzystać.

Z antropologicznego punktu widzenia jednym z ważniejszych rozdziałów prezentowanej książki wydaje się ten opatrzony tytułem Szara strefa z Pogrążonych i ocalonych. Pokazuje w nim Levi na kilku instruktywnych przykładach, jak mylące są jednoznaczne i proste kwalifikacje dzielące ludzi na dobrych i złych, jak czarno-biały schemat skutecznie uniemożliwia nam zobaczenie rzeczywistości w jej złożoności i wielowymiarowości. Obozowa "szara strefa" to nazwa przestrzeni o rozmytych konturach, określenie osobliwej zony oddzielającej i zarazem łączącej ofiary i prześladowców, więcej: to obszar, w którym ofiary i prześladowcy niebezpiecznie upodabniali się do siebie. Levi upiera się, by wejść odważnie w tę ciemną strefę i skrupulatnie opisać ludzi, którzy tę przestrzeń zaludniali. Jednym z analizowanych przez niego przykładów są członkowie oświęcimskiego Sonderkommanda - grupa żydowskich więźniów formowana co pewien czas do obsługi krematoriów, w których unicestwiano ich pobratymców. Ponieważ mieli oni dostęp do największej tajemnicy obozu, po kilku miesiącach byli metodycznie likwidowani; przychodzący oddział rozpoczynał pracę od spalenia swoich poprzedników. Powołanie takich oddziałów Levi nazywa "najbardziej demoniczną zbrodnią narodowego socjalizmu" [PO, 445]. Diabelstwo tego pomysłu polegało na uczynieniu z ofiar oprawców. Ci, którzy znaleźli się w obozie, w oczekiwaniu na własną śmierć zmuszeni zostają do tego, by pomagać strażnikom w mordowaniu innych współwięźniów. Tym samym, za pośrednictwem Sonderkommanda, Niemcy przerzucali ciężar winy na ofiary, pozbawiając je poczucia niewinności, kolejne Oddziały Specjalne stawały się wspólnikami nazistów w zbrodni. To tajne i upiorne "pokrewieństwo dusz" zaowocowało nawet czymś tak niepoczytalnym, jak obozowy mecz piłki nożnej pomiędzy reprezentacją SS a członkami Oddziału. Tylko ci ostatni mogli dostąpić tego zaszczytu. Pisze Levi:

W tle tego chwilowego zawieszenia broni słychać było szatański chichot: oto się dokonało, udało nam się, już nie jesteście tą inną rasą, tą antyrasą, głównym wrogiem tysiącletniej Rzeszy, już nie jesteście narodem, który odrzuca złote cielce. Objęliśmy was uściskiem, zdeprawowali, pociągnęli na dno razem ze sobą. Już jesteście tacy jak my - wy, tak z siebie dumni; macie krew na rękach tak samo jak my. Wy także, jak my i jak Kain, zabiliście brata. Podejdźcie bliżej, możemy razem zagrać w piłkę [PO, 446].

Kim więc byli ludzie z Sonderkommanda? Jakie miary moralne przyjąć do oceny ich zachowania? Kto ma prawo ich osądzać i jaki jest sens takiego gestu etycznego? Levi nie ma żadnej wątpliwości, że stajemy tu wobec tajemnicy natury ludzkiej, a na powyższe pytania nie ma i nie może być jednoznacznej odpowiedzi. Jako były więzień Auschwitz sugeruje twardo, by przypadek "kruków z krematorium" rozpatrywać rzetelnie, okazywać im miłosierdzie, ale z całą pewnością ich nie osądzać. Giorgio Agamben, kontynuujący myśl Leviego, idzie nawet dalej. Utrzymuje, że niebywałe odkrycie antropologiczne Leviego polega na wyodrębnieniu strefy, która wyłamuje się z wszelkich prób przypisania odpowiedzialności. W "szarej strefie" bowiem dobro i zło zamieniają się miejscami, ofiary z oprawcami, zachodzi osobliwa postać szarej alchemii, w której pierwiastki pozostające normalnie w opozycji wobec siebie poczynają się ze sobą stapiać. Dlatego tak trudno dokonać tu jednoznacznej kwalifikacji moralnej. "Szara strefa" to inaczej strefa nie-odpowiedzialności, obszar, który nie tyle sytuuje się "poza dobrem i złem", ile znajduje się - w jakimś sensie - przed nimi[5]. W tym kontekście można by pytać o głęboki sens upiornego piłkarskiego meczu, o którym wspomina Levi. Pozornie wydarzenie to wydaje się przebłyskiem człowieczeństwa w upiornym świecie nieustającego mordu, podczas gdy ta właśnie chwila normalności, pisze Agamben, to przejaw prawdziwego obozowego okrucieństwa. Zwraca przy tym uwagę na coś jeszcze. Chodzi o to, że ten mecz nie dobiegł jeszcze końca, że wciąż jest rozgrywany, nadal trwa. Był czymś wypadającym poza rutynową logikę w czasie rzeczywistym, ale także i dzisiaj jest dla nas wyzwaniem: "uczestniczymy w niepojęty sposób w owym meczu, rozgrywanym na naszych oczach, na naszych stadionach, oglądanym na ekranach naszych telewizorów, stanowiącym nieodłączny element naszej codzienności i normalności. Jeśli nie zdołamy owego meczu pojąć, doprowadzić do jego zakończenia, nie pozostanie już żadna nadzieja"[6].

Innym z przełomowych odkryć Leviego w dziedzinie antropologii jest wyodrębnienie osobnej klasy ludzi zwanych w obozowym slangu muzułmanami, a nade wszystko próba zrozumienia ich roli w dziele świadczenia, dawania świadectwa. Podobnie jak ludzie "szarej strefy", także i postać muzułmana (nazwa o niejasnym pochodzeniu) wypada poza rutynowe schematy myślenia o człowieku. Figura ta nie pozwala włączyć się do utrwalonych nawykiem potocznych klasyfikacji. Muzułman w zasadzie nie jest już pośród żywych, choć nie jest jeszcze martwy w ścisłym sensie słowa. Jest "żywym trupem", jest "martwym żywym" i może dopiero te oksymoroniczne formuły zbliżają się nieco do adekwatnego opisu jego stanu. Muzułman tkwi w zawieszeniu, jego wątła pograniczna egzystencja mieści się w pełni na tej cienkiej linii oddzielającej życie od śmierci. Jego fizyczna i psychiczna degradacja została posunięta do tego stopnia, że istniejące słowniki nie nadają się do opisu jego szczególnego stanu. Wydaje się, że nawet umieszczenie muzułmanów na pograniczu życia i śmierci nie oddaje istoty rzeczy; to raczej, jak mówi Levi, "półludzie", chodzące trupy, osobliwe istnienia na granicy ludzkiego i nieludzkiego. W Czy to jest człowiek pozostawił taką ich charakterystykę:

Historia wszystkich "muzułmanów", którzy idą do gazu, jest taka sama, a ściślej mówiąc, nie mają oni żadnej historii; stoczyli się po prostu po pochyłości aż na dno, jak strumienie, które zbiegają do morza. Znalazłszy się w obozie, na skutek wrodzonej nieudolności, nieszczęścia czy jakiegoś przypadku zostali pokonani, zanim zdołali się przystosować; minęli się z czasem; zaczęli rozumieć niemiecki i orientować się trochę w piekielnej gmatwaninie praw i zakazów, gdy ich ciało było już w rozkładzie i nic nie mogło ich uratować przed selekcją lub śmiercią z wycieńczenia. Ich życie jest krótkie, ale ich liczba nieskończona; to oni, Muselmänner, potępieni, są jądrem obozu; oni, anonimowa masa, wciąż odnawiana i zawsze jednakowa, półludzi, którzy maszerują i męczą się w milczeniu, bo zagasła w nich iskra Boża, bo zbyt wielka jest w nich pustka, by mogli naprawdę cierpieć. Trudno jest nazwać ich żywymi - trudno jest nazwać śmiercią ich śmierć, której nawet się nie boją, gdyż są zbyt zmęczeni, aby ją zrozumieć [CTJC, 107].

Tym bardziej zadziwiające jest, że to właśnie ich, muzułmanów, czyni Levi prawdziwymi świadkami Zagłady. Nie są nimi ci, którzy przeżyli. Nie są, bo ich wiedza w przedmiocie sprawy musi być, z natury rzeczy, niepełna. Tylko muzułmanie, a więc ci, którzy spotkali się oko w oko z otchłanią i którzy w niej pozostali, dysponują wiarygodną wiedzą o esencji obozu śmierci. Niestety nie są w stanie z nikim się nią podzielić. Pisze Levi: "Kto zszedł na dno, kto nie uniknął wzroku Meduzy, ten nie powrócił, by dać świadectwo, albo powrócił niemy. Jednak to tylko oni, muzułmanie, na zawsze pogrążeni, prawdziwi świadkowie, mogliby udzielić wyjaśnień, które miałyby sens ogólny. Oni stanowią regułę - my zaś wyjątek" [PO, 473]. Tkwi w tym jawny paradoks: oto za właściwego świadka uznaje się tego, kto nie mówi, tego, kto nie jest już w stanie nic powiedzieć. Prawdziwy świadek więc to ten, kto nie dał żadnego świadectwa, więcej: kto nie mógł dać żadnego świadectwa ("nawet gdyby mieli pod ręką papier i pióro, nie daliby świadectwa, gdyż ich śmierć zaczęła się wcześniej" [PO, 474]). To świadek, który świadczy milczeniem. Ale ten brak, jak się okazuje, nie oznacza w żaden sposób słabości czy podrzędności świadectwa. Jeszcze raz podkreślmy paradoksalność tej formuły: ci, którzy ocaleli i mówią, nie mogą dać właściwego świadectwa; prawdziwe świadectwo mogliby dać tylko ci, którzy zaniemówili, ale oni właśnie nie mogą tego zrobić. Ci, którzy pozostali, pseudoświadkowie, jak chce Levi, przemawiają jedynie w ich imieniu, mówią zamiast nich. Dają więc świadectwo temu świadectwu, które nie zostało dane. Jak dopowiada celnie Agamben: "Mówienie tutaj o przemawianiu w ich imieniu nie ma jednak najmniejszego sensu: pogrążeni nie mają nic do powiedzenia, nie mają pouczeń ani wspomnień, które mogliby przekazać. Nie mają "historii" ani "oblicza", a tym bardziej obca jest im jakakolwiek "myśl""[7]. A jeśli tak, to sytuacja ta zmusza do przedefiniowania samej definicji świadectwa, jako że ten, który bierze na siebie brzemię świadczenia, świadom jest tego, że musi świadczyć z powodu niemożliwości dania świadectwa. Zmienia to rutynowe znaczenie "świadectwa" i sytuuje w nieznanej wcześniej strefie.

Innym jeszcze przypadkiem granicznej antropologii jest historia kilkuletniego Hurbinka, którego poruszającą historię opowiada Levi w Rozejmie. Już po wyzwoleniu obozu, po przeniesieniu ocalałych z Monowic do "dużego obozu" w Auschwitz, jego uwagę zwrócił mały chłopiec, niemowa i kaleka, rozpaczliwie czepiający się życia:

Hurbinek był nikim, synem śmierci, synem Auschwitz. Wyglądał na trzy lata, nikt o nim nic nie wiedział. Nie umiał mówić i nie miał imienia; osobliwe imię Hurbinek nadaliśmy mu chyba my, a może jedna z kobiet, która zrozumiała w ten sposób nieokreślone odgłosy, wydawane od czasu do czasu przez małego. Był sparaliżowany od pasa w dół, wskutek atrofii nogi miał cienkie jak patyki, ale jego oczy, zagubione w trójkątnej, wymizerowanej buzi rzucały wokół błyskawice, wyrażając niezliczone pragnienia, wolę przetrwania, działania, wydobycia się z grobu niemoty. Brakowało mu słowa. Jego wzrok świadczył dobitnie o gwałtownej potrzebie słów, których nikt nie chciał go nauczyć. Był to wzrok dziki, a jednocześnie głęboko ludzki, wzrok człowieka dojrzałego, zdolnego osądzić innych; wzrok przepełniony siłą i cierpieniem tak bardzo, że nikt z nas nie potrafił go wytrzymać [R, 209-210].

Po kilku dniach pobytu ocalali więźniowie zauważyli, że dziecko obsesyjnie powtarza kilka dźwięków, które miały zapewne ułożyć się w jakieś znaczące słowo. Coś, co brzmiało, wedle relacji Leviego, jak "mass-klo", czy "matisklo"[8]. Mimo wysiłków ze strony więźniów reprezentujących różne języki jego bełkotliwa mowa nie została jednak odczytana. Tego języka, który dopiero chciał być językiem, którego pierwiastkowe elementy składały się - mimo wszystko - na tajemną idiomatykę cierpienia i afirmującej tożsamości, nie zrozumiał niestety nikt. To dziecięce gaworzenie, ów domagający się odczytania szyfr pragnienia i niemocy, nie został finalnie złamany. Hurbinek chce dać świadectwo, jedyne, niepowtarzalne, na swoją miarę, ale jego kaleka mowa na to nie pozwala. Do końca pozostaje zatrzaśnięty w swoim kruchym ciele, niewysłuchany, niezrozumiany. Umiera w pierwszych dniach marca 1945 roku. Levi staje się jego pełnomocnikiem w dziele zaświadczania. Daje świadectwo temu, czemu nie sposób dać świadectwo: "Nic po nim nie zostało. Składa swoje świadectwo tymi moimi słowami" [R, 211].

Przypominam niezwykłą postać obozowego Hurbinka, bo jeszcze w inny sposób każe nam ona spojrzeć na to, co znaczy "być człowiekiem". Trzyletnie, kalekie dziecko, bezimienne i nieposługujące się artykułowaną mową - to jeszcze inna postać rekonstruowanej tu antropologii liminalnej Leviego. Hurbinek, zdawać by się mogło, nie jest w pełni człowiekiem nie tylko ze względu na wiek, ale nade wszystko na brak języka. "Nieumiejętność mówienia - pisze filozof - jest czymś tak znamiennym, że aż jest u źródeł imienia, jakie nowo narodzony otrzymuje jeszcze przed chrztem: ten, który jeszcze nie mówi, nie-mowlę, infans (bo to z łacińskiego wzorca korzysta tu polszczyzna)"[9]. Bo w kulturze zachodniej być w pełni człowiekiem - to mieć imię; być w pełni człowiekiem - to mówić, posługiwać się językiem. Kaleki Hurbinek nie może wykazać się tymi przymiotami, jest bytem na wpół animalnym, z trudem więc można zaliczyć go do jednostki taksonomicznej: człowiek. Tymczasem, nie może być wątpliwości, więźniowie obozu - sami na skraju wyczerpania, na granicy utraty wszelkich oznak człowieczeństwa - traktowali Hurbinka jak równego sobie, mimo braku rozpoznawalnych oznak przynależności do gatunku ludzkiego. Być może pierwotna i przeważająca okazała się tu wspólnota w cierpieniu: jak gdyby Homo patiens brał górę nad Homo loquens, jak gdyby przeżywane i ujawniane (choć pozasłowne) cierpienie było wystarczającą przepustką do klasy: byt ludzki. Pewnie też dlatego Levi mógł napisać te wstrząsające zdania, które brzmią jak epitafium dla zapomnianego (ludzkiego) bohatera: "Hurbinek miał trzy lata, urodził się prawdopodobnie w Auschwitz i nigdy nie widział drzew. Walczył jak mężczyzna, do ostatniego tchnienia, aby zdobyć sobie miejsce w świecie ludzi, z którego wygnała go zwierzęca moc" [R, 211].

4

Europejski humanizm rozpoczął się w epoce renesansu, eksponując w herbie dumną maksymę rzymskiego pisarza Terencjusza: "Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce". Rzeczywistość Auschwitz sprowadziła tę myśl do parteru i odsłoniła konsekwencje, które nie mogły się przyśnić jej autorowi w najczarniejszych nawet snach. Być człowiekiem po Auschwitz - znaczy już coś innego, niż projektodawcy europejskiego humanizmu mieli na myśli. Człowiek to już nie brzmi dumnie. Ale nie tylko. Z punktu widzenia obozu zagłady zachodnie fundamenty poznania antropologicznego chwieją się w posadach: zwyczajowe kwalifikacje etyczne przestają być funkcjonalne, nie sposób przeprowadzić jasnego rozróżnienia między żywymi i zmarłymi, nawet język (tytuł do chwały Homo sapiens) okazuje się niekonieczny do tego, by być policzonym w poczet ludzi. Rozpoznania Leviego w tej materii są wyjątkowo wiarygodne.

Tak czy inaczej, z lektury Leviego wynika jasno, że "ludzkość" nie jest pojęciem biologicznym, ale moralnym. W jego mrocznej opowieści o tym, co przydarzyło się gatunkowi ludzkiemu w wieku XX, błyska czasem światło. W antropologicznych wywodach snutych wokół i w pobliżu "pogrążonych i ocalonych" cały czas obecna jest myśl, że - jednak, mimo wszystko - istnieje coś takiego, jak niezniszczalne jądro człowieczeństwa: "szkielet, kościec, kształt ludzki" [CTJC, 54]. Że istnieją sfery niepodlegające "zezwierzęceniu" ani osunięciu się człowieka do poziomu "nieokrzesanego Pigmeja". Z dzisiejszej perspektywy (posthumanistycznej i postkolonialnej) te sformułowania nie brzmią oczywiście najlepiej. Ale nie ma chyba większego sensu czytać tych uwag nazbyt literalnie ani - zupełnie anachronicznie - postrzegać Leviego jako tępego wyznawcę antropocentryzmu czy zgoła apologetę rasizmu. Używając tych, niepoprawnych dziś politycznie określeń, Levi chce powiedzieć rzecz ważną i prostą: że patrząc na świat ludzki z obozowego punktu widzenia, istnieje jednak coś takiego, jak przywiązanie do żywiołu nieredukowalnie "ludzkiego", choćby było to pragnienie nieziszczalne i trwało w nas jedynie jako idea regulatywna. I że czasem może się ono realizować tylko jako twarda niezgoda na wtargnięcie "dzikości" w granice porządku uchodzącego za ludzki. To chyba, przede wszystkim, chce powiedzieć Levi w zakończeniu swojej pierwszej książki pod tytułem - nomen omen - Czy to jest człowiek: "Człowiekiem jest ten, kto zabija, człowiekiem jest, kto popełnia niesprawiedliwość lub ulega jej; nie jest człowiekiem ten, kto zagubiwszy wszelkie hamulce wewnętrzne, dzieli łóżko z trupem. Kto czeka, aby jego sąsiad umarł nareszcie, aby zawładnąć jego ćwiartką chleba [...]" [CTJC, 191].

O tym, także o tym, jest ta książka. "Wy, co żyjecie bezpiecznie / W swoich ciepłych domach, / Wy, co wieczorem wracacie / Do gorącej strawy i przyjaznych twarzy"[10] - spróbujcie chociaż przez chwilę o tym pomyśleć...

Podróż

Milicja faszystowska aresztowała mnie 13 grudnia 1943 roku. Miałem dwadzieścia cztery lata, mało rozsądku, żadnego doświadczenia i zdecydowaną skłonność - wspomaganą odosobnieniem, do jakiego od czterech lat zmuszały mnie prawa rasowe - do życia we własnym, niezbyt realnym świecie, zaludnionym widmami kultury kartezjańskiej i ożywionym szczerą przyjaźnią męską i anemiczną przyjaźnią kobiecą. Moje zrywy buntownicze były umiarkowane i raczej abstrakcyjne.

Niełatwo mi było wybrać się w góry i przyczynić się do założenia tego, co w moim i niewiele bardziej doświadczonych ode mnie przyjaciół mniemaniu miałoby stać się oddziałem partyzanckim przyłączonym do Giustizia e Liberta[11] (Sprawiedliwości i Wolności). Brakowało kontaktów, broni, pieniędzy i doświadczenia, by to wszystko zdobyć; brakowało odpowiednich mężczyzn, zalewała nas natomiast fala ludzi uczciwych i nieuczciwych, którzy przychodzili z niziny w poszukiwaniu nieistniejącej organizacji, kwater, broni albo tylko opieki, schronienia, ognia czy pary butów.

Nie była mi jeszcze wówczas znana doktryna, której później bardzo szybko miałem nauczyć się w lagrze, a według której pierwszym obowiązkiem człowieka jest dążyć do celu odpowiednimi środkami, a kto popełni błąd, musi za niego płacić; dlatego dalszy rozwój wydarzeń muszę uważać za zgodny ze sprawiedliwością. Trzy centurie milicji, które w pełni nocy wyszły złapać inną bandę, znacznie potężniejszą od nas i niebezpieczniejszą, zaszytą w przyległej dolinie, wtargnęły do naszej kryjówki upiornym śnieżnym świtem i odprowadziły mnie w dół jako osobę podejrzaną.

Podczas przesłuchania wolałem zadeklarować się jako "obywatel włoski rasy żydowskiej", gdyż sądziłem, że inaczej nie zdołałbym usprawiedliwić swojej obecności w miejscu zbyt odosobnionym nawet dla "ewakuowanego", i uważałem (niesłusznie, jak się okazało), iż przyznanie się do działalności politycznej pociągnęłoby za sobą tortury i niechybną śmierć. Jako Żyd zostałem wysłany do Fossoli koło Modeny, gdzie wielki obóz dla internowanych, przeznaczony dla angielskich i amerykańskich jeńców wojennych, gromadził liczne kategorie osób niemiłych nowo narodzonemu faszystowskiemu reżimowi republikańskiemu.

W chwili mojego przybycia, to znaczy z końcem stycznia 1944 roku, Żydów włoskich było w obozie prawie stu pięćdziesięciu, ale w ciągu kilku tygodni liczba ich wzrosła do przeszło sześciuset. Były tam przeważnie całe rodziny, aresztowane przez faszystów lub nazistów z powodu własnej nieostrożności albo na skutek donosu. Niektórzy z nich, nieliczni, zgłosili się dobrowolnie, doprowadzeni do rozpaczy tułaczym życiem, albo dlatego, że nie mieli środków do życia, albo aby nie rozstawać się z aresztowanym członkiem rodziny, albo też - absurd! - aby "być w zgodzie z prawem". Oprócz tego było tam ze stu internowanych wojskowych jugosłowiańskich i trochę innych cudzoziemców uważanych za politycznie podejrzanych.

Przybycie małego oddziału Niemców powinno było wzbudzić obawy nawet u optymistów; tymczasem fakt ten interpretowano różnie, nie wyciągając z niego jednak najoczywistszych wniosków, tak że mimo wszystko zapowiedź wywiezienia spadła na ludzi nieprzygotowanych.

20 lutego Niemcy dokonali starannego przeglądu obozu, udzielili publicznej i ostrej nagany komisarzowi włoskiemu za kiepską organizację służb kuchennych i za skąpą ilość drewna przydzielonego na opał; zapowiedzieli nawet, że niedługo zacznie działać izba chorych. Ale już rankiem 21 lutego wiadomo było, że nazajutrz Żydzi wyjadą. Wszyscy, bez żadnego wyjątku. Nawet dzieci, starcy i chorzy. Dokąd - nie wiadomo. Przygotować się na piętnaście dni podróży. Za każdego, kto się nie stawi na apel, dziesięciu zostanie rozstrzelanych.

Tylko niewielu naiwniaków i marzycieli upierało się przy nadziei; rozmawialiśmy długo z uchodźcami polskimi i chorwackimi i wiedzieliśmy, co to znaczy wyjechać.

W stosunku do skazanych na śmierć tradycja nakazuje stosowanie surowego ceremoniału, aby podkreślić, że wszelkie namiętności i gniew już wygasły i że akt sprawiedliwości jest jedynie smutnym obowiązkiem wobec społeczeństwa - tak smutnym, iż może nawet budzić współczucie dla ofiary u samego wykonawcy tego aktu. Nie naraża się więc skazańca na żadne obce kontakty, zostawia się go w samotności i - o ile zapragnie - udziela mu się wszelkiej pociechy duchowej, słowem, postępuje się tak, by nie czuł on dokoła siebie nienawiści czy samowoli sądzących, tylko konieczność i sprawiedliwość, a jednocześnie z karą - przebaczenie.

Nam jednak nie udzielono tej łaski, gdyż było nas zbyt wielu, a czasu mało; a w końcu za co mieliśmy się kajać i co mieliby nam wybaczać? Komisarz włoski nakazał więc, aby wszystkie zajęcia odbywały się dalej, aż do ostatecznego odwołania; tak więc i kuchnia była czynna, i czystość utrzymywała się jak zwykle, i nawet nauczyciele małej szkółki prowadzili wieczorem lekcje jak codziennie. Tyle tylko, że tego wieczoru dzieciom nie zadano do domu.

I nadeszła noc, a była to taka noc, że oczy ludzkie nie powinny były jej oglądać i żyć dalej. Wszyscy to czuli: żaden ze strażników, czy to włoskich, czy niemieckich, nie miał odwagi przyjść i zobaczyć, co robią ludzie, którzy wiedzą, że mają umrzeć.

Każdy pożegnał się z życiem we właściwy sobie sposób. Niektórzy modlili się, inni pili ponad miarę, jeszcze inni haniebnie szukali zapomnienia w ostatniej namiętności. Ale matki z tkliwą starannością przygotowały pokarm na drogę, umyły dzieci, spakowały bagaż, a o świcie druty kolczaste pełne były suszącej się bielizny dziecięcej; nie zapomniały ani o pieluszkach, ani o zabawkach, poduszkach i setkach drobiazgów im tylko znanych, bez których dzieci w żadnej sytuacji obejść się nie mogą. Czy i wy nie postąpilibyście tak samo? Czy gdyby was jutro mieli zabić razem z dzieckiem, czy nie dalibyście mu dzisiaj jeść?

W baraku 6A mieszkał stary Gattegno z żoną i całą masą dzieci, wnuków, zięciów i pracowitych synowych. Wszyscy mężczyźni byli stolarzami; przyjechali z Trypolisu po długich, okrężnych podróżach; zawsze wozili ze sobą narzędzia zawodowe, naczynia kuchenne oraz harmonie i skrzypce, gdyż byli to ludzie weseli i pobożni, i po całym dniu pracy lubili grać i tańczyć. Ich kobiety najwcześniej ze wszystkich uporały się z przygotowaniami do podróży, szybko i w milczeniu, aby mieć czas na żałobę, i kiedy wszystko było już gotowe, podpłomyki upieczone, węzełki związane - zdjęły obuwie, rozplotły włosy, ustawiły na ziemi żałobne świece, zapaliły je według zwyczaju przodków, usiadły kręgiem na ziemi i całą noc lamentowały, modliły się i płakały. Wielu z nas stało przed ich drzwiami i zapadł w nasze dusze nieznany nam dotąd prastary ból ludu, który nie ma ojczyzny, beznadziejny ból masowej emigracji powtarzającej się w każdym stuleciu.

Świt podszedł nas zdradziecko, jakby nowe słońce sprzymierzyło się z ludźmi w postanowieniu zniszczenia nas. Wstrząsające nami różne uczucia: świadomej rezygnacji, bezpłodnego buntu, religijnego poddania się, strachu, rozpaczy - przeszły teraz, po bezsennej nocy, w zbiorowe nieokiełznane szaleństwo. Skończył się czas rozpamiętywania i rozumowania i wszelkie odruchy rozsądku rozpłynęły się w niepohamowanym zgiełku, z którego na moment wynurzały się bolesne jak uderzenia szpadą, tak bliskie jeszcze w czasie i przestrzeni, drogie wspomnienia naszych domów.

Wiele rzeczy zostało wówczas powiedzianych i dokonanych - lepiej jednak, by pamięć o nich zaginęła.

Z absurdalną drobiazgowością, do której później mieliśmy się przyzwyczaić, Niemcy zrobili apel. W końcu sierżant zapytał: "Wieviel Stück?", a kapral zasalutował raptownie i odpowiedział, że "sztuk" jest sześćset pięćdziesiąt i że wszystko jest w porządku; wtedy załadowali nas do otwartych ciężarówek i zawieźli na stację Carpi. Tu czekały na nas pociąg i eskorta podróżna. Tu otrzymaliśmy pierwsze kułaki; to było dla nas tak nowe i bezsensowne, że nie odczuliśmy bólu ani fizycznego, ani psychicznego. Tylko głębokie zdumienie: jak można bić kogoś bez złości?

Wagonów było dwanaście, a nas sześćset pięćdziesiąt; w moim wagonie było czterdzieści pięć osób, ale to był mały wagon. Oto więc przed naszymi oczami i pod naszymi stopami jeden z owych słynnych wojskowych pociągów niemieckich - tych, które nie powracają, tych, o których z drżeniem i zawsze trochę z niedowierzaniem słyszeliśmy tyle razy. Dokładnie takie właśnie, jak nam opowiadano: wagony towarowe zamykane od zewnątrz; wewnątrz mężczyźni, kobiety, dzieci ściśnięci bezlitośnie jak bydło rzeźne w drodze donikąd, w drodze na dno. Tym razem my jesteśmy wewnątrz.

Każdy wcześniej czy później w swoim życiu odkrywa prawdę, że doskonałe szczęście jest nieosiągalne, lecz mało kto zastanawia się nad odwrotnością tej prawdy: że mianowicie równie nieosiągalne jest doskonałe nieszczęście. Elementy niedopuszczające do realizacji żadnego z tych krańcowych stanów są tej samej natury: wypływają one z naszych warunków ludzkich, obcych wszelkiej nieskończoności. Nie dopuszcza do tego nasza zawsze niewystarczająca znajomość przyszłości, co w jednym wypadku nazywa się nadzieją, w innym - niepewnością jutra. Nie dopuszcza do tego nieuchronność śmierci, która wyznacza granice każdej radości, ale też i każdemu cierpieniu. Nie dopuszczają do tego nieuniknione troski materialne, które, z jednej strony, psują każdą radość, z drugiej - odrywają ustawicznie naszą uwagę od grożącego nam nieszczęścia, dzięki czemu zdajemy sobie z niego sprawę w sposób abstrakcyjny i dlatego łatwiejszy do zniesienia.

I właśnie niewygody, razy, zimno, pragnienie brały górę nad otchłanią rozpaczy w czasie naszej podróży i potem. Nie chęć życia ani nie świadoma rezygnacja, gdyż niewielu ludzi zdolnych jest do nich, a my byliśmy jedynie zwykłym ułamkiem ludzkości.

Drzwi zamknięto natychmiast, lecz pociąg ruszył dopiero wieczorem. Z ulgą dowiedzieliśmy się o miejscu naszego przeznaczenia: Auschwitz; nazwa wówczas dla nas nieznacząca, musiała jednak odpowiadać jakiemuś miejscu na ziemi.

Pociąg jechał wolno, z długimi, denerwującymi postojami. Przez podłużne okienka widzieliśmy mijające nas wysokie białe skały doliny Adygi, ostatnie nazwy miast włoskich. O dwunastej następnego dnia przejechaliśmy Brenner i wszyscy podnieśli się, lecz nikt nie wyrzekł słowa. W duszy utkwiła mi myśl o powrocie i z całym okrucieństwem wyobrażałem sobie, jaką nieludzką rozkoszą byłaby ta druga podróż przy otwartych drzwiach, bo nikt nie pragnąłby uciec, pierwsze nazwy włoskie... rozejrzałem się dokoła, myśląc, ilu też spośród tej nędznej masy ludzkiej dosięgnie przeznaczenie.

Z czterdziestu pięciu osób w moim wagonie cztery jedynie wróciły do domu, a był to wagon bardzo uprzywilejowany.

Dokuczały nam pragnienie i zimno; na każdym przystanku wołaliśmy wielkim głosem o wodę, a przynajmniej o garść śniegu, lecz rzadko ktoś nas słyszał; żołnierze z eskorty odpychali każdego, kto próbował zbliżyć się do konwoju. Dwie młode matki z dziećmi przy piersi dniem i nocą jęczały, błagając o wodę. Mniej dręczące były dla wszystkich głód, zmęczenie i bezsenność, bo napięcie nerwowe pozwalało je łatwiej znieść; lecz noce były niekończącym się koszmarem.

Mało ludzi umie iść na śmierć z godnością, i często nie są to ci, po których byś się tego spodziewał. Mało ludzi umie milczeć i uszanować cudze milczenie. Nasz niespokojny sen co chwila przerywały hałaśliwe kłótnie o byle co, przekleństwa, kopniaki i ciosy pięści, rozdawane na ślepo jako obrona przed potrąceniem, nieuniknionym w tym tłoku. Wówczas ktoś zapalał świecę i jej ponury płomyk odsłaniał skłębioną ciemną masę ludzką, odrętwiałą i zbolałą, poruszającą się od czasu do czasu w gwałtownych konwulsjach, które jednak zaraz zamierały pod wpływem zmęczenia.

Przez podłużne okienko znane i nieznane nazwy miast austriackich - Salzburg, Wiedeń - potem czeskich, wreszcie polskich. Wieczorem czwartego dnia zimno wzmogło się; pociąg przejeżdżał przez niekończące się ciemne lasy świerkowe, po terenie wznoszącym się nieznacznie. Śnieg leżał grubą warstwą. Musiała to być jakaś boczna linia, stacyjki były małe i prawie puste. Podczas postojów nikt nie usiłował nawet kontaktować się ze światem zewnętrznym: czuliśmy się już "po tamtej stronie". Nastąpił długi postój w otwartym polu, potem dalsza jazda w ogromnie zwolnionym tempie, i w pełni nocy pociąg zatrzymał się ostatecznie na ciemnej i cichej równinie.

Po obu stronach toru widać było jak okiem sięgnąć szeregi białych i czerwonych świateł; nic jednak z tego stłumionego gwaru, który z daleka zwiastuje okolice zamieszkane. Przy nędznym światełku ostatniej świecy, gdy zamilkł rytm kół sunących po szynach, w ciszy niezakłóconej żadnym odgłosem ludzkim, czekaliśmy, aby coś zaczęło się dziać.

Obok mnie, przyciśnięta ciałem do mojego ciała, przez cały czas podróży stała kobieta. Znaliśmy się od wielu lat i nieszczęście uderzyło w nas jednocześnie, lecz niewiele wiedzieliśmy o sobie. Teraz, w tej decydującej godzinie, powiedzieliśmy sobie to, o czym nie mówi się wśród żywych. Pożegnaliśmy się, trwało to moment: wzajemnie pożegnaliśmy w sobie życie. Nie baliśmy się już.

Nareszcie coś się stało. Z hałasem otwarto wagon, ciemność rozbrzmiała obcymi rozkazami, tym barbarzyńskim szczekaniem komenderujących Niemców, które wydaje się wyzwalać wściekłość nagromadzoną przez wieki. Oświetlony reflektorami, ukazał się rozległy peron. Trochę dalej - sznur ciężarówek. Potem znów wszystko umilkło. Ktoś przetłumaczył: trzeba wysiąść z bagażem i położyć go wzdłuż pociągu. W jednej chwili peron zaroił się cieniami, baliśmy się jednak przerwać to milczenie, wszyscy krzątali się koło bagażu, szukali się i wołali wzajemnie, lecz nieśmiało, półgłosem.

Dziesięciu esesmanów stało na boku z szeroko rozstawionymi nogami i obojętnymi minami. W pewnej chwili weszli między nas i z kamiennymi twarzami, przyciszonym głosem zaczęli jeden po drugim szybko zadawać nam pytania w kiepskiej włoszczyźnie. Nie pytali wszystkich, tylko niektórych. "Ile lat?", "Zdrowy czy chory?", i na podstawie odpowiedzi kierowali nas w dwie różne strony.

Wokół było cicho jak w akwarium albo jak podczas niektórych snów. Spodziewaliśmy się czegoś bardziej apokaliptycznego, a oni wyglądali na zwykłych stróżów porządku. Zbijało to z tropu i było rozbrajające. Ktoś ośmielił się zapytać o bagaż, odpowiedzieli: "Bagaż później"; ktoś inny nie chciał opuścić żony; powiedzieli: "Później znowu razem"; wiele matek nie chciało rozstać się z dziećmi; powiedzieli: "Dobrze, dobrze, bądź z dzieckiem". Zawsze ze spokojną pewnością siebie tego, kto pełni swój codzienny obowiązek; ale gdy Renzo trochę za długo żegnał się z Francescą, swoją narzeczoną, jednym silnym ciosem w twarz zwalili go na ziemię. To był ich codzienny obowiązek.

W ciągu niecałych dziesięciu minut my, wszyscy zdrowi mężczyźni, zostaliśmy zgromadzeni w jedną grupę. Co się stało z innymi - kobietami, dziećmi, starcami - nie zdołaliśmy dowiedzieć się ani wtedy, ani potem: po prostu i dosłownie pochłonęła ich noc. Dziś jednak wiemy, że ten szybki i pobieżny przegląd zadecydował o każdym z nas, czy może użytecznie pracować dla Reichu, czy nie: wiemy, że do obozów w Monowicach-Bunie i Brzezince z naszego transportu weszło tylko dziewięćdziesięciu sześciu mężczyzn i dwadzieścia dziewięć kobiet, i że z całej reszty, to znaczy przeszło pięciuset osób, nikt nie żył dłużej jak dwa dni. Wiemy też, że nawet ta mało istotna podstawa rozdziału na zdatnych i niezdatnych nie zawsze była stosowana i że potem często przyjmowano znacznie prostszy system: otwierano obie strony wagonów, nie uprzedzając i nie informując nikogo. Ci, którzy przypadkiem wysiedli jedną stroną wagonu, wchodzili do obozu, inni szli do gazu.

Tak umarła trzyletnia Emilia, gdyż dla Niemców oczywista była historyczna konieczność uśmiercania dzieci żydowskich. Emilia, córeczka inżyniera Alda Leviego z Mediolanu, była niezwykłą i śmiałą dziewczynką, wesołą i inteligentną; jej rodzicom podczas podróży w przepełnionym wagonie udało się wykąpać ją w cynowym kuble, w ciepłej wodzie, której zwyrodnialec maszynista niemiecki pozwolił nabrać z lokomotywy wiozącej nas wszystkich na śmierć.

I tak w jednej chwili w podstępny sposób zniknęły nasze kobiety, nasi rodzice, nasze dzieci. Prawie nikt nie zdążył się nawet z nimi pożegnać. Przez moment widzieliśmy ich jako ciemną masę na drugim końcu peronu, potem nie widzieliśmy już nic.

W świetle latarni natomiast wypłynęły dwie kolumny dziwnych osobników. Maszerowali po trzech w szeregu zabawnym, niepewnym krokiem, ze zwieszoną głową i sztywnymi ramionami. Na głowach mieli śmieszne bereciki i ubrani byli w długie pasiaste opończe, brudne i podarte, czego można się było domyślić nawet w nocy i z daleka. Zatoczyli szerokie koło, by się do nas nie zbliżać, i w milczeniu zajęli się naszym bagażem, wchodząc i wychodząc z pustych wagonów.

Patrzyliśmy na nich bez słowa. Wszystko było niezrozumiałe i szalone, ale jedną rzecz zrozumieliśmy. Taka metamorfoza czekała i nas. Jutro my także będziemy tak wyglądali.

Zostałem, sam nie wiem jak, zataszczony do ciężarówki wraz z trzydziestoma towarzyszami, samochód odpłynął w noc na pełnym gazie; był nakryty i nic nie było widać, jedynie wstrząsy wskazywały na to, że droga miała dużo zakrętów i wybojów. Byliśmy bez eskorty?... rzucić się w dół? Za późno, za późno, wszyscy schodzimy "w dół". Zresztą wkrótce przekonaliśmy się, że nie jesteśmy bez eskorty: dziwna to była eskorta. Żołnierz niemiecki, uzbrojony po zęby, nie widzimy go, gdyż jest bardzo ciemno, lecz za każdym razem, gdy wstrząs ciężarówki rzuca nas wszystkich to w prawo, to w lewo, czujemy jego twarde dotknięcie. Zapala ręczną latarkę i zamiast krzyczeć "Gorze wam, duchom przeklętym"[12], pyta każdego po kolei grzecznie w języku niemieckim i w jakiejś mieszaninie języków, czy ma pieniądze lub zegarek; i tak potem nie będą nam potrzebne. Nie jest to rozkaz, nie wymaga tego regulamin; jasne jest, że to drobna prywatna inicjatywa naszego Charona. Budzi to w nas złość i śmiech i sprawia dziwną ulgę.

Wtajemniczenie

Po pierwszych kilku dniach przenoszenia mnie, według kaprysu, z jednego bloku do drugiego i z komanda do komanda zostałem przydzielony do bloku 30; wyznaczono mi pryczę, na której śpi już Diena. Diena budzi się i mimo że zmęczony, robi mi miejsce i przyjmuje mnie przyjaźnie.

Nie jestem senny, a ściślej mówiąc, senność moją tłumi stan napięcia i niepokoju, od którego nie zdołałem się jeszcze uwolnić, nie przestaję więc mówić.

Tak wielu rzeczy pragnę się dowiedzieć. Jestem głodny, a gdy jutro rozdzielać będą zupę, jak będę ją jadł bez łyżki? I jak można zdobyć łyżkę? I dokąd poślą mnie do pracy? Diena naturalnie wie tyle co ja i odpowiada mi innymi pytaniami. Ale z góry, z dołu, z bliska, z daleka, ze wszystkich kątów ciemnego już baraku zaspane i gniewne głosy krzyczą na mnie: "Ruhe, Ruhe!".

Domyślam się, że każą mi zamilknąć, ale to słowo jest dla mnie nowe, a ponieważ nie znam jego sensu i treści, mój niepokój wzrasta. Pomieszanie języków jest zasadniczym elementem tutejszego trybu życia; tkwi się tu jak w środku wieży Babel, w której wszyscy wykrzykują rozkazy i groźby w nigdy dotąd niesłyszanych językach, a biada temu, kto ich w lot nie pojmie. Nikt tutaj nie ma czasu, nikt nie ma cierpliwości, nikt cię nie wysłucha; my, ostatnio przywiezieni, instynktownie gromadzimy się po kątach, pod ścianami, by czuć za sobą choćby materialne oparcie.

Rezygnuję więc z zadawania pytań i wkrótce zapadam w gorzki i czujny sen. Ale nie jest on wypoczynkiem; czuję się zagrożony, zaszczuty, i w każdej chwili gotów jestem do przybrania obronnej pozycji. We śnie zdaje mi się, że śpię na ulicy, na moście, na progu drzwi, przez które wchodzi i wychodzi masa ludzi. I oto dociera do mnie - ach! jakże szybko? - terkot budzika. Cały barak trzęsie się w posadach, zapalają się światła, wszyscy dokoła miotają się z jakąś nieoczekiwaną, szaleńczą energią; przetrzepują koce, wzniecając chmury smrodliwego kurzu, ubierają się z gorączkowym pośpiechem, rzucają się do ustępów i umywalni; niektórzy jak zwierzęta załatwiają się w biegu, by nie tracić czasu, gdyż za pięć minut zaczyna się rozdział chleba - chleba - pane - Brot - Broit - pain - lechem - kenyér, błogosławionej naszej kromki, która wydaje się olbrzymia w rękach twojego sąsiada, a w twoich tak maleńka, że płakać się chce. Jest to codzienne przywidzenie, do którego w końcu człowiek się przyzwyczaja, ale w pierwszych dniach jest tak nieodparte, że wielu z nas po długiej dyskusji, parami, na temat własnego stałego pecha, a bezczelnego szczęścia drugiego, zamienia w końcu swoje racje, a wówczas złudzenie powtarza się w odwrotnej wersji i wszyscy czują się niezadowoleni i oszukani.

Chleb jest też jedyną naszą monetą: w ciągu paru minut pomiędzy rozdziałem a konsumowaniem go blok napełnia się wrzawą kłótni i głosami nawołujących z jednej strony, uciekających z drugiej. To wczorajsi wierzyciele przychodzą po zwrot długu w tym jedynym krótkim ułamku czasu, kiedy dłużnik jest wypłacalny. Potem następuje względny spokój, z którego więźniowie korzystają, aby pójść wypalić pół papierosa w ubikacji albo umyć się naprawdę w umywalni.

Umywalnia przedstawia się niezbyt ponętnie. Źle oświetlona, stale jest w niej przeciąg, a posadzka to jeden pokład mułu; woda nie nadaje się do picia, ma ohydny zapach, a często godzinami nie ma jej w ogóle. Ściany zdobne są oryginalnymi, pouczającymi freskami: widać tam na przykład dobrego Häftlinga, obnażonego do pasa i mydlącego starannie różową i gładko wygoloną czaszkę, i złego Häftlinga o wybitnie semickim nosie i zielonkawej cerze, który - opatulony w jaskrawo poplamiony pasiak i w berecie na głowie - ostrożnie zanurza palec w wodzie. Pod pierwszym podpis: So bist du rein (W ten sposób jesteś czysty), a pod drugim: So gehst du ein (W ten sposób doprowadzasz się do ruiny); jeszcze niżej wątpliwą francuszczyzną, ale gotyckim pismem: La propreté, c'est la santé[16].

Na przeciwległej ścianie króluje olbrzymia biało-czerwono-czarna wesz, opatrzona podpisem: Eine Laus, dein Tod (Wesz to twoja śmierć), oraz takim oto natchnionym dwuwierszem:

Nach dem Abort, vor dem Essen

Hände waschen, nicht vergessen[17]

Przez wiele tygodni uważałem te higieniczne przestrogi za zwykłą cechę ducha teutońskiego, w tym samym stylu, co dialog na temat pasa przepuklinowego, jakim powitano nas po przybyciu do lagru. Później jednak zrozumiałem, że - choć może mimo woli - nieznani autorzy tych ostrzeżeń zbliżyli się do niektórych ważnych prawd. Codzienne mycie się tutaj w mętnej wodzie brudnej umywalki praktycznie jest bezużyteczne z punktu widzenia czystości i zdrowia; jest natomiast niesłychanie ważne jako przejaw resztek żywotności i konieczne jako sposób uratowania morale.

I muszę się przyznać: po jednym tylko tygodniu więzienia moje zamiłowanie do czystości zniknęło. Pętam się niechętnie po umywalni, podczas gdy mój blisko pięćdziesięcioletni przyjaciel Steinlauf z obnażonym torsem szoruje kark i plecy ze znikomym skutkiem (nie ma mydła), lecz nadzwyczajną energią. Steinlauf wita się ze mną i bez ogródek pyta mnie surowo, dlaczego się nie myję. Po co miałbym się myć? Czy będę się przez to lepiej czuł? Czy mam się komuś spodobać? Czy dzięki temu pożyję o dzień, o godzinę dłużej? Przeciwnie, krócej żyć będę, bo mycie jest pracą, marnotrawstwem energii i ciepłoty. Czyż Steinlauf nie wie o tym, że po półgodzinnej pracy przy workach z węglem nie będzie żadnej różnicy między nim a mną? Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że w naszych warunkach mycie twarzy to sprawa nie tylko niedorzeczna, ale wręcz niesmaczna: nic więcej, tylko mechaniczne przyzwyczajenie lub - co gorsza - ponure powtarzanie martwego już obrządku. Wszyscy umrzemy, wszyscy z wolna umieramy; jeżeli rozporządzam dziesięcioma minutami między budzikiem a pracą, wolę poświęcić je czemu innemu, wolę zamknąć się w sobie, zastanowić się, choćby patrzeć w niebo i myśleć, że może widzę je ostatni raz; albo po prostu żyć, pozwolić sobie na luksus króciutkiego próżniactwa.

Ale Steinlauf przerywa mi. Skończył się myć, teraz wyciera się płócienną bluzą, którą dotąd ściskał między kolanami i którą później włoży na siebie, i nie przerywając swoich czynności, udziela mi regularnej lekcji.

Przykro mi, że zapomniałem już jego słów, prostych i jasnych, słów byłego sierżanta Steinlaufa z armii austro-węgierskiej, odznaczonego Krzyżem Żelaznym podczas wojny 1914-1918. Przykro mi, gdyż powinienem przetłumaczyć jego słabą włoszczyznę i powolne przemówienie dobrego żołnierza na mój język niedowiarka. Ale ogólny sens, który zapamiętałem i którego nie zapomniałem później, był taki: właśnie dlatego, że lagier jest wielką maszyną do zrobienia z nas zwierząt, nie powinniśmy się stać zwierzętami; że nawet i tutaj można wyżyć, i dlatego trzeba chcieć wyżyć, aby móc opowiedzieć, dać świadectwo prawdzie; i aby żyć, koniecznie trzeba usiłować ocalić przynajmniej szkielet, kościec, kształt ludzki. Że jesteśmy niewolnikami pozbawionymi wszelkich praw, narażonymi na wszelkie ciosy, skazanymi na pewną śmierć, lecz pozostała nam jedna możliwość, której musimy bronić całą siłą, bo jest ona ostatnią naszą możliwością: to odmowa naszej zgody. Musimy więc koniecznie myć twarz bez mydła, w brudnej wodzie, i wycierać się bluzą. Musimy glansować buty - nie dlatego, że tak każe regulamin, lecz dla zachowania godności. Musimy maszerować wyprostowani, bez szurania chodakami, nie z poszanowania dla pruskiej dyscypliny, lecz aby pozostać żywymi, aby nie zacząć umierać.

Takie to rzeczy powiedział mi człowiek dobrej woli, Steinlauf: dziwne rzeczy dla mojego nieprzyzwyczajonego ucha, rzeczy, które częściowo tylko zrozumiałem i zaaprobowałem; złagodziła je łatwiejsza, bardziej giętka i mniej surowa doktryna, która od wieków panuje po drugiej stronie Alp, zgodnie z którą nie istnieje nic bardziej jałowego jak zachłystywanie się systemami moralnymi, wypracowanymi przez innych pod innym niebem. Nie, mądrość i zalety Steinlaufa, dobre na pewno dla niego, mnie nie wystarczają. W tym piekielnym, skomplikowanym świecie moje myśli stają się chaotyczne: czy rzeczywiście trzeba wypracować sobie jakiś system i stosować go? Czy też nie byłoby zdrowiej uświadomić sobie, że się nie ma żadnego systemu?

Przypisy

[1] Byron L. Sherwin, Duchowe dziedzictwo Żydów polskich, przeł. Waldemar Chrostowski, Warszawa: Vocatio, 1995, s. 65.

[2] Cytując Leviego, korzystam z niniejszego wydania: Primo Levi, Czy to jest człowiek, przeł. Halszka Wiśniowska (dalej w tekście w nawiasie kwadratowym jako CTJC, wraz z numerem strony); Primo Levi, Rozejm, przeł. Krzysztof Żaboklicki (dalej w tekście w nawiasie kwadratowym jako R, wraz z numerem strony); Primo Levi, Pogrążeni i ocaleni, przeł. Stanisław Kasprzysiak (dalej w tekście w nawiasie kwadratowym jako PO, wraz z numerem strony).

[3] Por. Primo Levi, Ocalały. Wybór wierszy / Il Superstite. Poesie scelte, przeł. Jarosław Mikołajewski, Kraków: Wydawnictwo Austeria, 2014.

[4] W precyzyjnej analizie języka Czy to jest człowiek Hayden White dostarczył przekonujących argumentów na rzecz uznania prozy Leviego za konsekwentnie figuratywną, por. Hayden White, Realizm figuralny w literaturze świadectwa, przeł. Ewa Domańska, w: tegoż, Proza historyczna, red. Ewa Domańska, przeł. Rafał Borysławski i in., Kraków: Universitas, 2009, s. 199-218.

[5] Giorgio Agamben, Co zostaje z Auschwitz. Archiwum i świadek (Homo sacer III), przeł. Sławomir Królak, Warszawa: Wydawnictwo Sic!, 2008, s. 19-20.

[6] Tamże, s. 25.

[7] Tamże, s. 33-34.

[8] Ciekawe uwagi na temat nieartykułowanej mowy Hurbinka (w powiązaniu w "mrocznymi" wierszami Celana!) formułuje Agamben, Co zostaje z Auschwitz, dz. cyt., s. 38-39.

[9] Stanisław Cichowicz, Moje ucho a księżyc. Dywagacje, diagnozy, Gdańsk: Słowo/Obraz Terytoria, 1996, s. 121.

[10] Primo Levi, Szema, w: tegoż, Ocalały. Wybór wierszy, dz. cyt., s. 14.

[11] Giustizia e Liberta - włoski ruch antyfaszystowski (o ile nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od redakcji).

[12] Dante Alighieri, Boska komedia, Piekło, przeł. Edward Porębowicz, III, 84. Dalsze cytaty z Boskiej komedii według tego samego tłumaczenia (przyp. tłum.).

[13] Kto zna niemiecki? (niem.)

[14] więzień (niem.)

[15] Dante Alighieri, Boska komedia, Piekło, XXI, 48-49.

[16] Czystość to zdrowie (fr.)

[17] Po ustępie, przed jedzeniem, umyj ręce, nie zapomnij (niem.)

[18] Kim jesteś? (wł.)

[19] W nawiasach kwadratowych dodano fragmenty pominięte w poprzednich polskich wydaniach Czy to jest człowiek.

[20] Ty, Żydzie, wykończony. Ty niedługo gotowy do krematorium (niem.)

Ka-Be

Wszystkie dni są do siebie podobne i trudno je policzyć. Nie wiem już, od ilu dni kręcimy się tam i z powrotem, parami, na stu metrach rozmiękłej od odwilży ziemi, pomiędzy koleją a magazynem. W tamtą stronę obarczeni ciężarem, z powrotem z próżnymi rękami i w milczeniu.

Wszystko dokoła jest nam wrogie. Nad nami uganiają się złośliwe chmury, aby odgrodzić nas od słońca; wokół pustkowie najeżone żelazem. Jego granic nie widzieliśmy nigdy, lecz wszędzie dokoła wyczuwamy złowieszczą bliskość kolczastego drutu oddzielającego nas od świata. A na rusztowaniach, na przejeżdżających pociągach, po drogach, w wykopach, w biurach ludzie i ludzie, niewolnicy i władcy, władcy - niewolnicy samych siebie; strach rządzi jednymi, nienawiść drugimi, wszelkie inne moce milczą. Wszyscy tu są wrogami lub rywalami.

Nie, prawdę mówiąc, w tym moim towarzyszu dzisiejszym, zaprzężonym razem ze mną do tego samego jarzma, nie czuję ani wroga, ani rywala.

To Null Achtzehn. Tak się po prostu nazywa: Zero Osiemnaście, ostatnimi trzema cyframi swojego numeru rejestracyjnego; jakby każdemu było wiadomo, że tylko człowiek godny jest nosić nazwisko i że Null Achtzehn nie jest już człowiekiem. Myślę, że on sam zapomniał swojego nazwiska, tak się przynajmniej zachowuje. Gdy mówi, gdy patrzy, sprawia wrażenie istoty pustej wewnątrz, niczego więcej poza powłoką, jak skorupy niektórych owadów, leżące nad stawem, zaczepione włóknem o kamień i wstrząsane wiatrem.

Null Achtzehn jest bardzo młody, co stanowi poważne niebezpieczeństwo. Nie tylko dlatego, że chłopcy znoszą trudy i głód gorzej niż dorośli, lecz przede wszystkim dlatego, że aby tutaj wyżyć, potrzebna jest długa zaprawa do walki jednostki ze wszystkimi, a tej zaprawy młodzi ludzie przeważnie nie mają. Null Achtzehn nie jest nawet szczególnie słaby, ale każdy ucieka od współpracy z nim. A jemu tak jest wszystko obojętne, że nie stara się unikać trudu, ciosów ani szukać pożywienia. Wykonuje wszystkie rozkazy, jakie otrzymuje, i gdy go poślą na śmierć, prawdopodobnie pójdzie na nią z tą samą zupełną obojętnością.

Brak mu tej elementarnej przebiegłości koni pociągowych, które przestają ciągnąć, gdy czują się już bliskie wyczerpania; on ciągnie, popycha, dźwiga, dopóki mu siły pozwalają, a kiedy go opuszczą, pada nagle bez słowa, nie odrywając od ziemi smutnych, nieprzeniknionych oczu. Przypomina mi psy z powieści Londona, które ciągną sanki aż do ostatniego tchu i zdychają na szlaku.

Tak więc, ponieważ wszyscy staramy się, jak tylko można, uchylić się od pracy, Null Achtzehn pracuje najwięcej ze wszystkich. Dlatego właśnie i dlatego, że jest niebezpiecznym towarzyszem, nikt nie chce z nim pracować; a ponieważ ze mną też nikt nie chce pracować, gdyż jestem słaby i niezręczny, często zdarza się nam być w jednej parze.

Kiedy znów za którymś razem wracamy z próżnymi rękami z magazynu, powłócząc nogami, lokomotywa z krótkim gwizdem przecina nam drogę. Zadowoleni z tej przymusowej przerwy, Null Achtzehn i ja zatrzymujemy się i czekamy, zgięci i obszarpani, aż wolno defilujące wagony przejadą przed nami.

...Deutsche Reichsbahn. Deutsche Reichsbahn. SNCF. Dwa olbrzymie wagony rosyjskie z niedokładnie wymazanym sierpem i młotem. Deutsche Reichsbahn. Potem: 8 koni, 40 ludzi, Tara, Nośność: wagon włoski... Ach, móc wejść do niego, wsunąć się do kąta, ukryć dobrze pod węglem i siedzieć tam w ciemnościach cicho i nieruchomo, i słuchać bez końca rytmu kół obracających się po szynach, rytmu zagłuszającego głód i zmęczenie; aż wreszcie w pewnej chwili pociąg zatrzymałby się, a ja poczułbym ciepłe powietrze i zapach siana i mógłbym wyjść na świat, do słońca: wówczas położyłbym się na ziemi i ucałowałbym ją, jak się czyta w książkach: z twarzą zanurzoną w trawie. I przechodziłaby jakaś kobieta i spytałaby mnie po włosku: "Chi sei?"[18], a ja po włosku odpowiedziałbym jej, a ona zrozumiałaby i dałaby mi jedzenie i nocleg. I nie wierzyłaby temu, co mówię, ale ja pokazałbym jej numer na ramieniu i wtedy uwierzyłaby...

...Koniec. Ostatni wagon przejechał i jak gdyby rozsunęła się kurtyna, mamy przed sobą stos podkładów kolejowych, stojącego na nim kapo z rózgą w ręce i wynędzniałych towarzyszy idących i wracających parami.

Nie wolno marzyć; najstraszniejszym cierpieniem jest moment świadomości towarzyszącej przebudzeniu. Ale nieczęsto zdarza się nam to i nasze marzenia nie trwają długo; jesteśmy tylko zmęczonym bydłem pociągowym.

Znów stoimy przed stosem. Misza i Galicjanin podnoszą podkład i niezdarnie ładują go nam na barki. Ich zajęcie jest mniej wyczerpujące, toteż prześcigają się w gorliwości, aby je utrzymać: nawołują opieszałych towarzyszy, upominają, zachęcają, narzucają niesłychane tempo pracy. Oburza mnie to, choć wiem już teraz, że taki jest normalny porządek rzeczy, iż uprzywilejowani uciskają nieuprzywilejowanych, i na tym prawie opiera się struktura społeczna obozu.

Tym razem ja idę pierwszy. Podkład jest ciężki, ale bardzo krótki, tak że przy każdym kroku czuję, jak nogi Null Achtzehna zaczepiają się o moje, gdyż on albo nie umie utrzymać kroku, albo nie zależy mu na tym.

Po dwudziestu krokach jesteśmy przy torze i trzeba przekroczyć kabel. Nasz ładunek jest źle nałożony, lada chwila może ześliznąć się z pleców. Pięćdziesiąt kroków, sześćdziesiąt. Brama magazynu; mamy jeszcze przed sobą drugie tyle drogi i złożymy ciężar. Nie, nie można iść dalej, cały ładunek uciska mi teraz ramię; nie zniosę dłużej bólu i zmęczenia, krzyczę, usiłuję się odwrócić - właśnie w chwili, gdy Null Achtzehn potyka się i pada na ziemię.

Gdybym miał swoją dawną sprawność, mógłbym uskoczyć w tył; a tymczasem zwaliłem się na ziemię z naprężonymi mięśniami, ściskając w rękach zranioną stopę, oślepiony bólem. Kant żelaza rozharatał mi wierzch lewej stopy.

Przez sekundę wszystko niknie w otchłani cierpienia. Kiedy już mogę rozejrzeć się, widzę Null Achtzehna stojącego wciąż w tym samym miejscu bez słowa, bez ruchu i patrzącego na mnie bez wyrazu. Nadbiegają Misza i Galicjanin, rozmawiają ze sobą w jidysz, dają mi jakieś rady. Nadchodzą Templer i David, i wszyscy inni; korzystają z okazji, by przerwać pracę. Nadchodzi kapo, rozdziela kopniaki, kułaki i obelgi, towarzysze rozpraszają się jak plewy na wietrze; Null Achtzehn podnosi rękę do nosa i martwym wzrokiem spogląda na krew na niej. Ja dostałem tylko dwa ciosy w głowę, które nie sprawiają bólu, gdyż ogłuszają.

Sprawa załatwiona. Stwierdzam, że mogę jako tako utrzymać się na nogach, kość więc nie powinna być złamana. Nie śmiem zdjąć buta z obawy przed odnowieniem bólu, poza tym wiem, że wtedy noga puchnie i nie będę go mógł już włożyć.

Kapo każe mi zastąpić Galicjanina przy stosie podkładów, a on, patrząc na mnie spode łba, idzie zająć moje miejsce przy Null Achtzehnie; ale już przechodzą więźniowie angielscy, zbliża się więc godzina powrotu do obozu.

Podczas marszu staram się, jak mogę, iść szybko, lecz nie udaje mi się utrzymać kroku; kapo wzywa Findera i Null Achtzehna, aby mnie podtrzymywali, dopóki nie dojdziemy do esesmanów, i nareszcie (na szczęście tego wieczoru nie ma apelu) jestem w baraku i mogę rzucić się na pryczę i odetchnąć.

Czy to pod wpływem ciepła, czy zmęczenia marszem ból powrócił razem z dziwnym uczuciem wilgoci na zranionej stopie. Ściągam but: jest pełen krwi zakrzepłej już i zmieszanej z błotem i strzępkami szmaty, którą znalazłem i której używam jako ochraniacza do nóg: jednego dnia do lewej, drugiego do prawej.

Dziś wieczorem, zaraz po zupie, pójdę do Ka-Be.

Ka-Be jest skrótem od Krankenbau, czyli izby chorych. Jest tu osiem baraków, są całkiem podobne do wszystkich innych w obozie, tylko że oddzielone drutem kolczastym. Przebywa w nich stale dziesiąta część mieszkańców obozu, ale niewielu tylko pozostaje tu dłużej niż dwa tygodnie, a nikt dłużej niż dwa miesiące; w tych terminach obowiązani jesteśmy umrzeć albo wyzdrowieć. Kto ma tendencję do wyzdrowienia, tego w Ka-Be leczą, kto zamierza umrzeć, tego wysyłają do komory gazowej.

Wszystko to dlatego, że - na nasze szczęście - należymy do kategorii "Żydów ekonomicznie użytecznych".

W Ka-Be nigdy dotąd nie byłem, nawet w ambulatorium, i wszystko tu jest dla mnie nowe.

Ambulatoria są dwa: lekarskie i chirurgiczne. Przed drzwiami dniem i nocą stoją długie szeregi cieni. Niektórzy potrzebują tylko opatrunku lub jakiejś pastylki, inni zgłaszają się na wizytę; niejeden ma śmierć wypisaną na twarzy. Pierwsi w obydwu szeregach są już bosi i gotowi do wejścia; inni, w miarę jak zbliża się ich kolej, usiłują w tłoku rozwiązać sznurowadła i druty na obuwiu, aby zdjąć, nie rozdzierając ich, cenne szmaty z nóg; nie zanadto szybko, aby nie stać niepotrzebnie boso w błocie, nie za wolno, aby nie stracić kolejki, wejście zaś do Ka-Be w butach jest surowo wzbronione. Kontrolą przestrzegania tego zakazu zajmuje się olbrzymi Häftling francuski, urzędujący w okienku między drzwiami do obydwu ambulatoriów. Jest to jeden z niewielu Francuzów zatrudnionych w obozie; i niech nikt nie sądzi, że spędzenie całego dnia wśród zabłoconych i zniszczonych butów jest wątpliwym przywilejem. Wystarczy uświadomić sobie, ilu więźniów wchodzi do Ka-Be w butach, a wychodzi, nie potrzebując ich już...

Gdy nadchodzi moja kolej, cudownie mi się udaje: zdejmuję bez większych przygód buty i szmaty, nikt mi nie kradnie ani menażki, ani rękawiczek i nawet nie tracę równowagi, mimo że cały czas ściskam w ręce beret, gdyż wchodzenie do baraków w berecie jest absolutnie niedopuszczalne.

Zostawiam buty w depozycie, dostaję odpowiedni kwitek, po czym bosy i kulejący, trzymając w obu rękach cały swój nędzny dobytek, bo nie mogę go nigdzie zostawić, zostaję wpuszczony do wewnątrz i ustawiam się w nowej kolejce przed salą wizyt lekarskich.

Tutaj trzeba rozbierać się stopniowo, a gdy się dochodzi do czoła kolejki, należy już być całkiem nagim, gdyż pielęgniarz wkłada nam termometr pod pachę; jeżeli ktoś jest ubrany, traci miejsce i musi stanąć na końcu ogonka. Termometr dostaje każdy, nawet ten, kto ma świerzb albo ból zębów.

W ten sposób mają pewność, że nikt, kto nie jest poważnie chory, nie podda się dla kaprysu temu skomplikowanemu rytuałowi.

Nadchodzi wreszcie moja kolej: zostaję dopuszczony przed lekarza, pielęgniarz wyjmuje mi termometr i oznajmia: "Numer 174 517, kein Fieber". Nie potrzebuję dokładnego badania: zostaję z miejsca uznany za Arztvormelder; nie wiem, co to znaczy, i nie tu miejsce prosić o wyjaśnienia. Zostałem wyrzucony; odbieram buty i wracam do baraku.

Chaim gratuluje mi: mam dobrą ranę, nie wygląda na niebezpieczną, a zapewnia mi pewien okres wypoczynku. Noc spędzę w baraku ze wszystkimi, ale nazajutrz rano, zamiast iść do pracy, mam się stawić przed lekarzami na ostateczną wizytę: to właśnie znaczy Arztvormelder. Chaim zna się na tych rzeczach i sądzi, że jutro prawdopodobnie zostanę przyjęty do Ka-Be. Chaim jest moim towarzyszem łóżka i mam do niego ślepe zaufanie. Jest Polakiem i pobożnym Żydem, uczonym w Piśmie. Prawie w moim wieku, z zawodu zegarmistrz, tu, w Bunie, zatrudniony jest jako mechanik precyzyjny; dlatego należy do tych niewielu, którym udało się zachować godność i pewność siebie, zrodzone z wykonywania zawodu, do jakiego jest się przygotowanym.

I tak się stało. Po pobudce i porannym chlebie wywołano mnie razem z trzema innymi z baraku. Zaprowadzono nas w róg placu apelowego, gdzie już stała długa kolejka - wszyscy dzisiejsi Arztvormelder; przyszedł jakiś osobnik i zabrał mi menażkę, łyżkę i rękawiczki. Inni śmiali się: czy nie wiedziałem, że trzeba je było schować albo powierzyć komuś, albo - jeszcze lepiej - sprzedać, i że w Ka-Be nie wolno tego trzymać? Potem spoglądają na mój numer i kiwają głowami; kogoś, kto ma tak wysoki numer, stać na każde głupstwo.

Następnie przeliczyli nas, kazali nam rozebrać się na zimnie, zabrali nam buty, znowu nas przeliczyli, zgolili nam włosy, brody i zarost, jeszcze raz nas przeliczyli i kazali iść pod prysznic; potem przyszedł jakiś esesman, spojrzał na nas bez zainteresowania, zatrzymał się przed jednym z dużą puchliną wodną i kazał odstawić go na bok. Po czym jeszcze raz nas przeliczyli i znowu kazali iść pod prysznic, mimo że ociekaliśmy jeszcze wodą po poprzednim, a niektórzy mieli silną gorączkę.

Jesteśmy już gotowi do ostatecznej wizyty. Przez okno widać białe niebo i chwilami słońce; w tym kraju można patrzeć na nie wprost poprzez chmury, jak przez matową szybę. Położenie słońca wskazywało, że minęła już czternasta; żegnaj więc zupo dzisiejsza! Prócz tego jesteśmy na nogach od dziesięciu godzin, a nadzy od sześciu.

Ta druga wizyta lekarska trwa również nadzwyczaj krótko: lekarz (ma taki sam pasiak jak my, ale na wierzchu biały kitel, na nim przyszyty numer, i jest znacznie grubszy od nas); patrzy na moją spuchniętą i krwawiącą stopę, obmacuje ją, aż krzyczę z bólu, po czym mówi: "Aufgekommen, Block 23". Stoję z otwartymi ustami w oczekiwaniu jakiegoś wyjaśnienia, ale ktoś pociąga mnie brutalnie do tyłu, zarzuca na gołe plecy płaszcz, podaje parę sandałów i wypycha na zewnątrz.

W odległości jakichś stu metrów znajduje się blok 23, na nim napis Schonungsblock; co to może znaczyć? Wchodzę do środka, zabierają mi płaszcz i sandały, i znowu jestem nagi i ostatni w szeregu nagich szkieletów; to dziś przyjęci chorzy.

Od dawna już przestałem usiłować zrozumieć cokolwiek. Jestem zresztą tak zmęczony staniem na zranionej i nieopatrzonej jeszcze nodze, tak głodny i zziębnięty, że na nic już nie zwracam uwagi. Może to być równie dobrze ostatni mój dzień, a ten pokój może jest komorą gazową, o której wszyscy mówią, cóż mogę na to poradzić? Najlepiej oprzeć się o ścianę, zamknąć oczy i czekać.

Sąsiad mój nie jest chyba Żydem. Nie jest obrzezany, a poza tym (to jedna z niewielu rzeczy, których zdołałem się nauczyć dotąd) tak jasna skóra, tak wyraziste rysy i masywna budowa ciała są charakterystyczne dla Polaków nie-Żydów. Jest o całą głowę wyższy ode mnie, ale wyraz twarzy ma dosyć dobroduszny, jaki miewają tylko ci, co nie zaznali głodu.

Spróbowałem go zapytać, czy nie wie, kiedy pozwolą nam wejść. Odwrócił się do [bliźniaczo podobnego do siebie][19] pielęgniarza [który stał w kącie, paląc papierosa]; rozmawiali ze sobą i śmiali się, nie odpowiadając, jakby mnie tam nie było; potem jeden z nich wziął mnie za rękę, odczytał numer i obaj zaczęli się śmiać jeszcze głośniej. Wszyscy wiedzą, że 174 000 mają Żydzi włoscy: znani powszechnie Żydzi włoscy, przywiezieni przed dwoma miesiącami, sami adwokaci i doktorzy. Było ich więcej niż stu, a zostało zaledwie czterdziestu; to ci, co nie umieją pracować, pozwalają się okradać z chleba i dostają policzki od rana do wieczora; Niemcy nazywają ich zwei linke Hände (dwie lewe ręce) i nawet Żydzi polscy gardzą nimi, gdyż nie umieją mówić w jidysz.

Pielęgniarz pokazuje tamtemu moje łopatki, jakbym był trupem w sali anatomicznej, dotyka powiek, obrzękłych policzków i sflaczałej szyi, pochyla się, naciska palcem moją łydkę i pokazuje tamtemu zagłębienie, które palec odciska w bladej skórze jak z wosku. [Nie powinienem był nigdy zwracać się do Polaka; wydaje mi się, że nigdy w całym moim życiu okrutniej mnie nie znieważono.] Tymczasem pielęgniarz skończył chyba swój wykład w języku, którego nie rozumiem i który brzmi dla mnie strasznie; zwraca się do mnie i niby po niemiecku, współczująco, streszcza swoją diagnozę: "Du Jude kaputt. Du schnell Krematorium fertig"[20].

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.