Rozdział 2
Danka
VII 2024 roku
Kiedy mama przesłała na moje konto pieniądze od Jana, które gromadziła przez lata, mogłam pomyśleć o wykupieniu mieszkanka na Żeglarskiej w Toruniu. Wprawdzie czułam się trochę nieswojo, domagając się kasy w niezbyt kulturalny sposób, ale próbowałam zaleczyć wyrzuty sumienia tłumaczeniem, że przecież prawnie mi się należy. Jako jego biologicznej córce.
Do konfrontacji z mamą zapewne by nie doszło, gdyby nie żal do niej, nagromadzony w moim sercu. Żeby nie powiedzieć nienawiść. Lata temu powinnam zostać uświadomiona, że to Jan jest moim biologicznym ojcem, a nie mój ukochany tato Bogumił, z którego śmiercią nie pogodziłam się do tej pory. O skrywanie tej prawdy miałam ogromne pretensje do mamy.
Magda próbowała brać jej stronę, czym bardzo mnie denerwowała. Jednak kropla drążyła skałę. Każde kolejne słowo kuzynki mimo woli pobudzało do refleksji. Nasza pierwsza rozmowa po nieszczęsnych oświadczynach Zbyszka w Toruniu polegała na moim monologu pełnym jadu i żalu.
- Możesz sobie wyobrazić podobną sytuację?! - grzmiałam cała we łzach. - Zapraszasz rodziców, żeby się poznali przed naszym ślubem, a tu okazuje się, że twoja matka i jego ojciec są przyrodnim rodzeństwem! I my również. Takie rzeczy się nie dzieją w realnym życiu! Czy oni pomylili fikcję z rzeczywistością? Pisarze od siedmiu boleści! - Niemal krzyczałam z wściekłości. - Powinni pozostać przy wymyślaniu tych swoich fabuł kolejnych książek, a nie wprowadzać je w życie i marnować przyszłość swoich dzieci!
Na początku Magda tylko słuchała i pozwalała mi się wywnętrzać do woli. Była jedyną osobą, której po śmierci taty ufałam bezgranicznie. Wiedziałam, że w każdej sytuacji mogę na nią liczyć.
Bo przecież nie na babcię, która przed laty zataiła przed dziadkiem Mietkiem, że spłodziła mamę z przystojnym letnikiem, panem Tadeuszem. Nie na mojego młodszego brata Julka, ulubieńca mamusi. Nie na przyjaciółkę mamy, ciotkę Irenę, która wiadomo po czyjej stronie by się opowiedziała.
Lata spędzone na studiach z Magdą, dzielenie życia w naszym wynajmowanym mieszkanku przy Żeglarskiej, wreszcie wspólne wychowywanie jej córeczki Florki, w którym uczestniczyłam jak druga mama, zaowocowały niespotykaną więzią i bezgranicznym zaufaniem.
Magda ocierała mi łzy i czekała na moment, kiedy będę w stanie panować nad emocjami.
- Danuś, to nieprawdopodobne, co was dotknęło, jednak złością i rozżaleniem nic nie zdziałasz - powiedziała łagodnie. - Pamiętasz, jak pocieszałaś mnie po wyjeździe Pawła? Jak mi wtedy, po narodzinach Florki, pomogłaś? A sytuacja wyglądała na beznadziejną. Teraz też znajdziemy rozwiązanie.
Wsłuchiwałam się w jej dające nadzieję słowa. Ale kiedy wystąpiła w obronie mojej mamy, pozostałam nieprzejednana.
- Mówisz, że to była ich wspólna decyzja? Matki, taty i Jana? Trójprzymierze? Byleby tylko nie ujawniać prawdy dotyczącej mojego pochodzenia? Tato nie żyje, więc łatwo w jego milczące usta włożyć każdą wygodną prawdę. Pewnie matka też go zmanipulowała! Tak samo jak babcia oszukała dziadka Mietka, który do końca życia nie dowiedział się, czyją córkę chowa.
Magda nie próbowała mnie przekonywać. Pokiwała głową i spojrzała na mnie oczami skrzącymi się od łez.
- Chciałabym choć jeden raz móc porozmawiać ze swoją mamą... - Nawiązała do cioci Eli, która przed rokiem przegrała walkę z rakiem. - Ty swoją jeszcze masz.
Miałam. Dała o sobie znać nie tylko walutowym przelewem, ale i złotowym. Na moje konto wpłynęła okrągła kwota, w tytule przelewu oznaczona jako "od Bogumiła". Na jej widok niemal przysiadłam, ale bynajmniej nie z wdzięczności.
Chyba byłam potworem, bo odczytałam ten przelew jako próbę rekompensaty za zmarnowane życie. Za to, że nie możemy być ze Zbyszkiem razem, ze względu na pokrewieństwo w dwóch pokoleniach. Mamie i Janowi udałam się zdrowa, ale czy mnie i Zbyszkowi dopisze szczęście?
Oboje ze Zbyszkiem postanowiliśmy się nie poddawać. Babcia uchyliła nam drzwi nadziei, gdy powiedziała, że dziadek Mietek mógł jednak być ojcem mamy. I choć mój ukochany nie bardzo miał ochotę iść tym tropem, ja się uparłam.
Sprawdziłam w sieci, co robić. Wystarczyło zbadać pokrewieństwo mamy i Jana. Jeśli są przyrodnim rodzeństwem, my ze Zbyszkiem tym bardziej.
Sprawy rodzinne absorbowały mnie do tego stopnia, że nie mogłam skupić się na pracy. Nie uszło to uwagi Marty, mojej dobrej kumpeli z wydawnictwa.
- Radzę ci przejrzeć zaległe rękopisy, bo stary zaczyna się o nie dopytywać - napomknęła, kiedy parzyłam sobie kolejną kawę. - Co z tobą? Masz jakieś kłopoty?
Byłyśmy dość blisko, jednak nie na tyle, bym zwierzała jej się ze spraw rodzinnych. Na razie wystarczała mi moja kuzynka.
- Takie tam - odparłam oględnie. - Z matką nie mogę się dogadać. - Na poczekaniu wymyśliłam zastępczy powód swojego roztargnienia.
Wystarczyło, że w pracy znano moje pokrewieństwo z pisarką Heleną Milewicz. Nie musiałam ujawniać związków z pisarzem Janem Ornatowskim i jego synem.
Około dwunastej szef wezwał mnie do siebie. Kiedy przekroczyłam próg jego gabinetu i dostrzegłam gościa rozpartego pod oknem, gryzącego końcówkę ołówka, dał znać o sobie nerw niepokoju.
- Siadaj, Danka. - Szef wskazał mi palcem fotel naprzeciwko. - Nasza rozmowa będzie tyleż szczera, ile poufna - zaznaczył na wstępie.
Spięłam się w sobie. Z niepokojem czekałam na dalszy ciąg, który nastąpił po krótkim zawieszeniu głosu.
- Powinienem w pierwszej kolejności zapytać cię, kiedy przeczytasz rękopisy - usłyszałam. - Bo jak oboje wiemy, czekam na nie od dwóch tygodni.
Rzeczywiście, wina leżała po mojej stronie. Ale przeczuwałam, że to tylko wstęp, a sedno sprawy dopiero nastąpi.
Nie myliłam się. Stary sięgnął po kubek z wystygłą kawą i nabrał powietrza przed dalszą częścią tyrady.
- Mimo to rozumiem, że nie miałaś głowy do pracy dla nas. Najwyraźniej pochłonęły cię inne zajęcia...
- O co chodzi, szefie? - spytałam zdezorientowana.
- Moja droga, sporo lat pracuję w wydawniczym biznesie i trudno nazwać mnie naiwnym nowicjuszem. A Toruń jest pięknym i urokliwym miejscem, ale nie największym. Czasami ktoś kogoś namierzy, nawet wbrew jego woli... - Lawirował.
Nie miałam pojęcia, do czego zmierza.
- Nadal nie pojmuję - powiedziałam. - Może szef wyjaśni, czego będzie dotyczyć nasza rozmowa? - ośmieliłam się zapytać.
- Danka, wiem, że w sobotę byłaś w restauracji na Łaziennej nie tylko z twoją sławną mamą, ale i z naszym pisarzem Janem Ornatowskim. Pytam, czy mam spodziewać się odejścia Ornatowskiego do innego wydawnictwa? Bo chyba orientujesz się w tej kwestii?
- Nie orientuję się nic a nic! - żachnęłam się. Chyba zbyt energicznie. - To było spotkanie prywatne.
Czułam, że starego świerzbi, żeby dowiedzieć się, jakie związki łączą mnie z Ornatowskim, ale nie zaspokoiłam jego ciekawości.
Stary dostrzegł, że niewiele ze mnie wyciągnie, więc postanowił zagrać na innej nucie.
- Danusiu, nikt nie zamierza cię śledzić ani ingerować w twoje sprawy rodzinne. Jednak pomyślałem sobie, że może mogłabyś zachęcić mamę do wydania kolejnej książki w naszym wydawnictwie. Zrobilibyśmy wszystko, żeby była zadowolona z promocji. Jak również pan Jan Ornatowski, który ostatnio się nie odzywa. Nie wiemy, gdzie zamierza wydać następną powieść, a na nasze próby zasięgnięcia informacji reaguje wymijająco. A ty masz kontakt, jak widzę, z nimi obojgiem.
Co miałam mu powiedzieć? Że to moja matka i ojciec, z którymi nie mogę się dogadać? Do których mam pretensje, bo spieprzyli mi życie? A teraz jeszcze mam polecieć do nich z prośbą od mojego wydawcy, bo jeśli nie, to mogę wziąć nogi za pas i szukać sobie nowej roboty? W Toruniu nie było innych dużych wydawnictw, a ja już mentalnie stałam pod drzwiami pani Stefanii, właścicielki mojej Żeglarskiej, kupowałam od niej wynajmowane mieszkanie i urządzałam je po swojemu i mościłam sobie gniazdko. Najchętniej ze Zbyszkiem, ale gdyby nam się nie udało, to choćby i sama. Bo kochałam to miejsce i nie wyobrażałam sobie życia gdzie indziej.
- Z mamą mogę porozmawiać, ale pan Ornatowski jest jedynie jej znajomym - oznajmiłam. - Jeśli nadarzy się okazja, spróbuję się dowiedzieć o jego dalsze plany - zakończyłam tonem zwiastującym koniec rozmowy.
Wieczorem zadzwonił Zbyszek z informacją, że ojciec miał zapaść po chemioterapii i leży na OIOM-ie w łódzkim szpitalu. Nie chciał, żebym przyjeżdżała. Za to była przy nim mama.
Lekarzom udało się wyciągnąć Jana z najgorszego, a Zbyszkowi namówić mamę na testy DNA, kiedy tylko tato stanie na nogi.
Na wieść, że ojciec ma się lepiej, nieco mi odpuściło. Sięgnęłam po stojącą w lodówce niedokończoną butelkę wina, pozostałą po ostatniej wizycie naszych rodziców w Toruniu, i łapczywie wychyliłam kieliszek czerwonego, pełnego taniny trunku.
Postanowiłam zadzwonić do kuzynki. Telefon był zajęty, ale Magda oddzwoniła po kilkunastu minutach. Powitała mnie radośnie.
- Byłam z Florką na koniach! - zawołała. - Mała próbuje swoich sił na Snickersie, a ja ujeżdżam jego matkę Korę. Nie masz pojęcia, jak mi się spodobało jeździectwo! I Florentynie też! Dużo bardziej wolę wierzchowce niż nasze stare stado poczciwych krów. Koniecznie musisz przyjechać do Leśniczyna. Skończyliśmy już zbiór truskawek i przyjmujemy nowe konie do hotelu. Ale ja gadam i gadam, a co u ciebie? - zreflektowała się.
Rozanielenie w jej głosie powstrzymało mnie od wylewania własnych żalów. Postanowiłam cieszyć się z tego, co mam, i przekazać Magdzie najnowsze wieści.
- Mama i Janek poddadzą się testom na pokrewieństwo - oświadczyłam. - Dowiem się, czy jestem córką siostry i brata. Ale powiem ci, że mam dobre przeczucia - dodałam, dolewając sobie wina, które wyraźnie poprawiało mi nastrój. - A stary w robocie namierzył nas wszystkich w toruńskiej restauracji i teraz ciśnie, żebym przyciągnęła panią Milewicz i pana Ornatowskiego do naszego wydawnictwa.
- Moja kochana... - westchnęła Magda. - Cóż, gdy się ma tak uznanych rodziców, trzeba to znieść z godnością! - roześmiała się perliście.
- Co racja, to racja. - Nalałam sobie trzeci kieliszek. - Ważne, że tatusiowi Janowi lepiej, więc mi zaraz nie zemrze i będę go mogła lepiej poznać - bełkotałam nieco, ale z lżejszym sercem. - Aaa, i wiesz? - Przypomniałam sobie o najważniejszym. - Mama przesłała mi pieniądze, które wystarczą i na chatę na Żeglarskiej, i na sąsiednie mieszkanie. Jutro idę pogadać z panią Stefanią. Jeden pokój zawsze będzie czekał na ciebie i Florkę.
- A ja dla ciebie przysposobię konia w Leśniczynie. Wolisz faceta czy klacz?
Nie miałam wątpliwości.
- Oczywiście, że faceta. W końcu jestem kobietą! - Nie pożałowałam sobie kolejnego kieliszka.
Gadałyśmy nie wiadomo jak długo.
Tęskniłam za Magdą, za Florką, za naszym wspólnym życiem w Toruniu. Ale przypomniałam sobie Zbyszka i ścisnęło mi się serce. To jego chciałam mieć u swego boku i z nim wiązałam przyszłość.
Czekałam cierpliwie na wynik testu. A kiedy po kilku dniach mój ukochany przesłał mi wiadomość zatytułowaną "JEST!", niecierpliwie kliknęłam, by poznać jej treść.
Wątpliwości wcale nie zniknęły. Przeciwnie, opanowały mnie czarne myśli. A co, jeżeli ten wynik to jednak nie dobrodziejstwo?
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI