Czy naukowiec może wierzyć w cuda? Profesor MIT odpowiada na pytania o Boga i naukę - Ian Hutchinson

Kup ebooka

44.90 zł
35.40 zł (26,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przed­mo­wa

Mia­łem spo­sob­no­ść uczest­ni­czyć w dzie­si­ąt­kach dys­ku­sji or­ga­ni­zo­wa­nych przez The Ve­ri­tas Fo­rum[1], po­czy­na­jąc od po­wsta­nia tej or­ga­ni­za­cji 25 lat temu. Pod­sta­wą mo­jej ksi­ążki są py­ta­nia za­da­wa­ne przez słu­cha­czy pod­czas tych de­bat, kie­dy wy­stępo­wa­łem w roli pro­wa­dzące­go. Py­ta­nie: "Czy na­uko­wiec może wie­rzyć w cuda?", jest nie­zwy­kle istot­ne dla zro­zu­mie­nia za­le­żno­ści mi­ędzy na­uką a chrze­ści­ja­ństwem, lecz to za­le­d­wie jed­no z wie­lu ro­dza­jów py­tań, do któ­rych się tu­taj od­no­szę.

Bar­dzo wie­le Fo­rów, w któ­rych uczest­ni­czy­łem, zo­sta­ło na­gra­nych, spi­sa­łem więc wszyst­kie py­ta­nia (było ich po­nad 220), ja­kie zdo­ła­łem wy­łu­skać z na­grań, sta­ra­jąc się za­cho­wać ich brzmie­nie nie­mal w do­słow­nej po­sta­ci, do­sto­so­wu­jąc je co naj­wy­żej do ogól­nych za­sad gra­ma­ty­ki. Po­dzie­li­łem te py­ta­nia - nie­któ­re z nich były bar­dzo po­dob­ne nie tyl­ko pod względem te­ma­ty­ki, ale i do­bo­ru słów - na lo­gicz­ne gru­py sto­sow­nie do po­szcze­gól­nych roz­dzia­łów ksi­ążki. Nie zmie­nia­łem ani nie po­mi­ja­łem py­tań, wy­jąw­szy bar­dzo nie­licz­ne kom­plet­nie nie­zro­zu­mia­łe. Nie do­bie­ra­łem ich pod wła­sny gust. Moje wy­stąpie­nia pod­czas Fo­rum w spo­sób na­tu­ral­ny pro­wo­ko­wa­ły wie­le spo­śród tych py­tań. Nie za­miesz­czam tu tre­ści tych wy­stąpień, jed­nak na pod­sta­wie sa­mych py­tań mo­żna zy­skać ogól­ne po­jęcie o za­gad­nie­niach po­ru­sza­nych pod­czas pre­zen­ta­cji. Je­śli ktoś chce, może obej­rzeć te wy­stąpie­nia on­li­ne (ve­ri­tas.org).

Py­ta­nia po­da­ję po­gru­bio­ną czcion­ką w sto­sow­nym miej­scu da­ne­go roz­dzia­łu, po czym udzie­lam na nie mniej lub bar­dziej bez­po­śred­niej od­po­wie­dzi.

Moja de­cy­zja o za­miesz­cze­niu ich w ory­gi­nal­nej for­mie ozna­cza, że czy­tel­nik nie po­wi­nien się zbyt­nio przej­mo­wać, je­śli nie do ko­ńca je zro­zu­mie. Były za­da­wa­ne na go­rąco. Nie ma więc po­trze­by grzęznąć w pró­by ich roz­bio­ru gra­ma­tycz­ne­go, je­śli za­da­nie to wy­da­je się zbyt trud­ne. Ręczę za od­po­wie­dzi, któ­rych udzie­la­łem pod­czas Fo­rów, w ksi­ążce jed­nak są one szer­sze i sta­ran­niej ar­gu­men­to­wa­ne, niż by­ło­by to mo­żli­we na żywo. Sta­ram się, aby od­po­wie­dzi były prze­my­śla­ne i zrów­no­wa­żo­ne, wpa­so­wu­jące się w spój­ną nar­ra­cję. Po­ja­wia się też pew­ne sys­te­ma­tycz­ne roz­wi­ja­nie idei, co ozna­cza, że roz­sąd­nie jest czy­tać ksi­ążkę suk­ce­syw­nie od de­ski do de­ski, choć jej upo­rząd­ko­wa­na kon­struk­cja po­zwa­la też na lek­tu­rę frag­men­tów. Za­chęcam czy­tel­ni­ka do za­nu­rze­nia się w te­ma­ty szcze­gól­nie dla nie­go in­te­re­su­jące nie­ko­niecz­nie w try­bie li­ne­ar­nym, je­śli ta­kie jest jego ży­cze­nie.

Przy­ta­cza­ne do­słow­nie py­ta­nia sta­no­wią cie­ka­wą prób­kę wąt­pli­wo­ści pod­no­szo­nych dziś przez stu­den­tów na te­mat na­uki i wia­ry. Od­po­wie­dź na ka­żde z nich wy­ma­ga nie­raz wzmia­nek o dzie­dzi­nach, o któ­rych nie po­sia­dam spe­cja­li­stycz­nej wie­dzy. Moje kwa­li­fi­ka­cje wy­ni­ka­ją więc głów­nie z tego, że od dłu­gie­go cza­su roz­wa­żam te kwe­stie z na­uko­we­go punk­tu wi­dze­nia. Py­ta­nia za­da­ją chrze­ści­ja­nie, ate­iści oraz ci, któ­rzy nie wie­dzą, w co wie­rzą. To fa­scy­nu­jący prze­krój opi­nii, po­szu­ki­wań i za­in­te­re­so­wań dzi­siej­szych mło­dych umy­słów.

Cam­brid­ge, Mas­sa­chu­setts

Gru­dzień 2017

ROZ­DZIAŁ 1

Pod­róż du­cho­wa

Pod­czas stu­diów li­cen­cjac­kich z fi­zy­ki na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge zmie­ni­łem zda­nie na te­mat Je­zu­sa. Na­stąpi­ło to w wy­ni­ku prze­my­śleń na te­mat wiel­kich py­tań oraz mnó­stwa in­nych czyn­ni­ków. Za­nim przej­dzie­my do tych wiel­kich py­tań i do od­po­wie­dzi, chcia­łbym krót­ko opo­wie­dzieć, jak do­szło do tej zmia­ny, o nie­któ­rych spo­śród tych in­nych czyn­ni­ków oraz o tym, co dzia­ło się ze mną po­tem.

Nie wy­cho­wy­wa­łem się w ro­dzi­nie chrze­ści­ja­ńskiej. Na­sza ro­dzi­na nie cho­dzi­ła do ko­ścio­ła. Szko­ła, do któ­rej uczęsz­cza­łem w Wiel­kiej Bry­ta­nii od siód­me­go roku ży­cia, na­zy­wa­ła się wpraw­dzie chrze­ści­ja­ńską, a pod­czas co­dzien­nych ape­li roz­brzmie­wa­ły na­bo­żne pie­śni i mo­dli­twa, lecz po­dob­nie jak wi­ęk­szo­ść mo­ich szkol­nych ko­le­gów nie­spe­cjal­nie zwra­ca­łem uwa­gę na ich tre­ść[1]. Nie wie­rzy­łem w nią, ale też nie­szcze­gól­nie się nad nią za­sta­na­wia­łem.

Oko­ło dwu­na­ste­go roku ży­cia po­my­śla­łem, że chcia­łbym zo­stać praw­ni­kiem. Ro­dzi­na uzna­ła, że sto­sow­nym przy­go­to­wa­niem do ka­rie­ry praw­ni­czej będzie edu­ka­cja kla­sycz­na: ła­ci­na, gre­ka, przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne. Taki też pro­fil ob­ra­łem w szko­le śred­niej. Ale po kil­ku la­tach ze­tknąłem się z fi­zy­ką. Uczył jej mło­dy, dy­na­micz­ny na­uczy­ciel, była to zwy­czaj­nie spo­ra fraj­da. Wpa­dłem po uszy. I choć zgod­nie z re­gu­la­mi­nem szko­ły mu­sia­łem kon­ty­nu­ować na­ukę ta­kich przed­mio­tów jak hi­sto­ria - któ­rą zresz­tą uwa­ża­łem za naj­zwy­klej­sze tor­tu­ry - to na eg­za­mi­ny ko­ńco­we wy­bra­łem ma­te­ma­ty­kę i fi­zy­kę. Mia­łem do­pie­ro sie­dem­na­ście lat, gdy obu­dzi­ło się we mnie pra­gnie­nie wy­si­łku in­te­lek­tu­al­ne­go oraz am­bi­cja, wraz z fa­scy­na­cją głębią i roz­le­gło­ścią ludz­kiej uczo­no­ści.

Kie­dy więc zja­wi­łem się na Uni­wer­sy­te­cie Cam­brid­ge, po­sta­wi­łem so­bie za cel zo­stać nie tyl­ko fi­zy­kiem, ale i in­te­lek­tu­ali­stą, ro­zu­mieć kul­tu­rę i idee, uczest­ni­czyć w nich i uczy­nić je mo­imi wła­sny­mi. Głębię mu­sia­łem czer­pać spo­za for­mal­ne­go pro­gra­mu za­jęć, co po części wy­ja­śnia, dla­cze­go rzu­ci­łem się w wir do­dat­ko­wych za­jęć: czy­tel­nic­two, mu­zy­ko­wa­nie, sport, nade wszyst­ko zaś roz­mo­wy z in­ny­mi stu­den­ta­mi. Su­mien­nie uczęsz­cza­łem na wy­kła­dy i ćwi­cze­nia z ma­te­ma­ty­ki i fi­zy­ki. Za­da­nia roz­wi­ązy­wa­łem jed­nak w chwi­lach wol­nych, po­mi­ędzy wszyst­ki­mi in­ny­mi ele­men­ta­mi stu­denc­kie­go ży­cia.

Jed­ną z nie­odłącz­nych cech kul­tu­ry ta­kiej uczel­ni jak Cam­brid­ge są jej chrze­ści­ja­ńskie dzie­je. Moją bazą było King's Col­le­ge (sły­nące z wi­gi­lij­ne­go na­bo­że­ństwa ko­lędo­we­go). Wspa­nia­ła ar­chi­tek­tu­ra tu­tej­szej ka­pli­cy, wznie­sio­nej w epo­ce Tu­do­rów, wid­nia­ła do­kład­nie na­prze­ciw­ko stu­denc­kie­go baru. Kry­sta­licz­na czy­sto­ść kla­sycz­ne­go i li­tur­gicz­ne­go śpie­wu tu­tej­sze­go chó­ru fa­scy­no­wa­ła (przy­naj­mniej mnie) w rów­nym stop­niu, jak eks­cy­tu­jące stu­denc­kie po­ta­ńców­ki w za­tło­czo­nych, za­dy­mio­nych po­miesz­cze­niach w rytm mu­zy­ki Be­atle­sów albo Mo­ody Blu­es. Rzecz ja­sna jako "oświe­ce­ni" stu­den­ci i pra­cow­ni­cy na­uko­wi (ba­da­cze, wy­kła­dow­cy, pro­fe­so­ro­wie) tak na­praw­dę nie wie­rzy­li­śmy w chrze­ści­ja­ństwo, po­tra­fi­li­śmy jed­nak do­ce­nić jego dzie­dzic­two. Zna­la­zło się wśród nas tro­chę ory­gi­na­łów, któ­rzy nie tyl­ko uczest­ni­czy­li w uro­czy­sto­ściach re­li­gij­nych (zresz­tą jak wie­le in­nych osób, nie­za­le­żnie od ich prze­ko­nań), ale wręcz twier­dzi­li, że na­praw­dę w to wie­rzą. Sta­no­wi­li zde­cy­do­wa­nie nie­licz­ną mniej­szo­ść. Trud­no jed­nak było trak­to­wać ich jak głup­ców, sko­ro pod względem in­te­lek­tu i osi­ągni­ęć na­uko­wych w ni­czym nie ustępo­wa­li tym z nas, któ­rych re­li­gia nie ob­cho­dzi­ła.

W za­sa­dzie nie wy­gląda­ło na to, aby któ­ryś spo­śród tych wie­rzących na­ukow­ców czuł się zmu­szo­ny do pod­wa­ża­nia bli­skie­go mi na­uko­we­go ro­zu­mie­nia Wszech­świa­ta, któ­re­go opa­no­wa­nie mia­ły mi umo­żli­wić stu­dia. Nie cho­dzi­ło za­tem o to, że chrze­ści­ja­ństwo za­prze­cza na­uce - na­wet je­śli kie­dyś to­czy­ło ono woj­ny z na­uką, to na­uka prze­cież ewi­dent­nie od­nio­sła zwy­ci­ęstwo. Sy­tu­acja przed­sta­wia­ła się ra­czej tak, że z cha­rak­te­ry­stycz­nym (rów­nież dla mnie) po­czu­ciem sa­mo­za­do­wo­le­nia oświe­ce­ni do­strze­gli, iż chrze­ści­ja­ństwo jest prze­sta­rza­łe i nie­istot­ne. Jego pro­blem tkwił w trzy­ma­niu się daw­nych idei, a idee te oka­za­ły się bez­sku­tecz­ne. Ci z nas, któ­rzy ustrze­gli się tych re­li­gij­nych kaj­dan, byli wol­no­my­śli­cie­la­mi, wła­snym wy­si­łkiem i in­te­lek­tem usta­la­jący­mi, jak na­praw­dę przed­sta­wia­ją się spra­wy nie tyl­ko w na­ukach przy­rod­ni­czych, ale i we wszyst­kich dys­cy­pli­nach aka­de­mic­kich.

Z tym oświe­co­nym po­de­jściem mia­łem jed­nak tyle pro­ble­mów, ile z chrze­ści­ja­ństwem. Wy­da­wa­ło się dość oczy­wi­ste, że po­mi­mo ma­te­rial­nych zdo­by­czy na­uki i tech­no­lo­gii spo­łe­cze­ństwu świec­kie­mu i świec­kim kręgom na­uko­wym wie­dzie się, oględ­nie mó­wi­ąc, go­rzej w kszta­łto­wa­niu i pie­lęgno­wa­niu tych war­to­ści, któ­re so­bie ce­ni­łem: praw­dy, uczci­wo­ści, ra­cjo­nal­no­ści, wspó­łczu­cia. Ko­le­dzy ze stu­diów byli nie­co za­sko­cze­ni, wi­dząc na moim sto­li­ku noc­nym dzie­ła Pla­to­na, Joh­na Mil­to­na, Im­ma­nu­ela Kan­ta, Je­ana-Pau­la Sar­tre'a czy T.S. Elio­ta. Au­to­rzy ci już wte­dy wspie­ra­li moje dąże­nia do tego, aby stać się in­te­lek­tu­ali­stą, lecz lek­tu­ra ich dzieł wy­ro­bi­ła we mnie bar­dziej wy­wa­żo­ne i kry­tycz­ne spoj­rze­nie na ów­cze­sne prze­ja­wy pró­żno­ści in­te­lek­tu­al­nej.

Po­wo­lut­ku za­cząłem za­sta­na­wiać się nad py­ta­niem, czy w chrze­ści­ja­ństwie nie tkwi cza­sem coś wi­ęcej niż tyl­ko bu­twie­jące reszt­ki po erze przed­nau­ko­wej bądź otępia­jące opium po­moc­ne w utrzy­ma­niu po­ręcz­nych struk­tur spo­łecz­nych. Jed­no moc­no mnie znie­chęca­ło. Wy­ra­źnie pa­mi­ętam wła­sne prze­ko­na­nie, że po­wa­żne po­trak­to­wa­nie chrze­ści­ja­ństwa ma swo­je kon­se­kwen­cje, zwłasz­cza je­śli cho­dzi o oso­bi­ste swo­bo­dy. W do­bie to­czącej się re­wo­lu­cji sek­su­al­nej in­dy­wi­du­al­ną wol­no­ść wy­bo­ru już wów­czas po­strze­ga­no jako war­to­ść na­drzęd­ną, któ­rą jest dzi­siaj. Wy­so­ko ją so­bie ce­ni­łem. Jed­nak moje ułom­ne ro­zu­mie­nie chrze­ści­ja­ństwa mó­wi­ło mi, że by­cie chrze­ści­ja­ni­nem po­zba­wi mnie mnó­stwa mo­żli­wo­ści - wy­bo­rów, swo­bód - do­ty­czących tego, jak mam wie­ść ży­cie. Był to istot­ny czyn­nik skła­nia­jący mnie do trzy­ma­nia się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, za­cho­wa­nia dy­stan­su do chrze­ści­ja­ństwa. Nie chcia­łem mieć żad­ne­go Pana, sam chcia­łem być wła­snym Pa­nem. Nie po­świ­ęca­łem zbyt dużo cza­su na roz­my­śla­nie, czy chrze­ści­ja­ństwo fak­tycz­nie jest praw­dą, po­nie­waż mia­łem świa­do­mo­ść, że w wy­mia­rze oso­bi­stym będzie mi prze­szka­dza­ło. Nie­spe­cjal­nie chcia­łem, żeby oka­za­ło się praw­dzi­we.

Do po­wa­żne­go po­trak­to­wa­nia chrze­ści­ja­ństwa skło­nił mnie w ko­ńcu fakt, że dwóch mo­ich naj­bli­ższych ko­le­gów ze stu­diów bra­ło swo­ją wia­rę na se­rio, a ich ży­cie i przy­ja­źń były w mo­jej oce­nie atrak­cyj­ne. Mie­li oni pew­ne swo­iste ce­chy, od­zwier­cie­dla­jące ty­po­we dla chrze­ści­ja­ństwa ogra­ni­cza­nie swo­bo­dy. W nie­dzie­le cho­dzi­li do ko­ścio­ła. A nie­raz wcze­śniej wy­cho­dzi­li z pubu, nie chcąc pić wi­ęcej niż jed­no czy dwa piwa. Lecz to wła­śnie za ich spra­wą uświa­do­mi­łem so­bie, że isto­tą chrze­ści­ja­ństwa wca­le nie jest to, że z cze­goś trze­ba re­zy­gno­wać. Na­to­miast spra­wy, z któ­rych się fak­tycz­nie re­zy­gnu­je, jak mo­żli­wo­ść wy­le­gi­wa­nia się do po­łud­nia w nie­dzie­lę czy po­ziom al­ko­ho­lu we krwi znacz­nie prze­kra­cza­jący nor­mę po­zwa­la­jącą na le­gal­ne pro­wa­dze­nie sa­mo­cho­du, nie są zno­wu aż ta­kie wa­żne.

Ży­wi­łem pe­wien re­spekt wo­bec Je­zu­sa jako na­uczy­cie­la norm mo­ral­nych i fa­scy­nu­jącej po­sta­ci hi­sto­rycz­nej. Był On - jak mi się wy­da­wa­ło - kimś atrak­cyj­nym i in­spi­ru­jącym, a poza tym wy­wa­rł oczy­wi­ście ogrom­ny wpływ kul­tu­ro­twór­czy na cały świat. Jed­nak już od dzie­ci­ństwa w ogó­le nie bra­łem pod uwa­gę mo­żli­wo­ści, żeby świa­to­po­gląd chrze­ści­ja­ński mógł być rze­czy­wi­ście praw­dzi­wy. Na za­pro­sze­nie przy­ja­ciół wy­słu­cha­łem kil­ku wy­kła­dów wy­ja­śnia­jących pod­sta­wy chrze­ści­ja­ństwa. Ude­rzy­ło mnie wów­czas jako zu­pe­łnie nowa myśl, że ist­nie­ją moc­ne świa­dec­twa hi­sto­rycz­ne prze­ma­wia­jące za twier­dze­nia­mi chrze­ści­ja­ństwa, iż teo­lo­gia chrze­ści­ja­ńska z głębo­kim sen­sem tłu­ma­czy świat i ludz­kie do­świad­cze­nie oraz że Je­zus za­pra­sza ka­żde­go z nas do oso­bi­stej re­la­cji z Nim. Przy­pusz­czam, że z ide­ami tymi mu­sia­łem ze­tknąć się już wcze­śniej, jed­nak wła­śnie wte­dy zda­ły mi się one czy­mś ca­łko­wi­cie świe­żym i no­wym. Wy­da­wa­ło się oczy­wi­ste, że je­śli to za­pro­sze­nie jest praw­dzi­we, to wy­ma­ga ja­kie­jś od­po­wie­dzi.

Ro­zu­mia­łem, że ist­nie­ją moc­ne pod­sta­wy do uzna­nia chrze­ści­ja­ńskiej ewan­ge­lii za praw­dzi­wą[2]. Nie by­łem pew­ny tej praw­dy, lecz zda­wa­łem so­bie spra­wę, że nie jest roz­sąd­ne wy­ma­ga­nie abs­trak­cyj­nej pew­no­ści in­te­lek­tu­al­nej co do oso­bi­stej wi­ęzi z bó­stwem, sta­no­wi­ącej we­dług chrze­ści­jan isto­tę ich wia­ry. Nie zna­łem wszyst­kich od­po­wie­dzi na swo­je in­te­lek­tu­al­ne wąt­pli­wo­ści, wie­dzia­łem jed­nak, że od­po­wie­dzi te ist­nie­ją. Do­wo­dy na to mia­łem wo­kół sie­bie w po­sta­ci świa­dec­twa ar­chi­tek­tu­ry, mu­zy­ki, kul­tu­ry, li­te­ra­tu­ry oraz mo­ich przy­ja­ciół i in­nych zna­nych mi wie­rzących in­te­lek­tu­ali­stów. Ak­cep­to­wa­łem kon­cep­cję, że chrze­ści­ja­ńska pew­no­ść pły­nie w rów­nej mie­rze z ży­cia prze­ży­wa­ne­go we wspól­no­cie z Chry­stu­sem, co z in­te­lek­tu­al­ne­go prze­ko­na­nia. I tak oto pew­ne­go wie­czo­ru od­da­łem w mo­dli­twie swo­je ży­cie Jemu jako Panu i za­cząłem za Nim podążać.

*

Była to mniej wi­ęcej po­ło­wa mo­je­go trzy­let­nie­go okre­su w Cam­brid­ge. Tym spo­so­bem udzie­li­łem już częścio­wej od­po­wie­dzi na pierw­sze spo­śród na­stępu­jących py­tań:

Jaka była pana oso­bi­sta dro­ga do wia­ry?

Jak wy­gląda pana oso­bi­ste ży­cie w wie­rze?

Czy mie­wa pan cza­sem ja­kieś wąt­pli­wo­ści?

Co po­wie­dzia­łby pan lu­dziom, któ­rzy chcą uwie­rzyć, lecz ja­koś nie mogą zna­le­źć wy­star­cza­jących pod­staw, któ­re by ich sa­tys­fak­cjo­no­wa­ły?

Czy w trak­cie pa­ńskiej ka­rie­ry na­tknął się pan na ta­kich my­śli­cie­li, któ­rzy skło­ni­li pana do po­now­ne­go prze­my­śle­nia pa­ńskie­go za­sad­ni­cze­go sta­no­wi­ska?

Czy wia­ra re­li­gij­na nie przy­po­mi­na to­ta­li­ta­ry­zmu? Ktoś za­wsze nas ob­ser­wu­je i kry­ty­ku­je?

Ce­chą cha­rak­te­ry­stycz­ną na­uki jest na­cisk na ro­zu­mo­wa­nie - czy pod­po­rząd­ko­wa­nie się ja­kie­jś wspól­no­cie re­li­gij­nej i jej do­gma­tycz­nym na­ukom nie pod­wa­ża tego sta­no­wi­ska?

Z ja­ki­mi wy­zwa­nia­mi in­te­lek­tu­al­ny­mi na­dal się pan mie­rzy?

Te­raz od­nio­sę się do po­zo­sta­łych.

Nie przy­po­mi­nam so­bie, aby moje na­wró­ce­nie w ja­kiś spo­sób za­bu­rzy­ło moje stu­dia na­uko­we. Już od daw­na by­łem świa­do­my ogól­ne­go ob­ra­zu ko­smo­lo­gicz­ne­go uka­za­ne­go w Bi­blii i uwa­ża­łem go za ele­ment re­la­cji teo­lo­gicz­nej, a nie za trak­tat na­uko­wy. Pod­czas let­nich wa­ka­cji zgło­si­łem się jako asy­stent na chrze­ści­ja­ńskim obo­zie dla chłop­ców w Szko­cji. Po­byt tam był dla mnie nie­by­wa­le cen­ny, za­pew­ne jesz­cze bar­dziej niż dla chłop­ców uczest­ni­czących w obo­zie, je­śli cho­dzi o uzy­ska­nie ja­sne­go po­jęcia o pod­sta­wach dok­try­ny chrze­ści­ja­ńskiej. Pa­mi­ętam dys­ku­sje z nie­któ­ry­mi in­ny­mi li­de­ra­mi na obo­zie na te­mat praw­dzi­wo­ści teo­rii ewo­lu­cji, lecz roz­mo­wy te prze­bie­ga­ły w o wie­le mniej na­pi­ętej at­mos­fe­rze, niż jest to po­wszech­ne dziś w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Z tych roz­mów na ogół wy­ni­ka­ło, że to wa­żna kwe­stia war­ta prze­my­śle­nia, ale że chrze­ści­ja­ństwo nie opie­ra się na za­ło­że­niu fa­łszy­wo­ści teo­rii ewo­lu­cji. To po­zwo­li­ło mi roz­wa­żać pó­źniej tę spra­wę ze świa­do­mo­ścią, że nie ma ona klu­czo­we­go zna­cze­nia.

Na­wi­ąza­łem też kon­takt z in­ny­mi wie­rzący­mi z uczel­ni dzi­ęki wspól­ne­mu stu­dio­wa­niu Bi­blii, a na­stęp­nie, w ostat­nim roku przed uko­ńcze­niem li­cen­cja­tu, zor­ga­ni­zo­wa­ni w gru­py po­ma­ga­li­śmy oko­licz­nym nie­wiel­kim ko­ścio­łom w pro­wa­dze­niu na­bo­że­ństw. Dzi­ęki uczest­ni­cze­niu w tego ro­dza­ju dzia­łal­no­ści pręd­ko wzra­sta­ło moje zro­zu­mie­nie wia­ry i teo­lo­gii chrze­ści­ja­ńskiej. Roz­wi­ja­łem się jako chrze­ści­ja­nin i jed­no­cze­śnie za spra­wą za­jęć na stu­diach rów­nież jako fi­zyk. Być może mój roz­wój jako chrze­ści­ja­ni­na na­stępo­wał szyb­ciej, po­nie­waż sta­ra­łem się nad­ra­biać stra­co­ny czas, ale po­stęp mo­je­go zro­zu­mie­nia wia­ry i fi­zy­ki po­strze­gam jako jed­no­cze­sny.

Za­gad­nie­nie, któ­re - jak pa­mi­ętam - sta­no­wi­ło dla mnie na po­cząt­ku klu­czo­wą kwe­stię, do­ty­czy­ło au­to­ry­te­tu Bi­blii. Choć oczy­wi­ście trak­to­wa­łem Bi­blię jako pod­sta­wo­wy punkt od­nie­sie­nia dla chrze­ści­ja­ństwa, to nie mia­łem w so­bie ugrun­to­wa­ne­go prze­ko­na­nia, że Bi­blia za­wie­ra praw­dę w do­słow­nym sen­sie ani że w ogó­le jest au­to­ry­ta­tyw­na. W tym okre­sie w Wiel­kiej Bry­ta­nii znacz­na część teo­lo­gii i na­uki re­pre­zen­to­wa­ła scep­ty­cyzm wo­bec au­to­ry­te­tu i ak­tu­al­no­ści Bi­blii. Prze­sze­dłem pro­ces usta­la­nia, jak duży za­kres to­le­ran­cji może i po­win­na w roz­sąd­nej oce­nie do­pusz­czać wia­ra chrze­ści­ja­ńska. Mia­łem to szczęście, że w gru­pach, do któ­rych do­łącza­łem, pa­no­wa­ły ge­ne­ral­nie po­glądy or­to­dok­syj­ne pod względem teo­lo­gicz­nym, jed­nak nie an­ty­in­te­lek­tu­al­ne.

Przy­zna­no mi po­dy­plo­mo­we sty­pen­dium na stu­dia dok­to­ranc­kie w Au­stra­lii, jed­nak z po­wo­du ko­niecz­no­ści sko­or­dy­no­wa­nia ter­mi­nów w mo­ich pla­nach po­ja­wi­ła się po uko­ńcze­niu Cam­brid­ge kil­ku­mie­si­ęcz­na luka. Zgło­si­łem się na ten czas na ochot­ni­ka na sta­no­wi­sko asy­sten­ta w schro­ni­sku dla bez­dom­nych w re­gio­nie An­glii do­tkni­ętym bez­ro­bo­ciem struk­tu­ral­nym. Schro­ni­sko pro­wa­dzi­ła Church Army, or­ga­ni­za­cja dzia­ła­jąca w ło­nie Ko­ścio­ła an­gli­ka­ńskie­go, zaj­mu­jąca się po­mo­cą spo­łecz­ną. Pra­co­wa­li w niej zwy­kli wie­rzący, lecz moc­no za­an­ga­żo­wa­ni w swo­ją słu­żbę. By­łem pod wra­że­niem od­da­nia tych lu­dzi, a praw­dzi­wym bło­go­sła­wie­ństwem oka­za­ło się cie­płe przy­jęcie do ich gro­na, mimo że z per­spek­ty­wy cza­su do­strze­gam w swo­jej ów­cze­snej po­sta­wie aro­gan­cję i nad­mier­ny in­te­lek­tu­alizm. Miesz­ka­łem na miej­scu, w schro­ni­sku wspie­ra­jącym bez­dom­nych mężczyzn, i po­ma­ga­łem w jego funk­cjo­no­wa­niu - nie­zła szko­ła o nie­ocze­ki­wa­nym pro­fi­lu dla ko­goś z moim po­cho­dze­niem! Z ko­lei w Au­stra­lii mo­żli­wo­ści ba­daw­cze w dzie­dzi­nie fi­zy­ki były wprost ba­jecz­ne, by­naj­mniej nie dzi­ęki mo­je­mu pla­no­wa­niu, dość na­iw­ne­mu we­dług stan­dar­dów wi­ęk­szo­ści dzi­siej­szych ab­sol­wen­tów. Poza tym kon­ty­nu­owa­łem wła­sną chrze­ści­ja­ńską edu­ka­cję, przez rok stu­diu­jąc he­braj­ski jako uzu­pe­łnie­nie do gre­ki, któ­rą już zna­łem, oraz teo­lo­gię, bi­bli­sty­kę i hi­sto­rię Ko­ścio­ła, za­mie­rza­łem bo­wiem zo­stać ofi­cjal­nym ka­zno­dzie­ją w miej­sco­wym ko­ście­le me­to­dy­stów. Moje oso­bi­ste ży­cie mo­dli­tew­ne oraz uczest­nic­two w ży­ciu Ko­ścio­ła były w tym okre­sie nie­by­wa­le krze­pi­ące i dy­na­micz­ne. Oczy­wi­ście wy­ni­ka­ło to po części z mo­ich wy­bo­rów. Cho­dzi­łem do tych ko­ścio­łów, któ­re wy­da­wa­ły się eks­cy­tu­jące, a do­nio­słe prze­ży­cia du­cho­we i oso­bi­ste w tam­tym cza­sie sta­no­wi­ły dla mnie do­sta­tecz­nie ja­sne po­twier­dze­nie rze­czy­wi­sto­ści mi­ło­ści Bo­żej.

Z nie­któ­rych spraw zre­zy­gno­wa­łem. Na­wet w naj­bar­dziej świec­kim okre­sie mo­je­go ży­cia nie by­łem - oce­nia­jąc z ludz­kie­go punk­tu wi­dze­nia - wy­jąt­ko­wym grzesz­ni­kiem. Moje na­wró­ce­nie nie po­le­ga­ło na wi­do­wi­sko­wym od­wró­ce­niu się od zła ku do­bru ani na oca­le­niu przed au­to­de­struk­cją. Przy­po­mi­na­ło ra­czej zmia­nę kie­run­ku i po­sze­rze­nie prio­ry­te­tów, skie­ro­wa­nie się na ze­wnątrz - od ego­cen­try­zmu i za­ab­sor­bo­wa­nia wła­sną oso­bą ku tro­sce o in­nych oraz w ja­ki­mś stop­niu od sku­pia­nia się na abs­trak­cyj­nych ide­ach w stro­nę wi­ęzi mi­ędzy­ludz­kich. Do dziś zresz­tą z na­tu­ry skła­niam się - i być może za­wsze będę się skła­niał - ra­czej ku ide­om niż lu­dziom, jed­nak podąże­nie za Chry­stu­sem po­mo­gło mi ustrzec się przed nad­mia­rem abs­trak­cji, któ­ry mó­głby za­węzić moje ży­cie. Co jed­nak naj­istot­niej­sze, na­wy­ki, z któ­rych zre­zy­gno­wa­łem, nie były ogól­nie rzecz bio­rąc oso­bi­sty­mi przy­jem­nost­ka­mi i ko­rzy­ścia­mi zło­żo­ny­mi na ołta­rzu su­ro­wej, świ­ętosz­ko­wa­tej, pu­ry­ta­ńskiej nie­wo­li. Były to złe na­wy­ki, do któ­rych zwal­cze­nia zy­ska­łem te­raz nową mo­ty­wa­cję. Nie­rzad­ko zma­ga­łem się sam ze sobą, żeby je po­rzu­cić, ale te­raz sam chcia­łem to zro­bić. W moim ży­ciu i my­śle­niu po­ja­wił się nowy ośro­dek de­cy­zyj­ny. Uzna­łem Je­zu­sa za swe­go Pana i za­mie­rza­łem podążać za tym, co uwa­ża­łem za Jego wolę. Wy­rze­cze­nie się sa­mo­sta­no­wie­nia szło wów­czas pod prąd pa­nu­jącej kul­tu­ry, tak samo jak idzie pod prąd dzi­siej­szej. Lecz na ko­lej­nych eta­pach mo­je­go ży­cia i ka­rie­ry za­wo­do­wej prze­ko­ny­wa­łem się wci­ąż na nowo, że pro­wa­dzi mnie ono ku no­wym, eks­cy­tu­jącym mo­żli­wo­ściom. Pod­po­rząd­ko­wa­nie się Chry­stu­so­wi nie ozna­cza­ło ujęcia w ryzy, skrępo­wa­nia czy ogra­ni­cze­nia - za­rzu­ca­jąc moje wła­sne, wąskie am­bi­cje, do­świad­czy­łem wy­zwo­le­nia oraz mo­ty­wa­cji do po­szu­ki­wa­nia Jego po­wo­ła­nia i ukie­run­ko­wa­nia. Tak dzia­ło się za­rów­no w mo­jej ka­rie­rze za­wo­do­wej, jak i w ży­ciu oso­bi­stym. Od­kry­wa­łem rze­czy­wi­sto­ść pa­ra­dok­sal­nej an­gli­ka­ńskiej mo­dli­twy o po­kój, kie­ro­wa­nej do Boga, "któ­re­mu słu­że­nie to wol­no­ść do­sko­na­ła".

Chrze­ści­ja­ństwo nie­wąt­pli­wie przy­wi­ązu­je wiel­ką wagę do wspól­no­ty. W noc po­prze­dza­jącą swo­je ukrzy­żo­wa­nie Je­zus mo­dlił się o jed­no­ść swo­ich uczniów. Po­wie­dział im, że świat po­zna, iż nimi są, na pod­sta­wie ich wza­jem­nej mi­ło­ści. A nie spo­sób być au­ten­tycz­nie częścią ja­kie­jś spo­łecz­no­ści bez odro­bi­ny pod­po­rząd­ko­wa­nia, odro­bi­ny sa­mo­za­par­cia, odro­bi­ny do­sto­so­wa­nia się do czy­ichś po­trzeb, pra­gnień i opi­nii. Chrze­ści­ja­ństwo na prze­strze­ni wie­ków zro­dzi­ło wspól­no­ty sfor­ma­li­zo­wa­ne, jak za­ko­ny, w któ­rych prak­ty­ku­je się ślu­by po­słu­sze­ństwa, lecz mo­żna też żyć w nie­for­mal­nych spo­łecz­no­ściach opar­tych na wspól­no­cie wia­ry, tak jak od po­cząt­ku czy­ni­li to ucznio­wie. Spo­łecz­no­ść nie sta­no­wi an­ty­te­zy oso­bi­stej wol­no­ści ani an­ty­te­zy ro­zu­mu. Ka­żdy z nas, w ten czy inny spo­sób, uczest­ni­czy w spo­łecz­no­ści. We­źmy naj­prost­szy przy­kład - ro­dzi­na to spo­łecz­no­ść, w któ­rej pod­po­rząd­ko­wa­nie jest czy­mś oczy­wi­stym i do­brym. Ro­dzi­na, w któ­rej nie ma re­spek­tu wo­bec ro­dzi­ców (a jest to ro­dzaj pod­po­rząd­ko­wa­nia), to ro­dzi­na dys­funk­cyj­na, na­zbyt często po­py­cha­jąca dzie­ci w bez­owoc­nych, de­struk­cyj­nych kie­run­kach. Tak wy­so­ko dziś ce­nio­ny in­dy­wi­du­alizm wca­le nie jest kry­ni­cą ro­zu­mu, kre­atyw­no­ści czy na przy­kład na­uki. By­cie na­ukow­cem ozna­cza by­cie człon­kiem pew­nej mi­ędzy­na­ro­do­wej spo­łecz­no­ści, uczest­ni­cze­nie w prak­ty­kach wy­pra­co­wy­wa­nych przez całe wie­ki i pod­po­rząd­ko­wy­wa­nie się im - cho­dzi o prak­ty­ki, ta­kie jak dys­cy­pli­na w ba­da­niach na­uko­wych, ry­go­ry­stycz­na kry­ty­ka (w tym sa­mo­kry­ty­ka), wspól­ne dzie­le­nie się ide­ami, wza­jem­ne wspar­cie i po­moc.

Wzor­co­we spo­łecz­no­ści two­rzą grunt dla ro­zu­mu i re­flek­sji, mo­żna to po­wie­dzieć za­rów­no o spo­łecz­no­ściach re­li­gij­nych, jak i na­uko­wych. Mało tego, wła­śnie w for­mal­nych wspól­no­tach chrze­ści­ja­ńskich, w klasz­to­rach i za­ko­nach kon­tem­pla­cyj­nych prze­cho­wy­wa­no sta­ro­żyt­ną wie­dzę, kszta­łto­wa­ła się nowa fi­lo­zo­fia, po­wsta­wa­ły kon­cep­cje in­sty­tu­cji na­uko­wych.

Spo­łecz­no­ści in­te­lek­tu­al­ne są usta­na­wia­ne na pod­sta­wie do­gma­tu - za­sad i opi­nii, któ­re są im dro­gie. To wła­śnie na­da­je im spój­no­ść, mo­ty­wu­je ich dzia­ła­nia i wska­zu­je, cze­go ocze­ku­je się od ich człon­ków. Mo­żna to po­wie­dzieć za­rów­no o spo­łecz­no­ściach na­uko­wych, jak i re­li­gij­nych. Gdy mowa o do­gma­tach, kry­ty­ka do­ty­czy zwy­kle spo­łecz­no­ści re­li­gij­nych - i nie­raz nie bez po­wo­du. Jed­nak ka­żda spo­łecz­no­ść ma swo­je do­gma­tycz­ne za­sa­dy i z góry przy­jęte opi­nie. Przy­czy­ny uzna­wa­nia przez daną spo­łecz­no­ść tych za­sad i opi­nii za usta­lo­ne mogą się ró­żnić za­le­żnie od ro­dza­ju spo­łecz­no­ści, ale usta­lo­ne za­sa­dy i opi­nie wy­stępu­ją za­wsze. Do­gmat chrze­ści­ja­ński do­ty­czy przede wszyst­kim ob­ja­wie­nia, spo­so­bu, w jaki Bóg ob­ja­wił sie­bie przez oso­bę Je­zu­sa, pod­sta­wy jego przyj­mo­wa­nia są za­tem hi­sto­rycz­ne i oso­bi­ste. Do­gmat na­uko­wy do­ty­czy prze­wa­żnie po­wta­rzal­nych za­cho­wań przy­ro­dy, pod­sta­wy jego przyj­mo­wa­nia są więc wła­ści­we na­uce: eks­pe­ry­ment, ob­ser­wa­cja, po­miar, teo­ria.

Nie ma żad­ne­go po­wo­du, aby za­kła­dać, że jed­na oso­ba może na­le­żeć tyl­ko do jed­nej spo­łecz­no­ści. Zresz­tą wi­ęk­szo­ść z nas na­le­ży do wi­ęcej niż jed­nej - daj­my na to do klu­bu tu­ry­stycz­ne­go i do Par­tii De­mo­kra­tycz­nej. Mimo to w wie­lu dzi­siej­szych dys­ku­sjach na te­mat do­gma­tu z góry za­kła­da się, że do­gma­ty chrze­ści­ja­ństwa i do­gma­ty na­uki są nie­kom­pa­ty­bil­ne. Człon­kiem dwóch ró­żnych spo­łecz­no­ści o roz­bie­żnych do­gma­tach (na przy­kład Par­tii De­mo­kra­tycz­nej i Par­tii Re­pu­bli­ka­ńskiej) mo­żna przy­pusz­czal­nie być je­dy­nie po­przez sto­so­wa­nie uni­ków - ak­cep­to­wa­nie i po­twier­dza­nie ka­żde­go do­gma­tu, gdy znaj­du­je­my się w jed­nej spo­łecz­no­ści, a pó­źniej za­prze­cza­nie sa­me­mu so­bie, gdy znaj­du­je­my się w tej dru­giej. Często za­kła­da się, że w ta­kiej sy­tu­acji znaj­du­ją się chrze­ści­ja­nie zaj­mu­jący się na­uką, ale ja tego nie do­świad­czy­łem.

Nie uwa­żam chrze­ści­ja­ństwa i na­uki za spo­łecz­no­ści wza­jem­nie sprzecz­ne. Nie uwa­żam też, że uzna­nie ob­ja­wie­nia i me­to­dy na­uko­wej wy­klu­cza się na­wza­jem. Po­nie­waż ich do­gma­ty są w oczy­wi­sty spo­sób od­mien­ne i po­nie­waż cza­sa­mi zaj­mu­ją się one te­ma­ta­mi, w któ­rych wa­żne są opi­nie i sta­no­wi­ska oby­dwu, mamy do czy­nie­nia z za­gad­ka­mi i wy­zwa­nia­mi. A w mia­rę mo­je­go ro­snące­go zro­zu­mie­nia obu tych spo­łecz­no­ści na­po­ty­ka­łem te za­gad­ki i sta­ra­łem się wy­pra­co­wać prze­my­śla­ne i roz­wa­żne sta­no­wi­ska z uwzględ­nie­niem po­zy­cji obu spo­łecz­no­ści. Pro­ces ten po­le­ga na swe­go ro­dza­ju za­pa­sach in­te­lek­tu­al­nych: na za­sta­na­wia­niu się nad za­sa­da­mi po­wszech­nie uzna­wa­ny­mi w mo­ich spo­łecz­no­ściach i nad ich in­ter­pre­ta­cją i za­sto­so­wa­niem, na pró­bie do­strze­że­nia, w jaki spo­sób te od­mien­ne do­gma­ty na sie­bie od­dzia­łu­ją, tak aby wy­pra­co­wać pe­łniej­sze i bar­dziej prze­ko­nu­jące wy­ja­śnie­nie wa­żnych kwe­stii, na ba­da­niu ob­sza­rów po­zor­ne­go bądź rze­czy­wi­ste­go kon­flik­tu i pró­bie wy­pra­co­wa­nia dróg do po­ko­jo­wej wspó­łpra­cy w miej­sce gniew­nych oska­rżeń. W spo­łecz­no­ściach chrze­ści­ja­ństwa i na­uki są lu­dzie, któ­rzy wy­zna­ją do­gma­ty rze­czy­wi­ście nie do po­go­dze­nia. Są chrze­ści­ja­nie, któ­rych zda­niem za­sad­ni­czą częścią wia­ry jest sta­no­wi­sko, iż świat li­czy so­bie tyl­ko kil­ka ty­si­ęcy lat, z dru­giej znów stro­ny są na­ukow­cy, w któ­rych prze­ko­na­niu ma­te­ria­lizm re­duk­cyj­ny to za­sad­ni­cza część na­uki. Moim zda­niem oby­dwie gru­py się mylą i nie tra­cę oka­zji, aby wy­ja­śnić ka­żdej z nich, dla­cze­go tak uwa­żam.

Ten pro­ces in­te­gra­cji i go­dze­nia sta­no­wisk na­uczył mnie do­ce­niać w jesz­cze szer­szym stop­niu ludz­ką wie­dzę. To, że sta­łem się chrze­ści­ja­ni­nem, zro­dzi­ło we mnie wi­ęk­sze za­in­te­re­so­wa­nie ta­ki­mi za­gad­nie­nia­mi in­te­lek­tu­al­ny­mi, któ­rych być może bez tego nie trak­to­wa­łbym po­wa­żnie. Hi­sto­ria nie jest już dla mnie tor­tu­rą, jak to było w la­tach szkol­nych, a to po części dla­te­go, że do­strze­gam jej wagę i rolę w mo­jej wie­rze chrze­ści­ja­ńskiej. W głęb­szej zna­jo­mo­ści hi­sto­rii i fi­lo­zo­fii na­uki, wy­kra­cza­jącej poza lo­gi­kę sa­mych tych dys­cy­plin, znaj­du­ję fa­scy­nu­jącą i ogrom­ną po­moc w lep­szym zro­zu­mie­niu re­la­cji mi­ędzy tymi spo­łecz­no­ścia­mi.

Choć ni­g­dy nie do­świad­czy­łem głębo­kie­go kry­zy­su wia­ry - sil­nych po­dej­rzeń, że całe chrze­ści­ja­ństwo to strasz­ny błąd - to re­gu­lar­nie mie­wam wąt­pli­wo­ści. Z wy­jąt­ko­wą ła­two­ścią przy­cho­dzi mi roz­wa­ża­nie mo­żli­wo­ści, że chrze­ści­ja­ństwo to fa­łsz. Trak­tu­ję to jako ćwi­cze­nie in­te­lek­tu­al­ne. Je­stem w sta­nie my­śleć - i nie­raz my­ślę - o py­ta­niach z ga­tun­ku "a je­śli", pro­po­nu­jących al­ter­na­tyw­ne wy­ja­śnie­nia ma­te­ria­łu hi­sto­rycz­ne­go i oso­bi­stych prze­żyć. A je­śli świad­ko­wie wszyst­ko zmy­śli­li? A je­śli chrze­ści­ja­nie na prze­strze­ni dzie­jów sami sie­bie zwo­dzi­li? A je­śli tyl­ko uro­iłem so­bie to po­czu­cie Bo­że­go po­wo­ła­nia? Tego ro­dza­ju wąt­pli­wo­ści sta­no­wią część pro­ce­su my­śle­nia - oce­ny i po­rów­ny­wa­nia roz­ma­itych mo­żli­wych hi­po­tez w celu wy­ja­śnie­nia wy­da­rzeń na świe­cie i we wła­snym ży­ciu. Co wi­ęcej, kry­tycz­ne my­śle­nie sta­no­wi pró­bę obiek­tyw­nej oce­ny py­tań, co wy­ma­ga do­strze­że­nia wcho­dzących w grę in­te­re­sów oraz pre­dys­po­zy­cji, za­rów­no mo­ich, jak i in­nych lu­dzi, i odło­że­nia ich na bok bądź zrów­no­wa­że­nia ich[3]. Wia­ra jest part­ne­rem kry­tycz­ne­go my­śle­nia, może na­wet jego re­zul­ta­tem, nie zaś wro­giem. Praw­dzi­wa wia­ra kar­mi się roz­wa­ża­niem mo­żli­wo­ści, za­sta­na­wia­niem się, co jest naj­bar­dziej sen­sow­ne. Za po­mo­cą ta­kie­go pro­ce­su prze­my­śla­łem na prze­strze­ni lat mnó­stwo py­tań do­ty­czących mo­ich chrze­ści­ja­ńskich prze­ko­nań, po­si­łku­jąc się pra­ca­mi pi­sa­rzy i in­nych lu­dzi, któ­rzy prze­by­li tę dro­gę przede mną. I do­ta­rłem do sta­bil­ne­go miej­sca w swo­jej wie­rze. Ro­zu­miem te za­gad­nie­nia, osi­ągnąłem stan spo­koj­nej rów­no­wa­gi i mogę dzia­łać na tej pod­sta­wie. To samo mo­żna po­wie­dzieć o na­uce, któ­rą znam i uwa­żam za zgod­ną z praw­dą. A rów­no­wa­gę w kwe­stiach na­uko­wych i re­li­gij­nych mo­żna w spo­sób uza­sad­nio­ny na­zwać wia­rą.

Gdy stop­nio­wo do­cho­dzi­łem do lep­sze­go zro­zu­mie­nia za­le­żno­ści mi­ędzy na­uką a chrze­ści­ja­ństwem i na wła­sny uży­tek pra­co­wa­łem nad in­te­gro­wa­niem ich prawd, za­uwa­ży­łem, że in­nych lu­dzi wo­kół mnie in­te­re­su­ją i dręczą te same py­ta­nia. Za­częto mnie za­pra­szać, abym dzie­lił się z ró­żny­mi gru­pa­mi - chrze­ści­ja­ński­mi i nie tyl­ko - tym, w jaki spo­sób my­ślę o ró­żnych spra­wach. Za­chęca­ło mnie to do po­świ­ęca­nia wi­ęk­szej uwa­gi tym kwe­stiom i tak two­rzy­ło się po­zy­tyw­ne sprzęże­nie zwrot­ne. Po­nie­waż by­łem bar­dzo ak­tyw­ny jako na­uko­wiec i przez wi­ęk­szo­ść mo­jej ka­rie­ry za­wo­do­wej po­dej­mo­wa­łem się trud­nych za­dań przy­wód­czych i ad­mi­ni­stra­cyj­nych, w re­zul­ta­cie roz­my­śla­nie o na­uce i wie­rze chrze­ści­ja­ńskiej sta­ło się moim hob­by. Hob­by to jed­nak prze­ro­dzi­ło się w coś wi­ęcej niż tyl­ko oso­bi­ste za­in­te­re­so­wa­nia, jako że co­raz częściej by­wa­łem za­pra­sza­ny, aby wy­po­wia­dać się na ten te­mat przed au­dy­to­ria­mi aka­de­mic­ki­mi i szer­szą pu­blicz­no­ścią.

Pew­na kon­kret­na mo­żli­wo­ść, któ­ra szcze­gól­nie mi od­po­wia­da, po­ja­wi­ła się dzi­ęki ini­cja­ty­wie o na­zwie Ve­ri­tas Fo­rum. Są to de­ba­ty or­ga­ni­zo­wa­ne na ogół przez stu­den­tów na kam­pu­sach. Oma­wia się tam wiel­kie py­ta­nia w śro­do­wi­sku aka­de­mic­kim w spo­sób, któ­ry, nie­ste­ty, na­le­ży do rzad­ko­ści w dzi­siej­szych re­gu­lar­nych pro­gra­mach stu­diów. Za­lążkiem ta­kiej ini­cja­ty­wy są zwy­kle roz­ma­ite gru­py chrze­ści­jan za­in­te­re­so­wa­nych tymi py­ta­nia­mi. Za­pra­sza­ją one in­ne­go ro­dza­ju gru­py, na przy­kład lo­kal­ne or­ga­ni­za­cje świec­kie czy ate­istycz­ne, do udzia­łu w kul­tu­ral­nym dia­lo­gu na te­mat kwe­stii du­cho­wych, re­li­gij­nych czy etycz­nych. Za­pro­sze­ni pre­le­gen­ci, tacy jak ja, za­ry­so­wu­ją ogól­ny kon­tekst i przed­sta­wia­ją idee, często re­pre­zen­tu­jące prze­ciw­staw­ne punk­ty wi­dze­nia (na przy­kład re­li­gij­ny i świec­ki), po czym oma­wia się mnó­stwo py­tań. Ist­nie­je sto­sun­ko­wo nie­wiel­ka kra­jo­wa or­ga­ni­za­cja Ve­ri­tas Fo­rum na po­zio­mie cen­tral­nym, wspó­łpra­cu­jąca z or­ga­ni­za­cja­mi na szcze­blu lo­kal­nym i wspie­ra­jąca stu­den­tów lo­gi­sty­ką, do­bo­rem pre­le­gen­tów, ra­da­mi co do wy­pró­bo­wa­nych roz­wi­ązań. Or­ga­ni­za­cja ta ob­cho­dzi­ła nie­daw­no dwu­dzie­sto­pi­ęcio­le­cie, a fir­mo­wa­ne przez nią wy­da­rze­nia na­bra­ły w ci­ągu ostat­niej de­ka­dy za­dzi­wia­jące­go roz­pędu. Ka­żde­go roku or­ga­ni­zu­je się oko­ło 100 ta­kich de­bat, wy­stępu­ją pod­czas nich dzie­si­ąt­ki ró­żnych pre­le­gen­tów. Wie­le ta­kich fo­rów gro­ma­dzi po­nad­ty­si­ąco­so­bo­wą pu­blicz­no­ść.

Na prze­strze­ni lat uczest­ni­czy­łem w kil­ku­dzie­si­ęciu ta­kich wy­da­rze­niach. Z mo­je­go punk­tu wi­dze­nia naj­cie­kaw­szą ich część sta­no­wią zwy­kle py­ta­nia pu­blicz­no­ści. Py­ta­nia za­da­wa­ne so­bie wza­jem­nie przez obie stro­ny dia­lo­gu są rów­nież fa­scy­nu­jące. Wy­po­wie­dzi te by­wa­ją nie­raz na­praw­dę po­ucza­jące, lu­dzie szcze­rze za­sta­na­wia­ją się nad ja­kąś za­gad­ką, w prze­czu­ciu, że może ist­nieć na nią do­bra od­po­wie­dź. Zda­rza­ją się py­ta­nia po­le­micz­ne, za­da­wa­ne w prze­ko­na­niu, że nie ma na nie do­brej od­po­wie­dzi i że fakt ten prze­ma­wia prze­ciw­ko opi­nii za­pre­zen­to­wa­nej przez pre­le­gen­ta. Ży­wię na­dzie­ję, że za­rów­no te py­ta­nia, jak i moje od­po­wie­dzi po­mo­gą czy­tel­ni­kom głębiej i przej­rzy­ściej roz­wa­żyć spra­wy o do­nio­słym zna­cze­niu.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki