Dedykacja
Książkę tę dedykuję mojemu adoptowanemu synowi Michałowi. Jestem mu
wdzięczna za zaufanie, jakim mnie obdarzył. Podziwiam go za odwagę i siłę. Podczas wielogodzinnych rozmów nieraz pytałam: "Michał, jak ty to
zrobiłeś, jak ci się udało przejść przez takie piekło i nie zostać
diabłem?".
Michał nie dość, że nie został diabłem, to jeszcze jest pięknym
człowiekiem o wrażliwej duszy i sercu pełnym empatii i miłości. Jest
bohaterem z tragiczną przeszłością i niewyobrażalną siłą, który wybrał
mnie na swoją mamę.
Opowiadanie o przeszłości, o dzieciństwie na ulicach wśród narkomanów, a następnie w pogotowiu opiekuńczym i domach dziecka wymagało od Michała
wielkiej odwagi. Otwieranie starych ran bolało, ale miało też efekt
terapeutyczny. Michał po raz pierwszy w życiu mówił o swoim cierpieniu,
marzeniach, rozczarowaniach i bezradności. Sądziłam, że najtrudniejszy
był nasz wspólny wyjazd do Wrocławia, podczas którego otworzył się po
raz pierwszy. Wśród tętniącego radością tłumu na wrocławskim Rynku
dowiadywałam się o tej części życia Michała, której nie znałam. Podczas
naszych wspólnych lat dostrzegałam przebłyski czegoś mrocznego i niepokojącego, ale nie znałam źródła tego mroku ani głęboko ukrywanej
złości, która raz na jakiś czas wybuchała nieuzasadnioną agresją. Jednak
nigdy nie była to agresja skierowana w stosunku do mnie ani do moich
dzieci. Nasza rodzina była dla Michała święta i nietykalna.
Przemierzając kolorowe uliczki Wrocławia, Michał otwierał przede mną
drzwi do swojego mrocznego świata. Najpierw uchylał ostrożnie, jakby
testując moją reakcję, aż w końcu otworzył je na oścież, a ja mogłam do
niego wejść, zanurzyć się w nim, poczuć i zobaczyć... To, co ujrzałam,
przekroczyło granice mojej wyobraźni.
Najbardziej zdumiało mnie w postawie Michała to, że mimo wszystkiego, co
przeżył, nie chciał robić swojej biologicznej mamie przykrości tym, co
mogłoby ukazać się w książce. Czytał zapisane przeze mnie strony, i jeśli coś wzbudzało jego sprzeciw, wykreślałam albo zmieniałam tak, by
czuł się komfortowo. Nie było w nim chęci odwetu, nikogo nie próbował
obwiniać. Nie pozwolił napisać złego słowa na temat nieżyjącego już
taty, który jest dla Michała najważniejszą postacią, filarem, który
pomógł mu przetrwać najtrudniejsze chwile. Jego empatia i wrażliwość po
raz kolejny mnie ujęły. Uszanowałam wszystkie jego potrzeby i uwagi.
Widząc, jak bolesne są dla Michała te wspomnienia, pytałam wielokrotnie,
czy na pewno chce, żeby ta książka trafiła w twoje, drogi czytelniku,
ręce. Za każdym razem odpowiadał, że tak, bo chce dać nadzieję innym
dzieciakom takim jak on.
Pierwszej nocy we Wrocławiu obudziłam się o świcie i nie mogłam już
spać. Łzy spływały mi na poduszkę. Patrzyłam na zmierzwioną czuprynę
śpiącego w swoim łóżku Michała i przeżywałam jego cierpienie. Teraz już
rozumiałam wiele sytuacji i jego nietypowych reakcji. Znałam ich źródło.
Tak bardzo chciałam mu to jakoś wynagrodzić, naprawić. Wiedziałam
jednak, że jedyną osobą, która może to zrobić, jest on sam. Moim
zadaniem jest podarować mu wystarczająco dużo miłości, by miał odwagę
odkryć, zaakceptować i pokochać siebie. Żeby umiał wybaczyć światu i sobie samemu. Dać mu poczucie bezpieczeństwa, by mógł zmierzyć się ze
swoimi demonami ze świadomością, że jest i będzie kochany bez względu na
okoliczności. Akceptacja takiej miłości zajęła mu sporo czasu. Do tej
pory miewa z tym kłopot.
Pod koniec naszego pobytu Michał obudził się z bólem głowy. Widziałam,
że coś jest nie tak. Nagle duszone przez lata emocje zaczęły się wylewać
na moją różową sukienkę. Michałem wstrząsały spazmy, między którymi
wyszeptał tylko jedno pytanie:
- Czy ty, mamuś, mnie nigdy nie zostawisz?
- Nigdy cię nie zostawię, Michał. NIGDY... - wyszeptałam.
Tego dnia padało. Zamiast na Rynek poszliśmy do kina na Króla Lwa. Ten
film był ostatecznym przesłaniem dla Michała. Było w nim wszystko, co
potrzebował usłyszeć. Seans wybraliśmy spontanicznie. Ja jednak wierzę,
że to nie był przypadek. To już nie pierwszy raz, kiedy Bóg pomaga nam w niezwykły sposób, wysyła sygnał, za którym podążamy. Tego dnia była to
potrzeba pójścia do kina. Michał wybrał film...
W nocy Michał spał spokojnie. Demony przeszłości odeszły. Wtedy miałam
nadzieję, że na zawsze. Jednak ten wyjazd jedynie uchylił wieko puszki
Pandory. Prawdziwe demony miały zacząć wypełzać dopiero, kiedy książkę
kończyliśmy. Michał budził się w środku nocy z krzykiem, walcząc o powietrze podczas duszenia, którego kiedyś doświadczył. Kulił się z bólu
od zadawanych niegdyś ciosów. Odczuwał paniczny lęk. Wszystko to przez
lata leżało głęboko pogrzebane w podświadomości. Wtedy nie miał prawa,
nie miał szans na przeżywanie terroru, którego doświadczał. Teraz, w otoczeniu kochającej go rodziny, w atmosferze zrozumienia i czułości,
poprzez sny do pamięci wracały miejsca, zdarzenia i ludzie tak realni,
że trudno było to wszystko oddzielić od rzeczywistości. To była jego
rzeczywistość, do której wracał, by móc rozpocząć proces leczenia ran.
Książka, którą trzymasz w ręku, pokazuje nie tylko moje doświadczenia i emocje, ale też wspomnienia, nadzieje, lęki, rozczarowania i emocje
Michała. Napisaliśmy ją z nadzieją, że przełamie stereotypy dotyczące
adopcji, a w szczególności adopcji dzieci starszych. Chcemy, by zwróciła
uwagę na obszary, które wymagają przemyślenia ze strony ustawodawców
oraz osób bezpośrednio odpowiedzialnych za dobro dzieci niemających
własnego głosu ani rodziców zdolnych, by o nie zawalczyć. Wierzymy, że
pokaże prawdziwy obraz rodzin zastępczych i adopcyjnych oraz dzieci do
nich trafiających. Nie ten wyidealizowany i nie ten pełen czarnych
scenariuszy i uprzedzeń, ale prawdziwy, ze wszystkimi trudami i cudami.
CZĘŚĆ PIERWSZA. Proszę pani
CZĘŚĆ PIERWSZA
Proszę pani
Rozdział 1. Kawałek serca
Rozdział 1
Kawałek serca
Moje powołanie przyszło na świat wraz z najstarszym synem Aleksem.
Wstawałam do niego po kilka razy w nocy, głaskałam po główce, kiedy nie
mógł zasnąć, i klepałam po plecach, kiedy był chory. Już wtedy nie
mogłam opędzić się od myśli: "A kto głaszcze i oklepuje dzieci
alkoholików, mieszkające w domach dziecka sieroty...". Fizycznie czułam
potrzebę przytulania i dbania o dziecko, które już kochałam, ale którego
jeszcze nie znałam.
W TVP leciał serial o adopcjach. Każdy odcinek był reportażem o innym
dziecku. Każda historia miała happy end, czyli dziecko znajdowało nową
rodzinę. Czubówna czytała, ja ryczałam. Tuliłam mojego małego synka i płakałam nad losem tamtych dzieci. Aleks miał osiem miesięcy, kiedy nie
wytrzymałam i zadzwoniłam do losowo wybranego z książki telefonicznej
domu dziecka. Chciałam przychodzić i głaskać, klepać, czytać, przewijać,
niańczyć i przytulać. Pani po drugiej stronie słuchawki szybko
skwitowała, że mają wolontariuszy. Wolontariusz przychodzi i odchodzi, a ja chciałam przychodzić na stałe. Chciałam przywiązać się do tych
dzieci. Czułam instynktownie, że to, czego najbardziej potrzebują, to
czułość i emocjonalne przywiązanie. To właśnie chciałam im dać. Kawałek
swojego serca, kogoś, kto będzie zawsze tego samego dnia, o tej samej
porze. Kogoś, kto pokocha. Nie umiałam tego wyjaśnić mojej rozmówczyni,
a ona nie miała cierpliwości mnie słuchać.
Zaczęłam organizować zbiórki na rzecz domów dziecka. Prowadziłam z mężem
agencję reklamową. Przed każdym Bożym Narodzeniem wysyłałam maile do
naszych klientów z prośbą o przekazanie słodyczy i gadżetów dla dzieci z domów dziecka. Nasi klienci wykazywali się wielką szczodrością. Robiłam
z tych darów piękne paczki i wysyłałam do domów dziecka gdzieś daleko w Polsce.
Miałam jakiś szósty zmysł, specjalny radar bezustannie skanujący okolicę
w poszukiwaniu placówek, gdzie porzucone, niechciane i niekochane dzieci
odbywały niezasłużoną karę. Tuż obok mojego miejsca zamieszkania
wywęszyłam trzy. Szczególną uwagę przykuł przepięknie położony kompleks
katolicki. Zadbana zieleń, wyremontowane budynki, bogato wyposażony plac
zabaw. Przejeżdżałam obok minimum dwa razy dziennie. Za każdym razem
próbowałam dojrzeć jakieś dzieci. Nigdy żadnych nie widziałam.
Zastanawiałam się, jak to możliwe, że widzę taką wielką placówkę i ani
jednego dziecka w ogrodzie.
Którejś zimy zbiórka słodyczy zajęła więcej czasu niż zwykle. Karton
łakoci był gotowy dopiero dwa dni przed Wigilią. Zawiozłam go do tego
właśnie domu dziecka. To była okazja, by zajrzeć do środka, by rzucić
szpiegowskie spojrzenie w poszukiwaniu dzieci. Weszłam na dziedziniec,
dźwigając pokaźnej wielkości pudło. Odnalazłam sekretariat, wręczyłam
siostrze paczkę, a ona podziękowała i zapewniła, że dzieci bardzo się
ucieszą. Nie wiedziałam, że piętro wyżej na tapczanie przykrytym starym
kocem w kratkę siedzi chłopczyk o ciepłych orzechowych oczach, w których
za jakiś czas przejrzy się moja dusza.
Kupowałam pieluchy, kaszki, pluszaki i zawoziłam do warszawskich domów
dziecka. Któregoś dnia poproszono mnie o zaniesienie przywiezionych
darów do magazynu. Zobaczyłam wielki pokój wypełniony po sufit
pieluchami, kaszkami i pluszakami. Wyszłam rozczarowana własną głupotą i naiwnością. To nie pieluchy były tu potrzebne. Dzieci w domach dziecka
nie potrzebowały pluszaków. One potrzebowały rodziców i domu, który będą
mogły nazwać swoim. Już wtedy co jakiś czas przebąkiwałam mężowi o adopcji, ale on wciąż powtarzał, że najpierw "urodzimy" drugie, a potem
zobaczymy. Pewnie sądził, że po drugim mi przejdzie. Nie przeszło.
Krystian urodził się sześć lat po Aleksie. Nie był taki jak inne dzieci.
Miał zespół Downa.
Niepełnosprawność Krystiana wywróciła moje życie do góry nogami. Ten
mały, słaby i bezbronny chłopiec przewartościował wszystko, co znałam i w co wierzyłam. Wszystko poza moim powołaniem. Zapytana któregoś dnia
przez męża, czy nadal chcę adoptować, bez wahania odparłam: tak.
Narodziny niepełnosprawnego syna nic w tej kwestii nie zmieniły. Jedyne,
do czego mężowi się nie przyznałam, to to, że teraz chciałam adoptować
dziecko z zespołem Downa. No bo kto będzie w stanie pomóc choremu
dziecku lepiej niż matka, która już jedno takie ma...
Rozdział 2. Uszkodzony
Rozdział 2
Uszkodzony
Krystian miał sześć miesięcy, kiedy trafił do szpitala z uchyłkiem
pęcherza moczowego. Była to dodatkowa bańka na pęcherzu, do której
podczas oddawania moczu wtłaczana była część jego zawartości. Uchyłek
nie mógł się sam opróżniać, bo nie był zdolny do obkurczania. Wada była
wrodzona, ale dostrzegłam ją dopiero, gdy Krystian miał pół roku.
Wcześniej rehabilitowałam go regularnie metodą Vojty. To bardzo trudna,
wymagająca od rodzica i od dziecka forma wspomagania rozwoju
psychoruchowego. Krystian miał cztery tygodnie, kiedy rozpoczęliśmy tę
żmudną pracę. Cztery razy dziennie rozbierałam mojego maleńkiego synka,
tego naguska układałam na stole w ściśle określonej pozycji i wykonując
serię zaleconych podczas cotygodniowych spotkań ucisków w konkretnych
punktach ciała, wywoływałam u niego zdrowe reakcje, które stymulowały
prawidłowy rozwój. Metoda wymagała silnych nerwów i dużej liczby chustek
do nosa, bo dziecko za każdym razem przeraźliwie płakało, a ja razem z nim. Ćwiczenia nie powodowały u Krystiana bólu, ale zmuszany do wysiłku,
unieruchomiony w moim żelaznym uścisku, walczył jak mały lew. Po
ćwiczeniach tuliłam synka, spijałam łzy z jego migdałowych oczu i koiłam
rozgoryczenie czułymi pocałunkami. Potem kładłam na przewijaku, żeby
obserwować reakcję jego mięśni.
Pewnego popołudnia, kiedy byłam z Krystiankiem zupełnie sama, położyłam
go jak zwykle golutkiego na plecach. Zaczął siusiać i nagle jego buzia
wykrzywiła się w przeraźliwym płaczu, a na brzuszku wyrosła pokaźna
gula. Patrzyłam na to z przerażeniem, nie wiedząc, co robić: dzwonić na
pogotowie czy trzymać jego brzuszek. Paraliżujące uczucie, że go
uszkodziłam, prześladowało mnie aż do ostatecznej diagnozy. Po wielu
wizytach lekarskich i tygodniach badań okazało się, że jest to wrodzona
wada pęcherza moczowego.
Pierwsza operacja odbyła się parę dni później i zakończyła vesicostomią,
czyli dziurą w brzuchu, którą mocz wyciekał na zewnątrz. Celem tego
zabiegu było odciążenie pęcherza moczowego, by dać mu czas na
regenerację i wzmocnienie przed kolejną operacją. Przez dwa lata
Krystian funkcjonował w pieluszce, a ja panikowałam w obawie przed
grożącym mu ciągle zakażeniem. Vesicostomia zarastała i musiała być
dwukrotnie odnawiana. To był trudny czas.
Dwa lata później Krystian leżał na tym samym oddziale urologii w Centrum
Zdrowia Dziecka. Tym razem pęcherz był już gotowy, by go ostatecznie
naprawić i zaszyć brzuszek. Podczas operacji mój mały dzielny synek
stracił sporo krwi i trzeba ją było przetaczać. Lekarze nie mogli
zagwarantować, że układ moczowy będzie prawidłowo funkcjonował. Co
kilkanaście minut Krystian dostawał skurczów gojącego się, połatanego
pęcherza i krzyczał z bólu tak przeraźliwie, że za każdym razem serce
pękało mi na milion kawałków. W nocy przy każdym ataku wyciągałam go
błyskawicznie z łóżeczka i wybiegałam na korytarz, żeby nie budził
innych dzieci.
Kiedy on spał, ja czuwałam. Przyglądałam się maluchowi, koło którego nie
było dmuchanego materaca ani rozbebeszonej torby z różowym dresem i szczoteczką do zębów. Był sam. Podsłuchiwałam rozmowy pielęgniarek,
zdawkowe komentarze. Miał jakąś wrodzoną wadę. Nikt go nie chciał. Moja
pierwsza myśl? Ja go wezmę! Ale wtedy nawet ja wiedziałam, że nie dam
rady. Że jeszcze nie teraz, nie w tym momencie, kiedy Krystian
potrzebował całej mojej uwagi. I był jeszcze Aleks, który pokornie i w milczeniu czekał na swoją kolej. Jemu mama była równie potrzebna. A może
nawet bardziej.
Krystian wyzdrowiał i niedługo potem wybraliśmy się z mężem do
Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego. Dlaczego katolickiego? Bo byliśmy
wierzącą i praktykującą rodziną. Bo nasze dzieci były ochrzczone,
regularnie chodziliśmy do spowiedzi, odmawialiśmy koronki i biegaliśmy
na kolanach za obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Byliśmy
przykładnymi katolikami, więc udaliśmy się do katolickiego ośrodka.
Duży, elegancki budynek. Przywitała nas przemiła pani. Byłam
przygotowana na habit, ale nie, miała na sobie szarą spódnicę i brązowy
sweterek. Zaprosiła nas do niewielkiej sali. Byłam lekko zdenerwowana,
ale mimo to czułam się dosyć pewnie. W końcu moje intencje były czyste,
papiery też, a zarobki wysokie. Czy cokolwiek mogło pójść nie tak?
Niestety, poszło.
Rozmowa toczyła się pomyślnie. Rokowania wydawały się raczej dobre. Nie
było żadnych wpadek ani zawahań, a z twarzy naszej rozmówczyni można
było wyczytać ogólną aprobatę. Przemiła pani poprosiła, żebyśmy
opowiedzieli nieco o naszej rodzinie. Zaczęłam od tego, jak się
poznaliśmy, i od ślubu kościelnego. Zatrzymałam się na chwilę przy
narodzinach pierworodnego syna Aleksandra. W końcu dotarłam do naszego
jajka z niespodzianką, czyli Krystiana z zespołem Downa. W tym momencie
twarz rozmówczyni stężała. Nie wyglądała już tak przyjaźnie. Zamrugała,
spojrzała w lewo, potem w prawo, odchrząknęła i przerwała mój wywód na
temat tego, jak świetnie nam się to wszystko udało poukładać, jak
Krystian sobie fantastycznie radzi, a my z nim.
- Przepraszam - powiedziała - ale muszę pani przerwać. Państwa przypadek
będzie musiał być rozpatrzony przez specjalną komisję - zawyrokowała
spokojnym, choć zdecydowanym tonem.
- Jak to "przypadek"? I przez jaką "komisję"? - Byłam zbita z tropu i nie wiedziałam, o co chodzi.
- Są państwo nietypową rodziną, a takie przypadki rozpatruje komisja.
- Czy my będziemy uczestniczyli w obradach tej komisji? - Dla mnie było
to oczywiste, wręcz konieczne.
- Nie.
- Dlaczego nie? Przecież jeśli komisja będzie miała jakieś pytania co do
naszego przypadku, to tylko my możemy na nie odpowiedzieć.
- Bardzo mi przykro, ale to jest nasza wewnętrzna komisja - odparła.
- A na jakiej podstawie jest w takim razie podejmowana decyzja, skoro
obiekt obrad, czyli my, nie może w niej uczestniczyć? - Przyznaję, byłam
wkurzona.
- Powiadomimy państwa o naszej decyzji. - Pani w szarej spódnicy zaczęła
zbierać papiery.
- Kiedy mamy oczekiwać decyzji?
- Komisja zbierze się w przyszły piątek. - Wstała, sugerując, że i my
powinniśmy.
Miałam ochotę uciec z tego podłego miejsca. Czułam się tak okropnie
bezradna i upokorzona. Wiedziałam, że nasz przypadek jest już
przesądzony, a owa komisja to albo fikcja, albo tylko formalność. Bo ta
kobieta miała już o nas wyrobione zdanie. Byliśmy przeklęci, splamieni,
okryci hańbą niepełnosprawnego dziecka.
W piątek po południu zadzwonił telefon.
- Halo?
- Dzień dobry. Dzwonię z ośrodka adopcyjnego. Z przykrością muszę panią
poinformować, że komisja odrzuciła państwa kandydaturę.
- Dlaczego? - Wiedziałam, ale chciałam, żeby ta kobieta to powiedziała.
- Dzieci do adopcji jest naprawdę niewiele. Komisja uznała, że mogą
trafić do bardziej odpowiedniej rodziny.
- Bardziej odpowiedniej, to znaczy jakiej? - Nie zamierzałam ułatwić jej
zadania.
- Obciążonej mniejszą liczbą problemów - odparła wymijająco.
- To znaczy? - O nie, ja tak szybko nie odpuszczam.
- Po prostu są bardziej odpowiednie rodziny - zaczynała się wić niczym
osaczona żmija.
- Dlaczego pani tego zwyczajnie nie powie? Chodzi o rodzinę bez dziecka
z zespołem Downa, tak?!
- Tak.
- A co pani mój syn przeszkadza?! Dzięki niemu jesteśmy świadomi tego,
jak różne mogą być dzieci. Nie mamy nierealnych oczekiwań wobec dziecka
adoptowanego. Zdajemy sobie sprawę, że może nie być idealne, i mamy
doświadczenie, by sobie ze wszystkim poradzić. Taki brat jak mój syn to
prawdziwy skarb, to bogactwo, którego nikt nie jest w stanie sobie
wyobrazić...
- Decyzja komisji jest ostateczna. Do widzenia. - Rozłączyła się.
Łzy spływały mi po policzkach. Gorące, palące łzy wstydu, bezradności i nieopisanej złości. Ta sytuacja była okrutnym policzkiem. Dostałam w twarz tak mocno, że nie potrafiłam się podnieść. Krwawiłam. Krwawiła
moja dusza, krwawiło moje serce.
Rozdział 3. Różowa sukienka
Rozdział 3
Różowa sukienka
Dla mnie każde NIE jest pewnego rodzaju testem. Jeśli słysząc NIE, czuję
ulgę, to znaczy, że należy odpuścić. Ale ja nie czułam ulgi. Czułam
rosnącą siłę i determinację. Nie odpuszczę. NIGDY! Przez kolejne
miesiące zmagałam się z żalem, złością i rozczarowaniem. W końcu
postanowiłam napisać list, w którym szczegółowo opowiedziałam historię
naszej rodziny. Wybrałam kilka ośrodków adopcyjnych w promieniu 200
kilometrów od Warszawy i wysłałam listy w świat. Tym razem omijałam
ośrodki katolickie. Uznałam, że jeśli komuś nie spodoba się mój synek z zespołem Downa, to zrobi z listu kulkę i zamiast rzucać mi tym w twarz,
trafi do kosza na śmieci.
Był czerwiec 2009 roku. Całą rodziną bawiliśmy w parku Tivoli w Kopenhadze. Krystian zaczynał nareszcie chodzić. Zadzwonił telefon.
Przemiła pani z jednego z ośrodków adopcyjnych, które otrzymały mój
list, zapraszała nas na rozmowę. W ten sposób rozpoczął się dwuletni
etap, na którego końcu czekała na nas kochana maleńka, rozwrzeszczana
Ada. Jednak zanim było nam dane ją poznać, przebyliśmy długą drogę,
którą przejść musi każdy, kto pragnie adoptować dziecko.
Kiedy początkowo marzyłam o adopcji, zdawało mi się, że wystarczy
przyjść do domu dziecka, rozejrzeć się, wskazać dziecko, na którego
widok załopotało moje serce, i po krótkich formalnościach można zabrać
malucha do domu. Sądziłam, że domy dziecka są przepełnione biednymi
sierotkami, które czekają, aż ktoś je uratuje. Sądziłam, że rodziców
adopcyjnych całuje się po piętach za to, że mają na tyle dobre serce, by
przygarnąć samotną duszyczkę. Ta zaś natychmiast przylgnie do tego
serca, stopi się z nim w jedno i wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Boże, jak ja się myliłam.
Po pierwszym szokującym doświadczeniu w ośrodku katolickim byłam już
nieco ostrożniejsza. Jazda do nowego ośrodka zajmowała około dwóch
godzin. Na miejscu czekały na nas dwie panie psycholog. Po krótkiej
rozmowie zostaliśmy rozdzieleni. Mąż zniknął w gabinecie pani dyrektor,
ja zaś zostałam zaproszona do innego pokoju. Przesympatyczna młoda
kobieta o bujnych czarnych włosach wskazała mi krzesło, po czym
rozpoczęłyśmy rozmowę. Rozmawiałyśmy o mojej przeszłości, o rodzinie, w której się wychowałam, o obecnej sytuacji rodzinnej i zawodowej, o powodach, dla których chcę adoptować dziecko. Czułam się komfortowo. Nie
miałam wrażenia, że jestem przesłuchiwana, wręcz przeciwnie - pani
psycholog sprawiła, że z przyjemnością dzieliłam się moimi
doświadczeniami i planami na przyszłość. Mąż miał podobne wrażenie po
wizycie u pani dyrektor.
Czekały nas kolejne spotkania, których celem było szczegółowe poznanie
kandydatów na rodziców adopcyjnych. Pracownicy ośrodków adopcyjnych mają
niezwykle odpowiedzialne zadanie i nie jest nim poszukiwanie
odpowiedniego dziecka dla zainteresowanej pary. Ich praca polega na
znalezieniu odpowiednich rodziców dla oczekujących dzieci. Wcześniej
sądziłam, że to ja będę wybierać odpowiednie dla mnie dziecko. Poczułam
się zażenowana własną arogancją. Z każdym spotkaniem nabierałam więcej
pokory. Efektem naszych rozmów była kwalifikacja na kurs dla kandydatów
na rodziców adopcyjnych.
Kurs rozpoczynał się we wrześniu i miał trwać trzy miesiące. Spotkania
odbywały się raz w tygodniu. Cotygodniowe wycieczki stały się dla męża i dla mnie doskonałym pretekstem do refleksji i rozmów, na które nie
mieliśmy czasu od miesięcy, a może nawet lat. Wspominam je jako jeden z najjaśniejszych punktów naszego małżeństwa. Kurs adopcyjny miał na celu
pokazanie realiów życia z adoptowanym dzieckiem. Kandydatów było sporo,
wszyscy niezwykle podekscytowani, niektórzy zdenerwowani, większość
bezdzietna. Uczyliśmy się radzić sobie z własnymi uprzedzeniami,
stereotypami i potencjalnymi problemami. Usłyszeliśmy historie, o jakie
trudno nawet w powieściach kryminalnych. O dzieciach, które w wieku
kilku miesięcy już nie płaczą, bo wiedzą, że płacz nie przynosi pomocy,
jedynie może sprowadzić ból. O dzieciach, które rodzą się z głodem
alkoholowym i narkotykowym. Zapoznaliśmy się z doświadczeniami rodziców
adopcyjnych z wieloletnim stażem. Z otwartymi buziami słuchaliśmy o ich
trudach, niezwykłych radościach i sukcesach. Czasem płakaliśmy, czasem
byliśmy przerażeni tym, w co się pakujemy.
Na każdym etapie mieliśmy prawo się wycofać. Po każdym spotkaniu, po
każdym wykładzie mogliśmy powiedzieć: "Dziękuję, to nie dla mnie". Nikt
by nam nie robił wyrzutów, nikt by nie miał żalu ani pretensji, nikt by
nie krytykował zmiany decyzji. Bo te kursy są również po to, żeby poznać
świat, w który wkraczamy, kiedy adoptujemy dziecko. I jeśli uznamy, że
to nie jest nasz świat, to lepiej zweryfikować plany na tym etapie, niż
kiedy skrzywdzone przez życie dziecko zanosi się niezrozumiałym dla nas
płaczem na środku naszego salonu.
Punktem kulminacyjnym szkolenia była wizyta w domu dziecka. Każda para
miała odwiedzić inną placówkę. Nas wysłano do rodzinnego domu dziecka,
gdzie przebywały dzieci w wieku od kilku lat do pełnoletności. Rodzinny
dom dziecka różni się od państwowego tym, że jak sama nazwa wskazuje,
prowadzi go rodzina. Jest to zwykle małżeństwo wychowujące poza własnym
potomstwem gromadkę dzieci, które z najróżniejszych powodów nie mogą
mieszkać ze swoimi rodzicami. Powody są tak różne, że nie sposób je
wszystkie wymienić, ale osierocenie jest najrzadszym z nich. Zazwyczaj
są to dzieci odebrane rodzicom wskutek zaniedbania, nałogów, przemocy
lub z powodu przebywania rodzica w odosobnieniu, czyli w zakładzie
karnym lub psychiatrycznym.
Zapukaliśmy do drzwi dużego nieotynkowanego budynku ogrodzonego siatką.
Przywitała nas pogodna kobieta, która przepraszała, że jest w fartuchu,
ale akurat gotuje obiad. Zerknęłam do kuchni. Tam nie było garnków, tam
były kotły! Taka wielka rodzina potrzebuje mnóstwo jedzenia, a rodzinny
dom dziecka polega na tym, że dzieci są w warunkach rodzinnych. Pani
domu jest żoną, matką dzieci biologicznych i opiekunką tych przyjętych.
Wszystkie te role były skupione w jednej pulchnej, roześmianej i radosnej kobiecie. Tuż za jej spódnicą kryła się dziewczynka w kraciastej sukience. Bladolica, smutnooka Zosia z krótko obciętą ciemną
czuprynką.
Wystarczyło jedno spojrzenie w jej ogromne smutne oczy, a moje serce
opuściło swoje stałe miejsce, zrobiło dwa susy w stronę Zosi i wsiąkło
bez śladu. Zosia wybiegła z pokoju i za moment wróciła z książeczką z puzzlami. Usiadła na dywanie. Rozrzuciła puzzle z pierwszej karty i szybko złożyła, sprawdzając uważnie, czy na nią patrzę. Usiadłam na
dywanie tuż obok. Rozrzuciła kolejną kartę z mniejszymi elementami i równie szybko je ułożyła. Cmokałam z zachwytu i chwaliłam wylewnie, a wtedy ona cichutko spytała: "Przyjdziesz jeszcze do mnie?". Spojrzałam w jej smutne, wyczekujące mojego potaknięcia oczy i zrozumiałam... Zosia się
właśnie reklamowała. Chciała, żebym ją zabrała. Żebym była jej mamą. Nie
zabrałam jej. Chciałam, ale Zosia była już w trakcie procedury
adopcyjnej z inną parą. Nie byłyśmy sobie pisane. Czasem o niej myślę.
Wysyłam jej moją miłość i nadzieję, że jest kochana i szczęśliwa.
Wśród zabawek, wózków z lalkami, gier planszowych i klocków podskakiwała
przepiękna, wesolutka pięcioletnia Klaudia o ogromnych błękitnych oczach
i blond loczkach. Wyglądała jak dziecko z plakatów adopcyjnych.
Wystarczyło zrobić zdjęcie, podpisać "Zaadoptuj mnie" i kampania
reklamowa gotowa. Klaudia może była słodkim i uśmiechniętym dzieckiem,
ale kryła w sobie mroczne doświadczenia, które sprawiały, że nigdy nie
wypowiadała swojego imienia. Nikt nie wiedział dlaczego.
Na kanapie siedział cicho dwunastoletni Karol przygotowujący się do
adopcji zagranicznej. Tak duże dzieci nie mają szans na adopcję w Polsce. Do 2017 roku mogły liczyć na bardziej otwartych ludzi z zagranicy. Niestety, mimo że przepisy nie uległy zmianie, zmieniły się
wytyczne. Obecnie prawo do prowadzenia procedur adopcji zagranicznych ma
tylko jeden ośrodek katolicki w Polsce, który zgodę na wyjazd dziecka
wydaje wyłącznie w przypadku łączenia rodzin. Karol załapał się na stare
dyrektywy i mam nadzieję, że dzisiaj włoskim włada równie dobrze jak
wtedy polskim. Był niezwykle grzecznym, dobrze ułożonym i uprzejmym
chłopcem. Jednak brakowało mu elementarnej wiedzy o świecie. Nie
wiedział, gdzie leżą Włochy, choć już niedługo miał tam zamieszkać. Nie
wiedział nawet, czy są częścią Europy. Nie miał pojęcia o wielu
rzeczach, które dzieci w zwykłych domach przyjmują poprzez obserwację,
słuchanie i zadawanie pytań: "A co to?" i "Dlaczego?". Jeśli dziecko
dorasta w warunkach, gdzie nie ma kontaktu z podstawowymi informacjami,
nikt nie odpowiada mu na te pierwsze, jakże irytujące pytania, a jedynymi zabawkami są patyki i puszki po piwie, to niby jak ma nabyć
podstawową wiedzę o świecie? Czasami wręcz ciężko zdiagnozować, czy ta
niewiedza jest wynikiem upośledzenia intelektualnego, czy zaniedbania.
Głęboko wierzę w to, że miłość czyni cuda i jest w stanie odwrócić wiele
procesów zaistniałych w wyniku zaniedbania. To, czego odwrócić się nie
da, z całą pewnością da się pokochać.
Ukończyliśmy kurs i otrzymaliśmy kwalifikacje do adopcji. Formalny etap
naszej przygody adopcyjnej zajął rok. Teraz pozostało oczekiwanie w kolejce, aż pojawi się dziecko, dla którego będziemy właściwymi
rodzicami. W ankiecie, którą wypełniliśmy w ośrodku adopcyjnym,
podaliśmy, że jesteśmy gotowi przyjąć dziewczynkę w wieku do sześciu
lat. Nasz najstarszy syn miał lat siedem i chcieliśmy, by jego pozycja
pierworodnego pozostała niezachwiana. Mieliśmy już dwoje dzieci, więc
moje przewidywania oscylowały bardziej wokół dziecka sześcioletniego niż
noworodka. Byłam wręcz pewna, że będzie to dziecko starsze, więc w styczniu 2011 roku oddałam wózek, łóżeczko, nosidełko i wszystkie inne
akcesoria dla noworodków.
Dwudziestego siódmego maja, dzień po Dniu Matki i w urodziny mojego
męża, zadzwonił telefon. Jechałam z Krystiankiem na wizytę do neurologa
i za nic nie mogłam znaleźć adresu. Kluczyłam po wąskich uliczkach
starego Anina, kiedy rozległ się dzwonek. Nie miałam zestawu
głośnomówiącego, więc zatrzymałam się przy krawężniku.
- Dzień dobry, pani Agato. - W telefonie zabrzmiał nieco zachrypnięty
głos pani dyrektor ośrodka adopcyjnego. - Czy byłaby pani gotowa przyjąć
dwumiesięczną dziewczynkę? Dziecko bez obciążeń, zrzeczenie przy
porodzie. Przepraszam, że tak prosto z mostu, ale muszę działać szybko.
Zachłysnęłam się tą informacją. Zatkało mnie. Zaniemówiłam.
- Tak! - wydusiłam z siebie po chwili. - Tak! - powtórzyłam już bardziej
pewnym głosem.
- Dobrze, to złożymy wniosek do sądu o zgodę, ponieważ pani mąż
przekroczył już czterdziestkę, a jak pani wie, różnica wieku między
rodzicami a dzieckiem nie może przekraczać czterdziestu lat. Pani jest
nieco młodsza, mąż trochę starszy, mają państwo naszą pozytywną opinię,
więc sąd powinien się przychylić.
Podziękowałam przez łzy. Słyszałam, że głos tej cudownej kobiety też się
łamał. Ta kobieta była prawdziwym aniołem, człowiekiem, który z powołania wykonuje swoją pracę, który jest gotów walczyć o dobro każdego
dziecka. Czułam się wyróżniona, czułam ogromną wdzięczność, że właśnie
nas wybrała na rodziców tej maleńkiej dziewczynki. Parę dni później
mogliśmy już poznać naszą córeczkę.
Wszystko teraz działo się bardzo szybko. Matka biologiczna po zrzeczeniu
miała sześć tygodni na zmianę zdania. Potem miesiąc trwały formalności
sądowe pozbawiające ją praw. Trzeba było poczekać jeszcze kolejny
miesiąc, aż wyrok się uprawomocni, zanim procedury adopcyjne mogły się
rozpocząć.
Obecnie procedury adopcji noworodków są uproszczone. Jeśli mama
biologiczna deklaruje chęć zrzeczenia się władzy rodzicielskiej, dziecko
jest umieszczane w pieczy zastępczej. Po sześciu tygodniach od jego
urodzenia mama - lub rodzice, jeśli ojcostwo jest ustalone - wyraża
zgodę na adopcję dziecka. Najczęściej już tego samego dnia ustanawiany
jest opiekun prawny dziecka i ośrodek adopcyjny zaczyna działać w kierunku jak najszybszego wskazania rodziny adopcyjnej. Nie ma zatem
oczekiwania na pozbawienie praw rodzicielskich czy uprawomocnienie.
My poznaliśmy Adę, kiedy miała dwa miesiące. Nie byliśmy do końca
świadomi procedur prawnych, które odbywały się w tle za pośrednictwem
ośrodka adopcyjnego i sądu. Na szczęście mogliśmy ją już odwiedzać w rodzinnym pogotowiu opiekuńczym, w którym przebywała. Jak widać, są
ośrodki adopcyjne bardzo dobre i bardzo złe. Kiedy trafi się na zły,
trzeba uciekać i szukać innego. W tym zakresie nie ma rejonizacji. Znam
Adę od drugiego miesiąca życia tylko i wyłącznie dzięki sprawnemu
działaniu ośrodka adopcyjnego, z którym mieliśmy szczęście
współpracować. Wiem, że niekiedy procedury trwają dłużej i są bardziej
skomplikowane. Wynika to z liczby spraw i bezwładu wielkiej machiny
sądowej, a czasem wręcz braku znajomości kodeksu rodzinnego przez samych
orzekających, czego parę lat później miałam dotkliwie doświadczyć przy
adopcji kolejnego dziecka.
Pierwsza wizyta u Ady była dla mnie prawdziwym świętem i - jak się
okazało - wielkim szokiem. Nie mogłam spać całą noc poprzedzającą nasze
spotkanie. Rano nie byłam w stanie dobrać odpowiedniej sukienki i butów.
Chciałam się dla niej wystroić, ale nie robić wrażenia wyfiokowanej
paniusi, na którą nie można ulać mleczka. Może to było głupie z mojej
strony, bo przecież Adzie było wszystko jedno, jaki kolor kiecki opluwa,
ale jeszcze wtedy nie była Adą, a ja nie miałam pojęcia, czego się
spodziewać. Takie pierwsze spotkanie dziecka, które ma być twoje, ale go
jeszcze nie znasz, naprawdę szarpie nerwy. Starałam się wymalować w wyobraźni jej obraz, przewidzieć, jak będzie wyglądało nasze poznanie
się. Zamknąwszy oczy, widziałam słodkiego aniołeczka, który na mój widok
wyciąga rączki, bo jego maleńkie serduszko rażone moją obecnością niczym
defibrylatorem ożywa gwałtownie, markując tę chwilę, którą kiedyś
będziemy wspominały jako moment połączenia dwóch poszukujących się od
lat dusz: matki i córki. Jednak żadne moje wyobrażenia nie mogły
przygotować mnie na to, co nas czekało.
Weszliśmy na czwarte piętro bez windy. Nieco zasapana stanęłam w drzwiach, a mój zachłanny wzrok zaczął skanować mieszkanie w poszukiwaniu malutkiej pięknej księżniczki. W końcu zatrzymał się na
leżaczku, a kiedy wyostrzyłam zoom, stanęłam jak wryta. Ada spała. Nie
przypominała ani księżniczki, ani aniołka. Ba, nie przypominała nawet
niemowlaka. W bujaczku leżała miniaturka zawodnika sumo odziana w różową
sukieneczkę. Co prawda odcień jej różu idealnie pokrywał się z cukierkowym różem mojej sukienki, ale na tym nasze podobieństwa się
kończyły. W bujanym leżaczku spała łysa dziewczynka z zaropiałym okiem i skrzywioną czaszką. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. To było
"O mój Boże..." od pierwszego spojrzenia. Miałam prawo odmówić, ale
intuicja podpowiadała mi, że im bardziej będę ją kochała, tym ona będzie
piękniejsza. Rok później była błękitnooką pięknością z blond loczkami i spojrzeniem cherubinka. Była tak bardzo piękna, jak była przez nas
kochana. Więcej, była wierną kopią swojego o dziesięć lat starszego
brata Aleksa, a dzisiaj wszyscy twierdzą, że jesteśmy do siebie podobne
jak dwie krople wody.
Podczas kursu adopcyjnego napisałam, jaka jest moja wizja córki, o której marzę. Już wtedy pracowałam ze swoją podświadomością. Sądziłam
wówczas, że dostaniemy dziecko okołopięcioletnie, bo nasze biologiczne
dzieci były już dosyć duże. Ada trafiła do nas, mając trzy miesiące, i wyglądała zdecydowanie inaczej, niż ją wymalowałam w swoich wizjach.
Kiedy miała lat pięć, była dokładnie taka, jak ją opisałam siedem lat
wcześniej. Dotyczyło to zarówno jej wyglądu, jak i cech charakteru.
Możecie w to wierzyć albo nie, ale dokładnie tak się stało. Niedawno,
porządkując szuflady, natknęłam się na tamten opis. Czytałam go zdumiona
i oniemiała, bo kiedy go pisałam, Ady nie było jeszcze na świecie. Oto
najlepszy dowód na potęgę podświadomości, magię wielkiego pragnienia i cud miłości.
Od dnia tego pamiętnego telefonu od pani dyrektor ośrodka adopcyjnego
zaczęliśmy zbierać papiery i zaświadczenia niezbędne do złożenia wniosku
adopcyjnego. Biegaliśmy po urzędach i przychodniach, kolekcjonując nasze
akty urodzenia, zaświadczenia o zarobkach, zaświadczenia lekarskie o tym, że nie chorujemy na żadną niebezpieczną ani przewlekłą chorobę,
zaświadczenia z przychodni leczenia uzależnień o tym, że tam nie
figurujemy, zaświadczenia od psychiatry, że nie leczymy się
psychiatrycznie, i zaświadczenia z sądu o niekaralności.
I chociaż do tej pory zdawało mi się, że jestem zdrową, dobrze
zarabiającą kobietą bez uzależnień i wyroków, to każdy wniosek o kolejny
dokument powodował u mnie lęk i niepewność. No bo czy na przykład
mandaty komunikacyjne są brane pod uwagę? Albo może ktoś kiedyś mnie o coś pozwał, a ja nawet o tym nie wiem? I czy jak pójdę do psychiatry, to
czy ten nie prześwidruje mnie swoim fachowym okiem i nie wygrzebie z czeluści mojej duszy jakiegoś psychicznego przeciwwskazania do adopcji?
No i chociaż wiem, że nie leczyłam się w przychodni uzależnień, to czy
nie przepytają mnie o liczbę kieliszków wina wypitych w moim prawie
czterdziestoletnim życiu? A może okaże się, że wypiłam o jeden za dużo w porównaniu z dopuszczalną przez jakieś nieznane mi jeszcze normy czy
statystyki? Na szczęście wszystko poszło gładko i bez niespodzianek.
Stosik dokumentów zdobyliśmy dosyć szybko, choć lista wydawała się
bardzo długa.
Dostałam absolutnego fioła. Miałam miesiąc na skompletowanie wyprawki i urządzenie pokoju. Żyłam jak w transie. Chciałam, żeby moja wymarzona
córeczka miała wszystko najlepsze, najpiękniejsze, idealne, słodkie i bajeczne. W trzydzieści dni, a raczej nocy przekształciłam nudny
brzoskwiniowy pokój w komnatę księżniczki w odcieniach lodów waniliowych
z bitą śmietaną, polewą brzoskwiniową i różową posypką. Przykleiłam
skrzydlate wróżki na drzwiach szafy. Kupiłam kilkaset maleńkich
różyczek, które poupinałam na białych jak śnieg firankach. Ustawiłam
łóżeczko z koronkowym baldachimem, który również ozdobiłam różyczkami.
Koronki, kokardy, wróżki i kwiatuszki wypełniały pokoik mojej córeczki.
W tym czasie odwiedzaliśmy Adę prawie codziennie. Zazwyczaj spała, a gdy
nie spała, wrzeszczała. Kiedy brałam ją na ręce, przyglądała mi się
uważnie jednym zdrowym i jednym zmrużonym, zapyziałym okiem. Z każdą
wizytą coraz bardziej kochałam tę małą rozkrzyczaną pyzę.
Miesiąc później otrzymaliśmy zgodę sądu na urlopowanie Ady, czyli
możliwość zabrania jej do domu, podczas gdy wszystkie formalności będą
finalizowane. Piątego sierpnia 2011 roku odbyła się ostateczna rozprawa
adopcyjna, w której poza nami uczestniczyli opiekun prawny dziecka,
czyli osoba prowadząca rodzinne pogotowie opiekuńcze, i nasza pani
dyrektor ośrodka adopcyjnego.
Włożyłam elegancką ołówkową sukienkę z krótkimi rękawkami w odcieniu
pudrowego różu i niebotycznie wysokie obcasy. Tego dnia słońce kąpało
świat w złotej poświacie. Pamiętam miejsce parkingowe przed sądem.
Pamiętam odcień farby na ścianach budynku. To zdumiewające, jakie detale
zostają zapisane w pamięci i już na zawsze będą symbolizowały dzień
adopcji Ady. Sala sądowa była niewielka. Stanęłam na mównicy i odpowiedziałam na pytania o imię, nazwisko, wiek i zawód.
Sędzia był wysoki i szczupły.
- Kiedy zdecydowała się pani na adopcję? - zapytał.
- Dziesięć lat temu - odparłam.
- Dziesięć lat pani czekała?! - Sędzia zdjął okulary i popatrzył na mnie
z uwagą.
- Po raz pierwszy zgłosiliśmy się do ośrodka adopcyjnego po narodzinach
naszego drugiego syna Krystiana, ale zostaliśmy zdyskwalifikowani, bo
Krystian ma zespół Downa.
Wysoki sąd spojrzał na mnie zdumiony. Pokręcił z niedowierzaniem głową,
założył okulary i po chwili pytał dalej:
- Jak wygląda państwa życie obecnie, kiedy do rodziny dołączyło tak małe
dziecko?
- Wysoki sądzie, mam wrażenie, że Ada jest brakującym ogniwem w naszej
rodzinie, że od dawna na nią czekaliśmy. Owszem, wymaga dużo pracy i uwagi, ale już udało mi się wyregulować jej posiłki. Uczę się odczytywać
jej potrzeby. Wiem na przykład, że kiedy płacze, zwykle chce pić, a nie
jeść. Nasi synowie ją pokochali. Krystian, ten z zespołem Downa, zmienia
jej pieluchy. Oczywiście nie sam, tylko z moją pomocą, ale czuje się jej
starszym bratem i opiekunem. Ada jest naszą córeczką, na którą tyle lat
czekaliśmy.
Potem na mównicy stanęli kolejno mój mąż, opiekun prawny dziecka i pani
dyrektor. Po przesłuchaniu wszystkich sąd pouczył nas o odpowiedzialności, jaką na siebie bierzemy, o naszych prawach i obowiązkach, zarządził zmianę danych adoptowanego dziecka i sporządzenie
nowego aktu urodzenia w urzędzie stanu cywilnego. Miesiąc później wyrok
był prawomocny. W urzędzie stanu cywilnego wyrobiony został nowy akt
urodzenia, w którym mój mąż i ja zostaliśmy wpisani jako rodzice
dziewczynki, a Ada otrzymała nowy PESEL.
Rozdział 4. Talerz
Rozdział 4
Talerz
Dwa lata później moje życie się zawaliło, zdrowie posypało, a małżeństwo
rozpadło. Rozwód, chociaż bardzo bolesny i okrutny, pod względem prawnym
traktował wszystkie dzieci identycznie. Nie ma w takiej sytuacji
możliwości odebrania rodzicom zaadoptowanego dziecka tylko dlatego, że
się nie sprawdzili jako para. Piszę o tym, bo wiem, że takie groźby są
niejednokrotnie używane jako argumenty między skłóconymi małżonkami w czasie brutalnych batalii rozwodowych. Dziecko adoptowane jest przez
prawo traktowane jak rodzone pod każdym względem. Kiedy więc odeszłam od
męża, zamieszkałam sama z całą trójką.
Jeszcze jako mężatka mieszkałam w pobliżu trzech domów dziecka, i kiedy
przyszedł czas, żeby wybrać Aleksowi szkołę podstawową, miałam bardzo
duże obiekcje co do szkoły rejonowej. Nie chciałam, żeby chodził do
klasy ze zbyt dużą liczbą "patologicznych rówieśników". Tak wtedy
myślałam o chłopakach z domów dziecka. Byłam gotowa przytulić i adoptować malutkie dziecko, ale dziecka w wieku szkolnym już nie. Bałam
się, że towarzystwo "takich" rówieśników skazi mojego nieskazitelnego
synka. Po co kusić los? Po co ma szwendać się po krzakach z małymi
pijakami i złodziejaszkami, którzy mogą przeciągnąć go na ciemną stronę
mocy? Lepiej zapewnić mu nobliwe towarzystwo dzieci z "dobrych domów".
I gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że za kilka lat mój syn nie tylko
będzie z jednym z "tych" dzieci chodził do szkoły, ale też przyprowadzi
go do domu i pokocha jak brata, a ja nie tylko wpuszczę go do domu, ale
też sama pokocham całym sercem i stoczę wojnę o to, by mógł z nami
zostać, tobym parsknęła śmiechem. Taki scenariusz może nadawał się na
produkcję filmową, ale w życiu takie rzeczy się nie zdarzają. Nie
przyszło mi wtedy do głowy, że to właśnie mój syn zostanie uznany za
szkodliwe towarzystwo dla "takiego" dziecka.
Żeby zapewnić Aleksowi odpowiednich rówieśników i satysfakcjonujący
poziom nauki, wybrałam dla niego wysoko notowaną w rankingach szkołę
społeczną. Aleks skończył szkołę podstawową, choć bez fajerwerków. Nie
przepadał za nauką. Do gimnazjum społecznego nawet nie startował.
Poszedł do rejonowego. To był pierwszy rok mojej samotnej egzystencji po
rozwodzie. Nie miałam siły szukać innych opcji. Chodził więc do
normalnej szkoły z normalnymi dziećmi: bogatymi, biednymi, z "dobrych
rodzin", z rodzin "z problemami" i z takimi zupełnie bez rodziny.
Prowadziłam dom otwarty, nie segregowałam kolegów Aleksa. Przychodzili
do nas wszyscy. Poznawałam najróżniejsze dzieci i ze zdumieniem
odkrywałam, że nie ma czegoś takiego jak "złe dziecko". Są dzieci
zaniedbane, źle kochane, samotne, skonfliktowane z jednym rodzicem lub z obojgiem. Dzieci bez mamy albo bez taty, z rodzicem w więzieniu lub z rodzicem niezdolnym do opieki. Każde z tych dzieci potrzebowało do
szczęścia trzech rzeczy: kogoś, kto je wysłucha bez oceniania, kogoś,
kto je pokocha bez żadnych warunków, i kogoś, kto sprawi, że poczuje się
potrzebne i ważne. Tak naprawdę każdy człowiek tego potrzebuje.
Koledzy Aleksa przychodzili do nas coraz częściej, a ja byłam ich bardzo
ciekawa. Wielokrotnie rozmawialiśmy i z czasem właśnie po to zaczęli do
nas przychodzić - żeby pogadać, żeby pomóc skręcić szafkę albo przywieźć
zakupy ze sklepu. To były dobre i kochane dzieciaki. Niektóre miały w życiu mniej szczęścia niż inne. Słuchałam z uważnością, nauczyłam się
nie oceniać i szanować wszystkich.
Jak widać, byłam taka sama jak wszyscy, czyli pełna uprzedzeń i stereotypów. Mówię o tym otwarcie, bo jeśli ktoś z was na początku
odniósł wrażenie, że zawsze byłam taka dobra, empatyczna, pełna
bezwarunkowej akceptacji i miłości, to się bardzo pomylił. Dzisiaj mi
wstyd, ale taka jest prawda. W sumie to zabawne, że dokładnie to, przed
czym kiedyś starałam się uchronić moje dzieci, w pewnym momencie stało
się całym moim życiem, moją wielką miłością, przeznaczeniem, a nawet
misją. Bóg ma plan dla każdego z nas. Czasem bardzo zaskakujący.
Po rozwodzie zamieszkałam sama z dziećmi. Kupiłam mieszkanie, które
pragnęłam urządzić z wielką miłością i czułością, tak by każdy członek
mojej pomniejszonej rodziny znalazł w nim własny kąt i schronienie.
Wnętrza miały być ciepłe, jasne, przyjazne i odzwierciedlające moją
duszę. Realizacja tego marzenia była trudna i bolesna. Przy okazji
zostałam oszukana przez bardzo bliskich ludzi. Musiałam sama zmagać się
z niekompetentnymi fachowcami, kupować rzeczy, na których się nie
znałam, i podejmować decyzje, które przyprawiały mnie o ból głowy.
Wszystko robiłam między szkołami, przedszkolami, wywiadówkami,
psychologami, prowadzeniem bloga, pisaniem pierwszej książki i niekończącymi się problemami z dziećmi i z samą sobą.
Krystian poszedł do pierwszej klasy, Ada do przedszkola, a Aleks
rozpoczął gimnazjum. Moim zdaniem instytucja gimnazjum była najgłupszym
tworem w historii edukacji. Dwunastoletnie dzieci, które nagle poczuły
się dorosłe, choć niektóre nie umiały jeszcze wiązać butów. Początki
dojrzewania, burza hormonalna, nowe środowisko, walka o pozycję w hierarchii klasowej i szkolnej. Dobrą pozycję w stadzie można było
wygrać jedynie siłą i arogancją. Aleks nikomu nie ustępował, co
powodowało pyskówki, przepychanki, a w konsekwencji wizyty u dyrektora,
psychologa i pedagoga szkolnego.
Na początku roku wszystkie dzieci w klasie wydawały się takie same.
Trudno było któreś zapamiętać. Byłam w trójce klasowej i radzie
rodziców. Tak bardzo potrzebowałam czuć się potrzebna, mieć jakąkolwiek
moc sprawczą.
Zgłosiłam się do organizacji wigilii klasowej. Przyniosłam ciasto i parę
bombek. Do klasy wparowali Aleks z kolegą. Kolega był mały, chudy, z ciemną czupryną i psotnymi chochlikami w ciemnych oczach. Świecił
białymi zębami w nieschodzącym z twarzy uśmiechu. Wpadli we dwóch,
zakręcili się i wypadli. To było nasze pierwsze spotkanie. Był pierwszym
dzieckiem w nowej klasie Aleksa, które zauważyłam, byłam w stanie
zidentyfikować i nazwać. Wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, jak ten mały
chochlik zmieni życie moje i mojej pokiereszowanej rodziny. Nie miałam
pojęcia, że kiedyś będę go nazywała moim synem.
Któregoś dnia Aleks przyszedł z nim do domu. Przedstawił go i od tej
pory wiedziałam, że ma na imię Michał. Coraz częściej wpadali razem po
lekcjach. Po jednej z wizyt Aleks powiedział, że Michał mieszka w domu
dziecka. Usiadłam z wrażenia. Byłam w szoku, że taki fajny, wesoły i kulturalny chłopiec może być jednym z tych, przed którymi chroniłam
kiedyś Aleksa. Boimy się tego, czego nie znamy. Michała poznałam i byłam
go coraz bardziej ciekawa. Z racji tego, że miałam już jedno adoptowane
dziecko, oraz wcześniejszego zainteresowania domami dziecka zaczęłam się
coraz uważniej przyglądać Michałowi.
Była połowa drugiej klasy gimnazjum. Dzieciaki dawały mi popalić, a szczególnie Aleks, który buntował się w każdym możliwym wymiarze. Miał
problemy z nauką, zachowaniem i nawigacją - rano zamiast do szkoły
trafiał na kebab. Postanowiłam wozić smarkacza do szkoły, doprowadzać
pod salę i pilnować, aż wejdzie do klasy. Dopiero kiedy zamykały się za
nim drzwi, ruszałam do dalszych zajęć.
Aleks może w szkole i był, ale samo bycie jeszcze nikogo niczego nie
nauczyło, tym bardziej że jego stosunek do nauczycieli był wyzywający,
kpiący i zwyczajnie chamski. Moje wizyty na zebraniach wyglądały za
każdym razem tak samo. Słyszałam: "Pani syn jest inteligentny, ale się
nie uczy, nie notuje, nie odrabia lekcji, nie nosi podręczników. Jest
głośny i arogancki, kłóci się z nauczycielami". Nie zdziwiło mnie, kiedy
wychowawczyni po raz kolejny poprosiła, bym została po zebraniu. Na tę
wywiadówkę zabrałam Aleksa. Chciałam, żeby słyszał, co się o nim mówi;
żeby rozmowy o nim były przy nim, a nie poza nim.
Siedzieliśmy w sali, czekając w kolejce na indywidualną rozmowę. Przed
nami reprymendę dostawała pani Ewa, wychowawczyni Michała z domu
dziecka.
- Jeśli Michał ma zdać, trzeba dowozić go do szkoły - radziła
wychowawczyni. - Ma tak kiepską frekwencję, że nie zda z powodu samych
tylko nieobecności, nie mówiąc już o wynikach w nauce.
Pani Ewa potakiwała bez przekonania. Spojrzeliśmy z Aleksem po sobie i zrozumieliśmy się bez słów.
- Przepraszam - wtrąciłam się do rozmowy. - Ja mogę wozić Michała. I tak
co rano przywożę Aleksa. Mamy prawie po drodze.
Umówiłam się z panią Ewą, że o siódmej czterdzieści pięć będę czekała
przed domem dziecka. Był styczeń. Przestawiłam budzik z piątej rano na
czwartą czterdzieści pięć. Każdego ranka parkowałam samochód przed
głównym wejściem. Michał wybiegał w ostatniej chwili, podskakując bez
jednego buta i z kurtką w ręku. Rozbawiał mnie i rozczulał. Na
Messengerze sprawdzałam, czy już się obudził. Robiąc rano kanapki,
wysyłałam mu emotikonki, witałam miłym słowem.
Któregoś dnia Aleks zapytał, czy mogłabym robić więcej kanapek, bo
Michał zjada jego. I nie chodzi o to, że ktoś go głodzi, tylko nie chce
mu się robić samemu kanapek w domu dziecka. Aleks oddawał mu swoje. Od
następnego dnia robiłam o jeden zestaw więcej. Nie wiedziałam, że te
kanapki będą miały tak wielkie, wręcz historyczne znaczenie. Do dzisiaj
są wyrazem największej troski w naszej rodzinie. Między dwie pajdy
chleba pakuję miłość, czułość i ciepło. Kocham je robić. Maluję buźki i serduszka na papierze śniadaniowym. Pewnie straszny obciach dla
dorastających młodzieńców, ale chłopaki nie narzekają.
W szkole byłam codziennie. Woźne, wychowawczyni chłopców i nauczyciele
zauważyli, że przychodzę nie tylko z Aleksem, ale też z Michałem. Coraz
częściej zaczepiali mnie na korytarzu i prosili o zwrócenie Michałowi
uwagi na naukę lub jego zachowanie. Na wywiadówkach nieśmiało pytałam o jego postępy w nauce, choć prawnie nie miałam żadnej podstawy, by takie
pytania zadawać. Czułam ogromne wsparcie ze strony wychowawczyni i nauczycieli, którzy bardzo chcieli Michałowi pomóc. Zaczęli więc pomagać
mnie w pomaganiu jemu. Kiedy wychodziłam ze szkoły, woźna konspiracyjnym
tonem informowała, że Michał wczoraj uciekł z ostatniej lekcji, że nie
zmienia butów. Zaczęłam motywować go do nauki i do myślenia o przyszłości.
Wtedy nie miałam świadomości tego, że dzieci z domów dziecka nie wiedzą,
co to "przyszłość". To dla nich pojęcie równie abstrakcyjne jak fizyka
kwantowa. Dziecko wychowane bez wsparcia rodziców czy w placówkach
wychowawczych jest w ciągłej gotowości do walki o przetrwanie. "Tu i teraz" ma w jego przypadku zupełnie inne znaczenie niż to z krainy zen.
Nie ma nic wspólnego z cieszeniem się teraźniejszością, zauważaniem
wiosennych pączków na drzewach i okruchów świeżego chleba na rodzinnym
stole. Dziecko przyzwyczajone do samodzielnego radzenia sobie z dżunglą
życia jest jak dzikie zwierzę. Wyostrzonymi zmysłami non stop wyczekuje
zagrożeń i jest zawsze gotowe do walki lub ucieczki. Perspektywa dalszej
edukacji, planowanie dorosłego życia to przyszłość tak odległa, że jawi
się w kategoriach fantastyki. Dla dzieci placówkowych "przyszłość" nie
istnieje. Istnieje "dzisiaj", a "dzisiaj" trzeba przetrwać, czyli zjeść
i nie oberwać.
Jednocześnie dzieci te wydają się często pogodnymi lekkoduchami bez
kłopotów i zmartwień. Humor, dowcip i dążenie do doraźnych uciech są
sposobem na równoważenie całej tragicznej reszty. Prawda pogrzebana jest
głęboko pod tym zabawnym sposobem bycia. Bardzo często dochodzi do
dysocjacji osobowości. Polega ona na tym, że dziecko nieświadomie
rozdziela swoją osobowość na tę, która jest zgodna z oczekiwaniami
wychowawców i nauczycieli, i tę, która kształtowała się od urodzenia.
Pod egzemplarzem pokazowym kryje się prawdziwy człowiek, do którego
często nie ma dostępu nawet on sam. Kiedy warunki życia zmieniają się
poprzez adopcję, ta ukryta osobowość zaczyna się budzić i wyskakiwać w najbardziej niespodziewanych momentach. Zadaniem rodziców zastępczych,
adopcyjnych i terapeutów jest scalić te dwie osobowości z powrotem w jedno. Bo nikt nie jest tylko nieznośny ani tylko uległy. Zdrowy
człowiek potrafi iść na kompromis, ale potrafi też stanąć w obronie
własnego ja.
Moja poszarpana rodzina powoli wracała do zdrowia. Zaczęliśmy tworzyć
nowe zwyczaje i rytuały. W weekendy jedliśmy razem śniadanie. To był
jedyny czas, kiedy wszyscy byliśmy w domu.
Tego pamiętnego dnia za oknem świeciło słońce, była wiosenna sobota. To
dla mnie czas, kiedy odżywam po ponurej zimie i zaczynam głęboko
oddychać życiem. Kocham wiosnę, pierwsze ciepłe promienie słońca,
pierwsze kwiaty i świeżutkie jasnozielone liście na drzewach. Tańczyłam
w kuchni, szykując zapiekanki. Krystian jak zwykle nakrywał do stołu.
Nagle stanęłam ze ścierką w ręku i zaczęłam uważnie przyglądać się temu,
co robi mój syn. Na stole było o jedno nakrycie za dużo.
- Dla kogo ten talerz? - spytałam Krystiana, który mimo zespołu Downa
albo raczej ze względu na swój dodatkowy chromosom jest bardzo
precyzyjny i nie myli się w takich sprawach. Liczyć nie umie, ale stan
rodziny zna bezbłędnie.
- Dla Ała - odparł Krys. Pomimo wielu lat logopedycznych zmagań nadal
mówi bardzo słabo i posługuje się głównie końcówkami wyrazów.
- Dla Michała? - dopytałam.
Nie mogłam uwierzyć, że Krystian postanowił nakryć dla kolegi Aleksa. On
ma własne zasady, których nigdy, naprawdę nigdy nie łamie. Ten upiorny
upór doprowadza mnie do szału. Żadna zmiana nie wchodzi w grę. Letnie
buty nie mogą zostać zastąpione zimowymi. A zimowa kurtka wiosenną
wiatrówką. Ten brak elastyczności dotyczy przedmiotów i rytuałów. To
jedna z cech autystycznych u dzieciaków z zespołem Downa. Prywatny
zestaw zasad i sekwencje czynności są niepodważalne i niezmienne.
Krystian nigdy nie je posiłków przy stole z osobami, które nie należą
ściśle do naszej rodziny. Rodzina to mama, tata, brat i siostra. Zatem
to, że Krystian nakrył dla "Ała", wbiło mnie w deski podłogowe. Taki
mały prosty gest, a ja już wiedziałam, że Krystian, nie mówiąc ani
słowa, przyjął Michała do naszej rodziny. Krystian posługuje się
najbardziej naturalnym zestawem wartości. Jeśli kogoś kocha, akceptuje
go bezwarunkowo. Krystian pokochał Michała i nakrywając dla niego do
stołu, wyraził to najpiękniej, jak umiał. Ten mój mały kosmita ma tak
wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, że nasze intelektualne IQ przy
tym wysiada. Można go oszukać w grach planszowych, ale nie da się
oszukać ani przekupić, kiedy w grę wchodzą uczucia.
Rozdział 5. Czarny habit
Rozdział 5
Czarny habit
Zbliżała się Wielkanoc 2016 roku. Zgodnie z rozwodowym planem
wychowawczym dzieci miały spędzać z każdym z rodziców co drugie święta.
W tym roku maluchy jechały do taty, a Aleks zdecydował się zostać ze
mną. Chciałam, żeby Michał również spędził Wielkanoc z nami. On także
tego pragnął. Wszystkie dzieci z domu dziecka zwykle jechały na święta
do swoich rodzin. Problem polegał na tym, że nie mogłam, ot tak, wziąć
wychowanka domu dziecka na święta. Była tylko jedna możliwość. Mama
Michała musiała złożyć wniosek do sądu o urlopowanie syna w czasie
Wielkanocy, a następnie zgodzić się na to, żeby Michał spędził je z nami. Nie miała odebranych praw rodzicielskich, jedynie ograniczone, co
sprawiało, że pozostawała jego opiekunem prawnym.
Nigdy wcześniej nie poznałam mamy Michała, nie miałam z nią żadnego
kontaktu. Michał wziął sprawy w swoje ręce. Sam do niej zadzwonił i zaczął namawiać do złożenia wniosku. Nie znałam ich relacji. Starałam
się nie oceniać, nie wtrącać, nie krytykować. Obserwowałam jego
zachowanie, słuchałam rozmów telefonicznych. Michał stawał się wtedy
zupełnie innym chłopakiem. Był arogancki, krzyczał na mamę jak srogi
rodzic na nieznośne dziecko. Żądał, wymagał i szantażował. Byłam
zszokowana. Ten łagodny, spokojny chłopak stawał się nagle kimś, kogo
zupełnie nie znałam. Uważałam, że mama powinna poznać osobę, która chce
zabrać jej syna do domu na święta, więc zaproponowałam spotkanie. Michał
się nie zgodził.
Jego mama wysłała wniosek do sądu i otrzymała zgodę. Umowa była taka, że
pierwszy dzień świąt Michał spędzi z nami, a wieczorem zawiozę go do
mamy. Michał przyjechał do nas w Wielki Piątek wieczorem. Następnego
dnia malowaliśmy pisanki i było mnóstwo zabawy. Poszliśmy do kościoła ze
święconką. Z tego dnia pochodzi nasze pierwsze "rodzinne" zdjęcie. Z radością patrzyłam na wyjątkową relację Aleksa i Michała. To była
przyjacielsko-braterska więź. Na świąteczne śniadanie byliśmy zaproszeni
do rodziców mojej serdecznej przyjaciółki Ani. Michał oczywiście
pojechał z nami. Został przywitany z otwartymi ramionami. Zjadł
niewiele, a potem obaj z Aleksem wymknęli się do innego pokoju i spędzili resztę poranka na surfowaniu po internecie. Śniadanie skończyło
się obiadem.
Po południu odwiozłam Michała do mamy. Nie chciał, żebym podjechała
przed dom ani weszła przywitać się z mamą. Poprosił, żebym wysadziła go
na przystanku autobusowym, i dalej poszedł sam. Uszanowałam to.
Następnego dnia rano zadzwonił i spytał, czy może już do nas wrócić.
- No pewnie, że możesz - odparłam. - Ale co się stało?
Nie odpowiedział i nigdy się nie dowiedziałam.
Święta minęły i Michał musiał wracać do domu dziecka. Odwieźliśmy go
razem z Aleksem. Wszystkim nam było smutno. Bardzo chciałam, żeby mógł
spędzać z nami więcej czasu. Zbliżała się majówka, a potem kolejne wolne
dni na początku czerwca. Pomyślałam, że Michał mógłby jechać z nami na
konie w Beskidy. Byłam w kontakcie z jego opiekunką z domu dziecka,
panią Ewą, i to dzięki jej życzliwości dowiedziałam się o formie opieki,
która nazywa się "rodzina zaprzyjaźniona".
Do sądu składa się wniosek, który musi być pozytywnie zaopiniowany przez
placówkę, w której dziecko przebywa. Jeśli sąd mój wniosek zaakceptuje,
to mogę osobiście wnosić o urlopowanie Michała, przy czym oczywiście
mama zawsze ma pierwszeństwo. Jako rodzina zaprzyjaźniona nie mam
żadnych praw ani obowiązków względem dziecka. To taki twór bez
zobowiązań, który umożliwia wspólne spędzanie weekendów, świąt i wakacji. Wyglądało to na idealne rozwiązanie w mojej dość trudnej
sytuacji samotnej matki, budującej na nowo życie dla siebie i trójki
dzieci.
Michał przyniósł wniosek, który skrupulatnie wypełniłam i przekazałam
siostrze dyrektor. Zobowiązała się złożyć go w sądzie wraz ze swoją
pozytywną opinią. Dni mijały. Majówka była za nami. Czerwiec zbliżał się
wielkimi krokami. Nie było żadnej odpowiedzi ani z sądu, ani z domu
dziecka. Nie mogłam się do siostry dodzwonić, choć próbowałam rano, w południe i wieczorem. Sprawdzałam numer, dzwoniłam do pani Ewy z prośbą
o interwencję. Nastała niezdrowa cisza. W końcu moja upierdliwość
zaowocowała i udało mi się z siostrą skontaktować.
- Szczęść Boże, siostro.
- Szczęść Boże - odparła sucho.
- Siostro, nie mam z sądu żadnej odpowiedzi w sprawie rodziny
zaprzyjaźnionej. Martwię się, bo wyjazd czerwcowy już za chwilę, a ja
nie wiem, co robić. Mam rezerwację w stadninie koni, poza tym zgodnie z naszą wcześniejszą rozmową wykupiłam letnie wczasy nad morzem dla nas i dla Michała.
- Bardzo mi przykro, ale nie mogę się na to zgodzić - odparła siostra
szorstkim tonem. - Pani syn Aleksander zachował się obraźliwie w naszym
domu. Nie zgodzę się na rodzinę zaprzyjaźnioną, dlatego nie złożyłam
pani wniosku.
Zatkało mnie, kompletnie zbiło z tropu. Byłam pewna, że Aleks jest
lubiany przez siostry. Często bywał u Michała i nigdy nie było żadnej
skargi.
- A co takiego zrobił?
- Nie mogę nawet powiedzieć, co zrobił. To było dla nas bardzo
obraźliwe. Jak pani wie, jesteśmy placówką katolicką, a pani syn
opowiada o szatanie i przekręca krzyże.
Wiedziałam, że Aleks ma na pieńku z Bogiem. Winił go za niespodziewaną
śmierć ukochanego dziadka. Nie mógł też pogodzić się z tym, że chociaż
modlił się przez dziewięć miesięcy o zdrowego braciszka, ten urodził się
z zespołem Downa. To wszystko było ponad wiarę sześciolatka i od tej
pory Aleks nie rozmawia z Bogiem, często wręcz z niego kpi. Byłam pewna,
że jeśli wyjaśnię siostrze okoliczności, spojrzy na incydent bardziej
przychylnym okiem.
- Siostro, czy możemy się spotkać? Bardzo bym chciała porozmawiać o tej
sytuacji. Jeśli Aleksander zawinił, to oczywiście muszę wyciągnąć
konsekwencje. Dlatego ważne dla mnie jest, by dokładnie dowiedzieć się,
co się stało. Być może uda się to jakoś wyjaśnić i będziemy mogły wrócić
do rozmowy o rodzinie zaprzyjaźnionej.
- Nie wiem, kiedy będę miała czas. Jestem bardzo zajęta - odparła
siostra zniecierpliwiona.
- To może w poniedziałek? - Nie dawałam za wygraną.
- W poniedziałek mamy zebranie. Nie mogę.
- We wtorek? - Byłam gotowa przejść przez wszystkie dni tygodnia.
- Nie wiem. Może w środę rano.
- Dobrze, będę w środę zaraz po ósmej - podchwyciłam szybko i nie
pozwoliłam już siostrze się wycofać. - Do zobaczenia, siostro. Szczęść
Boże.
Odłożyłam słuchawkę i ciężko westchnęłam. Michał nieraz wspominał o złośliwości sióstr w domu dziecka. Wiedziałam, że ich metody wychowawcze
są dalekie od najnowszych standardów. Nie mogłam jednak uwierzyć w to,
że zakonnica jest w stanie odmówić wychowankowi możliwości spędzania
wakacji z rodziną, która go kocha i z którą on sam dobrze się czuje,
jedynie ze względu na wyznanie czy zaangażowanie w praktyki religijne.
Już niedługo miałam się przekonać, jak bardzo się myliłam.
Pod koniec drugiego roku gimnazjum Aleks został przeniesiony do innej
klasy. Miał konflikt z kolegą i chłopców trzeba było rozdzielić. Nikt
nie zważał na więź Aleksa z Michałem. To był dla Michała cios. Sądził,
że nie tylko straci przyjaciela, ale też że ja przestanę go wozić do
szkoły i się nim interesować.
"Michał, Aleks został przeniesiony, ale w naszych relacjach nic się nie
zmienia. Jutro czarna limuzyna będzie na ciebie czekała i tak zostanie
do końca roku szkolnego. Chyba że zdecydujecie z Aleksem inaczej" -
napisałam mu na Messengerze.
"Proszę pani, ja osobiście chcę, żeby limuzyna nadal czekała" - odpisał
Michał, dodając serduszko i uśmieszki.
Jeździliśmy więc wciąż razem.
Tymczasem u Michała zbliżał się wyjazd na zieloną szkołę. Klasa miała
trochę problemów z integracją, dlatego niezwykle ważne było, żeby
wszyscy uczniowie wzięli udział w wycieczce. Wychowawczyni poprosiła
mnie o pozostanie po zebraniu, które odbywało się przed wyjazdem. "Znowu
coś narozrabiał" - pomyślałam, przewracając oczami. Jednak tym razem
chodziło o coś innego.
- Pani Agato, czy wie pani o tym, że Michał jako jedyny z klasy nie
jedzie na zieloną szkołę?
Nie wiedziałam.
- Ale dlaczego? - spytałam zdumiona.
- Bo dom dziecka się nie zgadza - odparła wychowawczyni. - Nie jedzie za
karę. Nie wiem za co.
Wkurzyłam się. Ten wyjazd był na tyle ważny dla integracji klasy, że
rada rodziców uchwaliła pomoc finansową dla rodzin, które nie są w stanie pokryć całego kosztu wycieczki. Tymczasem siostra dyrektor karze
Michała, odmawiając mu możliwości uczestnictwa. Jakiego to przestępstwa
dopuścił się chłopiec, by aż tak bardzo piętnować go na tle klasy?
Postanowiłam interweniować. Zadzwoniłam do pani Ewy, prosząc o wstawiennictwo. Obiecała, że porozmawia z siostrą dyrektor. Miałam
nadzieję, że coś wskóra, bo frekwencja Michała zdecydowanie się
poprawiła. Zaczął też zbierać lepsze stopnie. Myślałam, że to wystarczy,
żeby zmiękczyć serce zakonnicy. I znowu się pomyliłam.
Wychowawczyni napisała do mnie maila z informacją, że Michał nie jedzie.
Jako jedyny z całej klasy zostanie w szkole. Ma chodzić w tym czasie z obecną klasą Aleksa, która na wycieczkę nie jechała. Był tylko jeden
mały problem. Klasa miała zgrany komplet uczniów i nie było nawet
jednego wolnego miejsca. Oczywiście można było liczyć na nieobecności,
ale sam pomysł wrzucenia ukaranego ucznia na parę dni do klasy
równoległej był okrutny. Wobec nieprzejednanego stanowiska siostry
dyrektor szkoła nie miała innego wyjścia. Gdzieś w końcu tego odrzutka
musiała ulokować, a umieszczenie go razem z Aleksem wydawało się
najłagodniejszym rozwiązaniem.
Do wyjazdu zostało jeszcze trochę czasu, a ja przecież byłam umówiona z siostrą na spotkanie. W swojej aroganckiej naiwności sądziłam, że w osobistej rozmowie uda mi się przekonać ją zarówno do rodziny
zaprzyjaźnionej, jak i do zielonej szkoły.
Tego ranka odwiozłam chłopców i pojechałam prosto do domu dziecka. Jako
niepoprawna optymistka byłam niemal pewna, że przekonam siostrę. Przed
bramą zaparkowałam mojego czarnego smoka, czyli ukochanego dodge'a durango. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam. Furtka zaskrzypiała, a potem
zamknęła się za mną z głośnym szczękiem. Serce łopotało niczym spłoszony
ptak w mojej klatce piersiowej. Wiedziałam, że to spotkanie może
przesądzić o naszej wspólnej z Michałem przyszłości.
Przeszłam przez imponujący dziedziniec z wielkim Chrystusem na środku i dużą ilością zieleni naokoło. Część biurowa mieściła się w głębi
kompleksu. Zadzwoniłam domofonem. Zamek szczęknął i drzwi były otwarte.
Weszłam do środka, gdzie przywitała mnie spora postać Matki Boskiej i nikt poza nią. Usiadłam na krześle i czekałam. Wokół nie było żywego
ducha. W końcu usłyszałam kroki i siostrę wychodzącą zza rogu. Nie była
to siostra dyrektor, ale skorzystałam z okazji i spytałam, gdzie mogę ją
znaleźć, bo jestem umówiona. Wskazała właściwe drzwi, a ja zapukałam.
- Proszę - usłyszałam zza drzwi.
- Szczęść Boże, siostro. - Uchyliłam drzwi i weszłam.
- Szczęść Boże - odparła, nie patrząc na mnie.
Usiadłam na krześle ustawionym po drugiej stronie biurka, naprzeciwko
siostry.
- Siostro, byłyśmy dzisiaj umówione w sprawie Michała - zaczęłam bardzo
spokojnie.
Odłożyła dokumenty i zamknęła oczy.
- Siostro, co się stało, że nastąpiła taka zmiana stanowiska w sprawie
Michała?
- Ja nie wiedziałam o tych działaniach Aleksa. Dopiero się dowiedziałam!
- wypaliła siostra podniesionym głosem, nie otwierając oczu. - Ale to
już zostało wszystko przekazane Michałowi. No właśnie, dlaczego taki
przepływ jest, dlaczego pani wszystko Michałowi przekazuje?! Bo on już
zrobił awanturę! - Jeszcze mocniej zacisnęła powieki.
- Jeżeli coś dotyczy chłopców, to ich pytam, bo mają prawo do
przekazania swojej wersji wydarzeń - odparłam spokojnie.
- Zachowanie Michała jest rozstrzygane u nas w ośrodku. Nie chcę, żeby
pani to konfrontowała i rozstrzygała. Jak to wygląda! Nie życzę sobie
tego! Nie życzę sobie, żeby ktoś tu przychodził i poniewierał krzyż i Pismo Święte! Jak sama nazwa wskazuje, my jesteśmy katolickiego
wyznania. To wcale nie wyszło od wychowawców, a on już zrobił im
awanturę. Przepływ informacji jest za szybki. Jeszcześmy nie wyjaśnili,
nie uzgodnili, a Michał już wszystko wie. A po co?
Próbowałam przerwać ten słowotok, ale bez powodzenia.
- To nie jest pedagogiczne! - kontynuowała siostra.
- Jeśli jest jakiś zarzut w stosunku do mojego syna, to pedagogiczne
jest skonfrontować to z nim - przerwałam.
- Ale nie z Michałem - skwitowała siostra.
- Jeżeli to dotyczy również Michała i byli wtedy z Aleksem we dwóch, to
ja pytam też Michała.
- Ale po co od razu mówić, że to od wychowawców? To nie wychowawcy, to
rówieśnicy.
- Nie powiedziałam, że to od wychowawców, bo skąd niby ja mam wiedzieć,
kto siostrze donosi. Ale to chyba nieważne, kto siostrze powiedział. Ja
chciałabym się dowiedzieć, co się wydarzyło, bo siostra nie chciała mi
przez telefon powiedzieć.
- Pismo Święte poniewierał! Krzyże do góry nogami odwracał!
- Ale kto?
- Aleks! A Michał potem to papugował, twierdził, że Pana Boga nie ma.
Aleks nie wierzy w Pana Boga, bluźni. Właśnie tego nie chciałam mówić.
On takich słów używa, że ja nawet nie chcę tego mówić, co on na Pana
Boga mówił! I to słyszą dzieci, słyszą też młodsze dzieci. Michał sam mi
powiedział, że Aleks w Pana Boga nie wierzy, a o tym, że Pismo Święte
było poniewierane, dowiedziałam się od rówieśników. Krzyż kładł na Pismo
Święte, odwracał go do góry nogami. To są dla nas, proszę pani, rzeczy
święte! Najświętsze w tej chwili!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki