Pierwsze słowo
Coraz subtelniejsze, coraz piękniejsze są
twoje prośby o więcej.
Coraz bardziej mnogie stają się
momenty, gdy dusza obraca się
przeciwko tobie.
Czekam najcierpliwiej,
aż noc odszuka ukojenie
w twoim śnie.
Wiem, że zmysły ubierają się
w rzeczywistość, żeby odnaleźć w końcu
zaginione rozdroże.
Moim dłoniom dokucza dotyk.
Cisza kojarzy się sercu
z bliskością samotności.
Nie pamiętam, kiedy zwątpiłam
w definitywny czas.
Chadzałam na długie spacery
od ściany do ściany,
tak dla zdrowia.
Tęskniłam zawzięcie, choć nikt
nie wymagał. Senność dosiadała myśli,
pomagała dźwigać
pustkę słowom.
Obce stawały mi się wspomnienia,
twoje współczucie;
tak, żeby nie zapomnieć,
ile miejsca jeszcze zostało.
Przytulam się do twojego zapachu,
który zostawiłam sobie
na pamiątkę.
Karmię się latem, kiedy to
powiedziałam pierwsze słowo,
uroiłam pierwsze marzenie.
Samotność dłoni
Nierozsądne są twoje ciągłe próby
udobruchania tutejszych burz.
Bezsensowne chwile, kiedy liczysz
na powrót wszechświata.
Pamiętam, jak moje ciało karmiło
twój dziecięcy głód.
Nie zapomnę, jak gardziłeś wędrówkami
serca, wołaniem duszy,
klęczącej u progu sumienia.
Spod powiek wydostaje się
cierniste spojrzenie; wzrok tak nieubłagany,
że umiera słońce, księżyc staje się
nieudanym uśmiechem.
Nie chciałam kochać
aż po tęsknotę.
Nie mogłam iść, gdy wszyscy wokół
szukali własnych poboczy.
Pamiętam, jak dotykałam twoich znamion,
najpiękniejszych skaz,
dla jakich mogłam zasnąć
w nieznane.
Wciąż lubię w tobie rzeczywistość.
Nadal lubuję się w pragnieniu,
które nie pozwala uklęknąć.
Nie umiem podarować ci takiego nieba,
żeby przyniosło
skruchę i pamięć.
A może po prostu zakochałeś się
w nieodpowiednim lustrze?
Może to smutek, nie cisza,
przynosi samotność twoim dłoniom?
Używany uśmiech
Czy powróci taki dzień, kiedy twój zapach
osiądzie na mojej napiętej, bladej skórze?
Czy odnajdą się godziny,
gdy zmysły nie mogły dopasować się
do dotyku?
Przypominam to samo słowo,
co przepełniało mnie, gdy marzyłam
o twojej samotności.
Przebieram się nadal
w ten sam używany uśmiech,
ale ciało nie chce ustąpić.
Jesteś, bo wiem, że należy mi się twój lęk,
przeludniona noc.
Trawię skrupulatnie obecność,
każdy gest, każdą myśl - wszystko
ginie bez pożegnania.
Proszę, nie zabijaj snów - potrzebuję ich,
aby móc odpocząć. Przytulam się
wciąż do twojego echa, do pozostałości
po świetle, które niosły w nieznane
twoje łzy.
Rodzi się nostalgia - czy człowiek
jest zbyt odległy, aby móc zapomnieć?
Miłości, dziwna kompanko!
Czy wciąż ukrywasz się za ścianą?
Czy nadal udajesz, że dobrze ci
z uśmiechem?
Nieważne. Liczy się to, że mój czas
zaczeka na ciebie. Że odnajdzie cię
pośród zmartwychwstałych,
mimo że ten świat od dawna nie istnieje.
Krzykliwa cisza
Wciąż zmagam się z gromką rzewnością,
która drażni krzywdy,
choć upływają tysiąclecia
od końca mojej autobiografii.
Wciąż walczę z twoją ciszą, choć rozumiem:
łzy potrzebują za dużo.
Kłaniam się nisko żądzom.
A może to wina puenty,
zadanej zbyt skwapliwie?
Może to przyczyna, może kamień węgielny,
który powołał do życia
ostatnią chmurną gwiazdę?
Nie mogę zanurzać się w tobie tak,
abyś pozbywał się przyszłości.
Rzeczywistość?
Wciąż kojarzy się z językiem,
jakiego nikt tutejszy nie rozumie.
Teraźniejszość?
Tak, pamiętam, jak nas odwiedzała...
Garnęła się i udawała, że wszystko
jeszcze za nami.
Odległy świt zamykał spojrzeniem księżyc,
co wciąż marzy o własnej nocy.
Czy przyszedłeś tu, aby podziwiać
moją tęsknotę?
A może, żeby zrzucić ze skroni
uśmierconą wiarę?
Nie wiem, czy kiedyś dla ciebie zatańczę.
Nie wiem, czy obudzę
w niewłaściwym niebie.
Wiem jedno: wszystko odszuka drogę
ku spełnieniu, ku krzykliwej ciszy,
która może mi ciebie podarować...
Niecierpliwość sekundnika
Jestem. Znów tu jestem, z całych sił,
bezsenna i nienapoczęta...
Pojawiłam się ponownie,
cała w deszczu,
mgłach i twoich pocałunkach.
Jątrzy się serce,
sprzedane po zbyt okazyjnej cenie.
Spopiela dusza, wydarta dotkliwie
zagubionemu ciału.
Niezbyt czułe są dziś moje łzy - płyną
po niewłaściwych policzkach.
Bawię się sumieniem tego świata,
rozkoszuję niebem, co wciąż
zderza się z ziemią.
Wszystko to, ponieważ zwyciężyła
wolność.
Wolność, sentyment, przebudzenie -
dokładnie w tej kolejności.
Nabyłam dziś na rynku
używany czas; skusił bezdech tarczy,
niecierpliwość sekundnika.
Ocknęłam się w nietrafnym mieście -
dokładnie tam, gdzie ciebie nie ma.
Wciąż drzemie we mnie
nadzieja, ofiarowana zbyt długim nocom,
jeszcze dotkliwszym porankom.
Ciężko, ciężko
jest śladom stóp -
wiodą w doliny, gdzie ostatnio
widziałam twoje słońce.
Tam też czeka na mnie jedyna chwila,
którą pragnę ci na zawsze zadedykować.
Chwila cudowna
jak wieczność, jak trwoga,
w którą dzięki tobie wierzę...
Rozebrany z poematu
Pozostawiam na twoich nadgarstkach
wyposzczone oznaki pożądania.
Przynoszę powiekom
uśmierzenie po tęsknocie,
do warg przytwierdzam szept,
aby kolejny zmierzch nie dobiegł końca.
Rozbieram cię do naga
z wykwintnego poematu,
przyglądam się
smutnym i potulnym zmysłom,
tak głuchoniemym.
Biorę do ręki milczącą dłoń, śledzę
ruch linii papilarnych - linia życia
pęka w połowie.
Przyglądam się chętnie
kuszącej linii obojczyka, próbuję zapamiętać
wąskość bioder.
Znów zwracam się w nieznanym języku
do zalążka namiętności,
znów przekrzykuję pasję,
co nadal wyważa moje drzwi.
Tak, przywidziałeś mi się
po raz kolejny. Niezmiennie jątrzy się
we mnie noc, którą zadedykował
nam świat, abyśmy zdołali pokochać
się nawzajem.
Fantazja wypełnia
każdą moją niecną myśl,
każde ciężkie spojrzenie,
nienasycone westchnienie.
Jest mi ciepło, coraz goręcej,
mimo że za rogiem czai się pierwszy dzień zimy.
Nic dziś nie zburzy
mojego nienasycenia, nic nie przekrzyczy
subtelności, z jaką zwracam ci ciało,
oddaję duszę.
Pozostaniesz tak niedaleki,
że wkrótce przyśnisz mi się jeszcze raz.
Przesycona pieszczota
Nie jestem tą myślą, co zabłądziła
podczas poszukiwania słowa.
Nie jestem tym ciałem,
jakie pozbyło się nietrwałej duszy.
W moich żyłach płynie
kolejna nieprzespana noc - zmysły
ocierają się o skraj świata,
tak przypadkowo
nadany twoim stopom.
Melancholia - wydarta prosto z piersi
pierwszego jesiennego wiatru,
pozbawiona prawa do samotności -
szumi dźwięcznie,
zamienia się w przesyt,
który przywróci wieczność.
To, co dotąd było tobą, dziś
obraca się w sen, dla jakiego ciągle marzę,
za jakim się uganiam.
Smutne jest to przedstawienie,
kiedy tęsknota przywdziewa imię czasu.
Tysiące kilometrów dzielą mnie wytrwale
od pełnej jedności z niebem;
za rogiem czai się ziemia,
z którą tak boleśnie się witam.
Powracam, jutrzenko,
moja porzucona bliskości!
Jestem i czekam,
aż pozwolisz mi usłyszeć wołanie
twojego cienia.
Pielęgnuję w sobie zarodek dnia,
ślad po świetle, który nie rozumie
bicia mojego serca,
zmęczonego oddechu,
przesyconej pieszczoty...
Nie mogę wciąż iść
Wraz z tobą przybliża się do mnie
zewnętrzny świat.
Wraz z tobą powraca noc -
przyniesie pokrzepiający sen.
Nie wierzę tutejszym chmurom,
że wkrótce upadnie horyzont,
rozstąpi się czasoprzestrzeń.
Upływa ze mnie samotność tak nikła,
że upadają anioły, chyli się piedestał
śmierci.
Nie mogę wciąż iść
na przekór wzgórzom, wbrew dolinom,
ozdabiającym moje niepoprawne,
zmyślone ścieżki.
Dziś ciało jest nieprzyzwyczajone
do dotyku. Dziś serce bije,
choć mijają dosadne lata.
Nie chcę opowiadać ci kłamstw,
w jakich rodzi się zalążek
świeżej bliskości.
Zadowalam się kartką wyrwaną z kalendarza,
upajam godziną,
która wciąż dzieli od jutra.
Nie narodziłam się wbrew tobie.
Dzięki tobie kwitną moje palce,
głodne naskórka.
W sen obróci się poranek -
do niego nieubłaganie powracam,
choć dzielą mnie przepaście,
dzielą przystanie;
tam drzemią moje rany, zbyt świeże,
by mówić o miłości...