Wcześniej, 2016
Rozdział 1
Linn
Biała tesla bezszelestnie wjeżdża przez bramę i zatrzymuje się na parkingu na rogu ulicy. Elena siedzi w samochodzie przez krótką chwilę, zbierając się w sobie, zapatrzona w dom. Trzy przylegające do siebie budynki ustawione w kształt litery "U", otynkowane na biało, z niebieskimi narożnikami i ramami okiennymi. Kamery monitoringu przy drzwiach i tylnym wyjściu. Tylko jedno okno, na tyłach domu, nie jest tak solidnie zabezpieczone jak reszta, nie ma nawet zamka, co jest celowe. Za tym oknem znajduje się pułapka. Jeśli ktoś zamierza się włamać, będzie próbował to zrobić właśnie tamtędy. Wtedy z pewnością nie pozostanie to niezauważone.
Poprzednia działka Eleny była mniejsza od tej. Bez względu na to, jak Linn i Elena się starały, nie mogły sobie wyobrazić dalszego wspólnego życia w tamtym domu. Prawdopodobnie chodziło o to, że wystarczyło jedno spojrzenie na pagórek, a wiedziały, co się w nim kryje. Martwe ciało. Gwałciciel Robert leżał tam i gnił, pokryty pomarańczowymi kwiatkami.
Widząc ogłoszenie o tej nieruchomości, od razu podjęły decyzję. Brat Linn, Anton, tanio odkupił od niej przytulny domek i zamieszkał naprzeciwko ich mamy Anne, a Elena sprzedała swoją willę i razem z Linn zaczęły nowe życie w wymarzonym domu. Jabłoń pośrodku brukowanego dziedzińca ma już pąki, ale ogród na razie nadal jest w stanie zimowego uśpienia. Niedługo pewnie trzeba będzie skosić trawę i wyczyścić palety w ogrodzie przed sezonem. "Ale kto ma na to czas" - myśli Linn, zerkając na ciemnobrązową skórzaną teczkę na siedzeniu pasażera. Teczka prawie pęka w szwach, srebrna metalowa klamra z jednej strony już się poluzowuje.
- Wróciłam! - wykrzykuje Linn, a chwilę później rozpina zamki w botkach i chwiejąc się, zdejmuje je w korytarzu. Mimo że obcasy są niewielkie, bolą ją stopy po całym dniu pracy. Według Linn to szczęście, że została prokuratorem. Widziała, jak muszą się ubierać adwokatki. Sama nie wytrzymałaby nawet sekundy w szpilkach i obcisłych ołówkowych spódnicach. To bardziej przypomina styl Eleny.
- Halo! - woła ponownie i wchodzi do kuchni. Elena siedzi przy stole. Wyprostowana jak struna, wygląda na zaskoczoną. Oczy lekko wytrzeszczone.
"Czy ona pije?" Myśl ta przelatuje Linn przez głowę, nim zdąży ją zatrzymać. Szybko przebiega wzrokiem pomieszczenie, ale nie widzi ani butelek, ani kieliszków. Z doświadczenia wie, że odpowiedź na to pytanie niekoniecznie brzmi "nie". Przygląda się uważnie Elenie.
- Cześć, skarbie. Co robisz?
Elena się uśmiecha, a Linn wciąż czuje motyle w brzuchu, gdy kobieta jej życia z wdziękiem zakłada swoje siwe już włosy za ucho, a w oczach ma błysk.
- Nic szczególnego. Tylko coś tu sprawdzałam. - Elena ma przed sobą laptopa, ale jego pokrywa jest zamknięta.
Linn odkłada wypchaną po brzegi teczkę na kuchenne krzesło i okrąża stół.
- Jak ci minął dzień? - pyta, kładąc ręce na ramionach Eleny. Lekko je masuje. Elena się uśmiecha, odchyla głowę do tyłu i przyciąga do siebie Linn, by dać jej szybkiego całusa.
- Trochę pracowałam. Zamówiłam rzeczy do szklarni.
Supeł w żołądku się rozluźnia, gdy nie wyczuwa zapachu alkoholu w trakcie pocałunku.
- Nie byłaś dzisiaj w biurze?
Elena zaciska usta.
- Nie - mówi, drapiąc się po karku. - Nie było takiej potrzeby.
"Czy ona mnie okłamuje?"
Pan Syk nadchodzi spokojnym krokiem i zatrzymuje się w progu kuchni. Siada z gracją i przygląda się im obu z wyższością. Lekko porusza z boku na bok srebrzystoszarym ogonem. Zawsze tak robi. Święty kot birmański, którego adoptowały ze schroniska, kiedy razem zamieszkały. Jak się okazało, wiecznie naburmuszony gnojek.
- I do tego spotkał mnie dziś wielki zaszczyt, bo Pan Syk dał się pogłaskać - dopowiada Elena.
- No nie gadaj. - Linn się uśmiecha. - Był głodny?
- Oczywiście.
- Co to za kot - wzdycha Linn. - Jakby nie rozumiał, że w byciu kotem chodzi o to, że można go głaskać i drapać do woli.
Elena się śmieje.
- Po prostu wysoko ceni swoją prywatność.
- Wyjątkowo wysoko - mówi Linn, po czym wyciąga rękę w stronę podłogi i go przywołuje. - Kici, kici. No chodź - zwraca się czule do zwierzaka, by go zachęcić.
Linn mogłaby przysiąc, że Pan Syk unosi jedną brew. Kot spokojnie się podnosi, ignorując jej umizgi, i się oddala. Przynajmniej przestał już syczeć na wszystkich i wszystko, a to zawsze coś. Linn powoli zaczyna wierzyć, że pewnego dnia kot da się pogłaskać, przytulić i stanie się towarzyski, tak jak...
I tu jej myśl się urywa. Wspominanie Dżinna wciąż sprawia jej ból. Dżinna, którego Pernilla, żona jej ojca, zabiła w tamte koszmarne wakacje niecałe dwa lata temu. Linn odchrząkuje.
- A wychodziłaś gdzieś dzisiaj?
Elena kładzie przedramiona na pokrywie laptopa.
- Tak. Przeszłam się obok mojego starego domu.
- Ależ, kochanie...
- Wiem, wiem - mówi Elena z poczuciem winy. - Nie powinnam. Nic na to jednak nie poradzę. To tylko kwestia czasu, kiedy tamte dzieci dorosną i zaczną marudzić, że chcą basen w ogrodzie, a wtedy... no cóż, wiadomo, co znajdą, kiedy wbiją łopatę w ziemię.
- Co to jest? - pyta Linn.
- Co?
- Oj, przestań. To - mówi Linn, wskazując na komputer Eleny. A raczej na wystający spod niego róg gazety.
- Aa... to nic takiego. Po prostu gazeta - odpowiada Elena takim tonem, jak wtedy, gdy mówi, że wypiła tylko jeden kieliszek, chociaż Linn sprawdza poziom alkoholu w butelkach w barku i wie, że Elena wypiła co najmniej trzy.
- No tak. A dlaczego leży pod laptopem?
Elena krzyżuje ręce na piersi wyraźnie urażona.
- A co to za przesłuchanie? To jest gazeta. Leży tam, bo ją tam położyłam.
Linn czuje w ciele jakąś zmianę. Kłuje ją w żołądku, niepokojąco ostro, w momencie, gdy uświadamia sobie jedną rzecz: "Elena nie chroni siebie. Ona chroni mnie".
- Zobaczmy - rzuca krótko i wyciąga rękę.
- Daj spokój - mówi Elena. - To brukowiec. Same bzdury, jak zwykle, ja...
Więcej nie zdołała powiedzieć, bo Linn złapała za wystający róg i pociągnęła za gazetę. Laptop omal nie spadł na podłogę, ale Elenie udaje się go przytrzymać. Tymczasem Linn rozkłada dziennik popołudniowy "Aftonbladet". Jak oparzona upuszcza gazetę, robiąc przy tym gwałtowny wdech. Gazeta spada na stół kuchenny, a Linn automatycznie odskakuje dwa kroki do tyłu.
- Linn - odzywa się Elena, podrywając się z krzesła. Staje między Linn a stołem. - Nie przejmuj się tym. Wiesz, że brukowce zawsze żerują na czymś takim, więc nie musisz...
Linn jej przerywa:
- Co on, do kurwy nędzy, robi w gazecie? - Odsuwa się, a jego twarz atakuje ją ze zdjęcia.
"Ojciec".
Nikczemna twarz Carla Waltera zajmuje pół strony w gazecie. Mężczyzna patrzy prosto w obiektyw bezdusznymi, gadzimi oczami. Prosto w Linn. Potem Linn patrzy na nagłówek. "Mężczyzna skazany za zabójstwo podpisał wartą miliony umowę z dużym wydawnictwem".
- Dlaczego... - wydusza z siebie szeptem.
Elena zdecydowanym ruchem bierze gazetę do ręki i ją zgniata, po czym podchodzi do zlewu, otwiera kosz na śmieci i wpycha ją do niego.
- Nie przejmuj się tym teraz, Linn. Zamknęli go na dobre. To, co zobaczyłaś, nic nie znaczy.
Linn wie, że to nieprawda. Umowa warta miliony? Z dużym wydawnictwem?
- Więc co? Zamierza napisać książkę? - wyrzuca z siebie. - I dostanie za to grubą kasę?
- Jasne - prycha Elena. - Będzie mógł wykorzystać te miliony na wszystkie wspaniałe rzeczy dostępne w kiosku w psychiatryku w Säter. Tani dezodorant, brzydką papeterię i przeterminowane wafelki w czekoladzie z białym nalotem czy jakieś tam inne cuda. Czego by nie napisał i ile by nie zarobił, i tak umrze w swoim pokoju w zakładzie psychiatrycznym. Musisz o tym pamiętać. Wszystko inne jest nieistotne.
Zanim Linn zdąży odpowiedzieć, rozlega się dzwonek do drzwi, więc aby nie utknąć w tej obezwładniającej próżni, wybiega na korytarz i otwiera drzwi.
- Jonna?
Mama Moi stoi na schodach i sprawia wrażenie zagubionej, ale uśmiecha się życzliwie. Lata nadużywania tabletek odcisnęły piętno na jej twarzy. Mimo że w ciągu ostatniego roku jej wzrok stał się przytomny, to ciało nadal obciążone jest poczuciem winy. Niestety proces przemiany Moi nie był tak wyrazisty.
- Cześć, Linn - mówi Jonna, po czym się wzdryga. - Ojej, co się stało?
- Stało? - pyta Linn.
- Jesteś blada jak ściana.
- A tak, ja... - Linn bierze głęboki wdech i odpycha od siebie obraz ojca, który utrwalił się na jej siatkówce. - Wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zestresowana.
- Rozumiem - mówi Jonna. - W zasadzie chciałam zapytać, czy widziałyście się dziś z Moą? A może ona jest u was?
- Dopiero wróciłam do domu, więc nie wiem - odpowiada Linn. - Chcesz się napić kawy?
Jonna potrząsa głową.
- Za godzinę mam spotkanie z terapeutą w ośrodku w Malmö, więc niestety nie zdążę. Może Elena coś wie?
Elena, która wyszła z kuchni na korytarz, wita się z mamą Moi.
- Przykro mi - mówi szczerze zmartwionym głosem. - Nie wiem, gdzie ona jest. Ostatni raz widziałam ją... chyba dwa dni temu.
Jonna smutnieje i kiwa głową.
- No nic. Dzięki. Moa niewiele mi już mówi. Dokąd się wybiera i tak dalej. Mój sponsor uważa, że muszę dać jej czas i przestrzeń, ale...
Linn współczuje tej udręczonej i wyniszczonej kobiecie stojącej u nich na schodach. Jednocześnie wciąż trudno jest jej opanować nagłą i ostrą pogardę, która przeszywa jej duszę. Córka Jonny przez pierwsze czternaście lat życia była ofiarą przemocy i znęcania się ze strony ojca, a w tym czasie jej matka odurzona lekami leżała na kanapie i na to wszystko pozwalała. Latem 2014 roku, kiedy Moa zabiła nie jedną, lecz dwie osoby, w tym ojca, Jonna też pozostawiła ją samej sobie. Nadużywała. Uciekała od rzeczywistości. Przegapiła wszystko, co się wydarzyło. Porzuciła córkę. Półtora roku trzeźwości to oczywiście nie byle co, ale bez przesady. Linn rozumie Moę, która wciąż ma problem, by zaufać matce i się nią przejmować. Chciałaby jednak, żeby Moa nie odsuwała się od niej i od Eleny, jak to robi już od jakiegoś czasu. Ogólnie rzecz biorąc, można odnieść wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch lat dystans emocjonalny między nimi trzema tylko się powiększył. Myśl o tym sprawia, że tępy, ćmiący ból rozlewa się po klatce piersiowej Linn.
To przecież nasza trójka była przeciwko całemu światu. "A teraz... teraz już nie jestem pewna" - myśli Linn.
- Próbowałaś do niej dzwonić? - sugeruje Linn.
Jonna patrzy w stronę ich domu, swojego i Moi, jakby córka miała zaraz z niego wyjść. Ujmuje w palce delikatny złoty krzyżyk na łańcuszku zawieszonym na szyi i podciąga go do góry w taki sposób, że łańcuszek napina się na podbródku.
- Ona... zablokowała mój numer... znowu.
Elena podchodzi do Jonny i kładzie rękę na jej ramieniu.
- Słuchaj... ona ma szesnaście lat.
"Szesnaście i pół, tak naprawdę" - dodaje w myślach Linn i uśmiecha się w duchu.
- Daj jej trochę przestrzeni - ciągnie Elena. - Zaraz do niej zadzwonię i jeśli czegoś się dowiem, dam ci znać, okej? Na pewno wszystko jest w porządku. Moa to twardzielka, przecież wiesz.
Jonna kiwa głową z powątpiewaniem, dziękuje im obu i odchodzi w kierunku swojego domu, który znajduje się na tej samej ulicy, pięć domów dalej.
- Wierzysz w to? - pyta Linn, gdy Elena zamyka drzwi wejściowe.
- W co?
- Że wszystko jest w porządku z Moą?
Elena wzrusza ramionami.
- Myślę, że one już na zawsze zamieniły się rolami - odpowiada i znika z powrotem w kuchni. Linn idzie za nią.
- Co masz na myśli?
Elena otwiera szafkę nad okapem i wyjmuje z niej butelkę ciemnego rumu. "A więc to jest to miejsce, w którym też trzymamy teraz alkohol" - myśli Linn, ale nic nie mówi.
- No wiesz - zaczyna tłumaczyć Elena, wyciągając korek i wąchając zawartość butelki. - Moa musiała być matką dla swojej matki przez większość życia. Teraz wreszcie to się zmieniło. - Bierze kryształową szklankę z witryny i nalewa sobie solidną porcję mocnego trunku. - Może już najwyższy czas, żeby Jonna mogła być matką, która się martwi i stara się panować nad sytuacją, a Moa mogła się zachowywać jak dziecko, nie sądzisz?
- Ale ona nie tylko wobec Jonny tak się zachowuje. Również do nas Moa się rzadko odzywa. Chyba ja też się trochę o nią martwię. No i... nie wiem. Brakuje mi... nas.
Elena patrzy na nią ze zrozumieniem, popijając rum.
- Mnie też.
Linn podnosi teczkę z krzesła. Patrzy na szklankę w ręku Eleny, bez słów odwraca się i idzie na górę, do gabinetu. Wkrótce z salonu zaczynają dobiegać stłumione dźwięki pianina.
W małym pokoju na poddaszu jest chłodno i przytulnie. Linn odkłada teczkę na biurko, zapala lampkę i zastanawia się, dlaczego nic nie powiedziała. O rumie. Jaki mamy dzisiaj dzień? "Środa. Mała sobota" - odpowiedziałaby zapewne Elena. Potem uśmiechnęłaby się tak, że blask jej oczu wdarłby się do serca Linn, która w jednym momencie zapomniałaby o wszystkim, co chciała powiedzieć. Kolejny raz.
W świetle lampy w szkle obramowanego dyplomu ukończenia studiów prawniczych na Uniwersytecie w Lund odbija się sylwetka Linn. Na środku głowy sterczy kilka krótkich włosów w kolorze platynowego blond, więc stara się je wygładzić.
"Jak ładnie" - przypomina sobie słowa Eleny, gdy za pierwszym razem wróciła od fryzjera po ścięciu włosów i rozjaśnieniu ich na niemal biały kolor. "Ta fryzura nadaje ci groźny wygląd". Potem kochały się tak namiętnie, jak zawsze. Nie może jednak zapomnieć o tym, co Elena powiedziała. Że jej też brakuje... czegoś. Czy myślały o tym samym? O ich trójce? O tym, że razem walczyły? Czy może Elena miała na myśli coś gorszego? Coś, co może oznaczać początek końca ich związku?
"Uzależnienie od alkoholu to jedyne, co mogłoby rozbić nasz związek" - myśli, pociągając nosem.
Natychmiast pojawia się poczucie winy. Elena nie ocenia Linn. Nigdy tego nie robiła. Dlaczego Linn nie potrafi być tak samo wyrozumiała w stosunku do niej? Na litość boską, Elena jest dorosła. A nawet bardziej niż "dorosła". Pod koniec tego miesiąca kończy sześćdziesiąt lat.
"Pozwól kobiecie żyć, do cholery". Wzrok Linn zatrzymuje się na oprawionym w szkło dokumencie wiszącym na ścianie. Dostrzega w nim swoje odbicie. Linn zaczyna się przyzwyczajać do nosa, który już nigdy nie będzie prosty po tym, co ojciec zrobił jej w przeklętej chatce Johana Kinnego.
"Licencjat z prawa - Uniwersytet w Lund". I pomyśleć, że udało jej się to zrobić. Pomimo wszystkiego, co się wydarzyło. Pamięta styczniową uroczystość, jakby to było wczoraj. Jak udzielał jej się podniosły nastrój. Wszyscy tam byli, mama, Anton i Elena, by z nią świętować. Oprócz Moi.
Gdy Linn zaczyna odczuwać zbyt silny niepokój, wyjmuje z bocznej kieszeni teczki okrągłe, czarne plastikowe pudełko i wkłada pod wargę saszetkę z nikotyną. W tym samym momencie dzwoni jej komórka w kieszeni marynarki. Minęło sporo czasu, odkąd bała się odbierać połączenia z nieznanych numerów, a mimo to niepewność wkrada się do jej głosu.
- Halo, tu Linn.
- Linn Walter?
"Jasna cholera". Istnieją tylko dwie kategorie ludzi z tym charakterystycznym tonem głosu: handlowcy i dziennikarze. A w tej chwili nie ma ochoty rozmawiać ani z jednymi, ani z drugimi.
- Zgadza się - odpowiada bez emocji, zdejmując marynarkę i wieszając ją na krześle przy biurku.
- Bardzo mi miło. Nazywam się Helena Schinckel i dzwonię z gazety "Kvällsposten".
- Schinckel?
- Tak - mówi dziewczyna po drugiej stronie słuchawki. - Wiesz. Schinckel Helena zawsze znajdzie gorący temat. - Śmieje się niepewnie z własnego żartu, po czym kontynuuje: - W każdym razie zastanawiam się, czy widziałaś wiadomości o swoim ojcu, Carlu Walterze, i czy mogłabym...
Linn się rozłącza, zanim Helena Schinckel zdąży powiedzieć coś więcej. Jednocześnie słyszy w telefonie dźwięk powiadomienia. Czyta: "Trzecia ofiara Kobiety Laser?".
Linn nie może powstrzymać myśli, które znów krążą wokół Moi.
Zmęczenie tkwiące tuż pod skórą jak nieprzemijająca groźba złowieszczo porusza się w jej ciele. Linn zamyka oczy i bierze głęboki oddech. Atak paniki dzięki Bogu nie nadchodzi. Telefon dzwoni ponownie. Jej żołądek skręca się w ostrym bólu. To Ulrika Rönn - szefowa Linn z Prokuratury Okręgowej w Malmö. Linn zaraz po ukończeniu studiów została przez nią zatrudniona na stanowisku asystentki. Od pierwszego dnia to stanowisko wymagało od niej pracy na najwyższych obrotach.
"Urlop - myśli Linn, próbując wziąć głęboki oddech. - Przydałby mi się cholernie długi urlop bez tej pieprzonej komórki".
- Hej, Ulrika, co mogę dla ciebie zrobić? - odbiera telefon i mówi tak lekkim tonem, na jaki tylko potrafi się zdobyć. Wyjmuje laptop i kładzie go na biurku.
- Hej, mam nadzieję, że nie planowałaś nic na dzisiejszy wieczór - zaczyna Ulrika. Prosto z mostu, ale jak zwykle spokojnie i rzeczowo. - Co się stało z twoim telefonem służbowym?
Linn wyjmuje go z teczki i widzi, że się rozładował. - Przepraszam. Bateria padła. Co do moich planów... Dlaczego pytasz?
- Chodzi o sprawę Lindströma. Pojawiły się nowe informacje, które bezpośrednio przeczą zeznaniom jego sąsiadów, którzy są świadkami. Przesłałam ci to wszystko mailem. Wiem, że to dla ciebie całkiem nowa sprawa, ale po prostu nie ma nikogo innego, kto mógłby się tym teraz zająć. Każdą nową informację trzeba przejrzeć. Porównaj daty i godziny. Sprawdź, czy znajdziesz jakieś luki.
- Luki?
- Coś mi mówi, że te nowe dowody są sfabrykowane.
Jeśli prokurator naczelna Ulrika Rönn przeczuwa, że to ściema, to prawdopodobnie ma rację - Linn zdążyła się już o tym przekonać. Zerka na zegarek. Siódma wieczorem, nic dziwnego, że ją skręca w brzuchu. Kiedy ostatni raz coś jadła?
- Nie ma sprawy, szefowo - odpowiada, otwierając laptopa. - Od razu się za to zabiorę.
Gdy kończą rozmawiać, do pokoju wchodzi Pan Syk z wysoko uniesionym ogonem. Wskakuje na biurko i siada tak, by nie mogła go dosięgnąć.
- Hej, kolego - mówi Linn. - Dziś też szykuje się długi dzień pracy.
Wyciąga rękę, żeby sprawdzić, czy kot da się pogłaskać. Pan Syk odwraca głowę i zamyka oczy. Linn wzdycha i wstukuje hasło do komputera.
Wprawdzie ma wyrzuty sumienia, że spędza w pracy dużo czasu, ale nawet ją to cieszy, ponieważ marzyła, by znaleźć się w tym miejscu. Zajmuje się ściganiem tych drani. Tych, którzy wykorzystują, molestują czy mordują swoje kobiety. Przypomina jej się zdjęcie ojca z gazety. Wzdryga się na samą myśl o tym. Odruchowo sięga ręką pod biurko w poszukiwaniu tego, co jest przyklejone pod spodem i o czym nie wie nawet Elena. Dotyka zimnego, śmiercionośnego metalu. Zoraki M 906. Mały turecki pistolet gazowy o wadze zaledwie pięciuset gramów, przemycony przez granicę, a następnie przerobiony na prawdziwą broń przez szwedzkiego handlarza bronią o elastycznym kręgosłupie moralnym i zamiłowaniu do pieniędzy. To jeden z paru sekretów rozmieszczonych w całym domu. Jego zabójczy potencjał ją uspokaja, mimo że pistolet może być ładowany tylko jednym nabojem. Gdyby jeszcze raz znalazła się w sytuacji zagrażającej życiu, jeden strzał wystarczy. Tym razem się nie zawaha, nie tak jak dwa lata temu. Przechodzą ją ciarki i otwiera skrzynkę odbiorczą.
Na świecie jest zbyt wielu takich jak Carl Walter i Johan Kinne, ale przynajmniej teraz Linn robi każdego dnia, co w jej mocy, by ich powstrzymać.