Czuwanie - George Saunders

Reflow text when sidebars are open.
Ależ piękny dom rósł ku mnie z każdą chwilą, gdy spadałam, wyciągając ramiona, dłonie, nogi, stopy, jak zwykle z sekundy na sekundę zyskujące na realności.
W dole: fontanna.
Pośrodku fontanny: złocony posąg.
Przedstawiający psa. (Ktoś tego psa chyba bardzo kochał).
W pysku złotego psa: złota kaczka. Dziób kaczki pośmiertnie rozchylony, a podziurawiona okolica kupra miała chyba przedstawiać ślady po wejściu porcji śrutu.
Przyglądałam się temu, mknąc tuż obok, aż wreszcie głową i torsem przebiłam asfaltową powłokę półokrągłego podjazdu i utkwiłam w znajdującej się pod spodem warstwie ziemi.
Tylną częścią ciała celowałam prosto w niebo, a nowiutkie nogi młóciły powietrze jak na rowerze. Na zmianę odkrywałam, że jestem ubrana i rozebrana. Przez co chcę powiedzieć: w jednej chwili byłam naga, w następnej ubrana. Albo, żeby wyrazić się precyzyjniej: ubrana częściowo. (Z biegiem czasu elementy mojego stroju stawały się widzialne w sposób bardziej konsekwentny).
Beżowa spódnica wkrótce pojawiła się wręcz na stałe.
Teraz jednak należało przede wszystkim zainteresować się pewną dżdżownicą, odłamkiem brązowego butelkowego szkła i bogatym zapachem torfu, który ze wszystkich stron otoczył moją (odwróconą) górną połowę.
Pewnego razu w Tennessee, gdzie wylądowałam w postawie bardziej konwencjonalnie wyprostowanej, spędziłam sześć godzin na padoku z samą głową wystającą nad poziom gleby, po której to głowie raz po raz kłusowały trzy konie czarne i jeden deresz, bo z biegiem czasu zupełnie przestała je moja obecność przerażać.
A jednak tamta wizyta skończyła się pięknym sukcesem.
Mój podopieczny znalazł we mnie wielkie ukojenie.
Dziś, całe szczęście, tajanie postępowało szybko.
I już wkrótce odkryłam, że za sprawą czystej siły woli jestem w stanie wyrwać się z ziemi gimnastycznym sposobem i stanąć prosto, odziana w pełni i konsekwentnie.
Beżowa spódnica, bladoróżowa bluzka, czarne buty na obcasie.
Złoty pies połyskiwał w blasku zdobionej lampy od powozu. Ruszyłam do drzwi wejściowych, lecz nie chodziłam jeszcze zbyt sprawnie, więc opadłam na ziemię jak lalka, której odcięto sznurki, znów poderwałam się na nogi i niestrudzenie po kawałku zmierzałam ku swojej pracy.
Drzwi (potężne, ciężkie, zamknięte na cztery spusty) nie stanowiły żadnej istotnej przeszkody. Przeniknąwszy na drugą stronę, znalazłam się w olśniewającym korytarzu i weszłam po rozległych schodach. Na ścianach wisiały jeden przy drugim fotografie mojego podopiecznego:
Jak opiera się zdecydowanym gestem o podium i mówi do nieprzebranego tłumu.
Jak kuca obok człowieka w kefii przed Wielką Piramidą w Gizie.
Jak stoi po kolana w płytkim górskim jeziorze z młodą kobietą, którą wzięłam za jego córkę.
Jak prowadzi (udaje, że prowadzi) jakiś ciężki sprzęt, ubrany jest w trzyczęściowy garnitur, na głowie ma kask.
Jak pozuje na tle platformy wiertniczej.
I drugiej.
I trzeciej.
Jak stoi z żoną na Wielkim Murze Chińskim, oboje rozpromienieni, jak gdyby fotograf uchwycił ich w wyjątkowym momencie związku.
Z małżonką pod rękę, prawdopodobnie w Ogrodzie Różanym przy Białym Domu.
I znów z małżonką, domyślałam się, że przed ich drugim domem w Colorado.
I przed trzecim, na Hawajach.
I czwartym, w Key West.
Jego twarz układała się często w ten sam wyraz: bardziej grymas niż uśmiech, choć podbiegnięty w stosownej mierze wymuszoną dobrą wolą.
Dotarłszy na piętro, poszłam przed siebie korytarzem obwieszonym obrazami w złoconych ramach; przy każdym wisiała tabliczka opisująca doświadczenie, które mojemu podopiecznemu i jego małżonce kojarzyło się z jego nabyciem:
"Przemiła kolacja na klifie, Positano".
"Paryż, zwiedzanie katakumb, pan Pavarotti zaśpiewał dla nas pięknie po obiedzie".
"Senator Jepps i Maria ugościli nas w swoim zachwycającym domu na pustyni".
Na końcu korytarza czekały podwójne drzwi z solidnego dębowego drzewa.
Zauważyłam, że na ramieniu pojawia mi się znajoma brązowa torebka. Poklepałam ją (raz, drugi), jak zrobiłabym to za dawnych czasów, gdy szykowałam się do rozpoczęcia wymagającego zadania, i przeniknęłam na drugą stronę, wiedząc, że znajdę tam podopiecznego.
I rzeczywiście.
Maleńki, wymięty człowieczek w przepastnym mahoniowym łóżku.
Nie przybyłam za późno.
Ani za wcześnie.
Wyczerpana opieką żona spała, w pełni ubrana, na małej sofie tuż przy nim. Kapcie spadły jej na podłogę i leżały obrócone ku sobie, jakby wzuło je jakieś niewidzialne stworzenie o ptasio podwiniętych stopach.
Ona mnie jednak nie interesowała.
Mój podopieczny ubrany był do snu w jedwabną piżamę z monogramem na sercu.
Zbliżyłam się i weszłam w krąg jego świadomości.
Zamieszkiwał go imponujący wręcz upór. I płynął przezeń mocny nurt satysfakcji, niemal triumfalnego zadowolenia ze wszystkiego, co udało mu się zrobić, zobaczyć, stworzyć oraz spowodować, zwłaszcza że początki miał bardzo skromne.
Rozejrzałam się za zwątpieniem na myśl o rzeczach, które zrobił lub których nie doprowadził do końca; o tym, co należało powiedzieć, lecz powiedziane nie zostało; za błędami, do których nie zdołał się jeszcze w pełni przed sobą przyznać, a które mogłyby powstrzymać go przed osiągnięciem stanu pełnego spokoju, tak pożądanego na tych rozstajach istnienia.
I nie znalazłam nic, prawie nic.
Był tak pewny siebie, że nie dorównałby mu żaden z moich dotychczasowych podopiecznych.
Nawet teraz, gdy zawładnęła nim potworna choroba.
Znów poczułam tę starą, znajomą, uogólnioną czułość:
Oto leży przede mną człowiek, który nie z własnej woli pojawił się na tym świecie i siłą jest teraz z niego zabierany, zmuszony patrzeć, jak kolejne z wielu podsystemów jego organizmu, przez lata dające mu tyle satysfakcji, teraz zamykają się w agonii. Aż wkrótce nadejdzie to, nadejdzie pośród zgrozy i niedowierzania, on znajdzie się po niewłaściwej stronie zamykających się gwałtownie drzwi, a wszystko, co znał i kochał, będzie tam, za nimi.
W takich chwilach szczególnie ceniłam sobie swoje zadanie.
Mogłam nieść ukojenie.
Mogłam.
Przeniosłam się pod okno, by przebudzić i ożywić tę część siebie, z której czerpałam pocieszenie dla innych: wyjrzałam na zewnątrz, by nasycić się glorią całego istnienia.
Ku swojemu zaskoczeniu odkryłam, że w dole, nieopodal figury złotego psa, stał ktoś do mnie podobny i patrzył w górę.
Musiał być jednym z nas, bo wszystko wskazywało na to, że mnie widzi.
Więcej, zaczął mnie wzywać serią skomplikowanych gestów, abym zrobiła mu tę przyjemność, opuściła dom i spłynęła na dół na słówko, gdybym tylko była tak uprzejma.
Przeszłam przez ścianę, zatęchłą ciszę sypialni umierającego zastąpił zapach wilgotnego powietrza na zewnątrz i przemiły nocny szczebiot cykad, a ubranie trzymało się na mnie trwale i w stosownym układzie, co cieszyło mnie tym bardziej, że czekało mnie zawarcie nowej znajomości.
Przybysz sprawiał wrażenie wycieńczonego, jak gdyby przebył długą podróż, aby się tu znaleźć. Miał na sobie znoszony strój mechanika albo może inżyniera kolejowego i chwiał się pod ciężarem wielkiej sterty papierzysk, której szczytu nie było widać, bo znikała w nisko wiszących letnich obłokach. Jako że wysokość stosu dokumentów wprawiała go w stan wiecznego rozchwiania, nieznajomy musiał bez przerwy dopasowywać postawę do jego ruchów, aby papiery się nie rozsypały.
Rzeczywiście był jednym z nas.
Poznałam po tym, że nie przesłaniał mi swoim ciałem pnia dębu, rosnącego po drugiej stronie ulicy.
Zapytał płynną angielszczyzną, choć z akcentem: czy wyświadczyłabym mu uprzejmość i wpuściła go na chwilę do tego pokoju? Est-il possible? Rozumiał oczywiście, że może to stanowić dla mnie niewygodę, przeszkodzić mi w pracy. Która to praca być może jeszcze się na dobre nie zaczęła? Bo tak się składa, że on tu ma pewne informacje, które mogłyby okazać się przydatne. Dla mojego podopiecznego. A poza tym, jeśli miałby się zdobyć na pełną przejrzystość...
Przejrzystość już mamy, odparłam. Pełną.
Zaśmialiśmy się razem.
Jeśli mam być całkiem szczery, poprawił się, ja również bym na tym skorzystał. I byłbym pani najwdzięczniejszy. Zapewniam, że nie wyrządzę żadnej szkody: je vous promets.
Jego pożałowania godna powierzchowność wzbudziła moje współczucie. Strój miał w strzępach, uwalany był pyłem z drogi, buty zdarł do dwóch płatów skóry, stopy miał pokrwawione i całe w pęcherzach.
I gdyby to było możliwe, to najchętniej odwiedziłbym go sam.
Sam, powtórzyłam.
S'il vous plaît.
Rodzaj nasz oddany był nieopisanie wielkiemu zadaniu. Tworzyliśmy coś w rodzaju cechu, którego praca zależała od takich właśnie gestów wzajemnej kurtuazji.
Lekkim skinieniem głowy zasygnalizowałam, że przychylę się do jego życzenia.
Niech pan tylko będzie uprzejmy się pospieszyć, dodałam.
Francuz podskoczył, wykazując się zaskakującą zwinnością jak na człowieka tak obciążonego, bo niebotyczny stos papierów najwyraźniej ani odrobinę go nie ograniczał.
W ogrodzie sąsiadów rozległa się muzyka, cichy gwar tłumu.
Widocznie jakieś przyjęcie.
Usadowiona na skraju fontanny, wsłuchana w te odgłosy (jako że moje zadanie chwilowo zostało zawieszone, wchodziłam w niebezpieczny, wolny od celu stan bezruchu), zaczęłam odczuwać znajome symptomy pewnej przypadłości, od której zawsze stawałam się mniej skuteczna i słabsza, niż byłoby to pożądane.
Na przykład:
Przy złotym posągu, w smudze podksiężycowego cienia drzewa, stało, poznałam to natychmiast, "auto". Ja sama, przypomniało mi się, w tej poprzedniej rzeczywistości kierowałam kilkoma "autami", z których pierwszym był "Chevelle". "Chevelle", pełen "koleżanek" z dodatkiem w postaci mojego kuzyna, "Steve'a", ustawiony bywał tak, żebyśmy znajdowali się przodem do wyświetlanego na odległej białej ścianie "filmu", w otoczeniu innych aut, w których wszyscy uczyliśmy się z filmu rozmaitych rzeczy, takich jak: Rzym jest romantyczny i interesujący. Oraz: kiedy jest się osobą uroczą, personel domowy może patrzeć po sobie z zadowoleniem przy każdym przejawie beztroskiego a pogodnego usposobienia tej osoby. I jeszcze: później tenże personel pomoże jej spełnić najsłodsze marzenia, dochowując dyskrecji w sprawie sekretnego rendez-vous.
A wszystko to tylko dlatego, że się jest osobą uroczą.
Dlatego też kiedy siedziałam w Chevelle i oglądałam te filmy, pragnęłam być urocza.
A byłam?
Kiedyś?
Po takim czasie jednak już nie mogłam sobie tego przypomnieć. Pamiętałam tylko mojego kochanego Chevelle, filmy i aspiracje do bycia uroczą.
Więcej takich wspomnień miało nadejść wkrótce. Chociaż były szkodliwe.
Uch.
Jedno już się zjawiło:
Drapię powierzchnię "szkolnej ławki" igłą "cyrkla" kupionego w "Sears", podczas gdy "pani Kiley" gada monotonnie w tle. Lekcję, jak zawsze, puszczam mimo uszu. Chcę tylko wrócić do domu i grać w "PrettyPetals". W tym jestem przynajmniej dobra. Za oknem (tak bliskim, że mogłabym wyciągnąć rękę i go dotknąć, gdybym się ośmieliła, lecz tego nie robię) trójka dzieci za małych na szkołę bawi się między łagodnie rozkołysanymi siedzeniami "huśtawek". Szczęściarze! Motyle przemykają to tu, to tam, zdawałoby się, że raz szybciej, raz wolniej, proporcjonalnie do poziomu radości w dziecięcych głosach.
Im więcej wesołości, tym większe motyle poruszenie.
A niech to.
Niech to.
Ku własnej niechęci przypomniałam sobie:
"Jill".
"Jill Blaine".
"Jill "Lala" Blaine".
W dniach dawno minionych to (w istocie) byłam ja.
Siedząc na brzegu fontanny, oparłam się kilku następnym wspomnieniom:
Uczucie dźwigania dwóch toreb z "zakupami", po jednej w każdej ręce; "szklanybrzdęk" (jeden, drugi) przy odstawianiu.
Nie, nie, nie.
Dyndanie nogami na skraju "nowego składanego basenu", podczas gdy światełka-gwiazdki tańczyły jak szalone na powierzchni "mocno chlorowanej wody". Po "skoku do środka" czuło się przez "plastikowe dno", jak stopy odciskają się na miękkich wybrzuszeniach piasku pod spodem.
Och, oj, o, nie.
Francuz już chyba zdążył załatwić, co miał do załatwienia.
Wybiłam się w górę, przeniknęłam przez ścianę sypialni i zobaczyłam, że stoi na łóżku i udeptuje stopy mojego podopiecznego, pocąc się przy tym obficie, i czyta szybko na głos z wielkiego stosu papierów.
Ledwo kończył i upuszczał stronę, a ona, jakby wiedziona łagodną ludzką dłonią, opadała powoli, by dołączyć do rosnącego schludnie stosu na podłodze.
A to, co czytał, zupełnie było pozbawione sensu, jakby jakiś fantastyczny wiersz czy meandrująca pijacka opowieść.
Kardynał, krzyknął, karmi się fragmentami plastikowego orurowania. W pełnej błota sali balowej krzesła skrzypią na znak protestu. Zaspany hipopotam (Co za hipopotam, zdziwiłam się, skąd opowieści o hipopotamach wśród takiego niepokoju, w miejscu tak ponurym?) łypie żółtym okiem na myśliwego, który zasadza się na jego cenne siekacze. Młody jaguar zakrada się po cichu, rozszarpuje pudla w różowej kurteczce.
Trafił mi się widać egzemplarz niezrównoważony.
Nie brakowało takich pośród nas.
(Nasza ścieżka nie należała do łatwych).
Ryby skubią trupy na przyjeziornym cmentarzu, krzyknął. Siwoczarny nurt błotnisty niesie w dal piszczące niemowlę.
Wystarczy, odezwałam się. Bardzo proszę.
On jednak zaczął tylko czytać szybciej, tak że wkrótce w ogóle nie dało się go zrozumieć.
W domu po sąsiedzku rozległ się głośny okrzyk, jak gdyby wiele osób naraz ujrzało coś, co je wielce ucieszyło.
Ten celebracyjny odgłos bardzo mi się spodobał. O, jakże zapragnęłam być tam zamiast tutaj.
A właściwie to czemu by nie?
Nie mogłam się tu obecnie na nic przydać i jasne było, że przydać się nie zdołam, póki nie odejdzie Francuz.
Przepłynęłam przez ścianę, zawinęłam na sąsiedzki ogród, spojrzałam w dół.
Wesele.
Wieczorne przyjęcie weselne przy blasku pochodni.
Zawisłam w powietrzu dokładnie w tym momencie, gdy wszystko zamiera, bo zaczyna się nabożeństwo. Dwustu, a może i więcej gości siedziało na ustawionych w rzędy krzesłach, alejkę utworzoną między nimi oświetlały trzepoczące języki pochodni. Panna młoda, czekająca na pierwsze nuty marsza, stała przy ojcu, trzymała go pod ramię, potrząsnęła lekko ich złączonymi rękami w geście na wpół nerwowym, na wpół uspokajającym, co wywołało w zebranych dźwięczną falę życzliwego śmiechu.
Ujmujące.
Panna młoda była piękna. O panu młodym dało się powiedzieć, że jest zdenerwowany, uważny, ogarnięty nieskrywanym zachwytem swoją ukochaną; widać było, że uważa się za największego wybrańca losu, jaki chodził po ziemi.
Wylądowałam cicho pośród gości, a wiele z tego, co zastałam, okazało się znajome, a wręcz mi drogie.
Niecierpliwe pstrykanie krawędzią programu, który już trzy razy się przeczytało.
Stuk, stuk, stuk czubkiem buta o nogę metalowego krzesła przed sobą, przerwane natychmiast, gdy tylko siedzący na nim gość odwróci głowę choćby pod najdelikatniejszym kątem.
Potrzeba, jaką odczuwa się czasami zupełnie bez powodu, żeby podwinąć palce wewnątrz eleganckich szpilek.
Aż nagle, w jednej chwili, rozmowy się urywają (wszystkie pogaduszki, wszystkie ploteczki; koniec z nachylaniem się ku sobie, by wyszeptać do tej a tej osoby: Patrz, jaka kiecka, albo: Nie pasuje jej ten kapelusz, albo: Kto by się spodziewał, że wyrośnie na takiego przystojniaka, dziecko z niego było mało wyględne, albo: Matkę przywieźli prosto z wytrzeźwiałki, ale jak na nią popatrzeć, to pomyślałby człowiek, że spędziła właśnie weekend w spa).
Kwartet smyczkowy zaczął grać marsza weselnego.
Och, jejku, jej.
To nie... To nie było dla mnie dobre.
Wystrzeliłam w górę, prosto do sypialni podopiecznego, z twarzą promienistą od całej tej radości.
Witamy z powrotem, rzekł kwaśno Francuz.
Ostatnie strony zostały właśnie odczytane. Zeskoczył z łóżka, jak gdyby ożywiło go wykonanie obowiązku. Spiętrzony stos papierów, teraz odtworzony na podłodze, wznosił się ku niebu na wskroś przez sufit.
Radziłbym, dodał, żeby zamiast go pocieszać, doprowadziła go pani jak najszybciej do skruchy, wstydu i samoobrzydzenia.
No dobrze, dziękuję za radę, odparłam.
Albo proszę nic nie robić. Odejść stąd po prostu. Każde ukojenie, jakie mu pani przyniesie, posłuży jedynie do utwierdzenia go w obecnej iluzji. C'est exact? Jak to się mówi? Że mu się upiekło.
Że mu się upiekło, powtórzyłam.
Że mu się upiekło.
Skończył pan już?, spytałam szorstko. Nie mam pojęcia, o czym pan w ogóle mówi.
Otóż tak się składa, że nie skończyłem. Nie udało mi się wyłożyć sprawy jasno. Ani jemu, ani pani. Zadanie potężne, ale chyba... Chyba zabrakło mi potrzebnych umiejętności.
Widziałam, że jest sfrustrowany, i poruszyło mnie to.
Nasza ścieżka nie należy do łatwych, powiedziałam.
Popatrzył na mnie. Od dawna nikt na mnie nie patrzył z taką uwagą. Fala ciepła napłynęła mi do policzków.
Pani to zobaczy. Ja pani pomogę zobaczyć. Ten człowiek to nic dobrego. Teraz odchodzę poszukać innego sposobu. Une approche alternative.
Ukłonił się zdawkowo i prysnął przez ścianę, ścisnąwszy się w kształt kulisty, jak ktoś, kto skacze do stawu, by ulżyć sobie w upalny dzień.
Tylko po to, by parę sekund później wytknąć znowu głowę i zwrócić ku mnie zalaną łzami twarz.
Uczciwość każe mi przyznać, zaczął, że też miałem w tym swój udział. Przyłożyłem rękę do stworzenia bestii.
Jakiej bestii?, spytałam.
Quelle horreur!, wykrzyknął.
I już go nie było.
Powróciwszy do kręgu myśli podopiecznego, zastałam go pochłoniętego próbami skontrowania skutków nieproszonej wizyty Francuza poprzez wspominanie kuchni czasów dzieciństwa i zapachów, jakie mu się z nią kojarzyły:
Smalec, mrożona herbata, smażone mięso, płyn do czyszczenia.
Na niewypielonej grządce pod oknem od podwórka zalegała znajoma sterta opałowa. A ileż to szczęśliwych chwil minęło mu przy tym niedużym, własnej roboty stole, przy którym przesiadywali całą szóstką i gadali, i śmiali się, i grali na moniaki w dupę biskupa.
Dłuższą chwilę błądził myślami nad stertą, wyobrażając sobie różne przedmioty, które uzbierały się tam przez lata jego dzieciństwa: opona bez brzegów, pordzewiały kawał psiego łańcucha, naddarty daszek od czapki bejsbolowej, różowe ramionko i głowa Minky, ukochanej lali jego siostry Willaminy, która pewnego dnia, z powodów nikomu nieznanych, rozszarpała zabawkę w napadzie furii.
Hej, przystojniaku, będę potrzebowała skorzystać z tej umywalki, powiedziała matka.
Ojciec akurat się obmywał, rękawy koszuli miał odwinięte, twarz czerwoną od słońca, blaszaną tabakierę w tylnej kieszeni spodni.
Mój podopieczny był wówczas dzieckiem, dzieckiem rozmarzonym, z jedną dłonią wyciągniętą na poczciwym kuchennym blacie z popaczonej, poplamionej sklejki.
Co planował zrobić ze swym życiem?
Kim chciał zostać, gdy dorośnie?
Pobudka, synek, rzekł ojciec. Stół sam się nie nakryje.
I czego tak buzię rozdziawiasz, dodała matka.
Wspomnienia przynosiły pożądany skutek, pomagały mianowicie odepchnąć wizję szalonego obcokrajowca, który tańczył mu w nogach i gadał od rzeczy. A wyrastały one z czasów, gdy zaczął sobie uświadamiać, że najpewniej już zawsze będzie najniższy.
Wyglądałem na najniższego?, spytał po występie na zakończenie ósmej klasy.
Dobrze wyglądałeś, odparła wymijająco matka.
Tamtej nocy jednak dosłyszał z łóżka rozmowę rodziców.
Może przydałoby się mu kupić jakieś buty wyższe, zagaił ojciec.
Ile wyższe, na pięć cali?, spytała matka.
Na chwilę zapadła cisza, w której czuć było coś jakby stłumiony wspólny śmiech.
Jeszcze urośnie.
Miałbym taką nadzieję. Bo wyglądało, jakby któryś tam wszedł na scenę z młodszym bratem.
No cóż, od tamtej pory ojciec zdążył poznać trzech gubernatorów. Uścisnąć dłoń wielkiemu Bobowi Fellerowi. Matka to raz była na kawie z Charltonem Hestonem.
Większym życiem sobie pożyli, ci prości ludzie z Wyoming.
A to dzięki niemu.
Dzięki jego koneksjom i możliwościom.
Wysłał ich do Ziemi Świętej. Przez Paryż. Wyłącznie najlepsze hotele. Szoferzy, przewodnicy, czego tam dusza zapragnie.
Nagle poirytowany, zwrócił się ostro, nieuprzejmie wręcz, do podwładnego. A był to podwładny delikatny, który w dodatku go podziwiał. Perry. Co to ma być, czemu Perry wpuścił żabojada? Czy Perry choć przez chwilę ruszył mózgownicą? Czy potrafi w ogóle makówki używać? Czy byłby tak uprzejmy, by choć raz skorzystać z tej mielonki, która mu zajmuje tyle miejsca w czaszce, i jedną, jedną rzecz w życiu załatwić? Czy choć tyle mógłby zrobić?
Na to wyszło, że nie.
No, to idź mi stąd.
Idź mi stądże, Perry.
Zastanów się nad tym, co ci powiedziałem.
Może się mylę.
Parę razy mi się zdarzyło.
Chociaż nie jakoś bardzo, kurwa, często.
Perry, idź mi stąd.
Larsa przyślij. Marie przyślij. I niech nawet nie próbuje mi tu znów przynosić tego swojego wykresu przeklętego. Śmierdzi cholerstwo na kilometr. Gówno komunikuje. Ile mnie to durnoctwo kosztowało? Kojarzycie kogoś takiego jak udziałowcy? Którzy powierzyli nam swoje pieniądze? Zebrane ich bardzo ciężką pracą?
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej