Czuły punkt. Teatr, naziści i zbrodnia - Elisabeth Åsbrink

-
Proszę czekać

Tony Olsson i 101 saabów

JOHN: Jak dłu­go już sie­dzisz?

TONY: Od sie­dem­na­ste­go roku ży­cia. Te­raz mam dwa­dzie­ścia pięć.

Czy­li osiem lat. (krót­ka pau­za)

Przez ten cały czas by­łem dzie­sięć, je­de­na­ście mie­się­cy na wol­no­ści. (krót­ka pau­za) Kie­dy zna­la­złem się w wię­zie­niu po raz pierw­szy, by­łem jak dziec­ko. O ni­czym nie mia­łem po­ję­cia. Moż­na po­wie­dzieć, że doj­rze­wa­łem w wię­zie­niu. Doj­rza­łem w wię­zie­niu. W wię­zie­niu sta­łem się męż­czy­zną. (krót­ka pau­za)

W ostat­nie od­wie­dzi­ny przy­je­cha­ła do mnie sio­stra... Le­d­wo ją po­zna­łem. Sta­ła przede mną mło­da ko­bie­ta. Ostat­nio ją wi­dzia­łem jak mia­ła dwa­na­ście lat, była jesz­cze dziec­kiem, kie­dy po­sze­dłem sie­dzieć. Te­raz jest mło­dą ko­bie­tą. (krót­ka pau­za) To dziw­ne, bo jak by­łem mały, to naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go ba­łem się, że wy­lą­du­ję w wię­zie­niu, są­dzi­łem, że to naj­gor­sze, co może mnie spo­tkać. Ale nie było tak strasz­nie, jak my­śla­łem. Było cał­kiem do­brze... no, nie do­brze, ale wca­le nie tak strasz­nie, jak so­bie wy­obra­ża­łem.

Sie­dem trzy

Tony Ols­son miał dwa­na­ście lat, gdy po raz pierw­szy po­szedł kraść z mat­ką i jej przy­ja­ciół­mi. Po­je­cha­li na plac bu­do­wy gdzieś pod Öre­bro i ukra­dli ma­te­ria­ły bu­dow­la­ne. Póź­niej wła­my­wa­li się do do­mów albo wspól­nie kra­dli auta. Kie­dyś z mat­ką i jesz­cze pa­ro­ma oso­ba­mi wy­nie­śli wszyst­kie me­ble z czy­je­goś let­nie­go domu; in­nym ra­zem zgar­nę­li, co tyl­ko się dało z do­byt­ku świe­żo zmar­łe­go. Kra­dzie­ży do­ko­ny­wa­li wie­czo­rem lub nocą. Oj­czym Tony'ego zo­sta­wał w domu i pil­no­wał młod­sze­go ro­dzeń­stwa.

"Mia­łem wspa­nia­łe dzie­ciń­stwo. Bez­tro­skie i bez więk­szych obo­wiąz­ków, bra­ko­wa­ło mi tyl­ko praw­dzi­we­go ojca" - pi­sał Tony Ols­son w wie­ku dwu­dzie­stu dwóch lat. Wła­śnie zo­stał ska­za­ny na trze­cią w ży­ciu karę wię­zie­nia i po­sta­no­wił pod­su­mo­wać swo­je do­świad­cze­nie ży­cio­we w pierw­szej pró­bie au­to­bio­gra­fii. Z ze­bra­nych tam fak­tów wy­ła­nia się ob­raz wie­lu roz­łąk, ko­lej­nych roz­wo­dów, trzech oj­czy­mów, wa­ga­rów, mob­bin­gu, wcze­snych wy­kro­czeń i wresz­cie na­zi­zmu.

Jako dzie­się­cio­la­tek Tony Ols­son miesz­kał z mat­ką, oj­czy­mem i przy­rod­nim ro­dzeń­stwem w po­bli­żu Öre­bro. Oj­czym, kie­row­ca cię­ża­rów­ki, w ty­go­dniu był poza do­mem. Wra­cał w pią­tek wie­czo­rem, czę­sto z upo­min­ka­mi dla swo­ich dzie­ci. Ale nie dla Tony'ego.

Co robi z za­zdro­ści dzie­się­cio­let­nie dziec­ko, wi­dząc, że całe za­in­te­re­so­wa­nie, któ­re­go pra­gnie, skie­ro­wa­ne jest na ko­goś in­ne­go? Co ro­bił dzie­się­cio­let­ni Tony Ols­son ze swo­im sied­mio­let­nim bra­tem? W swo­jej nie­do­koń­czo­nej au­to­bio­gra­fii pi­sał: "Bóg je­den wie, że nie­raz bez po­wo­du bi­łem go za moc­no i za czę­sto" i "Tak, wła­ści­wie go gnę­bi­łem, po­gar­dza­łem nim i ob­rzu­ca­łem bło­tem. Bóg je­den wie, jak tego dzi­siaj ża­łu­ję".

Pierw­szą pró­bę spi­sa­nia hi­sto­rii swo­je­go ży­cia pod­jął Tony Ols­son po wy­ro­ku ska­zu­ją­cym go na sześć lat wię­zie­nia za pla­no­wa­nie za­bój­stwa. Dzie­sięć stron wspo­mnień roz­po­czy­na przy­wo­ła­niem na­pa­du, któ­re­go do­ko­nał jako na­sto­la­tek:

Broń spo­czy­wa w ka­bu­rze u pasa, z pra­wej stro­ny, czu­ję jej zwar­tą siłę i gro­zę, a za­ra­zem pięk­no, w po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa, któ­re mi za­pew­nia. Może ofia­ra bę­dzie się sta­wiać, opie­rać albo - co gor­sza - za­ata­ku­je mnie. W każ­dym ra­zie z bro­nią czu­ję się pew­nie.

W nie­do­koń­czo­nym tek­ście jest rów­nież sce­na, w któ­rej Tony Ols­son usi­łu­je na­kre­ślić rze­czy­wi­sty ob­raz swo­je­go ży­cia i ży­cia swo­jej ro­dzi­ny, nie­re­gu­lar­ne uczęsz­cza­nie do szko­ły, gdzie "wrzesz­czał, roz­ra­biał, bił i był ogól­nie wred­ny". Wred­ny zwłasz­cza w sto­sun­ku do młod­sze­go bra­ta.

Tony opi­su­je noc, kie­dy obu­dził go płacz trzy­let­niej sio­stry. Po­nie­waż nikt się nią nie za­jął, wstał i po­szedł szu­kać mamy, ale dom był pu­sty. Usi­ło­wał uspo­ko­ić dziec­ko, lecz nic nie po­ma­ga­ło, po­trze­bo­wał po­mo­cy. Pró­bo­wał obu­dzić młod­sze­go bra­ta, żeby on po­szu­kał mamy, ale brat nie mógł się do­bu­dzić i nie chciał wsta­wać. Tony stał sam z pła­czą­cą sio­strzycz­ką. Po­my­ślał, że może się sama uspo­koi i po­ło­żył ją do łó­żecz­ka, ale i to nie po­mo­gło. Mała krzy­cza­ła tak gło­śno, że aż się krztu­si­ła.

Tego już było za wie­le.

"Po­pę­dzi­łem na górę, wy­wlo­kłem młod­sze­go bra­ta z łóż­ka, po czym za­czą­łem go okła­dać bez opa­mię­ta­nia".

Ośmio­let­ni brat opa­no­wał już tech­ni­kę uda­wa­nia, że nie czu­je bólu ani cio­sów i bez sło­wa zno­sił razy. Kie­dy Tony prze­stał na chwi­lę go bić i po­wie­dział, że trze­ba ja­koś uspo­ko­ić pła­czą­cą sio­strę, brat obie­cał, że po­mo­że. Mama była na przy­ję­ciu u są­siad­ki. Po chwi­li wró­ci­ła do domu. Chłop­cy nie pi­snę­li ani sło­wa o tym, co za­szło.

Dwa­na­ście lat póź­niej Tony Ols­son na­zwał to zaj­ście swo­ją du­cho­wą raną i pi­sał, że chciał­by móc prze­pro­sić bra­ta.

Dla­cze­go przy­wo­łał wła­śnie to, a nie inne wspo­mnie­nie? Tyl­ko on sam może na to od­po­wie­dzieć. W każ­dym ra­zie uchy­la­jąc drzwi do dzie­ciń­stwa, sam znaj­do­wał od­po­wiedź na py­ta­nie, jak stał się tym, kim jest.

Mama Tony'ego Ols­so­na ko­cha­ła psy, zwłasz­cza pu­szy­ste sy­be­ryj­skie sa­mo­je­dy z po­wie­wa­ją­cy­mi jak pió­ro­pu­sze ogo­na­mi. Przez całe dzie­ciń­stwo Tony'ego ho­do­wa­ła psy, mię­dzy in­ny­mi do­ber­ma­ny, owczar­ki al­zac­kie i col­lie. W wy­da­nej w 2004 roku au­to­bio­gra­fii za­ty­tu­ło­wa­nej Choc­kv?gor [Fale ude­rze­nio­we], Tony Ols­son wspo­mi­na, że mat­ka nie­jed­no­krot­nie ku­po­wa­ła kar­mę dla zwie­rząt za­miast je­dze­nia dla do­mow­ni­ków, a on sam czę­sto wy­cho­dził do szko­ły głod­ny, w brud­nym, ob­szar­pa­nym ubra­niu, na któ­rym wszę­dzie była psia sierść. By­wa­ły okre­sy, kie­dy ro­dzi­na miesz­ka­ła z dzie­się­cio­ma, pięt­na­sto­ma psa­mi, któ­re - nie­za­my­ka­ne w koj­cach - krę­ci­ły się po ca­łym domu. Kie­dy Tony miał je­de­na­ście lat, przy­szła ko­lej na sa­mo­je­dy.

Wio­sną 1983 roku mat­ka Ols­so­na po­je­cha­ła na wy­sta­wę psów do Göte­bor­ga, gdzie zo­ba­czy­ła wspa­nia­ły eg­zem­plarz sa­mo­je­da, któ­ry na do­da­tek zdo­był ty­tuł Best in show. Zgło­si­ła się do wy­staw­czy­ni z proś­bą o wy­po­ży­cze­nie psa na po­kry­cie suki.

Być może obie ko­bie­ty za­war­ły przy tej oka­zji ja­kiś fi­nan­so­wy układ. Nie wia­do­mo. Kil­ka ty­go­dni póź­niej wła­ści­ciel­ka psa przy­je­cha­ła z na­gro­dzo­nym sa­mo­je­dem i zo­sta­wi­ła go na week­end w domu Ols­so­nów w Lök­säter pod Öre­bro. Kie­dy po nie­go wró­ci­ła, na­tknę­ła się na po­dwó­rzu na młod­sze­go bra­ta Tony'ego.

Coś za­szło, coś zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, coś zro­bi­ło wra­że­nie. Co, jak i kto, nie jest cał­kiem ja­sne. Ale kil­ka dni póź­niej mat­ka Tony'ego za­dzwo­ni­ła do wła­ści­ciel­ki psa, ko­bie­ty, któ­rą wi­dzia­ła dwa razy w ży­ciu, i za­war­ła z nią umo­wę, że odda jej pod opie­kę bra­ta Tony'ego.

Tak też się sta­ło. Po ukoń­cze­niu pierw­szej kla­sy młod­szy brat prze­pro­wa­dził się do na­gro­dzo­ne­go sa­mo­je­da i jego wła­ści­cie­li, by już nig­dy nie po­wró­cić do mat­ki, pod­czas gdy Tony zo­stał w domu i wkro­czył do świa­ta, w któ­rym prze­stęp­stwo sta­ło się czę­ścią co­dzien­no­ści.

Trze­ba przy­znać, że Tony Ols­son po­tra­fi kraść auta. Ktoś go kie­dyś na­uczył spe­cjal­nej tech­ni­ki kra­dzie­ży sa­abów. Ro­biąc dziu­rę ostrym na­rzę­dziem, na przy­kład dłu­tem, w tyl­nych drzwiach sa­mo­cho­du, moż­na wy­jąć za­mek cen­tral­ny; spo­sób ten stał się roz­po­znaw­czym zna­kiem Ols­so­na, a póź­niej ele­men­tem łą­czą­cym miej­sca, któ­re on, Jac­kie Ar­klöv i An­dre­as Axels­son od­wie­dzi­li na swo­jej in­spi­ro­wa­nej na­zi­stow­ską ide­olo­gią tra­sie ra­bun­ko­wej.

Pierw­sza w ży­ciu kara po­zba­wie­nia wol­no­ści gro­zi­ła Tony'emu Ols­so­no­wi, gdy miał sie­dem­na­ście lat. Do­ko­nał już wie­lu kra­dzie­ży sa­mo­cho­dów, któ­re od­sprze­da­wał po zmia­nie nu­me­rów nad­wo­zia. Poza tym ob­ra­bo­wał sta­cję ben­zy­no­wą Sta­to­il w po­bli­żu wie­ży ci­śnień w Öre­bro, po­słu­gu­jąc się atra­pą pi­sto­le­tu. To, że po raz dru­gi zo­stał oskar­żo­ny o licz­ne prze­stęp­stwa, nie zna­czy­ło wca­le, że zo­sta­nie uka­ra­ny wię­zie­niem. Nie miał jesz­cze osiem­na­stu lat. Służ­by so­cjal­ne na­wią­za­ły kon­takt z ro­dzi­ną za­stęp­czą, któ­ra zgo­dzi­ła się go przy­jąć pod swój dach, gdy­by za­miast wię­zie­nia wy­brał pra­cę spo­łecz­ną. Tony od­wie­dził ich w domu w okre­sie, gdy prze­by­wał w aresz­cie, za­pro­si­li go na kawę z cia­stem. Ro­dzi­ce z ro­dzi­ny za­stęp­czej przy­słu­chi­wa­li się po­tem roz­pra­wie w są­dzie w Öre­bro. Tony zo­stał ska­za­ny za drob­ne kra­dzie­że, ra­bu­nek, kra­dzie­że po­jaz­dów i nie­le­gal­ną jaz­dę sa­mo­cho­dem. Lecz kie­dy za­padł wy­rok i przy­szło do orze­cze­nia kary, Tony od­mó­wił miesz­ka­nia w ro­dzi­nie za­stęp­czej. Wy­brał swój pierw­szy po­byt w wię­zie­niu.

W mar­cu 1998 roku, kie­dy star­to­wa­ło te­atral­ne przed­się­wzię­cie, wła­dze wię­zien­ne wy­da­ły opi­nię, że Tony'ego Ols­so­na okry­wa za­le­d­wie "cien­ki pan­cerz" na­zi­zmu. Być może było to słusz­ne mnie­ma­nie. Lecz li­sta jego za­sług w na­zi­stow­skim ru­chu była dłu­ga.

W 1993 roku dwu­dzie­sto­let­ni Ols­son zo­stał kan­dy­da­tem na człon­ka na­zi­stow­skiej or­ga­ni­za­cji Riks­fron­ten [Front Na­ro­do­wy]9. W tym sa­mym cza­sie do­stał już dru­gi wy­rok wię­zie­nia za wy­sa­dze­nie w po­wie­trze sa­mo­cho­du oraz gro­że­nie bro­nią pew­ne­mu Afry­kań­czy­ko­wi. Z ide­olo­gią na­zi­stow­ską ze­tknął się w wię­zie­niu, gdzie po­znał człon­ka luź­no zor­ga­ni­zo­wa­nej gru­py Vitt Ari­skt Mot­st?nd [Bia­ły Aryj­ski Opór], w skró­cie VAM10, i ten wy­warł na nim wiel­kie wra­że­nie. Na­gle od­na­lazł sens i uza­sad­nie­nie swej nie­na­wi­ści do wła­dzy i tak samo na­gle roz­po­znał swe­go wro­ga: "To Żyd i jego pa­choł­ki - pi­sze w au­to­bio­gra­fii - to zna­czy po­li­cja i wy­miar spra­wie­dli­wo­ści oraz rząd i par­la­ment". We­dle no­we­go świa­to­po­glą­du Tony'ego Ży­dzi spy­cha­li Szwe­cję w prze­paść.

W tym sa­mym roku na­wią­zał ko­re­spon­den­cję z Chri­stof­fe­rem Ra­gnem, jed­nym z głów­nych dzia­ła­czy VAM. Nie­mal dwa lata wie­dli li­stow­nie ide­olo­gicz­ne dys­pu­ty, w któ­rych Ra­gne wspie­rał i umac­niał na­zi­stow­skie prze­ko­na­nia Tony'ego Ols­so­na.

"Cie­szy mnie, że chciał­byś być bo­jow­ni­kiem, ra­dził­bym ci po­świę­cać dużo cza­su na fi­zycz­ny tre­ning. Czy­taj rów­nież licz­ne li­sty i war­to­ścio­we książ­ki na te­mat wie­dzy woj­sko­wej. Uło­żę ci li­stę, z któ­rej bę­dziesz mógł je za­ma­wiać" - pi­sał Ra­gne w grud­niu 1993 roku.

Pół roku póź­niej do celi Ols­so­na w za­kła­dzie Til­l­ber­ga w Väste­r?s przy­szedł list z ofi­cjal­nym za­pro­sze­niem od Riks­fron­ten na ce­re­mo­nię ini­cja­cyj­ną. "Uro­czy­stość od­bę­dzie się wie­czo­rem przy obo­zo­wym ogni­sku". 12 sierp­nia 1994 roku Tony Ols­son otrzy­mał prze­pust­kę i udał się do re­zer­wa­tu przy­ro­dy w Sätra g?rd pod Sztok­hol­mem, le­żą­ce­go w pół­noc­nej czę­ści wy­spy Adel­sö. Z tej oka­zji zje­cha­ło się tam dwu­dzie­stu kil­ku na­zi­stów z ca­łe­go kra­ju.

Wciąż pa­mię­tam jak "uwiódł" mnie ry­tu­ał ini­cja­cyj­ny, jak pe­łen dumy i po­czu­cia wła­snej war­to­ści skła­da­łem przy­się­gę wier­no­ści przed przy­wód­cą Riks­fron­ten To­rul­fem [Ma­gnus­so­nem]. Na­resz­cie mo­głem współ­uczest­ni­czyć w spra­wie, któ­ra od daw­na le­ża­ła mi na ser­cu, i czu­łem się waż­ny.

Od chwi­li, gdy Tony zo­stał człon­kiem Riks­fron­ten, co­raz bar­dziej się udzie­lał i szyb­ko awan­so­wał. Zo­stał mia­no­wa­ny li­de­rem okrę­gu Öre­bro, w sek­cji När­ke 4:3. Jej człon­ków za­chę­ca­no, aby za­pi­sy­wa­li się na ochot­ni­ka na szko­le­nia dla do­wód­ców. Pod­czas peł­nie­nia służ­by woj­sko­wej mie­li sta­rać się o skie­ro­wa­nie do jed­no­stek spe­cjal­nych, a po wyj­ściu z woj­ska do ochot­ni­czych jed­no­stek obro­ny te­ry­to­rial­nej - wszyst­ko to w celu zdo­by­cia jak naj­lep­szej wie­dzy woj­sko­wej.

Ma­rzec 1995 roku. Tony Ols­son ma dwa­dzie­ścia dwa lata i dzwo­ni do domu mat­ki. Ostat­ni­mi cza­sy czę­sto roz­ma­wia­li o pew­nym wspól­nym zna­jo­mym, któ­ry miał pro­ble­my z prze­cią­ga­ją­cym się roz­wo­dem i spo­rem o opie­kę nad pię­cior­giem dzie­ci. Męż­czy­zna mó­wił, że naj­chęt­niej po­zbył­by się na za­wsze swo­jej by­łej żony. Mat­ka Tony'ego za­pro­po­no­wa­ła, że po­roz­ma­wia z sy­nem. Może mógł­by to za­ła­twić?

Męż­czy­zna i Tony spo­tka­li się na ka­wie. Mó­wio­no o pie­nią­dzach. Roz­wa­ża­no róż­ne me­to­dy. Czy wrzu­cić byłą żonę do wody, prze­je­chać czy za­strze­lić? Sześć­dzie­siąt ty­się­cy, w tym dwa­dzie­ścia ty­się­cy za­dat­ku. Do­brze bę­dzie? W po­ło­wie mar­ca Tony dzwo­ni więc do mat­ki, żeby omó­wić spra­wę.

Mat­ka Tony'ego Ols­so­na (M): Tak, na­tu­ral­nie, ale ja nie chcę być w nic za­mie­sza­na. Nic nie wiem, ni­cze­go nie wi­dzia­łam.

Tony Ols­son (TO): Ja też nie.

M: Naj­lep­sze by było OD11.

TO: Hmm.

M: Po szwedz­ku się mówi ÖD. (śmiech)

TO: --- To bę­dzie cho­ler­nie dro­go. Bę­dzie go to kosz­to­wa­ło. Nie znam żad­ne­go ćpu­na, któ­ry robi coś ta­kie­go za dzie­sięć, dwa­dzie­ścia ty­się­cy.

M: Nie, po­mysł był ra­czej na dwa­dzie­ścia ta­ble­tek di­stal­ge­sic12 i bu­tel­kę wina.

TO: Eee tam, wy­star­czy stać przed do­mem, w koń­cu kie­dyś wyj­dzie. Pif-paf i już po niej.

M: No, na­tu­ral­nie, sama wiem, że to dużo lep­sze. On już tak dłu­go się mę­czy.

TO: Hmm. Ju­tro z nim jesz­cze po­ga­dam.

Po­li­cję za­wia­do­mił drę­czo­ny wy­rzu­ta­mi su­mie­nia zna­jo­my czło­wie­ka, któ­ry zle­cił za­bój­stwo. Roz­mo­wa Tony'ego z mat­ką zo­sta­ła na­gra­na.

Kil­ka ty­go­dni póź­niej po­li­cja za­trzy­ma­ła Tony'ego Ols­so­na i jego kom­pa­na w po­bli­żu domu nie­do­szłej ofia­ry. Mie­li przy so­bie na­bi­tą strzel­bę i już od go­dzi­ny wy­cze­ki­wa­li w sa­mo­cho­dzie, aż ko­bie­ta się zja­wi. Ols­son na­wet do niej dzwo­nił, żeby spraw­dzić, czy jest w domu.

Mat­ka Tony'ego Ols­so­na do­sta­ła dwa lata wię­zie­nia za na­kła­nia­nie do za­bój­stwa. Ols­so­na ska­za­no na karę, któ­rą od­sia­dy­wał, kie­dy roz­po­czę­to pra­cę nad przed­sta­wie­niem Sie­dem trzy - sześć lat za pla­no­wa­nie za­bój­stwa.

Beware: Reality

Jak za­czy­na się opo­wieść? Pew­ne­go razu, once upon a time..., hol volt..., holt nem volt..., volt egy­szer egy...

Bez wzglę­du na część świa­ta, ob­szar ję­zy­ko­wy czy kul­tu­rę, po­czą­tek opo­wie­ści za­wsze się od­no­si do okre­ślo­ne­go punk­tu w cza­sie, jest na­cię­ciem na li­nii cza­so­we­go prze­bie­gu. Ja­kiś bóg stwo­rzył zie­mię i nie­bo, chło­piec z utra­co­nym lo­sem nie po­szedł dziś do szko­ły, pe­wien hob­bit przy­go­to­wy­wał po­że­gnal­ne przy­ję­cie, a nie­ja­ka pani Dal­lo­way po­sta­no­wi­ła sama ku­pić kwia­ty. Wy­da­rze­nie, któ­re wy­wo­łu­je okre­ślo­ne skut­ki. Po­czą­tek opo­wie­ści.

To, że opo­wieść ma po­czą­tek, pierw­szą zgło­skę, jest pod­sta­wo­wą za­sa­dą dra­ma­tu, tak oczy­wi­stą, że śmiesz­ne by­ło­by pod­da­wać ją ana­li­zie. To jak­by do­wo­dzić, że utwór mu­zycz­ny za­wsze za­czy­na się od pierw­sze­go dźwię­ku.

Od­no­si się to rów­nież do spo­so­bu upra­wia­nia dzien­ni­kar­stwa. Opo­wieść o świe­cie na­pi­sa­na na spo­sób dzien­ni­kar­ski jest wy­cin­kiem rze­czy­wi­sto­ści opa­trzo­nym po­cząt­kiem, punk­tem kul­mi­na­cyj­nym i wy­brzmie­wa­ją­cym za­koń­cze­niem.

Po­wsta­je py­ta­nie, czy dzien­ni­kar­stwo nie jest jak or­chi­dea, czy nie na­le­ży do po­ro­śli - ro­ślin ży­ją­cych na in­nych ro­śli­nach. Tak jak or­chi­dee by­tu­ją na in­nych ro­śli­nach, tak opo­wieść dzien­ni­ka­rza żyje na pier­wot­nej opo­wie­ści, a wy­wiad na roz­mo­wie. O ile w roz­mo­wie sło­wa zmie­nia­ją od­bior­cę, to w wy­wia­dzie zmie­nia­ją wła­ści­cie­la. To dzien­ni­karz po­rząd­ku­je sło­wa i ich zna­cze­nie.

Lu­dzie oswo­je­ni ze środ­ka­mi prze­ka­zu mają tego świa­do­mość i to­czą cięż­ki i sys­te­ma­tycz­ny bój o za­cho­wa­nie wła­dzy nad sło­wa­mi, mową cia­ła i emo­cja­mi.

Dzien­ni­ka­rzy iry­tu­je nie­chęt­ne dzie­le­nie się przez roz­mów­ców sło­wa­mi i na­zy­wa­ją to me­dial­nym tre­nin­giem. Trwa wal­ka o wła­dzę.

Nie ule­ga jed­nak wąt­pli­wo­ści, że rze­czy­wi­stość trze­ba po­rząd­nie okro­ić, aby zmie­ści­ła się w czte­ry­stu zna­kach w ga­ze­cie lub w mi­nu­cie i pięć­dzie­się­ciu se­kun­dach w te­le­wi­zyj­nych wia­do­mo­ściach. Po­dob­nie ma się spra­wa z dzien­ni­kar­ską opo­wie­ścią o Sie­dem trzy.

Prze­glą­da­jąc wy­cin­ki z ga­zet i ar­chi­wa na­grań do­ty­czą­ce tej­że spra­wy, na­tra­fia się na kil­ka róż­nych mo­men­tów po­cząt­ko­wych. Ale je­den z nich po­wra­ca czę­ściej niż inne - hi­sto­ria li­stu.

Z za­kła­du kar­ne­go o wzmoc­nio­nym nad­zo­rze czło­wiek od­sia­du­ją­cy karę za cięż­kie prze­stęp­stwa pi­sze list do zna­ne­go dra­ma­to­pi­sa­rza Lar­sa No­réna z pro­po­zy­cją, aby pi­sarz przy­je­chał do wię­zie­nia i ewen­tu­al­nie na­pi­sał sztu­kę, w któ­rej za­grał­by au­tor li­stu i kil­ku in­nych ska­za­nych.

Nie jest to jed­nak pro­sta opo­wieść, za­mknię­te w cza­sie zda­rze­nie przed­sta­wio­ne jako praw­dzi­we. Hi­sto­ria sztu­ki Sie­dem trzy przy­po­mi­na zdra­dli­we ru­cho­me pia­ski. Be­wa­re: Re­ali­ty7. Roz­po­czy­na się w wie­lu róż­nych miej­scach, do­ty­ka wie­lu czu­łych punk­tów i wie­lo­ma wcię­cia­mi zna­czy li­nię cza­so­we­go prze­bie­gu. Utwór mu­zycz­ny może się za­cząć od pau­zy. Opo­wieść o Sie­dem trzy może się za­cząć od przy­jaź­ni. Po­wiedz­my od przy­jaź­ni Bir­git­ty z Bir­git­tą, re­ży­ser­ki te­atral­nej, któ­ra stra­ci­ła pra­cę, i sze­fo­wej okrę­gu, z wi­zją bar­dziej hu­ma­ni­tar­ne­go sys­te­mu pe­ni­ten­cjar­ne­go.

Sur­fo­wa­łam w in­ter­ne­cie w po­szu­ki­wa­niu zdję­cia ak­tor­ki, re­ży­ser­ki i dy­rek­tor­ki te­atral­nej Bir­git­ty Pal­me. Chcia­łam zo­ba­czyć, jak wy­glą­da, za­nim stwo­rzę so­bie pry­wat­ny ob­raz jej wnę­trza. Zna­la­złam tyl­ko szkic wy­so­kiej, smu­kłej ko­bie­ty, de­li­kat­nie po­ko­lo­ro­wa­ny ry­su­nek ołów­kiem. Bir­git­ta Pal­me jest nie­wi­docz­na. Mięk­ką kre­ską na­szki­co­wa­no po­stać spo­wi­tą w pięk­nie udra­po­wa­ną tka­ni­nę, lecz w miej­scu twa­rzy - tyl­ko bia­ły owal. Szu­kam w Wi­ki­pe­dii, prze­glą­dam książ­ki. Nig­dzie nie znaj­du­ję wi­ze­run­ku Bir­git­ty, któ­ry od­po­wie­dział­by mi na py­ta­nie, kim była bli­ska przy­ja­ciół­ka sze­fo­wej okrę­gu Väst (Göte­borg) Bir­git­ty Görans­son:

- Zna­ły­śmy się z Bir­git­tą od wie­lu lat. Przez dwa­dzie­ścia sie­dem lat miesz­ka­ły­śmy obok sie­bie w dwu­ro­dzin­nej wil­li, wła­ści­wie nie­mal do jej śmier­ci we wrze­śniu 2000 roku.

Nie­któ­rzy przed­sta­wia­ją Bir­git­tę jako oso­bę wy­jąt­ko­wo smut­ną, inni jako ko­bie­tę peł­ną en­tu­zja­zmu. Pro­szę Bir­git­tę Görans­son, żeby opi­sa­ła swo­ją imien­nicz­kę. Milk­nie na chwi­lę.

- Nie, nie chcę prze­pro­wa­dzać jej cha­rak­te­ry­sty­ki. Była wy­kształ­co­ną ko­bie­tą, in­te­lek­tu­alist­ką.

Bir­git­ta Pal­me wi­dzia­ła in­sce­ni­za­cję sztu­ki Sa­mu­ela Bec­ket­ta Cze­ka­jąc na Go­do­ta w ame­ry­kań­skim wię­zie­niu San Qu­en­tin. Tam­to przed­sta­wie­nie i pra­ca z więź­nia­mi od­sia­du­ją­cy­mi do­ży­wot­nie wy­ro­ki wy­war­ły na niej głę­bo­kie wra­że­nie.

- Roz­ma­wia­ły­śmy o tym nie­raz w cza­sie wspól­nych ko­la­cji i mó­wi­ły­śmy, że by­ło­by do­brze zro­bić coś ta­kie­go u nas - opo­wia­da dzi­siaj Bir­git­ta Görans­son.

Bir­git­ta Pal­me przez wie­le lat była ak­tor­ką i re­ży­ser­ką te­atral­ną, a w roku 1985 zo­sta­ła dy­rek­tor­ką Göte­borgs Stad­ste­atern [Te­atru Miej­skie­go w Göte­bor­gu]. Po czte­rech la­tach po­wró­ci­ła do ak­tor­stwa. We­dług Bir­git­ty Görans­son zwol­nio­no ją z pra­cy, kie­dy te­atr zna­lazł się w trud­nej sy­tu­acji fi­nan­so­wej. Do­sta­ła co praw­da od­pra­wę z pań­stwo­we­go fun­du­szu ubez­pie­cze­nio­we­go, ale nie przy­słu­gi­wa­ła jej eme­ry­tu­ra, jako że nie skoń­czy­ła jesz­cze sześć­dzie­się­ciu lat. Mu­sia­ła szu­kać ofert za po­śred­nic­twem urzę­du pra­cy.

- To było nie­sły­cha­ne upo­ko­rze­nie - wspo­mi­na Bir­git­ta Görans­son. - W Göte­bor­gu była ak­tor­ką, re­ży­ser­ką, po­tem dy­rek­tor­ką. Usi­ło­wa­ła zna­leźć coś dla sie­bie w te­atrze, ale kon­ku­ren­cja oka­za­ła się zbyt sil­na. Sie­dzia­ła więc bez­czyn­nie w domu. I wte­dy po­sta­no­wi­ły­śmy spró­bo­wać.

Pró­ba po­le­ga­ła na utwo­rze­niu kół­ka te­atral­ne­go dla osa­dzo­nych w Ti­da­hol­mie, jed­nym z za­kła­dów pod­le­ga­ją­cych sze­fo­wej okrę­gu, Bir­git­cie Görans­son. Zgod­nie z umo­wą, za­war­tą z kie­row­nic­twem pla­ców­ki, Bir­git­ta Pal­me otrzy­ma­ła wy­na­gro­dze­nie przy­słu­gu­ją­ce oso­bom pro­wa­dzą­cym za­ję­cia te­atral­ne. Za­pla­no­wa­ne na wio­snę 1998 roku za­ję­cia mia­ły obej­mo­wać czy­ta­nie i oma­wia­nie sztuk.

- Moż­li­wość uczest­ni­cze­nia w za­ję­ciach mie­li więź­nio­wie od­sia­du­ją­cy dłu­go­let­nie wy­ro­ki, któ­rzy pod­czas po­by­tu w za­kła­dzie wy­ka­za­li się od­po­wied­nim spra­wo­wa­niem i wolą ze­rwa­nia z kry­mi­nal­ną prze­szło­ścią.

To sło­wa dy­rek­tor­ki Opie­ki Pe­ni­ten­cjar­nej i sze­fo­wej okrę­gu.

Ska­za­ni, o któ­rych wspo­mi­na Bir­git­ta Görans­son, to dzie­się­ciu osa­dzo­nych w szko­le­nio­wym od­dzia­le L w Ti­da­hol­mie, pro­wa­dzą­cych sa­mo­dziel­nie go­spo­dar­stwo.

- Każ­dy mógł się zgło­sić. Przy re­kru­ta­cji nie prze­pro­wa­dza­no żad­nych te­stów - mówi Bir­git­ta Görans­son. - Wa­run­kiem było uczęsz­cza­nie na za­ję­cia w cza­sie wol­nym od na­uki.

Za­in­te­re­so­wa­nie kur­sem było nie­wiel­kie. Zgło­si­ła się mniej wię­cej po­ło­wa więź­niów z od­dzia­łu L. Bir­git­ta Pal­me przy­jeż­dża­ła do Ti­da­hol­mu w każ­dy po­nie­dzia­łek po po­łu­dniu. Po kil­ku pierw­szych za­ję­ciach po­zo­sta­ło czte­rech uczest­ni­ków: Tony Ols­son, Mats, Carl Thun­berg i Dino.

Bir­git­ta Pal­me z prze­ję­ciem czy­ta­ła na głos frag­men­ty dra­ma­tów, uczy­ła więź­niów ana­li­zy tek­stu i przy­dzie­la­ła im role. Po ja­kimś cza­sie gru­pa za­czę­ła szu­kać dla sie­bie sztu­ki. Nie mo­gli zna­leźć nic od­po­wied­nie­go. Po pro­stu nie było utwo­ru dla czte­rech męż­czyzn. Wte­dy po raz pierw­szy pa­dło na­zwi­sko Lar­sa No­réna. Może go po­pro­sić, żeby coś dla nich na­pi­sał?

Po­mysł wy­wo­łał śmiech wśród wy­cho­waw­ców. No­rén miał­by na­pi­sać   d l a  n i c h?   Dre­am on8. Na­wet Bir­git­ta Pal­me od­nio­sła się scep­tycz­nie do tego po­my­słu i uprze­dza­ła swo­ich am­bit­nych uczniów, żeby za­nad­to nie li­czy­li na od­po­wiedź. Lecz Mats był pew­ny swe­go. Do­brze pa­mię­ta, że wte­dy za­pew­niał po­zo­sta­łych, że fa­cet przy­je­dzie. Przy­je­dzie w te pędy. Czy może być coś bar­dziej po­cią­ga­ją­ce­go dla dra­ma­to­pi­sa­rza? - mó­wił Mats. Jak­by wie­dział. Bo w tym sa­mym cza­sie Lars No­rén pi­sał w swo­im sztok­holm­skim miesz­ka­niu sztu­kę Skug­g­poj­kar­na [Chłop­cy z cie­nia], sztu­kę o wię­zie­niu.

Nie­dzie­la, 15 mar­ca 1998Za­kład kar­ny Ti­da­holm

Sza­now­ny Pa­nie No­rén!

Po­wo­dy, dla któ­rych się do Pana zwra­cam, są tak zło­żo­ne, że na­praw­dę nie wiem, jak za­cząć. Naj­pro­ściej chy­ba za­cząć od tego, co i tak ko­niecz­ne. Za­pre­zen­to­wa­nia sie­bie i trzech po­zo­sta­łych osób, w któ­rych imie­niu pi­szę do Pana. Krót­kie wpro­wa­dze­nie może być in­te­re­su­ją­ce, a rów­no­cze­śnie wy­ja­śni, skąd wzię­ło się na­sze za­in­te­re­so­wa­nie te­atrem.

Na­zy­wam się Carl Thun­berg i przez naj­bliż­sze pięć lat prze­by­wać będę na ław­ce kar o mak­sy­mal­nie za­ostrzo­nych środ­kach bez­pie­czeń­stwa. W roku 1994 zo­sta­łem ska­za­ny na czter­na­ście lat wię­zie­nia, mię­dzy in­ny­mi za licz­ne na­pa­dy na ban­ki, kra­dzież du­żej ilo­ści bro­ni i wie­le in­nych, nie­przy­no­szą­cych dziś chwa­ły prze­stępstw. Moi trzej wspól­ni­cy w nie­szczę­ściu to: Dino [...], ska­za­ny na pięt­na­ście lat w Nor­we­gii za roz­bój i po­rwa­nie, pod­czas któ­re­go nor­we­ska po­li­cja za­strze­li­ła jego naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, Tony Ols­son, ska­za­ny na sześć lat za pla­no­wa­nie za­bój­stwa, i wresz­cie ostat­ni, ale nie mniej waż­ny, Mats [...], pięć lat wię­zie­nia za roz­bój.

Cała na­sza czwór­ka prze­by­wa w je­dy­nym w kra­ju od­dzia­le edu­ka­cyj­nym dla osób ska­za­nych na dłu­go­let­nie wy­ro­ki, w za­kła­dzie kar­nym w Ti­da­hol­mie. Kil­ka mie­się­cy temu zja­wi­ła się tu fan­ta­stycz­na ko­bie­ta, Bir­git­ta Pal­me. Py­ta­ła, czy są wśród nas za­in­te­re­so­wa­ni te­atrem, i oczy­wi­ście byli. Więk­szość tu­taj ma cał­kiem spo­re do­świad­cze­nie te­atral­ne, cho­ciaż zdo­by­te w oko­licz­no­ściach, de­li­kat­nie mó­wiąc, stre­su­ją­cych z uwa­gi na moż­li­we kon­se­kwen­cje oraz przed pu­blicz­no­ścią, któ­ra w ża­den spo­sób nie do­ce­nia­ła owych wy­stę­pów.

Wy­mie­nio­ne wcze­śniej czte­ry oso­by zgło­si­ły się na za­ję­cia z te­atru - pro­wa­dzo­ne tak, jak na­praw­dę chy­ba po­win­ny one wy­glą­dać - i od tego cza­su bio­rą w nich udział nie­mal w każ­de po­nie­dział­ko­we po­po­łu­dnie. Już od po­cząt­ku za­sta­na­wia­li­śmy się z Bir­git­tą nie tyl­ko nad ce­lem po­świę­ca­nia cza­su na pró­by zgłę­bie­nia isto­ty te­atru, lecz rów­nież nad sztu­ką, któ­rą mo­gli­by­śmy w przy­szło­ści ode­grać. Pierw­sze na­sze py­ta­nie brzmia­ło, czy nie zna­la­zł­by się dla nas ja­kiś utwór Lar­sa No­réna. Bir­git­ta po­wąt­pie­wa­ła. Je­ste­śmy czte­re­ma osob­ni­ka­mi ro­dza­ju mę­skie­go, a żad­na z Pana sztuk nie ma ta­kiej ob­sa­dy. Bir­git­ta pod­ję­ła się spraw­dzić, czy nie znaj­dzie dla nas ja­kie­goś Pań­skie­go utwo­ru, lecz jak do­tąd nie zna­la­zła ni­cze­go od­po­wied­nie­go.

Bar­dzo tego ża­łu­je­my, gdyż nie­mal w peł­ni się iden­ty­fi­ku­je­my z wie­lo­ma po­sta­cia­mi i wy­da­rze­nia­mi w Pana sztu­kach. Na­sze oso­bi­ste do­świad­cze­nie naj­bar­dziej mrocz­nych i nie­bez­piecz­nych po­kła­dów psy­chi­ki z pew­no­ścią uła­twi­ło nam zro­zu­mie­nie ludz­kich i ro­dzin­nych dra­ma­tów przed­sta­wio­nych w te­atral­nej for­mie.

Czy na­pi­sał Pan kie­dyś sztu­kę, któ­ra nada­wa­ła­by się dla nas i któ­rą mo­gli­by­śmy wy­ko­rzy­stać w na­szym kół­ku te­atral­nym?

Miał­by Pan może czas i ocho­tę od­wie­dzić nas kie­dyś z Bri­git­tą w na­szym "domu"? Mia­ło­by to dla nas duże zna­cze­nie, nie tyl­ko jako dla przy­szłych ak­to­rów ama­to­rów, lecz rów­nież jako lu­dzi. Kto wie, być może na­wet na­tchnę­ło­by to Pana ja­ki­miś po­my­sła­mi na przy­szłe pro­jek­ty te­atral­ne? Może da­ło­by pe­wien wgląd w za­ka­mar­ki ludz­kiej psy­chi­ki po tam­tej stro­nie czer­wo­nej gra­ni­cy praw­nych na­ka­zów, ogól­nie przy­ję­tych norm i mo­ral­nych wąt­pli­wo­ści. Gdy­by miał Pan ocho­tę, to nie tyl­ko za­pra­sza­my, lecz ser­decz­nie Pana przy­wi­ta­my w miej­scu, gdzie zbie­ga­ją się na­ka­zy praw­ne i nor­my mo­ral­ne.

Za­łą­czam naj­ser­decz­niej­sze po­zdro­wie­nia i bar­dzo li­czę na od­po­wiedź

Carl Thun­berg

Prolog

Tego dnia, idąc po dzie­ci do przed­szko­la, mia­łam tyl­ko ku­pić mle­ko. A przed­tem jesz­cze dwa znacz­ki.

Był rok 1997, kil­ka lat przed tym jak urzę­dy pocz­to­we prze­mia­no­wa­no na "szwedz­ką ob­słu­gę ka­so­wą", za­nim je w ogó­le zli­kwi­do­wa­no. Ale wte­dy pocz­ta to była pocz­ta. Sie­dzia­ły tam mar­nie wy­na­gra­dza­ne ko­bie­ty, sprze­da­jąc ko­per­ty, wy­pła­ca­jąc eme­ry­tu­ry, przyj­mu­jąc i wy­da­jąc pacz­ki. Mój mały urząd w Sved­my­rze1 miał tego dnia nie­wie­lu klien­tów, ze­gar ścien­ny wska­zy­wał wcze­sną po­po­łu­dnio­wą go­dzi­nę, nie było ko­lej­ki. Spo­kój, jak to na po­czcie na przed­mie­ściach. Na pla­cu przed bu­dyn­kiem top­nie­ją­cy śnieg za­mie­niał się w bre­ję.

Sta­łam przy otwar­tym okien­ku, od­dzie­lo­na od ka­sjer­ki szy­bą. Na bla­cie dwie ko­per­ty, w ręku port­fel. Ka­sjer­ka prze­rzu­ca­ła blan­kie­ty.

Pa­trzy­łam, jak opusz­cza wzrok na pa­pie­ry i ar­ku­sze znacz­ków, nie my­śla­łam o ni­czym szcze­gól­nym, cze­ka­łam, żeby za­pła­cić. Wi­zy­ta na po­czcie mia­ła trwać kil­ka mi­nut, jed­ną chwil­kę z ży­cia, o któ­rej za­mie­rza­łam za­po­mnieć, gdy tyl­ko mi­nie.

Na­gle ka­sjer­ka po­ru­szy­ła gło­wą, pod­nio­sła oczy i utkwi­ła w czymś wzrok. Mia­ła roz­sze­rzo­ne źre­ni­ce. I wte­dy usły­sza­łam wrzask. Wy­peł­nił całe po­miesz­cze­nie, wdarł się do mo­jej gło­wy. Czas prze­stał pły­nąć, była tyl­ko te­raź­niej­szość.

Spoj­rza­łam w stro­nę drzwi: wy­lot lufy. Nie broń, a sam wy­lot lufy. Dwaj męż­czyź­ni, ich cia­ła wy­pie­ra­ły po­wie­trze. Ciem­na ma­te­ria, cia­ła, co­raz bli­żej. Czy od­dy­cham? Na­cią­gnię­te na gło­wy ko­mi­niar­ki z wy­cię­ty­mi otwo­ra­mi na oczy, po­strzę­pio­ne, nie­rów­ne brze­gi włócz­ki, wi­dać skó­rę, biał­ka wy­trzesz­czo­nych oczu, ad­re­na­li­na, otwór lufy, źre­ni­ca, czar­ne dziu­ry.

- To na­pad! Wszy­scy na pod­ło­gę!

Sły­szę krzyk, ale nie wi­dzę ust.

Na pod­ło­gę?

Za ple­ca­mi mam kse­ro­ko­piar­kę z sza­re­go two­rzy­wa, z czer­wo­nym gu­zi­kiem, któ­ry mój syn ma zwy­czaj wci­skać. Myśl o dziec­ku dzia­ła na mnie ko­ją­co, jak­by ślad jego obec­no­ści nadal znaj­do­wał się w po­miesz­cze­niu. Męż­czyź­ni wrzesz­czą: da­wać pie­nią­dze, da­wać pie­nią­dze! Wy­ma­chu­ją nie­na­tu­ral­nie dłu­gi­mi ra­mio­na­mi, za­koń­czo­ny­mi czer­nią luf.

Kła­dę się. Po­zy­cja em­brio­na. Ple­ca­mi do nich. Z wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę. Pa­trzę na drob­ny żwir pod kse­ro­ko­piar­ką i my­ślę, że to my, klien­ci, na­nie­śli­śmy go do środ­ka na po­de­szwach zi­mo­wych bu­tów. Przez gło­wę prze­bie­ga mi myśl, że z sy­tu­acji są czte­ry wyj­ścia, że te­raź­niej­szość na pod­ło­dze ma czwo­ro drzwi.

Mogą mi nic nie zro­bić.

Mogą mnie po­bić.

Mogą mnie za­brać ze sobą, ucie­ka­jąc.

Mogę umrzeć.

Wyj­dę przez jed­no z tych wyjść. Jed­no z nich na mnie cze­ka. Sły­szę szyb­kie kro­ki, tam i z po­wro­tem, wzdłuż lady. Leżę cał­kiem nie­ru­cho­mo. My­ślę o swo­im cie­le. Nie my­ślę o swo­im cie­le. Czy je­śli się nie ru­szam, to nadal je­stem? Pa­trzę na żwir w szpa­rze mię­dzy pod­ło­gą a ma­szy­ną. Pa­da­ją­ce z uko­sa świa­tło rzu­ca dłu­gie cie­nie. My­ślę, że sprzą­ta­ją­cy tam nie się­ga­ją... My­ślę, że za­wsze się za­sta­na­wia­łam, jak bę­dzie wy­glą­da­ła ta chwi­la, chwi­la przed samą śmier­cią. Te­raz wiem. Wy­da­je mi się, że pły­nie czas, ale może to ga­lo­pu­ją my­śli.

*

- Halo! Jest pani tam?

Ko­bie­cy głos. Na­gle zo­rien­to­wa­łam się, że jest zu­peł­nie ci­cho. Nikt nie bie­ga, nikt gło­śno nie żąda pie­nię­dzy. Po­wo­li od­wró­ci­łam gło­wę, roz­pro­sto­wa­łam cia­ło, pod­nio­słam się. Ka­sjer­ka pa­trzy­ła na mnie zza szkla­ne­go okien­ka. Ką­tem oka zo­ba­czy­łam, jak w od­le­gło­ści nie­speł­na me­tra roz­pro­sto­wu­je się ko­lej­ne zwi­nię­te w kłę­bek cia­ło; ja­kiś czło­wiek zmie­niał po­zy­cję z le­żą­cej na sto­ją­cą. Jak grzy­by spod zie­mi.

Zro­bi­łam kil­ka kro­ków w kie­run­ku bla­tu i sta­nę­łam w tym sa­mym miej­scu co przed­tem. Ta sama ka­sjer­ka usia­dła na swo­im krze­śle. Otwo­rzy­łam port­fel. Ka­sjer­ka prze­glą­da­ła blan­kie­ty.

- Dwa znacz­ki. Pro­szę, to bę­dzie rów­no dzie­sięć ko­ron.

Za mną sta­nę­ła ta dru­ga ko­bie­ta, utwo­rzy­ły­śmy ko­lej­kę. Głę­bo­kie wes­tchnie­nie.

Od­wró­ci­łam się i spy­ta­łam, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. Tam­ta nie była pew­na, czy wy­łą­czy­ła elek­trycz­ną ku­chen­kę. Czy stoi na niej gar­nek? - spy­ta­łam. Tak, na je­dyn­ce, prze­cież wy­szła tyl­ko na chwi­lę. No, w ta­kim ra­zie nic się nie sta­nie, po­wie­dzia­łam. Dzie­sięć ko­ron. Pro­szę.

Mi­nę­ło wie­le mie­się­cy, za­nim od­wa­ży­łam się znów wejść na pocz­tę. Na wi­dok żół­tych skrzy­nek za każ­dym ra­zem czu­łam ko­ła­ta­nie ser­ca i sil­ny nie­po­kój. Mimo to po­szłam się spo­tkać z ka­sjer­ka­mi w urzę­dzie w Sved­my­rze. Oka­za­ło się, że mia­ły ja­sną in­struk­cję, by w ra­zie na­pa­du ra­bun­ko­we­go wy­dać ban­dy­tom pie­nią­dze. Po to, żeby nie na­ra­żać klien­tów na prze­moc z ich stro­ny.

Lecz tam­te­go po­po­łu­dnia, w trak­cie na­pa­du, ko­bie­ty tak się prze­stra­szy­ły, że za­po­mnia­ły o tym, o czym po­win­ny były pa­mię­tać. Jed­na z nich ukry­ła się w to­a­le­cie. Dru­ga wy­bie­gła tyl­ny­mi drzwia­mi do po­bli­skiej piz­ze­rii. Pie­karz wy­cią­gnął swój naj­ostrzej­szy nóż i szy­ko­wał się do wal­ki. A trze­cia, ta, któ­ra prze­glą­da­ła blan­kie­ty, moja ka­sjer­ka, dała nur­ka pod blat, jak kró­lik do nory. Czy się trzę­sła?

My, klien­ci, zo­sta­li­śmy sami, z dwo­ma męż­czy­zna­mi po tej sa­mej stro­nie pocz­to­wej lady; my na pod­ło­dze, oni z wy­ce­lo­wa­ny­mi w nas lu­fa­mi.

Do­pie­ro póź­niej się wy­ja­śni­ło, dla­cze­go ko­bie­ty na po­czcie w Sved­my­rze za­po­mnia­ły o tym, o czym po­win­ny były pa­mię­tać. To nie był ich pierw­szy raz.

Po­przed­nim ra­zem, w 1992 roku, szkla­na ścia­na mię­dzy klien­tem i pra­cow­ni­kiem jesz­cze nie się­ga­ła do su­fi­tu. Ban­dy­ci przez nią prze­sko­czy­li. Jed­ną z ko­biet zmu­szo­no do otwo­rze­nia kasy pan­cer­nej, przy­kła­da­jąc jej broń do kar­ku. Mi­li­tär­li­gan2. Zra­bo­wa­li 708 657 ko­ron.

Więc tego stycz­nio­we­go dnia w roku 1997 ka­sjer­ki drża­ły ze stra­chu, a bez­rad­ni klien­ci pocz­ty le­że­li na pod­ło­dze, bo ko­bie­ty za­po­mnia­ły o tym, o czym po­win­ny były pa­mię­tać, a za­po­mnia­ły dla­te­go, że na­pad prze­niósł je w inny czas, czas tam­te­go na­pa­du, i nie mo­gły nic na to po­ra­dzić.

Ale my mie­li­śmy szczę­ście. Może nasi ban­dy­ci, mimo strasz­li­we­go wrza­sku i czar­nych luf pi­sto­le­tów, byli w grun­cie rze­czy po­czci­wi? Może byli no­wi­cju­sza­mi? Albo kom­plet­ny­mi idio­ta­mi? W każ­dym ra­zie nie zra­bo­wa­li żad­nych pie­nię­dzy. Wy­pu­ści­li z bu­dyn­ku skle­ro­tycz­ne­go sta­rusz­ka, do któ­re­go praw­do­po­dob­nie nie do­tar­ło, że to był na­pad. Wszyst­ko zo­sta­ło utrwa­lo­ne na ziar­ni­stym ob­ra­zie mo­ni­to­ru­ją­cej ka­me­ry. Kil­ka mi­nut póź­niej wy­szli i oni, nie strze­la­jąc do żad­nej z dwóch le­żą­cych na zie­mi ko­biet, nie uży­wa­jąc fi­zycz­nej prze­mo­cy w sto­sun­ku do ka­sje­rek, nie de­mo­lu­jąc wnę­trza. Po pro­stu znik­nę­li, nie za­ła­twiw­szy swo­jej spra­wy, a po­li­cja nig­dy ich nie zi­den­ty­fi­ko­wa­ła. Co do mnie, sta­łam się po­śred­nio jed­ną z ofiar Mi­li­tär­li­gan w dłu­gim łań­cu­chu przy­czyn i skut­ków.

19 stycz­nia 1999 roku, sie­dem lat po na­pa­dzie Mi­li­tär­li­gan na pocz­tę w Sved­my­rze i dwa lata po tym, jak śmier­tel­nie prze­ra­żo­na ku­li­łam się na pod­ło­dze, Rik­ste­atern3 [Te­atr Pań­stwo­wy] zwo­łał kon­fe­ren­cję pra­so­wą w Hal­lun­dzie pod Sztok­hol­mem, na któ­rą licz­nie przy­by­li dzien­ni­ka­rze. Za kil­ka ty­go­dni mia­ła się od­być pre­mie­ra uni­ka­to­we­go te­atral­ne­go pro­jek­tu, przy­go­to­wa­ne­go przez dra­ma­to­pi­sa­rza Lar­sa No­réna. Sztu­ka no­si­ła ty­tuł Sju tre [Sie­dem trzy]4. No­rén na­pi­sał ją wspól­nie z trze­ma więź­nia­mi z za­kła­du kar­ne­go w Ti­da­hol­mie, ska­za­ny­mi na wie­lo­let­nie kary wię­zie­nia. Ci sami więź­nio­wie mie­li te­raz wy­stę­po­wać na sce­nie. Naj­więk­szą sen­sa­cję i za­nie­po­ko­je­nie wzbu­dzi­ła wia­do­mość, że jed­nym z ak­to­rów jest były szef gło­śnej Mi­li­tär­li­gan. Me­dia dużo o tym mó­wi­ły. Mię­dzy in­ny­mi uka­zał się ar­ty­kuł w "Eskil­stu­na-Ku­ri­ren":

Carl Su­mon­ja, przy­wód­ca Mi­li­tär­li­gan, otrzy­mał prze­pust­kę i bę­dzie grał w te­atrze. Czło­wiek, któ­ry stał na cze­le wzbu­dza­ją­ce­go po­strach, naj­groź­niej­sze­go ra­bun­ko­we­go gan­gu lat dzie­więć­dzie­sią­tych, do­stał rolę w no­wej sztu­ce Lar­sa No­réna.

- To nie jest eks­pe­ry­ment. Su­mon­ja zro­bił bi­lans do­tych­cza­so­we­go ży­cia i chce za­cząć wszyst­ko od nowa - wy­ja­śnia szef okrę­gu sztok­holm­skie­go Kri­mi­na­lv?rd [Opie­ki Pe­ni­ten­cjar­nej]5 Gun­nar Eng­ström.

Na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych Mi­li­tär­li­gan ob­ra­bo­wa­ła bli­sko dzie­sięć ban­ków, do­ko­na­ła wła­ma­nia do ma­ga­zy­nu bro­ni, za­ma­chu bom­bo­we­go na dwor­cu głów­nym w Sztok­hol­mie oraz za­kro­jo­nych na sze­ro­ką ska­lę ak­tów szan­ta­żu wo­bec szwedz­kie­go pań­stwa. Ak­cje prze­pro­wa­dza­no z woj­sko­wą dys­cy­pli­ną i po­słu­gu­jąc się woj­sko­wym sprzę­tem, stąd na­zwa gan­gu. Ban­dy­ci mie­li au­to­ma­tycz­ną broń i pod­czas wie­lu na­pa­dów od­da­wa­li strza­ły ostrze­gaw­cze. Nie­kwe­stio­no­wa­nym przy­wód­cą pię­cio­oso­bo­we­go gan­gu był Carl Su­mon­ja. Po­dob­nie jak kil­ku jego ko­le­gów był wy­szko­lo­nym ko­man­do­sem. Pod­czas pro­ce­su przy­zna­wał się do za­rzu­ca­nych mu czy­nów, ale kon­se­kwent­nie od­ma­wiał wy­da­nia swo­ich wspól­ni­ków. Nie wy­ka­zy­wał żad­nej skru­chy. W grud­niu 1994 roku sąd re­jo­no­wy w Han­den ska­zał go na czter­na­ście lat wię­zie­nia. ---

- Zda­ję so­bie spra­wę, że to te­atral­ne przed­się­wzię­cie bu­dzi emo­cje wśród ofiar na­pa­dów, mimo to li­czę na zro­zu­mie­nie. Nikt prze­cież nie chce, żeby po opusz­cze­niu wię­zie­nia po­wró­cił do nas ten sam czło­wiek, któ­ry tam tra­fił - mówi Gun­nar Eng­ström.

Po dwu­let­nim po­by­cie w aresz­cie, dwóch la­tach w "bun­krze", to zna­czy za­kła­dzie za­mknię­tym dla więź­niów stwa­rza­ją­cych po­waż­ne za­gro­że­nie spo­łecz­ne, i ko­lej­nych dwóch la­tach na zwy­kłym od­dzia­le kar­nym w Ti­da­hol­mie, Su­mon­ja ma pra­wo do prze­pu­stek. Ko­rzy­stał już z nich wie­le razy pod nad­zo­rem i nig­dy nie przy­spa­rzał kło­po­tów. Su­mon­ja, któ­ry ma te­raz inne na­zwi­sko, na­pi­sał wraz z dwo­ma współ­więź­nia­mi list do Lar­sa No­réna, pro­sząc o zgo­dę na wy­sta­wie­nie jed­nej z jego sztuk. W od­po­wie­dzi No­rén za­pro­po­no­wał, że na­pi­sze nowy utwór, opar­ty na ży­ciu i prze­my­śle­niach sa­mych ska­za­nych.

Kie­dy za­pa­dło po­sta­no­wie­nie umoż­li­wia­ją­ce trzem więź­niom udział w przed­się­wzię­ciu, oni nadal od­sia­dy­wa­li wy­ro­ki w Ti­da­hol­mie. --- We­dług Gun­na­ra Eng­ströma uciecz­ka nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę.

- Na­ra­żam się na ry­zy­ko w związ­ku z tym po­my­słem, ale uwa­żam, że po­stę­pu­ję słusz­nie. ---

Nie prze­wi­du­je się spe­cjal­ne­go nad­zo­ru pod­czas trwa­nia przed­sta­wień. Lars No­rén zo­bo­wią­zał się od­bie­rać więź­niów przed każ­dym wy­stę­pem i od­wo­zić po jego za­koń­cze­niu.

Przy­wód­ca gan­gu, Carl Su­mon­ja, zmie­nił na­zwi­sko na Thun­berg pod­czas od­sia­dy­wa­nia wy­ro­ku. Jest jed­ną z głów­nych po­sta­ci w ni­niej­szej opo­wie­ści. Inną waż­ną oso­bą jest czło­wiek, któ­ry bie­rze na sie­bie ry­zy­ko zwią­za­ne z ca­łym po­my­słem: ów­cze­sny szef sztok­holm­skie­go okrę­gu Opie­ki Pe­ni­ten­cjar­nej Gun­nar Eng­ström. Po kon­fe­ren­cji pra­so­wej udzie­lił na­wet wy­wia­du "Afton­bla­det":

- Carl naj­pierw prze­by­wał przez rok w tym­cza­so­wym aresz­cie z za­rzą­dzo­ny­mi przez pro­ku­ra­to­ra ogra­ni­cze­nia­mi - mię­dzy in­ny­mi był od­izo­lo­wa­ny od po­zo­sta­łych aresz­to­wa­nych - póź­niej dwa lata w tak zwa­nym bun­krze, za­kła­dzie o mak­sy­mal­nie za­ostrzo­nych środ­kach bez­pie­czeń­stwa, a na­stęp­nie dwa lata w za­kła­dzie kla­sy pierw­szej o wy­so­kim po­zio­mie za­bez­pie­czeń. Czy to nie dość? Jak dłu­go trze­ba cze­kać, aby za­spo­ko­ić spo­łecz­ną żą­dzę ze­msty?

AB: - Czy po­moc jemu i in­nym win­nym cięż­kich prze­stępstw w po­wro­cie do ży­cia w spo­łe­czeń­stwie leży w in­te­re­sie nas wszyst­kich?

- Jak naj­bar­dziej, nie chce­my wy­pusz­czać na wol­ność ty­ka­ją­cych bomb. Za­ło­żę się o moją mie­sięcz­ną pen­sję, że nie za­wio­dą na­sze­go za­ufa­nia i nie uciek­ną. Carl chce po­ka­zać inną twarz niż ta, któ­ra się po­ja­wia­ła w me­diach. Ta sztu­ka jest jego bi­le­tem wstę­pu do spo­łe­czeń­stwa.

O ile każ­da nowa sztu­ka No­réna sta­no­wi­ła me­dial­ne wy­da­rze­nie, to praw­dzi­wą sen­sa­cją sta­ła się jego współ­pra­ca z prze­stęp­ca­mi. Kon­fe­ren­cja pra­so­wa w Rik­ste­atern ze stycz­nia 1999 roku za­owo­co­wa­ła bli­sko dwu­dzie­sto­ma ar­ty­ku­ła­mi. Więk­szość do­ty­czy­ła ry­zy­ka, z ja­kim wią­zał się udział Car­la Thun­ber­ga, któ­ry miał naj­dłuż­szy wy­rok i naj­wię­cej lat do od­siad­ki. Nikt się nie zaj­mo­wał po­zo­sta­ły­mi dwo­ma więź­nia­mi.

Lars No­rén pod­jął współ­pra­cę z trój­ką lu­dzi ska­za­nych na dłu­go­let­nie wy­ro­ki: Car­lem, To­nym i Mat­sem. Sztu­ka Sie­dem trzy była opar­ta na ich sło­wach, ich ży­ciu. Dwaj z nich okre­śla­li się jako na­ro­do­wi so­cja­li­ści i ich sto­su­nek do Ży­dów, ho­mo­sek­su­ali­stów i imi­gran­tów znaj­do­wał wy­raz w sce­nicz­nych re­pli­kach. Po pre­mie­rze sztu­ki wy­wią­za­ła się gwał­tow­na dys­ku­sja. Pa­da­ły mię­dzy in­ny­mi py­ta­nia, czy po­win­no się po­ka­zy­wać na­zi­stów na sce­nie i jak na­le­ży re­ago­wać na ich po­glą­dy.

Dys­ku­sje, emo­cje i spo­ry wy­wo­ła­ne przez Sie­dem trzy wio­sną 1999 roku - za­rów­no wśród tych, któ­rzy wi­dzie­li przed­sta­wie­nie z ak­to­rem Re­inem Bry­nol­fs­so­nem i trze­ma ska­za­ny­mi na sce­nie, jak i tych, któ­rzy zna­li je tyl­ko ze sły­sze­nia - były zja­wi­skiem do­tąd nie­spo­ty­ka­nym. De­ba­ta to­czy­ła się mie­sią­ca­mi. Uka­za­ło się po­nad sto ar­ty­ku­łów w wie­lu kra­jo­wych ga­ze­tach, te­mat po­ja­wiał się raz po raz w dys­ku­sjach ra­dio­wych i pro­gra­mach te­le­wi­zyj­nych.

Do­pó­ki cho­dzi­ło tyl­ko o sztu­kę te­atral­ną, dys­ku­sja do­ty­czy­ła tego, co jest wła­ści­we, a co nie­wła­ści­we, spo­so­bu, w jaki sys­tem de­mo­kra­tycz­ny ra­dzi so­bie z tym, co nie­de­mo­kra­tycz­ne, oraz gra­nic po­mię­dzy fik­cją a praw­dą; a to­czy­ła się wy­łącz­nie w pro­gra­mach kul­tu­ral­nych i na ła­mach ga­zet po­świę­co­nych kul­tu­rze. Uczest­ni­ka­mi dys­ku­sji byli dzien­ni­ka­rze zaj­mu­ją­cy się kul­tu­rą, lu­dzie te­atru, ten czy ów psy­cho­log.

Sztu­kę Sie­dem trzy za­gra­no dwa­dzie­ścia trzy razy. Ostat­nie przed­sta­wie­nie od­by­ło się 27 maja 1999 roku.

Na­stęp­ne­go dnia je­den z ak­to­rów, Tony Ols­son, wy­szedł na re­gu­lar­ną prze­pust­kę z za­kła­du w Öste­r?ker i wziął udział w zbroj­nym na­pa­dzie na bank Öst­göta En­skil­da w Ki­sie, w  któ­re­go wy­ni­ku do­szło do za­bój­stwa dwóch po­li­cjan­tów w Ma­le­xan­der. Po do­ko­na­niu prze­stęp­stwa Tony Ols­son nie po­wró­cił z prze­pust­ki.

Wszyst­ko się zmie­ni­ło. Pro­jekt te­atral­ny. Zbrod­nia w Ma­le­xan­der. Nikt już nie po­tra­fił od­dzie­lić od sie­bie obu tych wy­da­rzeń. Te­raz do dys­ku­sji włą­czy­li się au­to­rzy wstęp­nia­ków i re­por­te­rzy. Pra­cow­ni­cy Rik­ste­atern co­raz bar­dziej za­my­ka­li się w swo­jej sko­ru­pie.

18 stycz­nia 2000 roku sąd re­jo­no­wy w Lin­köpin­gu ska­zał Tony'ego Ols­so­na na do­ży­wo­cie za roz­bój, usi­ło­wa­nie za­bój­stwa i za­bój­stwo.

Mats, któ­ry rów­nież wy­stę­po­wał w sztu­ce No­réna, do­stał rocz­ny wy­rok za prze­cho­wy­wa­nie skra­dzio­nych pod­czas na­pa­du pie­nię­dzy.

Carl Thun­berg, przy­wód­ca woj­sko­we­go gan­gu, ten, któ­ry bu­dził naj­więk­sze za­nie­po­ko­je­nie me­diów, spra­wo­wał się bez za­rzu­tu.

Co się na­praw­dę sta­ło? Do cze­go do­pro­wa­dzi­ła de­ba­ta wy­wo­ła­na przez sztu­kę? Gdzie prze­bie­ga­ła gra­ni­ca mię­dzy te­atral­nym przed­się­wzię­ciem a prze­stęp­stwa­mi - ośmio­ma na­pa­da­mi z bro­nią i za­bój­stwem dwóch po­li­cjan­tów 28 maja 1999 roku? Czy jed­no z dru­gim mia­ło co­kol­wiek wspól­ne­go?

Już w tam­tym cza­sie prze­pro­wa­dza­łam wy­wia­dy z ludź­mi, któ­rzy umoż­li­wi­li współ­pra­cę mię­dzy Rik­ste­atern a za­kła­dem kar­nym: pro­du­cen­tem przed­sta­wie­nia, wy­stę­pu­ją­cy­mi w sztu­ce więź­nia­mi, pi­sa­rzem i re­ży­se­rem Lar­sem No­rénem, dy­rek­to­ra­mi re­gio­nal­nych biur i pre­ze­sem Cen­tral­ne­go Za­rzą­du Opie­ki Pe­ni­ten­cjar­nej.

Jako re­por­ter te­le­wi­zyj­nych wia­do­mo­ści kon­tak­to­wa­łam się z naj­bliż­szą ro­dzi­ną za­mor­do­wa­nych po­li­cjan­tów, a póź­niej z eki­pą fil­mo­wą, któ­ra do­ku­men­to­wa­ła pro­ces re­ali­za­cji te­atral­ne­go pro­jek­tu.

Roz­ma­wia­łam rów­nież z re­cen­zen­ta­mi i uczest­ni­ka­mi de­ba­ty, któ­rzy z po­cząt­ku dys­ku­to­wa­li o przed­sta­wie­niu, a po­tem o od­po­wie­dzial­no­ści za po­peł­nio­ne prze­stęp­stwo.

Dzie­sięć lat póź­niej od­szu­ka­łam nie­któ­rych uczest­ni­ków tam­tych wy­da­rzeń. Kto z nich kła­mie? Kto do­brze pa­mię­ta, co się sta­ło? Kto nadal się boi? Kto jest wciąż nie­bez­piecz­ny? O czym my­śle­li od wio­sny 1999 roku?

Jed­nym sło­wem - gdzie jest praw­da, a gdzie wy­zwa­nie?

Narodowa Armia Republikańska

Czy­tam dwie książ­ki o IRA, Ir­landz­kiej Ar­mii Re­pu­bli­kań­skiej. O kon­flik­cie w Pół­noc­nej Ir­lan­dii, rzecz ja­sna. Bo mnie ten te­mat in­te­re­su­je. Bo chcę po­znać dru­gą stro­nę me­da­lu, to, jak poj­mu­je wal­kę IRA. Czy­tam po an­giel­sku. Wolę czy­tać po an­giel­sku. Bar­dziej się kon­cen­tru­ję. Waż­ne jest każ­de sło­wo.

MATS w Sie­dem trzy

Dwie du­bel­tów­ki ze spi­ło­wa­ny­mi lu­fa­mi. Jed­na mo­del Win­ston, dru­ga mo­del Bock, wy­pro­du­ko­wa­ne w Ro­sji. Gra­nat ręcz­ny typu "jaj­ko".

W pe­wien paź­dzier­ni­ko­wy wie­czór 1995 roku pocz­to­wy volks­wa­gen je­chał uli­cą Klo­ster­ga­tan w Växjö. Prze­wo­ził tor­by z dzien­nym utar­giem dwóch skle­pów mo­no­po­lo­wych, w su­mie pięć­set ty­się­cy czte­ry­sta ko­ron.

Mats, ucho­dzą­cy w tym cza­sie w oczach nie­któ­rych za skin­he­ada, wy­sko­czył na uli­cę wraz z ko­le­gą wspól­ni­kiem w chwi­li, gdy trans­port ru­szał. Roz­bił bocz­ną szy­bę kol­bą du­bel­tów­ki i ka­zał kie­row­cy wy­siąść. Odłam­ki szkła za­sy­pa­ły szo­fer­kę. Po­ka­le­czy­ły kie­row­cę. Na­stęp­nie Mats strze­lił w pod­su­fit­kę i pod­czas gdy jego wspól­nik wy­wle­kał kie­row­cę z auta, on za­jął się tor­ba­mi z pie­niędz­mi. Pod­je­cha­li ka­wa­łek pocz­to­wym bu­sem do cmen­ta­rza Skog­slyc­kan. Za­raz po­tem się roz­sta­li, każ­dy wziął jed­ną tor­bę i po­szedł w swo­ją stro­nę.

Obaj zo­sta­li za­trzy­ma­ni. Pod­czas roz­pra­wy Mats przy­znał się do na­pa­du ra­bun­ko­we­go i nie­le­gal­ne­go po­sia­da­nia bro­ni i do­bro­wol­nie od­dał po­li­cji du­bel­tów­kę. Miał już za sobą dwa wcze­śniej­sze wy­ro­ki, je­den za kra­dzież sa­mo­cho­du, dru­gi za po­bi­cie. Ostat­nie prze­stęp­stwo uzna­no za cięż­kie i świad­czą­ce o bra­ku skru­pu­łów. Ska­za­no go na pięć lat wię­zie­nia, przy czym sąd w Växjö wziął pod uwa­gę fakt, że oskar­żo­ny nie ukoń­czył jesz­cze dwu­dzie­stu je­den lat. Pie­nię­dzy nig­dy nie od­na­le­zio­no.

Za­rów­no Mats, jak i Tony Ols­son zo­sta­li uzna­ni za oso­by nie­bez­piecz­ne, skłon­ne do re­cy­dy­wy, czy­li za tak zwa­nych 7 : 3, osa­dza­nych w za­kła­dach o wy­so­kim stop­niu za­bez­pie­cze­nia, z pra­wem do czte­ro­go­dzin­nej prze­pust­ki pod nad­zo­rem raz na sześć mie­się­cy. Obaj zgło­si­li się do od­dzia­łu L w za­kła­dzie Ti­da­holm, od­dzia­łu edu­ka­cyj­ne­go, aby unik­nąć "bo­iska", czy­li du­że­go od­dzia­łu ogól­ne­go, gdzie drob­ni zło­dzie­je i nar­ko­ma­ni pra­co­wa­li jak w fa­bry­ce, przy ma­szy­nach i ta­śmie.

Siedem trzy

Ma­rzec, kwie­cień, maj. Wio­sen­ne mie­sią­ce zmie­nia­ją na­zwy, prze­cho­dzą od sza­ro­ści do zie­le­ni, nio­sąc ze sobą ko­lej­ne okre­śle­nia: śnieg, od­wilż, mło­de li­ście. Tak pięk­nie. Przed­wio­śnie.

Ak­cja sztu­ki roz­gry­wa się wła­śnie na przed­wio­śniu, być może roku 1998. Lecz tu nie czu­je się za­cho­dzą­cych o tej po­rze roku zmian, je­dy­nie wię­zien­ną mo­no­to­nię.

Sce­na przed­sta­wia po­miesz­cze­nie pięć me­trów na dzie­sięć w za­mknię­tym za­kła­dzie kar­nym, w głę­bi bu­dyn­ku wię­zien­ne­go. Wska­zów­ki au­to­ra:

Jed­na ścia­na czę­ścio­wo prze­szklo­na.

Okno za­kra­to­wa­ne, nie­wiel­kie otwo­ry wen­ty­la­cyj­ne.

Na ze­wnątrz dłu­gi, wą­ski ko­ry­tarz. Drzwi do cel, nie­któ­re otwar­te, od cza­su do cza­su prze­cho­dzą­cy więź­nio­wie w dro­dze do lub z ja­dal­ni i świe­tli­cy. Na koń­cu ko­ry­ta­rza wi­dać po­kój straż­ni­ka.

Moż­na za­czy­nać.

Me­tal­li­ca na cały re­gu­la­tor. Wrzask. Ło­mot. Na sce­nę wcho­dzą trzej męż­czyź­ni, zdej­mu­ją czar­ne blu­zy, na­gie tor­sy, prze­bie­ra­ją się w dre­sy, na skó­rze nie­bie­skie na­cię­cia ta­tu­aży. Po­tem na­gła ci­sza i mrok.

Mar­co­we po­po­łu­dnie. Trzej męż­czyź­ni na pod­ło­dze ćwi­czą pomp­ki. Na prze­dzie Mats, Teo i Tony nie­co z tyłu, ich cia­ła two­rzą trój­kąt. Po skoń­czo­nych ćwi­cze­niach pod­no­szą się i po­da­ją so­bie ręce.

MATS: Było su­per, jak za­wsze.

TEO: Dzię­ki.

TONY: Dzię­ki, ko­le­go. Było cięż­ko.

MATS: Im wol­niej się ćwi­czy, tym jest trud­niej.

Na sce­nę wcho­dzi czwar­ty męż­czy­zna. Wcze­śniej stał na ze­wnątrz od­wró­co­ny ple­ca­mi do wi­dow­ni i cze­kał. Przed wej­ściem wkła­da do skrzyn­ki klu­cze, ko­mór­kę i pie­nią­dze, prze­cho­dzi przez wy­kry­wacz me­ta­li. Wita się z po­zo­sta­łą trój­ką.

Trze­ba mieć wy­obraź­nię, aby wczuć się w sztu­kę te­atral­ną, ma­jąc do dys­po­zy­cji wy­łącz­nie tekst, i do­świad­cze­nie, aby do­strzec ob­ra­zy ro­dzą­ce się mię­dzy wier­sza­mi. W ob­szer­nym ma­szy­no­pi­sie Sie­dem trzy pierw­sza sce­na sztu­ki jest pra­wie nie­wi­docz­na. Skła­da się z kil­ku ba­nal­nych zdań:

Cześć. Je­stem John.

Cześć, wi­taj, Teo.

Mats. Wi­taj.

Ty­po­we krót­kie for­muł­ki po­wi­tal­ne. Gdzie jest opo­wieść? Czy to ob­raz war­stwy spo­łecz­nej? Co moż­na wy­czy­tać z wy­tar­tych ry­tu­al­nych zwro­tów, któ­re wy­mie­nia­my przy pierw­szym spo­tka­niu? Pra­wie nic. Oka­zu­je się, że ak­cja to­czy się poza re­pli­ka­mi bo­ha­te­rów. Tak jak w rze­czy­wi­sto­ści, gdy wi­dząc ko­goś po raz pierw­szy, zwra­ca­my uwa­gę nie na sło­wa, lecz na spoj­rze­nie, ton gło­su, do­tyk ob­cej dło­ni, na wzrost i po­sta­wę, de­cy­du­ją­ce o prze­wa­dze i pod­le­gło­ści. Wła­ści­wą opo­wie­ścią w pierw­szej sce­nie jest sto­su­nek do wła­sne­go cia­ła i ciał in­nych.

Na wi­dow­ni nie było ni­ko­go, kto by nie do­strzegł róż­ni­cy w po­stu­rze, kie­dy pi­sarz John, al­ter ego No­réna, jako ostat­ni wszedł na sce­nę. Niż­szy, drob­niej­szy, roz­glą­dał się nie­pew­nie i ma­ca­jąc dło­nią kie­sze­nie w po­szu­ki­wa­niu pacz­ki pa­pie­ro­sów, sta­nął obok trzech po­tęż­nie umię­śnio­nych męż­czyzn w czar­nych ko­szul­kach.

Sie­dem trzy nie ma wła­ści­wie tra­dy­cyj­nej ak­cji, nie roz­gry­wa się w cza­sie, za­koń­cze­nie nie przy­no­si żad­ne­go roz­wią­za­nia. Miej­scem ak­cji po­zo­sta­je to samo po­miesz­cze­nie. Nic się nie dzie­je. Ruch od­by­wa się do we­wnątrz. Pi­sarz, jak ar­che­olog, drą­ży w po­szu­ki­wa­niu wspo­mnień, kosz­ma­rów sen­nych, do­świad­czeń mi­ło­ści. Trzej więź­nio­wie mniej lub bar­dziej chęt­nie do­pusz­cza­ją go do me­an­drów swo­je­go pry­wat­ne­go ży­cia, a on za­pusz­cza się w nie jak po­dróż­nik du­cho­we­go sa­fa­ri. Wzdłuż tej tra­sy roz­sta­wio­no jed­nak do­brze wi­docz­ne ta­bli­ce in­for­ma­cyj­ne gło­szą­ce: Re­stric­ted area6. W tek­ście pi­sarz John wy­ja­śnia to na­stę­pu­ją­co:

"To wy je­ste­ście sztu­ką. Wy je­ste­ście ak­cją... Sami de­cy­du­je­cie, jak da­le­ko ze­chce­cie się po­su­nąć. I co bę­dzie­cie chcie­li ukryć".

Dwie po­sta­cie sztu­ki to neo­na­zi­ści, albo - jak sami o so­bie mó­wią - na­ro­do­wi so­cja­li­ści. Wszy­scy dys­ku­tu­ją o na­zi­stow­skich ide­ach, z wy­jąt­kiem Teo, któ­ry nie po­dzie­la prze­ko­nań po­zo­sta­łej dwój­ki więź­niów i nie za­bie­ra gło­su. Sztu­ka koń­czy się z na­dej­ściem lata, na­stę­pu­je po­że­gna­nie pi­sa­rza z więź­nia­mi. Etap zbie­ra­nia ma­te­ria­łu jest za­koń­czo­ny, te­raz trze­ba na­pi­sać sce­na­riusz. Sie­dem trzy koń­czy się sło­wa­mi: "Do zo­ba­cze­nia je­sie­nią".

Po­stać Teo była wzo­ro­wa­na na Car­lu Thun­ber­gu i we wcze­snych wer­sjach tek­stu no­si­ła jego imię. Rolę Tony'ego grał Tony Ols­son, trze­cią rolę, rolę Mat­sa, grał dwu­dzie­sto­trzy­let­ni wów­czas Mats. Pi­sa­rza, Lar­sa No­réna, grał Re­ine Bry­nol­fs­son. Re­ży­se­ro­wał sam Lars No­rén, a za pro­duk­cję w ra­mach Rik­ste­atern od­po­wia­da­ła Isa Sten­berg.

Ty­tuł sztu­ki na­wią­zy­wał do nie­ist­nie­ją­ce­go już trze­cie­go pa­ra­gra­fu w siód­mym roz­dzia­le usta­wy o opie­ce pe­ni­ten­cjar­nej, pa­ra­gra­fu, któ­ry brzmiał:

Kto zo­stał ska­za­ny na karę naj­mniej czte­rech lat po­zba­wie­nia wol­no­ści zo­sta­nie osa­dzo­ny w za­kła­dzie kar­nym typu za­mknię­te­go, o ile ze wzglę­du na ro­dzaj po­peł­nio­ne­go prze­stęp­stwa lub inne oko­licz­no­ści uzna­no, że ist­nie­je ry­zy­ko uciecz­ki lub kon­ty­nu­owa­nia prze­stęp­czej dzia­łal­no­ści pod­czas okre­su od­by­wa­nia kary. Osa­dzo­ny ma prze­by­wać w za­kła­dzie lub w od­dzia­le za­kła­du o wy­so­kim stop­niu za­bez­pie­czeń.

In­ny­mi sło­wy: skłon­ni do uciecz­ki, do po­peł­nia­nia prze­stępstw na prze­pust­kach lub zza krat mają pod­le­gać szcze­gól­nym re­stryk­cjom. Na­zy­wa­no ich w skró­cie: sie­dem trzy.

Przyjaciele

Zo­sta­łem ak­tyw­nym na­ro­do­wym so­cja­li­stą na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Nadal mam te same po­glą­dy, ale nie dzia­łam w żad­nej or­ga­ni­za­cji. Już z góry wiem, jak bę­dzie się w przy­szło­ści prze­ja­wiać moje po­li­tycz­ne za­an­ga­żo­wa­nie.

TONY w Sie­dem trzy

"Już z góry wiem, jak bę­dzie się w przy­szło­ści prze­ja­wiać moje po­li­tycz­ne za­an­ga­żo­wa­nie". To zda­nie po­zo­sta­je w pa­mię­ci.

Kie­dy po­wsta­wał tekst sztu­ki Sie­dem trzy, dro­ga wio­dą­ca ku temu, co się jesz­cze nie zda­rzy­ło, już była wy­ty­czo­na; ist­nia­ły prze­czu­cia co do przy­szłych wy­da­rzeń. W każ­dym ra­zie Tony Ols­son już wie­dział. Miał pod ręką ster­tę neo­na­zi­stow­skich ma­te­ria­łów i w jed­nym, nie­co urzę­do­wym zda­niu wy­po­wie­dział sło­wa klu­cze otwie­ra­ją­ce drzwi do przy­szłych po­miesz­czeń. Jak­że ła­two to te­raz do­strzec.

Być może nie­któ­rzy z ty­sią­ca dzie­wię­ciu­set wi­dzów za­mar­li, sły­sząc to zda­nie z ust Tony'ego Ols­so­na pod­czas spek­ta­kli Sie­dem trzy, bo prze­czu­wa­li, że za­po­wia­da za­mia­ry cze­ka­ją­ce na re­ali­za­cję. Ale zna­ko­mi­ta więk­szość sły­sza­ła po pro­stu jed­ną z wie­lu kwe­stii, od­bie­ra­jąc ją jako wy­raz na­pu­sze­nia Ols­so­na lub do­da­tek ko­niecz­ny do skom­ple­to­wa­nia na­zi­stow­skie­go stro­ju.

Jest 24 sierp­nia 1996 roku. Mi­nie jesz­cze rok i sześć mie­się­cy, za­nim Ols­son zgło­si się na za­ję­cia te­atral­ne dla osa­dzo­nych w szko­le­nio­wym od­dzia­le za­kła­du w Ti­da­hol­mie. Za dwa lata i dzie­więć mie­się­cy doj­dzie do zbrod­ni w Ma­le­xan­der. Nic jesz­cze nie za­po­wia­da przy­szłych wy­da­rzeń.

Dro­gi Ar­klöv!

Szcze­re po­dzię­ko­wa­nia za list, któ­ry do­tarł 22 sierp­nia 1996 roku. Spra­wi­łeś mi na­praw­dę wiel­ką przy­jem­ność, od­zy­wa­jąc się. Mam na­dzie­ję, że czas Ci upły­wa spo­koj­nie, z pew­no­ścią szwedz­ki areszt jest o nie­bo lep­szy niż mu­zuł­mań­skie wię­zie­nie!

Mam py­ta­nie, któ­re być może uznasz za śmiesz­ne: jak się czu­je czło­wiek, któ­re­go po­strze­lo­no?

Ci, z któ­ry­mi roz­ma­wia­łem, mó­wią, że naj­pierw się nic nie czu­je, coś jak zwy­kłe trzep­nię­cie. Ból przy­cho­dzi do­pie­ro póź­niej. Poza tym sły­sza­łem, że czę­sto umie­ra się z po­wo­du szo­ku, po pro­stu ser­ce prze­sta­je bić!

Jaka była Two­ja pierw­sza wal­ka, jak się wte­dy czu­łeś?

Wy­obra­żam so­bie, że to cho­ler­ny za­strzyk ad­re­na­li­ny, by­łem wcze­śniej ska­za­ny za roz­bój i to uczu­cie aku­rat znam. Od­jaz­do­we, co za po­czu­cie wszech­mo­cy. I nikt mnie nie po­ko­na! Jaka jest naj­więk­sza bi­twa, w któ­rej bra­łeś udział?

Wy­bacz te wszyst­kie py­ta­nia, ale je­stem cho­ler­nie cie­ka­wy, sam nig­dy nie bra­łem udzia­łu w żad­nej woj­nie, ale strasz­nie bym chciał!

Na tym już koń­czę, by­ło­by faj­nie, gdy­by­śmy mo­gli ze sobą ko­re­spon­do­wać.

Trzy­maj się i na­pisz wkrót­ce.

Ko­le­żeń­skie po­zdro­wie­nia

Tony Ols­son

Jac­kie Ar­klöv, po kil­ku la­tach spę­dzo­nych w Bo­śni w jed­no­st­ce na­jem­ni­ków, wła­śnie wró­cił do Szwe­cji w wy­ni­ku wy­mia­ny więź­niów. Rok wcze­śniej zo­stał uwię­zio­ny w Bo­śni i ska­za­ny za prze­stęp­stwa prze­ciw ludz­ko­ści. Nie dla­te­go, że pod­czas wal­ki za­bi­jał żoł­nie­rzy, ale za czy­ny po­peł­nio­ne wo­bec lud­no­ści cy­wil­nej i jeń­ców wo­jen­nych.

Gdy tyl­ko Tony Ols­son do­wie­dział się o Ar­klövie, po­sta­no­wił na­wią­zać z nim kon­takt. Jac­kie bar­dzo mu za­im­po­no­wał.

W aresz­cie Jac­kie Ar­klöv był za­sy­py­wa­ny li­sta­mi od wiel­bi­cie­li. Wie­lu męż­czyzn uzna­ło go za swo­je­go ido­la i za wzór do na­śla­do­wa­nia, ale jemu wy­dał się wart uwa­gi tyl­ko list Tony'ego Ols­so­na. Pi­sa­ło rów­nież wie­le róż­nych ko­biet z proś­bą o kon­takt. Z jed­ną z nich Ar­klöv za­miesz­kał w Öster­sun­dzie kil­ka mie­się­cy póź­niej.

Kie­dy dwu­let­ni Jac­kie Ban­ny Ar­klöv przy­był do Nor­r­land, był je­dy­nym ciem­no­skó­rym dziec­kiem w pro­mie­niu trzy­stu ki­lo­me­trów. W tym cza­sie ad­op­to­wa­ne dzie­ci były tam rzad­ko­ścią. Dom w miej­sco­wo­ści Sto­ru­man był jego trze­cim z ko­lei. W Li­bii miał bio­lo­gicz­ną mat­kę, ale oj­ciec, praw­do­po­dob­nie Eu­ro­pej­czyk, był nie­zna­ny. Pierw­sze lata ży­cia Ar­klöv spę­dził w szwedz­kiej ro­dzi­nie miesz­ka­ją­cej w Li­bii, po­tem ad­op­to­wa­ła go bez­dziet­na para w Sto­ru­man. Dali mu dużo mi­ło­ści. I mimo że ta mi­łość nie­raz pie­kła jak brzo­zo­wa ró­zga, zda­wa­ło się, że ży­cie wy­na­gro­dzi ma­łe­mu licz­ne roz­łą­ki i bo­le­sne prze­ży­cia. Pew­ne­go dnia na świat przy­szedł młod­szy brat Jac­kie­go. Bez­dziet­na para nie­spo­dzie­wa­nie do­cze­ka­ła się wła­sne­go, bio­lo­gicz­ne­go dziec­ka.

Ośmio­let­ni wów­czas Jac­kie za­czął ro­bić się trud­ny i agre­syw­ny. Gry­zło go doj­mu­ją­ce po­czu­cie bez­dom­no­ści, osa­mot­nie­nia i wy­ob­co­wa­nia. Póź­niej, szy­ka­no­wa­ny przez ró­wie­śni­ków w gim­na­zjum, wa­ga­ro­wał i wan­da­li­zo­wał oto­cze­nie. Roz­wa­ża­no umiesz­cze­nie go w ro­dzi­nie za­stęp­czej. Już w tym cza­sie Jac­kie po­czął się fa­scy­no­wać bro­nią. Po­grą­żył się w lek­tu­rach o dru­giej woj­nie świa­to­wej i z ra­do­ścią od­krył w jed­nej z ksią­żek in­for­ma­cję o afry­kań­skiej jed­no­st­ce, któ­ra wal­czy­ła po stro­nie na­zi­stow­skich Nie­miec. Póź­niej, chcąc uspra­wie­dli­wić nie­kon­se­kwen­cje w swo­ich ra­si­stow­skich prze­ko­na­niach, mó­wił: "Na­wet w ar­mii Hi­tle­ra byli ciem­no­ocy".

W trak­cie służ­by woj­sko­wej w jed­no­st­ce spe­cjal­nej K4 w Arvid­sjaur, Ar­klöv po raz pierw­szy w ży­ciu miał po­czu­cie, że zo­stał za­ak­cep­to­wa­ny. Ma­rzył o tym, żeby zo­stać ofi­ce­rem. Ale po tym, jak ko­goś po­bił, dro­ga do ofi­cer­skiej ka­rie­ry zo­sta­ła za­mknię­ta. Ko­lej­nym ma­rze­niem była Le­gia Cu­dzo­ziem­ska. Pod­czas wstęp­nych te­stów ze­tknął się z mło­dy­mi ludź­mi, po­dob­nie jak on prze­peł­nio­ny­mi wolą wal­ki. Wy­ru­sza­li wła­śnie do Chor­wa­cji jako na­jem­ni­cy i Ar­klöv do nich do­łą­czył.

Czuł się zna­ko­mi­cie w zgra­nej gru­pie. Znaj­do­wał za­do­wo­le­nie w po­dej­mo­wa­niu ry­zy­ka, po­ko­ny­wa­niu za­gro­że­nia i do­cie­ra­niu do gra­nic swo­ich moż­li­wo­ści. Oto wcze­sna pró­ba za­pi­su do­świad­cze­nia, ja­kim był jego pierw­szy raz:

Ce­lo­wa­łem w oko­li­ce brzu­cha. Upadł. Czu­łem, jak wzbie­ra we mnie pod­nie­ce­nie. Ale on jesz­cze żył, mój wróg wy­ma­chi­wał rę­ka­mi i wy­da­wał zdu­szo­ne jęki. Wy­ce­lo­wa­łem w krę­go­słup i od­da­łem po­je­dyn­czy strzał. Przez chwi­lę po­dry­gi­wał, po­tem znie­ru­cho­miał.

W tym sa­mym mo­men­cie mój mózg prze­szył ból, ostry jak brzy­twa, na­gle do mnie do­tar­ło, że od mie­się­cy, może na­wet od lat, nie czu­łem się tak do­brze. Po raz pierw­szy ko­goś za­bi­łem, chcia­łem to ro­bić da­lej, wszyst­ko było jak­by nie­rze­czy­wi­ste.

Ar­klöv miał dwa­dzie­ścia lat, gdy zna­lazł się w sa­mym cen­trum wy­da­rzeń, któ­rym świat nadał póź­niej mia­no et­nicz­nej czyst­ki - w sa­mym ser­cu Bo­śni. 16 lip­ca 1993 roku Jac­kie przy­był do ma­łej wio­ski. Wraz z ko­le­ga­mi ze swo­jej kom­pa­nii wy­pę­dził bo­śniac­kie ro­dzi­ny z do­mów i za­mknął je w jed­nym z bu­dyn­ków, gro­żąc, że go pod­pa­li. Zmu­sił cię­żar­ną Beh­ram Me­vli­dę do roz­łą­ki z dwój­ką ma­łych dzie­ci, trzy­let­nim sy­nem i dwu­let­nią cór­ką, i ka­zał jej po­wta­rzać Al­lah ak­bar - Bóg jest wiel­ki. Ko­bie­ta od­mó­wi­ła i wte­dy za­czął ją bić. Wło­żył jej do ust lufę ka­ra­bi­nu.

Kie­dy szła z po­wro­tem do swo­je­go domu, stra­szył ją, że wy­rwie i za­kłu­je dziec­ko, któ­re­go się spo­dzie­wa­ła.

Póź­niej, gdy Ar­klöv zo­stał oskar­żo­ny o cięż­kie zbrod­nie wo­jen­ne, Me­vli­da wy­stę­po­wa­ła jako świa­dek. "Nie po­tra­fię wy­tłu­ma­czyć tego, co ro­bi­łem. Mia­łem w so­bie głę­bo­ką po­gar­dę wo­bec lu­dzi i wszyst­kie ha­mul­ce pu­ści­ły". Tak po dzie­się­ciu la­tach brzmia­ła jego od­po­wiedź na py­ta­nie: dla­cze­go?

Do­świad­cze­nie so­li­dar­no­ści, at­mos­fe­ra ko­le­żeń­stwa, bro­thers-in-arms, za­pro­wa­dzi­ło go w głąb ciem­nych re­jo­nów du­szy - sam sie­bie na­zy­wał: War­lord. Jed­nak z bie­giem cza­su co­raz trud­niej było przy­my­kać oczy na to, co się dzia­ło wo­kół. Kie­dy w ja­kimś domu zna­lazł cia­ło za­strze­lo­nej ko­bie­ty i zo­ba­czył, że w mar­twych ra­mio­nach trzy­ma dziec­ko bez gło­wy, ob­raz ten przy­lgnął do jego oka jak szkło kon­tak­to­we i nie zni­kał na­wet wte­dy, gdy Jac­kie za­my­kał po­wie­ki. To­wa­rzy­sze bro­ni gi­nę­li je­den za dru­gim.

Po dwóch la­tach wo­jo­wa­nia Ar­klöv zna­lazł się w Mo­sta­rze, gdzie po pi­ja­ne­mu za­błą­kał się na te­ry­to­rium mu­zuł­ma­nów. Wzię­to go do nie­wo­li. Bo­śnia­cy po­sta­wi­li go przed są­dem za zbrod­nie wo­jen­ne. Z po­cząt­ku zo­stał ska­za­ny na trzy­na­ście lat, od­wo­łał się i do­stał nowy wy­rok, tym ra­zem ośmiu lat wię­zie­nia. Ale w wię­zie­niu w Kon­jic od­sie­dział tyl­ko rok. Na sku­tek wy­mia­ny więź­niów mię­dzy bo­śniac­ką a bo­śniac­ko-chor­wac­ką ar­mią la­tem 1996 roku zna­lazł się wśród tych, któ­rzy prze­szli przez most na Ne­re­twie we wsi Po­to­ci pod czuj­nym okiem Czer­wo­ne­go Krzy­ża. Szwedz­cy przed­sta­wi­cie­le tej or­ga­ni­za­cji wsa­dzi­li go do trans­por­to­we­go sa­mo­lo­tu Her­ku­les, od­la­tu­ją­ce­go do kra­ju. Od razu po wy­lą­do­wa­niu za­trzy­mał go szwedz­ki pro­ku­ra­tor pod za­rzu­tem po­peł­nie­nia zbrod­ni prze­ciw ludz­ko­ści. Po­dróż za­koń­czy­ła się w sztok­holm­skim aresz­cie Kro­no­berg.

Czy opo­wia­dał ko­muś o tym, co wi­dział? O jeń­cach wo­jen­nych, któ­rych ska­to­wał w obo­zo­wej umy­wal­ni? O poj­ma­nych męż­czy­znach, któ­rym wkła­da­no do spodni gra­na­ty, i o tym, jak wy­glą­da­li po­tem, kie­dy wy­bu­chły? Czy opo­wia­dał o ko­bie­tach? Albo o so­bie, kie­dy sam był więź­niem i wy­pro­wa­dzo­no go do lasu, aby upo­zo­ro­wać wy­ko­na­nie wy­ro­ku śmier­ci? Nie wia­do­mo.

Być może z czy­jejś ini­cja­ty­wy, albo też zgod­nie z pa­nu­ją­cy­mi prze­pi­sa­mi, za­pro­po­no­wa­no mu roz­mo­wę z psy­cho­lo­giem. Od­mó­wił. Wo­lał się po­świę­cić roz­le­głej ko­re­spon­den­cji.

13 sierp­nia 1996

Czo­łem Ols­son!

Dzię­ku­ję za list, cie­szę się, że są lu­dzie, któ­rzy mają ta­kie same za­in­te­re­so­wa­nia jak ja. Ja też na­le­ża­łem do na­cjo­na­li­stycz­nej or­ga­ni­za­cji - w Lyck­se­le - za­nim wy­je­cha­łem do Bo­śni. Mu­sie­li­śmy się z tym kryć, bo Lyck­se­le jest ma­łym mia­stem.

Po­je­cha­łem do Bo­śni je­sie­nią 1992 roku i za­cią­gną­łem się do HVO13. Bra­łem udział w ku­pie walk i nie­źle się na­pa­trzy­łem, ale ani przez chwi­lę nie ża­ło­wa­łem, że się tam zna­la­złem. Nie ma nic lep­sze­go niż brać udział w praw­dzi­wej woj­nie, jak się raz za­czę­ło, to trud­no skoń­czyć. W li­sto­pa­dzie 1994 zo­sta­łem lek­ko ran­ny odłam­kiem w nogę, ale nie­ca­ły mie­siąc póź­niej znów by­łem Fit For Fi­ght14!

W 1995 roku w maju aresz­to­wa­ła mnie bo­śniac­ka po­li­cja, mal­tre­to­wa­li mnie przez cały mie­siąc, a po­tem zo­sta­łem ska­za­ny na trzy­na­ście lat wię­zie­nia za zbrod­nie wo­jen­ne. 7 sierp­nia, ku mo­je­mu zdzi­wie­niu, wró­ci­łem do Szwe­cji w wy­ni­ku wy­mia­ny więź­niów. Te­raz sie­dzę tu­taj, przy­czy­nę znasz.

W tej chwi­li czu­ję się lek­ko oszo­ło­mio­ny, mi­nę­ło tro­chę po­nad ty­dzień od cza­su wy­mia­ny więź­niów i czu­ję się tak, jak­bym obu­dził się z kosz­mar­ne­go snu. Je­stem do­syć znie­chę­co­ny szwedz­kim sys­te­mem praw­nym, któ­ry robi wszyst­ko, żeby mnie za­pusz­ko­wać. Ale sta­ram się być opty­mi­stą, za­wsze le­piej tu­taj niż w wię­zie­niu w Bo­śni.

My­ślę o tym, żeby po od­sie­dze­niu kary zno­wu być na­jem­nym żoł­nie­rzem. Nie chcę się chwa­lić, ale zdo­by­łem cał­kiem duże do­świad­cze­nie bo­jo­we, któ­re chciał­bym w ten czy inny spo­sób wy­ko­rzy­stać.

Do usły­sze­nia!

Po­zdro­wie­niaJac­kie Ar­klöv

PS "Co cię nie za­bi­je, to cię wzmoc­ni"!

Oskar­ży­ciel Jan Da­niels­son bez­sku­tecz­nie po­szu­ki­wał w Bo­śni świad­ków, aby po­sta­wić Ar­klöva przed szwedz­kim są­dem. Ar­klöv już po mie­sią­cu zna­lazł się na wol­no­ści z za­ka­zem opusz­cza­nia kra­ju i obo­wiąz­kiem mel­do­wa­nia się przez pięć mie­się­cy na po­li­cji. Po­zwał pań­stwo szwedz­kie. I pań­stwo przy­zna­ło mu dwa­dzie­ścia trzy ty­sią­ce ko­ron od­szko­do­wa­nia.

Ko­lej­ny przy­sta­nek, Öster­sund. Ar­klöv zwią­zał się z dzie­sięć lat star­szą ko­bie­tą z dziec­kiem i do­stał pra­cę jako prak­ty­kant w fir­mie me­blo­wej.

Ale noce... Te noce...

Twa­rze umie­ra­ją­cych to­wa­rzy­szy bro­ni. Ich wy­raz. Inni. Lud­ność cy­wil­ną na­le­ża­ło usu­nąć, tak było, on tyl­ko wy­ko­ny­wał roz­kaz, sam się nie za­sta­na­wiał, jak sta­no­wi­li prze­szko­dę to... nie, nie ma o czym mó­wić. Ale te­raz sta­li przy jego łóż­ku, przy­cho­dzi­li w nocy, po­chy­la­li nad nim znie­kształ­co­ne twa­rze. Le­żał jak spa­ra­li­żo­wa­ny. Pi­sał:

Rów­nież tu, w Szwe­cji, od kie­dy wró­ci­łem, czu­ję nie­raz prze­peł­nia­ją­ce mnie zwie­rzę­ce uczu­cie wście­kło­ści, po­gar­dy i nie­na­wi­ści i mam wte­dy ocho­tę ko­goś zma­sa­kro­wać albo za­bić ko­goś, kogo nie­na­wi­dzę, na przy­kład ak­tyw­ne­go so­cja­li­stę, le­wi­cow­ca, Żyda lub mu­zuł­ma­ni­na.

Ko­re­spon­den­cja Ols­so­na i Ar­klöva nie za­cho­wa­ła się w ca­ło­ści. Tony Ols­son znisz­czył dużą jej część. Ale już od pierw­szych li­stów za­wią­za­ła się mię­dzy nimi przy­jaźń. Z cza­sem bę­dzie się po­głę­biać.

10 grud­nia 1996

Dro­gi Tony!

Wy­bacz, że tak dłu­go się nie od­zy­wa­łem, w ostat­nim mie­sią­cu mia­łem mnó­stwo na gło­wie. Prze­pro­wa­dzi­łem się mia­no­wi­cie do Öster­sun­du i miesz­kam te­raz z dziew­czy­ną. Mam na­wet pra­cę, w ra­mach tak zwa­ne­go wpro­wa­dze­nia na ry­nek pra­cy15. Sła­bo płat­ne, ale za­wsze lep­sze to niż nic.

W tej chwi­li tak kiep­sko sto­ję fi­nan­so­wo, że za­czy­nam prze­my­śli­wać o ja­kimś sko­ku. Znam ory­gi­nal­ny spo­sób zdo­by­cia pie­nię­dzy, ale do tego przy­da­ły­by się dwie oso­by. Nie­ste­ty nie mogę zdra­dzić sa­mej me­to­dy, w każ­dym ra­zie nie w tej chwi­li.

Ko­le­żeń­skie po­zdro­wie­nia

Jac­kie Ar­klöv

Woj­sko­we umie­jęt­no­ści i bez­względ­ność Ar­klöva znaj­dą wkrót­ce za­sto­so­wa­nie. Być może tak­że jego ory­gi­nal­na me­to­da do­ko­ny­wa­nia na­pa­dów. Nad­szedł rok 1997. W za­kła­dzie kar­nym Ti­da­holm, Tony Ols­son i jego przy­ja­ciel Mats utwo­rzy­li Na­tio­nel­la Re­pu­bli­kan­ska Ar­mén [Na­ro­do­wą Ar­mię Re­pu­bli­kań­ską] - NRA.