Czuję tę ciszę - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwsze słowo

Coraz subtelniejsze, coraz piękniejsze są

twoje prośby o więcej.

Coraz bardziej mnogie stają się

momenty, gdy dusza obraca się

przeciwko tobie.

Czekam najcierpliwiej,

aż noc odszuka ukojenie

w twoim śnie.

Wiem, że zmysły ubierają się

w rzeczywistość, żeby odnaleźć w końcu

zaginione rozdroże.

Moim dłoniom dokucza dotyk.

Cisza kojarzy się sercu

z bliskością samotności.

Nie pamiętam, kiedy zwątpiłam

w definitywny czas.

Chadzałam na długie spacery

od ściany do ściany,

tak dla zdrowia.

Tęskniłam zawzięcie, choć nikt

nie wymagał. Senność dosiadała myśli,

pomagała dźwigać

pustkę słowom.

Obce stawały mi się wspomnienia,

twoje współczucie;

tak, żeby nie zapomnieć,

ile miejsca jeszcze zostało.

Przytulam się do twojego zapachu,

który zostawiłam sobie

na pamiątkę.

Karmię się latem, kiedy to

powiedziałam pierwsze słowo,

uroiłam pierwsze marzenie.

Samotność dłoni

Nierozsądne są twoje ciągłe próby

udobruchania tutejszych burz.

Bezsensowne chwile, kiedy liczysz

na powrót wszechświata.

Pamiętam, jak moje ciało karmiło

twój dziecięcy głód.

Nie zapomnę, jak gardziłeś wędrówkami

serca, wołaniem duszy,

klęczącej u progu sumienia.

Spod powiek wydostaje się

cierniste spojrzenie; wzrok tak nieubłagany,

że umiera słońce, księżyc staje się

nieudanym uśmiechem.

Nie chciałam kochać

aż po tęsknotę.

Nie mogłam iść, gdy wszyscy wokół

szukali własnych poboczy.

Pamiętam, jak dotykałam twoich znamion,

najpiękniejszych skaz,

dla jakich mogłam zasnąć

w nieznane.

Wciąż lubię w tobie rzeczywistość.

Nadal lubuję się w pragnieniu,

które nie pozwala uklęknąć.

Nie umiem podarować ci takiego nieba,

żeby przyniosło

skruchę i pamięć.

A może po prostu zakochałeś się

w nieodpowiednim lustrze?

Może to smutek, nie cisza,

przynosi samotność twoim dłoniom?

Używany uśmiech

Czy powróci taki dzień, kiedy twój zapach

osiądzie na mojej napiętej, bladej skórze?

Czy odnajdą się godziny,

gdy zmysły nie mogły dopasować się

do dotyku?

Przypominam to samo słowo,

co przepełniało mnie, gdy marzyłam

o twojej samotności.

Przebieram się nadal

w ten sam używany uśmiech,

ale ciało nie chce ustąpić.

Jesteś, bo wiem, że należy mi się twój lęk,

przeludniona noc.

Trawię skrupulatnie obecność,

każdy gest, każdą myśl - wszystko

ginie bez pożegnania.

Proszę, nie zabijaj snów - potrzebuję ich,

aby móc odpocząć. Przytulam się

wciąż do twojego echa, do pozostałości

po świetle, które niosły w nieznane

twoje łzy.

Rodzi się nostalgia - czy człowiek

jest zbyt odległy, aby móc zapomnieć?

Miłości, dziwna kompanko!

Czy wciąż ukrywasz się za ścianą?

Czy nadal udajesz, że dobrze ci

z uśmiechem?

Nieważne. Liczy się to, że mój czas

zaczeka na ciebie. Że odnajdzie cię

pośród zmartwychwstałych,

mimo że ten świat od dawna nie istnieje.

Krzykliwa cisza

Wciąż zmagam się z gromką rzewnością,

która drażni krzywdy,

choć upływają tysiąclecia

od końca mojej autobiografii.

Wciąż walczę z twoją ciszą, choć rozumiem:

łzy potrzebują za dużo.

Kłaniam się nisko żądzom.

A może to wina puenty,

zadanej zbyt skwapliwie?

Może to przyczyna, może kamień węgielny,

który powołał do życia

ostatnią chmurną gwiazdę?

Nie mogę zanurzać się w tobie tak,

abyś pozbywał się przyszłości.

Rzeczywistość?

Wciąż kojarzy się z językiem,

jakiego nikt tutejszy nie rozumie.

Teraźniejszość?

Tak, pamiętam, jak nas odwiedzała...

Garnęła się i udawała, że wszystko

jeszcze za nami.

Odległy świt zamykał spojrzeniem księżyc,

co wciąż marzy o własnej nocy.

Czy przyszedłeś tu, aby podziwiać

moją tęsknotę?

A może, żeby zrzucić ze skroni

uśmierconą wiarę?

Nie wiem, czy kiedyś dla ciebie zatańczę.

Nie wiem, czy obudzę

w niewłaściwym niebie.

Wiem jedno: wszystko odszuka drogę

ku spełnieniu, ku krzykliwej ciszy,

która może mi ciebie podarować...

Niecierpliwość sekundnika

Jestem. Znów tu jestem, z całych sił,

bezsenna i nienapoczęta...

Pojawiłam się ponownie,

cała w deszczu,

mgłach i twoich pocałunkach.

Jątrzy się serce,

sprzedane po zbyt okazyjnej cenie.

Spopiela dusza, wydarta dotkliwie

zagubionemu ciału.

Niezbyt czułe są dziś moje łzy - płyną

po niewłaściwych policzkach.

Bawię się sumieniem tego świata,

rozkoszuję niebem, co wciąż

zderza się z ziemią.

Wszystko to, ponieważ zwyciężyła

wolność.

Wolność, sentyment, przebudzenie -

dokładnie w tej kolejności.

Nabyłam dziś na rynku

używany czas; skusił bezdech tarczy,

niecierpliwość sekundnika.

Ocknęłam się w nietrafnym mieście -

dokładnie tam, gdzie ciebie nie ma.

Wciąż drzemie we mnie

nadzieja, ofiarowana zbyt długim nocom,

jeszcze dotkliwszym porankom.

Ciężko, ciężko

jest śladom stóp -

wiodą w doliny, gdzie ostatnio

widziałam twoje słońce.

Tam też czeka na mnie jedyna chwila,

którą pragnę ci na zawsze zadedykować.

Chwila cudowna

jak wieczność, jak trwoga,

w którą dzięki tobie wierzę...

Rozebrany z poematu

Pozostawiam na twoich nadgarstkach

wyposzczone oznaki pożądania.

Przynoszę powiekom

uśmierzenie po tęsknocie,

do warg przytwierdzam szept,

aby kolejny zmierzch nie dobiegł końca.

Rozbieram cię do naga

z wykwintnego poematu,

przyglądam się

smutnym i potulnym zmysłom,

tak głuchoniemym.

Biorę do ręki milczącą dłoń, śledzę

ruch linii papilarnych - linia życia

pęka w połowie.

Przyglądam się chętnie

kuszącej linii obojczyka, próbuję zapamiętać

wąskość bioder.

Znów zwracam się w nieznanym języku

do zalążka namiętności,

znów przekrzykuję pasję,

co nadal wyważa moje drzwi.

Tak, przywidziałeś mi się

po raz kolejny. Niezmiennie jątrzy się

we mnie noc, którą zadedykował

nam świat, abyśmy zdołali pokochać

się nawzajem.

Fantazja wypełnia

każdą moją niecną myśl,

każde ciężkie spojrzenie,

nienasycone westchnienie.

Jest mi ciepło, coraz goręcej,

mimo że za rogiem czai się pierwszy dzień zimy.

Nic dziś nie zburzy

mojego nienasycenia, nic nie przekrzyczy

subtelności, z jaką zwracam ci ciało,

oddaję duszę.

Pozostaniesz tak niedaleki,

że wkrótce przyśnisz mi się jeszcze raz.

Przesycona pieszczota

Nie jestem tą myślą, co zabłądziła

podczas poszukiwania słowa.

Nie jestem tym ciałem,

jakie pozbyło się nietrwałej duszy.

W moich żyłach płynie

kolejna nieprzespana noc - zmysły

ocierają się o skraj świata,

tak przypadkowo

nadany twoim stopom.

Melancholia - wydarta prosto z piersi

pierwszego jesiennego wiatru,

pozbawiona prawa do samotności -

szumi dźwięcznie,

zamienia się w przesyt,

który przywróci wieczność.

To, co dotąd było tobą, dziś

obraca się w sen, dla jakiego ciągle marzę,

za jakim się uganiam.

Smutne jest to przedstawienie,

kiedy tęsknota przywdziewa imię czasu.

Tysiące kilometrów dzielą mnie wytrwale

od pełnej jedności z niebem;

za rogiem czai się ziemia,

z którą tak boleśnie się witam.

Powracam, jutrzenko,

moja porzucona bliskości!

Jestem i czekam,

aż pozwolisz mi usłyszeć wołanie

twojego cienia.

Pielęgnuję w sobie zarodek dnia,

ślad po świetle, który nie rozumie

bicia mojego serca,

zmęczonego oddechu,

przesyconej pieszczoty...

Nie mogę wciąż iść

Wraz z tobą przybliża się do mnie

zewnętrzny świat.

Wraz z tobą powraca noc -

przyniesie pokrzepiający sen.

Nie wierzę tutejszym chmurom,

że wkrótce upadnie horyzont,

rozstąpi się czasoprzestrzeń.

Upływa ze mnie samotność tak nikła,

że upadają anioły, chyli się piedestał

śmierci.

Nie mogę wciąż iść

na przekór wzgórzom, wbrew dolinom,

ozdabiającym moje niepoprawne,

zmyślone ścieżki.

Dziś ciało jest nieprzyzwyczajone

do dotyku. Dziś serce bije,

choć mijają dosadne lata.

Nie chcę opowiadać ci kłamstw,

w jakich rodzi się zalążek

świeżej bliskości.

Zadowalam się kartką wyrwaną z kalendarza,

upajam godziną,

która wciąż dzieli od jutra.

Nie narodziłam się wbrew tobie.

Dzięki tobie kwitną moje palce,

głodne naskórka.

W sen obróci się poranek -

do niego nieubłaganie powracam,

choć dzielą mnie przepaście,

dzielą przystanie;

tam drzemią moje rany, zbyt świeże,

by mówić o miłości...