Czy narody mają honor? - Bronisław Łagowski

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

WSTĘP

Tek­sty skła­da­jące się na ni­niej­szą książkę były pi­sane w okre­sie, kiedy w Eu­ro­pie Środ­ko­wej zmie­niał się kli­mat po­li­tyczny, zrazu nie­znacz­nie, a z cza­sem co­raz wy­ra­zi­ściej, by prze­kształ­cić się w wojnę, trwa­jącą po dziś dzień. Po upadku sys­temu Związku Ra­dziec­kiego w kra­jach od niego za­leż­nych za­pa­no­wała eu­fo­ria, lecz nie tak dłu­go­trwała, jak można było so­bie ży­czyć. Nie mi­nęło lat dzie­sięć, a pań­stwa i pań­stewka za­częły się zbroić, szu­ka­jąc w tym celu pro­tek­cji w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Nieco ina­czej wi­dzą to ana­li­tycy sto­sun­ków geo­po­li­tycz­nych, upa­tru­jący zmiany we wzro­ście po­tęgi wiel­kich mo­carstw i ich ry­wa­li­za­cji. Tymi spra­wami au­tor tej książki nie zaj­muje się; nie­wąt­pli­wie są to jed­nak pro­cesy tak silne, że od­dzia­łują na at­mos­ferę kul­tu­rową kra­jów, wy­wo­łu­jąc lęki, cza­sem bez na­zwy, tak że szuka się dla nich po­cząt­kowo na­zwy na oślep.

Gdyby nas, nie­oby­tych ze spra­wami mi­li­tar­nymi, za­py­tano, kiedy za­częła się wojna mię­dzy Ro­sją a Ukra­iną, bez więk­szego na­my­słu po­wie­dzie­li­by­śmy, że tym ak­tem roz­po­czy­na­ją­cym wojnę było przy­łą­cze­nie Krymu do Ro­sji. Mo­gli­by­śmy w dal­szym ciągu spe­ku­lo­wać na te­mat, co bę­dzie z Don­ba­sem, jed­nakże Krym, tak ła­two prze­jęty przez Ro­sjan, nie może być przez nich rów­nie ła­two utrzy­many. A trzeba tu jesz­cze wziąć pod uwagę za­in­te­re­so­wa­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych Kry­mem.

Ani ja, ani bli­scy przy­ja­ciele nie in­te­re­so­wa­li­śmy się lo­sami Krymu; do­piero kiedy wy­bu­chła wojna, uprzy­tom­ni­li­śmy so­bie, jak cie­kawa jest to kra­ina i że mo­car­stwa nie zo­sta­wią jej w spo­koju.

Gdyby przy­szło do zba­da­nia, które z państw dłu­żej po­sia­dało Krym, Ro­sja nie by­łaby je­dy­nym pre­ten­den­tem; pre­zy­dent Tur­cji oka­zał się w tej spra­wie nie gor­szym hi­sto­ry­kiem.

Po­lacy po II woj­nie świa­to­wej, po­dob­nie jak inne na­rody środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie, nie byli za­do­wo­leni ze swo­jej przy­na­leż­no­ści do bloku ra­dziec­kiego i żyli, wy­pa­tru­jąc oka­zji, gdy bę­dzie można prze­mie­ścić się do sfery za­chod­niej. W ocze­ki­wa­niu na ten cud (który, jak się oka­zało, nie mu­siał być cu­dem) kul­ty­wo­wali za­chod­nią kul­turę i pewne oby­czaje. Gdy fran­cu­ski in­te­lek­tu­ali­sta uda­wał się do Mo­skwy, miał na te­re­nie Nie­miec po­czu­cie, że otwiera mu się przed oczyma ty­powy wy­strój kraju ko­mu­ni­stycz­nego - z por­tre­tami Marksa, En­gelsa i Ho­nec­kera, a także bez­li­kiem czer­wo­nych sztan­da­rów i ob­wiesz­czeń pu­blicz­nych gło­szą­cych, jak na­leży my­śleć. Prze­kra­cza­jąc pol­ską gra­nicę, in­te­lek­tu­ali­sta ów był już pe­wien, że na­po­tka jesz­cze wię­cej por­tre­tów Marksa, En­gelsa, Le­nina i jesz­cze wię­cej ko­mu­ni­stycz­nych mo­ra­łów. Tym­cza­sem cóż się działo? Nie znaj­do­wał w Pol­sce naj­mniej­szych śla­dów ustroju ko­mu­ni­stycz­nego, za to co krok na­tra­fiał na pro­ce­sje re­li­gijne z ca­łym bo­gac­twem or­na­mentu li­tur­gicz­nego. Każdy z na­ro­dów środ­kowo-wschod­nich miał swój wła­sny spo­sób wy­my­ka­nia się cia­sno­cie w obu sen­sach tego słowa. Na­stał w końcu czas, kiedy wszyst­kie te na­rody uzy­skały to, czego chciały.

Gdyby się­gnąć do po­cząt­ków re­al­nego so­cja­li­zmu, od­kry­li­by­śmy zja­wi­sko oso­bliwe. Do­gmat po­li­tyczny gło­sił oto, że w miarę po­stę­pów w bu­do­wie so­cja­li­zmu za­ostrza się walka kla­sowa. Do­gmat ten zo­stał za­im­ple­men­to­wany do­słow­nie ze Związku Ra­dziec­kiego, gdzie sta­no­wił ide­olo­giczne uza­sad­nie­nie dla ter­roru. Teo­ria so­bie, prak­tyka so­bie. So­cja­lizm się umac­niał, tym­cza­sem ter­ror słabł sys­te­ma­tycz­nie, aż po po­now­nym doj­ściu Wła­dy­sława Go­mułki do wła­dzy zo­stał za­ka­zany, zaś kilku jego naj­gor­liw­szych wy­ko­naw­ców otrzy­mało są­dowy wy­rok ska­zu­jący. Nie­wielu, bo taka jest spe­cy­fika wła­dzy ter­ro­ry­stycz­nej, że wszyst­kich jej funk­cjo­na­riu­szy po­sta­wić przed są­dem nie można.

Ewo­lu­cja wła­dzy so­li­dar­no­ścio­wej to­czy się w od­wrot­nym kie­runku. Im bar­dziej wła­dza ta - zrazu li­be­ralna - umac­nia się i roz­sze­rza swój za­kres, tym chęt­niej na­śla­duje du­cha wła­dzy bez­praw­nej. Czy­niąc jed­nak po­rów­na­nia, trzeba też pa­mię­tać, że po­przedni ustrój zo­stał przy­wie­ziony na czoł­gach, obecny na­to­miast wy­rósł z ru­chu straj­ko­wego. Na­strój wła­ściwy temu ru­chowi roz­cią­gnął się na ca­łość jego rzą­dów i nadał tym ostat­nim ce­chę mści­wo­ści. Wpro­wa­dzono choćby ta­kie ka­te­go­rie winy jak współ­praca z po­li­cją po­li­tyczną, bez de­fi­nio­wa­nia skut­ków ta­kiej współ­pracy, a pra­cow­ni­kom służby bez­pie­czeń­stwa ode­brano eme­ry­tury. Ta­kiego bez­pra­wia nie po­peł­niły nie­miec­kie wła­dze oku­pa­cyjne w Ge­ne­ral­nej Gu­berni.

Pol­ska, za­miast przy­jąć wielki pro­gram na­ro­do­wej pracy or­ga­nicz­nej, szuka spo­so­bów za­im­po­no­wa­nia Niem­com i Fran­cji i wi­dzi ten spo­sób - we­dług eks­perta od geo­po­li­tyki - w prze­su­wa­niu kraju na moż­li­wie wy­so­kie miej­sce w ran­kingu zbro­jeń. Tylko tak - sły­szymy - Pol­ska zy­ska po­ło­że­nie, które za­im­po­nuje po­tę­gom za­chod­nim, i sama sta­nie się mo­car­stwem. Hi­sto­ria Pol­ski obar­czona była fa­ta­li­zmem za­co­fa­nia; obec­nie do fa­ta­li­zmu do­łą­cza świa­domy wy­bór po­li­tyczny. Po­stu­laty eks­per­tów wcale nie są pu­sto­sło­wiem; dzieje się tak, jak oni ra­dzą. Pol­ska nad miarę zbrojna musi być Pol­ską za­co­faną.

Prze­nie­sie­nie ry­wa­li­za­cji ze sfery go­spo­dar­czej i cy­wi­li­za­cyj­nej na dzie­dzinę zbro­jeń wy­maga od­po­wied­nio spa­czo­nego ob­razu sto­sun­ków mię­dzy­na­ro­do­wych i pol­skie wła­dze uczy­niły wszystko, aby dać spo­łe­czeń­stwu ów spa­czony ob­raz. Prof. Sta­ni­sław Bie­leń, je­den z po­li­to­lo­gów naj­głę­biej poj­mu­ją­cych sto­sunki mię­dzy­na­ro­dowe, pi­sze, że przy­ję­cie po­glądu o śmier­tel­nym za­gro­że­niu Pol­ski ze Wschodu służy krę­gom po­li­tycz­nym - tak samo par­tii rzą­dzą­cej, jak i opo­zy­cji - do pro­mo­wa­nia bądź po­dej­mo­wa­nia kosz­tow­nych in­we­sty­cji w za­kre­sie za­kupu za­gra­nicz­nego sprzętu woj­sko­wego. Kwe­stie rze­czy­wi­stych czy uro­jo­nych za­gro­żeń i od­po­wied­nio do tego do­brane po­li­tyki bez­pie­czeń­stwa są wy­łą­czone z de­baty pu­blicz­nej bra­nej na se­rio. Warto przy­to­czyć dłuż­sze frag­menty z ar­ty­kułu tego Au­tora pt. "Pol­ska ane­mo­kra­cja", dru­ko­wa­nego w "My­śli Pol­skiej". Ane­mo­kra­cja ozna­cza w po­li­tyce rzu­ca­nie słów na wiatr (od grec­kiego ane­mos), pu­sto­sło­wie, prze­sła­nia­jącą rze­czy­wi­stość ga­da­ninę, fał­szywe obiet­nice, słowa, które tracą swoje utrwa­lone zna­cze­nie, i de­batę to­czącą się na ta­kim wła­śnie po­zio­mie: bez kon­klu­zji i bez sensu. W ta­kich oko­licz­no­ściach pro­blemy wojny i po­koju prze­stają być spra­wami po­waż­nymi.

NIE­PO­PU­LARNE ROZ­WA­ŻA­NIA O PRACY

Po­ję­cie pracy po­siada nie­szko­dli­wie sze­roki za­kres. Pra­cuje ro­bot­nik, le­karz, ak­tor, dy­rek­tor przed­się­bior­stwa i ten naj­praw­do­po­dob­niej na­leży do naj­wię­cej pra­cu­ją­cych. Co ma na my­śli ten czy ów, mó­wiąc praca, wska­zuje kon­tekst. Gdy dziś ktoś w Pol­sce wy­gła­sza mo­ra­łową apo­lo­gię pracy, naj­praw­do­po­dob­niej ma na my­śli pracę ro­bot­nika fa­brycz­nego; gdy woła, iż trzeba pra­co­wać, ma na my­śli pra­cow­ni­ków za­trud­nio­nych na sta­no­wi­skach wy­ko­naw­czych; gdy zaś sta­wia za­gad­nie­nie, jak re­dak­cja "Zda­nia" w swo­jej an­kie­cie, w ja­kim stop­niu na­sze pro­blemy go­spo­dar­cze są na­stęp­stwami złej pracy, mamy prawo do­mnie­my­wać, że przez pracę ro­zu­mie się tu płatne usługi świad­czone przez ogół pra­cow­ni­ków.

Trzeba roz­róż­nić re­li­gijny i go­spo­dar­czy punkt wi­dze­nia, je­śli cho­dzi o poj­mo­wa­nie pracy. Z re­li­gij­nego, chrze­ści­jań­skiego punktu wi­dze­nia praca jest spo­so­bem za­słu­gi­wa­nia się Bogu i im cięż­sza, tym za­sługa więk­sza. Pod tym wzglę­dem ciężko, mo­zol­nie pra­cu­jący stoi wy­żej od pra­cu­ją­cego bez mo­zołu. Z dru­giej strony wia­domo, że praca fi­zyczna zo­stała zrzą­dzona wy­ro­kiem bo­skim jako kara za grzech pier­wo­rodny i im jest cięż­sza, tym le­piej, bo ozna­cza gor­liw­sze wy­ko­na­nie wy­roku. En­cy­klika La­bo­rem exer­cens wy­do­bywa inny skład­nik prze­kazu bi­blij­nego i w opar­ciu o we­zwa­nie: "czyń­cie so­bie zie­mię pod­daną" uj­muje pracę w per­spek­ty­wie pro­me­tej­skiej. To uję­cie jest no­wo­cze­śniej­sze, zgodne z du­chem epoki, ale wy­daje się nie­sły­cha­nie ry­zy­kowne pod wzglę­dem mo­ral­nym.

Astro­nauci, któ­rzy wi­dzieli Zie­mię z od­da­le­nia, opi­sują ją jako zja­wi­sko nie­zwy­kłej, cu­dow­nej pięk­no­ści. To, co można zo­ba­czyć z bli­ska, to, czym się ona po­krywa, z czego i we­dług ja­kiego po­rządku się składa, sta­nowi do­dat­kowe uza­sad­nie­nie za­chwytu. Nie jest więc słuszne, żeby czło­wiek, istota wpraw­dzie nie­po­zba­wiona pew­nej wiel­ko­ści, ale pro­ble­ma­tyczna i zło­śliwa, czy­nił so­bie pod­daną zie­mię, która swoim pięk­nem, swoim prze­dziw­nym a ta­jem­ni­czym po­rząd­kiem, jak też swoim nie­roz­po­zna­nym jesz­cze miej­scem i prze­zna­cze­niem we wszech­świe­cie, da­leko prze­kra­cza jego zdol­ność poj­mo­wa­nia. Ma on bez­sprzecz­nie prawo ko­rzy­stać z da­rów ziemi, po­mna­żać je na roz­sądną skalę, wni­kać w jej ta­jem­nice, ale nie pa­no­wać nad nią we­dług wła­snej woli. Czło­wiek bo­wiem po­siada więk­szą zdol­ność czy­nie­nia niż ro­zu­mie­nia i na­leży się oba­wiać, że je­śli w porę nie zre­zy­gnuje z czy­nie­nia so­bie ziemi pod­daną, sam zgi­nie i przy tym uszko­dzi to "ar­cy­dzieło ko­smosu". Z tych po­wo­dów wy­ło­żona w en­cy­klice La­bo­rem exer­cens pro­me­te­istyczna in­ter­pre­ta­cja pracy jest trudna do przy­ję­cia. Prze­ja­wia się w niej hu­ma­nizm zbyt wo­lun­ta­ry­styczny, na­sta­wie­nie zbyt an­tro­po­cen­tryczne. Myśl en­cy­kliki zo­stała do­dat­kowo za­mą­cona, za­równo w tym punk­cie, jak w paru in­nych, wsku­tek braku do­bit­nego roz­róż­nie­nia mię­dzy ludz­kimi po­trze­bami i ludz­kimi upraw­nie­niami.

Am­bi­wa­len­cja, z jaką trak­to­wana jest praca dziś w Pol­sce, ma po­do­bień­stwo do re­li­gij­nego wi­dze­nia pracy jako kary i za­sługi za­ra­zem. Czy nie świad­czy o tym en­tu­zjazm, jaki ła­two wy­wo­łać, ogła­sza­jąc, zresztą w śro­do­wi­sku ate­istów, że źli lu­dzie będą wy­słani do ka­mie­nio­ło­mów w tym celu, żeby prze­kute zo­stały ich du­sze, a ka­mie­nie tylko przy oka­zji? Czy nie mamy do czy­nie­nia z ta­kim oto fak­tem, że wielu lu­dzi od­rzuca wy­raz dok­try­nalny re­li­gii, jej sym­bole oraz pod­nio­sły ton, ale za­cho­wuje z niej naj­bar­dziej ar­cha­iczną treść? Nie po­tra­fię roz­strzy­gnąć, czy mamy tu do czy­nie­nia z za­leż­no­ścią, czy tylko z przy­pad­kową zbież­no­ścią dwu nie­za­leż­nych od sie­bie ar­cha­izmów.

Z go­spo­dar­czego punktu wi­dze­nia praca jest ważna o tyle tylko, o ile daje eko­no­micz­nie war­to­ściową usługę. Praca jest wa­run­kiem do­bro­bytu i po­stępu nie przez to, że lu­dzie się mę­czą - acz­kol­wiek bez zmę­cze­nia nie ma pracy - że stra­cili zdro­wie, do­stali od­ci­sków lub zgar­ba­cieli. Płaci się nie za trud, nie za znój i nie za do­brą przy­na­leż­ność kla­sową, lecz za eko­no­miczny sku­tek pracy. Przed­się­bior­stwo, w któ­rym za­łoga jest przy­kład­nie pra­co­wita i mę­czy się z en­tu­zja­zmem, po­winno mimo to zo­stać roz­wią­zane, je­śli ta praca nie przy­nosi cze­goś wię­cej niż zwrot wło­żo­nych kosz­tów. W Pol­sce nie­które przed­się­bior­stwa i tego nie przy­no­szą, a jed­nak za­łogi do­ma­gają się pod­wy­żek płac i, o dziwo, otrzy­mują je!

Po­ję­cie pracy i po­ję­cie usługi czę­ściowo po­kry­wają się, lecz nie są iden­tyczne. Go­spo­darka po­trze­buje usług w for­mie pracy oraz wielu in­nych usług, które pracą nie są.

W pra­sie znaj­du­jemy wiele po­chlebstw pod ad­re­sem wiel­ko­prze­my­sło­wych ro­bot­ni­ków, przez nie­któ­rych trak­to­wa­nych jako źró­dło wszel­kiego do­bra, a obok wia­do­mość, że na­sze trud­no­ści go­spo­dar­cze by­łyby mniej­sze, gdyby banki za­gra­niczne nie za­mknęły nam kre­dytu. Ta wia­do­mość jest praw­dziwa i mówi nam, że ro­bot­nicy fa­bryczni to jesz­cze nie wszystko, że w pew­nych oko­licz­no­ściach mogą oni zna­czyć dla go­spo­darki tyle co nic.

Nie ma sy­me­trii mię­dzy pracą i ka­pi­ta­łem, bo o pracę za­wsze ła­twiej niż o ka­pi­tał. Je­żeli alarmy eko­no­mi­stów o gro­żą­cej nam de­ka­pi­ta­li­za­cji nie zo­staną wy­słu­chane, przy­szłe po­ko­le­nie pra­cow­ni­ków prze­kona się o tym w bar­dzo przy­kry spo­sób.

Usługą, któ­rej na­sza go­spo­darka po­trze­buje dziś naj­bar­dziej, jest usługa ini­cja­tywy i przed­się­bior­czo­ści. Nie można po­wie­dzieć, że wła­dza tego nie do­ce­nia - daje ona bar­dzo dużo do­wo­dów czuj­nego wni­ka­nia w to za­gad­nie­nie, cho­ciaż czę­sto w spo­sób dys­ku­syjny. To spo­łe­czeń­stwo tu­taj nie chce cze­goś zro­zu­mieć. Parę lat temu prasa za­trzę­sła się z obu­rze­nia z ta­kiego oto po­wodu. Ja­kiś czło­wiek w Trój­mie­ście (a może to było w Szcze­ci­nie - nie­ważne, mo­gło się zda­rzyć wszę­dzie) wpadł na po­mysł, żeby ku­pić su­rowe ryby za cenę, ja­kiej od niego żą­dano, uwę­dzić je i sprze­dać za cenę, jaką ze­chcą mu za­pła­cić. A że tu­ry­ści w tym mie­ście cho­dzili źli i zgłod­niali, gro­ma­dząc się tłum­nie, gdzie tylko za­śmier­działo ja­kim ja­dłem, zwró­cił się temu czło­wie­kowi po­nie­siony koszt, i to, zdaje się, kil­ka­krot­nie. Ten wy­pa­dek wy­wo­łał obu­rze­nie pu­bliczne, by­naj­mniej nie kon­ku­ren­cję! Jak śmiał dojść do zy­sku, wy­ko­rzy­stu­jąc głód tu­ry­stów! - wo­łano. Co on ta­kiego do­dał do tych ryb, że tyle za nie po­tem wziął? Ile kosz­tuje dym w Szcze­ci­nie? Tym­cza­sem jest zu­peł­nie ja­sne, że je­śli nie znaj­dzie się ktoś - przed­się­bior­stwo pań­stwowe, spół­dziel­cze lub osoba po­je­dyn­cza - kto ze­chce i bę­dzie miał dane za­ro­bić na cu­dzym ja­kimś nie­do­statku, to ten nie­do­sta­tek prze­cież ni­gdy nie znik­nie. Ogra­ni­czyć do nie­zbęd­nego mi­ni­mum to wzbo­ga­ca­nie się na cu­dzej, nie­za­spo­ko­jo­nej po­trze­bie, nie po­zo­sta­wia­jąc tej po­trzeby nie­za­spo­ko­joną na za­wsze, można tylko w je­den spo­sób: do­pu­ścić kon­ku­ren­cję. A cóż to zna­czy do­pu­ścić kon­ku­ren­cję? Zna­czy to tylko tyle: przy­jąć usługi tych, któ­rzy są zdolni je dać, po­zwo­lić wię­cej i le­piej pra­co­wać tym, któ­rzy tego chcą. Je­żeli przyj­miemy ta­kie za­sady, mo­żemy ocze­ki­wać cudu w dzie­dzi­nie pracy.

Nie wa­ham się za­li­czyć do usług także cze­goś tak spe­cjal­nego, a za­ra­zem ab­so­lut­nie nie­zbęd­nego jak bra­nie od­po­wie­dzial­no­ści za wy­niki go­spo­da­ro­wa­nia.

Każdy się zgo­dzi, że to po­winno być wy­na­gra­dzane - a więc jest to usługa, nie wy­na­gra­dza się za nic. Wspo­mnia­łem wy­żej, że dy­rek­to­rzy przed­się­biorstw na­leżą do naj­wię­cej pra­cu­ją­cych. Prócz pracy dają oni jesz­cze go­spo­darce usługę po­no­sze­nia od­po­wie­dzial­no­ści w za­kre­sie ja­ko­ściowo więk­szym niż wszy­scy pra­cow­nicy im pod­le­gli. Jest to usługa w wielu kra­jach bar­dzo wy­soko wy­na­gra­dzana, ale nie w Pol­sce. U nas prze­miany po­szły w tym kie­runku, że ogra­ni­czono wła­dzę ka­dry kie­row­ni­czej (nie tylko w go­spo­darce), umniej­sza­jąc tym sa­mym jej od­po­wie­dzial­ność, a za to go­rzej się ją wy­na­gra­dza. Kto od­nosi z tego ko­rzyść - nie jest ja­sne, a ra­czej jest ja­sne, że nikt.

Zbyt wiele spo­dzie­wamy się po wzmo­żo­nym wy­siłku pra­cow­ni­ków fi­zycz­nych. Od wy­siłku fi­zycz­nego na­prawdę mało za­leży. Do pro­cesu pro­duk­cyj­nego wnosi on nie­wiele, cho­ciaż to, co wnosi, jest jesz­cze nie­zbędne. Praca tego ro­dzaju wy­stę­puje w nad­mia­rze, w Pol­sce rów­nież, wbrew po­zo­rom. W ra­zie braku można spro­wa­dzić z za­gra­nicy. Jest to praca ła­twa. Zwie­rzęta są bar­dzo czę­sto lep­szymi pra­cow­ni­kami fi­zycz­nymi niż my, lu­dzie. Po­myślmy tylko: jak długo by się utrzy­mało przy mu­rze gniazdko ja­skół­cze, gdyby je uwili nasi bu­dow­lańcy?

W trak­ta­cie sław­nego eko­no­mi­sty czy­tam: "Pro­duk­cja nie jest fak­tem fi­zycz­nym, ma­te­rial­nym; jest to zja­wi­sko umy­słowe i in­te­lek­tu­alne. Jej istot­nymi wa­run­kami nie są siły na­tu­ralne, skład­niki ma­te­rialne czy praca fi­zyczna (tego wszyst­kiego - pi­sze ten au­tor w in­nym miej­scu - na świe­cie mamy w bród), lecz po­sta­no­wie­nie, de­cy­zja umy­słu uży­cia tych czyn­ni­ków jako środ­ków do osią­gnię­cia celu". I da­lej: "Pro­duk­cja jest me­todą, którą czło­wiek, kie­ro­wany przez ro­zum, po­słu­guje się w celu wy­do­by­cia się z nie­do­statku. To, co od­róż­nia na­szą sy­tu­ację od sy­tu­acji na­szych daw­nych przod­ków ży­ją­cych przed ty­sią­cami lat, nie jest czymś ma­te­rial­nym, lecz umy­sło­wym. Zmiany ma­te­rialne na­stę­pują jako kon­se­kwen­cje zmian umy­sło­wych".

Od dawna ob­ser­wu­jemy w Pol­sce po­stę­pu­jący roz­kład etyki pracy. Z miast prze­nosi się to już na wieś. Nie wszy­scy naj­wi­docz­niej zdają so­bie sprawę z po­wagi zja­wi­ska. Etyka pracy nie jest czymś, czego lu­dzi można na­uczyć sło­wami. Nie można też - samo przy­pusz­cze­nie by­łoby ab­sur­dalne - za­stą­pić etyki re­gu­łami ad­mi­ni­stra­cyj­nymi czy po­li­tycz­nymi. Cały or­ga­nizm spo­łeczny wy­twa­rza etykę pracy, je­żeli to nie ma miej­sca, na­stę­puje re­gres cy­wi­li­za­cyjny. A kon­se­kwen­cji uwstecz­nie­nia cy­wi­li­za­cyj­nego żadna grupa spo­łeczna, żadna in­sty­tu­cja nie unik­nie, ża­den przy­wi­lej ni­kogo przed tymi na­stęp­stwami nie za­bez­pie­czy.

Sły­szy się ta­kie głosy: ba­ła­gan or­ga­ni­za­cyjny jest przy­czyną upadku etyki pracy. Uspraw­nijmy or­ga­ni­za­cję go­spo­darki, pod­nie­siemy etykę pracy. Jest to rada ba­rona Mün­ch­hau­sena, który sam sie­bie z to­pieli za włosy wy­cią­gnął.

Or­ga­ni­zo­wa­nie też jest pracą, tym jej ro­dza­jem, który bar­dziej niż inne jest uza­leż­niony od at­mos­fery mo­ral­nej pa­nu­ją­cej w spo­łe­czeń­stwie. W tej dzie­dzi­nie upa­dek etyki może być tylko ła­twiej ukryty niż na po­zio­mie prac bez­po­śred­nio wy­ko­naw­czych.

Pod­nieść etykę pracy z upadku może tylko to, co samo nie jest w sta­nie się zde­mo­ra­li­zo­wać. Czy ist­nieje coś ta­kiego? Ow­szem. Poza wszelką moż­li­wo­ścią de­mo­ra­li­za­cji znaj­duje się: ra­chu­nek eko­no­miczny, prawo war­to­ści, do­bry pie­niądz, rów­no­waga ryn­kowa, praw­dziwe ceny, kon­ku­ren­cja. To są rze­czy z na­tury mo­ralne, za­wsze etyczne, pew­niej nie­prze­kupne niż Ro­be­spierre i do tego stop­nia pra­co­wite, że trzeba wiel­kich sił i sta­rań, żeby za­po­biec ich dzia­ła­niu. Tak więc nie na­leży uda­wać, że jest rze­czą bar­dzo trudną przy­wró­ce­nie etyki pracy. Wy­star­czy pew­nych rze­czy nie ro­bić. Nie na­leży z cen­tral­nego ośrodka dy­ry­go­wać przed­się­bior­stwami ca­łego kraju. Trzeba za­nie­chać tych prak­tyk, które kryją się pod my­lącą na­zwą "spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej", a które w prak­tyce w na­szej obec­nej sy­tu­acji są tylko psu­ciem me­cha­ni­zmów eko­no­micz­nych. Za­nie­chać przy­naj­mniej na ja­kiś czas, na 20-25 lat. Po­tem by się zo­ba­czyło, co ro­bić da­lej. O ile wiem, to po­dob­nie w ob­li­czu ta­kich pro­ble­mów ro­zu­mo­wał Le­nin...

Za­nim doj­dzie do po­wstrzy­ma­nia ak­cji spo­łeczno-spra­wie­dli­wo­ściowo-de­mo­ra­li­za­cyjno-an­ty­eko­no­micz­nych, na po­czą­tek wy­star­cza­łoby może usu­nąć sztuczne prze­szkody dla eko­no­mi­za­cji za­trud­nie­nia. Niechby się każdy do­wie­dział przy­naj­mniej, jaka jest pod­stawa dla jego rosz­czeń pła­co­wych i czy ist­nieje taka pod­stawa. W roku 1982 eko­no­mi­ści (mó­wiąc w uprosz­cze­niu) chcieli znie­sie­nia za­trud­nie­nia "so­cjal­nego", po­li­tycy byli temu prze­ciwni. Wów­czas, moim skrom­nym zda­niem, ra­cję mieli po­li­tycy. Dziś wa­runki są już inne, bez eko­no­mi­za­cji za­trud­nie­nia nic lub bar­dzo nie­wiele po­prawi się w dzie­dzi­nie pracy. I dziś nie na­leży chcieć bez­ro­bo­cia - nikt ni­gdy i ni­g­dzie nie wpro­wa­dzał roz­myśl­nie bez­ro­bo­cia - ale trzeba się na nie zgo­dzić, jak na mniej­sze zło. Eko­no­mi­stów nie trzeba o tym prze­ko­ny­wać, są za tym; mó­wiąc ści­ślej - ich na­uka jest za tym. Ale jak prze­ko­nać po­li­ty­ków? Może sta­wia­jąc im przed oczami ko­rzyść, jaką by z tego od­nie­śli; ła­twiej by­łoby rzą­dzić. A może od­wrot­nie, by­łoby trud­niej; wtedy ich za­sługi by­łyby więk­sze.

-

Dzia­łać in­dy­wi­du­al­nie, po­przez środki ma­te­rialne - oto moje ha­sło. Ale czy to ha­sło dla "Ty­go­dnika", czym ja do­brze umiesz­czony? - oto jest py­ta­nie. Wpadł mi przy­pad­kiem w rękę nu­mer 39 kra­kow­skiego "Zda­nia", a w nim na­stę­pu­jące zda­nie: "Nie na­leży z cen­tral­nego ośrodka dy­ry­go­wać przed­się­bior­stwami ca­łego kraju. Trzeba za­nie­chać tych prak­tyk, które kryją się pod my­lącą na­zwą "spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej", a które w prak­tyce w na­szej obec­nej sy­tu­acji są tylko psu­ciem me­cha­ni­zmów eko­no­micz­nych" (Bro­ni­sław Ła­gow­ski: "Nie­po­pu­larne roz­wa­ża­nia o pracy", ar­ty­kuł dys­ku­syjny).

Brawo, nie­znany mi pa­nie Ła­gow­ski: z ust, z serca, z du­szy wy­jął mi Pan te i inne zda­nia. A może to ja po pro­stu je­stem Pa­nem, zmie­ni­łem zda­nie i zna­la­złem się w "Zda­niu", chcąc być wresz­cie czło­wie­kiem do­brze umiesz­czo­nym, nie zaś lat 40 z za­pa­łem prze­ma­wiać do ob­razu (świę­tego)?! Czym tum, czym tam? - jak biją dzwony w po­ema­cie Mło­do­żeńca.

Oto jest py­ta­nie - tyle że bez od­po­wie­dzi.

KI­SIEL

Ty­go­dnik Po­wszechny 1986

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
.