Czwarty - Robert Baer

Kup ebooka

44.99 zł
34.89 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Od autora

W 1991 roku KGB zostało roz­bite na kilka agen­cji1. Przede wszyst­kim jego struk­tura zaj­mu­jąca się wywia­dem zagra­nicz­nym została oddzie­lona od kontr­wy­wia­dow­czej. Dla uprosz­cze­nia jed­nak w odnie­sie­niu do poszcze­gól­nych insty­tu­cji, które powstały z roz­padu KGB, posłu­guję się nazwą KGB, jak robi to wielu Rosjan. Samo KGB to spo­sób myśle­nia, nie tylko orga­ni­za­cja. Ponadto w swo­jej opo­wie­ści naprze­mien­nie uży­wam okre­śleń "Rosja­nie" i "Sowieci", gdyż histo­ria wyda­rzeń zwią­za­nych z upad­kiem ZSRR roz­cią­gnięta jest w cza­sie. Sta­ra­łem się rów­nież uni­kać biu­ro­kra­tycz­nego języka, jaki zwy­kle cechuje książki szpie­gow­skie. Jeśli zaś cho­dzi o odnie­sie­nia, nie­zbędne w upo­rząd­ko­wa­niu fak­tów i dat oka­zały się dwie pozy­cje książ­kowe na temat KGB i ame­ry­kań­skich polo­wań na tzw. kre­tów: The Main Enemy Milta Bear­dena i Jima Risena oraz Circle of Tre­ason Sandy Gri­mes i Jeanne Ver­te­feu­ille. Nato­miast o moich źró­dłach powiem tyle, że więk­szość pro­siła o ano­ni­mo­wość, przede wszyst­kim ze względu na fakt, że śledz­two doty­czące dzia­łal­no­ści szpie­gow­skiej Czwar­tego jest na­dal w toku. Usi­ło­wa­łem dotrzeć do wszyst­kich głów­nych postaci tej histo­rii, jed­nak wiele z nich odmó­wiło komen­ta­rza. Dodam, że każdą nie­pu­bliczną infor­ma­cję, jaką pozy­ska­łem, sta­ra­łem się potwier­dzić w przy­naj­mniej dwóch źró­dłach. I na koniec - opo­wieść ta doty­czy ści­ga­nia Czwar­tego przez CIA, a nie FBI - cho­ciaż o tym też wspo­mnę. Mam nadzieję, że kie­dyś ktoś będzie mógł ujaw­nić tę histo­rię w pełni.

Śledz­two w spra­wie poszu­ki­wa­nia Czwar­tego na­dal trwa, dla­tego w trak­cie pisa­nia tej książki zaofe­ro­wa­łem zarówno CIA, jak i FBI moż­li­wość wglądu do jej tre­ści i usu­nię­cia infor­ma­cji, które mogłyby zaszko­dzić pro­wa­dzo­nym przez nie dzia­ła­niom. CIA popro­siło o mini­malne poprawki redak­cyjne, któ­rych z przy­jem­no­ścią doko­na­łem. Żadne z nich w naj­mniej­szym stop­niu nie wpro­wa­dziło zmian w tej opo­wie­ści i nie wpły­nęło na moje wnio­ski na temat śledz­twa.

Książka ta opiera się głów­nie na infor­ma­cjach z pierw­szej ręki, jed­nak tam, gdzie to było moż­liwe, załą­czy­łem źró­dła tek­stowe potwier­dza­jące infor­ma­cje od moich infor­ma­to­rów lub, w kilku przy­pad­kach, róż­niące się od moich usta­leń.

Jeden

Jeden

Kontr­wy­wiad - dzia­łal­ność mająca na celu unie­moż­li­wie­nie wro­gom prze­do­sta­nie się do środka i łapa­nie tych, któ­rym się to udało.

Moskwa, 1992

PRO­BLEM STA­NO­WIŁO odna­le­zie­nie w Moskwie przed­sta­wi­ciela KGB, który chciał pozo­stać w ukry­ciu. Celowo nie podał CIA swo­jego moskiew­skiego adresu czy numeru tele­fonu. Nie było go w żad­nej książce tele­fo­nicz­nej, jakie posia­dało CIA. A nikt z Agen­cji nie zamie­rzał pukać do KGB i wypy­ty­wać o niego. CIA chciało spo­tka­nia z nim na osob­no­ści, aby nie dać KGB pre­tek­stu do aresz­to­wa­nia go pod zarzu­tem szpie­go­stwa.

Fakt, że wywiad i kontr­wy­wiad KGB prze­nik­nęły struk­tury CIA w Moskwie, jesz­cze bar­dziej utrud­niał wyko­pa­nie go spod ziemi. Nawet po roz­pa­dzie ZSRR w 1991 roku, zakoń­cze­niu zim­nej wojny i sprzy­mie­rze­niu Rosji z Zacho­dem (oczy­wi­ście jedy­nie na papie­rze) KGB widziało sprawy ina­czej. Nawet na moment nie prze­stało postrze­gać Sta­nów Zjed­no­czo­nych jako zaprzy­się­żo­nego wroga Rosji, a CIA jako goto­wego w każ­dej chwili do sabo­to­wa­nia tego kraju. Dla ofi­ce­rów CIA w Moskwie próby nawią­za­nia kon­taktu z jakim­kol­wiek Rosja­ni­nem, nie mówiąc już o ofi­ce­rze wywiadu, były bar­dzo ryzy­kowne, jeśli nie nie­moż­liwe.

Przed­sta­wi­ciel KGB, z któ­rym CIA chciało nawią­zać kon­takt, to Alek­sandr Iwa­no­wicz Zapo­roż­skij2 - wysoki, chudy wąsacz gru­ziń­skiego pocho­dze­nia. Wstą­pił do KGB w 1957 roku i od tam­tej pory pra­co­wał w wydziale kontr­wy­wiadu zarządu odpo­wia­da­ją­cego za wywiad zagra­niczny, czyli Pierw­szego Zarządu Głów­nego. Po roz­bi­ciu KGB przez Jel­cyna w 1991 roku jego zarząd prze­mia­no­wano na SWR.

W rela­cjach z CIA Zapo­roż­skij zawsze postrze­gał sie­bie raczej jako wspól­nika niż szpiega - czy agenta, jak okre­śla to CIA - z cza­sem zaczął jed­nak nad­mie­niać o podwój­nych agen­tach KGB3 w ame­ry­kań­skim wywia­dzie. Oso­bom w CIA i FBI posia­da­ją­cym wie­dzę na jego temat Zapo­roż­skij znany był jako Max4.

Pierw­szy kon­takt CIA z Maxem nastą­pił w 1988 roku w Afryce Wschod­niej. Oka­zją do tego była pod­jęta przez niego nie­udolna próba zre­kru­to­wa­nia ame­ry­kań­skiego urzęd­nika przy­dzie­lo­nego do pracy w miej­sco­wej amba­sa­dzie. Ten nie­zwłocz­nie poin­for­mo­wał CIA o podej­rza­nych zagra­niach Maxa, a Agen­cja zde­cy­do­wała, że naj­le­piej będzie bez­po­śred­nio zwró­cić się do Rosja­nina, aby odpu­ścił. Zgod­nie z usta­lo­nym wcze­śniej sce­na­riu­szem przed­sta­wi­ciel CIA - ofi­cer pro­wa­dzący, według żar­gonu agen­cji - Mark Spark­man przy­łą­czył się do Maxa i wspo­mnia­nego urzęd­nika pod­czas ich wspól­nej kola­cji. Urzęd­nik szybko się ulot­nił, pozo­sta­wia­jąc Maxa i Spark­mana samych. Max bez waha­nia oznaj­mił, że wie, gdzie pra­cuje Spark­man5, w CIA. Nie był jed­nak tym fak­tem znie­chę­cony, a raczej roz­ba­wiony roz­wo­jem całej sytu­acji. Więc po co miałby psuć wie­czór ucieczką?

Nie było nic zaska­ku­ją­cego w tym, że Max wie­dział, iż Spark­man jest z CIA. W tam­tych cza­sach wschod­nio­afry­kań­skie pań­stwo, do któ­rego tra­fił, było posłusz­nym sojusz­ni­kiem Sowie­tów, infor­mu­ją­cym KGB o wszyst­kich ame­ry­kań­skich urzęd­ni­kach pra­cu­ją­cych w tym kraju. Oko­licz­no­ści pierw­szego spo­tka­nia Maxa i Spark­mana także nie były nie­zwy­kłe. W Afryce zasady postę­po­wa­nia w kon­tak­tach pomię­dzy KGB i CIA pole­gały na impro­wi­za­cji. Spo­tka­nia towa­rzy­skie wyni­kały zwy­czaj­nie z nudy, a ich kon­se­kwen­cją było prze­kształ­ce­nie Afryki w teren bez­tro­skich polo­wań, zarówno dla CIA, jak i KGB. Jeśli jakiś Rosja­nin chciał zbiec ze swo­jego kraju lub zgło­sić się do współ­pracy z CIA, wie­dział dokład­nie, do kogo się zgło­sić i vice versa.

Pod­czas pierw­szego spo­tka­nia Max i Spark­man nie byli sami. Do zadań Maxa nale­żało mię­dzy innymi szko­le­nie funk­cjo­na­riu­szy lokal­nej służby wywiadu. Tego wie­czora w ramach ćwi­czeń Max pole­cił gru­pie kur­san­tów pod przy­kry­ciem zaję­cie miejsc w restau­ra­cji i dys­kretne obser­wo­wa­nie prze­biegu jego kola­cji z pra­cow­ni­kiem ame­ry­kań­skiej amba­sady. Kto wie, co myśleli wów­czas o nie­za­pro­szo­nym Ame­ry­ka­ni­nie, który poja­wił się znie­nacka, ale ponie­waż Max wyda­wał się nie­wzru­szony tym fak­tem, rów­nież kur­san­tom nie prze­szka­dzał.

Spark­man podej­rze­wał, że ryba zła­pała haczyk, gdyż Max pozo­stał na miej­scu, pod­czas gdy zgod­nie z pro­to­ko­łem KGB w podob­nej sytu­acji ofi­cer powi­nien odda­lić się z danego miej­sca. Tym­cza­sem męż­czyźni przez następ­nych kilka godzin wymie­niali poglądy na sztan­da­rowe tematy z cza­sów zim­nej wojny. Połu­dniowy urok i pro­sto­li­nij­ność Spark­mana pomo­gły zła­go­dzić nie­zręcz­ność pierw­szego spo­tka­nia i umi­lić wie­czór. Przed roz­sta­niem męż­czyźni usta­lili, że utrzy­mają kon­takty. Kiedy Max wyjeż­dżał z par­kingu, Spark­man wie­dział już, że ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem skon­flik­to­wa­nym. Zde­cy­do­wa­nie nie był to typowy mil­czący, poważny apa­rat­czyk z KGB.

Po kilku spo­tka­niach ofi­ce­rów CIA z Maxem nad­szedł moment, w któ­rym zaczął on suge­ro­wać, że jego służba posiada infor­ma­cje o dwóch podwój­nych agen­tach wewnątrz ame­ry­kań­skiego wywiadu. Nie znał ich praw­dzi­wych nazwisk, ale sły­szał, że jeden z nich jest w CIA, a drugi w FBI. Twier­dził, że widział doku­menty doty­czące jed­nego z nich na biurku kolegi. Wie­dział nawet, w któ­rym sej­fie są prze­trzy­my­wane. Jed­nak jego pozy­cja nie pozwa­lała na uzy­ska­nie dostępu do tych danych6. W świe­cie KGB cie­ka­wość jest zabój­cza. Jed­nak Max był pewien, że obaj podwójni agenci na­dal pra­cują i z tego, co wie­dział, na­dal prze­ka­zują infor­ma­cje. Max podał też kryp­to­nimy nadane przez KGB obu agen­tom w wywia­dzie USA7. (Zosta­łyby one tutaj umiesz­czone, jed­nak CIA pro­siła, aby tego nie robić).

Należy wspo­mnieć, że infor­ma­cje Maxa doty­czące podwój­nych agen­tów w ame­ry­kań­skim wywia­dzie poja­wiły się na długo, zanim spe­cja­li­ści CIA i FBI tro­piący szpie­gów doszli do wnio­sku, że w rze­czy­wi­sto­ści tacy ist­nieli. Ponadto trzeba dodać, że w roku 1985 oraz 1986 CIA ponio­sło zna­czące i nie­wy­tłu­ma­czalne straty, jeśli cho­dzi o rosyj­skich agen­tów. Do tego z pew­no­ścią byli tacy, któ­rzy podej­rze­wali ist­nie­nie tzw. kreta. Jed­nak nie ist­niały wów­czas twarde dowody na potwier­dze­nie tej teo­rii.

Szef dele­ga­tury Spark­mana w Afryce Wschod­niej, czło­wiek, z któ­rym kie­dyś słu­ży­łem, nie był prze­ko­nany co do Maxa. Przy­naj­mniej na początku. Jako doświad­czony ofi­cer sta­rej szkoły był celem tylu ope­ra­cji dez­in­for­ma­cyj­nych KGB, że trak­to­wał Maxa z dystan­sem. Wycho­dził z zało­że­nia, że do czasu, kiedy Max nie zacznie dostar­czać kon­kret­nych danych na temat podwój­nych agen­tów, będzie trak­to­wany jako dan­gle (z ang. "przy­nęta"), jak w CIA nazy­wano potrój­nego uda­wa­nego agenta pod­sta­wio­nego przez rosyj­ski wywiad, aby wywo­łać w Agen­cji para­noję zwią­zaną z posia­da­niem wroga w sze­re­gach. Nie­wiele rze­czy bar­dziej cie­szy KGB niż mące­nie w Lan­gley.

Jedno trzeba przy­znać: CIA nie potrak­to­wało Maxa z fine­zją. Jeden z ofi­ce­rów pro­wa­dzą­cych, wysłany do wspo­mnia­nego pań­stwa Afryki Wschod­niej w celu spo­tka­nia z nim, szczy­cił się zasłu­żoną opi­nią dupka bez skru­pu­łów. Max natych­miast uprze­dził się do niego i prze­ka­zy­wał mu cał­ko­wi­cie zmy­ślone infor­ma­cje. To z kolei nie popra­wiło zda­nia szefa dele­ga­tury na temat Maxa. Podob­nie było w Lan­gley - funk­cjo­na­riuszka pra­cu­jąca w sie­dzi­bie głów­nej, która pro­wa­dziła sprawę Maxa, też tak on nim myślała. W roz­mo­wie ze mną przy­znała, że ni­gdy nie wie­działa, kiedy mu wie­rzyć8. Do poprawy opi­nii na temat Maxa nie przy­czy­nił się też fakt, że kiedy został prze­nie­siony z powro­tem do Moskwy, cał­ko­wi­cie wstrzy­mał kon­takty. A CIA nie zawra­cało sobie tym głowy. Ryzy­kowne było już samo spo­tka­nie się z rosyj­skim agen­tem w Moskwie, a co dopiero z takim, co do któ­rego nie można było mieć pew­no­ści, że pod­po­rząd­kuje się rygo­rom tego, co w CIA jest okre­ślane jako denied area ope­ra­tions (dzia­ła­nia na wro­gim tere­nie) - tzw. zasad ch, jak je potocz­nie okre­ślano - czyli tak­tyce pro­wa­dze­nia dzia­łań ope­ra­cyj­nych skro­jo­nej skru­pu­lat­nie, aby móc w spo­sób nie­zau­wa­żony ope­ro­wać pod czuj­nym okiem KGB.

Kolejną przy­czyną, dla któ­rej wąt­pli­wo­ści co do wia­ry­god­no­ści Maxa nie były do końca jego winą, jest fakt, że tak naprawdę ni­gdy nikt nie usiadł z nim do stołu jak należy, aby prze­ka­zał infor­ma­cje, które posiada. Wów­czas można by go było przy­ci­snąć, aby szcze­gó­łowo opi­sał oko­licz­no­ści, w jakich pozy­skał dane o dwóch ame­ry­kań­skich podwój­nych agen­tach. Rapor­to­wa­nie w biegu, zwłasz­cza w przy­padku ofi­cera KGB tak nie­uf­nego jak Max, nie­uchron­nie pro­wa­dzi do nie­po­ro­zu­mień i pomy­łek. Dodat­kowo eks­cen­trycz­ność, jaka cecho­wała Maxa, jest typowa dla agen­tów, zwłasz­cza tych lep­szych, któ­rzy czę­sto są psy­cho­lo­gicz­nie nie­do­sko­nali. Ofi­cer pro­wa­dzący oczy­wi­ście wolałby agenta, który na każde spo­tka­nie sta­wia się z teczką doku­men­tów o naj­wyż­szej klau­zuli, a następ­nie po cichu znika w ciem­no­ści, jed­nak w rze­czy­wi­sto­ści są oni czę­sto nie­obli­czalni i nie­godni zaufa­nia.

A ponadto zakła­da­jąc, że Max szcze­rze wie­rzył, że jego służba prze­nik­nęła do CIA, miał wszel­kie powody, aby utrzy­my­wać Agen­cję na dystans. Z per­spek­tywy czasu, nauczony doświad­cze­niem, zro­zu­mie kie­dyś, że nale­żało ucie­kać od CIA jak naj­da­lej. Miał przy­naj­mniej na tyle zdro­wego roz­sądku, aby nie spo­ty­kać się z przed­sta­wi­cie­lem Agen­cji w Moskwie, kiedy go tam prze­nie­siono z Afryki Wschod­niej.

Pew­nie Max pozo­stałby w cie­niu, tra­fia­jąc osta­tecz­nie do działu archi­wów, jed­nak FBI i CIA usta­liły wresz­cie, że rze­czy­wi­ście w rosyj­skim wydziale CIA ist­niał podwójny agent. Obie agen­cje w 1992 roku pozy­skały wspól­nie wystar­cza­jącą liczbę dowo­dów, które pozwo­liły na wyty­po­wa­nie podej­rza­nych9. Jeden z nich naj­le­piej paso­wał do pro­filu podwój­nego agenta - ofi­cer pro­wa­dzący Aldrich "Rick" Ames. Posia­dał on dostęp do doku­men­ta­cji z rosyj­skimi agen­tami, któ­rych CIA i FBI utra­ciły w latach 1985-1986. Jed­nak nie to przy­kuło uwagę śled­czych, tylko fakt, że Ames kupił drogi dom za gotówkę. Jed­nak Ames był tylko jed­nym z ponad dwu­stu podej­rza­nych10. I cho­ciaż CIA było prze­ko­nane, że posia­dało prze­ciwko niemu solidne dowody, zwłasz­cza doty­czące zakupu domu i faktu, że ist­niały wąt­pli­wo­ści doty­czące jego osoby, FBI potrze­bo­wało jed­nak dowodu, że utrzy­my­wał on kon­takty z rosyj­skim wywia­dem. Dopiero wtedy moż­liwe było roz­po­czę­cie prze­ciwko niemu peł­no­wy­mia­ro­wego śledz­twa przez FBI. Zła­pa­nie Amesa na gorą­cym uczynku pod­czas spo­tka­nia w Waszyng­to­nie z przed­sta­wi­cie­lem Rosjan11 było trudne (wąt­pliwe) i mogło potrwać. Poja­wiła się nadzieja, że w tej kwe­stii mógłby pomóc Max. FBI bez ogró­dek poin­for­mo­wało CIA, że jeśli Agen­cja nie może dorwać Maxa w Moskwie, to zro­bią to fede­ralni.

CIA nie miało zie­lo­nego poję­cia, jak nawią­zać kon­takt z Maxem, dla­tego mogło tylko cze­kać. I jakimś cudem się udało - pod­czas spo­tka­nia szefa dele­ga­tury Agen­cji w Moskwie, Dave'a Rol­pha, z jego odpo­wied­ni­kami w rosyj­skim wywia­dzie. Odbyło się ono w mrocz­nej moskiew­skiej posia­dło­ści, w któ­rej kie­dyś miesz­kał psy­cho­pa­tyczny szef sta­li­now­skiej służby bez­pie­czeń­stwa [NKWD - przyp. tłum.], odpo­wie­dzialny za masowe mor­der­stwa, Ław­ren­tij Beria. Oka­zjo­nalne spo­tka­nia tego typu zawsze były stratą czasu, gdyż Rosja­nie odma­wiali prze­ka­zy­wa­nia cze­go­kol­wiek, co mogłoby sta­no­wić war­to­ściową infor­ma­cję wywia­dow­czą12, a CIA nie było hoj­niej­sze. Jed­nak po zim­nej woj­nie nale­żało zacho­wy­wać pozory, dla­tego kon­ty­nu­owano tę grę13.

Któ­re­goś razu w domu Berii, ku zdzi­wie­niu Rol­pha, zna­lazł się Max, który peł­nił rolę ste­no­ty­pi­sty14. Rolph poin­for­mo­wał o tym nie­zwłocz­nie cen­tralę, pro­sząc jed­no­cze­śnie o instruk­cje. Lan­gley odpo­wie­działo pio­ru­nem, pro­sząc go o prze­ka­za­nie Maxowi nie­po­strze­że­nie pod­czas kolej­nych roz­mów liściku z prośbą o spo­tka­nie poza domem Berii, w jakiejś nie­rzu­ca­ją­cej się w oczy loka­li­za­cji w Moskwie. Próba prze­ka­za­nia notatki ofi­ce­rowi rosyj­skiego wywiadu w obec­no­ści jego kole­gów była, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc, bar­dzo ryzy­kowna i nie­prak­ty­ko­wana. Tym bar­dziej dziwne wyda­wało się Rol­phowi, że nikt nie mógł go poin­for­mo­wać, dla­czego tak ważne dla Lan­gley jest spo­tka­nie z Maxem z dala od jego współ­pra­cow­ni­ków. Zazwy­czaj szef jest infor­mo­wany o wszel­kich dzia­ła­niach zle­ca­nych przez Lan­gley na pod­le­głym mu tere­nie. Jed­nak Rolph, który wcze­śniej słu­żył w siłach spe­cjal­nych i na tyle długo pra­co­wał w CIA, że nie dzi­wiły go dzia­ła­nia Agen­cji, nie zada­wał zbęd­nych pytań i przy­jął zada­nie. Musiał jesz­cze tylko zna­leźć spo­sób na jego reali­za­cję.

Pod­czas kolej­nego spo­tka­nia w domu Berii szczę­śli­wym tra­fem Rolph i Max zna­leźli się sami w sta­rej, roz­kle­ko­ta­nej win­dzie i to wtedy Rolph wetknął liścik w dłoń Maxa. A ten o nic nie pytał, tylko wsu­nął go do kie­szeni15.

Jed­nak ni­gdy nie skon­tak­to­wał się z Rol­phem w tej spra­wie.

Mając FBI na­dal na karku, na początku 1993 roku Lan­gley zde­cy­do­wało o zapro­sze­niu dele­ga­cji z rosyj­skiego wywiadu na kon­fe­ren­cję do Waszyng­tonu. Zaraz po upadku Związku Radziec­kiego tego typu wizyty były stan­dar­dem. W przy­padku tej aku­rat Lan­gley miało nadzieję, że na liście gości znaj­dzie nazwi­sko Maxa. Ku zdzi­wie­niu wszyst­kich szczę­ście znów było po ich stro­nie i rze­czy­wi­ście tak się stało.

Spo­śród ofi­ce­rów pro­wa­dzą­cych, z któ­rymi Max spo­ty­kał się w Afryce Wschod­niej, naj­bar­dziej do gustu przy­padł mu Dick Cor­bin, nie­gdyś zaj­mu­jący się spra­wami Sowie­tów, a obec­nie pra­cu­jący w kontr­wy­wia­dzie w Lan­gley. Cor­bin był krępy, atle­tyczny i pro­sto­li­nijny, a przez to na ogół lubiany, zwłasz­cza przez Rosjan. Płyn­nie mówił po rosyj­sku, czego nauczył się, pra­cu­jąc w NSA (Natio­nal Secu­rity Agency), wywia­dow­czym ramie­niu Pen­ta­gonu. Jed­nak dla Lan­gley więk­sze zna­cze­nie miało to, że był jedną z kil­ku­na­stu osób z CIA i FBI w pełni zazna­jo­mio­nych ze sprawą poszu­ki­wa­nia podwój­nego agenta w Agen­cji, a co za tym idzie, jako jeden z nie­wielu znał zna­cze­nie pla­nów spro­wa­dze­nia Maxa do Waszyng­tonu.

Uczest­nicy spo­tka­nia ze strony ame­ry­kań­skiej, w tym Rolph, nie mieli poję­cia, dla­czego wśród nich znaj­do­wał się Cor­bin. Jego obec­ność nie miała dla nich naj­mniej­szego sensu, ponie­waż w tam­tym cza­sie nie pra­co­wał już nad spra­wami rosyj­skimi. Jed­nak wszy­scy wie­dzieli, że nie powinni o to wypy­ty­wać. W przy­padku dzia­łań ope­ra­cyj­nych doty­czą­cych Rosjan zasady postę­po­wa­nia były kate­go­ryczne: żad­nych roz­mów, żad­nych pytań. Z tego powodu Rolph dowie­dział się, że nie­świa­do­mie ode­grał rolę w śledz­twie doty­czą­cym Amesa.

Kiedy rosyj­ska dele­ga­cja przy­była już do Waszyng­tonu, nale­żało usta­lić, jak odcią­gnąć Maxa od jego współ­pra­cow­ni­ków. Pomimo pie­rie­strojki i upadku Związku Radziec­kiego rosyj­scy ofi­ce­ro­wie wywiadu wza­jem­nie się pil­no­wali pod­czas zagra­nicz­nych podróży. Cza­sami nawet przed ich poko­jami hote­lo­wymi sta­wiano na noc pra­cow­ni­ków ochrony16. Czę­sto też ofi­ce­ro­wie zmu­szani byli do dzie­le­nia poko­jów, co miało unie­moż­li­wiać pota­jemne wymy­ka­nie się w nocy. Uczest­nicy spo­tka­nia ze strony CIA wie­lo­krot­nie spo­ty­kali Maxa pod­czas kon­fe­ren­cji i wyda­rzeń towa­rzy­skich, jed­nak nie mieli moż­li­wo­ści poroz­ma­wiać z nim na osob­no­ści. Musieli się zado­wa­lać krót­kimi wymia­nami zdań w prze­lo­cie na kory­ta­rzach czy klat­kach scho­do­wych17. Kie­ru­jąca ekipą śled­czych tro­pią­cych kreta, Jeanne Ver­te­feu­ille, mogła z Maxem zamie­nić kilka słów, dopiero kiedy spo­tka­nia prze­nio­sły się do Gre­en­brier, luk­su­so­wego ośrodka wcza­so­wego w White Sul­phur Springs w Wir­gi­nii Zachod­niej. Jed­nak nie powie­dział on jej wów­czas nic na temat dwóch podwój­nych agen­tów KGB w ame­ry­kań­skim wywia­dzie.

Max wyga­dał się dopiero pew­nego desz­czo­wego poranka18, kiedy Cor­bin zabrał go na ryby19. Ujaw­nił, że jego współ­pra­cow­nik Jurij Karet­kin20 poje­chał do Cara­cas21 na spo­tka­nie z podwój­nym agen­tem CIA. Cor­bin nie wie­rzył wła­snym uszom. Po raz pierw­szy Max prze­ka­zał uży­teczną infor­ma­cję, którą można było potwier­dzić22. I cho­ciaż na­dal nie znał praw­dzi­wego nazwi­ska podwój­nego agenta, trop z Cara­cas wystar­czył, aby FBI połą­czyło daty wyjazdu Karet­kina z podró­żami Amesa23. Pozwo­lił też na nie­jawne wyda­nie zgody na prze­szu­ka­nie przez FBI domu Amesa24. Zna­le­ziono tam nie­pod­wa­żalne dowody, że był on rosyj­skim szpie­giem. FBI aresz­to­wało Amesa 21 lutego 1994 roku, po czym szybko wydo­było z niego zezna­nia potwier­dza­jące zarzuty o szpie­go­stwo. Zgod­nie z nimi Ames zdra­dził w 1985 roku kil­ku­na­stu sowiec­kich agen­tów CIA i FBI. Robił to dla pie­nię­dzy, które wymie­nił na nowego jagu­ara i pod­miej­ską posia­dłość. Był to akt zdrady, z któ­rego do dziś CIA do końca się nie podźwi­gnęła.

Histo­ria Maxa potwier­dza praw­dzi­wość sta­rego wywia­dow­czego powie­dze­nia: trzeba szpiega, żeby zła­pać szpiega. FBI i CIA ni­gdy publicz­nie tego nie przy­znały, ale pozy­skany dzięki Maxowi trop z Cara­cas był klu­czowy dla posa­dze­nia Amesa za krat­kami25. Jeśli cho­dzi o wszyst­kie następne śledz­twa w spra­wie podwój­nych agen­tów, ważna jest wska­zówka, że Max z podej­rza­nego dan­gle zmie­nił się w naj­lep­szego agenta kontr­wy­wiadu, jakiego kie­dy­kol­wiek miały CIA i FBI. Od tej pory cokol­wiek miał do prze­ka­za­nia na temat rosyj­skich podwój­nych agen­tów, zarówno FBI, jak i CIA trak­to­wały go z naj­wyż­szą powagą. A rze­czy­wi­ście miał wię­cej do prze­ka­za­nia.

Nikt z moich roz­mów­ców nie pamięta, kiedy dokład­nie, ale w pew­nym momen­cie Max prze­ka­zał jesz­cze bar­dziej sen­sa­cyjną wia­do­mość: w CIA jest jesz­cze jeden podwójny agent, bar­dziej doświad­czony od Amesa i wyż­szy rangą. Mając na uwa­dze fakt, że ist­niała cała seria nie­wy­tłu­ma­czal­nych strat na rzecz KGB, któ­rych nie można było przy­pi­sać Ame­sowi, CIA i FBI otwo­rzyły trwa­jące nie­mal trzy dekady polo­wa­nie na następ­nego szpiega KGB na najwyż­szych szcze­blach CIA.

Na początku okre­ślano go mia­nem "wiel­kiej sprawy", aż w końcu część śled­czych zaczęła go nazy­wać Czwar­tym26, czyli kolej­nym po pierw­szych trzech podwój­nych agen­tach pra­cu­ją­cych przy spra­wach rosyj­skich: Ame­sie, ofi­ce­rze pro­wa­dzą­cym CIA Edwar­dzie Lee Howar­dzie i agen­cie spe­cjal­nym FBI Rober­cie Hans­se­nie. Howard zbiegł do Rosji w 1984 roku, a Hans­sen został aresz­to­wany w 2001. Wszy­scy trzej źle skoń­czyli: Ames i Hans­sen odsia­dują wyroki doży­wo­cia, a Howard w Moskwie zła­mał krę­go­słup.

Danych Czwar­tego ni­gdy nie ujaw­niono publicz­nie. Został on dotąd jedy­nie oskar­żony o dzia­łal­ność szpie­gow­ską. Do dziś pozo­staje Świę­tym Gra­alem ame­ry­kań­skiego kontr­wy­wiadu. FBI jest prze­ko­nane co do jego ist­nie­nia, dla­tego na­dal pro­wa­dzi śledz­two w tej spra­wie. Pro­blem polega jed­nak na tym, że usi­łuje zła­pać kogoś, kto wie, jak grać, żeby wygrać.

Dwa

Dwa

Need-to-know - zasada wie­dzy uza­sad­nio­nej; ogra­ni­cza­nie liczby osób zazna­jo­mio­nych z daną tajem­nicą do abso­lut­nego mini­mum.

Lan­gley, Vir­gi­nia, 1996

PRZE­BŁY­SKI tam­tych wyda­rzeń dotarły do mnie kilka lat póź­niej, w marcu 1996 roku, kiedy razem z moim sze­fem, Bil­lem Lofgre­nem, zosta­li­śmy wezwani do Bia­łego Domu w spra­wie, któ­rej już nie pamię­tam.

Lofgren dowo­dził wtedy wydzia­łem ope­ra­cyj­nym odpo­wie­dzial­nym za komórki tere­nowe w byłym Związku Radziec­kim oraz w Euro­pie Wschod­niej. Ja z kolei nad­zo­ro­wa­łem pod­le­ga­jące mu komórki w Azji Cen­tral­nej i na Kau­ka­zie. Nasza praca pole­gała wów­czas przede wszyst­kim na cza­ro­wa­niu nowych służb wywia­dow­czych powsta­łych po roz­pa­dzie KGB i prze­ko­ny­wa­niu ich, że nie jeste­śmy już wro­gami. Ponie­waż CIA nie należy do szkół wdzięku, wydaje mi się, że nie odno­si­li­śmy suk­ce­sów w tej dzie­dzi­nie.

Obaj z Lofgre­nem wole­li­by­śmy dzia­łać w tere­nie, mimo to sta­ra­li­śmy się dawać z sie­bie wszystko w Lan­gley. Obaj pocho­dzimy z Kolo­rado, a on doce­niał to, że mówię pro­sto z mostu i nie włażę w tyłek. Razem prze­by­li­śmy pół drogi dookoła świata na pokła­dzie samo­lotu Gul­fstream naszego dyrek­tora. Pod­czas tej podróży odby­li­śmy wiele niby-dyplo­ma­tycz­nych roz­mów do póź­nych godzin noc­nych. Chyba się wtedy spi­sa­łem, bo zasłu­ży­łem na pewien sto­pień zaufa­nia. A przy­naj­mniej taki, do któ­rego szpie­dzy mogą sobie wza­jem­nie ufać. Inną rze­czą, która nas łączyła, była skłon­ność do walki z wia­tra­kami. Cho­ciaż ni­gdy tego w ten spo­sób nie okre­śla­li­śmy. Obaj dąży­li­śmy do odkry­cia prawdy - nawet w ciem­nych i nie­do­stęp­nych zaka­mar­kach Lan­gley, gdzie nie­ła­two było ją odna­leźć.

Wra­ca­li­śmy do Lan­gley wzdłuż Geo­rge Washing­ton Par­kway, kiedy nagle Lofgren oświad­czył, że ma już dość i czas przejść na eme­ry­turę. Wyja­śnił przy tym, że aby zapew­nić wykształ­ce­nie wszyst­kim swoim dzie­ciom, potrze­buje eme­ry­tury i kolej­nej dodat­ko­wej pracy.

- Ale jest pewna nie­do­koń­czona sprawa, która nie daje mi spo­koju - powie­dział jakby sam do sie­bie.

Cze­ka­łem, aż wyja­śni, o co cho­dzi, ale on zamilkł, ewi­dent­nie zasta­na­wia­jąc się, ile może mi powie­dzieć.

Wjeż­dża­jąc na par­king naprze­ciwko kwa­tery głów­nej, powie­dział:

- Mamy jesz­cze jed­nego.

- Kogo?

- KGB ma u nas kogoś w tym budynku, na górze.

Lofgren wska­zał na siódme pię­tro, na któ­rym urzę­duje kie­row­nic­two CIA, z któ­rego roz­ciąga się widok na Poto­mac, oczy­wi­ście naj­ład­niej­szy w porów­na­niu z innymi.

Głu­pawo popa­trzy­łem do góry, jak­bym się spo­dzie­wał zoba­czyć kolej­nego Amesa zer­ka­ją­cego na nas stam­tąd.

Byłem cie­kaw, o czym, do cho­lery, jest mowa, ale zada­wa­nie zbyt wielu pytań doty­czą­cych Rosji w post-Ame­so­wej CIA było naj­lep­szą drogą do kło­po­tów. Więc nie pyta­łem o nic. Kiedy Lofgren, zgod­nie z obiet­nicą, odszedł na eme­ry­turę, byłem prze­ko­nany, że już wię­cej nie usły­szę o tej spra­wie.

Dopiero dwa­dzie­ścia trzy lata póź­niej, w marcu 2019 roku, kret z siód­mego pię­tra poja­wił się ponow­nie tanecz­nym kro­kiem w moim życiu. A bar­dziej pre­cy­zyj­nie: cał­ko­wi­cie je zajął.

Minęło już dwa­dzie­ścia lat, od kiedy odsze­dłem z CIA i zają­łem się pisa­niem ksią­żek. W taki czy inny spo­sób wszyst­kie one doty­czyły mojej pracy w Agen­cji. Ale gdy powie­dzia­łem już wszystko, co mia­łem do powie­dze­nia na temat wywiadu, pod­ją­łem sta­now­czą decy­zję, że znajdę inny temat.

Przez te wszyst­kie lata utrzy­my­wa­łem kon­takty z Lofgre­nem. Zazwy­czaj spo­ty­ka­li­śmy się na lunch przy jed­nym piwie razem z kil­koma eme­ry­to­wa­nymi kole­gami z daw­nych cza­sów. Lofgren cier­piał wów­czas na począt­kowe sta­dium otę­pie­nia z cia­łami Lewy'ego (postę­pu­jąca cho­roba neu­ro­de­ge­ne­ra­cyjna), co ozna­czało, że to ja byłem kie­rowcą.

Pew­nego dnia wra­ca­li­śmy z jed­nego z takich spo­tkań i kiedy dojeż­dża­li­śmy już do jego domu, nagle Lofgren oświad­czył:

- Chyba wiem, kto jest kre­tem KGB.

Mogłem się jedy­nie domy­ślać, że nawią­zy­wał do naszej roz­mowy z par­kingu przed sie­dzibą CIA w 1996 roku. Mając świa­do­mość, że to wraż­liwy temat, dałem mu mówić i nie zada­wa­łem pytań.

- Cią­gle myślę, czy gdy­bym wtedy jesz­cze tro­chę pocze­kał, to czy uda­łoby się nam go zła­pać.

Tu zro­bił pauzę jak czło­wiek, który chce wyznać strasz­liwą zbrod­nię, która ciąży mu na sumie­niu, a potem wyrzu­cił z sie­bie nazwi­sko.

Mało rze­czy jest w sta­nie wpra­wić mnie w osłu­pie­nie, ale wów­czas zasta­na­wia­łem się, czy nie zje­chać na pobo­cze i nie zażą­dać od Lofgrena wyja­śnie­nia, jakim cudem doszedł do tak dzi­wacz­nego spi­sko­wego wnio­sku. Nie byłem w sta­nie sobie wyobra­zić rze­czywistości, w któ­rej czło­wiek wska­zany przez Lofgrena mógłby pod­jąć tak mroczną decy­zję, jaką jest zgło­sze­nie się do KGB jako szpieg ochot­nik. Nie przy­cho­dziło mi do głowy, jaka mogłaby być jego moty­wa­cja czy też w jaki spo­sób ucho­dziło mu to na sucho przez tyle lat.

Lofgren musiał się mylić. Choć z dru­giej strony ni­gdy nie zda­rzyło mu się snuć teo­rii spi­sko­wych czy oczer­niać kogoś bez­pod­staw­nie. I wcale nie było tak, że nie miał wie­dzy: odgry­wał pierw­sze skrzypce pod­czas pako­wa­nia Amesa za kratki.

Już po aresz­to­wa­niu Amesa widzia­łem wzmianki o kre­cie KGB w wydziale rosyj­skim CIA zarówno w książ­kach, jak i w pra­sie27. Milt Bear­den, poprzed­nik Lofgrena na sta­no­wi­sku szefa wydziału odpo­wie­dzial­nego z Rosję, już po usu­nię­ciu ze sta­no­wi­ska napi­sał arty­kuł dla gazety "Los Ange­les Times", w któ­rym zasu­ge­ro­wał moż­li­wość ist­nie­nia w Agen­cji podwój­nego agenta. Cho­ciaż nie podał jego nazwi­ska, był pierw­szym, który publicz­nie nadał mu przy­do­mek Czwarty28.

Jecha­li­śmy dalej w ciszy, a suge­stia doty­cząca moż­li­wej zdrady przez wymie­nio­nego męż­czy­znę nie dawała mi spo­koju. Jeśli to prawda, mógłby on wyrzą­dzić wię­cej szkód dla bez­pie­czeń­stwa naro­do­wego niż jaki­kol­wiek inny szpieg w histo­rii Ame­ryki, znacz­nie wię­cej niż Ames, Hans­sen i Howard razem wzięci. Posia­dał dostęp do nie­mal wszyst­kich nie­jaw­nych danych w CIA, do danych wszyst­kich agen­tów i ofi­ce­rów pro­wa­dzą­cych, któ­rzy dzia­łali pod przy­kry­ciem. Sta­no­wi­sko dawało mu prawo do zna­jo­mo­ści naj­więk­szych tajem­nic NSA, Depar­ta­mentu Stanu oraz Pen­ta­gonu. KGB nie mogłoby tra­fić lepiej, no chyba że zła­ma­łoby ame­ry­kań­ski sys­tem szy­fro­wa­nia.

Nagle zda­łem sobie sprawę, że nie mam wie­dzy o żad­nych dowo­dach domnie­ma­nej zdrady tego czło­wieka. W wywia­dzie, tak jak w dzien­ni­kar­stwie, każda nad­zwy­czajna hipo­teza wymaga nad­zwy­czaj­nego dowodu. Prę­dzej uwie­rzył­bym w jego winę, gdy­bym na wła­sne oczy zoba­czył w rosyj­skich wia­do­mo­ściach zdję­cia ofiar jego dzia­łal­no­ści wpro­wa­dza­nych w kaj­dan­kach na salę sądową w Moskwie. Tak jak w przy­padku Howarda, Amesa i Hans­sena mie­li­śmy wszyst­kie dowody świad­czące o ich zdra­dzie: ska­za­nych kil­ku­na­stu rosyj­skich agen­tów CIA i FBI. Ale z dru­giej strony, kim byłem, żeby wie­dzieć, jak mogła się poto­czyć histo­ria Czwar­tego.

Po kilku podob­nych roz­mo­wach Lofgren zapro­po­no­wał, żebym odku­rzył śledz­two w spra­wie Czwar­tego i spró­bo­wał ją przy­wró­cić. Nie cho­dziło mu o to, żebym roz­wią­zał tę zagadkę, nie mówiąc o zapusz­ko­wa­niu Czwar­tego, skoro nawet FBI nie dało rady. Lofgren miał nadzieję, że jeśli zacznę odgrze­by­wać tę sprawę, dowie się o tym Czwarty i w ten spo­sób zapłaci za swoje grze­chy, cho­ciażby bez­sen­nymi nocami. Oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że jest winny, bo w prze­ciw­nym razie wyśmieje moje przed­się­wzię­cie jako spi­skowe bzdury i nie poświęci mu nawet sekundy. W każ­dym razie spę­dzi­łem tyle czasu w CIA za cza­sów zim­nej wojny, że wie­dzia­łem, że i tak przyjmę wyzwa­nie Lofgrena, bez względu na to, jak bar­dzo wyda­wało się ono don­ki­szo­tow­skie.

Moja przy­goda z CIA jesz­cze się nie skoń­czyła; i to by było na tyle, jeśli cho­dzi o zna­le­zie­nie innego tematu na książkę.

W CIA rzadko zda­rzało mi się pra­co­wać nad tzw. rosyj­skim celem. Zamiast tego wyra­bia­łem godziny na uli­cach takiego czy innego zruj­no­wa­nego impe­rium - Sara­jewa, Bej­rutu, Char­tumu i podob­nych. Nazy­wano to "łatwymi celami". Jed­nak pra­co­wa­łem z ludźmi, któ­rzy poświę­cili swoje całe kariery na obser­wo­wa­nie poczy­nań Związku Radziec­kiego, i byłem pewien, że pomogą mi oni zna­leźć sens w całym tym pościgu za Czwar­tym.

Kiedy zaczą­łem obdzwa­niać byłych kole­gów, żeby zapy­tać o Czwar­tego i KGB, roz­mowy zazwy­czaj zaczy­nały się od szcze­rego: "Wspa­niale cię sły­szeć". Kiedy jed­nak tylko moi roz­mówcy orien­to­wali się, o czym chcę roz­ma­wiać, w ich gło­wach prze­ska­ki­wała zapadka i w oka­mgnie­niu zmie­niali się w zamknię­tych i wyco­fa­nych jak sowieccy apa­rat­czycy. Ewi­dent­nie sądzili, że abso­lut­nie nie powi­nie­nem posiąść wie­dzy na temat Czwar­tego, na temat śledz­twa czy nawet rze­czy pośred­nio zwią­za­nych z tą sprawą. A co za tym idzie, mogłem spa­dać na drzewo. Część moich roz­mów­ców po pro­stu kła­mała, a kilku nawet uda­wało, że ni­gdy nie sły­szeli o Czwar­tym, cho­ciaż wiem, że to nie­prawda. Szcze­rze mówiąc, byłem zasko­czony bez­sen­sow­no­ścią ich kłamstw po tylu latach. To tak, jakby zaprze­czali, że pra­co­wa­li­śmy razem w CIA.

Wła­ści­wie nie wiem dla­czego, ale na początku byłem na tyle naiwny, że sądzi­łem, że do wskrze­sze­nia śledz­twa w spra­wie Czwar­tego wystar­czy jedy­nie zebra­nie ponow­nie sta­rej bandy i odwo­ła­nie się do kole­żeń­skich rela­cji. Myśla­łem, że dzięki wspól­nej wro­dzo­nej cie­ka­wo­ści razem rzu­cimy nieco świa­tła na tę zagadkę. Głu­pio zakła­da­łem, że do tego czasu opadł już kurz podejrz­li­wo­ści i para­noi cią­gną­cych się za Czwar­tym. W końcu minęło już pra­wie ćwierć wieku od roz­po­czę­cia przez CIA docho­dze­nia. Jed­nak moje szczere nadzieje doty­czące sprawy z prze­szło­ści spa­dły na jałowy grunt. Czy ci ludzie posia­dali jakąś głę­boką tajem­nicę, któ­rej ni­gdy nie ujaw­nią? Być może. Cho­ciaż myślę, że po pro­stu wsty­dzili się za orga­ni­za­cję, któ­rej oddali życie. Nikt na eme­ry­tu­rze nie chciałby mieć świa­do­mo­ści, że nie było warto.

Z pew­no­ścią czas nie skru­szył ślu­bów mil­cze­nia zło­żo­nych przez Hugh "Teda" Price'a. W prze­szło­ści zaj­mo­wał on sta­no­wi­sko szefa depar­ta­mentu ope­ra­cyj­nego i zle­cił roz­po­czę­cie pościgu za Czwar­tym. Zadzwo­ni­łem do niego z nadzieją, że przy­naj­mniej wykaże zain­te­re­so­wa­nie tym, jaki prze­bieg miała ta sprawa po jego przej­ściu na eme­ry­turę w 1995 roku. Jed­nak on szybko uciął temat, stwier­dza­jąc, że nie jest zain­te­re­so­wany roz­mową o prze­szło­ści. Dodał, że żyje teraz teraź­niej­szo­ścią, i tyle. Zmarł jesz­cze w trak­cie pisa­nia tej książki. Z podob­nym dystan­sem potrak­to­wał mnie jego poprzed­nik na sta­no­wi­sku, Tom Twet­ten, który miał pecha kie­ro­wać depar­ta­men­tem ope­ra­cyj­nym w cza­sie, kiedy odkryto Amesa. Twet­ten był moim prze­ło­żo­nym, gdy pra­co­wa­łem za gra­nicą, ale to nie pomo­gło w prze­ła­ma­niu lodów. Jak stwier­dził, pro­blem sta­no­wił Ames, wyłącz­nie on. Ozna­czało to, że nie ma sensu cią­gnąć tematu. Z kolei Mike Sulick, inny były szef depar­ta­mentu ope­ra­cyj­nego oraz szef dele­ga­tury w Moskwie, stwier­dził, że nie wie­rzy w ist­nie­nie Czwar­tego. Zazna­czył, że ow­szem, w CIA było pro­wa­dzone docho­dze­nie29 doty­czące szy­franta, ale utknęło w mar­twym punk­cie. Nato­miast James Clap­per, były dyrek­tor Wywiadu Naro­do­wego, oraz były dyrek­tor CIA Mike Hay­den zapew­nili mnie, że ni­gdy nie sły­szeli o Czwar­tym. Zasta­na­wia­łem się, jak to moż­liwe, skoro z tego, co wiem, pościg za Czwar­tym był nie­wąt­pli­wie naj­waż­niej­szą zagadką szpie­gow­ską w histo­rii Ame­ryki.

Zadzwo­ni­łem też do byłego szefa dele­ga­tury w Afryce Wschod­niej. Tego, który na początku nie ufał Maxowi30. Jed­nak on stwier­dził z całą sta­now­czo­ścią, że kiedy zaj­mo­wał to sta­no­wi­sko, dele­ga­tura nie miała żad­nych agen­tów z KGB ani kan­dy­da­tów na agen­tów, nad któ­rymi pra­co­wali ofi­ce­ro­wie pro­wa­dzący, w żar­go­nie CIA deve­lop­men­tals. Roz­wa­ża­łem, czy nie zapy­tać go, jaki sens ma teraz kry­cie Maxa, skoro od dawna nie pro­wa­dził on dzia­łal­no­ści i znaj­do­wał się, powiedzmy, poza zasię­giem KGB. Nie wspo­mi­na­jąc, że do tego czasu zna­łem histo­rię Maxa lepiej niż on31. Jed­nak było to pyta­nie, na które nie uzy­skał­bym odpo­wie­dzi.

Moi roz­mówcy im byli niżej rangą, tym mniej świa­tła rzu­cali na całą sprawę. Były szef ope­ra­cji na kie­runku rosyj­skim był zszo­ko­wany, że w ogóle sły­sza­łem o spra­wie Czwar­tego32. Ale przy­znał, że po Ame­sie ist­niał rosyj­ski podwójny agent, który przy­czy­nił się do ogrom­nych strat. - Nie uwie­rzył­byś, jakie nazwi­ska zna­la­zły się na liście podej­rza­nych - powie­dział. Na odczep­nego rzu­cił jesz­cze, że Rosja­nie cza­sami okre­ślali go jako Siem, czyli "Sie­dem" po rosyj­sku. A potem dodał, że Czwarty był w jakiś spo­sób powią­zany ze śledz­twem w spra­wie podej­rza­nej śmierci ofi­cera MI6 w Lon­dy­nie, który pra­co­wał na kie­runku rosyj­skim. Nie­szczę­śnik zgi­nął pew­nego sobot­niego wie­czora w wyniku nie­wy­ja­śnio­nego dotąd ataku w cen­trum Lon­dynu33. Spy­ta­łem, czy jest moż­liwe, że to Rosja­nie go zabili z powodu cze­goś, czego dowie­dział się na temat Czwar­tego. Jed­nak mój roz­mówca naj­wy­raź­niej zde­cy­do­wał, że posu­nął się za daleko, i powie­dział, że musi już koń­czyć. Potem już nie odbie­rał moich tele­fo­nów.

Inny były szef ope­ra­cji na kie­runku rosyj­skim popra­wił mnie, twier­dząc, że rosyj­ski podwójny agent ni­gdy nie był nazy­wany Czwar­tym, ale Trze­cim. Doszedł do takiego wnio­sku, usu­wa­jąc z wyli­czanki Howarda, który był raczej dezer­te­rem niż podwój­nym agen­tem. Jed­nak pomi­ja­jąc nume­ro­wa­nie, mój roz­mówca nie miał wąt­pli­wo­ści, że w CIA ist­niał rosyj­ski kret na znacz­nie wyż­szym sta­no­wi­sku niż Ames. - Za dużo na to wska­zy­wało, żeby mieć wąt­pli­wo­ści - pod­kre­ślił. - Trop pro­wa­dził aż do siód­mego pię­tra - dodał, nie wda­jąc się w szcze­góły. Według tego szefa ope­ra­cji na kie­runku rosyj­skim Trzeci był tak dobrze usta­wiony, że szkody przez niego wyrzą­dzone wie­lo­krot­nie prze­wyż­szają te, do któ­rych przy­czy­nił się Ames. Oprócz znacz­nej liczby wraż­li­wych infor­ma­cji miał prze­ka­zać Rosja­nom m.in. uzgod­nie­nia poczy­nione pod­czas roz­mów Jel­cyna z Clin­to­nem. KGB, jak wyja­śnił, wyko­rzy­stało te doku­menty jako broń, wyma­chu­jąc nimi Jel­cy­nowi przed nosem w for­mie ostrze­że­nia, że jeśli będzie za bar­dzo spo­ufa­lał się z Ame­ry­ka­nami, KGB dowie się o tym i wymie­rzy mu karę. W tym momen­cie mój były współ­pra­cow­nik posta­wił gra­nicę, odma­wia­jąc odpo­wie­dzi na pyta­nia, kto jego zda­niem był Trze­cim czy skąd posia­dał wie­dzę o infor­ma­cjach prze­ka­za­nych przez Trze­ciego Rosja­nom. A kiedy zapy­ta­łem, dla­czego tak trudno prze­bić się przez tę histo­rię, zło­wiesz­czo odpo­wie­dział: "Rosja­nie zro­bią wszystko dla ochrony Trze­ciego".

Kiedy w roz­mo­wie z Sandy Gri­mes, jedną z głów­nych śled­czych w spra­wie Amesa, wspo­mnia­łem o aler­gicz­nej reak­cji, z jaką spo­ty­kają się pyta­nia o Czwar­tego, była zadzi­wiona moją naiw­no­ścią. Powie­działa wów­czas, że nawet kiedy ist­niała już znaczna liczba dowo­dów prze­ciwko Ame­sowi, nikt na siód­mym pię­trze nie chciał sły­szeć, że wydział ope­ra­cji rosyj­skich w CIA może mieć kreta z KGB34. Nie brali nawet pod uwagę, że doj­dzie do aresz­to­wa­nia podwój­nego agenta za ich wła­dzy. Dla­czego więc teraz mia­łoby być ina­czej? Wspo­mniany szef wydziału ope­ra­cji rosyj­skich, który powie­dział mi o Trze­cim, też mówił, że kie­dyś on tak samo jak teraz zde­rzył się z murem. Kiedy był począt­ku­ją­cym ofi­ce­rem pro­wa­dzą­cym i wpadł na poten­cjalny trop podwój­nego agenta, który miał być odpo­wie­dzialny za czystkę wśród rosyj­skich agen­tów w latach 1985-1986, jego ówcze­sny prze­ło­żony, szef wydziału ds. sowiec­kich, Bur­ton Ger­ber, szy­dził z całej sprawy i zbył go, trak­tu­jąc jak wariata, który zawraca wszyst­kim głowę swo­imi mrocz­nymi teo­riami spi­sko­wymi. Potem kariera mojego roz­mówcy zaczęła nagle piko­wać. Został zmu­szony do opusz­cze­nia depar­ta­mentu ope­ra­cyj­nego i prze­nie­siono go do depar­ta­mentu wywiadu, co dla ofi­cera pro­wa­dzą­cego porów­ny­walne jest do czyśćca. Do ope­ra­cyj­nego wró­cił potem dzięki Lofgre­nowi35.

Na szczę­ście zna­la­zło się parę osób bez­po­śred­nio zaan­ga­żo­wa­nych w sprawę Czwar­tego, które zechciały ze mną poroz­ma­wiać. Naj­le­piej, jak potra­fili, przed­sta­wili mi dowody, które prze­ciwko niemu ist­niały. Odkry­cie tego, jak bez­względna siła jest w sta­nie skru­szyć prawdę nio­sącą kon­se­kwen­cje nawet takiego kali­bru, było naj­bar­dziej przy­krym doświad­cze­niem w ich karie­rze. Nie dziwi więc, że naj­le­piej zapa­mię­tali wyda­rze­nia, które miały miej­sce już po zakoń­cze­niu śledz­twa. Zna­la­zło się też kil­ka­na­ście osób na tyle uprzej­mych, żeby opo­wie­dzieć mi o sze­ro­kim tle sprawy Czwar­tego. Była wśród nich nie­dawna dyrek­tor CIA, którą infor­mo­wano o Czwar­tym36.

W ich opo­wia­da­niach było wiele nie­ści­sło­ści, ale to nic dziw­nego, bio­rąc pod uwagę, ile minęło lat i jak nie­do­sko­nała jest pamięć ludzka. Na przy­kład wspo­mnie­nia moich roz­mów­ców róż­niły się co do praw­dzi­wo­ści ist­nie­nia planu, aby Max wła­mał się do sejfu, w któ­rym trzy­mano doku­menty doty­czące Czwar­tego. Nie byłem też w sta­nie jed­no­znacz­nie usta­lić, czy Cor­bin rze­czy­wi­ście zabrał wtedy Maxa na ryby. Szef depar­ta­mentu, który nad­zo­ro­wał sprawy rosyj­skie, John Mac­Gaf­fin, pamię­tał wyjazd tych dwóch na ryby. Jed­nak już inni z Gre­en­brier byli prze­ko­nani, że to nie­prawda. Kolej­nym przy­kładem jest prze­ko­nanie Cor­bina, że Max poin­for­mo­wał go o spo­tka­niu Amesa z czło­wie­kiem z KGB w Cara­cas, pod­czas gdy inni twier­dzili z całą sta­now­czo­ścią, że to była Bogota. Były też inne detale, co do któ­rych chciał­bym uzy­skać potwier­dze­nie, ale nie byłem w sta­nie. Ponadto dużym pro­ble­mem było usta­le­nie chro­no­lo­gii wyda­rzeń. Musia­łem mocno się sta­rać, żeby wszystko było spójne. Tak się składa, jeśli to jesz­cze nie jest oczy­wi­ste, że przy pisa­niu tej książki nie otrzy­ma­łem żad­nej pomocy od CIA. Osta­tecz­nie jed­nak myślę, że zdo­ła­łem uzy­skać satys­fak­cjo­nu­jąco poskła­dany obraz śledz­twa w spra­wie Czwar­tego, a przy­naj­mniej jego pierw­szych eta­pów. Mimo wielu zastrze­żeń i popra­wek wyni­ka­ją­cych z luk we wspo­mnie­niach moich źró­deł histo­ria tego kali­bru zasłu­guje na opo­wie­dze­nie.

Momen­tami moja opo­wieść może powo­do­wać zawroty głowy przez jej głę­bo­kość i zło­żo­ność. Zna­łem więk­szość osób z listy podej­rza­nych w spra­wie Czwar­tego, jed­nak w żad­nej z nich nie widzia­łem ani śladu zdrajcy. Na moje oko wszy­scy byli poza podej­rze­niem. Ponadto pod­czas pracy nad tą sprawą wie­lo­krot­nie uświa­da­mia­łem sobie, że znam tylko wyci­nek całej histo­rii, przy czym jest to wyci­nek cze­goś ogrom­nego, obej­mu­ją­cego zasię­giem impe­ria i cią­gną­cego się przez dzie­się­cio­le­cia aż do dziś. Na koniec - jeden z głów­nych podej­rza­nych na­dal żyje i jest wobec niego pro­wa­dzone śledz­two przez FBI37. Kiedy infor­ma­cje o tej książce dotrą do prasy, mogą wypły­nąć nowe, sen­sa­cyjne fakty. Kto wie, jakie rze­czy mogą jesz­cze ujrzeć świa­tło dzienne? Moja praca nad tą opo­wie­ścią ozna­czała namie­rza­nie luk w poplą­ta­nej paję­czy­nie fak­tów i cią­głe balan­so­wa­nie na gra­nicy pomię­dzy podej­rze­niem a dowo­dem.

Jeden twardy wnio­sek, jaki się wyło­nił, to że Czwarty, kret na naj­wyż­szych szcze­blach CIA, nie jest mitem. Nie można mieć co do tego wąt­pli­wo­ści. Zbyt dużo wia­ry­god­nych pra­cow­ni­ków Agen­cji ma pew­ność co do ist­nie­nia jesz­cze jed­nego kreta, żeby myśleć ina­czej38. Jed­nak nie mam zupeł­nie moż­li­wo­ści usta­le­nia jego toż­sa­mo­ści, dla­tego mogę jedy­nie opi­sać tę histo­rię. I nie­ważne, czy śled­czy namie­rzyli wła­ści­wego podej­rza­nego i czy jest on rze­czy­wi­ście naj­więk­szym zdrajcą w histo­rii Ame­ryki, czy został tylko zmy­ślony przez rosyj­ski wywiad, żeby zwieść CIA i FBI, nie­mniej opo­wieść o spra­wie Czwar­tego wyja­śnia też, jakie są Ame­ryka i Rosja, i obecną sytu­ację na świe­cie.

Trzy

Trzy

Kret - okre­śle­nie podwój­nego agenta zwer­bo­wa­nego lub umiesz­czo­nego w sze­re­gach służby spe­cjal­nej. W krę­gach wywia­dow­czych okre­ślany jako pene­tra­tion (prze­ni­ka­nie, infil­tra­cja).

Lan­gley, Vir­gi­nia, 1991

JEDNĄ Z PRZY­CZYN, dla któ­rych zła­pa­nie arcyz­drajcy Amesa zajęło aż dzie­więć lat - od kiedy zaczął szpie­go­wać dla KGB w 1985 roku do aresz­to­wa­nia w lutym 1994 - był fakt, że CIA odpu­ściło sobie poszu­ki­wa­nie kre­tów KGB. Kiedy upadł mur ber­liń­ski w 1989 roku, histo­ria zbyt­nio przy­spie­szyła, aby agenci mieli czas się nad tym zasta­na­wiać. A potem, po roz­pa­dzie ZSRR w 1991 roku, świat sta­nął na gło­wie, podob­nie CIA. Ści­ga­nie szpie­gów KGB wyszło wtedy z mody.

Milt Bear­den, szef wydziału CIA nad­zo­ru­ją­cego szpie­go­wa­nie Rosji (Cen­tral Eura­sia Divi­sion), okre­ślił wów­czas bitwy sto­czone w cza­sie zim­nej wojny, jej ofiary oraz samą Rosję jako nędz­nych prze­gra­nych. Docho­dziły do nas wtedy infor­ma­cje, że Bear­den zaczął roz­po­wia­dać, że rosyj­skie dupki zostały zmie­szane z bło­tem, a z całego kraju nie zostało nic wię­cej, jak Górna Wolta z ato­mów­kami. Według niego Rosja, tak jak każde pań­stwo z Trze­ciego Świata, potrze­bo­wała od Zachodu raczej pomocy niż wro­gich dzia­łań. Pomimo na­dal nie­wy­ja­śnio­nej utraty sowiec­kich agen­tów w latach 1985-1986, naj­więk­szej klę­ski w histo­rii CIA, Bear­den szcze­rze wie­rzył, że ostat­nią rze­czą potrzebną teraz Rosji i CIA było polo­wa­nie na krety z cza­sów zim­nej wojny. Trzeba mu jed­nak przy­znać, że, jak opi­sał to w swo­jej książce, sta­no­wi­sko to popie­rali jego prze­ło­żeni, któ­rzy chcieli, aby wpro­wa­dził reformę w depar­ta­men­cie i wyko­rze­nił nie­zdrową obse­sję na punk­cie KGB39.

Zawa­diacki mię­śniak z Okla­homy, czę­sto brany za Tek­sań­czyka - taki wła­śnie był Bear­den. Byłem jego pod­wład­nym w Suda­nie, gdzie mogłem obser­wo­wać jego bły­sko­tli­wość. Był to czło­wiek o sze­ro­kich hory­zon­tach, bar­dziej poli­tyk niż pra­cow­nik służb, potra­fił szybko for­mu­ło­wać myśli i uro­kiem oso­bi­stym toro­wać sobie drogę do wła­dzy. Jego talent oka­zał się nie­zbędny, kiedy kie­ro­wał komórką w Isla­ma­ba­dzie, gdzie nad­zo­ro­wał dozbra­ja­nie afgań­skich mudża­he­di­nów, obdar­tych bojow­ni­ków, któ­rzy przy­czy­nili się do początku końca Związku Radziec­kiego. A jeśli cho­dzi o dba­nie o pod­wład­nych, Bear­den był jed­nym z naj­lep­szych sze­fów, jakich mia­łem.

Jed­no­cze­śnie jestem w sta­nie zro­zu­mieć, dla­czego nic nie prze­ko­ny­wało zim­no­wo­jen­nych zatwar­dzia­łych wojow­ni­ków w jego depar­ta­men­cie. A na doda­tek Bear­den otwar­cie poin­for­mo­wał ich, że jego zda­niem Rosja jest dla USA takim samym zagro­że­niem, jeśli cho­dzi o dzia­łal­ność szpie­gow­ską, jak tra­dy­cyjni sojusz­nicy - Niemcy czy Dania. Ozna­czało to ni mniej, ni wię­cej, że przy­szedł czas, aby z tym, co zostało po KGB, obcho­dzić się łagod­nie. Dla wspo­mnia­nych zim­no­wo­jen­nych wojow­ni­ków była to czy­sta here­zja, ale nie mogli nic na to pora­dzić. Bear­den pole­cił odstrzał co do jed­nego rosyj­skich agen­tów CIA w Moskwie. Poja­wiła się nawet plotka, że roz­wa­żał zle­cić ofi­ce­rom pro­wa­dzą­cym odwie­dze­nie ich oso­bi­ście w domach w celu prze­ka­za­nia infor­ma­cji o zwol­nie­niu ze współ­pracy. Inna, jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­jąca plotka mówiła o tym, że Bear­den chciał wydać agen­tów rosyj­skim służ­bom. Nic takiego się nie wyda­rzyło, ale Bear­den osta­tecz­nie zakoń­czył pro­wa­dze­nie rosyj­skich ofi­ce­rów wywiadu i odrzu­cał nie­mal każdą pro­po­zy­cję ze strony chęt­nych do szpie­go­wa­nia dla CIA. Wśród takich osób zna­lazł się Wasi­lij Mitro­chin, archi­wi­sta KGB, który wywiózł z Rosji skarb­nicę tajem­nic. Na domiar złego Bear­den naka­zał znisz­cze­nie bazy rosyj­skich danych kontr­wy­wia­dow­czych. Sądził, że nie jest ona już potrzebna, a poza tym Rosja­nie byliby ura­żeni, gdyby dowie­dzieli się, że CIA na­dal nie spusz­cza z nich oka.

Nikt nie śmiał sprze­ci­wiać się Bear­de­nowi, bo jasno dał do zro­zu­mie­nia, że jeśli cho­dzi o stra­te­gię, Rosja jest jego chase gardeé (domena, działka)40. Każdy, kto odwa­żyłby się temu sprze­ci­wić, zostałby usu­nięty z depar­ta­mentu i otrzy­małby syne­kurę za biur­kiem, przy­kła­dowo na kie­runku luk­sem­bur­skim. Sze­re­gowi pra­cow­nicy mogli więc jedy­nie obser­wo­wać z dez­apro­batą, jak Bear­den i całe CIA popa­dają w zauro­cze­nie nowym przy­ja­cie­lem Ame­ryki - Rosją41.

Mając na uwa­dze histo­rię, Bear­den uwzględ­niał jeden wyją­tek, jeśli cho­dzi o szpie­go­wa­nie Rosji - była to poli­tyka Kremla. Otwar­cie i czę­sto narze­kał na nie­zdol­ność CIA do prze­wi­dze­nia upadku muru ber­liń­skiego oraz próby zama­chu stanu prze­ciwko wła­dzy Gor­ba­czowa doko­na­nej przez KGB i rady­kal­nych człon­ków par­tii komu­ni­stycz­nej w sierp­niu 1991 roku. Były to nie­wy­ba­czalne błędy i Bear­den dokła­dał wszel­kich sta­rań, aby nic podob­nego nie zda­rzyło się pod jego kie­row­nic­twem. W związku z tym sądził, że można by zary­zy­ko­wać zwer­bo­wa­niem szpiega z rządu Borysa Jel­cyna, a może nawet jakie­goś wyso­kiego rangą gene­rała, aby mieć oko na rosyj­ską armię. Ale poza tym jed­nym przy­pad­kiem Bear­den zakoń­czył zim­no­wo­jenne tajem­ni­cze gierki: KGB się skoń­czyło i nie było sensu o tym dalej dys­ku­to­wać.

Wspo­mniani zim­no­wo­jenni wojow­nicy mimo wszystko w czę­ści zga­dzali się z Bear­de­nem. CIA rze­czy­wi­ście nie zdo­łało prze­wi­dzieć zama­chu stanu z sierp­nia 1991. Jed­nak mieli kontr­ar­gu­ment w tej spra­wie, a mia­no­wi­cie: nie było to moż­liwe, gdyż Agen­cja nie miała w tam­tym cza­sie w Moskwie war­to­ścio­wych rosyj­skich agen­tów, w dużej mie­rze z powodu strat ponie­sio­nych w latach 1985-1986. Ich argu­men­ta­cja spro­wa­dzała się do tego, co ich zda­niem powinno być oczy­wi­ste dla Bear­dena: CIA nie mogło zwer­bo­wać źró­dła na Kremlu bez uprzed­niego oczysz­cze­nia wła­snych sze­re­gów z rosyj­skich kre­tów, a jedy­nym spraw­dzo­nym spo­so­bem, by to osią­gnąć, było zwer­bo­wa­nie rosyj­skiego szpiega, który miał wie­dzę na ich temat. Sytu­acja ule­gła takiemu zaostrze­niu, że zastępca Bear­dena, Paul Red­mond, zapro­po­no­wał mu debatę na temat korzy­ści ze szpie­go­wa­nia KGB. Roz­da­wał nawet w depar­ta­men­cie ulotki na temat tego wyda­rze­nia. Bear­den wkrótce jed­nak odsu­nął Red­monda i skie­ro­wał go do kontr­wy­wiadu42, aby nie zawra­cał nikomu głowy i zajął się tym, co naprawdę lubił: poszu­ki­wa­niem rosyj­skich szpie­gów.

Red­mond zapa­mię­tał te wyda­rze­nia ina­czej. Opo­wia­dał mi, że to Tom Twet­ten, szef depar­ta­mentu ope­ra­cyj­nego, usu­nął go z wydziału odpo­wie­dzial­nego z ope­ra­cje rosyj­skie. Miał go wezwać pew­nego dnia na siódme pię­tro i nawet nie pro­po­nu­jąc, żeby usiadł, prze­ka­zał, że jest "zbyt angle­toń­ski" do tej pracy. Porów­nał go w ten spo­sób do Jamesa Jesusa Angle­tona, byłego szefa wydziału kontr­wy­wia­dow­czego, który bar­dzo namie­szał w CIA w poszu­ki­wa­niu kre­tów KGB. Red­mond twier­dził, że w pew­nym momen­cie Twet­ten nawet pró­bo­wał prze­nieść Angle­tona do Bang­koku43, ale ten odmó­wił. Nie­ważne, czy to Bear­den, czy Twet­ten, sprawa spro­wa­dzała się do jed­nego: wete­rani kontr­wy­wiadu, jak Red­mond, mieli świa­do­mość cze­goś, czego nie chcieli dostrzec ich prze­ło­żeni, a co stało się oczy­wi­ste po aresz­to­wa­niu Amesa.

Tym, co mar­twiło zim­no­wo­jen­nych wojow­ni­ków pozo­sta­łych po refor­mie w depar­ta­men­cie Bear­dena, był fakt, jak CIA nie­wiele wie­działo na temat rosyj­skich służb wywia­dow­czych, głów­nie z powodu ich ogrom­nego roz­miaru i roz­pię­to­ści. W swo­ich naj­lep­szych latach, w 1988 roku, KGB zatrud­niało 480 tysięcy ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy44. Jeśli dodać do tego setki tysięcy infor­ma­to­rów i współ­pra­cow­ni­ków, służba ta była jak Lewia­tan trudna do obję­cia umy­słem nawet dla samych Rosjan. Nic dziw­nego, że jak cały Zwią­zek Radziecki, także KGB cecho­wały biu­ro­kra­tyczna nie­wy­dol­ność i mimo­wolne błędy, jed­nak miało ono wystar­cza­jąco dużo bystrych ofi­ce­rów, goto­wych z odda­niem słu­żyć Związ­kowi Radziec­kiemu, w tym pro­wa­dzić wysoko posta­wio­nych podwój­nych agen­tów, jakim był Czwarty, aby nie dać się zła­pać. KGB potra­fiło być bar­dzo dobre, kiedy miało taką potrzebę. Nie wia­domo było, kto dla nich szpie­guje, a kto nie.

Kiedy w paź­dzier­niku 1991 Gor­ba­czow decy­do­wał o roz­wią­za­niu KGB, miał na celu przy­tę­pie­nie jego pazu­rów. Naj­bar­dziej rady­kalną zmianą było odcię­cie kontr­wy­wiadu (Pierw­szego Zarządu Głów­nego) od wywiadu (Dru­giego Zarządu Głów­nego). Drugi Zarząd otrzy­mał osta­tecz­nie nazwę FSB, a Pierw­szy - SWR. Zgod­nie z ustawą KGB powinno zmniej­szyć liczeb­ność, stać się cie­niem daw­nego sie­bie. Jed­nak sprawy poto­czyły się ina­czej. Jako dowód można przy­to­czyć tu fakt, że w 1999 roku Putin, chcąc prze­jąć wła­dzę, posta­wił wła­śnie na FSB. A jeśli cho­dzi o SWR, to ni­gdy nie zwol­niło ono tempa w wer­bo­wa­niu i pro­wa­dze­niu agen­tów na całym świe­cie. Można powie­dzieć, że obec­nie jest jesz­cze bar­dziej sku­teczne, bio­rąc pod uwagę zaan­ga­żo­wa­nie oli­gar­chów i ich setki miliar­dów dola­rów skie­ro­wane do finan­so­wa­nia najbar­dziej prio­ry­te­to­wych ope­ra­cji. Dowo­dem na to może być cho­ciażby zaan­ga­żo­wa­nie rosyj­skiego wywiadu w kam­pa­nię pre­zy­dencką Trumpa w 2016 roku.

Jel­cyn miał moż­li­wość zasto­so­wa­nia gła­sno­sti w KGB, ale poza ujaw­nie­niem czę­ści histo­rycz­nych doku­men­tów i roz­gła­sza­niem, jak to znisz­czona została sta­li­now­ska bez­pieka, rewan­ży­ści KGB kon­ty­nu­owali dzia­łal­ność, jakby Zwią­zek Radziecki ni­gdy się nie roz­padł. Nie było nawet mowy, aby pozwo­lili Krem­lowi dyk­to­wać sobie zasady pro­wa­dze­nia ope­ra­cji czy, co waż­niej­sze, pod jego pre­sją ujaw­nili toż­sa­mość swo­ich źró­deł oso­bo­wych bądź kom­pro­mi­tu­jące dane na temat obco­kra­jow­ców i Rosjan. Otwar­cie igno­ro­wali wybra­nego przez Jel­cyna szefa KGB, Wadima Baka­tina, nie sta­ra­jąc się nawet ukryć swo­jej nie­chęci przed prasą. Pucz z 1991 roku być może był nie­udany, ale nie w oczach twar­dzieli z wydziału ope­ra­cyj­nego KGB. Utrzy­mali oni pozy­cje i kon­ty­nu­owali to, co potra­fili robić naj­le­piej - szpie­go­wać wro­gów Rosji.

Osoby w CIA, obser­wu­jące tę sytu­ację, mogły dostrzec wystar­cza­jącą liczbę dowo­dów, że KGB doko­nało jedy­nie tak­tycz­nego wyco­fa­nia, aby zapla­no­wać powrót. Poza zmianą na sta­no­wi­skach oraz zaprze­sta­niem doko­ny­wa­nia egze­ku­cji i wysy­ła­nia milio­nów do guła­gów orga­ni­za­cje powstałe po roz­wią­za­niu KGB były w zasa­dzie takie same, jak utwo­rzona przez Lenina 5 grud­nia 1917 roku bez­względna służba bez­pie­czeń­stwa, trzy­ma­jąca Rosję w żela­znym uści­sku. Ni­gdy nie zaprze­stały bez­praw­nej dzia­łal­no­ści czy prze­mocy. Dowo­dzą tego cho­ciażby nie­dawna fala doko­na­nych przez rosyj­ski wywiad zama­chów, środ­ków aktyw­nych (sabo­taż poli­tyczny i eko­no­miczny) oraz eks­plo­zje w Cze­chach. Poza tym, w odróż­nie­niu od ame­ry­kań­skiego wywiadu, strona rosyj­ska na­dal potrafi chro­nić swoje tajem­nice. Okre­śle­nie KGB jako czar­nej dziury mocno mija­łoby się z prawdą, gdyż ter­min ten nie­sie ze sobą opty­mi­styczne zało­że­nie, że pew­nego dnia pojawi się ktoś z latarką i zapro­po­nuje nam pomoc w oświe­tle­niu tej dziury. Wydaje się, że Jel­cyn rze­czy­wi­ście dał z sie­bie wszystko, jed­nak osta­tecz­nie KGB oka­zało się praw­dziwą czarną dziurą, nie­prze­pusz­cza­jącą świa­tła. Jak­kol­wiek byśmy go jed­nak nazwali, prawda jest taka, że był to po pro­stu kult. (Wła­śnie dla­tego pozwa­lam sobie uży­wać nazwy "KGB" nawet w odnie­sieniu do wyda­rzeń z cza­sów już po roz­pa­dzie tej służby).

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Yevge­nia Albats, The State Within a State (New York: Far­rar, Straus i Giroux, 1944), str. 298: "24 paź­dzier­nika 1991 roku, dwa mie­siące przed tym, jak Zwią­zek Radziecki prze­stał ist­nieć, Michaił Gor­ba­czow zatwier­dził prze­pisy for­mal­nie koń­czące dzia­łal­ność KGB. Zamiast ter­minu "likwi­da­cja" użyto w nich okre­śle­nia "dez­in­te­grat­siya" (dez­in­te­gra­cja)". [wróć]

Gor­don Cor­rera, Rus­sian Among Us (New York: Wil­liam Mor­row, 2020), str. 57: "W 1993 roku Zapo­roż­skij, cho­ciaż nie znał nazwi­ska zdrajcy, prze­ka­zał infor­ma­cję, która przy­czy­niła się do iden­ty­fi­ka­cji kreta umiesz­czo­nego przez KGB i SWR w ame­ry­kań­skiej wspól­no­cie wywia­dow­czej". Max poja­wia się w książ­kach: Bry­ana Den­sona, The Spy Son (New York: Atlan­tic Mon­thly Press, 2015) oraz Gusa Russo i Erica Dez­en­halla Best of Ene­mies (New York: Twe­lve, 2018), jed­nak obie pozy­cje zawie­rają błędy doty­czące jego osoby. Den­son na przy­kład pisze, że był on w "pierw­szym wydziale (odpo­wie­dzial­nym za Stany Zjed­no­czone) zarządu kontr­wy­wiadu SWR", pod­czas gdy Zapo­roż­skij ni­gdy tam nie pra­co­wał ani nie miał bez­po­śred­niego dostępu do spraw zawią­za­nych z USA, jak tych doty­czą­cych Amesa, Hans­sena i Czwar­tego. Z kolei Russo myli Maxa z Aven­ge­rem, innym agen­tem, który pojawi się w dal­szej czę­ści tej książki. [wróć]

Cho­ciaż uży­wam ter­minu "podwójny agent", dowie­dzia­łem się od Paula Red­monda, że CIA tak ich nie okre­śla, wybie­ra­jąc raczej ter­min pene­tra­tions (pene­tra­tion - prze­ni­ka­nie, infil­tra­cja). Pod­czas pracy w CIA także sam o nich tak mówi­łem, ale w książce uży­wam ter­minu z języka potocz­nego. [wróć]

Roz­mowa z Dianą Wor­then. [wróć]

Roz­mowa z Mar­kiem Spark­ma­nem. [wróć]

Roz­mowa z Laine Ban­ner­man. [wróć]

Den­son, The Spy Son, str. 296: "Zapo­roż­skij prze­ka­zał infor­ma­cje, które pomo­gły wła­dzom USA namie­rzyć Roberta Hans­sena i innych ukry­tych rosyj­skich agen­tów w ame­ry­kań­skich krę­gach wywia­dow­czych, w tym Aldri­cha Amesa, na co wska­zują opu­bli­ko­wane dane". [wróć]

Roz­mowa z ofi­cer CIA. [wróć]

Roz­mowa z Sandy Gri­mes. [wróć]

Roz­mowa z eme­ry­to­wa­nym agen­tem spe­cjal­nym FBI Del­lem Spry'em. [wróć]

San­dra Gri­mes i Jeanne Ver­te­feu­ille, Circle of Tre­ason (Anna­po­lis: Naval Insti­tute Press, 2012), str. 144: "Szczę­śli­wie w 1993 roku otrzy­ma­li­śmy dodat­kowe infor­ma­cje. I cho­ciaż nie iden­ty­fi­ko­wały one Amesa, jed­nak wska­zy­wały wła­śnie na niego. Uspo­ko­iły także tych, któ­rych nie prze­ko­ny­wały wyniki naszych prac ana­li­tycz­nych, i osta­tecz­nie przy­czy­niły się do otwar­cia przez FBI peł­no­wy­mia­ro­wego śledz­twa w spra­wie Amesa". [wróć]

Rolf Mowatt-Lars­sen, A State of Mind (Town­ship, NJ: Book­Baby, 2020), str. 145: "Wszel­kie nadzieje na pro­duk­tywną współ­pracę łącz­ni­kową zostały pogrze­bane". [wróć]

Kim­berly Dozier, "How Moscow's Spies Keep Duping Ame­rica-Over and Over Again" ("Daily Beast", 25 czerwca 2017). [wróć]

Tim Weiner, David John­ston i Neil A. Lewis, Betrayal (New York: Ran­dom House, 2014), str. 217: Śled­czy utknęli z rapor­tem koń­co­wym. Aż pod koniec stycz­nia 1993 roku CIA otrzy­mało intry­gu­jący raport od wysoko posta­wio­nego źró­dła w Moskwie. Źró­dło to, które na­dal pra­cuje dla CIA, nie ziden­ty­fi­ko­wało kreta z nazwi­ska ani nie dostar­czyło Agen­cji dowo­dów. Jed­nak jego donie­sie­nia wpi­sy­wały się ide­al­nie we wnio­ski śled­czych". [wróć]

Roz­mowa z Davi­dem Rol­phem. [wróć]

Roz­mowa tele­fo­niczna z Juri­jem Kosz­ki­nem, byłym ofi­ce­rem rosyj­skiego wywiadu. [wróć]

Roz­mowa z Laine Ban­ner­man. [wróć]

Roz­mowa z Joh­nem Mac­Gaf­fi­nem, ówcze­snym sze­fem CE, który prze­wo­dził dele­ga­cji CIA pod­czas spo­tkań z Rosja­nami. Zapa­mię­tał on, że Max prze­ka­zał trop doty­czący Amesa/Bogoty/Cara­cas pod­czas węd­ko­wa­nia z Cor­bi­nem. [wróć]

Roz­mowa z Laine Ban­ner­man. Ponadto Paul Red­mond powie­dział mi, że któ­re­goś dnia wcze­śnie rano Max i Cor­bin wybrali się węd­ko­wać na muchę. [wróć]

Gri­mes/Ver­te­feu­ille, Circle of Tre­ason, str. 132: "Ofi­ce­ro­wie KGB, a potem SWR, któ­rzy jeź­dzili na spo­tka­nie z Ame­sem, uży­wali pseu­do­ni­mów, jed­nak z jakie­goś powodu jeden z nich użył w trak­cie wyjazdu do Bogoty swo­jego praw­dzi­wego nazwi­ska. Byli­śmy w sta­nie potwier­dzić, że był tam w tym samym cza­sie co Rick, gdyż Rick nie krył się ze swoją podróżą, tłu­ma­cząc ją jakimś bła­hym powo­dem". [wróć]

Roz­mowa z Dic­kiem Cor­bi­nem. [wróć]

Gri­mes/Ver­te­feu­ille, Circle of Tre­ason, str. 144. Patrz wyżej. [wróć]

Ten­nent Bagley, Spy Wars (New Haven: Yale Uni­ver­sity Press, 2008), str. 225: "Wtedy obu­dził się anioł stróż Lan­gley, ujrzał ich poło­że­nie i zesłał z nieba cud w postaci nowego, auten­tycz­nego źró­dła z KGB. Ono wska­zało im kreta KGB w sze­re­gach CIA". [wróć]

Gri­mes/Ver­te­feu­ille, Circle of Tre­ason, str. 145: "12 maja 1993 roku FBI otwo­rzyło peł­no­wy­mia­rowe śledz­two prze­ciwko Ame­sowi". Publicz­nie infor­ma­cje o tym, które dowody spra­wiły, że FBI zde­cy­do­wało wnio­sko­wać o zgodę na pod­słuch tele­fonu Amesa, zain­sta­lo­wa­nie ukry­tej kamery w jego biu­rze i prze­szu­ka­nie jego domu, róż­nią się od sie­bie. Żaden z moich roz­mów­ców nie pamięta dokład­nego prze­biegu wyda­rzeń. A jeden z agen­tów FBI uczest­ni­czący w śledz­twie powie­dział, że nie wie nic na temat tropu Maxa i Cara­cas. [wróć]

Gri­mes/Ver­te­feu­ille, Circle of Tre­ason, str. 144. Patrz wyżej. Ponadto: Russo/Dez­en­hall, Best of Ene­mies, str. 8: "Alek­sandr Zapo­roż­skij, praw­do­po­dobny Aven­ger (ur. 1951) - Zapo­roż­skij został ska­zany w Rosji za prze­ka­za­nie w 1993 roku FBI i CIA infor­ma­cji, która mogła dopro­wa­dzić do aresz­to­wa­nia Aldri­cha Amesa. Od każ­dej ze służb miał otrzy­mać po milio­nie dola­rów. KGB aresz­to­wało Zapo­roż­skiego w 2001 roku. Został on ska­zany na osiem­na­ście lat wię­zie­nia. W 2010 roku został zwol­niony w ramach wymiany więź­niów, po czym wyje­chał do USA. Obec­nie mieszka we wschod­niej czę­ści Sta­nów Zjed­no­czo­nych". Jak już wspo­mnia­łem wcze­śniej, Aven­ger nie był kryp­to­ni­mem Zapo­roż­skiego. [wróć]

Milt Bear­den and James Risen, The Main Enemy (New York: Ran­dom House, 2003), str. 529: "Nie­unik­nio­nym wnio­skiem jest, że ist­niał Czwarty - dotych­czas nie­zi­den­ty­fi­ko­wany zdrajca, który mógł już opu­ścić Lan­gley lub po pro­stu zaprze­stać dzia­łal­no­ści szpie­gow­skiej do 1986 roku". Rów­nież Milt Bear­den, No Letup in Search for "the4th Man", "Los Ange­les Times", 15 czerwca 2003. [wróć]

Jeden z przy­kła­dów: David Wise, Thirty Years Later We Still Don't Truly Know Who Betrayed These Spies, "Smi­th­so­nian Maga­zine", listo­pad 2015. [wróć]

Bear­den, No Letup In Search for "the 4th Man". [wróć]

Roz­mowa z Mikiem Sulic­kiem. [wróć]

Roz­mowa z sze­fem dele­ga­tury we wspo­mnia­nym wschod­nio­afry­kań­skim pań­stwie, w któ­rym poznano Maxa. [wróć]

Roz­mowy z ofi­ce­rami pro­wa­dzą­cymi CIA, któ­rzy zaj­mo­wali się sprawą Maxa. [wróć]

Roz­mowa z sze­fem zespołu ds. rosyj­skich. [wróć]

Wymiana wia­do­mo­ści mailo­wych z byłym ofi­ce­rem MI6, który pra­co­wał w wydziale ope­ra­cji na kie­runku rosyj­skim. [wróć]

Michael J. Sulick, Ame­ri­can Spies (Washing­ton, DC: Geo­r­ge­town Uni­ver­sity Press, 2020), str. 195: "W CIA pano­wało takie samo nie­do­wie­rza­nie, jakie funk­cjo­no­wało w prze­szło­ści w kontr­wy­wia­dzie, czyli brak wiary w moż­li­wość szpie­go­wa­nia jed­nego ze swo­ich na rzecz wroga. Mając w pamięci tzw. polo­wa­nia Angle­tona na cza­row­nice z lat sie­dem­dzie­sią­tych, CIA jesz­cze mniej niż jego sio­strzane insty­tu­cje było skłonne podej­rze­wać, że ma szpiega na pokła­dzie". [wróć]

Roz­mowa z byłym sze­fem wydziału CIA ds. ope­ra­cji rosyj­skich. [wróć]

Roz­mowa z Giną Haspel, która twier­dzi, że była infor­mo­wana na temat rosyj­skiego kreta w depar­ta­men­cie ope­ra­cyj­nym CIA przez sze­fów depar­ta­mentu kontr­wy­wia­dow­czego (Marka Kel­tona i Cindy Webb). Nie uży­wała ona jed­nak ter­minu "Czwarty", jak rów­nież nie podała, kim był podej­rzany. Dodała, że nie ma wie­dzy na temat pro­wa­dzo­nego obec­nie przez FBI śledz­twa ws. Paula Red­monda. [wróć]

Potwier­dziło to wiele źró­deł. Wywiad z Red­mon­dem potwier­dził, że było pro­wa­dzone śledz­two w przed­mio­to­wej spra­wie. Poza tym Red­mond powie­dział mi, że miał świa­do­mość, że FBI chce z niego zro­bić rosyj­skiego szpiega. Jego zda­niem pro­blem FBI pole­gał na tym, że jego funk­cjo­na­riu­sze są raczej poli­cjan­tami niż śled­czymi ści­ga­ją­cymi szpie­gów, a poza tym więk­szość z nich jest nie­kom­pe­tentna. Nie będę tutaj cyto­wał Red­monda, ale uży­wał wul­ga­ry­zmów, mówiąc o agen­tach, któ­rzy pra­co­wali nad spra­wami Amesa i Czwar­tego. [wróć]

Corera, Rus­sians Among Us, str. 118. [wróć]

Bear­den/Risen, The Main Enemy, str. 354-365: "Stolz i Twet­ten wie­dzieli, że szef wydziału (ds. Europy Wschod­niej) musiał zacząć patrzeć z szer­szej per­spek­tywy w poszu­ki­wa­niu takiej poli­tyki wywiadu, któ­rej pożą­dali poli­tycy w Waszyng­to­nie, bory­ka­jący się z coraz więk­szym tem­pem zmian w sowiec­kim impe­rium. Oba­wiali się jed­nak, że kie­row­nic­two depar­ta­mentu jest na­dal za bar­dzo sku­pione na pozy­ska­niu cho­ciaż jed­nej jesz­cze wia­do­mo­ści od szpiega w KGB, że traci z pola widze­nia sze­ro­kie spek­trum sytu­acji. Stolz zdał sobie sprawę, że zarówno Bur­ton Ger­ber, jak i jego zastępca, Paul Red­mond, byli pro­duk­tami tego depar­ta­mentu i dla­tego nie byli odpo­wied­nimi ludźmi do wpro­wa­dze­nia w nim zmian". [wróć]

Bear­den/Risen, The Main Enemy, str. 454: "(...) pogłę­bia­jący się roz­dź­więk pomię­dzy mną i moim zastępcą. Rok po moim powro­cie do depar­ta­mentu (SE Divi­sion) zaczą­łem się mar­twić, że Red­mond oraz parę innych osób utknęło w pętli czasu. Czy nie rozu­mieli, że rewo­lu­cje, które prze­to­czyły się przez Europę Wschod­nią, dopro­wa­dzą do zmiany misji CIA? Przy­kra prawda była taka, że zamknięte śro­do­wi­sko depar­ta­mentu trzy­mało się kur­czowo zim­nej wojny". [wróć]

Bear­den/Risen, The Main Enemy, str. 63: "W zasa­dzie nie­któ­rzy w Lan­gley postrze­gali mnie raczej jako kow­boja z Trze­ciego Świata, bar­dziej nada­ją­cego się do zaku­rzo­nych ope­ra­cji pod przy­kry­ciem niż reali­zo­wa­nych po cichu dzia­łań ope­ra­cyj­nych w nie­przy­ja­znym oto­cze­niu". [wróć]

Bear­den/Risen, The Main Enemy, str. 364-365. Patrz wyżej. [wróć]

Roz­mowa z Pau­lem Red­mon­tem. [wróć]

Bri­tan­nica.com. [wróć]