Gdański sierpień
25 sierpnia 1939 roku Gdańsk był widownią niecodziennej uroczystości. Od
strony morza ukazał się przed wejściem do kanału portowego okręt o wyniosłych masztach i kominach szarej barwy zlewających się prawie w jedno z wodami Bałtyku. Eskortowała go grupa czterech trałowców. Przed
portem trałowce zrobiły zwrot o 180 stopni i odeszły, honorową eskortę
przejęły dwa gdańskie holowniki: "Albert Forster", nazwany tak od
nazwiska gdańskiego gauleitera partii hitlerowskiej, oraz "Danzig".
Holowniki wyszły na powitanie pancernika w pełnej gali flagowej,
podkreślającej wagę niezwykłej chwili.
Gdańskie gazety "Danziger Vorposten" i "Danziger Neueste Nachrichten" na
pierwszych stronach zawiadamiały miejscową ludność o wydarzeniu i wzywały do stawienia się na uroczystości powitalne, które miały się
odbyć w Nowym Porcie, zwanym wówczas Neufahrwasser.
Gdańsk w tych letnich dniach przeżył kilka sensacji morskich - na jego
redzie pojawił się m.in. ogromny czterdziestotysięcznik pasażerski S/S
"Columbus", chluba niemieckiej floty, ale obecna wizyta miała w sobie
coś szczególnego. Pozornie nosiła wszelkie cechy pokojowe, mimo że
nadciągający wielki okręt nie był jednostką handlową. Okręt wszedł
powoli w wąski kanał portowy i przycumował w wyznaczonym miejscu; na
nabrzeżu zgromadziły się tłumy młodzieży podnieconej widokiem stalowego
kolosa. Orkiestra dęta grała bojowe marsze, pamiętające cesarza Wilhelma
II i jego flotę. Powietrze drżało od dźwięku piszczałek, łomotu werbli i głębokich basów trąb, połyskujących w słońcu wypolerowanym mosiądzem.
Machano chorągiewkami - miniaturkami wielkich flag, którymi Gdańsk z polecenia Forstera był przynajmniej od pół roku przystrojony: czarna
swastyka na białym okrągłym tle wymalowanym na czerwonej wstędze.
Entuzjazm zebranych doszedł do szczytu, gdy ujrzeli z bliska kadetów
morskich III Rzeszy, słynnych Blaue Jungen. Było ich na okręcie 525,
obok 725 ludzi etatowej załogi. Mieli w niedalekiej przyszłości zasilić
kadry Kriegsmarine. Hitlerowska marynarka wojenna pod dowództwem
admirała Raedera, który podczas pierwszej wojny światowej służył pod
rozkazami słynnego Scheera, a pamiętał także czasy admirała Tirpitza,
twórcy cesarskiej floty, rozwinęła się nadzwyczaj szybko i w roku 1939
liczyła 5 okrętów liniowych, 8 krążowników, około 40 niszczycieli i torpedowców oraz kilkadziesiąt okrętów podwodnych.
Pancernik "Schleswig-Holstein", choć w nomenklaturze oficjalnej
określany jako schulschiff - okręt szkolny, był pełnowartościową
jednostką bojową. W ogromnych wieżach działowych ustawionych na dziobie
i rufie spoczywały cztery działa kalibru 280 milimetrów mogące wyrzucić
pociski o wadze 330 kilogramów każdy. W pancernych kazamatach tkwiło
dziesięć dział 150-milimetrowych. Posiadał on także artylerię
przeciwlotniczą. W jednej bocznej salwie "Schleswig-Holstein" mógł
posłać śmiercionośny ładunek o wadze 1690 kilogramów. Wszystkie żywotnie
ważne części okrętu chronione były grubym pancerzem - pomost bojowy
płytami pancernymi o grubości do 300 milimetrów, linia wodna od 100
milimetrów do 240, wieże działowe od 170 do 300 milimetrów. Pancernik
brał udział w największej bitwie morskiej pierwszej wojny światowej,
ścierał się pod Jutlandią z kolosami brytyjskiej Royal Navy. Zapas
paliwa pozwalał mu na pełnomorskie rejsy o zasięgu do 5900 mil i niejeden z kadetów, którzy teraz schodzili na nabrzeże Nowego Portu,
przebył podróż szkolną wiodącą przez Atlantyk do portów Południowej
Ameryki. Po unowocześnieniu artylerii oraz urządzeń kierowania ogniem
"Schleswig-Holstein" miał szanse mierzenia się na Bałtyku z każdą
jednostką pływającą.
Niemiecka młodzież Gdańska nie bez kozery patrzyła z podziwem na ten
wielki okręt o wyporności kilkunastu tysięcy ton. Napawał ją uczuciem
dumy: Trzecia Rzesza nie zapomniała o Freie Stadt Danzig - Wolnym
Mieście Gdańsku i w tych dniach wielkiego napięcia przysyłała tu symbol
swojej siły...
Dla młodszych czytelników rzecz wydaje się trudna do wyobrażenia,
zwłaszcza dla tych, którzy znają Gdańsk lat naszych. Nawet dziś i starszym, gdy chodzą po odbudowanym wspaniałym Starym Mieście gdańskim,
zwiedzają jedną z największych na świecie stoczni, trudno wracać
pamięcią do tamtych dni. A jednak tak było, a jednak Gdańsk, położone u ujścia Wisły miasto o kluczowym znaczeniu dla naszego obszaru
państwowego i interesów narodowych, przechodziło w ciągu wieków różne,
także i tragiczne koleje losu.
Pradawna osada pomorska, gród, który raz po raz widział obecność
polskich załóg, w roku 1308 padł ofiarą podwójnej agresji.
Brandenburczycy natarli z wielką siłą na miasto, w którym sprawował
rządy wojewoda polski Bogusza. Ten, widząc wielką przewagę, słał gońców
do Łokietka po pomoc. Zajęty walką z przeciwnikami jego władzy w Krakowie, nie mógł książę Władysław przyjść z odsieczą, wojewoda nie
bacząc na następstwa swej decyzji wezwał Krzyżaków. Ci nadciągnęli bez
zwłoki. Brandenburczycy zmuszeni byli ustąpić przed przeważającymi
siłami. Od tego czasu nad Gdańskiem zawisło nowe niebezpieczeństwo.
Krzyżacy nie chcieli odejść z "wyzwolonego" przez siebie miasta.
Umocnieni w gdańskim zamku, czekali na chwilę sposobną, aby spaść na
miasto i włączyć je jako cenne ogniwo do łańcucha swych nadbałtyckich
posiadłości.
25 listopada 1308 roku, gdy ludność miasta, rycerze pomorscy i polscy
spali lub przebywali w gospodach - była to pora jarmarku - zastępca
wielkiego mistrza Heinrich von Plotzke z braćmi zakonnymi i knechtami
ruszył znienacka na Gdańsk i po krótkiej, ale zaciętej walce zawładnął
nim. Ludność została wyrżnięta, a miasto spalone... Jeszcze w kilkanaście
lat później, na procesie w Inowrocławiu, próbowali Krzyżacy udowodnić,
iż "ludność gdańska samorzutnie leża swe opuściła, uprzednio je
spaliwszy".
Prawie sto pięćdziesiąt lat trwało w Gdańsku krzyżackie panowanie. Dość
długo, aby nawet sprowadzeni i osadzeni tu niemieccy mieszczanie mieli
go dosyć. W wojnie trzynastoletniej Gdańsk już zdecydowanie poparł króla
Kazimierza Jagiellończyka przeciw Krzyżakom. Dzięki temu miasto uzyskało
poważne przywileje. W gdańskich dokumentach Jagiellończyk tytułowany
jest "Najjaśniejszym i Najpotężniejszym Panem Królem Polski Kazimierzem,
naszym Najłaskawszym Panem".
Od tego czasu przez z górą trzysta lat Gdańsk był złączony z Rzecząpospolitą. Jego rozwój i pomyślność w naturalny sposób wiązały się
z zapleczem, z ziemiami położonymi w dorzeczu Wisły, które w porcie
gdańskim miały naturalną bramę do wyjścia na szeroki świat. Tutaj
krzyżowały się drogi sprowadzanych i wywożonych towarów, w portowych
magazynach gromadzono zapasy różnych produktów dostarczanych z głębi
kraju. Cała flota brytyjska XVI i XVII wieku budowana była z polskiego
drzewa i z polskiej smoły eksportowanej przez Gdańsk. Stąd szły smukłe
polskie masztowe sosny, tędy szedł złoty jantar, złote polskie zboże na
statkach holenderskich, angielskich i francuskich, tutaj przywożono
najbardziej wyszukane produkty krajów Wschodu i Zachodu. Prowadził też
Gdańsk żywy handel z najbliższymi sąsiadami na Bałtyku.
Rozbiory Polski przecięły ten naturalny i tak dla Gdańska korzystny
rozwój. Przybyło wtedy miastu sporo ciężkich gmachów, szarych lub
ciemnoczerwonych, odbijających się niekorzystnie od renesansowego cudu
architektury gdańskiej, który wskrzesiliśmy po ostatniej wojnie rękami
naszych budowniczych.
O to miasto, w sumie jednak tak piękne, w którym wieki nakładały się
budowlami pełnymi wspaniałości i bogactwa, o to miasto - okno na świat
Polski, doszło do wielkiej międzynarodowej rozgrywki, gdy z wstrząsów
pierwszej wojny światowej i wstrząsów rewolucyjnych, które przeszły
przez Europę waląc trony zaborcze, wyłoniła się po półtorawiecznej
niewoli Polska. I głównie polityce brytyjskiej w tym czasie, tradycyjnej
polityce "równowagi sił", mieliśmy do "zawdzięczenia" fakt, że Gdańsk do
Polski nie został włączony, lecz uczyniony "wolnym miastem".
Powstał więc na mocy traktatu wersalskiego twór sztuczny, sprzęgnięty i równocześnie oddzielony od Polski, osłabiający naszą pozycję wobec
naturalnego wyjścia na świat, uzależniający nas w jakiś sposób od
konfiguracji sił politycznych na terenie miasta, zmuszający do ciągłej
gry i lawirowania. A ponieważ obszar Wolnego Miasta Gdańska, liczący
1800 kilometrów kwadratowych, posiadał lądową granicę z obszarem Prus
Wschodnich, stanowiących historyczną pamiątkę po podbojach Zakonu
Krzyżackiego i zaborczości Hohenzollernów, istniała w każdej chwili
możliwość - zwłaszcza w okresach napięć w stosunkach polsko-niemieckich
- interwencji niemieckich sił zbrojnych na jego terenie.
Dzień 25 sierpnia 1939 roku był tego wyraźnym potwierdzeniem: do kanału
portowego wpływał pancernik III Rzeszy, witany miedzią trąb, lasem
chorągiewek i podniesionych w hitlerowskim salucie rąk. Była to potężna,
bezpośrednia demonstracja siły, choć powód wizyty pancernika był
pozornie niewinny: 25 sierpnia 1914 roku, a więc przed 25 laty, najechał
na mieliznę krążownik "Magdeburg". Tutaj, w Gdańsku, macierzystym porcie
okrętu, pochowano jego marynarzy, którzy polegli w walce z flotą
rosyjską. Trudno oczywiście - jeżeli dziś patrzymy na te sprawy - uznać
rocznicę fatalnej nawigacji za powód uroczystości, i nie o to w końcu
chodziło: w pancernym sejfie dowódcy, umieszczonym w ścianie kabiny,
tkwił tajny rozkaz operacyjny, przeznaczony dla pancernika
"Schleswig-Holstein" na dzień 26 sierpnia 1939 roku, podpisany przez
dowódcę Grupy Operacyjnej "Wschód", generała admirała Albrechta.
Komandor Kleikamp, dowódca pancernika, oficer marynarki w starym i, jak
uważał, dobrym pruskim stylu - nigdy nie mógł się nadziwić zwięzłości i rzeczowości starego Conrada Albrechta, który dobiegał właśnie
sześćdziesiątki i zdążył dowodzić dywizjonem torpedowców w pierwszej
wojnie światowej, przejść wszystkie szczeble sztabowej marynarskiej
roboty w Kriegsmarine, którą Kleikamp uważał w duchu za postawioną niżej
w hierarchii społecznej organizację niż Reichsmarine, nie mówiąc już o flocie cesarskiej, będącej pępkiem niemieckiego świata na początku
stulecia. Młodzi oficerowie wydawali mu się w jakiś sposób
parweniuszami, system wychowania błędny, a powszechne donosicielstwo,
nie wiadomo czemu uważane za kontrwywiad, uwłaczające czci ludzkiej. Z drugiej strony Kleikamp nie widział dla siebie drogi wyjścia. Minął już
dawno pięćdziesiątkę, lat czynnej służby pozostawało mu niewiele, a zresztą Rzesza Niemiecka (trzecia z kolei - nie najszczęśliwsza cyfra -
żartował sobie w duchu) szykowała się jawnie do wojny. "Znów popracuję w swoim zawodzie - powiedział do swego zastępcy poprzedniego dnia. -
Trudno przecież uważać galę, wizyty i dryl za zawód, nieprawdaż, mój
Ryszardzie?"
Z zastępcą żył dobrze, mieli wspólny pogląd na wiele spraw, a zresztą z dala od rodziny, pozostawionej gdzieś w Berlinie, Kleikamp czuł potrzebę
oparcia się na kimś w krótkich chwilach odprężeń. Był zwolennikiem
teorii i praktyki pruskiego sztabu generalnego, uważał, że w sztabie nie
są ważne stopnie, tylko koncepcje i nie ma co sobie zawracać nimi głowy,
przynajmniej w chwilach sprzyjających swobodniejszej rozmowie.
Rozmowa ich dotyczyła najbliższej przyszłości, najbliższego dnia. Ich
okręt, który miał wykonać konkretne zadanie operacyjne, choć pozornie
osamotniony tu, w gdańskim porcie, nie tracił łączności z potężnymi
siłami morskimi, które rozwinęły się łukiem wokół polskiego wybrzeża.
(Niewielkie było to polskie wybrzeże w 1939 roku, ośmiokrotnie mniejsze
od obecnego - wszystkiego 72 kilometry).
Główne siły floty niemieckiej przesunięte zostały na Bałtyk. W Świnoujściu kołyszą się krążowniki "Nürnberg", "Leipzig" i "Koln" pod
flagą wiceadmirała Denscha, w Piławie czeka na rozkazy dziewięć
niszczycieli i flotylla ścigaczy pod flagą kontradmirała Lütjensa oraz
dziesiątki jednostek pomocniczych. Tak czy inaczej flota jest niedaleko,
a oni są w Gdańsku, w samym sercu światowego konfliktu dyplomatycznego.
Weszli do kanału po dziewiątej rano, o 9.30 "wizyta się rozpoczęła", jak
napisze wieczorne wydanie gazety. Kleikamp wspominał nie bez pewnego
wzruszenia pierwsze chwile w Gdańsku, marsz grany na powitanie
(sfałszowali w jednym miejscu - dodał w myśli gwoli ścisłości). Saluty,
uściski dłoni. Wizyta u wysokiego komisarza Ligi Narodów, Burckhardta
(mój Boże, jak skomplikowana sytuacja władzy w tym mieście!), u przewodniczącego senatu gdańskiego, Greisera, wreszcie u polskiego
Wysokiego Komisarza w Gdańsku - podobno w randze ministra. Kleikamp
przypomniał sobie, że czuł się trochę nieswojo podczas wizyty -
wymieniał z Polakiem słowa grzecznościowe, frazesy, wypił nawet
kieliszek wina, a w sejfie w jego kabinie wykładanej mahoniową boazerią
(luksus cesarstwa) spoczywał dokument podpisany przez starego Albrechta:
jutro rano 26 sierpnia o godzinie 4.45 jego pancernik miał jako pierwszy
otworzyć ogień w wojnie, o której wszyscy naokoło mówili, że potrwa
zaledwie kilkanaście dni.
Pokolenie Kleikampa przeżyło jednak już jedną wojnę, która miała potrwać
też trzy tygodnie i wszyscy od niej posiwieli, nie wspominając o tych,
którzy położyli się do wspólnych żołnierskich grobów. I dlatego kolejny
rozkaz, który przyniesiono mu z kabiny radiowej, nie zmartwił go: dzień
26 sierpnia, wyznaczony na moment uderzenia, nie miał być początkiem
wojny. Dowództwo w ostatniej chwili zmieniło decyzję. Kleikamp
odetchnął. Nie czuł jakoś ani w Kilonii, ani w Berlinie nastroju radości
z powodu nadchodzących wydarzeń. Oczywiście, angażowali się niezmiernie
ci, którzy nosili brązowe mundury SA, odznakę NSDAP w klapie. Ale masy,
które swoją znakomitą wymową fascynował początkowo Hitler, nie
wykazywały należytego entuzjazmu. Pułki wychodzące w stronę polskiej
granicy nie były obrzucane kwiatami, jak w pamiętnym lipcu 1914 roku.
Kobiety nie rzucały się na szyję żołnierzom. Co innego upajać się
słowami o niemieckiej rodzinie, o niemieckim samochodzie dla każdego, co
innego wysłuchiwać słów uzasadniających, że tylko jeden naród niemiecki
jest narodem wybranym przez Opatrzność i każdy syn zrodzony w niemieckiej rodzinie to ukłon Opatrzności, to zrządzenie szczęśliwego
losu i wspaniała przyszłość, a co innego patrzeć, jak umundurowane
szeregi synów, mężów, narzeczonych maszerują w stronę niewiadomego
przeznaczenia, powodowane słowem, które brzmiało tak dumnie, ale które
stało się... ciałem maszerującym na front.
Kleikamp na wszelki wypadek polecił swemu I A, czyli oficerowi
artylerii, prostemu jak świeca, przeprowadzić normalne pomiary
artyleryjskie. Tego dnia spotkał się z komandorem podporucznikiem
Hornackiem, który miał zapewnić środki potrzebne okrętowi w czasie
pobytu w porcie, a także w pewnym stopniu ubezpieczać go. Hornack miał
do dyspozycji kilkuset młodych ludzi zmobilizowanych do formacji
"Küstenschutzu" czyli ochrony wybrzeża. Kleikamp nie mógł sobie jakoś w głowie ułożyć pełnego obrazu stosunków w tworze, który nazywał się Freie
Stadt Danzig, miał na każdym domu chorągwie ze swastyką, a w herbie dwa
krzyże z koroną królestwa polskiego. Przeszłość i teraźniejszość, żywioł
niemiecki i polski, splatały się tu, tworzyły zawiłe, przedziwne
kombinacje wojskowe, polityczne i gospodarcze. Polska rządziła tu na
przykład pocztą i cłem, ale nie policją. Niemieckie flagi zwisały w pobliżu polskich czerwonych skrzynek pocztowych, kolejarze nosili, nie
wiedzieć czemu, rogatywki, a nie okrągłe czapki. Z wypowiedzi Kornacka
wynikało, że każdy właściwie Gdańszczanin może być powołany do pełnienia
służby wymaganej dla "bezpieczeństwa miasta". "Mamy tu taką ustawę już
od października 1938 roku" - dodał Hornack, mrużąc jakby lekko oko. W październiku właśnie Führer wysunął wobec Polski żądanie oddania Gdańska
i prawo zbudowania eksterytorialnej autostrady przez Korytarz, inaczej
mówiąc Pomorze Gdańskie "w tak łajdacki sposób zagarnięte przez
Polaków". Bóg opuścił Niemcy w 1918 roku, banda czerwonych
socjaldemokratów podcięła tron. Teraz przychodził czas porządku, czas
sprawiedliwości. Niemiecki Gdańsk stworzył swoje siły zbrojne. W sumie
dwie dywizje. Kleikampowi Hornack niezupełnie się podobał - był trochę
za niski jak na oficera floty, zanadto się podniecał, wyczuwało się w nim rezerwistę, człowieka, który szedł naprzód nie tyle dzięki
umiejętnościom, co różnym powiązaniom politycznym. Ale ostatecznie... nie
to było teraz ważne.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki