Miał pozór szczęśliwego, a przedewszystkiem ważnego człowieka, i
nie był to pozór kłamliwy, bo istotnie z siebie i z losu swego czuł
się zadowolonym zupełnie, a w fizycznym zarówno, jak w
hierarchicznem znaczeniu ważył wiele! Gdyby z jednej strony
spoczęły na szalach wszystkie zdobiące go tytuły i godności, a z
drugiej kwitnąca jego tusza i wzrost okazały, niepodobnaby
przewidzieć, które z szal podniosłyby się w górę. Był fizycznie
wysoki, otyły, rumiany, a hierarchicznie możny, dostojny, wpływowy.
Pomimo lat pięćdziesięciu zachował włosy gęste i ciemne, cerę
gładką, ruchy swobodne, jakkolwiek zarazem i wspaniałe, a dlatego
właśnie, że lat trzydzieści szedł jedną drogą, z jednym celem przed
oczami i jedną wolą w nerwach, posiadał to, co zadowalało panujące
zapewne potrzeby jego natury: rangę wysoką, tytuł wysoko
oświeconego, zażyłe stosunki z jeszcze wyżej oświeconymi, wykwintne
obiady i przyjemne partyjki w najwykwintniejszym z klubów, szubę
przekosztowną, dorożkę śliczną, lokaja, sanie i konia-rysaka. "Hej,
hej - myślał sobie czasem - gdzie to ja zaszedł Skąd wyszedł, a
gdzie zaszedł! Nie na edredonach ja rodził się, ani mnie matka w
złotej kołysce kołysała! Poczciwa matka! Dobre z niej było
kobiecisko: łagodne, kochane takie, aż tęskno robi się,
wspominając. Ojciec też niczego sobie był człowiek; a jak całował
mnie, kiedym ostatni raz stamtąd wyjeżdżał, jak całował, aż twarz
oślinił, i zdaje się, że zapłakał troszkę biedaczysko. Biedni byli,
no, nie żebraki przecież, ale i nie bogacze! Phuu! co za życie
wiedli oni!... Niech czart weźmie! Wieczne kłopoty, zachody, praca,
a skutek ich taki, że tylko plunąć na niego warto. Wszystkiego
sobie odmawiaj, nic nie użyj, żadnego znaczenia na świecie nie miej
i gnij w nudzie za życia, tak jak po śmierci zgnijesz w grobie, i
to przedwcześnie, bo przedwcześnie oni pomarli, ze zgryzot, albo
też z nudy - czy ja wiem? Ja-bym i trzech lat tam nie przeżył, jak
Boga kocham! W łeb sobie palnąłbym, albo pierwszego lepszego kpa na
duel wyzwał i zabić dał się, jak Boga kocham! Z takiego dołu wyleźć
i na taką górę wleźć - sztuka! Kiedym jej dokazał - tęgą mieć muszę
głowę, a nerwy, jak okrętowe liny, skoro od takich trudów, jakie
poniosłem, i takich nieprzyjemności, jakie cierpiałem, nie
popękały. Wszystko znieść trzeba było, aby dojść... Zniosło się! I
dobrze! Phi! phi! jak dobrze! Czego mnie brakuje?... Stanowisko,
honory, stosunki, dochody - mam! Czego ja nie mam i do czego nie
doszedłem! Dzielny ze mnie mały!"
Pod względem pracowitości nie przeceniał siebie wcale. I teraz
jeszcze, w biurze instytucyi, której był wysoko opłacanym
zwierzchnikiem, i w innych, w których zajmował miejsce honorowego
członka lub dobrodzieja i protektora, pracował codzień przez długie
godziny gorliwie, żwawo, energicznie. Miewał też często w zakresie
swoich czynności wyborne i samodzielne pomysły, a punktualność
jego, akuratność, ostrożność znana była nie tylko szeroko, ale
nawet bardzo wysoko. W abstrakcye nie wdawał się żadne; poprostu na
myśl mu nie przychodziły, o samem istnieniu ich nie wiedział, albo
zapominał. Ale z rzeczami takiemi, jak cyfra, fakt, data, nie
żartował i uznawał je za panów świata i swoich. A jakże! Bez tego
nie mógłby przecież dojść. W zamian, gdy wspaniały i pogodny,
jakzwykle każda prawdziwa wielkość bywa, codziennie z marmurowych,
ozdobnych schodów wielkiego gmachu zstępował, głowy podwładnych -
nie lada jakich - chyliły się przed nim, jak kłosy przed słońcem,
spojrzeniami, uśmiechami, przysługami, o spojrzenie, uśmiech,
łaskawe słowo żebrząc. Błogo! Błogo! potem... hej, hej! Szybko,
równo, z gracyą, kołysząc się w obie strony - mknie piękny rysak po
śniegiem zasłanej, ogromnej, długiej, prostej ulicy ogromnego
miasta, a na wytwornych saniach, z futrzanych puchów głowę tylko
wynurzając, jego wysokooświeconość nieustanne prawie ukłony rozsyła
ku innym podobnym saniom i z futrzanych puchów wynurzających się
głowom, dostojnym, marsowym lub janusowym, gloryami łysin, zarówno
jak sławy, opromienionym głowom, które wszystkie, jak równe ku
równemu, przesyłają mu ukłony, uśmiechy, znaki przyjacielskiej
poufałości i koleżańskiego porozumienia. Bo też i koledzy to jego
są w pracach, dążeniach, zabawach; teraz zaś, tak jak i on,
ogromną, białą od śniegu ulicą, wśród dwóch rzędów ogromnych
białych domów, pod białem niebem, wszyscy mkną w stronę jedną: do
klubu, w którym oczekują na nich pływające w sadzawkach żywe
sterlety i kosze pełne lodu, a w lodzie - szampan. Błogo! błogo!
Potem... na nocne, ciemne niebo wypłynie księżyc, jak krąg białego
opłatka, przygasły i smutny, a przy jego świetle, po wysokich
śniegowych zaspach, trójka za trójką, z brzękiem i dzwonieniem
polecą oni za ostatnie kresy ogromnego miasta, daleko, tam, gdzie
czarnookie, lubieżne cyganki śpiewają i tańczą, a noc przechodzi w
ulewie świateł i w pożarze szałów... Albo opera! Niech czart
weźmie, jakie tam drogie i modne śpiewaczki gęby rozdziawiają! O
dźwięki, które z gęb tych wychodzą, dba on bardzo mało, bo
muzykalnego ucha odmówiła mu natura i w ogólności wszystkie takie
rzeczy - to głupstwo! Ale takie sumy, jakie otrzymują one za swoje
śpiewanie, szacunek i ciekawość budzą, a z innej strony, w ogromnym
teatrze ściany pozłacane, oczy aż mrużą się od jasności, w lożach
cały ogród pięknych kobiet, z których on zna zblizka tę, tę i tamtę
- w krzesłach cały olimp dostojnych mężów, z których on zna tego,
tego i tamtego, - gorący oddech tłumów, żartobliwe szepty, widzenie
wszystkich i pokazywanie się wszystkim, z ręką w antrakcie z gracyą
o poręcz fotelu wspartą, z lornetką przy oku... Błogo! błogo! I tak
dalej, i tak dalej, dzień za dniem, noc za nocą, dumnie, szumnie,
wesoło pomyka życie, pycha na wawrzynowem łożu przewraca się z boku
na bok i aż stęka od rozkoszy; zmysły nurzają się w morzu róż i
wszystkiemi swemi nozdrzami piją ich słodkie i wonne olejki.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.