Cztery Żywioły, czyli autostopem dookoła Islandii - Joanna Maślankowska

-
Proszę czekać

Pogoń za wolnością

"Dlaczego nie wpisał Pan na listę wszystkich wodospadów wartych zobaczenia? - zapytała rosyjska profesor swojego konsultanta turystycznego. - Bo to tak, jakbym wpisał na listę "must see" każde drzewo w Rosji.

Rzeczywiście, wodospadów jest tu podobno więcej niż samych Islandczyków. Wyspa zadziwia na każdym kroku. Budzi wyobraźnię, porusza zmysły, zmusza do refleksji. Refleksji nad potęgą natury, siłą przyrody, przy której człowiek przestaje mieć większe znaczenie. Ta mała wyspa smagana wiatrami północy, to miejsce, gdzie stykają się cztery żywioły. Ogień tuż pod stopami, ziemia rozchodząca się niepostrzeżenie w dwóch przeciwległych kierunkach, z każdej strony tryskająca woda i powietrze. Nawet w tym momencie wiatr rzuca naszym namiotem w każdym kierunku, dając do zrozumienia, że jesteśmy tylko gośćmi na tym wciąż jeszcze dzikim terenie.

Nasza podróż wynika chyba z jakiejś zakotwiczonej w DNA pogoni za wolnością i koczowniczym trybem życia. Bo jak wytłumaczyć dobrowolne spędzanie miesiąca pod namiotem w temperaturach często bliskich zera stopni, bez bieżącej wody i tak ważnego dziś facebooka. Ktoś pewnie zarzuci, że to skąpstwo, że będąc na wakacjach nie odmawia się takich podstawowych udogodnień. Kiedy nas to właśnie bawi. Lubimy, czekając na nadjeżdżający samochód, spacerować wzdłuż niekończącej się ulicy, gdzie dookoła rozciąga się widok na ośnieżone szczyty. Wyjątkowo smakuje nam danie zjedzone prosto z ogniska, którego w domowych warunkach bym raczej nie zjadła doszukując się "żył". Mama powtarzała, żeby nie rozmawiać z nieznajomymi. Kiedy to właśnie rozmowy z napotkanymi przypadkiem osobami poszerzają horyzonty, otwierają na świat, na inne kultury, uczą i bawią.

Podczas miesięcznej wyprawy na Islandię przemierzamy nie tylko kolejne kilometry jadąc wokół wyspy. Pokonujemy również miliony lat historii, która utworzyła ten skrawek ziemi. Zazwyczaj brutalna i bez litości. Wypiętrzyła część lądu z dna oceanu, żeby potem rozerwać go na pół. Naznaczona bliznami po burzliwej historii pełnej wybuchów i trzęsień. Smagana arktycznym wiatrem, pozbawiona lasów i urodzajnych gleb. Brzmi złowrogo? To na szczęście nie jedyna twarz Islandii. Łaskawy Golfsztrom łagodzi nieco klimat. Jest jak bon wygrany na loterii. Tego szczęścia nie miała chociażby północna Syberia, która przecież leży na tym samym równoleżniku, a na której słupki rtęci pokazują nawet jakieś paradoksalne -80?C.

Islandia to także soczysta, wiosenna zieleń niekończących się łąk, na których pasą się beztrosko owce, majestatycznych gór poprzecinanych setkami potoków i powietrze tak czyste, że aż prosi się oddychać pełną piersią. Bez fabrycznych zanieczyszczeń, smogów i tym podobnych wytworów ludzkiej egzystencji.

Każda część Islandii ma coś do zaoferowania. I nie są to trzy przereklamowane atrakcje, przed którymi wejścia broni kasa biletowa. Każdy rejon to kolejne wrażenia zakotwiczone w pamięci długotrwałej. Wychodząc ze słusznego założenia, że skarby natury powinny być dostępne dla każdego, nie pobiera się opłat za wejście na lodowiec, czy możliwość podziwiania tworów geotermalnych wyglądem przypominających scenerie z filmu Science Fiction.

Ogień i lód turystycznego południa

Pierwsze godziny tuż po lądowaniu w Keflaviku są jakieś dziwne. Nieswojo czuje się człowiek z wielkiej metropolii, który właśnie znalazł się po środku niczego, w koło rozciągają się porośnięte mchem puste połacie, a wszystko co mu potrzebne do życia ma na plecach. Łatwo jest przynajmniej złapać pierwszego islandzkiego stopa. Zero zabudowań, o pobocze nie trudno. Po kilku minutach rozpoczyna się jedna z najlepszych autostopowych przygód w naszym życiu. Pełna zachwytu i ekscytacji. Pełna lekcji pokory i szacunku do natury. Pełna dobrych ludzi i pięknych gestów.

Jak się okazuje, pierwszy zatrzymany pojazd prowadzi profesor z Danii, który przyleciał do Islandii wraz z grupą naukowców, aby badać zmiany klimatu na wyspie. Moja geograficzna dociekliwość każe mi wytężyć mózg, przestawić myślenie na j. angielski i wypytać profesora co i jak. Okazuje się, że trawa o tej porze roku to wyjątkowo niepokojące zjawisko. Normalnie zieleń zalewa wyspę w czerwcu-lipcu. A tu skandal! Maj i trawa już urosła...

Nasza miesięczna wyprawa po Islandii zacząć się miała w Reykjaviku. Duński kierowca nie wjeżdża do samej stolicy. Wysiadamy więc pod miastem myśląc, że został nam krótki spacerek do przejścia. Niestety podczas każdej wyprawy zauważam u nas tendencje do niepotrzebnego "spacerowania" kilku ładnych kilometrów. Jak się okazuje do samego Reykjaviku mamy 10 km. Nieprzyzwyczajone plecy aż skrzypią pod naporem plecaków, a każdy przystanek autobusowy po drodze to nie tylko schron przed deszczem i wiatrem, ale i szansa na zbawienny odpoczynek. W końcu docieramy do samej stolicy Islandii. Miasto niestety nas nie powaliło. Oczywiście ma typowy północny charakter, ale my w głowie mamy już tylko te wszystkie cuda natury, które widzieliśmy na zdjęciach. Najbardziej charakterystyczna budowla - kościół Hallgrímskirkja zbudowany na wzór jednego z bazaltowych wodospadów, to rzeczywiście dość oryginalny projekt. Samo centrum to deptak z setkami sklepów z pamiątkami, swetrami z owczej wełny i pubami. Nam jednak niezbędny jest sklep ze sprzętem turystycznym. Trzeba coś jeść przez miesiąc, więc butla gazowa jest niezbędna. Żeby znaleźć pasujący nam sprzęt trzeba się trochę nalatać. Ja jako osoba, która nie rozchodziła butów przed wyjazdem i teraz nie może ruszać stopą, zostaję na ławce, a Adaś rusza w poszukiwaniu potrzebnego ekwipunku. I tak sobie siedzę, czytam książkę, obserwuje ruch uliczny i zapadający zmrok (wtedy myślałam jeszcze, że w nocy jest ciemno). I nagle podchodzi niczego sobie młodzieniec.

- Cześć, skąd jesteś? - pyta z zawadiackim uśmiechem.

- Cześć, z Polski - odpowiadam lekko zaskoczona.

- Chcesz iść ze mną do łóżka? - zadaje pytanie chłopak jakby pytał o drogę.

Wręcz odebrało mi mowę. Ta bezpośredniość była chyba celowa, żeby od razu zwalić dziewczynę z nóg.

- Sorry, jestem z Północy, musisz mnie zrozumieć.

Później miałam już wrażenie, że każdy chłopak z brodą przechodzi obok mnie z tą samą myślą. W końcu wszyscy oni są z Północy. Niezłe mi powitanie.

Po bezowocnych poszukiwaniach butli, przyszła pora na rozejrzenie się za noclegiem. W informacji turystycznej zakupujemy bilet wielkości naparstka (350 koron) z zamiarem wyjechania na wylotówkę w stronę wschodnią. Wyspę będziemy bowiem objeżdżać przeciwnie do wskazówek zegara. Niewielkie wzgórze wśród DRZEW wydaje się być idealnym miejsce. Dlaczego DRZEW? Bo to pierwszy z dwóch razy, kiedy widzieliśmy na Islandii coś w rodzaju mini lasku z "normalnymi drzewami". Jest to zjawisko tak rzadkie, że już nieduże połacie lasu znajdują się pod ochroną. Na wyspie istnieje jeden większy obszar leśny. Hallormssta?ur to park narodowy o powierzchni 740 ha. Gdyby nie wpływ człowieka, który w 872 roku przypłynął na porośniętą dziewiczym lasem liściastym Islandię, pewnie w większości spalibyśmy w namiocie skrytym pod drzewami. Niestety destrukcyjny wpływ istoty myślącej, zmienił nieodwracalnie środowisko Islandii.

Darmowy fragment