Czy ktoś tu jest normalny? - Sarah Chaney

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (29,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wy­da­wa­łoby się, że to dość pro­ste py­ta­nie. Można by je so­bie za­da­wać każ­dego dnia. Czy mam nor­malną syl­wetkę i nor­malne wy­miary? Czy to nor­malne, że pła­czę przy lu­dziach? Że nie pro­te­stuję, kiedy mój pies liże mnie po twa­rzy? Że mam bo­le­sne men­stru­acje? Że upra­wiam seks z nie­zna­jo­mymi? Że czuję lęk w środ­kach ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej? Że mie­wam wzdę­cia po po­siłku? W ży­ciu za­da­jemy so­bie mnó­stwo tego ro­dzaju py­tań. Wpły­wają one na kształt na­szych re­la­cji z in­nymi. Po­ma­gają też, kiedy szu­kamy po­mocy: py­tamy o opi­nię ko­goś z przy­ja­ciół albo ko­rzy­stamy z po­rady le­kar­skiej.

A skoro je so­bie za­da­jemy, to zna­czy, że samo wy­obra­że­nie nor­mal­no­ści jest nie­zwy­kle zło­żone. Co wła­ści­wie mamy na my­śli, gdy py­tamy, czy je­ste­śmy nor­malni? Już tych kilka py­tań przy­wo­ła­nych po­wy­żej do­wo­dzi, że nie za­wsze mamy na my­śli to samo. Cza­sem za­sta­na­wiamy się, czy mie­ścimy się w śred­niej, a cza­sem - czy je­ste­śmy nieco po­wy­żej lub po­ni­żej niej, je­śli taki wy­nik jest po­żą­dany w spo­łe­czeń­stwie. Ja na przy­kład chcia­ła­bym, żeby mój wzrost był nieco po­wy­żej śred­niej, a moja waga - nieco po­ni­żej.

Bywa też, że za­sta­na­wiamy się nad swoim sta­nem zdro­wia. Czy mam ci­śnie­nie w nor­mie? Czy je­śli od­czu­wam ból w któ­rejś czę­ści ciała, to zna­czy, że coś mi do­lega? Je­śli twoje dziecko lu­na­ty­kuje, można uznać, że to nic nad­zwy­czaj­nego, ale nie dla­tego, że zda­rza się to czę­sto (z prze­pro­wa­dzo­nego w 2004 roku son­dażu Sleep in Ame­rica Poll wy­nika, że tylko 2 pro­cent dzieci w wieku szkol­nym cho­dzi we śnie przy­naj­mniej przez kilka nocy w ty­go­dniu), tylko dla­tego, że nie uzna­jemy lu­na­ty­ko­wa­nia za ob­jaw cho­ro­bowy.

Naj­czę­ściej jed­nak gdy py­tamy, czy je­ste­śmy nor­malni, w grun­cie rze­czy za­sta­na­wiamy się, czy je­ste­śmy tacy jak inni. Czy je­stem ty­pową przed­sta­wi­cielką ga­tunku ludz­kiego? Czy w róż­nych sy­tu­acjach re­aguję po­dob­nie jak inni lu­dzie? Czy ubie­ram się i mó­wię tak jak inni? A gdy­bym bar­dziej przy­po­mi­nała inne osoby, czy ży­łoby mi się ła­twiej?

Ta­kie py­ta­nia mają głę­boki wpływ na na­sze ży­cie. Sama by­łam nie­śmia­łym i tro­chę dziw­nym dziec­kiem. No­si­łam oku­lary w pla­sti­ko­wych opraw­kach re­fun­do­wa­nych przez fun­dusz zdro­wia i ulu­bione ręcz­nie dzier­gane swe­terki. Więk­szość czasu spę­dza­łam za­ko­pana w książ­kach, ma­rząc o lep­szym, peł­nym ma­gii świe­cie. Jesz­cze za­nim w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych za­czę­łam li­ceum, moi ró­wie­śnicy - z so­bie tylko zna­nych po­wo­dów - przy­pięli mi łatkę tej nie­nor­mal­nej la­ski. Na­zy­wali mnie dzi­waczką. Cre­epy Pho­ebe. Prze­zwi­sko za­czerp­nęli z se­rialu Są­sie­dzi (Ne­igh­bo­urs). Naj­wy­raź­niej wi­dzieli we mnie po­do­bień­stwo do jed­nej z na­sto­let­nich bo­ha­te­rek, córki pra­cow­nika za­kładu po­grze­bo­wego, która za­miast psów czy ko­tów trzy­mała w domu węże, i dla­tego wszy­scy się jej bali. Za­nim skoń­czy­łam szes­na­ście lat, by­łam już jedną wielką kulą le­dwo tłu­mio­nej wście­kło­ści na cały świat. Przez więk­szość dnia no­si­łam słu­chawki, żeby nikt się do mnie nie od­zy­wał, i wy­dra­py­wa­łam na szkol­nych ław­kach słowa pio­se­nek Ma­nic Street Pre­achers.

Czy to nie brzmi zna­jomo? Je­śli tak, to może jed­nak by­łam cał­kiem nor­malną na­sto­latką. Mimo to - jak wiele na­sto­la­tek - ni­gdy nie czu­łam się nor­malna. Po­dob­nie jak więk­szość dzie­cia­ków drę­czo­nych przez ró­wie­śni­ków, po­go­dzi­łam się z przy­piętą mi łatką wy­rzutka i gładko we­szłam w tę rolę (a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało). Nie­ustan­nie sama pod­kre­śla­łam wszyst­kie swoje dzi­wac­twa, które były obiek­tem drwin ko­le­gów i ko­le­ża­nek, żeby jesz­cze bar­dziej się od nich od­izo­lo­wać. Głu­potą wy­da­wało mi się to, że no­sze­nie ple­caka na obu ra­mio­nach czy pod­cią­ga­nie wy­soko skar­pe­tek wszy­scy wo­kół uzna­wali za "nu­dziar­stwo", więc upar­cie ro­bi­łam i jedno, i dru­gie. Nie chcia­łam się ma­lo­wać i słu­chać po­po­wych prze­bo­jów, wo­la­łam spę­dzać każdą środę z no­sem w no­wym nu­me­rze jed­nego z ma­ga­zy­nów mu­zycz­nych i czy­tać o ze­spo­łach, o któ­rych nikt w mo­jej szkole nie sły­szał.

Mimo wszystko jed­nak ja­kaś część mnie bar­dzo chciała być nor­malna. Kiedy któ­ryś z mo­ich ulu­bio­nych ze­spo­łów tra­fiał na li­stę prze­bo­jów, czu­łam dumę, jak­bym sama osią­gnęła suk­ces - w końcu in­nym lu­dziom też po­do­bało się to co mnie! Przez całą mło­dość mia­łam w gło­wie mętną wi­zję nor­mal­no­ści. Nie da­wała mi o so­bie za­po­mnieć, zwłasz­cza gdy oba­wia­łam się, że nie wpa­suję się w swoje oto­cze­nie, ba­łam się opusz­cze­nia i sa­mot­no­ści i prze­czu­wa­łam, że gdyby za­szła we mnie ja­kaś ma­giczna zmiana, na­gle wszyst­kie pro­blemy same by się roz­wią­zały. Ja­koś przed trzy­dziestką po raz pierw­szy za­da­łam so­bie py­ta­nie, co wła­ści­wie ro­zu­miem przez tę "nor­mal­ność".

Je­śli czy­tasz tę książkę, to pew­nie masz po­dobne obawy albo za­da­jesz so­bie te same py­ta­nia. Za­tem czy obawa przed od­mien­no­ścią to coś nor­mal­nego? Czy lu­dzie od za­wsze tak bar­dzo pra­gną osią­gnąć okre­ślone ży­ciowe cele? Kiedy za­czy­namy ak­cep­to­wać to, że róż­nimy się od in­nych, a kiedy te róż­nice bu­dzą w nas lęk? I kto w ogóle de­cy­duje o tym, co jest nor­malne? W ko­lej­nych roz­dzia­łach opo­wiem krótko o hi­sto­rii obaw zwią­za­nych z nor­mal­no­ścią. Rzecz ja­sna, lu­dzie od za­wsze oce­niali cza­sem sa­mych sie­bie przez pry­zmat po­rów­nań z in­nymi lub kry­ty­ko­wali tych, któ­rych uwa­żali za od­mień­ców, jed­nak do­piero w ostat­nich dwóch stu­le­ciach zja­wi­sko to przy­brało taką skalę. Po­goń za nor­mal­no­ścią, na­pę­dzana szyb­kim wzro­stem po­pu­lar­no­ści wszel­kich sta­ty­styk, święci wy­jąt­kowe triumfy w me­dy­cy­nie, fi­zjo­lo­gii, psy­cho­lo­gii, so­cjo­lo­gii i kry­mi­no­lo­gii. Ideał nor­mal­no­ści jest wpi­sany w na­sze prawo, w struk­turę spo­łe­czeń­stwa i w spo­sób my­śle­nia o zdro­wiu. Przed ro­kiem 1800 na­to­miast słowo "nor­mal­ność" w ogóle nie było ko­ja­rzone z ludzką ak­tyw­no­ścią. W ję­zyku an­giel­skim na przy­kład przy­miot­nik nor­mal od­no­sił się do kąta pro­stego.

Wzrost po­pu­lar­no­ści ba­dań sta­ty­stycz­nych w Eu­ro­pie i Ame­ryce Pół­noc­nej w XIX wieku spra­wił, że na­ukowcy za­pra­gnęli opi­sać ludz­kość za po­mocą miary - naj­pierw usta­lili śred­nie war­to­ści, a na­stęp­nie normy. By te ostat­nie mo­gły za­ist­nieć, usta­lono stan­dardy w licz­nych dzie­dzi­nach ludz­kiego ży­cia i w ten spo­sób okre­ślono, kto jest nor­malny - a co za tym idzie: naj­bar­dziej "ludzki" i war­to­ściowy. Na przy­kład wpro­wa­dze­nie obo­wiązku edu­ka­cyj­nego w wielu kra­jach po­zwo­liło stwier­dzić, które dzieci uczą się wol­niej niż ich ko­le­dzy, a gdy po­ja­wiły się sys­tem ubez­pie­czeń spo­łecz­nych i ubez­pie­cze­nie cho­ro­bowe, po­trzebne były co­raz bar­dziej szcze­gó­łowe de­fi­ni­cje zdro­wia i ko­lejne ba­da­nia. Dzięki kli­ni­kom pe­dia­trycz­nym, w któ­rych do­ko­nuje się mię­dzy in­nymi po­miaru wagi, do­wie­dzie­li­śmy się wiele o roz­woju dzie­cię­cym, te­sty IQ dały po­czą­tek nor­mom do­ty­czą­cym in­te­li­gen­cji, a po­ja­wie­nie się fa­bryk i in­nych przed­się­biorstw wy­twór­czych do­pro­wa­dziło do re­flek­sji na te­mat ide­ału pra­cow­nika i stan­dar­do­wego po­ziomu pro­duk­tyw­no­ści. Po eks­pan­sji ko­lo­nial­nej kra­jów za­chod­nich na­ukowcy roz­je­chali się po ca­łym świe­cie, by do­ko­ny­wać po­mia­rów, po­rów­ny­wać po­pu­la­cje swo­ich państw z miesz­kań­cami in­nych krain - przy czym nie­mal za­wsze wy­pa­dały one na ko­rzyść bia­łych lu­dzi. Sama w tej książce sku­piam się na Eu­ro­pie i Ame­ryce Pół­noc­nej po pro­stu dla­tego, że to tu­taj na­ro­dziło się po­ję­cie tak zwa­nej nor­mal­no­ści. Za­ło­że­nie, że te same normy mają za­sto­so­wa­nie w in­nych czę­ściach świata, było wła­śnie tym - za­ło­że­niem.

Za po­ję­ciem nor­mal­no­ści stoi nar­ra­cja o tym, że całe wspól­noty lu­dzi de­fi­nio­wane w opo­zy­cji do za­chod­nich stan­dar­dów są "inne", bo nie są ta­kie, ja­kie być "po­winny". Na­ukowcy, le­ka­rze i ba­da­cze, któ­rzy usi­ło­wali ująć ludz­kość w sys­tem miar i usta­lić normy, byli w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze bia­łymi za­moż­nymi męż­czy­znami z Za­chodu i nie było wśród nich osób in­nych niż he­te­ro­sek­su­alne (przy­naj­mniej ofi­cjal­nie). W ich in­te­re­sie nie le­żała zmiana ist­nie­ją­cego stanu rze­czy - któ­remu za­wdzię­czali swą po­zy­cję - mieli ra­czej ten­den­cję do mar­gi­na­li­zo­wa­nia in­nych grup. Je­śli już pra­gnęli co­kol­wiek zmie­nić, to tylko w spo­sób ko­rzystny dla sie­bie sa­mych, czyli dla grupy do­brze wy­kształ­co­nych spe­cja­li­stów. Nie chcę przez to po­wie­dzieć, że mieli złe in­ten­cje czy że ża­den z nich nie po­ma­gał oso­bom mniej uprzy­wi­le­jo­wa­nym. Nie­któ­rzy uwa­żali się za so­cja­li­stów, inni po­pie­rali ruch fe­mi­ni­styczny, ob­na­żali prze­mo­cowe me­cha­ni­zmy im­pe­ria­li­zmu czy opo­wia­dali się za le­ga­li­za­cją ho­mo­sek­su­ali­zmu.

Mimo wszystko za­kła­dali przy tym, że to sama na­tura dała im miej­sce na szczy­cie hie­rar­chii spo­łecz­nej. Od uro­dze­nia znaj­do­wali się na naj­wyż­szym szcze­blu roz­woju ludz­ko­ści - a przy­naj­mniej byli o tym prze­ko­nani - i wspa­nia­ło­myśl­nie pra­gnęli usta­lić normy, które po­mogą in­nym stać się lep­szymi. W tam­tych cza­sach usi­ło­wano uspra­wie­dli­wić ko­lo­nia­lizm, mię­dzy in­nymi ar­gu­men­tem, że wła­śnie dzięki niemu ży­cie miesz­kań­ców sko­lo­ni­zo­wa­nych te­re­nów po­lep­szyło się ze względu na in­spi­ra­cję za­chod­nimi nor­mami - a ra­czej, jak po­wie­dzie­li­by­śmy dzi­siaj, ze względu na to, że za­chod­nie normy zo­stały im w bru­talny spo­sób na­rzu­cone. W In­diach na przy­kład bry­tyj­scy żoł­nie­rze za­bili setki ty­sięcy lu­dzi, a mi­liony zmarły pod­czas ko­lej­nych klęsk głodu wy­wo­ła­nych przez za­rzą­dze­nia bry­tyj­skich władz, które dla wła­snych zy­sków eks­por­to­wały stam­tąd to­wary. Jed­no­cze­śnie w pań­stwo­wych szko­łach na­uczy­ciele z me­tro­po­lii z dumą opo­wia­dali o tym, jak to stwo­rzyli "praw­dzi­wych" - czyli nor­mal­nych - chłop­ców na ob­raz i po­do­bień­stwo ko­lo­ni­za­to­rów, wy­ma­ga­jąc od nich no­sze­nia bry­tyj­skich stro­jów i tre­no­wa­nia bry­tyj­skich spor­tów[1]. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych zgod­nie z obo­wią­zu­jącą po­li­tyką fe­de­ralną aż do 1934 roku do­ko­ny­wano "akul­tu­ra­cji i asy­mi­la­cji" rdzen­nych miesz­kań­ców me­todą "wy­ko­rze­nia­nia kul­tur ple­mien­nych za po­mocą sys­temu szkół z in­ter­na­tem"[2]. O ile w XVII i XVIII wieku ko­lo­nialne wła­dze w wielu re­gio­nach dą­żyły do utrzy­ma­nia dy­stansu mię­dzy wła­snymi pod­da­nymi a miesz­kań­cami sko­lo­ni­zo­wa­nych te­re­nów, o tyle już w wieku XIX co­raz bar­dziej na­ci­skano na "nor­ma­li­za­cję" tych dru­gich.

Dziś te przy­kłady za­cho­wań za­czerp­nięte z hi­sto­rii po­strze­gamy jako ude­rza­jąco nie­wła­ściwe. Ale czy przy­po­mnie­nie o tym, ilu lu­dzi zo­stało za­bi­tych, wtrą­co­nych do wię­zie­nia, uzna­nych za cho­rych psy­chicz­nie lub w inny spo­sób wy­klu­czo­nych ze spo­łecz­no­ści wła­śnie przez - zmie­nia­jące się - po­ję­cie nor­mal­no­ści, to tylko otrzeź­wia­jąca re­flek­sja? A może z tej hi­sto­rii pły­nie jesz­cze ja­kaś na­uka? Je­stem prze­ko­nana, że tak. Choć nie­ustan­nie mo­dy­fi­ku­jemy i roz­sze­rzamy ro­zu­mie­nie tego, co jest nor­malne, na­tu­ralne i po­żą­dane, wielu z nas ni­gdy nie za­sta­na­wia się, czy w ogóle coś ta­kiego ist­nieje. Za­kła­damy, że jest ja­kaś nor­mal­ność, ja­kieś nie­wi­doczne prawo na­tury - na­wet je­śli nie do końca po­krywa się z tym, co wpa­jali nam ro­dzice czy dziad­ko­wie.

A jed­nak po­ję­cie tak zwa­nej nor­mal­no­ści nie jest wcale oczy­wi­ste. W 2010 roku be­ha­wio­ry­ści z Ame­ryki Pół­noc­nej za­su­ge­ro­wali, że część po­pu­la­cji, która dziś ustala normy w na­uce - i która w spo­sób istotny różni się od wy­cinka po­pu­la­cji ba­da­nego przez na­ukow­ców w XIX wieku - to wy­kształ­cone osoby po­cho­dzące z za­moż­nych de­mo­kra­tycz­nych uprze­my­sło­wio­nych państw za­chod­nich (w skró­cie WE­IRD: we­stern, edu­ca­ted, in­du­stria­li­zed, rich, de­mo­cra­tic). Sta­no­wią one za­le­d­wie 12 pro­cent lud­no­ści świata, ale to jed­no­cze­śnie aż 96 pro­cent uczest­ni­ków ba­dań psy­cho­lo­gicz­nych i 80 pro­cent uczest­ni­ków ba­dań me­dycz­nych[3]. Choć wcale nie wszy­scy ci lu­dzie są biali, to wła­śnie ten ko­lor skóry uznaje się za do­myślną, neu­tralną ce­chę[4]. Jak wi­dać, wik­to­riań­skie po­ję­cie "nor­mal­no­ści" na­dal ma się do­brze.

Skoro jed­nak leki i te­ra­pie me­dyczne są two­rzone dla osób WE­IRD (i dla bia­łych męż­czyzn), to nie można prze­cież ocze­ki­wać, że spraw­dzą się u każ­dego[5]. Cho­roby nie dają iden­tycz­nych ob­ja­wów u ko­biet i męż­czyzn, ich prze­bieg jest też od­mienny u osób o róż­nych ko­lo­rach skóry. Aż do 1990 roku po­wszech­nie te­sto­wano leki je­dy­nie na męż­czy­znach. Było to tań­sze i ła­twiej­sze roz­wią­za­nie ze względu na bar­dziej sta­bilny po­ziom hor­mo­nów niż u więk­szo­ści ko­biet. Szko­puł w tym, że gdy tak przy­go­to­wane leki tra­fiały na ry­nek, nie za­wsze nada­wały się dla ko­biet. W swo­jej książce Sex Mat­ters [Płeć ma zna­cze­nie] dok­tor Aly­son McGre­gor pi­sze o tym, że leki wy­da­wane na re­ceptę cza­sem mu­szą być wy­co­fane z rynku ze względu na nie­spo­dzie­wane efekty uboczne, które wy­stą­piły u za­ży­wa­ją­cych je ko­biet. Na przy­kład śro­dek na­senny am­bien był już do­stępny w ap­te­kach, gdy zde­cy­do­wano o ob­ni­że­niu dawki dla ko­biet o po­łowę, bo zdano so­bie sprawę, że one me­ta­bo­li­zują go wol­niej niż męż­czyźni[6]. Ko­biety, które go sto­so­wały, po prze­bu­dze­niu na­dal czuły się senne, a sub­stan­cja utrzy­my­wała się w ich or­ga­ni­zmie w cza­sie jazdy do pracy, co mo­gło pro­wa­dzić do nie­bez­piecz­nych sy­tu­acji. Dla­czego nikt nie od­krył tego wcze­śniej?

Nie­któ­rzy ba­da­cze ru­ty­nowo za­kła­dają, że wy­niki ba­dań pro­wa­dzo­nych na oso­bach z grupy WE­IRD można uogól­nić na po­zo­stałe 88 pro­cent po­pu­la­cji, ale inni twier­dzą, że to ra­czej jedna z "naj­mniej re­pre­zen­ta­tyw­nych, a co za tym idzie - naj­mniej na­da­ją­cych się do for­mu­ło­wa­nia uogól­nia­ją­cych wnio­sków grupa lu­dzi"[7]. Jak za­tem do­szło do tego, że tak nie­wielka grupa jest na­dal do­mi­nu­jąca w nar­ra­cji o "nor­mal­no­ści"?

Mam na­dzieję, że opo­wia­da­jąc hi­sto­rię wąt­pli­wych spo­so­bów przyj­mo­wa­nia norm i stan­dar­dów, za­chęcę was do za­da­wa­nia so­bie py­tań nie tylko o to, co sami uwa­ża­cie za nor­malne, ale też o to, dla­czego tak chęt­nie de­fi­niu­jemy sie­bie w od­nie­sie­niu do tak na­rzu­co­nych są­dów. Chcia­ła­bym, że­by­ście za­sta­no­wili się nad tym, jak "nor­mal­ność" prze­nika na­sze ży­cie i jaki ma na nas wpływ, i to nie­za­leż­nie od tego, czy sami za­li­czamy się do grupy WE­IRD. Mam na­dzieję, że dla każ­dego, kto (jak więk­szość z nas) bał się kie­dyś, że jest od­mień­cem, moja książka okaże się in­spi­ru­jąca i wy­zwa­la­jąca.

To nor­malne, że mar­twimy się o nor­mal­ność. Ale nie po­winno nas to po­wstrzy­mać przed kwe­stio­no­wa­niem sa­mego spo­sobu jej ro­zu­mie­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki