Wydawałoby się, że to dość proste pytanie. Można by je sobie zadawać każdego dnia. Czy mam normalną sylwetkę i normalne wymiary? Czy to normalne, że płaczę przy ludziach? Że nie protestuję, kiedy mój pies liże mnie po twarzy? Że mam bolesne menstruacje? Że uprawiam seks z nieznajomymi? Że czuję lęk w środkach komunikacji miejskiej? Że miewam wzdęcia po posiłku? W życiu zadajemy sobie mnóstwo tego rodzaju pytań. Wpływają one na kształt naszych relacji z innymi. Pomagają też, kiedy szukamy pomocy: pytamy o opinię kogoś z przyjaciół albo korzystamy z porady lekarskiej.
A skoro je sobie zadajemy, to znaczy, że samo wyobrażenie normalności jest niezwykle złożone. Co właściwie mamy na myśli, gdy pytamy, czy jesteśmy normalni? Już tych kilka pytań przywołanych powyżej dowodzi, że nie zawsze mamy na myśli to samo. Czasem zastanawiamy się, czy mieścimy się w średniej, a czasem - czy jesteśmy nieco powyżej lub poniżej niej, jeśli taki wynik jest pożądany w społeczeństwie. Ja na przykład chciałabym, żeby mój wzrost był nieco powyżej średniej, a moja waga - nieco poniżej.
Bywa też, że zastanawiamy się nad swoim stanem zdrowia. Czy mam ciśnienie w normie? Czy jeśli odczuwam ból w którejś części ciała, to znaczy, że coś mi dolega? Jeśli twoje dziecko lunatykuje, można uznać, że to nic nadzwyczajnego, ale nie dlatego, że zdarza się to często (z przeprowadzonego w 2004 roku sondażu Sleep in America Poll wynika, że tylko 2 procent dzieci w wieku szkolnym chodzi we śnie przynajmniej przez kilka nocy w tygodniu), tylko dlatego, że nie uznajemy lunatykowania za objaw chorobowy.
Najczęściej jednak gdy pytamy, czy jesteśmy normalni, w gruncie rzeczy zastanawiamy się, czy jesteśmy tacy jak inni. Czy jestem typową przedstawicielką gatunku ludzkiego? Czy w różnych sytuacjach reaguję podobnie jak inni ludzie? Czy ubieram się i mówię tak jak inni? A gdybym bardziej przypominała inne osoby, czy żyłoby mi się łatwiej?
Takie pytania mają głęboki wpływ na nasze życie. Sama byłam nieśmiałym i trochę dziwnym dzieckiem. Nosiłam okulary w plastikowych oprawkach refundowanych przez fundusz zdrowia i ulubione ręcznie dziergane sweterki. Większość czasu spędzałam zakopana w książkach, marząc o lepszym, pełnym magii świecie. Jeszcze zanim w latach dziewięćdziesiątych zaczęłam liceum, moi rówieśnicy - z sobie tylko znanych powodów - przypięli mi łatkę tej nienormalnej laski. Nazywali mnie dziwaczką. Creepy Phoebe. Przezwisko zaczerpnęli z serialu Sąsiedzi (Neighbours). Najwyraźniej widzieli we mnie podobieństwo do jednej z nastoletnich bohaterek, córki pracownika zakładu pogrzebowego, która zamiast psów czy kotów trzymała w domu węże, i dlatego wszyscy się jej bali. Zanim skończyłam szesnaście lat, byłam już jedną wielką kulą ledwo tłumionej wściekłości na cały świat. Przez większość dnia nosiłam słuchawki, żeby nikt się do mnie nie odzywał, i wydrapywałam na szkolnych ławkach słowa piosenek Manic Street Preachers.
Czy to nie brzmi znajomo? Jeśli tak, to może jednak byłam całkiem normalną nastolatką. Mimo to - jak wiele nastolatek - nigdy nie czułam się normalna. Podobnie jak większość dzieciaków dręczonych przez rówieśników, pogodziłam się z przypiętą mi łatką wyrzutka i gładko weszłam w tę rolę (a przynajmniej tak mi się wydawało). Nieustannie sama podkreślałam wszystkie swoje dziwactwa, które były obiektem drwin kolegów i koleżanek, żeby jeszcze bardziej się od nich odizolować. Głupotą wydawało mi się to, że noszenie plecaka na obu ramionach czy podciąganie wysoko skarpetek wszyscy wokół uznawali za "nudziarstwo", więc uparcie robiłam i jedno, i drugie. Nie chciałam się malować i słuchać popowych przebojów, wolałam spędzać każdą środę z nosem w nowym numerze jednego z magazynów muzycznych i czytać o zespołach, o których nikt w mojej szkole nie słyszał.
Mimo wszystko jednak jakaś część mnie bardzo chciała być normalna. Kiedy któryś z moich ulubionych zespołów trafiał na listę przebojów, czułam dumę, jakbym sama osiągnęła sukces - w końcu innym ludziom też podobało się to co mnie! Przez całą młodość miałam w głowie mętną wizję normalności. Nie dawała mi o sobie zapomnieć, zwłaszcza gdy obawiałam się, że nie wpasuję się w swoje otoczenie, bałam się opuszczenia i samotności i przeczuwałam, że gdyby zaszła we mnie jakaś magiczna zmiana, nagle wszystkie problemy same by się rozwiązały. Jakoś przed trzydziestką po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, co właściwie rozumiem przez tę "normalność".
Jeśli czytasz tę książkę, to pewnie masz podobne obawy albo zadajesz sobie te same pytania. Zatem czy obawa przed odmiennością to coś normalnego? Czy ludzie od zawsze tak bardzo pragną osiągnąć określone życiowe cele? Kiedy zaczynamy akceptować to, że różnimy się od innych, a kiedy te różnice budzą w nas lęk? I kto w ogóle decyduje o tym, co jest normalne? W kolejnych rozdziałach opowiem krótko o historii obaw związanych z normalnością. Rzecz jasna, ludzie od zawsze oceniali czasem samych siebie przez pryzmat porównań z innymi lub krytykowali tych, których uważali za odmieńców, jednak dopiero w ostatnich dwóch stuleciach zjawisko to przybrało taką skalę. Pogoń za normalnością, napędzana szybkim wzrostem popularności wszelkich statystyk, święci wyjątkowe triumfy w medycynie, fizjologii, psychologii, socjologii i kryminologii. Ideał normalności jest wpisany w nasze prawo, w strukturę społeczeństwa i w sposób myślenia o zdrowiu. Przed rokiem 1800 natomiast słowo "normalność" w ogóle nie było kojarzone z ludzką aktywnością. W języku angielskim na przykład przymiotnik normal odnosił się do kąta prostego.
Wzrost popularności badań statystycznych w Europie i Ameryce Północnej w XIX wieku sprawił, że naukowcy zapragnęli opisać ludzkość za pomocą miary - najpierw ustalili średnie wartości, a następnie normy. By te ostatnie mogły zaistnieć, ustalono standardy w licznych dziedzinach ludzkiego życia i w ten sposób określono, kto jest normalny - a co za tym idzie: najbardziej "ludzki" i wartościowy. Na przykład wprowadzenie obowiązku edukacyjnego w wielu krajach pozwoliło stwierdzić, które dzieci uczą się wolniej niż ich koledzy, a gdy pojawiły się system ubezpieczeń społecznych i ubezpieczenie chorobowe, potrzebne były coraz bardziej szczegółowe definicje zdrowia i kolejne badania. Dzięki klinikom pediatrycznym, w których dokonuje się między innymi pomiaru wagi, dowiedzieliśmy się wiele o rozwoju dziecięcym, testy IQ dały początek normom dotyczącym inteligencji, a pojawienie się fabryk i innych przedsiębiorstw wytwórczych doprowadziło do refleksji na temat ideału pracownika i standardowego poziomu produktywności. Po ekspansji kolonialnej krajów zachodnich naukowcy rozjechali się po całym świecie, by dokonywać pomiarów, porównywać populacje swoich państw z mieszkańcami innych krain - przy czym niemal zawsze wypadały one na korzyść białych ludzi. Sama w tej książce skupiam się na Europie i Ameryce Północnej po prostu dlatego, że to tutaj narodziło się pojęcie tak zwanej normalności. Założenie, że te same normy mają zastosowanie w innych częściach świata, było właśnie tym - założeniem.
Za pojęciem normalności stoi narracja o tym, że całe wspólnoty ludzi definiowane w opozycji do zachodnich standardów są "inne", bo nie są takie, jakie być "powinny". Naukowcy, lekarze i badacze, którzy usiłowali ująć ludzkość w system miar i ustalić normy, byli w przeważającej mierze białymi zamożnymi mężczyznami z Zachodu i nie było wśród nich osób innych niż heteroseksualne (przynajmniej oficjalnie). W ich interesie nie leżała zmiana istniejącego stanu rzeczy - któremu zawdzięczali swą pozycję - mieli raczej tendencję do marginalizowania innych grup. Jeśli już pragnęli cokolwiek zmienić, to tylko w sposób korzystny dla siebie samych, czyli dla grupy dobrze wykształconych specjalistów. Nie chcę przez to powiedzieć, że mieli złe intencje czy że żaden z nich nie pomagał osobom mniej uprzywilejowanym. Niektórzy uważali się za socjalistów, inni popierali ruch feministyczny, obnażali przemocowe mechanizmy imperializmu czy opowiadali się za legalizacją homoseksualizmu.
Mimo wszystko zakładali przy tym, że to sama natura dała im miejsce na szczycie hierarchii społecznej. Od urodzenia znajdowali się na najwyższym szczeblu rozwoju ludzkości - a przynajmniej byli o tym przekonani - i wspaniałomyślnie pragnęli ustalić normy, które pomogą innym stać się lepszymi. W tamtych czasach usiłowano usprawiedliwić kolonializm, między innymi argumentem, że właśnie dzięki niemu życie mieszkańców skolonizowanych terenów polepszyło się ze względu na inspirację zachodnimi normami - a raczej, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, ze względu na to, że zachodnie normy zostały im w brutalny sposób narzucone. W Indiach na przykład brytyjscy żołnierze zabili setki tysięcy ludzi, a miliony zmarły podczas kolejnych klęsk głodu wywołanych przez zarządzenia brytyjskich władz, które dla własnych zysków eksportowały stamtąd towary. Jednocześnie w państwowych szkołach nauczyciele z metropolii z dumą opowiadali o tym, jak to stworzyli "prawdziwych" - czyli normalnych - chłopców na obraz i podobieństwo kolonizatorów, wymagając od nich noszenia brytyjskich strojów i trenowania brytyjskich sportów[1]. W Stanach Zjednoczonych zgodnie z obowiązującą polityką federalną aż do 1934 roku dokonywano "akulturacji i asymilacji" rdzennych mieszkańców metodą "wykorzeniania kultur plemiennych za pomocą systemu szkół z internatem"[2]. O ile w XVII i XVIII wieku kolonialne władze w wielu regionach dążyły do utrzymania dystansu między własnymi poddanymi a mieszkańcami skolonizowanych terenów, o tyle już w wieku XIX coraz bardziej naciskano na "normalizację" tych drugich.
Dziś te przykłady zachowań zaczerpnięte z historii postrzegamy jako uderzająco niewłaściwe. Ale czy przypomnienie o tym, ilu ludzi zostało zabitych, wtrąconych do więzienia, uznanych za chorych psychicznie lub w inny sposób wykluczonych ze społeczności właśnie przez - zmieniające się - pojęcie normalności, to tylko otrzeźwiająca refleksja? A może z tej historii płynie jeszcze jakaś nauka? Jestem przekonana, że tak. Choć nieustannie modyfikujemy i rozszerzamy rozumienie tego, co jest normalne, naturalne i pożądane, wielu z nas nigdy nie zastanawia się, czy w ogóle coś takiego istnieje. Zakładamy, że jest jakaś normalność, jakieś niewidoczne prawo natury - nawet jeśli nie do końca pokrywa się z tym, co wpajali nam rodzice czy dziadkowie.
A jednak pojęcie tak zwanej normalności nie jest wcale oczywiste. W 2010 roku behawioryści z Ameryki Północnej zasugerowali, że część populacji, która dziś ustala normy w nauce - i która w sposób istotny różni się od wycinka populacji badanego przez naukowców w XIX wieku - to wykształcone osoby pochodzące z zamożnych demokratycznych uprzemysłowionych państw zachodnich (w skrócie WEIRD: western, educated, industrialized, rich, democratic). Stanowią one zaledwie 12 procent ludności świata, ale to jednocześnie aż 96 procent uczestników badań psychologicznych i 80 procent uczestników badań medycznych[3]. Choć wcale nie wszyscy ci ludzie są biali, to właśnie ten kolor skóry uznaje się za domyślną, neutralną cechę[4]. Jak widać, wiktoriańskie pojęcie "normalności" nadal ma się dobrze.
Skoro jednak leki i terapie medyczne są tworzone dla osób WEIRD (i dla białych mężczyzn), to nie można przecież oczekiwać, że sprawdzą się u każdego[5]. Choroby nie dają identycznych objawów u kobiet i mężczyzn, ich przebieg jest też odmienny u osób o różnych kolorach skóry. Aż do 1990 roku powszechnie testowano leki jedynie na mężczyznach. Było to tańsze i łatwiejsze rozwiązanie ze względu na bardziej stabilny poziom hormonów niż u większości kobiet. Szkopuł w tym, że gdy tak przygotowane leki trafiały na rynek, nie zawsze nadawały się dla kobiet. W swojej książce Sex Matters [Płeć ma znaczenie] doktor Alyson McGregor pisze o tym, że leki wydawane na receptę czasem muszą być wycofane z rynku ze względu na niespodziewane efekty uboczne, które wystąpiły u zażywających je kobiet. Na przykład środek nasenny ambien był już dostępny w aptekach, gdy zdecydowano o obniżeniu dawki dla kobiet o połowę, bo zdano sobie sprawę, że one metabolizują go wolniej niż mężczyźni[6]. Kobiety, które go stosowały, po przebudzeniu nadal czuły się senne, a substancja utrzymywała się w ich organizmie w czasie jazdy do pracy, co mogło prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Dlaczego nikt nie odkrył tego wcześniej?
Niektórzy badacze rutynowo zakładają, że wyniki badań prowadzonych na osobach z grupy WEIRD można uogólnić na pozostałe 88 procent populacji, ale inni twierdzą, że to raczej jedna z "najmniej reprezentatywnych, a co za tym idzie - najmniej nadających się do formułowania uogólniających wniosków grupa ludzi"[7]. Jak zatem doszło do tego, że tak niewielka grupa jest nadal dominująca w narracji o "normalności"?
Mam nadzieję, że opowiadając historię wątpliwych sposobów przyjmowania norm i standardów, zachęcę was do zadawania sobie pytań nie tylko o to, co sami uważacie za normalne, ale też o to, dlaczego tak chętnie definiujemy siebie w odniesieniu do tak narzuconych sądów. Chciałabym, żebyście zastanowili się nad tym, jak "normalność" przenika nasze życie i jaki ma na nas wpływ, i to niezależnie od tego, czy sami zaliczamy się do grupy WEIRD. Mam nadzieję, że dla każdego, kto (jak większość z nas) bał się kiedyś, że jest odmieńcem, moja książka okaże się inspirująca i wyzwalająca.
To normalne, że martwimy się o normalność. Ale nie powinno nas to powstrzymać przed kwestionowaniem samego sposobu jej rozumienia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki