Czwarta fala - Caroline Grimwalker

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Wcze­sne lato 2016 roku

Kiedy logo wie­czor­nych Wia­do­mo­ści wy­świe­tla się na ekra­nach w Szwe­cji, wielu lu­dzi uci­sza osoby znaj­du­jące się w po­bliżu, by le­piej sły­szeć. To było lato ob­fi­tu­jące w burz­liwe wy­da­rze­nia. Wielka Bry­ta­nia zszo­ko­wała opi­nię pu­bliczną, gło­su­jąc za bre­xi­tem. W Or­lando męż­czy­zna za­strze­lił po­nad pięć­dzie­siąt osób w jed­nym z ge­jow­skich klu­bów. Szwe­cja za­siada w Ra­dzie Bez­pie­czeń­stwa ONZ, a za­le­d­wie ty­dzień wcze­śniej w Ni­cei ja­kiś męż­czy­zna prze­je­chał cię­ża­rówką przez bul­war, za­bi­ja­jąc osiem­dzie­siąt pięć osób. Jed­nak pre­zen­terka nie roz­po­czyna pro­gramu od żad­nego z tych świa­to­wych wy­da­rzeń. Gdy mu­zyka cich­nie, pod­nosi wzrok, kie­ruje go na ka­merę i z po­waż­nym wy­ra­zem twa­rzy roz­po­czyna:

- Do­bry wie­czór pań­stwu. Za­pra­szam na wie­czorne wy­da­nie Wia­do­mo­ści.

Choć stara się za­cho­wać neu­tralny ton głosu, wy­raź­nie sły­chać, że jest wstrzą­śnięta tym, co ma prze­ka­zać. Dwie osoby sie­dzące obok niej w stu­diu te­le­wi­zyj­nym są rów­nie prze­jęte.

- Roz­po­czy­namy nasz pro­gram od in­for­ma­cji, że męż­czy­zna, który zo­stał po­strze­lony dziś w cen­trum Malmö, zmarł w wy­niku od­nie­sio­nych ob­ra­żeń.

Na ekra­nie po­ja­wia się ob­raz przy­stanku au­to­bu­so­wego, od­da­lo­nego o rzut ka­mie­niem od Cen­trum Po­mocy Praw­nej przy Po­rslins­ga­tan 4. Odłamki stłu­czo­nej szyby w wia­cie przy­stan­ko­wej leżą jak mie­niący się od­cie­niami błę­kitu, po­szar­pany lód wo­kół ciem­nej i zło­wro­giej plamy na chod­niku. Nie­bie­sko-biała ta­śma po­li­cyjna za­wie­szona mię­dzy la­tar­niami po­wiewa na cięż­kim let­nim wie­trze ni­czym upiorna gir­landa. Ktoś już zdą­żył zo­sta­wić w tym miej­scu bia­łego mi­sia i znicz. W miej­scu, któ­rego już ni­gdy nie bę­dzie można mi­nąć obo­jęt­nie. Tu­taj pa­mięć o śmierci na za­wsze wryje się w kra­jo­braz mia­sta.

- Chcia­ła­bym bar­dzo ser­decz­nie po­wi­tać pa­nią Ca­trin ?kes­son z wy­działu kry­mi­nal­nego po­li­cji w Malmö. Pro­wa­dzi­cie do­cho­dze­nie w tej spra­wie. Co może nam pani po­wie­dzieć o tym zda­rze­niu?

Ca­trin ?kes­son, wy­raź­nie za­kło­po­tana, po­pra­wia ma­ry­narkę, a od­po­wia­da­jąc, splata przed sobą dło­nie na stole.

- Dzię­kuję. Na tym eta­pie mogę je­dy­nie po­wie­dzieć, że spraw­dzamy hi­po­tezę, czy za za­bój­stwami w cen­trum Malmö, które miały miej­sce wio­sną i la­tem tego roku, stoi ta sama osoba lub osoby.

- Jak do­szli­ście do ta­kiego wnio­sku?

- Przede wszyst­kim cho­dzi o spo­sób dzia­ła­nia, ale także o wy­bór ofiar. Na­dal cze­kamy na wy­niki ba­da­nia ba­li­stycz­nego, ale na ra­zie nic nie wska­zuje, że nie może to być ten sam sprawca.

Pre­zen­terka pyta ostrym gło­sem:

- Co może pani po­wie­dzieć o zmar­łym?

- Jego naj­bliżsi krewni zo­stali po­wia­do­mieni i z tego, co wiemy, nie ma on nic wspól­nego z po­zo­sta­łymi ofia­rami. Wszy­scy byli zu­peł­nie zwy­czaj­nymi męż­czy­znami, któ­rych spo­tkał straszny los. Żadna z ofiar nie jest znana po­li­cji.

Pre­zen­terka kiwa głową, ro­biąc przy tym po­ważną minę.

- Czy nie tym wła­śnie róż­nią się te za­bój­stwa od in­nych ak­tów prze­mocy, do któ­rych do­cho­dziło w Malmö w mi­nio­nych la­tach? To już ósma ofiara śmier­telna w ciągu za­le­d­wie kilku mie­sięcy, a fakt, że wszy­scy za­strze­leni to osoby nie­ka­rane, wy­wo­łał w me­diach pewne spe­ku­la­cje. Nie­które por­tale in­ter­ne­towe, i to nie tylko te, które szu­kają sen­sa­cji, po­su­nęły się do na­zwa­nia za­bójcy Ko­bietą La­ser. Wiele osób uważa, że to wła­śnie płeć ofiar na­ra­ziła je na bru­talne ataki. Czy tę teo­rię rów­nież bie­rze­cie pod uwagę?

Ca­trin ?kes­son wy­gląda na zmę­czoną. Wy­rywa jej się bar­dzo krót­kie wes­tchnie­nie, po czym ko­bieta zdaje so­bie sprawę, że czuły mi­kro­fon przy­mo­co­wany do jej bia­łej ko­szuli je wy­chwy­cił. Jej twarz o ja­sno­brą­zo­wym od­cie­niu ob­lewa się ru­mień­cem.

- Ist­nieje wiele teo­rii. Tak jest za­wsze. W tej chwili ab­so­lut­nie ni­czego nie wy­klu­czamy, lecz pro­wa­dzimy sze­roko za­kro­jone śledz­two, ana­li­zu­jąc wszyst­kie moż­li­wo­ści.

- Wielu po­wie­dzia­łoby pew­nie, że brzmi to tak, jak­by­ście błą­dzili po omacku - bły­ska­wicz­nie re­aguje pre­zen­terka. - Co pani my­śli o tych spon­ta­nicz­nych de­mon­stra­cjach prze­ciwko nie­spro­wo­ko­wa­nej prze­mocy? I co mo­głaby pani po­wie­dzieć męż­czy­znom w Malmö? Oj­com ro­dzin, ciężko pra­cu­ją­cym zwy­czaj­nym lu­dziom, któ­rzy te­raz boją się wy­cho­dzić wie­czo­rami z domu?

Twarz Ca­trin ?kes­son na chwilę po­chmur­nieje, jakby chciała po­wie­dzieć: "Wi­taj­cie w na­szym świe­cie, chło­paki", ale za­miast tego pod­nosi szklankę z wodą i pije w sku­pie­niu. Kiedy koń­czy, pro­stuje plecy, po czym od­po­wiada:

- Jak już mó­wi­łam, pro­wa­dzimy sze­roko za­kro­jone oraz obiek­tywne do­cho­dze­nie i mamy wiele cie­ka­wych tro­pów. Mogę za­pew­nić wszyst­kich miesz­kań­ców Malmö, że śledz­two po­suwa się na­przód i prę­dzej czy póź­niej schwy­tamy tego sprawcę. W tej chwili nie ko­men­tuję spe­ku­la­cji me­diów i gło­sów opi­nii pu­blicz­nej.

Pre­zen­terka kie­ruje wzrok na sie­dzą­cego obok Ca­trin tycz­ko­wa­tego, opa­lo­nego męż­czy­znę w śred­nim wieku, który wy­gląda, jakby zo­stał wy­rwany z naj­bliż­szego ogródka ka­wiar­nia­nego i za­po­mniał za­piąć ko­szulę.

- Si­xte­nie Törn­hol­mie, czy uwa­żasz, że na­leży trak­to­wać po­waż­nie to, co po­li­cja z Malmö na­zywa spe­ku­la­cją?

- Jak naj­bar­dziej - od­po­wiada Si­xten, dzia­łacz na rzecz rów­no­upraw­nie­nia męż­czyzn, uno­sząc pod­bró­dek tak, że oku­lary prze­ciw­sło­neczne, na­su­nięte na jego przy­li­zane do tyłu blond włosy, po­ły­skują w ostrym świe­tle stu­dia. - W na­szym po­go­to­wiu dla męż­czyzn bę­dą­cych ofia­rami prze­mocy Kil­lh­jäl­pen do­sta­jemy co­raz wię­cej ma­ili i te­le­fo­nów od za­nie­po­ko­jo­nych osób. Wiele z nich się mar­twi i boi. I oczy­wi­ście na­leży trak­to­wać to po­waż­nie. Lek­ce­wa­że­nie faktu, że w trze­cim co do wiel­ko­ści mie­ście w kraju za­strze­lono ośmiu męż­czyzn, i na­zwa­nie tego spe­ku­la­cją, kiedy to oczy­wi­ste, że ktoś rze­czy­wi­ście ce­luje w męż­czyzn tylko dla­tego, że są męż­czy­znami, pro­wa­dzi do roz­go­ry­cze­nia oby­wa­teli, i na­prawdę mam na­dzieję, że po­li­cja jest tego świa­doma.

- Prze­cież to nie je­dyne za­bój­stwa, które miały miej­sce w Malmö, choćby w ciągu ostat­niego mie­siąca - wtrąca ze zło­ścią Ca­trin, a w oczach pre­zen­terki po­ja­wia się jakby na­pię­cie, jakby czuła, że coś się święci. Na­biera po­wie­trza i już ma coś po­wie­dzieć, ale w tym mo­men­cie Si­xten Törn­holm jej prze­rywa, ude­rza­jąc jedną pię­ścią w stół, a drugą wska­zu­jąc na Ca­trin ?kes­son.

- ?ke! - krzy­czy. - To­mas! Lars! Hans-Erik!

Ca­trin ?kes­son za­myka na krótko oczy i od­chyla głowę do tyłu, tym­cza­sem Si­xten z Kil­lh­jäl­pen da­lej wy­krzy­kuje imiona ośmiu męż­czyzn, któ­rzy w tym roku wio­sną i na po­czątku lata zgi­nęli z rąk sza­leńca:

- Björn! Ste­fan! Len­nart! A te­raz Mi­kael, za­strze­lony w dro­dze do domu po tre­ningu uni­ho­keja. Skoro po­li­cja nie do­strzega róż­nicy w me­cha­ni­zmie dzia­ła­nia mię­dzy zwy­kłymi za­bój­stwami a tymi za­ma­chami, no wła­śnie tym są, za­ma­chami ter­ro­ry­stycz­nymi... Więc skoro po­li­cja nie wi­dzi tu sche­matu i tego, czym on się różni od sy­tu­acji, w któ­rych mło­do­ciani prze­stępcy z przed­mieść strze­lają do sie­bie z po­wodu nie­uda­nych trans­ak­cji nar­ko­ty­ko­wych lub w wy­niku ura­żo­nej mę­skiej dumy i cho­rych kom­plek­sów, no to cóż, można się za­sta­no­wić, po jaką cho­lerę w ogóle jest nam po­trzebna w tym kraju? Męż­czyźni się boją, Ca­trin. Męż­czyźni w Malmö nie mają już od­wagi wy­cho­dzić z domu. Mi­nęły pra­wie cztery mie­siące od pierw­szego strzału, ataki zda­rzają się co­raz czę­ściej, a wy co ma­cie? Nic. Gówno ma­cie. Pod­czas gdy ty mó­wisz nam o sze­roko za­kro­jo­nych do­cho­dze­niach i obiek­tyw­nej ana­li­zie, to ja­kaś ko­lejna zwy­czajna szwedzka ro­dzina bę­dzie mu­siała tego lata po­cho­wać ojca, brata czy syna. To jest, do cho­lery, poza wszelką kry­tyką! Ale co ktoś taki jak ty może o tym wie­dzieć? Tam, skąd po­cho­dzisz, to nor­malne, że lu­dzie strze­lają do sie­bie.

Ca­trin ?kes­son pa­trzy w oczy Si­xte­nowi i spo­koj­nie od­po­wiada:

- Uro­dzi­łam się w Malmö. I tak, nie­stety, zda­rza się to czę­ściej, niż bym chciała. Tu­taj. W Szwe­cji. Z któ­rej po­cho­dzę.

Po­now­nie igno­ruje Si­xtena i zwraca się z po­wro­tem do pre­zen­terki Wia­do­mo­ści:

- Oczy­wi­ście ro­zu­miemy, że lu­dzie się boją, kiedy coś ta­kiego się dzieje. Za­bój­stwa w cen­trum mia­sta są do­dat­ko­wym ob­cią­że­niem dla po­li­cji, która na co dzień i tak wy­ko­nuje ogromną pracę. I to, że w tej chwili de­cy­du­jemy się nie po­da­wać do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści żad­nych szcze­gó­łów do­ty­czą­cych śledz­twa, ma oczy­wi­ście uza­sad­nie­nie. Mam na­dzieję, że wszy­scy, łącz­nie z Si­xte­nem Törn­hol­mem, to ro­zu­mieją. Tym­cza­sem po­li­cja ape­luje do wszyst­kich męż­czyzn o za­cho­wa­nie szcze­gól­nej ostroż­no­ści. Nie wy­chodź­cie sami o póź­nej po­rze. Po­ma­gaj­cie so­bie na­wza­jem, mo­że­cie na przy­kład jeź­dzić ra­zem sa­mo­cho­dem. Nie prze­by­waj­cie w re­jo­nach, w któ­rych miały już miej­sce za­bój­stwa.

Si­xten Törn­holm trzę­sie się i wy­gląda, jakby miał za­raz eks­plo­do­wać w stu­diu te­le­wi­zyj­nym.

- Więc męż­czyźni na­gle nie po­winni swo­bod­nie po­ru­szać się po uli­cach mia­sta tylko dla­tego, że wy nie je­ste­ście na tyle kom­pe­tentni, by zła­pać dzia­ła­jącą w po­je­dynkę sza­loną ko­bietę, która biega z pi­sto­le­tem w ręku i strzela do męż­czyzn? Czy... na li­tość bo­ską, czy męż­czyźni mu­szą... - Urywa zda­nie w po­ło­wie. Sły­chać jego wście­kły od­dech. Nie jest w sta­nie kon­ty­nu­ować.

Ca­trin ?kes­son spo­gląda na niego zmę­czo­nym wzro­kiem.

- No tak, Si­xte­nie... Można po­wie­dzieć, że na­sze ak­tu­alne za­le­ce­nia nie róż­nią się w naj­mniej­szym stop­niu od tych, któ­rych udzie­la­li­śmy wszyst­kim ko­bie­tom w Malmö, kiedy je­sie­nią ze­szłego roku Park­man na­pa­dał na ko­biety. Tak więc obo­wią­zują na­stę­pu­jące za­sady: bądź­cie ostrożni, bądź­cie czujni. Nie chodź­cie sami wie­czo­rami. Je­śli ma­cie taką moż­li­wość, weź­cie tak­sówkę lub sko­rzy­staj­cie z pod­wózki. Tym­cza­sem my, po­li­cjanci, oczy­wi­ście ro­bimy wszystko, co w na­szej mocy, aby ująć sprawcę i za­po­biec ko­lej­nym za­bój­stwom. Za­chę­camy rów­nież do kon­taktu osoby, które mają ja­kieś in­for­ma­cje zwią­zane ze sprawą. Zwłasz­cza je­śli ktoś był dziś w po­bliżu miej­sca, w któ­rym do­szło do za­bój­stwa. Wszyst­kie wska­zówki są dla nas cenne.

Si­xten Törn­holm kręci głową, jakby to była naj­głup­sza rzecz, jaką w ży­ciu sły­szał, pod­czas gdy pre­zen­terka dzię­kuje im obojgu za udział w pro­gra­mie.

Sześć­set ki­lo­me­trów od stu­dia te­le­wi­zyj­nego w Sztok­hol­mie ktoś wy­bu­cha śmie­chem, przy­bi­ja­jąc z kimś in­nym piątkę.

Wcze­śniej, 2016

Rozdział 1

Linn

Biała te­sla bez­sze­lest­nie wjeż­dża przez bramę i za­trzy­muje się na par­kingu na rogu ulicy. Elena sie­dzi w sa­mo­cho­dzie przez krótką chwilę, zbie­ra­jąc się w so­bie, za­pa­trzona w dom. Trzy przy­le­ga­jące do sie­bie bu­dynki usta­wione w kształt li­tery "U", otyn­ko­wane na biało, z nie­bie­skimi na­roż­ni­kami i ra­mami okien­nymi. Ka­mery mo­ni­to­ringu przy drzwiach i tyl­nym wyj­ściu. Tylko jedno okno, na ty­łach domu, nie jest tak so­lid­nie za­bez­pie­czone jak reszta, nie ma na­wet zamka, co jest ce­lowe. Za tym oknem znaj­duje się pu­łapka. Je­śli ktoś za­mie­rza się wła­mać, bę­dzie pró­bo­wał to zro­bić wła­śnie tam­tędy. Wtedy z pew­no­ścią nie po­zo­sta­nie to nie­zau­wa­żone.

Po­przed­nia działka Eleny była mniej­sza od tej. Bez względu na to, jak Linn i Elena się sta­rały, nie mo­gły so­bie wy­obra­zić dal­szego wspól­nego ży­cia w tam­tym domu. Praw­do­po­dob­nie cho­dziło o to, że wy­star­czyło jedno spoj­rze­nie na pa­gó­rek, a wie­działy, co się w nim kryje. Mar­twe ciało. Gwał­ci­ciel Ro­bert le­żał tam i gnił, po­kryty po­ma­rań­czo­wymi kwiat­kami.

Wi­dząc ogło­sze­nie o tej nie­ru­cho­mo­ści, od razu pod­jęły de­cy­zję. Brat Linn, An­ton, ta­nio od­ku­pił od niej przy­tulny do­mek i za­miesz­kał na­prze­ciwko ich mamy Anne, a Elena sprze­dała swoją willę i ra­zem z Linn za­częły nowe ży­cie w wy­ma­rzo­nym domu. Ja­błoń po­środku bru­ko­wa­nego dzie­dzińca ma już pąki, ale ogród na ra­zie na­dal jest w sta­nie zi­mo­wego uśpie­nia. Nie­długo pew­nie trzeba bę­dzie sko­sić trawę i wy­czy­ścić pa­lety w ogro­dzie przed se­zo­nem. "Ale kto ma na to czas" - my­śli Linn, zer­ka­jąc na ciem­no­brą­zową skó­rzaną teczkę na sie­dze­niu pa­sa­żera. Teczka pra­wie pęka w szwach, srebrna me­ta­lowa klamra z jed­nej strony już się po­lu­zo­wuje.

- Wró­ci­łam! - wy­krzy­kuje Linn, a chwilę póź­niej roz­pina zamki w bot­kach i chwie­jąc się, zdej­muje je w ko­ry­ta­rzu. Mimo że ob­casy są nie­wiel­kie, bolą ją stopy po ca­łym dniu pracy. We­dług Linn to szczę­ście, że zo­stała pro­ku­ra­to­rem. Wi­działa, jak mu­szą się ubie­rać ad­wo­katki. Sama nie wy­trzy­ma­łaby na­wet se­kundy w szpil­kach i ob­ci­słych ołów­ko­wych spód­ni­cach. To bar­dziej przy­po­mina styl Eleny.

- Halo! - woła po­now­nie i wcho­dzi do kuchni. Elena sie­dzi przy stole. Wy­pro­sto­wana jak struna, wy­gląda na za­sko­czoną. Oczy lekko wy­trzesz­czone.

"Czy ona pije?" Myśl ta prze­la­tuje Linn przez głowę, nim zdąży ją za­trzy­mać. Szybko prze­biega wzro­kiem po­miesz­cze­nie, ale nie wi­dzi ani bu­te­lek, ani kie­lisz­ków. Z do­świad­cze­nia wie, że od­po­wiedź na to py­ta­nie nie­ko­niecz­nie brzmi "nie". Przy­gląda się uważ­nie Ele­nie.

- Cześć, skar­bie. Co ro­bisz?

Elena się uśmie­cha, a Linn wciąż czuje mo­tyle w brzu­chu, gdy ko­bieta jej ży­cia z wdzię­kiem za­kłada swoje siwe już włosy za ucho, a w oczach ma błysk.

- Nic szcze­gól­nego. Tylko coś tu spraw­dza­łam. - Elena ma przed sobą lap­topa, ale jego po­krywa jest za­mknięta.

Linn od­kłada wy­pchaną po brzegi teczkę na ku­chenne krze­sło i okrąża stół.

- Jak ci mi­nął dzień? - pyta, kła­dąc ręce na ra­mio­nach Eleny. Lekko je ma­suje. Elena się uśmie­cha, od­chyla głowę do tyłu i przy­ciąga do sie­bie Linn, by dać jej szyb­kiego ca­łusa.

- Tro­chę pra­co­wa­łam. Za­mó­wi­łam rze­czy do szklarni.

Su­peł w żo­łądku się roz­luź­nia, gdy nie wy­czuwa za­pa­chu al­ko­holu w trak­cie po­ca­łunku.

- Nie by­łaś dzi­siaj w biu­rze?

Elena za­ci­ska usta.

- Nie - mówi, dra­piąc się po karku. - Nie było ta­kiej po­trzeby.

"Czy ona mnie okła­muje?"

Pan Syk nad­cho­dzi spo­koj­nym kro­kiem i za­trzy­muje się w progu kuchni. Siada z gra­cją i przy­gląda się im obu z wyż­szo­ścią. Lekko po­ru­sza z boku na bok sre­brzy­sto­sza­rym ogo­nem. Za­wsze tak robi. Święty kot bir­mań­ski, któ­rego ad­op­to­wały ze schro­ni­ska, kiedy ra­zem za­miesz­kały. Jak się oka­zało, wiecz­nie na­bur­mu­szony gno­jek.

- I do tego spo­tkał mnie dziś wielki za­szczyt, bo Pan Syk dał się po­gła­skać - do­po­wiada Elena.

- No nie ga­daj. - Linn się uśmie­cha. - Był głodny?

- Oczy­wi­ście.

- Co to za kot - wzdy­cha Linn. - Jakby nie ro­zu­miał, że w by­ciu ko­tem cho­dzi o to, że można go gła­skać i dra­pać do woli.

Elena się śmieje.

- Po pro­stu wy­soko ceni swoją pry­wat­ność.

- Wy­jąt­kowo wy­soko - mówi Linn, po czym wy­ciąga rękę w stronę pod­łogi i go przy­wo­łuje. - Kici, kici. No chodź - zwraca się czule do zwie­rzaka, by go za­chę­cić.

Linn mo­głaby przy­siąc, że Pan Syk unosi jedną brew. Kot spo­koj­nie się pod­nosi, igno­ru­jąc jej umi­zgi, i się od­dala. Przy­naj­mniej prze­stał już sy­czeć na wszyst­kich i wszystko, a to za­wsze coś. Linn po­woli za­czyna wie­rzyć, że pew­nego dnia kot da się po­gła­skać, przy­tu­lić i sta­nie się to­wa­rzy­ski, tak jak...

I tu jej myśl się urywa. Wspo­mi­na­nie Dżinna wciąż spra­wia jej ból. Dżinna, któ­rego Per­nilla, żona jej ojca, za­biła w tamte kosz­marne wa­ka­cje nie­całe dwa lata temu. Linn od­chrzą­kuje.

- A wy­cho­dzi­łaś gdzieś dzi­siaj?

Elena kła­dzie przed­ra­miona na po­kry­wie lap­topa.

- Tak. Prze­szłam się obok mo­jego sta­rego domu.

- Ależ, ko­cha­nie...

- Wiem, wiem - mówi Elena z po­czu­ciem winy. - Nie po­win­nam. Nic na to jed­nak nie po­ra­dzę. To tylko kwe­stia czasu, kiedy tamte dzieci do­ro­sną i za­czną ma­ru­dzić, że chcą ba­sen w ogro­dzie, a wtedy... no cóż, wia­domo, co znajdą, kiedy wbiją ło­patę w zie­mię.

- Co to jest? - pyta Linn.

- Co?

- Oj, prze­stań. To - mówi Linn, wska­zu­jąc na kom­pu­ter Eleny. A ra­czej na wy­sta­jący spod niego róg ga­zety.

- Aa... to nic ta­kiego. Po pro­stu ga­zeta - od­po­wiada Elena ta­kim to­nem, jak wtedy, gdy mówi, że wy­piła tylko je­den kie­li­szek, cho­ciaż Linn spraw­dza po­ziom al­ko­holu w bu­tel­kach w barku i wie, że Elena wy­piła co naj­mniej trzy.

- No tak. A dla­czego leży pod lap­to­pem?

Elena krzy­żuje ręce na piersi wy­raź­nie ura­żona.

- A co to za prze­słu­cha­nie? To jest ga­zeta. Leży tam, bo ją tam po­ło­ży­łam.

Linn czuje w ciele ja­kąś zmianę. Kłuje ją w żo­łądku, nie­po­ko­jąco ostro, w mo­men­cie, gdy uświa­da­mia so­bie jedną rzecz: "Elena nie chroni sie­bie. Ona chroni mnie".

- Zo­baczmy - rzuca krótko i wy­ciąga rękę.

- Daj spo­kój - mówi Elena. - To bru­ko­wiec. Same bzdury, jak zwy­kle, ja...

Wię­cej nie zdo­łała po­wie­dzieć, bo Linn zła­pała za wy­sta­jący róg i po­cią­gnęła za ga­zetę. Lap­top omal nie spadł na pod­łogę, ale Ele­nie udaje się go przy­trzy­mać. Tym­cza­sem Linn roz­kłada dzien­nik po­po­łu­dniowy "Afton­bla­det". Jak opa­rzona upusz­cza ga­zetę, ro­biąc przy tym gwał­towny wdech. Ga­zeta spada na stół ku­chenny, a Linn au­to­ma­tycz­nie od­ska­kuje dwa kroki do tyłu.

- Linn - od­zywa się Elena, pod­ry­wa­jąc się z krze­sła. Staje mię­dzy Linn a sto­łem. - Nie przej­muj się tym. Wiesz, że bru­kowce za­wsze że­rują na czymś ta­kim, więc nie mu­sisz...

Linn jej prze­rywa:

- Co on, do kurwy nę­dzy, robi w ga­ze­cie? - Od­suwa się, a jego twarz ata­kuje ją ze zdję­cia.

"Oj­ciec".

Nik­czemna twarz Carla Wal­tera zaj­muje pół strony w ga­ze­cie. Męż­czy­zna pa­trzy pro­sto w obiek­tyw bez­dusz­nymi, ga­dzimi oczami. Pro­sto w Linn. Po­tem Linn pa­trzy na na­głó­wek. "Męż­czy­zna ska­zany za za­bój­stwo pod­pi­sał wartą mi­liony umowę z du­żym wy­daw­nic­twem".

- Dla­czego... - wy­du­sza z sie­bie szep­tem.

Elena zde­cy­do­wa­nym ru­chem bie­rze ga­zetę do ręki i ją zgniata, po czym pod­cho­dzi do zlewu, otwiera kosz na śmieci i wpy­cha ją do niego.

- Nie przej­muj się tym te­raz, Linn. Za­mknęli go na do­bre. To, co zo­ba­czy­łaś, nic nie zna­czy.

Linn wie, że to nie­prawda. Umowa warta mi­liony? Z du­żym wy­daw­nic­twem?

- Więc co? Za­mie­rza na­pi­sać książkę? - wy­rzuca z sie­bie. - I do­sta­nie za to grubą kasę?

- Ja­sne - pry­cha Elena. - Bę­dzie mógł wy­ko­rzy­stać te mi­liony na wszyst­kie wspa­niałe rze­czy do­stępne w kio­sku w psy­chia­tryku w Säter. Tani dez­odo­rant, brzydką pa­pe­te­rię i prze­ter­mi­no­wane wa­felki w cze­ko­la­dzie z bia­łym na­lo­tem czy ja­kieś tam inne cuda. Czego by nie na­pi­sał i ile by nie za­ro­bił, i tak umrze w swoim po­koju w za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym. Mu­sisz o tym pa­mię­tać. Wszystko inne jest nie­istotne.

Za­nim Linn zdąży od­po­wie­dzieć, roz­lega się dzwo­nek do drzwi, więc aby nie utknąć w tej obez­wład­nia­ją­cej próżni, wy­biega na ko­ry­tarz i otwiera drzwi.

- Jonna?

Mama Moi stoi na scho­dach i spra­wia wra­że­nie za­gu­bio­nej, ale uśmie­cha się życz­li­wie. Lata nad­uży­wa­nia ta­ble­tek od­ci­snęły piętno na jej twa­rzy. Mimo że w ciągu ostat­niego roku jej wzrok stał się przy­tomny, to ciało na­dal ob­cią­żone jest po­czu­ciem winy. Nie­stety pro­ces prze­miany Moi nie był tak wy­ra­zi­sty.

- Cześć, Linn - mówi Jonna, po czym się wzdryga. - Ojej, co się stało?

- Stało? - pyta Linn.

- Je­steś blada jak ściana.

- A tak, ja... - Linn bie­rze głę­boki wdech i od­py­cha od sie­bie ob­raz ojca, który utrwa­lił się na jej siat­kówce. - Wszystko w po­rządku. Je­stem tylko tro­chę ze­stre­so­wana.

- Ro­zu­miem - mówi Jonna. - W za­sa­dzie chcia­łam za­py­tać, czy wi­dzia­ły­ście się dziś z Moą? A może ona jest u was?

- Do­piero wró­ci­łam do domu, więc nie wiem - od­po­wiada Linn. - Chcesz się na­pić kawy?

Jonna po­trząsa głową.

- Za go­dzinę mam spo­tka­nie z te­ra­peutą w ośrodku w Malmö, więc nie­stety nie zdążę. Może Elena coś wie?

Elena, która wy­szła z kuchni na ko­ry­tarz, wita się z mamą Moi.

- Przy­kro mi - mówi szcze­rze zmar­twio­nym gło­sem. - Nie wiem, gdzie ona jest. Ostatni raz wi­dzia­łam ją... chyba dwa dni temu.

Jonna smut­nieje i kiwa głową.

- No nic. Dzięki. Moa nie­wiele mi już mówi. Do­kąd się wy­biera i tak da­lej. Mój spon­sor uważa, że mu­szę dać jej czas i prze­strzeń, ale...

Linn współ­czuje tej udrę­czo­nej i wy­nisz­czo­nej ko­bie­cie sto­ją­cej u nich na scho­dach. Jed­no­cze­śnie wciąż trudno jest jej opa­no­wać na­głą i ostrą po­gardę, która prze­szywa jej du­szę. Córka Jonny przez pierw­sze czter­na­ście lat ży­cia była ofiarą prze­mocy i znę­ca­nia się ze strony ojca, a w tym cza­sie jej matka odu­rzona le­kami le­żała na ka­na­pie i na to wszystko po­zwa­lała. La­tem 2014 roku, kiedy Moa za­biła nie jedną, lecz dwie osoby, w tym ojca, Jonna też po­zo­sta­wiła ją sa­mej so­bie. Nad­uży­wała. Ucie­kała od rze­czy­wi­sto­ści. Prze­ga­piła wszystko, co się wy­da­rzyło. Po­rzu­ciła córkę. Pół­tora roku trzeź­wo­ści to oczy­wi­ście nie byle co, ale bez prze­sady. Linn ro­zu­mie Moę, która wciąż ma pro­blem, by za­ufać matce i się nią przej­mo­wać. Chcia­łaby jed­nak, żeby Moa nie od­su­wała się od niej i od Eleny, jak to robi już od ja­kie­goś czasu. Ogól­nie rzecz bio­rąc, można od­nieść wra­że­nie, że w ciągu ostat­nich dwóch lat dy­stans emo­cjo­na­lny mię­dzy nimi trzema tylko się po­więk­szył. Myśl o tym spra­wia, że tępy, ćmiący ból roz­lewa się po klatce pier­sio­wej Linn.

To prze­cież na­sza trójka była prze­ciwko ca­łemu światu. "A te­raz... te­raz już nie je­stem pewna" - my­śli Linn.

- Pró­bo­wa­łaś do niej dzwo­nić? - su­ge­ruje Linn.

Jonna pa­trzy w stronę ich domu, swo­jego i Moi, jakby córka miała za­raz z niego wyjść. Uj­muje w palce de­li­katny złoty krzy­żyk na łań­cuszku za­wie­szo­nym na szyi i pod­ciąga go do góry w taki spo­sób, że łań­cu­szek na­pina się na pod­bródku.

- Ona... za­blo­ko­wała mój nu­mer... znowu.

Elena pod­cho­dzi do Jonny i kła­dzie rękę na jej ra­mie­niu.

- Słu­chaj... ona ma szes­na­ście lat.

"Szes­na­ście i pół, tak na­prawdę" - do­daje w my­ślach Linn i uśmie­cha się w du­chu.

- Daj jej tro­chę prze­strzeni - cią­gnie Elena. - Za­raz do niej za­dzwo­nię i je­śli cze­goś się do­wiem, dam ci znać, okej? Na pewno wszystko jest w po­rządku. Moa to twar­dzielka, prze­cież wiesz.

Jonna kiwa głową z po­wąt­pie­wa­niem, dzię­kuje im obu i od­cho­dzi w kie­runku swo­jego domu, który znaj­duje się na tej sa­mej ulicy, pięć do­mów da­lej.

- Wie­rzysz w to? - pyta Linn, gdy Elena za­myka drzwi wej­ściowe.

- W co?

- Że wszystko jest w po­rządku z Moą?

Elena wzru­sza ra­mio­nami.

- My­ślę, że one już na za­wsze za­mie­niły się ro­lami - od­po­wiada i znika z po­wro­tem w kuchni. Linn idzie za nią.

- Co masz na my­śli?

Elena otwiera szafkę nad oka­pem i wyj­muje z niej bu­telkę ciem­nego rumu. "A więc to jest to miej­sce, w któ­rym też trzy­mamy te­raz al­ko­hol" - my­śli Linn, ale nic nie mówi.

- No wiesz - za­czyna tłu­ma­czyć Elena, wy­cią­ga­jąc ko­rek i wą­cha­jąc za­war­tość bu­telki. - Moa mu­siała być matką dla swo­jej matki przez więk­szość ży­cia. Te­raz wresz­cie to się zmie­niło. - Bie­rze krysz­ta­łową szklankę z wi­tryny i na­lewa so­bie so­lidną por­cję moc­nego trunku. - Może już naj­wyż­szy czas, żeby Jonna mo­gła być matką, która się mar­twi i stara się pa­no­wać nad sy­tu­acją, a Moa mo­gła się za­cho­wy­wać jak dziecko, nie są­dzisz?

- Ale ona nie tylko wo­bec Jonny tak się za­cho­wuje. Rów­nież do nas Moa się rzadko od­zywa. Chyba ja też się tro­chę o nią mar­twię. No i... nie wiem. Bra­kuje mi... nas.

Elena pa­trzy na nią ze zro­zu­mie­niem, po­pi­ja­jąc rum.

- Mnie też.

Linn pod­nosi teczkę z krze­sła. Pa­trzy na szklankę w ręku Eleny, bez słów od­wraca się i idzie na górę, do ga­bi­netu. Wkrótce z sa­lonu za­czy­nają do­bie­gać stłu­mione dźwięki pia­nina.

W ma­łym po­koju na pod­da­szu jest chłodno i przy­tul­nie. Linn od­kłada teczkę na biurko, za­pala lampkę i za­sta­na­wia się, dla­czego nic nie po­wie­działa. O ru­mie. Jaki mamy dzi­siaj dzień? "Środa. Mała so­bota" - od­po­wie­dzia­łaby za­pewne Elena. Po­tem uśmiech­nę­łaby się tak, że blask jej oczu wdarłby się do serca Linn, która w jed­nym mo­men­cie za­po­mnia­łaby o wszyst­kim, co chciała po­wie­dzieć. Ko­lejny raz.

W świe­tle lampy w szkle ob­ra­mo­wa­nego dy­plomu ukoń­cze­nia stu­diów praw­ni­czych na Uni­wer­sy­te­cie w Lund od­bija się syl­we­tka Linn. Na środku głowy ster­czy kilka krót­kich wło­sów w ko­lo­rze pla­ty­no­wego blond, więc stara się je wy­gła­dzić.

"Jak ład­nie" - przy­po­mina so­bie słowa Eleny, gdy za pierw­szym ra­zem wró­ciła od fry­zjera po ścię­ciu wło­sów i roz­ja­śnie­niu ich na nie­mal biały ko­lor. "Ta fry­zura na­daje ci groźny wy­gląd". Po­tem ko­chały się tak na­mięt­nie, jak za­wsze. Nie może jed­nak za­po­mnieć o tym, co Elena po­wie­działa. Że jej też bra­kuje... cze­goś. Czy my­ślały o tym sa­mym? O ich trójce? O tym, że ra­zem wal­czyły? Czy może Elena miała na my­śli coś gor­szego? Coś, co może ozna­czać po­czą­tek końca ich związku?

"Uza­leż­nie­nie od al­ko­holu to je­dyne, co mo­głoby roz­bić nasz zwią­zek" - my­śli, po­cią­ga­jąc no­sem.

Na­tych­miast po­ja­wia się po­czu­cie winy. Elena nie oce­nia Linn. Ni­gdy tego nie ro­biła. Dla­czego Linn nie po­trafi być tak samo wy­ro­zu­miała w sto­sunku do niej? Na li­tość bo­ską, Elena jest do­ro­sła. A na­wet bar­dziej niż "do­ro­sła". Pod ko­niec tego mie­siąca koń­czy sześć­dzie­siąt lat.

"Po­zwól ko­bie­cie żyć, do cho­lery". Wzrok Linn za­trzy­muje się na opra­wio­nym w szkło do­ku­men­cie wi­szą­cym na ścia­nie. Do­strzega w nim swoje od­bi­cie. Linn za­czyna się przy­zwy­cza­jać do nosa, który już ni­gdy nie bę­dzie pro­sty po tym, co oj­ciec zro­bił jej w prze­klę­tej chatce Jo­hana Kin­nego.

"Li­cen­cjat z prawa - Uni­wer­sy­tet w Lund". I po­my­śleć, że udało jej się to zro­bić. Po­mimo wszyst­kiego, co się wy­da­rzyło. Pa­mięta stycz­niową uro­czy­stość, jakby to było wczo­raj. Jak udzie­lał jej się pod­nio­sły na­strój. Wszy­scy tam byli, mama, An­ton i Elena, by z nią świę­to­wać. Oprócz Moi.

Gdy Linn za­czyna od­czu­wać zbyt silny nie­po­kój, wyj­muje z bocz­nej kie­szeni teczki okrą­głe, czarne pla­sti­kowe pu­dełko i wkłada pod wargę sa­szetkę z ni­ko­tyną. W tym sa­mym mo­men­cie dzwoni jej ko­mórka w kie­szeni ma­ry­narki. Mi­nęło sporo czasu, od­kąd bała się od­bie­rać po­łą­cze­nia z nie­zna­nych nu­me­rów, a mimo to nie­pew­ność wkrada się do jej głosu.

- Halo, tu Linn.

- Linn Wal­ter?

"Ja­sna cho­lera". Ist­nieją tylko dwie ka­te­go­rie lu­dzi z tym cha­rak­te­ry­stycz­nym to­nem głosu: han­dlowcy i dzien­ni­ka­rze. A w tej chwili nie ma ochoty roz­ma­wiać ani z jed­nymi, ani z dru­gimi.

- Zga­dza się - od­po­wiada bez emo­cji, zdej­mu­jąc ma­ry­narkę i wie­sza­jąc ją na krze­śle przy biurku.

- Bar­dzo mi miło. Na­zy­wam się He­lena Schinc­kel i dzwo­nię z ga­zety "Kväl­l­spo­sten".

- Schinc­kel?

- Tak - mówi dziew­czyna po dru­giej stro­nie słu­chawki. - Wiesz. Schinc­kel He­lena za­wsze znaj­dzie go­rący te­mat. - Śmieje się nie­pew­nie z wła­snego żartu, po czym kon­ty­nu­uje: - W każ­dym ra­zie za­sta­na­wiam się, czy wi­dzia­łaś wia­do­mo­ści o swoim ojcu, Carlu Wal­te­rze, i czy mo­gła­bym...

Linn się roz­łą­cza, za­nim He­lena Schinc­kel zdąży po­wie­dzieć coś wię­cej. Jed­no­cze­śnie sły­szy w te­le­fo­nie dźwięk po­wia­do­mie­nia. Czyta: "Trze­cia ofiara Ko­biety La­ser?".

Linn nie może po­wstrzy­mać my­śli, które znów krążą wo­kół Moi.

Zmę­cze­nie tkwiące tuż pod skórą jak nie­prze­mi­ja­jąca groźba zło­wiesz­czo po­ru­sza się w jej ciele. Linn za­myka oczy i bie­rze głę­boki od­dech. Atak pa­niki dzięki Bogu nie nad­cho­dzi. Te­le­fon dzwoni po­now­nie. Jej żo­łą­dek skręca się w ostrym bólu. To Ulrika Rönn - sze­fowa Linn z Pro­ku­ra­tury Okrę­go­wej w Malmö. Linn za­raz po ukoń­cze­niu stu­diów zo­stała przez nią za­trud­niona na sta­no­wi­sku asy­stentki. Od pierw­szego dnia to sta­no­wi­sko wy­ma­gało od niej pracy na naj­wyż­szych ob­ro­tach.

"Urlop - my­śli Linn, pró­bu­jąc wziąć głę­boki od­dech. - Przy­dałby mi się cho­ler­nie długi urlop bez tej pie­przo­nej ko­mórki".

- Hej, Ulrika, co mogę dla cie­bie zro­bić? - od­biera te­le­fon i mówi tak lek­kim to­nem, na jaki tylko po­trafi się zdo­być. Wyj­muje lap­top i kła­dzie go na biurku.

- Hej, mam na­dzieję, że nie pla­no­wa­łaś nic na dzi­siej­szy wie­czór - za­czyna Ulrika. Pro­sto z mo­stu, ale jak zwy­kle spo­koj­nie i rze­czowo. - Co się stało z twoim te­le­fo­nem służ­bo­wym?

Linn wyj­muje go z teczki i wi­dzi, że się roz­ła­do­wał. - Prze­pra­szam. Ba­te­ria pa­dła. Co do mo­ich pla­nów... Dla­czego py­tasz?

- Cho­dzi o sprawę Lind­ströma. Po­ja­wiły się nowe in­for­ma­cje, które bez­po­śred­nio prze­czą ze­zna­niom jego są­sia­dów, któ­rzy są świad­kami. Prze­sła­łam ci to wszystko ma­ilem. Wiem, że to dla cie­bie cał­kiem nowa sprawa, ale po pro­stu nie ma ni­kogo in­nego, kto mógłby się tym te­raz za­jąć. Każdą nową in­for­ma­cję trzeba przej­rzeć. Po­rów­naj daty i go­dziny. Sprawdź, czy znaj­dziesz ja­kieś luki.

- Luki?

- Coś mi mówi, że te nowe do­wody są sfa­bry­ko­wane.

Je­śli pro­ku­ra­tor na­czelna Ulrika Rönn prze­czuwa, że to ściema, to praw­do­po­dob­nie ma ra­cję - Linn zdą­żyła się już o tym prze­ko­nać. Zerka na ze­ga­rek. Siódma wie­czo­rem, nic dziw­nego, że ją skręca w brzu­chu. Kiedy ostatni raz coś ja­dła?

- Nie ma sprawy, sze­fowo - od­po­wiada, otwie­ra­jąc lap­topa. - Od razu się za to za­biorę.

Gdy koń­czą roz­ma­wiać, do po­koju wcho­dzi Pan Syk z wy­soko unie­sio­nym ogo­nem. Wska­kuje na biurko i siada tak, by nie mo­gła go do­się­gnąć.

- Hej, ko­lego - mówi Linn. - Dziś też szy­kuje się długi dzień pracy.

Wy­ciąga rękę, żeby spraw­dzić, czy kot da się po­gła­skać. Pan Syk od­wraca głowę i za­myka oczy. Linn wzdy­cha i wstu­kuje ha­sło do kom­pu­tera.

Wpraw­dzie ma wy­rzuty su­mie­nia, że spę­dza w pracy dużo czasu, ale na­wet ją to cie­szy, po­nie­waż ma­rzyła, by zna­leźć się w tym miej­scu. Zaj­muje się ści­ga­niem tych drani. Tych, któ­rzy wy­ko­rzy­stują, mo­le­stują czy mor­dują swoje ko­biety. Przy­po­mina jej się zdję­cie ojca z ga­zety. Wzdryga się na samą myśl o tym. Od­ru­chowo sięga ręką pod biurko w po­szu­ki­wa­niu tego, co jest przy­kle­jone pod spodem i o czym nie wie na­wet Elena. Do­tyka zim­nego, śmier­cio­no­śnego me­talu. Zo­raki M 906. Mały tu­recki pi­sto­let ga­zowy o wa­dze za­le­d­wie pię­ciu­set gra­mów, prze­my­cony przez gra­nicę, a na­stęp­nie prze­ro­biony na praw­dziwą broń przez szwedz­kiego han­dla­rza bro­nią o ela­stycz­nym krę­go­słu­pie mo­ral­nym i za­mi­ło­wa­niu do pie­nię­dzy. To je­den z paru se­kre­tów roz­miesz­czo­nych w ca­łym domu. Jego za­bój­czy po­ten­cjał ją uspo­kaja, mimo że pi­sto­let może być ła­do­wany tylko jed­nym na­bo­jem. Gdyby jesz­cze raz zna­la­zła się w sy­tu­acji za­gra­ża­ją­cej ży­ciu, je­den strzał wy­star­czy. Tym ra­zem się nie za­waha, nie tak jak dwa lata temu. Prze­cho­dzą ją ciarki i otwiera skrzynkę od­bior­czą.

Na świe­cie jest zbyt wielu ta­kich jak Carl Wal­ter i Jo­han Kinne, ale przy­naj­mniej te­raz Linn robi każ­dego dnia, co w jej mocy, by ich po­wstrzy­mać.

Rozdział 2

Leonora

Po ostat­nim ra­zie ka­ra­bin jest w opła­ka­nym sta­nie. Ce­low­nik się ze­psuł, więc te­raz trzeba go po­now­nie za­mon­to­wać i od­dać próbny strzał, by mieć pew­ność, że znów można na nim po­le­gać. Pod­nosi sztu­cer le­żący na czer­wono-bia­łej ce­ra­cie i za­gląda do lufy. Ce­low­nik leży na stole, obok zmię­tego opa­ko­wa­nia po marl­boro z prze­mytu. Bu­telka z ciem­no­brą­zo­wego szkła z ole­jem do broni stoi przy sprayu ze środ­kiem do czysz­cze­nia broni z osadu po pro­chu. Jak po­wszech­nie wia­domo, dba­nie o broń to pod­stawa.

Słońce za­częło już za­cho­dzić. Na po­lach wo­kół farmy ba­żanty, za­jące i lisy szy­kują się na tę porę dnia, kiedy wy­ka­zują się więk­szą ak­tyw­no­ścią, a lu­dzie w tym cza­sie od­po­czy­wają po dłu­gim dniu. Rze­pak za­czął kwit­nąć wy­jąt­kowo wcze­śnie w tym roku i roz­świe­tla pół­mrok in­ten­sywną żółtą barwą. Spra­wia, że cała oko­lica słodko pach­nie la­tem. W cza­sie zbio­rów farmę za­ata­kują ma­leń­kie, czarne owady. Te­raz głów­nie ko­mary są uciąż­liwe.

Le­onora lub Leo, jak ją na­zy­wają, nie­obecna my­ślami, dra­pie czer­wony bą­bel na przed­ra­mie­niu, po czym na­są­cza lniany skra­wek ob­fi­cie ole­jem i na­kłada go na koń­cówkę dłu­giego me­ta­lo­wego wy­cioru, od­po­wia­da­ją­cego ka­li­browi ka­ra­binu. Na­stęp­nie wpro­wa­dza wy­cior do lufy. Od tyłu. Wy­lot lufy to naj­bar­dziej wraż­liwa część broni, na­wet jedno uszko­dze­nie może nieść ze sobą po­ważne kon­se­kwen­cje. Tro­chę jak z ludźmi.

"Męż­czyźni są w po­rządku pod wa­run­kiem, że idą za nami i wtedy nie trzeba na nich pa­trzeć" - my­śli Leo i szy­der­czo się uśmie­cha. Każda cipa po­trafi znieść tych skur­wieli. Mogą ją na­wet tro­chę pod­nie­cać. Wy­star­czy jed­nak, że ob­róci go przo­dem do sie­bie, a on wej­dzie w jej głowę i w serce, to wy­rzą­dzi jej krzywdę. O tym też po­wszech­nie wia­domo.

Po­zo­sta­wia olej na pięt­na­ście mi­nut i w tym cza­sie nuci starą ko­ły­sankę, któ­rej słów nie pa­mięta. Na­stęp­nie zmie­nia lnianą szmatkę na końcu wy­cioru na mo­siężną szczotkę i prze­py­cha prze­wód lufy dwa­dzie­ścia razy na ca­łej dłu­go­ści, dłu­gimi, de­li­kat­nymi ru­chami, tak jak kie­dyś na­uczyła ją matka. Na­stęp­nie na­leży ze­trzeć po­zo­sta­ło­ści. Kiedy stwier­dza, że lufa jest do­kład­nie oczysz­czona ze żrą­cego osadu pro­chu, po uży­ciu środka do usu­wa­nia po­zo­sta­ło­ści mie­dzi, bie­rze ny­lo­nową szczotkę, by po­rząd­nie ze­trzeć za­bru­dze­nia w prze­wo­dzie lufy. Na ko­niec prze­ciera lufę kil­koma su­chymi lnia­nymi szmat­kami i na­nosi cienką war­stwę oleju w jej wnę­trzu.

Do kuchni wcho­dzi dużo młod­sza ko­bieta. Drew­niana pod­łoga skrzypi pod jej cięż­kimi bu­tami.

- Fuj, ale tu śmier­dzi - mówi, marsz­cząc nos, i od­kłada srebrny pi­sto­let na ku­chenny stół. PHX Pho­enix Red­back Ul­tra­li­ght ka­li­ber 9 × 19 mm z ma­ga­zyn­kiem o po­jem­no­ści sie­dem­na­stu na­bo­jów.

Le­onora spo­koj­nie kiwa głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z ka­ra­binu.

- Amo­niak. Roz­pusz­czal­nik do mie­dzi. Był już naj­wyż­szy czas.

Młoda ko­bieta siada na­prze­ciwko, ob­ser­wu­jąc płynne, wprawne ru­chy star­szej.

- Też mu­szę się tego na­uczyć - mówi, wska­zu­jąc na Leo, która pe­dan­tycz­nie mon­tuje ce­low­nik na ka­ra­bi­nie. - A te­raz chyba trzeba od­dać próbny strzał, żeby spraw­dzić, czy trafi w cel?

- Zde­cy­do­wa­nie - od­zywa się trze­cia ko­bieta z cią­żo­wym brzu­chem, która po­ja­wia się w drzwiach. - Cho­ciaż w tym roku w Malmö strze­la­nie nie jest trudne.

Cała trójka wy­bu­cha śmie­chem, a tym­cza­sem nad mia­stem szybko za­pada zmierzch.

Rozdział 3

Elena

"W ciągu pierw­szych mie­sięcy tkanki mięk­kie ule­gają roz­kła­dowi, zja­dane przez bak­te­rie i grzyby. Po paru mie­sią­cach zwy­kle po­zo­stają tylko ko­ści i ob­umarła tkanka - czyta Elena. - Po tak dłu­gim cza­sie pra­wie całe ciało po­winno za­mie­nić się w proch". Prze­cho­dzi do na­stęp­nej karty w prze­glą­darce, gdzie rów­nież nie znaj­duje żad­nych no­wych in­for­ma­cji. Ten tekst prze­czy­tała już chyba ty­siąc razy. Oczy­wi­ście zdaje so­bie sprawę, że w tym, co robi, jest ja­kaś pa­to­lo­gia. Lekka ob­se­sja. Ro­bert-gwał­ci­ciel od dwóch lat leży tam, gdzie zo­stał za­ko­pany. Pod po­ma­rań­czo­wymi kwia­tami, które pre­zen­tują się na tym pa­górku wy­jąt­kowo uro­kli­wie.

On nie wy­ko­pie się spod ziemi, nie przy­wle­cze się tu w środku nocy i nie sta­nie na­gle w drzwiach sy­pialni odziany w prze­gniłe, cuch­nące tru­pem łach­many i nie wskaże na nią swoim już pra­wie zgni­łym, oskar­ży­ciel­skim pal­cem. Nie sta­nie się tak, jak to nie­ustan­nie dzieje się w jej snach. Praw­do­po­dob­nie ten pa­lec już na­wet nie ist­nieje. Nie może jed­nak prze­stać my­śleć o Ro­ber­cie. I o jego ma­łej có­reczce, która musi do­ra­stać bez ojca.

Skład ziemi. Elena do­wie­działa się, że jest to naj­waż­niej­szy czyn­nik de­cy­du­jący o tym, jak długo szkie­let po­zo­staje nie­na­ru­szony po po­chówku. Tu­taj, w piasz­czy­stych gle­bach Ska­nii, za­czyna roz­kła­dać się znacz­nie póź­niej niż w miej­scach po­ło­żo­nych nieco da­lej na pół­noc. Ale mi­nęły dwa lata. Z Ro­berta nie mo­gło zo­stać już wiele.

"Po­winno być do­brze" - my­śli, do­pi­ja­jąc ostat­nie kro­ple rumu z krysz­ta­ło­wej szklanki.

Cały dom za­snął. Tylko Elena nie. Jej nocna ak­tyw­ność prze­ro­sła na­wet Pana Syka, który uło­żył się wy­god­nie na pa­ra­pe­cie i twardo śpi. Elena, chcąc od­su­nąć od sie­bie złe my­śli, otwiera nową kartę w prze­glą­darce i wcho­dzi na pierw­szą stronę dzien­nika "Afton­bla­det". Carl Wal­ter wpa­truje się w nią zło­śli­wie ze zdję­cia na gó­rze strony. Gdy klika ar­ty­kuł, prze­cho­dzą ją ciarki.

"Kto by po­my­ślał, że ist­nieje ko­bieta, która pa­trząc w te oczy, czuje mi­łość" - my­śli. Per­nilla. Ma­leń­stwo. Je­den z ty­sięcy po­wo­dów, dla któ­rych obie z Linn usu­nęły swoje pro­file z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych. Stało się to nie do wy­trzy­ma­nia. Może za­wsze tak było. Linn nie pi­sze już na­wet do ga­zet i na pewno nie ma w pla­nie no­wej książki. Linn twier­dzi, że to przez nad­miar obo­wiąz­ków w pracy. Za­pewne to tylko wy­godna wy­mówka. Obec­nie całą ko­mu­ni­ka­cją z po­ten­cjal­nymi fa­nami i oso­bami chcą­cymi prze­pro­wa­dzić z nią wy­wiad zaj­muje się wy­daw­nic­two.

Elena na­jeż­dża kur­so­rem na są­sied­nią kartę. Po raz ko­lejny za­mie­rza prze­czy­tać uspo­ka­ja­jące słowa, że mar­twe ciało znik­nęło na za­wsze po dwóch la­tach le­że­nia w ziemi, ale wi­dzi coś, co przy­ciąga jej uwagę. Link do zu­peł­nie in­nego ar­ty­kułu.

Trze­cia ofiara Ko­biety La­ser? - brzmi ty­tuł.

Elena klika w na­głó­wek, by przejść do ar­ty­kułu. Czyta o ostat­nich ta­jem­ni­czych za­bój­stwach w Malmö i nie może po­wstrzy­mać uśmie­chu na ustach. Po­pra­wia scy­zo­ryk, który te­raz za­wsze nosi w sta­niku, i pod­nosi szklankę, by się na­pić, ale oka­zuje się, że nic w niej nie ma. Stwier­dza, że wła­ści­wie dziś jest mała so­bota, więc wstaje, by so­bie do­lać. Wtedy kot pod­nosi głowę i spo­gląda na nią z pa­ra­petu.

To, że ani ona, ani Linn nie ko­rzy­stają z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, jest tylko po­łową prawdy. To zna­czy, Elena Co­vaci nie ma, ale lon­li­bo­i_20 już tak. Może przed pój­ściem spać po­winna jesz­cze tra­dy­cyj­nie przej­rzeć fora in­ter­ne­towe Red­dit i Lo­okism.net?

Rozdział 4

Moa

W cia­snym ba­rze przy nie­sław­nej ulicy Isted­gade w Ko­pen­ha­dze mu­zyka gra tro­chę za gło­śno, by można było nor­mal­nie roz­ma­wiać. Moa ob­ser­wuje ha­ła­śli­wych lu­dzi pi­ją­cych ta­nie piwo, któ­rzy pró­bują pro­wa­dzić pi­jac­kie roz­mowy, prze­krzy­ku­jąc ostre roc­kowe dźwięki. Prze­waż­nie są to lumpy. Dzie­ciaki z mar­gi­nesu. Out­si­de­rzy, tacy jak ona. Du­szący dym pa­pie­ro­sów już jej nie prze­szka­dza, jak wtedy, gdy była tu po raz pierw­szy. Cho­ciaż Ko­pen­haga znaj­duje się za­le­d­wie dwa­dzie­ścia mi­nut jazdy po­cią­giem od Malmö, można od­nieść wra­że­nie, że to zu­peł­nie inny świat. Lu­dzie mają tu więk­szą swo­bodę. Można na­wet pa­lić w pu­bach.

Przy ba­rze stoi Ve­ro­nica. Moa pa­trzy na jej dłu­gie, ciem­no­brą­zowe włosy, które się­gają aż do pupy. Na szyi, pod nie­sforną gę­stą falą wło­sów, za­równo na­tu­ral­nych, jak i prze­dłu­ża­nych, znaj­duje się wy­bla­kły zie­lony ta­tuaż: "I am a fuc­kup".

Po­wie­działa Moi, że dwa lata temu ko­le­żanka zro­biła jej to po pi­jaku. Ale Ve­ro­nica wcale nie jest żad­nym "fuc­ku­pem". Jakby przy­cią­gnięta czy­stą ener­gią spoj­rze­nia Moi, od­wraca się i wi­dzi, że Moa na nią pa­trzy, więc uśmie­cha się do niej sze­roko. Czu­bek jej nosa lekko się przy tym za­krzy­wia. To coś, co Moa za­uwa­żyła u niej przez ostat­nie kilka mie­sięcy, kiedy in­ten­syw­nie się w nią wpa­try­wała. Ve­ro­nica jest ty­pem osoby, która czuje się swo­bod­nie, gdzie­kol­wiek się po­jawi. Jakby była na­tu­ralną czę­ścią świata. Jakby w każ­dym miej­scu czuła się jak u sie­bie. To jest piękne.

Moa pró­bo­wała zo­stać les­bijką ze wzglę­dów po­li­tycz­nych. Bar­dzo się sta­rała, ale bez skutku. Oczy­wi­ście do­strzega to, że Ve­ro­nica - dzie­więt­na­sto­let­nia strip­ti­zerka, którą po­znała w Malmö je­sie­nią ubie­głego roku - jest piękna. Sek­sowna. Tak, raz się ze sobą prze­spały i w za­sa­dzie na tym się skoń­czyło. Nie było tak jak w przy­padku Linn i Eleny. Nic nie czuła. Je­dy­nie w związ­kach z fa­ce­tami coś czuła.

A na to ni­gdy, prze­ni­gdy nie przy­sta­nie. "Je­bać to", jak po­wie­dzia­łaby Ve­ro­nica.

Do baru pod­cho­dzi na­wa­lony męż­czy­zna w śred­nim wieku o ospo­wa­tej twa­rzy w ko­lo­rze świń­skiego różu i staje zde­cy­do­wa­nie za bli­sko Ve­ro­niki. Coś do niej mówi, a Moa do­my­śla się, co to ta­kiego. Może też so­bie wy­obra­zić, jak pach­nie jego od­dech. Czuła to samo od swo­jego ojca czę­ściej, niż by tego chciała.

Jedno spoj­rze­nie na męż­czy­znę przy ba­rze wy­star­czyło, by na­tych­miast cof­nął się o krok. Kiedy Ve­ro­nica otwiera usta i rzuca parę słów w jego stronę, chwy­ta­jąc jed­no­cze­śnie swój złoty nóż mo­tyl­kowy za­wie­szony na szyi na gru­bym łań­cuszku, fa­cet kuli się w so­bie i znika wśród pi­ja­nej ludz­kiej masy w lo­kalu.

Moa wy­bu­cha śmie­chem i bawi się ja­sno­żółtą pla­sti­kową za­pal­niczką. Za­pala ją i gasi. Męż­czyźni dość czę­sto pró­bują flir­to­wać z Ve­ro­nicą lub skła­dać jej nie­przy­zwo­ite pro­po­zy­cje. Albo pod­cho­dzą, by wy­gło­sić opi­nie na te­mat jej ciała i wy­glądu, mimo że nikt ich o to nie prosi. Można się tego spo­dzie­wać, gdy wy­gląda się tak, jak ona. Ale Ve­ro­nica za­wsze szybko daje im do zro­zu­mie­nia, że mar­nują czas. Że to może oka­zać się dla nich nie­bez­pieczne. Pew­nie dzieje się tak dla­tego, że pra­cuje w jed­nym z naj­bar­dziej ob­skur­nych klu­bów ze strip­ti­zem w Ko­pen­ha­dze, gdzie na każ­dej zmia­nie musi zno­sić to samo, ale tam do­staje za to so­wite wy­na­gro­dze­nie... Poza go­dzi­nami pracy, kiedy jej za to nie płacą, Ve­ro­nica ab­so­lut­nie nie to­le­ruje tego gówna. Wtedy sta­wia sprawę ja­sno.

W końcu Ve­ro­nica do­staje od bar­mana dwie bu­telki zie­lo­nego Tu­borga, wraca do sto­lika i siada. Zdmu­chuje z twa­rzy długi ko­smyk wło­sów i na­tych­miast za­pala pa­pie­rosa. Ma dłu­gie, akry­lowe pa­znok­cie po­kryte czar­nym, błysz­czą­cym la­kie­rem. Na każ­dej wy­sta­ją­cej ko­stce u dłoni ma wy­ta­tu­owaną li­terę, które ra­zem two­rzą na­pis "GAME OVER".

- Co to był za ko­leś? - pyta Moa i po­ciąga duży łyk. Ko­lejna rzecz, która jest lep­sza tu­taj, po dru­giej stro­nie Öre­sundu. Ni­kogo nie ob­cho­dzi, że ktoś, kto ma nie­całe sie­dem­na­ście lat, sie­dzi w ba­rze i pije piwo z przy­ja­ciółką. Przy­naj­mniej nie na tyle, by coś z tym zro­bić.

- Ja­kiś de­bil - od­po­wiada Ve­ro­nica w dźwięcz­nym dia­lek­cie z Malmö. - Jak każdy z nich. Pie­przyć to. Po­cze­kaj...

Ślini pa­lec wska­zu­jący i po­chyla się do przodu. Po­ciera lekko skroń Moi.

- Farba do wło­sów, prze­ga­pi­łaś jedno miej­sce - uśmie­cha się.

Moa wzru­sza ra­mio­nami.

- Zmyje się, gdy na­stęp­nym ra­zem we­zmę prysz­nic.

- Na­prawdę do­brze ci w tym kru­czo­czar­nym ko­lo­rze - mówi Ve­ro­nica. - Jest cool. Raz pró­bo­wa­łam, ale wy­glą­da­łam jak trup, bo mam tak bladą skórę. Je­dy­nie ciemny brąz się u mnie spraw­dza. Wła­ści­wie to już od dawna chcia­łam prze­te­sto­wać czer­wony. Taką praw­dziwą czer­wień, jak ta z kloc­ków lego. Może kie­dyś.

- A dla­czego nas to w ogóle ob­cho­dzi? - pyta Moa nie­pew­nie.

- Otóż to! - Ve­ro­nica ude­rza o stół bu­telką z pi­wem, tak że piana się w niej pod­nosi i za­czyna wy­le­wać. - Masz ra­cję. Pa­triar­chat spra­wia, że ocze­ki­wa­nia męż­czyzn wkra­dają się w na­sze umy­sły. Prze­ko­na­nie, że wszystko, czym je­ste­śmy, to nasz wy­gląd. I że można wy­glą­dać albo do­brze, albo źle.

- I jesz­cze to twoje za­da­nie, żeby do­brze wy­glą­dać - do­daje Moa. - Tak jak tego chcą męż­czyźni.

Ve­ro­nica po­twier­dza ski­nie­niem głowy.

- Tak to już jest. Praw­dziwe wy­zwa­nie. Nie­za­leż­nie od tego, jak bar­dzo je­steś świa­doma, twój umysł ła­two może zo­stać za­truty. Lecz ci idioci, któ­rzy przy­cho­dzą do klubu, nie ro­zu­mieją, że to oni są ofia­rami, a ja oprawcą. Kiedy prze­kra­czają próg Dol­l­ho­use Dre­am­land, wszyst­kie strip­ti­zerki i dziwki wi­dzą do­kład­nie to samo: gruby, ża­ło­sny i ku­rew­sko na­iwny port­fel.

Za­lot­nie ma­cha do gru­basa przy ba­rze, który tak się prze­jął jej uwagą, że upu­ścił na pod­łogę swoją szklankę z gi­nem i to­ni­kiem. Ve­ro­nica po­kłada się ze śmie­chu.

- Idioci - mówi ci­cho, po czym wy­pija dusz­kiem po­łowę swo­jego piwa.

W kie­szeni Moi wi­bruje jej te­le­fon. Moa go wyj­muje, wi­dzi, że to jej mama, i od­rzuca po­łą­cze­nie.

- Słu­chaj, bo ty... mó­wi­łaś o ja­kimś spo­tka­niu. Po­wie­dzia­łaś, że za ja­kiś czas mogę do­łą­czyć. Mi­nęło już kilka mie­sięcy. Więc kiedy znowu się spo­ty­ka­cie?

Ve­ro­nica od­chyla się do tyłu na krze­śle i krzy­żuje ręce na smu­kłych pier­siach. Jej skó­rzana ka­mi­ze­lka z se­cond-handu po­kryta jest przy­pin­kami z logo róż­nych ze­spo­łów roc­ko­wych. Cała masa na­szyj­ni­ków róż­nej dłu­go­ści i ro­dzaju zwisa mię­dzy pier­siami. Je­den z tych nieco krót­szych to łań­cu­szek zro­biony z ży­le­tek. Nóż mo­tyl­kowy wisi naj­ni­żej i lekko wy­brzu­sza się pod czar­nym pod­ko­szul­kiem w stylu vin­tage z logo ze­społu roc­ko­wego L7.

Moa pa­trzy na swoje po­ma­lo­wane na czarno pa­znok­cie i skó­rzane bran­so­letki z ćwie­kami. Bawi się opa­ską z ze­szło­rocz­nego Fe­sti­walu Ro­skilde. My­śli, że może mimo wszystko po­winna była ode­brać te­le­fon, żeby mama mo­gła się tro­chę uspo­koić. Jed­nak wy­rzuty su­mie­nia mi­jają po ko­lej­nym łyku. Nie ma te­raz czasu, żeby mar­twić się o mamę.

- Słu­chaj - mówi da­lej. - Wiesz, to, o czym roz­ma­wia­ły­śmy... no... o sy­pia­niu z fa­ce­tami i tak da­lej. Co tak na­prawdę o tym my­śleć? Czy jest to coś, o czym roz­ma­wia­cie na wa­szych spo­tka­niach?

Sku­bie skórkę przy kciuku tak, że za­czyna le­cieć krew. Wkłada pa­lec do ust i się krzywi.

Ve­ro­nica po­chyla się nad sto­łem. Po­woli unosi rękę i prze­suwa kciu­kiem po bliź­nie na skroni Moi. Bliź­nie, która jest po­zo­sta­ło­ścią po spo­tka­niu z Jo­ha­nem Kin­nem, kiedy to wraz z Eleną i Linn pró­bo­wały go uwię­zić w jego obrzy­dli­wej chatce, a Carl Wal­ter po­ja­wił się tam ni­czym anioł stróż i zły duch za­ra­zem. Spo­tka­nie, które za­koń­czyło się czte­ro­dniową śpiączką Moi. Nie pa­mięta, w któ­rym mo­men­cie to się stało i od czego ma tę bli­znę. Tak samo jak tę na szyi czy te na ple­cach. Ostat­nią rze­czą, jaką pa­mięta z tam­tej nocy, jest zbli­ża­jący się do niej Jo­han Kinne, na­stęp­nie ostry ból z boku głowy, a po­tem do­piero mo­ment wy­bu­dze­nia na od­dziale in­ten­syw­nej te­ra­pii w szpi­talu w Malmö. Linn i Elena mó­wią, że po­winna się cie­szyć, że nic nie pa­mięta. Ale dia­bli wie­dzą, czy ona się z tym zga­dza.

- Mu­sisz po­my­śleć o tym - mówi Ve­ro­nica, prze­su­wa­jąc opu­szek palca po de­li­kat­nej krzy­wiź­nie bli­zny. - Przez kogo to masz.

Szpera w wi­szą­cej na opar­ciu krze­sła, płó­cien­nej tor­bie w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni i wy­ciąga cienką, ró­żową ksią­żeczkę.

- Prze­czy­taj to naj­pierw. I wtedy zro­bimy ra­zem jedną rzecz. Po­tem bę­dziesz mo­gła pójść ze mną na na­stępne spo­tka­nie.

Moa pa­trzy na sfa­ty­go­waną i po­miętą książkę, którą trzyma w ręku. Va­le­rie So­la­nas. Ma­ni­fest SCUM. Na od­wro­cie znaj­duje się cy­tat: "Je­dyne, co po­zo­staje cy­wi­li­zo­wa­nym ko­bie­tom, to oba­le­nie rządu, zbu­rze­nie ist­nie­ją­cego sys­temu go­spo­dar­czego i uni­ce­stwie­nie płci mę­skiej".

- No i o to cho­dzi - mówi, wzno­sząc to­ast zie­loną bu­telką z pi­wem, na który od razu od­po­wiada piękna, nie­bez­pieczna i in­te­li­gentna Ve­ro­nica.

Rozdział 5

Carl

Carl Wal­ter sie­dzi bar­dzo spo­koj­nie i ob­ser­wuje, jak młoda blon­dynka wcho­dzi do po­koju od­wie­dzin na trze­cim pię­trze trzy­dzie­stego dru­giego od­działu w za­mknię­tym za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym w Säter. Sły­szy jej płytki od­dech. Do­strzega cienką war­stwę potu na czole, któ­rej praw­do­po­dob­nie na­wet nie jest świa­doma. Ma sty­lową, bor­dową je­dwabną bluzkę, nieco ciem­niej­szą pod pa­chami. Dziew­czyna o krą­głych, ko­bie­cych kształ­tach.

- Czy byli dla cie­bie su­rowi? - pyta Carl, gdy siada na­prze­ciwko niego w znisz­czo­nym, kwa­dra­to­wym po­miesz­cze­niu, które przy­po­mina po­kój prze­słu­chań na po­li­cji.

Wy­gląda na zdez­o­rien­to­waną, wraca pa­mię­cią do wy­da­rzeń sprzed chwili, o co wła­śnie mu cho­dziło. Carl roz­ko­szuje się, gdy wi­dzi, że ko­bieta nie­mal nie­zau­wa­żal­nie za­ci­ska po­wieki, wzdry­ga­jąc się na myśl o tym, jak ja po­trak­to­wano. Na­pawa się świa­do­mo­ścią, że zo­stała upo­ko­rzona.

- By­łam przy­go­to­wana na kon­trolę - od­zywa się z uda­wa­nym spo­ko­jem.

Na­stęp­nie wy­ciąga ku niemu rękę nad sto­łem. Carl jest pod wra­że­niem, że ręka nie drży.

- He­lena Schinc­kel.

- By­łaś przy­go­to­wana na kon­trolę? - mówi Carl i bie­rze jej dłoń mię­dzy swoje ręce, po­nie­waż są skute kaj­dan­kami z krót­kim srebr­nym łań­cusz­kiem. - Niech zgadnę. My­śla­łaś, że bę­dzie to coś w ro­dzaju kon­troli na lot­ni­sku, prawda? Za­zwy­czaj tak jest. Pew­nie nie spo­dzie­wa­łaś się, że wi­zyta u nie­sław­nego Carla Wal­tera, naj­nie­bez­piecz­niej­szego czło­wieka w Szwe­cji bę­dzie wy­ma­gała nieco wię­cej, co?

He­lena Schinc­kel ru­mieni się aż po ce­bulki wło­sów, a on chło­nie to, od­chy­la­jąc się do tyłu z sze­ro­kim uśmie­chem.

Ko­bieta dra­pie się po szyi.

- Nie są­dzę, że­byś był aż tak nie­bez­pieczny. Nie by­łam jed­nak przy­go­to­wana na... tak do­kładną re­wi­zję oso­bi­stą - od­po­wiada wy­raź­nie uda­wa­nym zu­chwa­łym to­nem.

Carl Wal­ter przy­biera smutny wy­raz twa­rzy.

- Je­śli prze­szu­ki­wał cię ten skur­wiel Jans­son, to do­sko­nale cię ro­zu­miem. Wy­ko­rzy­stuje każdą oka­zję, by móc so­bie po­ma­cać - wzdy­cha i roz­kłada ręce tak sze­roko, jak to moż­liwe. - Ro­bi­łem, co w mo­jej mocy, zgło­si­łem się na po­li­cję i tak da­lej, ale chyba ro­zu­miesz, He­leno, że nikt mnie nie słu­cha.

Wle­pia w nią wzrok i wi­dzi, że przy­nosi to za­mie­rzony efekt. He­lena Schinc­kel wpada w si­dła jego ja­snych, sza­ro­nie­bie­skich oczu. Tylko przez chwilę, ale to wy­star­czy. Może i ma pra­wie sześć­dzie­siąt lat, ale cha­ry­zma się nie sta­rzeje.

Po chwili He­lena od­rywa od niego wzrok, wy­ciąga sta­ro­modny dyk­ta­fon i kła­dzie go na stole mię­dzy nimi. Carl się śmieje. Ochry­ple i prze­cią­gle.

- Za­kaz uży­wa­nia te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych. Wiem. To bar­dzo wku­rza­jące.

He­lena włą­cza sprzęt do na­gry­wa­nia.

- Je­stem w za­kła­dzie za­mknię­tym w Säter. Jest to pla­cówka ist­nie­jąca od 1912 roku, zwana wów­czas Säters Ho­spi­tal. Już na sa­mym po­czątku utwo­rzono w niej pa­wi­lon ob­jęty spe­cjal­nym nad­zo­rem, tak zwany pa­wi­lon stały. Jest to za­kład o wy­so­kim po­zio­mie bez­pie­czeń­stwa dla pa­cjen­tów z ca­łego kraju, wy­ma­ga­ją­cych szcze­gól­nej opieki. Co roku wy­pi­suje się i przyj­muje mniej wię­cej tę samą liczbę pa­cjen­tów. Wszyst­kie osoby le­czone tu zgod­nie z ustawą o są­do­wej opiece psy­chia­trycz­nej łą­czy to, że po­peł­niły prze­stęp­stwo, a jed­no­cze­śnie są uzna­wane za osoby z po­waż­nymi za­bu­rze­niami psy­chicz­nymi. W Säter nie od­bywa się kary po­zba­wie­nia wol­no­ści na czas okre­ślony tylko do mo­mentu, gdy le­ka­rze uznają, że dana osoba jest na tyle zdrowa, by znów żyć w spo­łe­czeń­stwie. Ten dzień teo­re­tycz­nie ni­gdy może nie na­dejść i więź­nio­wie do­sko­nale zdają so­bie z tego sprawę. Zwłasz­cza Carl Wal­ter, który sie­dzi tu obok mnie.

He­lena wci­ska pauzę i wy­łą­cza dyk­ta­fon.

- Mamy trzy go­dziny - mówi do Carla. W tym sa­mym mo­men­cie roz­lega się pu­ka­nie do drzwi i do sali wcho­dzi pie­lę­gniarz w czar­nych spodniach i ja­sno­zie­lo­nym T-shir­cie.

- Kawy? - pyta.

- Chęt­nie, z mle­kiem, po­pro­szę - od­po­wiada He­lena.

- Ja po­pro­szę czarną - mówi Carl.

Pie­lę­gniarz kiwa głową i wy­cho­dzi. W drzwiach znaj­duje się duża szyba z har­to­wa­nego szkła, a na ze­wnątrz pod­czas ca­łej roz­mowy He­leny z Car­lem stoi inny pie­lę­gniarz. Ten ma na so­bie po­do­bne czarne spodnie, ale za­miast zie­lo­nej ko­szulki - ja­skra­wo­czer­woną bluzę. Od mo­mentu przy­ję­cia do szpi­tala w lipcu 2014 roku Carl Wal­ter przez więk­szość czasu nie spra­wiał pro­ble­mów. To jego druga od­siadka w tym sta­rym szpi­talu. Wcze­śniej prze­by­wał tu dwa­dzie­ścia lat, po czym zo­stał uznany za zdro­wego i go wy­pusz­czono. W cza­sie krót­kiego po­bytu na wol­no­ści usi­ło­wał za­mor­do­wać byłą żonę Anne oraz córkę Linn. Spo­wo­do­wał też ciężki uszczer­bek na zdro­wiu Eleny i Moi. A na ko­niec bru­tal­nie za­bił po­li­cjanta, pe­do­fila i za­bójcę dzieci Jo­hana Kin­nego.

- Czy wiesz, że około dwu­dzie­stu pro­cent wszyst­kich zwol­nio­nych z Säter wraca na drogę prze­stęp­stwa? - pyta Carl Wal­ter, spla­ta­jąc dło­nie na stole przed sobą. Po­chyla się do przodu. Jego spoj­rze­nie wsysa He­lenę co­raz głę­biej. Wie, że kon­trast mię­dzy lo­do­wym błę­ki­tem jego oczu i czar­nym T-shir­tem, który ma na so­bie, spra­wia, że jego oczy błysz­czą jesz­cze moc­niej.

- Trzy­na­ście - po­pra­wia go. - Można po­wie­dzieć, że to po­rażka per­so­nelu od­działu psy­chia­trycz­nego - mówi He­lena. - Albo twoja. Więc... dla­czego ci się nie udało, Carl?

Carl Wal­ter par­ska po­gar­dli­wie i od­chyla się na krze­śle, zi­ry­to­wany za­równo jej bar­dziej aser­tyw­nym to­nem, jak i bez­po­śred­nim py­ta­niem. Zde­cy­do­wa­nie nie in­te­re­suje go uzna­nie swo­jej po­rażki. Kie­ruje roz­mowę na inne tory:

- Czy to twoja pierw­sza wi­zyta tu­taj?

- Mhm. Mam na­dzieję, że nie ostat­nia.

- Wiesz, że już mam współ­au­tora mo­jej książki?

- Do­sko­nale zdaję so­bie z tego sprawę i nie po to tu je­stem.

Carl Wal­ter mru­czy coś pod no­sem, gdy otwie­rają się drzwi i wcho­dzi pie­lę­gniarz z dwoma pla­sti­ko­wymi kub­kami z kawą.

- Wszystko w po­rządku? - pyta He­lenę, spo­glą­da­jąc to na nią, to na Carla.

- Oczy­wi­ście - od­po­wiada He­lena i wyj­muje no­tat­nik.

Kiedy wy­ciąga wieczne pióro, pie­lę­gniarz z nie­po­ko­jem rzuca na nie okiem, przy­zwy­cza­jony do tego, że w ta­kim miej­scu jak to naj­róż­niej­sze rze­czy można za­mie­nić na broń. Poza kil­koma ra­żą­cymi wy­jąt­kami Carl Wal­ter od mo­mentu przy­ję­cia na od­dział był bez­kon­flik­towy i układny. Po twa­rzy pie­lę­gnia­rza wy­raź­nie jed­nak wi­dać, że jest przy­go­to­wany na zmianę w każ­dej chwili.

Około jedna trze­cia osób osa­dzo­nych w Säter po­peł­nia co naj­mniej jedno prze­stęp­stwo pod­czas po­bytu na od­dziale. W więk­szo­ści przy­pad­ków są to po­mniej­sze prze­stęp­stwa nar­ko­ty­kowe lub prze­moc wo­bec członka per­so­nelu. Albo drobne kra­dzieże wśród więź­niów. Ale nie­któ­rzy mogą też bez ostrze­że­nia stać się na­prawdę agre­sywni, za­równo wo­bec in­nych, jak i sie­bie sa­mych.

Po przy­ję­ciu do Säter, za­nim prze­stępca z za­bu­rze­niami psy­chicz­nymi zo­sta­nie umiesz­czony w jed­nym z wielu od­dzia­łów, prze­pro­wa­dza się in­dy­wi­du­alną ocenę ry­zyka. Tu­taj, w od­dziale nu­mer 32, na trze­cim i ostat­nim pię­trze kre­mo­wego be­to­no­wego bu­dynku znaj­duje się od dwu­na­stu do czter­na­stu miejsc. Od­dział nu­mer 32 jest pra­wie za­wsze pełny, prze­by­wają w nim wszy­scy - od se­ryj­nych mor­der­ców i ka­ni­bali, po pe­do­fi­lów i osoby ska­zane za spo­wo­do­wa­nie cięż­kiego uszczerbku na zdro­wiu. Ce­chą wspólną więk­szo­ści z nich, poza za­bu­rze­niami psy­chicz­nymi, jest trudne dzie­ciń­stwo i zma­ga­nie się z sil­nymi uza­leż­nie­niami.

- Jak to jest być tu z po­wro­tem? - od­zywa się He­lena, gdy pie­lę­gniarz, rzu­ciw­szy ostat­nie po­dejrz­liwe spoj­rze­nie na wieczne pióro, wy­cho­dzi, zo­sta­wia­jąc ich sa­mych.

Carl Wal­ter splata dło­nie nad głową i na­pina bi­cepsy. He­lena się im przy­gląda. Za­wie­sza na nich wzrok na se­kundę dłu­żej, niż wy­pada, a on to za­uważa.

- Za­ka­zali mi tre­no­wać - mówi i pusz­cza do niej oko.

- Na­prawdę? - mówi He­lena, któ­rej nie do końca udaje się ukryć, że się ru­mieni. - Czy ak­tywny tryb ży­cia nie jest ważny dla zdro­wia psy­chicz­nego?

- Okej, okej - uśmie­cha się Carl. - "Za­ka­zali" to chyba za dużo po­wie­dziane. Uwa­żają, że sta­łem się zbyt duży i silny przez to, że tyle ćwi­czy­łem na si­łowni. Mogę więc tre­no­wać w ogra­ni­czo­nym za­kre­sie, jak to na­zy­wają. - Jego lo­do­wato nie­bie­skie oczy błysz­czą. - Wiesz... tu­taj raz do roku trzeba wy­peł­nić for­mu­larz z sa­mo­oceną do­ty­czącą zdro­wia psy­chicz­nego i fi­zycz­nego. Sama przy­znaj, ja­kie to głu­pie. Sie­dzi tu banda sza­leń­ców, któ­rych uważa się za zbyt szur­nię­tych, by mo­gli prze­by­wać w zwy­kłym wię­zie­niu, ale kiedy ci sami lu­dzie mają opo­wia­dać o swoim sa­mo­po­czu­ciu, ufa się ich osą­dowi?

He­lena Schinc­kel zdej­muje zę­bami na­krętkę z wiecz­nego pióra i roz­pi­suje je na le­żą­cym przed nią no­te­sie w li­nie. Lekko se­pleni, ma­jąc na­krętkę w ustach:

- Mó­wisz ci lu­dzie i ich, Carl. Więc sam nie za­li­czasz się do tego grona... jak to po­wie­dzia­łeś... do grona szur­nię­tych lu­dzi?

Carl ko­ły­sze się na krze­śle i zwie­sza głowę.

- Za­bu­rze­nia psy­chiczne mogą być po­ważne. Nie ozna­cza to jed­nak, że mu­szą być dłu­go­trwałe.

He­lena za­kłada na­krętkę na koń­cówkę pióra i prze­kłada je mię­dzy pal­cami, jed­no­cze­śnie pro­stu­jąc plecy.

- A gdy­byś tak spró­bo­wał od­po­wie­dzieć na moje py­ta­nie: ja­kie to uczu­cie być tu z po­wro­tem?

Carl Wal­ter wzru­sza ra­mio­nami. Za­czyna się już nu­dzić.

- Jest okej. Jak już mó­wi­łem, nie za­mie­rzam tu długo zo­stać.

- Uwa­żasz, że wy­zdro­wia­łeś?

- Czy ktoś może być cał­ko­wi­cie zdrowy w tym miej­scu? Prze­szłaś przez cały od­dział, żeby się tu do­stać, prawda? Wi­dzia­łaś te cięż­kie drzwi bez­pie­czeń­stwa. Małe po­miesz­cze­nie po le­wej z te­le­fo­nem na ścia­nie. Tak na mar­gi­ne­sie, można tam tylko od­bie­rać po­łą­cze­nia, a nie z niego dzwo­nić. To po­miesz­cze­nie znaj­duje się tuż obok to­a­lety dla per­so­nelu, a Jans­son, no cóż... my­ślę, że czeka z nu­me­rem dwa do czasu, aż przyj­dzie do pracy, żeby nikt nie mógł spę­dzić mi­łej chwili na roz­mo­wie z bli­skimi. Ja pier­dolę, tam za­wsze śmier­dzi ka­na­li­za­cją.

- Poza tym to cał­kiem po­rządny od­dział - pró­buje go po­cie­szyć He­lena.

- Po­rządny? Długi ko­ry­tarz z po­ko­jami. Ja­sne, świe­tlica jest na­wet okej, choć na­rożna sofa po­winna być wy­mie­niona z dzie­sięć lat temu. Po­cząt­kowo była czarna, ale te­raz skóra zro­biła się szara. Stała już tu­taj, gdy za­mknęli mnie po raz pierw­szy. Nie wolno nam prze­by­wać ani w kuchni, ani w ja­dalni. Te po­miesz­cze­nia są prze­zna­czone wy­łącz­nie dla per­so­nelu i drzwi do nich za­my­kają na klucz. Ja­dal­nię otwie­rają o okre­ślo­nych go­dzi­nach, a je­dze­nie do­sta­jemy w me­naż­kach. I to nic wy­kwint­nego, a w do­datku przez to, że przy­wożą je z Fa­lun, za każ­dym ra­zem jest le­dwo cie­płe. A tak przy oka­zji, za­uwa­ży­łaś, że te­le­wi­zor w świe­tlicy jest przy­mo­co­wany do blatu, na któ­rym stoi? - Carl się uśmie­cha.

- Przy­mo­co­wany?

- Zdzi­wi­ła­byś się, jak wiele rze­czy jest tu chro­nio­nych w ten spo­sób. Ob­razy na ścia­nach, choć kiep­skie, też są przy­mo­co­wane.

- Wi­dzia­łam parę sto­li­ków z grami plan­szo­wymi - mówi He­lena w spo­sób, który, jak do­my­śla się Carl, ma być po­krze­pia­jący.

- Za­kła­dają, że lu­dzie mają tu ochotę spę­dzać czas z in­nymi z od­działu - stwier­dza Carl z chłod­nym uśmie­chem. - No cóż. Jakby to po­wie­dzieć... Lu­dzie tu­taj nie są zbyt mą­drzy, de­li­kat­nie mó­wiąc. Przez cały dzień grają tylko w gry kom­pu­te­rowe w swo­ich po­ko­jach, cze­ka­jąc na mo­ment, w któ­rym roz­da­wane są leki. Wtedy mro­wie lu­dzi zbiera się w ga­bi­ne­cie. W środku tego po­miesz­cze­nia jest przy­tul­niej. Ro­śliny do­nicz­kowe, zdję­cia ro­dzin i tak da­lej. Ale że ten od­dział jest... jak ty się wy­ra­zi­łaś... po­rządny? Nie, to chyba prze­sada, droga He­leno.

- Wolno ci wy­cho­dzić na dwór?

- Oczy­wi­ście, że tak - od­po­wiada Carl. - Je­stem grzecz­nym chłop­cem, który pra­wie cały czas do­brze się za­cho­wuje. W ciągu ostat­nich dwóch lat zdo­by­łem więc pewne przy­wi­leje, jak to się tu­taj na­zywa. Jed­nym z nich jest moż­li­wość wyj­ścia na ze­wnątrz. In­nym przy­wi­le­jem jest swo­bodne po­ru­sza­nie się po te­re­nie wo­kół szpi­tala bez nad­zoru per­so­nelu.

- I do­sta­łeś ten przy­wi­lej? Cho­dzi mi o to swo­bodne po­ru­sza­nie się.

- Jesz­cze nie.

- A dla­czego nie?

Carl Wal­ter po­ciera twarz, a łań­cuch mię­dzy jego dłońmi grze­cho­cze.

- Sprawa wy­gląda na­stę­pu­jąco - za­czyna. - W 2014 roku wpro­wa­dzono wiele zmian w pra­wie, by zwięk­szyć bez­pie­czeń­stwo w od­dzia­łach psy­chia­trii są­do­wej. Oprócz ogól­nej kon­troli przy wej­ściu zde­cy­do­wano, że pa­cjenci ze spe­cjal­nymi wa­run­kami wy­pisu mogą wy­łącz­nie ko­rzy­stać ze sprzętu elek­tro­nicz­nego do­stęp­nego w pla­cówce. O wiele trud­niej jest rów­nież do­stać przy­wi­lej swo­bod­nego po­ru­sza­nia się. Jak my­ślisz, dla­czego wpro­wa­dzono te zmiany aku­rat wtedy, gdy tu wró­ci­łem?

Na ustach He­leny Schinc­kel po raz pierw­szy po­ja­wia się krzywy uśmiech.

- My­ślisz, że to dla­tego par­la­ment wy­dał to roz­po­rzą­dze­nie? Żeby móc mo­ni­to­ro­wać i ogra­ni­czać wła­śnie cie­bie? Cie­kawe. - Za­pi­suje coś w no­tat­niku krwi­sto­czer­wo­nym atra­men­tem.

Carl Wal­ter się za­sę­pia.

- Oczy­wi­ście, że nie. Nie tylko dla­tego. Nie mówi się tego ofi­cjal­nie, ale ta­kie miej­sca, jak to, to tro­chę Dziki Za­chód. Kra­ina bez­pra­wia. Wy­star­czy wie­dzieć, o ile wię­cej prze­stępstw się tu po­peł­nia w po­rów­na­niu z tym, ile jest zgła­sza­nych. Za­zwy­czaj sta­ty­styki są fał­szo­wane. Prze­cież sie­dzimy tu w za­mknię­ciu, a pro­ku­ra­tor i tak zwy­kle wnosi o od­da­le­nie za­rzu­tów.

He­lena pod­nosi swój pla­sti­kowy ku­bek, dmu­cha w niego, a przed wy­pi­ciem kawy rzuca ko­lejne py­ta­nie:

- Po­wie­dzia­łeś, że nie za­mie­rzasz tu długo zo­stać. Co przez to ro­zu­miesz?

- Jak za­pewne już spraw­dzi­łaś, opieka psy­chia­tryczna w od­dziale za­mknię­tym dla osób ze spe­cjal­nymi wa­run­kami wy­pisu nie jest za­są­dzana na okre­ślony czas w prze­ci­wień­stwie do tra­dy­cyj­nej kary po­zba­wie­nia wol­no­ści. Prze­cięt­nie czło­wiek prze­bywa tu nie­spełna pięć lat.

- Ty za pierw­szym ra­zem sie­dzia­łeś tu pra­wie dwa­dzie­ścia lat.

Carl za­ci­ska pię­ści na bla­cie, nim zdoła się po­wstrzy­mać. Zmu­sza się, by je roz­luź­nić.

- Wiem - mówi i po­pija kawę, na­śla­du­jąc tę młodą ko­bietę. - Tym ra­zem tak nie bę­dzie.

He­lena Schinc­kel po­now­nie kie­ruje roz­mowę na inne tory, zu­peł­nie tak, jakby coś w jego zmie­nio­nym wy­ra­zie twa­rzy ją prze­ra­ziło. Kiedy opo­wiada o pod­ca­ście, se­rii ar­ty­ku­łów i sce­na­riu­szu fil­mo­wym, który chce na­pi­sać w cza­sie, gdy on bę­dzie pra­co­wał nad au­to­bio­gra­fią, Carl Wal­ter za­trzy­muje wzrok na wraż­li­wym miej­scu tuż za uchem. Ja­kie to by­łoby pro­ste. Za­nim kto­kol­wiek zdo­łałby tu do­trzeć, ta kurwa umie­ra­łaby na jego oczach, pod­czas gdy z jej tęt­nicy try­ska­łaby piękna, pło­mien­nie czer­wona krew.

Po­zo­sta­wia to wszystko jed­nak w sfe­rze fan­ta­zji. On jej po­trze­buje. Tak, jak przed chwilą po­wie­dział, w naj­bliż­szej przy­szło­ści nie pla­nuje żad­nych mor­derstw w Säter. Ma za to plany wo­bec tej ka­rie­ro­wiczki He­leny Schinc­kel. To bę­dzie ła­twe, tak ła­twe jak ona.

Carl znowu zna­lazł się tu­taj, na od­dziale trzy­dzie­stym dru­gim. Wśród psy­choli, któ­rzy mają zwidy lub sły­szą głosy. Je­den fa­cet my­śli, że jest no­wym wcie­le­niem Johna Len­nona, wy­sła­nym przez Boga, by roz­sie­wać swoje na­sie­nie wśród ma­łych dziew­czy­nek. Ale sy­tu­acja wkrótce się zmieni. Je­śli ist­nieje coś, czego Carl Wal­ter jest w stu pro­cen­tach pe­wien, to wła­śnie to: "Wyj­dzie stąd. Wyj­dzie i do­koń­czy to, co po­wi­nien był do­koń­czyć po­nad dwa­dzie­ścia lat temu".

Rozdział 6

Linn

Gdy Linn wy­cho­dzi z windy w swoim sto­sun­kowo no­wym miej­scu pracy znaj­du­ją­cym się w jed­nym z mo­re­lo­wych bu­dyn­ków Cen­trum Po­mocy Praw­nej przy Po­rslins­ga­tan 4, Ca­trin ?kes­son z Wy­działu Kry­mi­nal­nego nad­cho­dzi szyb­kim kro­kiem z prze­ciw­nej strony. Ciem­no­szare no­gawki spodni od gar­ni­turu po­wie­wają wo­kół jej nóg, a pod ma­ry­narką, na wierz­chu bia­łej ko­szuli, można do­strzec ka­burę z bro­nią.

- Kto zaj­muje się sprawą Lind­ströma? Ty i Ulrika, prawda? - sły­chać z da­leka, za­nim Linn zdą­żyła się z nią przy­wi­tać.

Czuje zna­jome ści­ska­nie w żo­łądku. Moc­niej chwyta rączkę teczki. To ta sprawa, nad którą Linn sie­działa pół nocy, po­rów­nu­jąc ze­zna­nia świad­ków.

- Do­piero się z nią za­po­znaję - od­po­wiada i zło­ści się, że głos jej za­drżał.

"To dla­tego, że do­kład­nie wiem, co bę­dzie da­lej". Stara się od­su­nąć od sie­bie tę myśl. "To może być do­bra wia­do­mość - pró­buje so­bie wmó­wić. - Na­prawdę może tak być". Ale to, z ja­kim zi­ry­to­wa­niem Ca­trin wbija pa­znok­cie w swoje ja­sno­brą­zowe afro, mówi zu­peł­nie co in­nego.

- Je­stem te­raz w dro­dze do szpi­tala - mówi Ca­trin, za­trzy­mu­jąc się przed Linn. Linn za­uważa worki pod oczami głów­nej śled­czej i do­my­śla się, że sama ma po­do­bne. Ile spała ostat­niej nocy? Cztery go­dziny? To maks.

- Co się stało? - pyta. - Wczo­raj zo­sta­łam po­pro­szona o spraw­dze­nie wszyst­kiego, co do­ty­czy Lind­ströma. Mia­łam szu­kać nie­ści­sło­ści.

- I? - do­py­tuje Ca­trin z nutką na­dziei w gło­sie.

Linn czuje, jak opa­dają jej ra­miona.

- Nic. W każ­dym ra­zie ja nic nie zna­la­złam.

Z ust Ca­trin wy­rywa się jęk.

- Czyli tak jak zwy­kle. Nie zro­zum mnie źle. Nic do cie­bie nie mam ani do pro­ku­ra­tury. Ab­so­lut­nie nie. Po pro­stu je­stem to­tal­nie sfru­stro­wana.

- Co się stało?

- To, co zwy­kle - wzdy­cha Ca­trin. - Mąż wy­ko­rzy­stał prawo do kon­tak­tów z dziećmi jako kartę prze­tar­gową wo­bec by­łej żony. Oni tak za­wsze ro­bią. Zmu­sił ją, przy wspar­ciu na­szego pań­stwa, by wy­szła z ukry­cia. A te­raz ko­bieta leży w szpi­talu z dre­nem w jed­nym płucu. Dźgnął ją no­żem pod­czas prze­ka­zy­wa­nia dzieci. W obec­no­ści ko­or­dy­na­tora i obojga dzieci.

- O, Boże - szep­cze Linn.

Ob­razy jej mamy Anne le­żą­cej w szpi­tal­nym łóżku, za­równo przed po­nad dwoma de­ka­dami, jak i dwa lata temu, krążą na skraju pola pa­mięci jak śli­niący się wilk, który pró­buje się we­drzeć do środka. Linn robi, co w jej mocy, by ode­przeć to wszystko. Musi sku­pić się na te­raź­niej­szo­ści.

Z windy wy­cho­dzi Ulrika Rönn, która naj­wy­raź­niej zo­stała już o wszyst­kim po­wia­do­miona te­le­fo­niczne. Jest przy­gnę­biona.

- Czy te bie­da­czy­ska nie mogą mieć chwili wy­tchnie­nia? - pyta Linn, jakby sama sie­bie.

- Da­jemy z sie­bie wszystko. Co­dzien­nie - od­po­wiada pro­ku­ra­tor na­czelna i przez chwilę trzyma dłoń na przed­ra­mie­niu Linn. - To tyle, ile mo­żemy zro­bić.

Wła­śnie wtedy sły­chać dźwięk te­le­fonu Ulriki. Spo­gląda na wy­świe­tlacz i czyta z po­ważną miną.

- Niech to szlag - sy­czy.

- Co? - py­tają jed­no­cze­śnie Ca­trin i Linn.

- Fre­drika An­ders­son. Pa­mię­ta­cie, ta, która spę­dziła trzy noce w przy­tułku w Oxie ze swoim dwu­lat­kiem?

Obie ki­wają gło­wami.

- Wła­śnie do­sta­łam od niej ese­mesa. Wy­co­fuje ze­zna­nia. Nie za­mie­rza współ­pra­co­wać przy do­cho­dze­niu. Cy­tuję: "Prze­pro­sił mnie. Spró­bu­jemy jesz­cze raz. Dla do­bra Minny".

Teo­re­tycz­nie po­wódka nie musi współ­pra­co­wać przy oskar­że­niu o na­ru­sze­nie god­no­ści, ale trzy ko­biety na ko­ry­ta­rzu w Cen­trum Po­mocy Praw­nej wie­dzą, że w prak­tyce praca nad tą sprawą bez jej udziału bę­dzie o wiele trud­niej­sza. Zwłasz­cza je­śli męż­czy­zna zdoła ją prze­ko­nać, by wy­co­fała skargę i skła­mała, by go chro­nić. Linn jest świa­doma, że za­ska­ku­jąco duży od­se­tek ko­biet tak wła­śnie po­stę­puje. Kła­mią, by chro­nić mę­żów, mimo że to pie­przone dupki. Męż­czyźni nie­mal bez wy­jątku prze­ko­nują ko­biety, że to dla do­bra dzieci. A wtedy ko­bie­tom trudno się prze­ciw­sta­wić.

Linn czuje, że zbiera jej się na wy­mioty.

- Prze­pra­szam - wy­rzuca z sie­bie i bie­gnie do naj­bliż­szej to­a­lety.

Opiera się ple­cami o chłodne drzwi to­a­lety, a pul­so­wa­nie w uszach na­ra­sta. Kręci jej się w gło­wie i Linn po­chyla się do przodu. Musi się pod­pie­rać rę­kami o uda.

"Wdech przez nos, wy­dech przez usta. Wdech przez nos, wy­dech przez usta".

Po­ja­wia się nie­przy­jemne drże­nie w klatce pier­sio­wej. W końcu jed­nak udaje jej się za­pa­no­wać nad roz­po­czy­na­ją­cym się ata­kiem pa­niki. Tym ra­zem nie za­wład­nął Linn, jak to się cza­sem zda­rza. Cza­sami je­dyne, co po­maga w ta­kiej sy­tu­acji, to roz­kleić się w ra­mio­nach Eleny i pła­kać, pła­kać, pła­kać... Naj­czę­ściej jed­nak temu pła­czowi to­wa­rzy­szy nie­po­ko­jąca myśl: "Wtedy, dwa lata temu, udało nam się zro­bić coś z tymi gno­jami. Ro­bi­ły­śmy to już wcze­śniej i mo­żemy zro­bić po­now­nie".

Za każ­dym ra­zem, gdy ta myśl się po­ja­wia, co­raz trud­niej ją od sie­bie od­su­nąć.

Rozdział 7

Linn

Linn sie­dzi na ka­na­pie z pod­wi­nię­tymi no­gami przy­kryta ko­cem, który przy­po­mina fu­tro niedź­wie­dzia. Her­bata w kubku przed nią na stole wy­sty­gła w trak­cie roz­mowy. Roz­mowy, która trwa nie­prze­rwa­nie od pra­wie dwóch dni. Wła­ści­wie od dwóch lat. Ze­gar w ko­ry­ta­rzu wy­bił ósmą, a Sa­xtorps­sko­gen po­grą­żył się w mroku. Elena sie­dzi przy niej, jej dłu­gie nogi są skrzy­żo­wane, a zmarszczka na czole w cza­sie roz­mowy się po­głę­bia. Na stołku przy pia­ni­nie sie­dzi Moa, która obie­cała, że za­raz pój­dzie do domu i po­każe ma­mie, że żyje.

- Dzi­siaj my­śla­łam, że znowu będę mu­siała wró­cić do domu - mówi Linn cien­kim gło­sem. - Cho­ciaż by­łam w pracy tylko przez ja­kieś pięć mi­nut. Gdy­bym wie­działa, że będę się tak stre­so­wać, może ni­gdy bym się nie zde­cy­do­wała... Może nie na­daję się do tej pracy...

Elena kła­dzie dłoń na jej ko­la­nie i je ści­ska.

- Non­sens - mówi i znów ści­ska ją za ko­lano. - Nie po­tra­fię wy­obra­zić so­bie ni­kogo, kto le­piej niż ty po­ma­gałby lu­dziom po­zby­wać się tych drani.

- Ale ja prze­cież tego nie ro­bię - mówi Linn bez­na­mięt­nie. - Po­ma­gać? Po­wiedz to Sa­rze Lind­ström, która prze­bywa obec­nie na in­ten­syw­nej te­ra­pii z dre­nem w płu­cach. Albo Fre­drice An­ders­son, która po raz trzeci w tym roku wró­ciła do agre­syw­nego męża... bo po­wie­dział, że prze­pra­sza. Jak ja im po­ma­gam?

Elena milk­nie, wy­glą­da­jąc na przy­bitą.

- W końcu tak się sta­nie. Kiedy same będą na to go­towe. Kiedy otrzy­mają o je­den cios za dużo. Wiesz, jak to jest.

Mię­śnie szczęki Linn szybko się po­ru­szają, po czym mówi:

- Tak, wiem, jak to jest. Zde­cy­do­wa­nie wiem. Ten je­den cios za dużo może być też ostat­nim, ja­kiego taka ko­bieta do­świad­czy w swoim ży­ciu.

Łzy spły­wają jej po po­licz­kach. Linn wy­ciera je ze zło­ścią obiema rę­kami.

- Chcia­ła­bym móc spra­wić, żeby... zro­zu­miały. Po­trzą­snąć nimi. Wy­krzy­czeć im pro­sto w twarz. To wła­śnie ro­bią ich tak zwani part­ne­rzy...

Z ust Moi, która do tej pory sie­działa ci­cho, wy­do­bywa się krótki, chra­pliwy od­dech.

- To dla­tego, że za­bie­ra­cie się do tego od złej strony.

Obie, Elena i Linn, pa­trzą na nią zdu­mione. Moa, za­miast wy­ja­śnić, o co jej cho­dzi, otwiera czarny ple­cak, który trzyma mię­dzy sto­pami. Szpera w nim przez chwilę i wy­ciąga cienką książkę z ró­żową okładką. Rzuca ją na ka­napę obok Linn tak, że spada wierz­chem do góry.

- Có­reczki ta­tu­sia - mówi Moa ochry­płym gło­sem i do­daje: - Ob­cią­gary, które nie­na­wi­dzą sa­mych sie­bie.

Pro­stuje plecy.

- Ale mogą się zmie­nić. Osta­tecz­nie. Ale nie na po­czątku. Naj­pierw trzeba do­paść męż­czyzn. Tych po­pa­prań­ców.

Linn przy­ciąga do sie­bie książkę i przy­gląda się okładce.

- Czy­ta­łam to bar­dzo dawno temu.

- Ja też - mówi Elena.

Linn otwiera książkę na stro­nie dru­giej i czyta na głos frag­ment przed­mowy:

- SCUM to nie­bez­pieczny tekst. SCUM wpływa na ko­biety. To tekst, który na za­wsze zmie­nia czy­tel­nika. Na­tych­miast sta­jesz się podłą i nie­bez­pieczną suką. Bez­czelną, agre­sywną, ego­istyczną, nad­gor­liwą ko­bietą z pie­kła ro­dem. Aro­gancką i rżącą ze śmie­chu Wład­czy­nią Wszech­świata, która za­czyna ma­rzyć o tym, by wbić szpi­ku­lec w dupę pierw­szemu lep­szemu męż­czyź­nie.

- I o to cho­dzi! - Moa pod­nosi się ze stołka przy pia­ni­nie i pod­eks­cy­to­wana cho­dzi po po­koju. - Znajdźmy męża tej Fre­driki i za­bijmy go. I męża Sary.

- Je­stem na "nie" - mówi Linn, prze­su­wa­jąc pal­cami po dol­nym brzegu swe­tra. - Zde­cy­do­wa­nie nie.

- Ton two­jego głosu mówi co in­nego - od­gryza się Moa lo­do­wa­tym gło­sem.

Linn prze­cho­dzi dreszcz na myśl o Moi sprzed dwóch lat. Jak trzy­mała pi­sto­let i strze­liła gwał­ci­cie­lowi Ro­ber­towi pro­sto w twarz, pod­czas gdy ona z Eleną stały oszo­ło­mione obok niej. Je­śli ist­nieje ktoś, kogo na­leży trak­to­wać po­waż­nie w przy­padku ta­kich gróźb, jest to Moa.

- Ton mo­jego głosu mówi, że po­win­naś zro­zu­mieć, że to, co zro­bi­łaś, co my zro­bi­ły­śmy dwa lata temu, było... no wiesz... Czy ro­zu­miesz, ja­kie mia­ły­śmy szczę­ście, że uszło nam to na su­cho? Nie mogę uwie­rzyć, w to, co mó­wisz, Moa.

- SCUM to tekst, który zmie­nia lu­dzi - tłu­ma­czy Moa, po czym pod­cho­dzi do okna i wy­gląda na ze­wnątrz. - Kot chce wejść do środka. Wpusz­czę go.

Gdy Moa wró­ciła, a Pan Syk spo­koj­nie wszedł do sa­lonu, trak­tu­jąc wszyst­kich jak po­wie­trze, i znik­nął z po­wro­tem w kuchni, Elena się od­zywa:

- Czy wiesz, kim była Va­le­rie So­la­nas? Jak żyła i w jaki spo­sób zmarła? I co zro­biła?

- Wiem - od­po­wiada Moa. - I ist­nieje wiele ko­biet, które wzięły so­bie jej prze­sła­nie do serca.

Elena kon­ty­nu­uje: - Była pro­sty­tutką, chorą psy­chicz­nie. Po­strze­liła Andy'ego War­hola, po­nie­waż uwa­żała, że zruj­no­wał jej ży­cie.

Moa unosi po­gar­dli­wie brwi.

- Mó­wisz to tak, jakby za­strze­le­nie ja­kie­goś pie­przo­nego gnoja było czymś złym. Dwa lata temu mó­wi­łaś co in­nego. A może to musi do­ty­czyć cie­bie sa­mej, że­byś uwa­żała, że to jest w po­rządku?

Elena po­woli kręci głową.

- To nie było fair.

- ... a nie­które z mo­ich naj­lep­szych ko­le­ża­nek to dziwki, po­gódź­cie się z tym - pod­su­mo­wuje Moa, ciężko opa­da­jąc na ta­bo­ret przy pia­ni­nie.

- Gdy­byś po­zwo­liła mi do­koń­czyć, a nie ata­ko­wała jak dziecko - mówi Elena, tym ra­zem ostrzej­szym to­nem. - Chcia­łam po­wie­dzieć, że też czy­ta­łam tę książkę, kiedy by­łam młoda. I ja to ro­zu­miem. Bez dwóch zdań. To, co prze­czy­tała Linn, jest prawdą. Po lek­tu­rze tego tek­stu sta­jesz się inną osobą. I ja... zga­dzam się z tobą, że czło­wiek ma ochotę coś zro­bić.

Linn na­biera po­wie­trza, jakby chciała wy­ra­zić sprze­ciw, ale Elena pod­nosi rękę.

- Coś, czego nie wolno zro­bić - mówi da­lej - i to moim zda­niem Va­le­rie So­la­nas zro­biła zu­peł­nie nie tak, to po­świę­cić ży­cie tej walce. Ja­sne, War­hol był dra­niem. Zmar­no­wał jej sztukę. Jaki był osta­teczny re­zul­tat? On nie zgi­nął, za to ona zo­stała aresz­to­wana za atak z uży­ciem broni i ska­zana na karę po­zba­wie­nia wol­no­ści. Po­tem zmarła, sa­motna i chora, po­grą­żona w nar­ko­ty­kach i al­ko­holu, w za­pusz­czo­nym po­koju ho­te­lo­wym gdzieś w slum­sach.

- Ona była zu­peł­nie sama - sprze­ci­wia się Moa. - A my nie.

Mię­dzy trzema ko­bie­tami za­pada ci­sza. Do mo­mentu, aż Linn ją prze­rywa.

- Czy wy obie zwa­rio­wa­ły­ście? Nie ma mowy. Nie bę­dziemy do ni­kogo znowu strze­lać. Ni­gdy wię­cej. Jak już mó­wi­łam, mia­ły­śmy nie­sa­mo­wite szczę­ście, że nam się upie­kło. I to za­równo w przy­padku two­jego ojca, Moa, jak i Ro­berta. I w pew­nym sen­sie wcale nam się nie udało od tego uciec.

Elena prze­chyla głowę na bok z po­wąt­pie­wa­niem.

- Więc chcesz po­wie­dzieć, że uwa­żasz, że ci się upie­kło? - pyta Linn Elenę. - Ty, która każ­dego pie­przo­nego dnia sie­dzisz i go­oglu­jesz, ile czasu trwa roz­kład zwłok w ziemi? Która la­tem 2014 roku lu­biła cza­sem tro­chę wy­pić, ale od tam­tej pory pije co­raz wię­cej i co­raz czę­ściej? Ty, która na co dzień no­sisz w sta­niku ten cho­lerny scy­zo­ryk? Wy­ja­śnij mi, pro­szę, w jaki spo­sób uszło ci na su­cho to, co zro­bi­ły­śmy.

Kie­ruje wzrok na Moę i co­raz bar­dziej pod­nosi głos:

- I ty, Moa, na ze­wnątrz taka cho­lerna twar­dzielka. Jak niby to­bie udało się od tego uwol­nić? Je­dyne, co ro­bisz, to ucie­kasz. Ucie­kasz od swo­jej mamy, która w końcu wró­ciła do ży­cia, ucie­kasz od nas, ucie­kasz do Ko­pen­hagi, do ba­rów, pew­nie też do al­ko­holu i... Po­wie­dzia­łaś, że nie­które z two­ich naj­lep­szych ko­le­ża­nek to dziwki? Czy nie ro­zu­miesz, że wszystko, co ro­bisz, wy­nika z tego, że dzień po dniu ży­jesz tym, co zro­bi­łaś? Obie ucie­ka­cie. Przez cały czas. Gdzieś tam w środku. Z ser­cem w gar­dle. I nie zro­zum­cie mnie źle, ja też ucie­kam, Bóg mi świad­kiem. I oczy­wi­ście ja też chcę coś zro­bić. Na se­rio. Je­śli mamy jed­nak kie­dy­kol­wiek za­znać spo­koju i prze­stać ucie­kać, to ostat­nie, co po­win­ny­śmy zro­bić, to po­wtó­rzyć coś, co choćby przy­po­mina to, co zro­bi­ły­śmy dwa lata temu. Nie mo­żemy tego zro­bić. Ja nie mogę. Bez względu na to, jak ku­szące to się wy­daje. Mu­szę... się za­trzy­mać.

Po tej dłu­giej prze­mo­wie znów przez dłuż­szą chwilę pa­nuje ci­sza. Lekki wio­senny deszcz za­czyna bęb­nić o szyby, a Linn na­gle czuje silną po­trzebę, by wy­ru­szyć na nocne pod­glą­da­nie, by stać w cie­niu i po­ta­jem­nie ob­ser­wo­wać ży­cie in­nych lu­dzi przez okna. Zo­ba­czyć, że oni też kłócą się, pła­czą, piją i prze­ży­wają kry­zysy. Bez względu na to, ja­kie po­zory stwa­rzają na ze­wnątrz.

Elena za­kłada włosy za ucho.

- Mu­simy się za­trzy­mać, wszyst­kie. Masz ra­cję.

Moa pry­cha. Elena po­syła jej zna­czące spoj­rze­nie, po czym mówi da­lej:

- Py­ta­nie brzmi, czy mamy do tego prawo?

- Nie. Ro­bimy to tylko po to, by za­spo­koić na­sze ego - od­po­wiada szybko Moa. - I prze­stań uda­wać, że to, co wła­śnie nam po­wie­dzia­łaś, nie wkur­wia cię, Linn. To, że nie chcesz nic zro­bić. Je­steś taka do­bra w ana­li­zo­wa­niu in­nych. Ale co z tobą w ta­kim ra­zie? Dla­czego pra­cu­jesz tam, gdzie pra­cu­jesz? No tak, po­nie­waż uwa­żasz, że ist­nieje le­galny spo­sób pro­wa­dze­nia tej walki. Mam dla cie­bie no­winę: nie ist­nieje. I wi­dzę to na­wet ja, ma­jąc za­le­d­wie szes­na­ście lat, ale ty nie. To jest, kurwa, chore.

Linn od­po­wiada przez za­ci­śnięte zęby.

- Oczy­wi­ście, że je­stem wkur­wiona, i oczy­wi­ście, że chcę coś zro­bić. Prze­cież to wła­śnie po­wie­dzia­łam. Ale tak, uwa­żam, że po­win­ny­śmy to zro­bić zgod­nie z pra­wem. Męż­czyźni co­dzien­nie są ska­zy­wani na karę wię­zie­nia, więc nie mów, że nic nie ro­bię. Poza tym pa­mię­tam to wszystko, co się stało.

Moa spusz­cza wzrok, sły­sząc gniew w gło­sie Linn.

- Prze­pra­szam. Nie chcia­łam... wiem, jak bar­dzo... to wszystko cię do­tknęło.

Po raz ko­lejny długa ci­sza wy­peł­nia sa­lon, a wio­senny deszcz spływa po oknach jak łzy.

- Może nie mu­simy ni­kogo za­bi­jać? - w końcu od­zywa się Elena.

- Jak to? - dziwi się Moa.

- No wie­cie, prze­cież to oczy­wi­ste, że i tak wszyst­kie chcemy coś zro­bić. Prak­tycz­nie mu­simy. Żadna z nas nie jest w sta­nie wy­trzy­mać bez­czyn­no­ści. Ty też nie, Linn. Więc... Ten skur­wiel, który dźgnął żonę w płuco, tak że tra­fiła do szpi­tala. Może po pro­stu mo­żemy, no nie wiem... prze­stra­szyć go tak, żeby zro­zu­miał? Tak, żeby prze­stał.

Moa po­now­nie pod­nosi się ze stołka przy pia­ni­nie z bły­skiem oży­wie­nia w oczach.

- Je­stem to­tal­nie za!

Linn kła­dzie głowę na opar­ciu ka­napy i przy­ci­ska kciuk i pa­lec wska­zu­jący do po­wiek.