Cztery pory zbrodni. Wiosna - Michał Ritter

Kup ebooka

42.00 zł
34.79 zł (35,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Spis treści

Karta redakcyjna Dedykacja Motto Od autora 1. 2. 3.

Punkty orientacyjne

Spis treści Okładka Strona tytułowa Początek tekstu

Lista stron

5 7 9 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31

1.

Nie bez powodu uważał się za wizjonera. Wytyczał nowe ścieżki, wyznaczał ambitne cele, kierował tysiącami ludzi i śmiało odpowiadał na wyzwania zmieniającego się świata. Zwykł stawiać wszystko na jedną kartę. Prawda, nie zawsze wygrywał, ale nigdy się nie zdarzyło, by z powodu porażki wycofał się z podkulonym ogonem. Po prostu wybiegał myślą dalej niż inni.

Wizjoner. Komuś takiemu wolno więcej. Sam ustanawia reguły i może je dowolnie łamać.

Czym byłoby życie pozbawione porywających wizji, które popychają nas do działania, choć każdy kolejny krok, każdy nowy dzień przybliża nas do śmierci? Świat należy do wizjonerów, bo to oni nadają życiu sens. A jednak ostatnie słowo, jak doskonale wiedział, zawsze należy do biologii. Cykl biologiczny od milionów lat pozostaje niezmienny: narodziny, rozwój, śmierć. Tego nie zmienią ani pieniądze, ani wizjonerskie spojrzenie. Naturę można próbować oszukać. Do pewnego stopnia, oczywiście... Śmierci nie przechytrzysz: skrada się różnymi ścieżkami, nie zawsze występuje z otwartą przyłbicą; chętnie ucieka się do brudnych sztuczek. I to ona za każdym razem staje na najwyższym podium. Z tym trzeba się pogodzić, a namiastki rekompensaty szukać gdzie indziej.

On na przykład lubi otaczać się pięknymi rzeczami. W dzisiejszym świecie pełnym szpetoty o piękno należy zabiegać i warto je pielęgnować. Cóż, każde piękno jest ulotne. Nic nie jest dane raz na zawsze. Bezcenne dzieła sztuki także podlegają działaniu czasu: arcydzieła Vermeera blakną, werniks czernieje, farba się łuszczy. Dawid Michała Anioła prędzej czy później padnie ofiarą trzęsienia ziemi albo szaleńca z młotkiem. Ostatnią Wieczerzę Leonarda pokona wilgoć. Robactwo też ma niebagatelny udział w dziele destrukcji.

A jak w to wszystko wpisuje się człowiek? Czy życie ludzkie nie jest równie bezcenne? Zwłaszcza w tej krótkiej fazie rozwoju, której blasku nadają młodość i uroda? Te jednak odchodzą bez śladu. Spójrzmy prawdzie w oczy. Młodość przemija, uroda blaknie, skóra przemienia się w łuskę, ciało toczą choroby, umysł dziecinnieje. Bóg na tym polu poniósł sromotną klęskę, a ludzie, od wieków krępowani poczuciem winy, niemożnością, uległością, ignorancją i strachem, boją się stanąć z Nim w szranki. Wizji i woli działania - tego im brakuje.

Czy naprawdę miałby sobie wyrzucać, że pierwszy się odważył?

Co zostawi po sobie? Lista dokonań jest znamienna: śmierć wyprowadzona w pole zręcznym trikiem; nieprzemijająca młodość i piękno; cud życia zaklęty w czasie, niepodlegający prymitywnym prawidłom biologii.

Wielkie umysły dokonują wielkich rzeczy. Po latach potomni będą pamiętać, co osiągnął, a nie jakimi drogami do tego doszedł. Sukces rozgrzesza nawet największe zbrodnie.

2.

Czwartkowe, ospałe majowe popołudnie. Hubert Rajcher siedział za biurkiem w holu jednego z apartamentowców na Wybrzeżu Kościuszkowskim, naprzeciwko głównego wejścia do Centrum Nauki Kopernik. Dochodziła szesnasta, do końca zmiany pozostało mu sześć godzin. Podniósł słuchawkę służbowego telefonu już po pierwszym sygnale. Dzwonił Więcek, menedżer ds. logistycznych w kompleksie mieszkaniowym Powiśle Park. Kiedyś o takich mówiono: kierownik ds. administracyjnych. Wysłuchał, co Więcek miał do przekazania, ale nie odpowiedział od razu, co tamten wziął za wahanie albo brak zgody. Sądząc z tonu głosu, był zdenerwowany.

- Muszę wiedzieć już teraz - przynaglił. - Jeśli pan nie będzie mógł, powinienem jeszcze dzisiaj znaleźć kogoś innego.

Zadanie nie było skomplikowane. Po zakończeniu piątkowego porannego dyżuru w apartamentowcu na Wybrzeżu Kościuszkowskim, Rajcher miałby od razu wziąć popołudniowy dyżur w budynku na ulicy Topiel. Portier przypisany do tej zmiany nagle się rozchorował, więc niemal z godziny na godzinę trzeba było znaleźć zastępcę, co w sezonie urlopowym przysparzało trudności. Więcek oferował podwójną stawkę. Problem w tym, że budynek przy ulicy Topiel 11 nie należał do kompleksu Powiśle Park, a był częścią inwestycji Piano House. Co Więcek miał wspólnego z tą lokalizacją? Dorabiał sobie na boku?

Nawet jeśli tak było, to nie moja sprawa, uznał Rajcher i postanowił więcej nad powiązaniami Więcka się nie zastanawiać. W głowie nie zapaliła mu się żadna czerwona lampka. W końcu warszawskie Powiśle to nie Kandahar. A z chwilą przejścia do cywila Rajcher przestawił myślenie na inne tory.

- Panie Rajcher, jest pan tam? Mogę na pana liczyć?

Odmówiłbyś pracodawcy, który zatrudnił cię praktycznie na gębę, bez żadnych referencji? Zwłaszcza gdy pracujesz dla niego od niespełna dwóch tygodni? Więcek już na starcie zarobił u niego plus, był bowiem jedną z niewielu osób, które od samego początku poprawnie wymawiały jego nazwisko. A z tym bywało różnie. Zwłaszcza dawniej, na misjach zagranicznych. Rajcher przywykł do tego, że wojskowi, od Amerykanów poczynając, a na Hiszpanach kończąc, kaleczyli jego nazwisko na przeróżne sposoby: Rejczer, Redżczer, Rajczer, Racher; niektórzy na wskroś poważnie zwracali się do niego "Riczer", chociaż puszczali przy tym oko. Za to wszyscy już przy pierwszym spotkaniu skupiali uwagę na stopniach wojskowych, więc zgodnie z treścią naszywki na mundurze tytułowali go pułkownikiem. Pułkownik Hubert "Hub" Rajcher. Dla rozwiania ewentualnych wątpliwości wyjaśniał: "u" w "Hubert" wymawiane jak w "Hoover", a w "Hub" wymawiane jak w "pub".

Powiedział do słuchawki:

- Przepraszam, szefie, lokator odciągnął mnie na chwilę od telefonu.

- Słyszał pan, o czym mówiłem?

- Topiel jedenaście, piątek, zaczynam o czternastej.

- To nie problem? Nie będzie pan miał czasu na odpoczynek.

- Szybko regeneruję siły.

I tak oto w piątek, równo o czternastej, objął dyżur w Piano House. Elegancki, nowocześnie urządzony hol, duże okna, miękkie dywany, fotele z jasnej skóry. Standard w budynkach, gdzie za metr kwadratowy mieszkania płacisz trzydzieści tysięcy. Jasno pomalowane ściany, tu i ówdzie obrazy z motywami muzycznymi. W rogu fortepian.

Zaczął od zapoznania się z listą lokatorów. Przejrzał wykaz wewnętrznych numerów telefonów przypisanych do poszczególnych mieszkań. Upewnił się, że system monitoringu działa jak należy. Dwukrotnie obszedł hol, zanim zdał sobie sprawę, że z nawyku szuka słabych punktów, jakby miał do czynienia z wojskowym obiektem.

Praca z grubsza niczym się nie różniła od tego, co robił jako konsjerż w Powiśle Park. Stali mieszkańcy sami wchodzili do budynku na kod. Gości anonsował, kontaktując się przez numer telefonii wewnętrznej z właścicielem. Obowiązywał go zakaz wpuszczania osób z zewnątrz, których obecności lokator sobie nie życzył. Winien dbać o czystość w holu, prezentować się schludnie, odnosić się z kulturą do mieszkańców i gości oraz świadczyć wszelką możliwą pomoc. Co jeszcze? Na wzór motta policji nowojorskiej: "Służyć i chronić", co w tłumaczeniu na język ciecia oznaczało: "Kłaniać się w pas, z uśmiechem przyjmować połajanki, pomóc zanieść ciężkie bagaże do apartamentu, a pijanego w sztok lokatora bezpiecznie dotransportować do windy".

W Powiśle Park i w Piano House obowiązywał ten sam zestaw praw i przykazań. Jak w dawnym państwie cezarów: czy jesteś na Capri, w Kartaginie czy w Aginnum, wszędzie jest Rzym. Nie spodziewał się, że coś go zaskoczy albo zdziwi.

Nim minęło pół godziny, zauważył dwie różnice.

W apartamentowcu na ulicy Topiel przeważał język polski, a chodniki po obu stronach ulicy przemierzali nieliczni piesi. Tymczasem przez dwa tygodnie pracy w Powiśle Park przywykł do tego, że wokół rozbrzmiewają głównie angielski i ukraiński, tak jak przyzwyczaił się do widoku nieprzerwanych potoków warszawiaków i turystów płynących od późnego popołudnia w stronę Wisły Wybrzeżem Kościuszkowskim, nawet w dzień powszedni. Historia się powtarza. Już tysiące lat temu życie osad skupiało się nad brzegami wielkich rzek. Podobnie w Warszawie w trzecim dziesięcioleciu XXI wieku.

W każdym razie od osiemnastej do szóstej rano, dopowiedział w myślach w drodze do służbowej kuchenki po kawę.

Życie nauczyło go nie wybrzydzać. Kawę pił pod każdą postacią: przelewową, rozpuszczalną, z ekspresu, plujkę. Byle była czarna, mocna i z dużą ilością cukru. Napełnił kubek dwiema porcjami kawy z ekspresu, wsypał cztery czubate łyżeczki cukru i wrócił na stanowisko za biurkiem.

Popijając kawę małymi łykami, odwlekał moment realizacji postanowienia. Wreszcie zebrał się na odwagę, wybrał na służbowej komórce znany na pamięć numer i wcisnął "połącz". Odpowiedziała, nim zdążył policzyć do pięciu. Nie spodziewał się, że odrzuci połączenie, bo tego numeru nie znała. Mógł dzwonić konsultant z telefonii komórkowej albo namolny ankieter, ale równie dobrze mógł to być któryś z jej nowo pozyskanych klientów rynku nieruchomości.

- Słucham.

Ostrożny, wyważony, urzędowy ton. Dawno jej nie słyszał. Dzwonił, bo stęsknił się za tym głosem czy chciał rozdrapywać wciąż świeżą ranę?

- Marta, to ja.

Wyobraził sobie wyraz twarzy byłej żony i przez chwilę był przekonany, że rozmowa ulegnie przerwaniu. Wreszcie usłyszał:

- Czego chcesz?

- Skończyłem z tamtym. Od dwóch tygodni pracuję i...

- Po to dzwonisz?

- Pomyślałem, że chciałabyś wiedzieć.

- Co mi do tego?

- Wychodzę na prostą. Chciałem się tym z kimś podzielić.

- Źle trafiłeś. Nie dzwoń więcej.

- Nie rozłączaj się, proszę! Posłuchaj. - Wziął głęboki oddech. - Przedwczoraj byłem na cmentarzu...

- Ani się waż! Nawet nie wymawiaj jej imienia! - przestrzegła lodowato, z wrogością w głosie i na granicy wybuchu.

- Nie możesz mi zabronić odwiedzać grobu własnej córki.

- Córki?! - Teraz już z trudem nad sobą panowała. - Straciłeś prawo, by tak ją nazywać!

Rozłączyła się. Powoli dopił kawę, odniósł kubek do kuchenki i wrócił na miejsce.

Zegar pokazywał siedemnastą pięćdziesiąt pięć. Bezszelestnie otworzyły się drzwi windy i wyszła damulka sporo po siedemdziesiątce, w szpilkach i minispódniczce. Jeden z tych okazów spotykanych pod każdą szerokością geograficzną, które w pogoni za wieczną młodością z każdym mijającym rokiem skracają spódniczkę o kolejny centymetr. Przed nią, na cienkiej pozłacanej smyczy drobił york przystrojony czerwoną kokardką. Psiak zatrzymał się pośrodku dywanu, zgarbił się i błyskawicznie postawił kupę, ale damulka nawet nie zwolniła i chwilę potem już była przy drzwiach.

- Proszę pani!

Nie raczyła się obejrzeć. Tknięty przeczuciem zajrzał do windy. Klnąc pod nosem, przyniósł z pomieszczenia gospodarczego mopa i szufelkę ze zmiotką. Wytarł plamę moczu w windzie, zmiótł psie odchody na szufelkę i wyszedł na zewnątrz, żeby wyrzucić zawartość do kosza przed budynkiem. Kobieta zdążyła się oddalić. Z psiakiem na rękach, żeby nie zamoczył łapek w kałużach po świeżo spadłym deszczu, zmierzała ku włoskiej restauracji po drugiej stronie ulicy.

Wracał już, kiedy ich zobaczył. Wszyscy trzej w markowych dżinsach i adidasach, w niebieskich polówkach opinających umięśnione torsy. Każdy mniej więcej metr osiemdziesiąt dwa, wiek na oko dwadzieścia kilka lat. Szli od Browarnej całą szerokością chodnika. Zdążył kodem otworzyć sobie drzwi i był już jedną nogą w budynku, kiedy z tyłu dobiegło go:

- Panie starszy, chwilunia! Jeszcze my!

"Panie starszy"? Rajcher odwrócił się niespiesznie.