Rok 1933
- Za moich czasów żyło się lepiej! - Seweryna, odstawiając ze stukiem
porcelanową filiżankę na wyszczerbiony spodeczek, jak zwykle wtrąca się
do dyskusji. - Człowiek żył spokojnie, miał co do miski włożyć...
- Tak, tak... - Teść składa gazetę i wzdycha ciężko, najwyraźniej zmęczony
coraz częstszym narzekaniem żony. - Pod pruskim butem jakoś było lepiej
niż teraz! - rzuca ironicznie. - Dobre sobie!
- A bo ty zaraz wszystko tak dosłownie bierzesz. - Teściowa chudą,
wykręconą artretyzmem i nieładnie upstrzoną wątrobowymi plamami dłonią
odruchowo sięga do hebanowego krzyża, który od lat mości się nad jej
piersiami uwięziony na czarnej aksamitnej wstążce.
Przy każdej nadarzającej się okazji starsza pani z lubością podkreśla,
że nosi go na pamiątkę powstania styczniowego, dodając przy okazji, że
odziedziczyła go po swojej świętej pamięci matce, z którą po prawdzie
miała bardzo kiepską relację, lecz którą w miarę upływu lat wspomina z coraz większą czułością.
Zresztą, odkąd pamiętam, ów przerażający krucyfiks był nieodłącznym
elementem jej stroju, z tą tylko różnicą, że teraz, po latach, spoczywa
na bardziej pomarszczonej i zwiotczałej skórze dekoltu.
- Zaraz tam pod butem, moja... - zacietrzewia się matka Konstantego, a mnie cierpnie skóra, że kolejny raz będę musiała wysłuchiwać kazania o czasach jej młodości.
- Rybeńko, daj spokój. - Hipolit za wszelką cenę usiłuje ostudzić zapędy
małżonki. - Tak piękna pogoda, może wybierzemy się na przejażdżkę?
- Jak mam dać spokój?! - irytuje się coraz mocniej, podnosząc głos, a na
jej szyi pojawiają się brzydkie czerwone plamy. - Jak wszędzie taka
drożyzna, że nim się człowiek obejrzy, to już sakiewkę ma pustą? I zupełnie nie pojmuję, dlaczego ty, moja droga, nie pomyślałaś o tym,
żeby kupić bawełnę na sukienki dla wszystkich dziewczynek? Wzięłabyś
więcej, to pewnie spuściliby ci z ceny. Przeoczyłaś znakomitą okazję.
Goldbaum mówił, że to towar spod lady, dla wyjątkowych klientów. Tańszy,
a lepszy. - Spogląda na mnie z góry, najwyraźniej sycąc się myślą, że
jest kimś lepszym, przynajmniej w oczach kupca bławatnego.
- Każdemu pewnie wciska taki kit. - Hipolit uśmiecha się pod wąsem i puszcza do mnie oko.
Jego również czas nie oszczędził, lecz w przeciwieństwie do żony, która
w duchu już mości sobie poduszkę w trumnie, on postanowił czerpać z życia garściami, nadrabiając to, czego nie zdążył albo nie miał odwagi
zrobić w młodości.
Archeologia i namiętne przekopywanie naszej ziemi poszło w zapomnienie,
wyparte zafascynowaniem techniką, szczególnie motoryzacją. Starszy pan
kupił specjalne brązowe, skórzane rękawiczki i pilotkę do kompletu,
przypominającą tę noszoną przez lotników, biały jedwabny szal i z wdziękiem jeździ po mieście i okolicy swoim najnowszym nabytkiem -
połyskliwym citroënem "Rosalie", który ponoć, jak zapewniał producent,
bije rekordy na torach wyścigowych. Co w moim odczuciu nie jest żadnym
argumentem, bo teść przecież nigdy z nikim się nie ścigał i mam nadzieję
ścigać się nie będzie. Dla mnie ważniejsza jest wygoda i pod tym
względem auto się sprawdza.
Gdy teściowa biadoliła, że wydał na samochód fortunę, i przypominała mu
o krachu na giełdzie w Stanach Zjednoczonych, wieszcząc nieszczęście,
które zaraz pewnie również dotknie boleśnie nasz kraj, perorując, że
taki wydatek w obliczu panoszącej się za oceanem biedy nie przystoi,
tylko wzruszył ramionami, a jej komentarz bynajmniej nie skłonił go do
żadnej refleksji. Po prostu jest przekonany, że w jego wieku nie sposób
sobie czegokolwiek żałować. A ja uczciwie muszę powiedzieć, że w przeciwieństwie do teściowej, która nigdy pracą się nie skalała, on zbił
majątek ciężką pracą.
Citroën "Rosalie", model z 1932 roku
Seweryna spogląda na mnie oskarżycielsko, dając jak zwykle do
zrozumienia, że była lepszą matką i panią domu. Mam nadzieję, że moje
milczenie zakończy temat, lecz ona świdruje mnie tymi małymi,
bladoniebieskimi oczkami, zatopionymi w kraterach zmarszczek,
dopominając się odpowiedzi.
- Czy ty słyszysz, co mówię? - niecierpliwi się.
- Tak, mamo, słyszę, ale nie mam siły na dyskusję. Wybacz.
- A widzisz! - Tryumfująco wystrzeliwuje w moją stronę długim, kościstym
palcem wskazującym. - Przyłapałam cię! Musisz przyznać, że mam rację, a ty zwyczajnie przegapiłaś znakomitą okazję!
- Nie wydaje mi się. Poza tym tylko Wiktoria potrzebuje nowego ubrania,
to znaczy sukienki - bąkam pod nosem, bo nie mam zamiaru wchodzić z nią
w dalszą polemikę. - Ostatnio znowu urosła.
- W takim razie, nie wiem, czy w ogóle potrzebuje nowego stroju! -
przyjmuje mentorski ton. - Za moich czasów, jak panna dorastała, to
cieszyła się z tego, co jej po matce skapnęło. Gdyby twoją garderobę
nieco odchudzić, to Klara z pewnością skróciłaby i zmniejszyła sukienki
dla Wiktorii.
Klara mieszka z nami od wielu lat. To nasz kuchenny duch domu, który
zajmuje małą służbówkę obok kuchni i potrafi z niczego wyczarować
najpyszniejsze dania, w wolnych chwilach zaś zajmuje się szyciem, z czego chętnie korzystamy, płacąc jej dodatkowo za niewielkie przeróbki.
Naszej kucharki zazdrości nam sama hrabina Babińska, a ja za żadne
skarby, choć Klara bywa marudna i męcząca, nikomu bym jej nie oddała. Ze
zdumieniem odkrywam, że jednym z moich klejnotów, obok męża, dzieci i brylantowych kolczyków, jest właśnie ona.
- Ależ ja nie mam zamiaru się niczego pozbywać! - protestuję tym
gwałtowniej, że nie pamiętam, kiedy ostatnio coś nowego do mojej szafy
trafiło.
Może kryzys końca lat dwudziestych nie dotknął nas tak bardzo jak
innych, ale mimo że uchodzimy za zamożnych, musimy liczyć każdą
złotówkę, którą przed wydaniem dokładnie oglądamy z każdej strony,
zastanawiając się, czy zakup jest konieczny. Tamten niepokój, choć
najgorsze mamy już za sobą, a teraz nawet potrafimy z tego żartować,
położył się cieniem na naszej duszy. Strach przed bankructwem zagościł w nas na dobre i nie pozwala swobodnie dysponować funduszami, tak że do
dziś analizujemy każdy większy wydatek.
Bronisław Gozdawa, broszura "Skutki kryzysu", 1932 rok
Gdy widmo biedy zaglądało nam w oczy, siłą rzeczy ograniczyliśmy do
minimum wszelkie potrzeby, a tym bardziej fanaberie, i przyzwyczailiśmy
się do skromnego życia, ale przecież nie chodzi o to, by wszystkiego
sobie odmawiać!
I choć bardzo cieszyliśmy się i nadal cieszymy z odzyskania
niepodległości, to życie na nowych warunkach, w "nowym" państwie, nowej
Polsce, od samego początku nastręczało problemów. Kryzys nas nie ominął
i zepchnął wielu rodaków w ubóstwo i życie na skraju nędzy.
Potężna, niedająca się powstrzymać inflacja w 1923 roku ewoluowała w hiperinflację1, gdy ceny podstawowych produktów wzrosły
co najmniej o połowę, tak że popularne produkty, jak choćby masło,
cukier, sól i zapałki, dla wielu stały się dobrami luksusowymi. Na
wsiach chłopi dzielili zapałkę na czworo albo biegali do sąsiada po
palącą się szczapkę drewna. Na buty stać było nielicznych szczęśliwców,
a w chałupach panował w zimowych miesiącach taki ziąb, że aby dzieci nie
zamarzły, wkładało się je w worki z sieczką, niczym w puchowe kołdry,
tak że wystawały im tylko głowy.
Zupa z maku
Szklankę maku, 1/3 szklanki ryżu i rodzynek bez pestek (sułtanek) i 10
migdałów sparzyć, każde z osobna gorącą wodą, odcedzić.
Mak zemleć w donicy na sucho, zalać zimną wodą i przelać przez gęste
sitko albo płótno, aby plewy zostały.
Ryż tak samo zemleć na masę w donicy, włożyć do mleczka z maku, dodać
wedle potrzeby wody, aby był dobry litr, albo jeszcze lepiej mleka, i dobrze zagotować, kładąc oczyszczone rodzynki. Na zmielone migdały
przelać ugotowaną zupę, dodać soli i cukru wedle upodobania.
Zupa z konopi
Pół funta konopi zalać litrem wody i 10 minut gotować, potem odlać z wody i utrzeć miałko w donicy, rozprowadzić litrem wrzącego mleka,
osłodzić i zagotować.
Po zagotowaniu przecedzić i trochę przestudzoną podać2.
I choć w naszym domu mięso, w tym ulubiona dziczyzna teścia, pojawiały
się na stole, to zwykli chłopi w tamtym czasie raczej mięsa nie jedli.
Jednodaniowe posiłki przygotowywano według wynikającej z ubóstwa zasady,
że "Chłop je mięso, kiedy kura chora albo on chory", a na stołach
gościły cienkie barszcze, polewki i zalewajki na bazie suchego chleba
oraz tak zwane breje, czyli cienkie zupy z mąki i kaszy, i w cenie było
wszystko, co dało się zebrać na łąkach i w lasach: wszelkie grzyby,
szczaw i jagody. Powszechnością, nie tylko wiejską, stawało się jedzenie
młodych pokrzyw czy też lebiody. Jeśli uzmysłowić sobie, że polski chłop
w latach dwudziestych zjadał statystycznie zaledwie dziesięć kilogramów
mięsa w roku, da to obraz nędzy, w jakiej tkwili ci ludzie.
Książka kucharska należąca do Florentyny
"Ilustracja Polska" z 1934 roku, nr 15
Chłopi to, co udało im się wyprodukować: jaja, drób, zboże, sprzedawali,
bo uprawianie roli też wymaga pieniędzy.
Rozmiary katastrofy w dobitny sposób uświadomiła mi podarowana przez
Konstantego książka Pamiętniki chłopów, bo choć my dbaliśmy i dbamy o naszych pracowników jak możemy, wiemy, że nie każdy ma takie same
możliwości i że zwłaszcza za Wisłą sytuacja w czworakach była bardziej
niż dramatyczna.
Kiedyż zadnieje? To pytanie gości obecnie na ustach chłopa polskiego,
harującego od świtu do nocy i zrozpaczonego. A właściwie brzmi ono:
kiedy skończy się kryzys! Ten straszny kryzys, który jednych, ongi
zamożnych, postawił wobec ruiny; u innych wniwecz obrócił nadzieję
wydobycia się ze szponów długu zaciągniętego na kupno ziemi lub konia;
jeszcze innych, którzy przed kryzysem biedowali, pogrążył w zupełnej
nędzy, pozbawiając ich jakiejkolwiek możliwości zarobku. "Chłop bez
butów, konie bez podków, a koła wozowe bez obręczy" - oto dosadny obraz
wioski skreślony piórem jednego z pamiętnikarzy. "Nieraz bez ognia, bez
światła, co więcej, bez jadła spać się kładziemy, a nazajutrz to samo -
nieraz się modlimy, może kiedyś kryzys minie!". A jednak każdy z nich
trwa w pracy na swoim zagonie i wiąże ciężki snop swego życia, jak w innych okresach wiązał go niegdyś jego ojciec i jego dziad. Wzorem
mrówki, która nie opuszcza zniszczonego mrowiska, tylko natychmiast ima
się jego odbudowy, tak samo chłop ongiś krzątał się, aby spłacić
rodzeństwo po objęciu schedy, harował, żeby kupić krowę, konia lub nabyć
kawałek gruntu. Niezamożniejszy brał wszelki zarobek, który się
nadarzał, a grosz zapracowany kładł w budynki, w inwentarz. Krzątał się
z uporem, z wytrwałością mrówki.
Swego rodzaju siłacz! Pamiętniki przejęły mnie jak największym
poważaniem dla tego źle odzianego, źle odżywianego dzisiaj, ale upartego
siłacza-pracownika, który brak rzutkości i wiedzy rolniczej zastępował
wysiłkiem i oszczędnością. Może znużony niekiedy w trosce o jutro rzucał
pytanie: kiedy zadnieje, przecież żywił nadzieję, że kiedyś to się
stanie. Kryzys go powalił: ceny spadły, zarobków nie ma. Przez wiele lat
spłacał dług zaciągnięty na szmat kupionej ziemi, dzisiaj sprzedaje go
za pół ceny, ażeby ocalić się od nadmiernego ciężaru, i okazuje się, że
mimo pozbycia się gruntów i spłat wieloletnich jest jeszcze coś winien
za tę dzisiaj już nie jego ziemię. Dawne dobrodziejstwa przekształcają
się w przekleństwa: dobrodziejstwem była komasacja - chłop nie wątpił,
że po latach pracy wydobędzie się z kosztów melioracji i spłaci
pieniądze, które pożyczył był na budynki na nowej sadybie. Obecnie nie
może temu podołać. I wprost spełniają się słowa ojców naszych, którzy
mówili, iż przyjdą czasy, że ludzie od swych majątków uciekać będą.
Przygnębiony, nie pyta nawet, czy zadnieje, i haruje, ażeby nie dać się
idącej od kryzysu nędzy. I znowu na pozór staje się zadość życzeniu:
byle byłaby polska wieś "zaciszna", byle polska wieś "spokojna". Tak,
zaciszna od apatii, spokojna wśród głodu! Tylko tu i ówdzie spośród niej
ktoś idzie na żebry. "Spotkałem młodego chłopaka, który z pobliskiej wsi
wybrał się na żebry. Kiedy do mnie zaszedł, jako do pierwszego domu,
gdzie mu wypadło mówić o wsparciu - zemdlał, zalał się łzami rzewnymi i wrócił do domu, a miał chorą matkę staruszkę!"3.
Nie pojmuję, dlaczego wszechwiedząca teściowa nie dostrzega tego
wszystkiego, co się dzieje wokół nas? To, że mieszkamy w dworku, mamy
dość spory majątek, który jest w stanie wykarmić nas i ludzi z czworaków, nie powinno znieczulać nas na los innych ani skłaniać do
szastania pieniędzmi!
Ta kobieta zdaje się żyć w bańce mydlanej, chroniona przez teścia, który
o kłopotach woli rozmawiać z synem niż z małżonką, a główną jej troską
jest zakup modnej sukni czy kolejnych zbędnych bibelotów do domu i zorganizowanie spotkania towarzyskiego, żeby mogła się pochwalić nowymi
kurzołapami, jak mawia Klara.
Lata dwudzieste nie przyniosły wypatrywanej z niecierpliwością poprawy
sytuacji. Dopiero gdy Władysław Grabski, minister skarbu w latach
1919-1920 oraz w 1923 roku, premier Rzeczpospolitej od czerwca do lipca
roku 1920 oraz w latach 1923-1925, wraz z Eugeniuszem Kwiatkowskim,
ministrem przemysłu i handlu w latach 1926-1930, zaczęli odważniej
wprowadzać reformy, zapaliło się światełko optymizmu.
Banknot z 1923 roku o nominale pięciu milionów marek polskich
Doskonale pamiętam, co się działo ponad dziesięć lat temu, i to odbiera
mi spokój do dziś; od czasu do czasu rodzi się we mnie panika, że tamto,
nie daj Boże, może się powtórzyć.
Kurs dolara rósł do coraz bardziej niepokojącego do poziomu 17 tysięcy
marek polskich, a po zabójstwie prezydenta Gabriela Narutowicza 16
grudnia 1922 roku osiągnął kuriozalną kwotę 33 tysięcy marek. Oczywiście
dodruk pieniędzy nie zdał się na nic, pogłębiał tylko zapaść i sprawił,
że w moim pugilaresie pojawiły się banknoty o nominale 10 milionów marek
polskich! To był dla nas wszystkich ogromny szok.
Nie wiem, jak potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie duet tych
wizjonerów4. Cieszyłam się z tego, co mamy, i żyłam z dnia
na dzień. Nie zastanawiam się też, co by było, gdyby Grabski porozumiał
się ostatecznie z Wincentym Witosem i nie zrezygnował ze stanowiska.
Wychodzę z założenia, że jeśli nie mam na coś wpływu, nie roztrząsam
tego nadmiernie. Inna sprawa, że te rzeczy niestety zazwyczaj mają wpływ
na mnie i na naszą rodzinę.
"Dziennik Bydgoski" z 5 lipca 1925 roku
Dość się naczytałam pełnych pretensji albo też nadziei artykułów w gazetach, po których nie potrafiłam spać spokojnie, by teraz toczyć
walkę z teściową, która nie ma pojęcia, jak trudno jest utrzymać
dotychczasowy status i wygodny poziom życia.
- Czy ty mnie słuchasz? - Teściowa wyrywa mnie z zamyślenia.
- Proszę?
- Mówię do ciebie i mówię, a ty nic! To bardzo niegrzeczne. Ja swoje
dzieci wychowałam...
- Tak, tak, wiem. Przepraszam, zamyśliłam się.
- Dobre sobie. A nad czym niby tak dumasz?
- A tak się tylko zastanawiam...
- Ach, daj spokój! - Macha lekceważąco ręką, jakby moje przemyślenia nie
były nic warte. - To pewnie nic istotnego. Lepiej powiedz, co myślisz o tym, żeby zapoznać Wiktorię z synem Sobiepolskich. Mają kamienicę...
- Mamo, przecież ona ma dopiero siedemnaście lat!
- I co z tego? Ja w jej wieku miałam już narzeczonego. A powiem ci,
jeśli mam być szczera, że najładniejsza nie jest.
Reklama prasowa
I mówi to kobieta o Wiki, która wygląda jak zdarta z niej skóra! Jest
jak dwie krople wody podobna do matki Konstantego i gdy siedzimy razem
przy stole, dziewczynki z babcią wyglądają jak jeden organizm na różnych
etapach rozwoju!
- Przecież wszystkie są do mamy bardzo podobne! - Irytuję się i puszczają mi nerwy, najchętniej zdzieliłabym ją przez głowę książką
kucharską, którą przeglądam.
- Wypraszam sobie, ja nigdy nie byłam takim sowizdrzałem! Mam wrodzone
grację i klasę, poza...
- Matka, co ty pleciesz?! - Teść z rumorem odsuwa krzesło, podchodzi do
Seweryny, nachyla się i mówi dobitnie jak do dziecka: - Flora ma rację,
moje wnusie są podobne do ciebie! To najśliczniejsze dziewczęta i nie
pozwolę powiedzieć na nie złego słowa! Rozumiesz?
Różowe horoskopy premiera Grabskiego
Pożyczki nasze stoją dobrze. - Podwyższenie ceł. - Przesilenie na
Górnym Śląsku. - Równowaga budżetowa nie jest u nas zachwiana.
Warszawa, 3.7. (PAT) Na dzisiejszym popołudniowym posiedzeniu sejmowej
komisji budżetowej zabrał głos premier Grabski, który na wstępie
polemizował z posłem Moraczewskim w sprawie rychłej odbudowy kapitału
zniszczonego przez wojnę, dowodził, że nawet 25 lat nie będziemy
potrzebowali na odbudowę kapitału przedwojennego, ponieważ odtwarzanie
kapitału nie odbywa się nigdy drogą arytmetyczną, lecz idzie w procesji
geometrycznej.
Dalej premier zbijał zarzut, jakoby nasze pożyczki nie udawały się.
[...] Przechodząc do naszego bilansu
handlowego, premier stwierdza, że konieczne jest tu podwyższenie ceł od
przewozu produktów, które by mogły być u nas wyrabiane, przez co
obroniono by zarobki robotnicze. [...]
Premier ma wrażenie, że idziemy ku lepszemu. Należy także, zdaniem
premiera, liczyć na dodatni wpływ urodzaju, którego dotychczas deszcze i wylewy nie zniszczyły i który nie będzie niższy od średniego, różnica
zaś między zeszłorocznym urodzajem a urodzajem średnim jest miliard
złotych. Dalej premier donosił, że najbardziej niepokojącym u nas
objawem jest sprawa węglowa, gdyż przyjmuje najostrzejszy charakter. Co
tydzień jest gorzej w zagłębiu. Sprawa jest niebezpieczna dlatego, że
stan ten jest dość powszechny w Europie. [...]
Następnie premier stwierdził, że równowaga budżetowa nie jest u nas
zachwianą. Co się tyczy bilonu, to w ciągu 5 miesięcy emitowaliśmy 60
milionów złotych mimo upoważnienia do 120 milionów złotych5.
Pierwszy raz widzę go tak rozeźlonego i w duszy aż rechoczę, że oto
niespodziewanie czułą Żabcię i Króliczka zastąpiła Matka! Swoją drogą,
nieodmiennie się zastanawiam, co też skłoniło teścia, żeby związać się z taką kobietą. A może teściowa z uroczej panienki przepoczwarzyła się w zrzędę dopiero po ślubie? Nie sposób dojść, co wydarzyło się w jej
życiu, że tak zgorzkniała. Co więcej, dlaczego miała tak podłą relację z własną matką? Czy jako córka ją rozczarowała? A jeśli tak było, może
teraz ten żal przelewa na nas?
- A czy ja coś złego powiedziałam? Zawsze mówiłam, co myślę, i nie
zamierzam tego zmieniać! Tak mi dopomóż, Boże Przenajświętszy w Trójcy
jedyny! - Seweryna odruchowo się prostuje, chwyta za hebanowy krzyżyk i wyprężona wbija plecy w oparcie krzesła.
- To może najwyższy czas zastanowić się nad tym, co się mówi! - Teść się
nie poddaje. - Trzeba ponosić odpowiedzialność za słowa.
- Ależ Hipolicie!
- Hipolicie, Hipolicie... proszę, żebyś powstrzymała się od takich
komentarzy. A co do Wiktorii, to na moje oko za chwilę nie będzie mogła
opędzić się od kawalerów, więc chociaż tym możesz przestać się
zamartwiać.
- Ale ja chciałam, dla jej dobra...
- To bądź tak miła i dla jej dobra nie proponuj takich rzeczy. Zresztą z tego, co się orientuję, syn Sobiepolskich jest grubo po trzydziestce, a ich majątek w ruinie. Więc jeśli zależy ci na dobrostanie naszej
wnuczki, radzę się porozglądać w innych kręgach, skoro już musisz
kłopotać swoją siwą głowę.
Wiktoria wyrosła na śliczną, smukłą pannę, która niebawem kończy szkołę
i na dobre wraca z podpoznańskiej pensji Sióstr Sacré C?ur6,
gdzie uczą się jeszcze Zosia z Marysią. Najmłodsza, słabowita Wandzia,
jest z nami w domu i pod czujnym okiem guwernantki przygotowuje się do
dorosłego życia. Myślę, że nie jest i nigdy nie będzie gotowa do
podjęcia pracy, ale jako pani domu, zwłaszcza bogatego, sprawdzi się
znakomicie. Co nie znaczy, że trzy starsze córki mają pracować! Mają być
ozdobami i duchami dobrych, najlepiej zamożnych domów z tradycjami, a staranne wykształcenie ma tylko ułatwić znalezienie odpowiednich partii.
Bardzo ubolewam nad tym, że Wandeczka urodziła się taka słaba. Gdybym
dokładnie wiedziała, kiedy zaszłam w ciążę, byłabym w stanie ocenić, czy
aby na pewno nosiłam ją pod sercem dziewięć miesięcy. Doktor Zakrzewski,
gdy pierwszy raz oglądał noworodka, cmokał nad małą zaniepokojony i bezskutecznie starał się nas pocieszyć, że nawet takie kruszyny w sprzyjających okolicznościach, a my możemy takie dziecku zapewnić,
rozwijają się normalnie. Owo "normalnie" mnie przeraziło, nawet
sparaliżowało. Bo stało w opozycji do "nienormalnie", czyli w przypadku
dziecka należało powiązać to z upośledzeniem, niedorozwojem albo
kalectwem, a na to nie byłam gotowa. Nie wiem zresztą, która matka była
gotowa, ale ja z pewnością nie.
Może przez to chuchaliśmy na najmłodszą z córek, dogadzaliśmy i ustępowaliśmy Wandzie najbardziej i we wszystkim, bojąc się, że
nadmierne emocje mogłyby wywołać niepotrzebną burzę w jej delikatnym
organizmie. A każde rozchwianie mogło zakończyć się gorączką, którą
córka łapała co rusz, i to nie wiedzieć, z czego. W dodatku odkryliśmy z przerażeniem, że jest uczulona na mleko, surowe warzywa i niektóre
owoce, po których ma bolesne rozstroje żołądkowe. Przy niej bliźniaczki
i Wiktoria były niedoścignionymi okazami zdrowia, bo tylko sporadycznie
się przeziębiały.
- A jak mówię, że kiedyś żyło się lepiej, to tak było! - Teściowa unosi
brwi, jednocześnie marszcząc czoło.
- Ty znowu swoje! Co też za pomysły nam tu przedstawiasz?! - Teść
najwyraźniej zamierza zrejterować z salonu, by zakończyć dyskusję, w której za słuszne uznawane są tylko argumenty żony.
- Wychodzisz? - Seweryna spogląda na męża z pogardą. - Oczywiście, jak
tylko braknie ci argumentów, to zwyczajnie uciekasz! - piekli się. -
Może jednak wysłuchasz, co mam do powiedzenia?
- Kochanie, nie chce mi się spierać.
- Wiesz, że taką postawą mnie lekceważysz?!
- Nie miałbym odwagi! - Pokonany ponownie opada na krzesło i niechętnie
popatruje na żonę, zapewne zastanawiając się, z czym będzie mu dane się
zmierzyć. - W takim razie słucham cię uważnie, moja droga.
- I bardzo dobrze. Chciałam powiedzieć, że te zmiany koło katedry wołają
o pomstę do nieba i trzeba coś z tym zrobić. - Chwyta gazetę i macha nią
ostentacyjnie. - Jak tak dalej pójdzie, to gotowi zburzyć wszystko w mieście i na miejscu starego i dobrego wybudować takie dziadostwo jak te
nowe mosty. Czy ty masz pojęcie, ile to musiało kosztować? Majątek!
Nie pojmuję, cóż jest takiego złego w nowo wybudowanym moście, że
teściowa całym sercem go nienawidzi, i czemu on jej przeszkadza. Tym
bardziej że w tej części miasta, w okolicach katedry, bywa sporadycznie
i nie jest zmuszona do przechadzania się nim każdego dnia.
- Kochanie, przecież wiesz, że po odejściu Niemców zastaliśmy w Poznaniu
dwie, niebezpiecznie zbudowane śluzy na Cybinie zwanej Katedralną...
- Wiem, wiem, powtarzasz to w kółko. Wielka powódź na Warcie. - Wydyma
usta z niezadowoleniem. - Zapomniałeś wspomnieć o moście Tumskim z 1886
roku. Znam te twoje opowieści na pamięć jak pacierz.
- Owszem, i nie wiem, dlaczego nie podzielasz naszej opinii.
- Stały tyle czasu i było dobrze.
- Ale w 1924 roku coś się wydarzyło, że ci przypomnę , duszko. Już nie
pamiętasz, jak panikowałaś, że zaleje i naszą kamienicę?
Poznań na rysunku Romana Wohna z 1942 roku
- Zaraz tam panikowałam, zwyczajnie się martwiłam.
- A pamiętasz, jak okropnie zalało Błonia Wildeckie, Chwaliszewo, Ostrów
Tumski z katedrą? Woda niemal go zmyła, więc to oczywiste, że należało
wybudować nową, większą, wygodniejszą i stabilniejszą przeprawę. Most
Bolesława Chrobrego... - teść zaciąga się cygarem; pali je od jakiegoś
czasu z coraz większym upodobaniem, zdradzając swoją wysłużoną drewnianą
fajeczkę. - To niezwykłe, że już rok po powodzi zdołaliśmy go postawić.
- A ja tam wolałam stary. Miał więcej uroku, a jak pomyśleć, ilu ludzi
nim przeszło, ile wozów, dorożek przejechało, to nie sposób ubolewać nad
takim pospolitym rozwiązaniem.
- Dobro ogółu, moja droga, powinno przeważyć nad twoimi sentymentalnymi
wspomnieniami.
- Ja tam zwyczajnie nie lubię tych wszystkich nowinek, udogodnień, jak
to mówisz: nowoczesności. Kiedyś było inaczej.
- Gorzej? - wyrywa mi się niemądre pytanie, które tylko podsyca jej
niechęć i może sprawić, że miałka dyskusja będzie się przetaczać do
końca dnia.
Powódź w Poznaniu w 1924 roku. Woda podmyła tor kolejowy, wskutek czego
wykoleił się pociąg towarowy. Źródło: "Przewodnik Katolicki" z 1924 roku
- A gdzie tam! - Jej surowy wzrok wbija się we mnie ostry niczym
szpilka. - Skoro było dobrze, to nie trzeba było niczego zmieniać!
Dobrze, że chociaż nie postawili na nim pomnika Chrobrego, też ci,
panie, paradny pomysł! Ten cały Cyryl Ratajski7 to mi się
jednak nie widzi.
Zbudowany przez wojskowe władze niemieckie w roku 1886 most Tumski
wadliwy był już w założeniu i miał szereg błędów technicznych. I tak
belki, położone bezpośrednio na filarach, nie posiadają walców do
rozszerzenia dźwigarów przy zmianie temperatury, dlatego też filary
brzegowe, zwłaszcza od strony Chwaliszewa, miały rysy. Most był za niski
i za krótki, wspierał się ponadto na czterech filarach, które taranowały
w razie przybytku wody jej odpływ. Nadbrzeżne mury oporowe tego mostu,
fundowane zbyt płytko na gruncie piaszczystym, nie były ochronione
palisandrami. Wobec przypływu wody, tak niezwykłego przy filarze od
strony Chwaliszewa, powstawały wiry, które podmywały grunt pod murem
oporowym. [...]
Polskie już władze miejskie podjęły tę sprawę i pragnąc uzgodnić
wymagania techniki z estetyką, przystąpiły do opracowania tego projektu.
Pracuje nad nim od 1920 roku inżynier p. Lucjan Bellenstedt. Istnieją
już cztery warianty projektu. [...]
Otrzymujemy następujące pismo od rady miejskiej p. inż. Drozdowicza.
"Uprzejmie prosimy o umieszczenie załączonego pisma:
W bieżącym tygodniu wobec grozy i niebezpieczeństwa powodzi w mieście
naszem zapanowała panika, tak iż poszczególni obywatele i przedstawiciele różnych organizacji społecznych często zgłaszali się do
mnie [...], wskazując na mniemane
niebezpieczeństwo w tym lub innym punkcie miasta, i sieją przez to
panikę, krzyżują planowaną pracę, odrywając uwagę od miejsc faktycznie
zagrożonych. [...]
Tylko z wielkim trudem udaje nam się dotrzeć do ujścia Brdy. Potężna
grobla słynnych urządzeń wodnych ocalała, choć sterczy już tylko o parę
centymetrów ponad olbrzymie jezioro, które powiększyło niemal stukrotnie
ten obszar wodny, na którym normalnie co roku odbywają się regaty". Szum
skotłowanych fal, mętnych i niosących odpadki desek, pni i dobytku
ludzkiego sprawia przygnębiające wrażenie8.
Poznań na rysunku Romana Wohna z 1942 roku
Wiktoria
Babcia jest okropna. Nie wiem, co zrobiła jej mama, ale babka jakby
tylko czekała na okazję, by jej dokuczyć albo powiedzieć coś przykrego.
Staram się jak mogę jej unikać, ale najwyraźniej uwzięła się na mnie, co
chwilę strofując i pouczając. W dodatku wymyśliła, że pilnie powinnam
znaleźć męża, bo skoro mam trzy młodsze siostry, bliźniaczki Zosię i Marysię i najmłodszą Wandę, mogę przegapić swój czas, a potencjalny
absztyfikant z pewnością będzie wolał się związać z którąś z młodszych
Zabierzanek.
- Przestań! - Roześmiana Zośka z zarumienionymi policzkami wpada do
pokoju, unosząc w wyciągniętej ręce słomkowy, powiewający kolorowymi
wstążkami kapelusz Wandy. - Oddaj, bo powiem mamie!
Wanda z grymasem złości, który nieładnie wykrzywia jej twarz i uwypukla
żyłę na lewej skroni, rzuca się na siostrę, by odzyskać swoje ulubione
nakrycie głowy. Zła, że znowu mi przeszkadzają, z hukiem zamykam książkę
Wśród Indian Koroadów Arkadego Fiedlera, w którym ostatnio z mamą się
zaczytujemy, i dyskutujemy wieczorami, jak by to było, gdybyśmy się
urodziły w dzikiej Afryce czy egzotycznej Ameryce, w buszu. Chyba nie
tylko my się tym interesujemy, bo w gazetach często pojawiają się
artykuły z dziwnymi zwierzętami w rolach głównych i ludźmi, którzy w niczym nie przypominają cywilizowanych Europejczyków, tak że dziwimy
się, że jesteśmy jednym i tym samym gatunkiem.
- Skarżypyta! - Piętnastoletnia Zosia cieszy się jak małe dziecko z jej
zdaniem doskonałego psikusa.
Coraz częściej się zastanawiam, jak to możliwe, że z dwojga tych samych
rodziców zrodziły się tak różne osoby.
Zośka jest trzpiotliwa, zawsze uśmiechnięta i czarująca. Szczera do
bólu, przez co nieraz naraziła się przyjaciółkom, które wolałyby słyszeć
tylko komplementy i z trudem przełykają gorzkie słowa na swój temat. Z drugiej strony zaskarbia sobie ich sympatię nietuzinkowym poczuciem
humoru i sprawiedliwości, które każe jej dzielić włos na czworo i z wielką uwagą przypatrywać się najdrobniejszej sprawie. Zresztą Marysia
jest niemal taka sama, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Zosi
spędzałaby całe dnie z nosem w książce i po cichu, lecz coraz odważniej
wspomina, że jej największym marzeniem jest zostać lekarką, najlepiej
dentystką.
Nie wiem, co jest pociągającego w dłubaniu komuś w zębach, ale skoro dla
niej to życiowa frajda, niech robi to, na co ma ochotę. Przynajmniej w przyszłości zajmie się moim uzębieniem. Może nawet pozwolę jej
wypróbować na mnie te wszystkie pasty i proszki do wybielania zębów.
Szczerze mówiąc, mam na tym punkcie fioła i z zazdrością oglądam zdjęcia
aktorek połyskujących szerokimi, białymi uśmiechami.
Przeciwieństwem bliźniaczek jest najmłodsza z nas, dziewięcioletnia
Wanda. Uparty, wredny dzieciak, który nie dość, że uwielbia wszystko
wiedzieć i co rusz nadstawia z ciekawością uszu, pojawiając się w pobliżu w najmniej dogodnych okolicznościach i momentach, to w dodatku z lubością powtarza wszystko, co usłyszała; przekręcając i niezmiennie
dodając od siebie niepotrzebne trzy grosze.
Reklamy prasowe
To rozpuszczona i rozpieszczona przez rodziców aktoreczka, która gdy
tylko coś nie idzie po jej myśli, udaje ból brzucha albo głowy. Sprytna
szantażystka z uroczą, śliczną buzią, wielkimi niebieskimi oczami i dołeczkami w policzkach, robi z ludźmi, co chce, zgrywając słodkie,
przymilne stworzenie. Co rusz podbiera też mamie puder, perfumy, a raz
nawet się uszminkowała. Gdy została przyłapana na pacykowaniu się przed
lustrem, zamiast się zawstydzić, zaśmiała się mamie prosto w nos i wytłumaczyła, że skoro urodziła ją z defektami urody, to sama jest sobie
winna temu, że jej najmłodsza córka musi sięgać po takie specyfiki. Ja
na miejscu mamci przełożyłabym ją przez kolano i dała klapsa, ale mama
oczywiście nic takiego nie zrobiła. Zresztą rodzice żadnej z nas nigdy
nie uderzyli ani też szczególnie na nas nie krzyczeli.
Nie rozumiem, dlaczego rodzice niemal na wszystko jej pozwalają. Odkąd
pojawiła się na świecie, stała się źródłem ich niepokoju i oczkiem w głowie mamy, która stale zamartwiała i zamartwia się o jej zdrowie.
Osobiście uważam, że ze słabej kondycji Wanda zrobiła sobie niezły
wytrych do zdobywania wszystkiego, na co ma kaprys i ochotę.
Przy okazji zastanawiam się, jaka ja jestem. Bliżej mi do Zosi czy
Marysi? Bo z pewnością nie do Wandy! Przynajmniej taką mam nadzieję.
Przecież nie jestem manipulantką i hipochondryczką jak ona!
Z drugiej strony nie mam wielce ambitnych planów, nie chcę zostać
lekarką ani nauczycielką. Nie marzę o bogatym narzeczonym, o którym po
lekturze kolejnych bajek rozprawia wieczorami Wandeczka. Trochę niepokoi
mnie to, że nie wiem, kim chciałabym być w przyszłości, ale myślę sobie,
że odpowiadałoby mi takie życie, jakie prowadzi mama. Lubię nasz rytm
dnia, wieś i prostą egzystencję. Nawet szczekanie psów, które wybudza
mnie w nocy i podsuwa wizje strasznych rzeczy, które mogą się dziać
nieopodal.
Rodzi się we mnie takie słodkie poczucie bezpieczeństwa, gdy w ciepłym
łóżku mogę się skulić pod puchową kołdrą. I nieważne jest to, że może
wilk błąka się gdzieś w pobliżu, a może pies goni niedoszłego złodzieja.
Lubię poranne pianie koguta i donośny głos ojca, który wydaje dyspozycje
pracownikom. Nawoływanie Klary karmiącej kury i szuranie Wiśniewskiego,
który głośno tupiąc, z hałasem wyciera buty o metalową kratkę przed
wejściem do kuchni.
Uwielbiam gotować i zaglądać do ogrodu; lubię cudowne chwile, gdy po
świniobiciu czy żniwach zapełniają się nasze spiżarnie; powolny rytm
dnia, codzienne wczesne wstawanie i nie wyobrażam sobie mieszkania na
stałe w mieście, choćby nie wiem jakie oferowało atrakcje.
- Oddaj!
- Weź sobie! - Zośka potrząsa kapeluszem, a Wanda, mimo że podskakuje,
nie jest w stanie wyrwać go z rąk siostry.
- Nie sięgam! Powiem mamie! - Wanda zżyma się coraz gwałtowniej i jak ma
w zwyczaju, zaczyna krzyczeć: - Mamo, a ona mi się psoci!
- Skarżypyta!
- No, daj! Mamo! - drze się wniebogłosy.
- Nie trzeba było zabierać mi książki!
- To był żart!
- Teraz ja żartuję!
- To nie jest śmieszne!
- Owszem, nie jest, ale jak ci to mówiłam, gdy zabierałaś mi książkę, to
nie rozumiałaś!
- Możecie się kłócić gdzie indziej?! Idźcie stąd wreszcie! - Nieporadnie
usiłuję wypchnąć je z pokoju.
- Co tu się dzieje? - W drzwiach pojawia się rozzłoszczona babcia. -
Znowu się kłócicie? Czy wy nie potraficie bawić się inaczej?
- Bo ona mi zabrała kapelusz?! - W oczach Wandy pojawiają się łzy. -
Babciu, powiedz jej, żeby mi oddała!
- Zofia, proszę natychmiast oddać siostrze kapelusz. - Seweryna usiłuje
wyrwać nakrycie głowy.
- Ale babciu, to ona...
- Nie chcę tego słuchać! Jesteś starsza i powinnaś być mądrzejsza!
- Ale tak się nie robi, to niesprawiedliwe!
- Dyskusję uważam za zakończoną. Chodź, Wandeczko, obiorę ci jabłuszko.
A może wolisz kogel-mogel?
- Babuniu, dziękuję, jesteś dla mnie taka dobra!
Nim drzwi z hukiem się zamkną, uśmiechnięta Wanda tryumfująco się
odwraca i pokazuje nam język.
- Gówniara! - Zosia rzuca się na moje łóżko i wyciąga wygodnie na lewym
boku, opierając głowę na zgiętej ręce. - Jest nieznośna.
- Nie możesz jej odpuścić?
- Stale jej ustępujemy, a ona robi, co chce.
- Wiem, ale raczej tego nie zmienimy.
- A gdyby tak porozmawiać z tatkiem? On jest chyba najbardziej
sprawiedliwy. - Zosia podrzuca pomysł.
- Mama też się stara - mówię polubownie, choć mam świadomość, że
spogląda z wielką troską na Wandę, która przez dziadków i Klarę jest
najzwyczajniej w świecie faworyzowana.
- Pewnie tak. - Zosia wydyma usta. - Tylko stale się boi, że małej coś
się stanie. Że się przeziębi, skaleczy, że jak będzie krzyczeć, to się
nabawi zapalenia gardła, a jak wieje, to zapalenia uszu i tak dalej, i tak dalej.
- Wiesz, że Wanda ledwie przeżyła. Klara opowiadała, że przez pierwsze
jej miesiące była zagrożona...
- Bla, bla, bla! I co z tego? Teraz najwyraźniej jest zdrowa, skoro ma
siłę, żeby nam dokuczać.
- Może jest coś, o czym nie wiemy, a rodzice nie chcą nas martwić.
- Głupia jesteś.
- Nie mów tak do mnie!
- Ale taka jest prawda. - Zośka gwałtownie siada i spuszcza nogi z łóżka, po czym zaczyna nimi od niechcenia machać. - Musisz przyznać, że
Wanda wszystkich wykorzystuje.
- Może trochę.
- Pewnie Bunia na jej punkcie tak oszalała, bo Wanda jest do niej
podobna: tak samo wredna i złośliwa.
- Dziewczynki!
Nie zauważyłyśmy, kiedy w drzwiach, oparta o framugę, stanęła
zafrasowana mama, która teraz przygląda nam się ze smutkiem, jakbyśmy
były porażką jej życia.
- Naprawdę uważacie, że faworyzujemy Wandę?
Robi mi się okropnie głupio i bąkam niepewnie:
- Nie, skąd, my tylko...
- Wiki, nie oszukuj! - Zosia nie wydaje się speszona. - Oczywiście, że
wolicie ją od nas! - rzuca oskarżycielsko, a mnie cierpnie skóra.
- Ależ to nieprawda. - Mama robi krok i przymyka drzwi. Z dłonią na
klamce zaczyna odpierać zarzuty. - To nie tak jak myślicie. Kocham was
wszystkie tak samo, ale rzeczywiście najbardziej martwi nas stan zdrowia
Wandeczki. Jest taka krucha, delikatna i chorowita... Jak kiedyś
zostaniecie matkami, to zrozumiecie, jak to jest.
- Nie musisz się aż tak o nią zamartwiać, bo gdy cię nie ma, Wanda
dokazuje jak dziki źrebak, żeby nie powiedzieć koza.
- Nawet tak nie mów. Dziecko drogie, gdybyś tylko wiedziała, przez co z ojcem przeszliśmy.
- Mamuś - włączam się do rozmowy. - Zosia ma rację, Wanda za dużo sobie
pozwala, a co gorsza, czuje się bezkarna. Poza tym oczekuje, że będziemy
jej we wszystkim pomagać i ją wyręczać.
- Właśnie! - Zosia wbija wzrok w mamę. - Dziś zabrała mi książkę i schowała koło ula, a wiesz, jak boję się pszczół! A gdy kazałam Wandzie
ją oddać, powiedziała, że to żart i mam jej dać spokój, a jak nie, to
powie Klarze, że to ja schowałam jej książkę. I gdyby tak się stało, to
Klara mnie by zrugała, a jej nagotowała na pocieszenie leguminy!
- Jesteś pewna?
- Mamo, musisz zrozumieć, że mówimy prawdę, i coś z tym zrobić. -
Składamy błagalnie dłonie, jak by to miało ją przekonać do naszego
punktu widzenia. Najwyraźniej nie zdaje to egzaminu, bo mamuśka
niespodziewanie mówi:
- Proszę mnie nie pouczać, moja droga.
- Przepraszam, chciałam tylko powiedzieć, że jak tak dalej pójdzie,
Wanda już nikogo nie będzie chciała słuchać. Jej się wydaje, że wszystko
może, i w końcu może sobie takim postępowaniem zaszkodzić.
- Porozmawiam z nią, obiecuję, ale wy też musicie mi pomóc.
- Mamuś, oczywiście! - wołam ochoczo. - Tylko nie wiem, co miałybyśmy
zrobić! Ale powiedz nam, a my...
- Może jak będziecie jej ustępować albo nie zwracać uwagi na jej docinki
i psoty, to jej się znudzi?
Dobre sobie?! Co też ta nasza mama wymyśliła? Wandzie należałoby się
solidne lanie. To znaczy nie zaraz lanie, bo rodzice nigdy na nas nie
podnieśli ręki, ale na przykład stanie w kącie czy posiedzenie w ciemnej
spiżarni przez pół dnia nauczyłoby ją rozumu. Jeśli nadal będziemy
jej ustępować, a robimy to nieustannie, z pewnością nie zrobi to na niej
wrażenia.