Cztery strony drzewa - Iza Klementowska

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (28,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Za sied­mioma gó­rami Kar­ko­no­szy

.

Obraz drzewa dzie­lił mi się na ka­wałki. Pa­trzy­łam w górę i nie po­tra­fi­łam doj­rzeć nieba. Ga­łę­zie lipy roz­kła­dały się tak gę­sto oraz sze­roko, że cho­ciaż skrę­ca­łam głowę w prawo i w lewo aż do bólu karku, to i tak nie umia­łam ob­jąć ca­ło­ści. Dziś my­ślę, że dla­tego, że by­łam mała. Kiedy po raz pierw­szy świa­do­mie do­strze­głam drzewo jako ży­jące, mało ru­chliwe stwo­rze­nie, mia­łam może pięć lat.

- Czy deszcz je boli? - spy­ta­łam bab­cię, bo mimo że lało jak z ce­bra i świata zza ściany spa­da­ją­cej wody nie było wi­dać, sie­dzia­ły­śmy na ławce przed wej­ściem i na­wet kro­pla na nas nie spa­dła.

Kot Mru­czek, po ty­gry­siemu prąż­ko­wany, mył łapę za łapą i tylko pry­chał, kiedy do­cho­dziła do niego para wodna. Było go­rąco, lato, po­nad trzy­dzie­ści stopni, więc spa­da­jąca woda od razu za­mie­niała się w cie­płą mgłę. Ob­li­zy­wa­łam wargi po­dob­nie jak kot.

- My­ślę, że li­pie jest tylko cięż­kawo, bo deszcz pada i pada, i wszystko za­trzy­muje się jej na li­ściach. - Bab­cia rów­nież spoj­rzała w górę. - To nasz pa­ra­sol.

Wtedy my­śla­łam, że drzewo jest bar­dzo dzielne. Kiedy pod­ro­słam, a ono wciąż za­trzy­my­wało wodę, za­sta­na­wia­łam się, jak to moż­liwe, że nie ugina się pod jej na­po­rem. To pod nim sły­sza­łam bajki, nie wiem do końca, czy wy­my­ślane przez bab­cię, czy nie, ale za­wsze wy­stę­po­wało w nich ja­kieś drzewo. Naj­bar­dziej utkwiła mi w pa­mięci baśń braci Grimm, chyba dla­tego, że lipa przy­po­mi­nała owo wiel­kie drzewo z przy­po­wiastki, i za każ­dym ra­zem, kiedy na nią pa­trzy­łam, wi­dzia­łam w niej ko­bietę z opo­wie­ści:

Pew­nego razu w środku ogrom­nego lasu zbóje na­pa­dli na prze­jeż­dża­jące tam­tędy wozy bo­ga­tego pań­stwa. Za­bili wszyst­kich, któ­rych zo­ba­czyli. Służka zdą­żyła wy­sko­czyć z jed­nego z wo­zów i ukryć się za drze­wem. Kiedy zbój­nicy po­szli ze zra­bo­wa­nym łu­pem, wy­szła z ukry­cia i do­piero wtedy zo­ba­czyła, że jej pra­co­dawcy wraz z in­nymi słu­żą­cymi nie żyją. Za­częła pła­kać, nie wie­dząc, co ro­bić da­lej. Nie znała drogi wyj­ścia z lasu, bała się, że nikt jej nie znaj­dzie i że umrze z głodu. Pró­bo­wała wy­do­stać się z gę­stych za­ro­śli, ale nie było wi­dać ich końca.

Wresz­cie, gdy za­pa­dał zmrok, usia­dła pod drze­wem i po­sta­no­wiła nie ru­szać się z miej­sca, aż coś się wy­da­rzy lub też ktoś ją znaj­dzie. "Niech działa opatrz­ność", uznała. Po ja­kimś cza­sie przy­fru­nął do niej biały go­łąb, w dzio­bie trzy­mał mały złoty klu­czyk. Po­ło­żył go dziew­czy­nie na dłoni i po­wie­dział: "Wi­dzisz tam to wiel­kie drzewo? Jest w nim mały za­mek i gdy otwo­rzysz go tym klu­czy­kiem, znaj­dziesz w nim dość ja­dła, żeby nie cier­pieć dłu­żej z głodu". Służka po­de­szła do drzewa, otwo­rzyła je i zna­la­zła mleko w ma­łej mi­seczce i chleb. Naja­dła się do syta i po­czuła sen­ność. Przy­po­mniała so­bie swoje łóżko w domu pra­co­dawcy i za­pra­gnęła zna­leźć się w mięk­kiej po­ścieli. Wtedy znowu przy­le­ciał go­łąb z dru­gim zło­tym klu­czy­kiem i po­wie­dział: "Po­dejdź do dru­giego drzewa, otwórz je, a w środku znaj­dziesz łóżko".

Dziew­czyna otwo­rzyła za­mek w ko­lej­nym drze­wie i zo­ba­czyła w nim mięk­kie łóżko, po­ło­żyła się w nim i po­sta­no­wiła po­mo­dlić się do Boga, żeby strzegł ją w nocy, po czym od razu za­pa­dła w sen. Rano go­łąb przy­le­ciał po­now­nie, znowu z klu­czem, i za­pro­po­no­wał, żeby otwo­rzyła ko­lejne drzewo, po­nie­waż znaj­dzie w nim suk­nie. Były całe w zło­cie i szla­chet­nych ka­mie­niach i wy­glą­dała tak pięk­nie, jak jesz­cze ni­gdy wcze­śniej w swoim ży­ciu. Uznała, że wła­ści­wie mo­głaby tak żyć już do końca. Go­łąb bo­wiem przy­la­ty­wał co­dzien­nie i za­pew­niał jej wszystko, czego po­trze­bo­wała. Było to do­bre i ci­che ży­cie. Pew­nego dnia go­łąb spy­tał ją, czy zro­bi­łaby dla od­miany coś dla niego. "Z ca­łego serca", od­po­wie­działa dziew­czyna. Ptak po­pro­sił ją, by we­szła do ma­łego domku, w któ­rym miała miesz­kać stara ko­bieta. Służka jed­nak miała nie re­ago­wać na żadne jej słowa, nie zwra­cać uwagi na sta­ruszkę, tylko po­śród roz­rzu­co­nych na stole pier­ścieni z dro­go­cen­nymi ka­mie­niami zna­leźć ten naj­skrom­niej­szy. I przy­nieść go go­łę­biowi.

Dziew­czyna po­szła więc do domu, otwo­rzyła drzwi i kiedy spoj­rzała na star­szą ko­bietę, ta zro­biła wiel­kie oczy i po­wie­działa: "Dzień do­bry, moje dziecko". Pa­mię­ta­jąc słowa go­łę­bia, żeby nie zwra­cać uwagi na ko­bietę, dziew­czyna szła da­lej. Sta­ruszka jed­nak chwy­ciła ją za spód­nicę pró­bu­jąc po­wstrzy­mać przed wej­ściem. "To mój dom i nikt tu nie może wcho­dzić, je­śli tego nie ze­chcę". Słu­żąca uda­wała, że jej nie sły­szy, wy­plą­tała spód­nicę z rąk ko­biety i po­de­szła do stołu z pier­ście­niami. Nie mo­gła jed­nak zna­leźć tego, o któ­rym mó­wił jej go­łąb. Nie po­tra­fiła zo­ba­czyć naj­skrom­niej­szego z nich ani zde­cy­do­wać, który z le­żą­cych mógłby za taki ucho­dzić. Ką­tem oka do­strze­gła, że sta­ruszka pró­buje opu­ścić dom z klatką, w któ­rej sie­dział ptak. Trzy­mał w dzio­bie pier­ścień, o który mu­siało cho­dzić go­łę­biowi. Młoda ko­bieta szybko wy­rwała z ręki star­szej klatkę z pta­kiem i wy­szar­pała mu z dzioba pier­ścio­nek. Cze­kała na go­łę­bia, ale ten się nie zja­wiał. Już za­czy­nała oba­wiać się, że coś mu się stało. Oparła się o drzewo, pra­wie za­sy­pia­jąc. Wy­da­wało jej się, że kora mięk­nie, a ga­łę­zie opusz­czają się w dół, jakby chciały ją otu­lić. Po krót­kim cza­sie po­czuła, że rze­czy­wi­ście jest nimi oto­czona i za­czy­nają zmie­niać się na po­do­bień­stwo ludz­kich ra­mion.

Kiedy od­wró­ciła się, zo­ba­czyła, że drzewo prze­stało być drze­wem, a stało się męż­czy­zną. I to on ją obej­mo­wał. Po­ca­ło­wał ją czule i po­wie­dział: "Ura­to­wa­łaś mnie, uwol­ni­łaś mnie od mocy sta­rej ko­biety - złej wiedźmy, która za­mie­niła mnie w drzewo. Co­dzien­nie przez kilka go­dzin by­łem bia­łym go­łę­biem, a do­póki miała pier­ścień, nie mo­głem od­zy­skać ludz­kiej po­staci". Dziew­czyna ro­zej­rzała się i do­piero wtedy zo­ba­czyła, że po­zo­stałe drzewa i krzewy zmie­niły się w lu­dzi oraz ko­nie. Byli to słu­żący męż­czy­zny, któ­rych on od razu zwol­nił ze służby, by mo­gli żyć i ro­bić, co tylko chcą.

Nie­wiele wów­czas ro­zu­mia­łam z tej bajki, poza tym, że za­czę­łam się drzewa odro­binę bać. Wy­da­wało mi się, że w nocy sta­ruszka wyj­dzie z lipy, za­cią­gnie mnie do środka i nie ze­chce już ni­gdy z niego wy­pu­ścić. Z cza­sem lęk jed­nak mi­nął.

Ro­słam ja, ro­sła i lipa. Stała na­prze­ciwko wej­ścia do domu babci i zda­wało się, że obej­muje nie­mal całą sze­ro­kość bu­dynku, a nad da­chem zwi­sała jak bal­da­chim. Po­trzeba było pię­ciu osób, żeby ob­jąć drzewo w pa­sie, i to też z pew­nym wy­sił­kiem. No­co­wa­łam prze­waż­nie na gó­rze domu, w nie­wiel­kim po­koju, któ­rego okna wy­cho­dziły pro­sto na pierw­szą war­stwę ga­łęzi za­glą­da­ją­cych do środka z cie­ka­wo­ścią, któ­rej w dzie­ciń­stwie tro­chę się oba­wia­łam. Kła­dły na ścia­nach tań­czące cie­nie, o któ­rych rano przy śnia­da­niu ukła­da­łam opo­wie­ści dla dziad­ków.

- To tylko lipa - stu­dził mnie dzia­dek, ale wie­dzia­łam swoje. Wy­da­wało mi się, że drzewo chce mi coś prze­ka­zać, a je­dy­nym na to spo­so­bem jest ge­sty­ku­la­cja ga­łęzi. Cał­kiem jak pan­to­mima.

Lu­bi­łam sia­dać na ławce przed nią i po pro­stu pa­trzeć na drzewo. Albo grać z bra­tem w bad­min­tona w cza­sie desz­czu. Albo rzu­cać psu pa­tyki, gdy pa­dał taki cień, że zwie­rzak nie mu­siał wy­bie­gać na słońce. Był z ro­dzaju tych, co za nim nie prze­pa­dają, choć lu­bią cie­pło.

Ro­słam, a drzewo ro­sło ra­zem ze mną jesz­cze bar­dziej. Każ­dego roku przy­bie­rało ga­łęzi, któ­rych póź­niej, wraz ze śmier­cią dziadka, nie miał kto ob­ci­nać. Ro­sło więc, ni­komu nie wa­dząc i tak, jak so­bie chciało. Ko­rze­nie za­pusz­czone głę­boko w glebę w pew­nym mo­men­cie za­częły na­po­ty­kać mury piw­nicy domu.

- Nie chce uszko­dzić bu­dynku - mó­wiła bab­cia, kiedy ko­rze­nie na­gle za­częły wy­peł­zać spod ziemi je­den po dru­gim, two­rząc swego ro­dzaju ko­rzenny la­bi­rynt, o który w końcu wszy­scy za­czę­li­śmy się po­ty­kać.

Kiedy za­pro­si­łam ko­le­żankę z klasy na kil­ku­dniowe wa­ka­cje, wy­my­śliła spe­cjalny ro­dzaj gry w klasy. Prze­ska­ki­wa­ły­śmy przez na­ziemne pną­cza z nogi na nogę i w ten spo­sób okrą­ża­ły­śmy drzewo nie­wi­doczną, nie­mal pa­ję­czą sie­cią. Lipa szu­miała przy tym za­wsze tak mocno, jakby do­dat­kowo nam dla za­bawy śpie­wała. Nocą zaś można było usły­szeć ryt­miczne ko­ły­sanki. Mil­czała bar­dzo rzadko. Dom stał na wy­so­kim wzgó­rzu na przed­sionku Kar­ko­no­szy, więc nie było dnia, żeby tam nie wiało.

Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że to nie ogromna kuch­nia była na­szym cen­trum dzie­cię­cego wszech­świata, ale wła­śnie owo drzewo. W domu pa­no­wał roz­gar­diasz, w któ­rym po śmierci bab­ci­nego kun­delka rzą­dziły dwa koty. Na piecu pod­ska­ki­wały z go­rąca ziarnka sło­necz­nika w sko­rup­kach, w czer­wo­nym ron­delku do­cho­dziła do sie­bie ja­jecz­nica, po­zo­stałe garnki bab­cia prze­su­wała we­dług zna­nego tylko so­bie sche­matu, który ni­jak nie był usys­te­ma­ty­zo­wany. Tak jak jej czas po­budki oraz za­jęć w obej­ściu. A lipa za­wsze była na swoim miej­scu.

Nie lu­bi­łam stam­tąd wy­jeż­dżać. Nie lu­bi­łam że­gnać się z drze­wem. Za­wsze wy­da­wało mi się, że spe­cjal­nie sy­pie na mnie li­śćmi, żeby po­ka­zać, jak bar­dzo jest mu smutno. Nie po­trze­bo­wa­łam wtedy tego do­dat­ko­wego smutku. Mia­łam wła­sny. Sa­mo­chód ro­dzi­ców zjeż­dżał z góry dość długo i po­woli i za­wsze wi­dzia­łam drzewo jesz­cze do­brych kilka mi­nut, za­nim wy­je­cha­li­śmy ze wsi, za za­kręt. Wtedy na chwilę za­my­ka­łam oczy, żeby wi­dzieć je dłu­żej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki