Cztery pory roku (tom 4). Wiosenna ofiara - Anders de la Motte


Reflow text when sidebars are open.
"Znalazłam coś w lesie, Margaux. Fragment układanki z innej historii. Historii kogoś innego".
Thea idzie z Emmą do jadalni personelu zamku. Znajduje kilka podgrzewaczy, zapala je, a potem jako tako wyciera siebie i psa starym kocem. Jest tuż po piątej. Resztki paniki tkwią jeszcze w ciele i od czasu do czasu przypominają o sobie lekkim, prawie niezauważalnym drżeniem dłoni.
David biega tam i z powrotem między pokojami. Słyszy go rozmawiającego przez telefon. Kończy rozmowę w momencie, gdy podchodzi do niej.
- Och, znalazłaś psa. Świetnie! Przepraszam, że nie pomogłem ci szukać. Tu jest kompletny chaos. Zamrażarki i lodówki nie mają zasilania. Muszę dziś spróbować zdobyć generator, na wypadek gdyby prądu jeszcze jakiś czas nie włączyli.
Przysuwa sobie krzesło i siada naprzeciw niej. Jego wyraz twarzy się zmienia. Wygląda na zmartwionego.
- Wszystko w porządku? Doszłaś do siebie?
Thea kiwa głową.
- Mogę coś dla ciebie zrobić?
- Wszystko w porządku, Davidzie. Martwię się raczej o ciebie. Nie mieliśmy czasu, aby porozmawiać o wywiadzie. Co właściwie się stało?
Mężczyzna lekceważąco macha ręką.
- E tam, po prostu się pogubiłem. Kiepsko jadłem, za mało spałem i zabrakło mi energii. Ale uratowałaś mnie. - Pochyla się i bierze ją za rękę. - Bez ciebie wszystko bym schrzanił. Jestem ci naprawdę wdzięczny, Thea.
Uśmiecha się do niego. Cieszy się, że docenia jej poświęcenie. Stara się nie myśleć o ryzyku, które mimo wszystko z nim się wiązało.
- O co właściwie pytał reporter?
- Co masz na myśli?
- To o tej trzeciej dziewczynie, która zginęła...
David powoli kręci głową.
- Tragiczna historia. W latach osiemdziesiątych w zamkowym lesie zamordowano młodą dziewczynę. Absolutnie nie chcielibyśmy kojarzyć takiego zdarzenia z restauracją. Dlatego nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Ale, jak powiedziałem, uratowałaś sytuację.
Puszcza jej rękę i wstaje. Wyjmuje telefon.
- Przepraszam, muszę odebrać. Znowu firma ochroniarska.
Dopiero po wyjściu z jadalni Thea zdaje sobie sprawę, że nie słyszała dzwonka telefonu.
Czeka do świtu, po czym wraca do wozowni i przebiera się w suche ubranie. Przestało padać, niebo zmienia kolor na różowy i jasnobłękitny. Doktor Andersson przyjedzie dopiero za kilka godzin, a Thea jest zbyt niespokojna, by po prostu siedzieć i czekać. Postanawia pójść z Emmą na spacer po zamkowym lesie.
Po nocnej burzy ziemia jest nasiąknięta wodą. Na ścieżce pojawiły się kałuże, a krople deszczu błyszczą w pajęczynach, które przetrwały deszcz. Thea zapala papierosa, kilka razy głęboko się zaciąga i wraz z dymem wydycha resztki paniki. Jednak nie martwią jej pozostałości zespołu stresu pourazowego. David próbował wszystko bagatelizować, ale jasne było, że nie chciał rozmawiać o zabitej dziewczynie. Dlaczego nie chciał? Jeśli zginęła w latach osiemdziesiątych, David był wtedy jeszcze dzieckiem.
Papieros się dopala, gdy Thea dociera na polanę z Szubienicznym Dębem. Emma dobiegła tam przed nią i zawzięcie obwąchuje pień drzewa.
Coś się stało ze starym dębem. Na szarym pniu widać kanciastą czarną plamę, której wczoraj nie było. Thea podchodzi bliżej. Emma rozgrzebuje liście u korzeni drzewa.
Czarne pasmo zaczyna się przy koronie dębu. Biegnie po pniu jak zwęglona, zygzakowata blizna, dzieli twarz Zielonego Człowieka na pół i dociera do ziemi. Tu wczoraj wieczorem uderzył piorun.
Siła i gwałtowność tego uderzenia są zarówno straszne, jak i fascynujące. Thea dotyka śladu po piorunie. Brzegi są zwęglone, gruba kora została wypalona, a na środku blizny we wnętrzu dębu widać jaśniejsze drewno. Nadal czuć spaleniznę. Emma wciąż rozkopuje liście, coraz gwałtowniej.
- Co tam masz, psinko?
Thea kuca. Blizna jest szersza na dole, jakby moc wyładowania osiągnęła punkt kulminacyjny w chwili, gdy prąd dotarł do ziemi. W pniu tuż nad ziemią jest wypalony otwór. Emma zawzięcie rozkopuje ziemię i spalone drewno, a wióry i grudki błota pryskają spod jej łap. Ni to skomli, ni to szczeka.
- Co tam masz, piesku?
Thea dostrzega w otworze coś lekko błyszczącego. Odsuwa Emmę i wkłada rękę do wnętrza pnia. Palce dotykają czegoś gładkiego i zimnego. Próbuje to uchwycić, ale otwór jest za mały. Odłamuje kilka kawałków zwęglonego drewna, by poszerzyć dziurę. Emma chce pomagać, ale Thea blokuje ją ciałem. Pies skomli z niezadowoleniem, ale godzi się z sytuacją.
Przedmiot wewnątrz drzewa jest do połowy zakopany w brązowym proszku: mieszance zmurszałego drewna i zeschłych kwiatów. Po paru próbach Thea wyciąga go z wnętrza Szubienicznego Dębu. Okazuje się, że jest to stara puszka po farbie z wieczkiem, wysoka na jakieś dwadzieścia centymetrów i szeroka mniej więcej na dziesięć. Nie ma etykietki, powierzchnia jest pokryta rdzą. Razem z puszką wydobyła z drzewa prawie świeży biały zawilec. To musi być jeden z tych kwiatów, które poprzedniego dnia włożyła do ust Zielonego Człowieka, co prawdopodobnie oznacza, że puszka dostała się kiedyś do wnętrza drzewa tą samą drogą. Pewnie było to dawno temu, sądząc po jej wyglądzie.
Thea delikatnie potrząsa puszką. Coś w niej cicho grzechocze. Emma usiadła obok niej, wywiesiła język i przechyliła głowę, wydaje się równie zaciekawiona jak Thea.
Pokrywka puszki trzyma twardo jak przylutowana, jakby za wszelką cenę chciała zachować swój sekret. Zapalniczka jest za duża, aby podważyć pokrywkę, ale klucz sprawdza się lepiej. Metal wygina się i cicho skrzypi. Potem nagle się poddaje i wieczko odskakuje.
Thea ostrożnie wytrząsa zawartość na dłoń. Najpierw pojawia się mała figurka i kilka zeschłych liści. Figurka ma nieco ponad dziesięć centymetrów długości i jest wykonana z dwóch splecionych ze sobą gałązek. Dłuższa z nich została zagięta na środku w pętelkę tworzącą głowę i tułów. Końce tworzą nogi, a krótsza gałązka zawiązana tuż pod pętelką nadaje laleczce talię i ramiona.
Przez chwilę Thea myśli o swoim ojcu. O drewnianej lalce, którą wyrzeźbił dla niej, gdy była mała. Szybko odsuwa to wspomnienie.
W puszce jest coś więcej. Zwinięty kawałek papieru zaklinowany przy ściance. Thea odkłada figurkę z gałązek, aby wydobyć papier, i odkrywa, że nie jest to wcale zwykła kartka, ale stare, wyblakłe zdjęcie polaroidowe. Wygładza je starannie.
Zdjęcie przedstawia ciemnowłosą dziewczynę w białej sukni stojącą na płaskim kamieniu z rękami skrzyżowanymi na piersi i głową pochyloną lekko do przodu. Oczy ma zamknięte, w dłoniach trzyma dwa jelenie rogi.
Za nią widać dziwnie poskręcane drzewa, a po obu stronach młodej kobiety stoją postacie, najpewniej dzieci, sądząc po wzroście. Mają na sobie maski zwierząt zakrywające twarze. Maski przypominają Thei malowidła na suficie zamkowej jadalni. To chyba zając, lis, sowa i jeszcze sarna.
Dzieci trzymają końce długich wstążek zawiązanych na nadgarstkach młodej kobiety. Wygląda, jakby przytrzymywały ją na kamieniu, na którym stoi. Dziewczyna jest bardzo piękna. To rodzaj delikatnej, naiwnej urody, która istnieje tylko w krótkim czasie między dzieciństwem a dorosłością.
Zdjęcie zostało zrobione w dzień, ale we wszystkim jest coś mrocznego: dzieci, maski, piękna młoda kobieta, kamień i poskręcane drzewa. Wrażenie jak z horroru, wzmocnione płaską perspektywą i wyblakłymi barwami zdjęcia.
Noc Walpurgii 1986, napisał ktoś na białym polu pod zdjęciem. Przyjdź do kamiennego kręgu o północy.
A pod tym dwa ostatnie słowa. Thea czyta je na głos.
Wiosenna ofiara.
Noc Walpurgii 1986
Zauważam, jak się na mnie gapią. Nie tylko chłopcy w szkole. Nawet nauczyciele, ojcowie, trenerzy, starzy faceci na rynku. Wszyscy. Większość robi to potajemnie, kiedy wydaje im się, że nikt nie widzi, ale ja czuję ich wzrok. Wiem, co myślą o Elicie Svart. Co chcą ze mną robić.
Lekcje w szkole się skończyły, przystanek szkolnego autobusu był pusty. Arne zajrzał za trybuny na boisku piłkarskim i jeszcze raz objechał kiosk. Następnie zszedł na łąkę, gdzie mieszkańcy wioski przygotowali duży stos chrustu na wieczorne obchody nocy Walpurgii. Na szczycie stosu, oparta o stojak w kształcie litery T, stała kukła wzrostu dorosłego mężczyzny. Była wykonana z gałązek, a głowę tworzyła pusta pętla. Arne widział to wiele razy w różnych wariantach. Wizerunek Zielonego Człowieka.
Jego starsza siostra Ingrid opowiadała straszne historie o Zielonym Człowieku i jego upiornym koniu, tak jak to mieszkańcy Tornaby robili od pokoleń. Nie chciał się do tego przyznać, ale w tej pozbawionej twarzy kukle z gałęzi było coś, co wciąż przyprawiało go o dreszcze.
Zauważył jakieś dzieciaki po drugiej stronie sterty chrustu, zatrzymał się i otworzył okno. Dzieci spojrzały po sobie na widok radiowozu, narzuciły plecaki i zawróciły rowery, jakby chciały uciec.
- David!
- Cześć, wujku Arne.
Chłopiec puścił kierownicę roweru i odetchnął z ulgą.
- Fajne auto!
Arne skinął głową z zadowoleniem.
- Co kombinujecie?
- Nic.
Odpowiedź przyszła zdecydowanie za szybko.
- A co będziecie robić dziś wieczorem?
David poruszył się niespokojnie i spojrzał na swoich przyjaciół. Arne próbował sobie przypomnieć, jak się nazywają, wiedział, że często przychodzili do domku gościnnego Ingrid i Bertila, ale nigdy nie zadał sobie trudu, aby zapamiętać ich imiona. Mała Chinka i ostrzyżony na krótko Polak, którego rodzice zajmowali jakieś ważne stanowiska w fabryce plastiku. Zza ich pleców wyglądała jeszcze jedna wystraszona twarz, która prawdopodobnie należała do syna tej stukniętej krawcowej.
- Nic specjalnego. Tylko popatrzymy na ognisko.
David wskazał głową na stos suchych gałęzi.
- Nie planujecie żadnych głupstw, co?
- Ależ skąd!
David pokręcił głową, a pozostała trójka poszła za jego przykładem.
- Dobra. Przy okazji: nie widzieliście Elity Svart?
Na krótką chwilę wszyscy w małej grupce zamarli. Poruszały się tylko ich oczy, rozglądali się wokół jak wystraszone małe wróbelki.
Arne zmrużył oczy, przyglądając się swojemu siostrzeńcowi. David kilka razy otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć.
- Nie, nie widzieliśmy jej, prawda, Davidzie? - odezwała się mała adoptowana Chinka. Wyprostowała się i skinęła znacząco głową w stronę Davida.
- Nie - mruknął chłopiec.
- Elita jest w dziewiątej klasie - dodała dziewczynka. - A my dopiero w szóstej.
- No tak. Jak ci na imię, bo zapomniałem?
- Jeanette. Chociaż wszyscy nazywają mnie Nettan.
- Twój ojciec jest dyrektorem szkoły?
- Tak. A mama jest radną w gminie.
Dziewczynka odwzajemniła spojrzenie Arnego w sposób, który go zarówno drażnił, jak i śmieszył.
- Tak, tak.
Wciągnął powietrze między zębami. Te dzieciaki miały jakieś podejrzane plany, to było jasne. Pytanie tylko, czy chciało mu się badać jakie. Przeciągnął palcem wskazującym i kciukiem po wąsach. Co właściwie w Tornaby może zbroić kilkoro głupich dwunastolatków? Odpowiedź była prosta: nie interesowało go to.
- Nie wymyślajcie żadnych głupstw - powiedział. - Bo inaczej Zielony Człowiek przyjdzie i was porwie.
Wskazał na kukłę na stosie chrustu i ku swemu zadowoleniu zobaczył, że czwórka dzieciaków trochę pobladła.
"Cześć, Margaux, to znowu ja. Obiecałam opowiedzieć ci o Tornaby. Mieszkają tu zwykli, porządni ludzie, robią to, co do nich należy. Mają ładnie skoszone trawniki, prenumerują lokalną gazetę. Bezpieczne, spokojne miejsce. Przynajmniej na takie wygląda. Nie mogę przestać myśleć o tym zdjęciu".
Doktor Andersson zbliża się do wieku emerytalnego, jest tęgą kobietą z kilkoma dodatkowymi podbródkami, nosi małe okulary z kwadratowymi szkłami. Ma na sobie płaszcz olejakowy i spodnie z kieszeniami na nogawkach. Głośno sapie, usiłując się wydostać ze swojej małej białej toyoty i uścisnąć dłoń Thei.
- Dzień dobry, miło wreszcie się spotkać. Jako koleżanki po fachu chyba możemy mówić sobie na ty?
Thea przytakuje. Uścisk dłoni lekarki jest twardy i nieco lepki.
- Porządną burzę mieliśmy zeszłej nocy. Z grzmotami i piorunami, już w kwietniu. Przetrwaliście ją bez problemów, Thea?
- Mniej więcej. Nadal nie mamy prądu. David chce zainstalować zapasowy generator do lodówek i zamrażarek.
- Oj. Miejmy nadzieję, Thea, że wkrótce usuną awarię.
Lekarka wyraźnie ma w zwyczaju ciągłe powtarzanie imienia rozmówcy. To częsta cecha osób pracujących z ludźmi. Jej auto jest nowe. Na drzwiach widnieje wypisana wielkimi literami nazwa lokalnego salonu samochodowego. Trochę to dziwne na samochodzie lekarza rejonowego. Ale wszystko w pracy tutejszego lekarza jest trochę dziwne; Thea już zdaje sobie z tego sprawę.
- Dobrze się wam mieszka w tej wozowni?
Lekarka z zaciekawieniem wyciąga szyję, jakby próbowała zajrzeć przez okno.
- Tak. Powoli się urządzamy.
Białe kłamstwo. Większość kartonów jest nadal nietknięta.
- To dobrze! Im szybciej, tym lepiej, prawda?
Lekarka stoi przed domem jeszcze kilka sekund, jakby ciągle czekała na zaproszenie do środka, po czym wskazuje na samochód.
- No to wskakuj. Jedziemy!
Thea zamyka drzwi wejściowe wozowni. Zostawiła puszkę po farbie w swoim pokoju, a zdjęcie polaroidowe włożyła do wewnętrznej kieszeni kurtki.
Czy ta puszka naprawdę spoczywała w Szubienicznym Dębie od wiosny 1986 roku? Jak swego rodzaju tajemnicze pozdrowienia z przeszłości. Kim była ta piękna młoda kobieta i jej czworo małych zamaskowanych służących? Dlaczego byli tak przebrani?
Przyjdź do kamiennego kręgu o północy. Wiosenna ofiara.
Myśli o tym, o czym reporter telewizyjny chciał rozmawiać z Davidem. O temacie, którego jej mąż unikał. O dziewczynie, która zginęła w zamkowym lesie w latach osiemdziesiątych. Reporter chyba nazwał ją wiosenną ofiarą?
Lekarka kieruje auto z powrotem na żwirową drogę, mija stare stajnie, jedzie dalej w kierunku zamku. Samochód Davida stoi przy wschodnim skrzydle, wraz z kilkoma innymi autami należącymi do rzemieślników.
- Jak idzie? Zdążycie wykończyć restaurację na czas? - pyta lekarka, gdy przejeżdżają koło zamku.
- Chyba tak. David pracuje dniem i nocą.
- Ingrid trochę o tym opowiadała. Fundacja zainwestowała dużo pieniędzy w remont.
Thea podejrzewa, że to ostatnie stwierdzenie jest w rzeczywistości pytaniem, ale nie odpowiada. Doktor Andersson jedzie aleją zamkową i skręca w prawo w główną drogę. To określenie jest mylące. Droga jest pasem wyboistego asfaltu bez linii środkowej, wijącym się między polami rzepaku a zagajnikami.
- Zatem, Thea, jak już wiesz, praca tutejszego lekarza to trochę szczególna sprawa. Jest finansowana przez Fundację Bokelund i kilku prywatnych sponsorów, takich jak salon samochodowy. - Lekarka prawie czule poklepuje kierownicę. - Pracuje się na nieco więcej niż pół etatu, jeździ się na wizyty domowe i przyjmuje pacjentów w gabinecie w centrum kultury. Oczywiście nie wykonuje się zaawansowanych zabiegów, ale nie są potrzebne. Praca jest dość prosta. Oczyszcza się rany, szczepi na grypę, zagląda ludziom do gardeł i uszu, wyciąga zadziory z palców i tak dalej.
Lekarka zwalnia, bo z przeciwka nadjeżdża traktor. Naciska klakson i radośnie macha do kierowcy.
- Stefcio - mówi. - Pracuje na zamku od wielu lat.
Thea myśli o słowie, którego użyła lekarka. Zadziory. Prawdopodobnie miała na myśli drzazgi.
- Działalność tutejszego lekarza rejonowego nie jest oczywiście tak fascynująca i dramatyczna jak praca dla Lekarzy bez Granic - kontynuuje doktor Andersson. - Główna myśl jest taka, że mieszkańcy Tornaby powinni mieć dostęp do własnego lekarza, który należy do wiejskiej społeczności. Trochę jak w dawnych czasach, jeśli rozumiesz, co mam na myśli? Przychodnia musi być otwarta w poniedziałki i wtorki przed południem. Ludzie są do tego przyzwyczajeni. Resztę planujesz sama i wpisujesz w grafik na stronie internetowej tydzień wcześniej, najpóźniej w piątek. Wolność ograniczona odpowiedzialnością, że tak powiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
19 maja 1986
Kiedy tylko Stefcio wjechał na mokradła, zaczął myśleć o martwej dziewczynie. Nie można było tego nie robić. Wiadomość przesłana przez głuchy telefon, który zaczął działać już rankiem pierwszego maja, zdążyła podczas ostatnich tygodni wielokrotnie obiec okolicę. Wypełniła mu głowę przerażającymi obrazami, przed którymi nie sposób było się obronić.
Nieruchome ciało na ofiarnym głazie w kamiennym kręgu. Biała sukienka, rozpuszczone włosy. Niegdyś tak piękna twarz okryta zakrwawioną chustką, jakby ten, kto odebrał jej życie, nie chciał potem spojrzeć jej w oczy.
Większość mieszkańców Tornaby miała już całkowitą pewność co do tego, kto ją zamordował, a także co do tego, że wszystko było okropną, lecz nie skomplikowaną historią. Tragedią rodzinną. Ale byli i tacy, którzy szeptali, że w noc Walpurgii zdarzyło się coś zupełnie innego. Że może nawet Zielony Człowiek1 sam przybył po swoją wiosenną ofiarę.
Stefcio wzdrygnął się, chociaż od dawna nie wierzył w opowieści o duchach. Bagienny las gęstniał po bokach wąskiej żwirowej drogi, szorował po lakierze auta długimi zielonymi paluchami. Ze wszystkich terenów wokół pałacu Stefan najbardziej nie cierpiał bagien. Wilgoć, odór zgnilizny. Nasiąknięte wodą podłoże, które czasem utrzymywało człowieka, by w następnej chwili wciągnąć buty tak głęboko w błoto, że dorosłemu mężczyźnie trudno było wydostać się o własnych siłach. "Bagna to ziemie Zielonego Człowieka - mawiał zawsze dziadek. - Ludzie powinni trzymać się od nich z daleka". Ten przesądny stary zrzęda miał rację, przynajmniej w połowie.
Żwirowa droga, którą jechał Stefcio, prowadziła na najdalszy skraj mokradeł. Do Czarnej Zagrody, gdzie niegdyś mieszkała zabita dziewczyna. Nie dawniej niż miesiąc temu Stefan podwiózł ją do przystanku autobusowego. Siedziała w jego pikapie na przednim siedzeniu, tuż obok niego. Nie mówiła dużo, wyglądała na zamyśloną. Przyglądał się jej ukradkiem, obserwował jej ruchy, jej twarz. Nie wiadomo skąd ogarnęło go uczucie, którego nie potrafił wytłumaczyć.
Był żonaty, miał dwie córeczki, dom, samochód i dobrą pracę. Cenił to wszystko, ale akurat w tej chwili, kiedy siedział obok pięknej dziewczyny, wydało mu się to balastem. Życie miał już uporządkowane. Było długą, przewidywalną podróżą bez najmniejszej odrobiny czegoś pociągającego, zabronionego, co promieniowało z jego pasażerki. Nawet tym pachniała. Słodko i kwaskowato, jak świeżo rozwinięte kwiaty bzu. Ten zapach wzbudzał tęsknotę. Pożądanie.
W pewnym momencie, kiedy odwróciła wzrok, był bardzo blisko wyciągnięcia ręki, żeby jej dotknąć. Jakby lekkim dotknięciem mógł wziąć udział we wszystkim, co stracił. W ostatniej chwili się powstrzymał, ale uczucie straty prześladowało go jeszcze przez kilka dni.
Żwirowa droga stawała się coraz gorsza, im dalej wjeżdżał na teren mokradeł; starał się ominąć najgłębsze dziury. Zgodnie ze spisaną umową Lasse Svart miał utrzymywać drogę w dobrym stanie, ale oczywiście to ignorował. Lasse przez lata mógł liczyć na to, że hrabia nigdy nie znajdzie innego dzierżawcy, że nikt nie będzie zainteresowany kilkunastoma akrami podmokłego lasu. W Czarnej Zagrodzie mógł robić prawie wszystko, co chciał. To było jego małe królestwo, z dala od wszelkich praw, zasad i ciekawskich oczu.
Ale to było przed nocą Walpurgii. Zanim szesnastoletnią córkę Svarta znaleziono martwą na kamieniu ofiarnym, wokół którego ziemia była zryta odciskami kopyt.
Podczas nocy Walpurgii granica między życiem a śmiercią jest najcieńsza. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy.
Stefcio stłumił kolejny dreszcz.
Las się skończył i samochód wjechał na błotnisty dziedziniec Czarnej Zagrody. Trzy zrujnowane budynki przycupnęły w ciemności pod drzewami, jakby próbowały się ukryć. Wśród pokrzyw stały zardzewiałe narzędzia rolnicze.
Odwiedzał Czarną Zagrodę już kilka razy, zwykle w towarzystwie administratora zamku Erika Nyberga, i za każdym razem wybiegało im na spotkanie stado rozszczekanych terierów, zanim jeszcze zdążył zatrzymać samochód. Teraz nie pojawiły się żadne psy. Wszystko tchnęło ciszą i spokojem. Nawet ptaki szczególnie nie hałasowały, mimo że był wiosenny poranek. Na podwórku panowała dziwna, przytłaczająca cisza.
Stefcio stał przez kilka minut przy samochodzie. Wsunął pod wargę prymkę tytoniu i czekał, aż Lasse lub jedna z jego kobiet wyjdzie z domu i zapyta, czego do cholery chce. Ale wszystko było ciemne i ciche. Czerwony pikap Lassego zniknął, nie było go ani na dziedzińcu, ani w bramie wjazdowej. Starego, brudnego forda, którym jeździły kobiety, też nie dostrzegł. Spojrzał na zegarek. Wpół do ósmej rano. Kto wyjeżdżałby tak wcześnie?
Kątem oka zauważył jakiś ruch. Mały piesek wyglądał zza węgła kuźni. Młody psiak, prawie szczeniak.
- Chodź tu! - powiedział Stefcio, nie wiedząc dlaczego.
Pies zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu. Trzymał nisko głowę i prawie czołgał się po ziemi, podkuliwszy ogon lękliwie pod siebie. Potem nagle zatrzymał się i zastygł, jakby coś usłyszał.
Stefcio odwrócił głowę, ale w budynku wciąż było ciemno i cicho. Kiedy ponownie spojrzał w kierunku psa, już go nie było. W połowie betonowych schodów do domu zdał sobie sprawę, że frontowe drzwi są uchylone. Stał na schodach, nie wiedząc, co robić. Na ścianie obok wejścia wisiała półmetrowa figura wykonana z plecionych zielonych gałązek. Jego dziadek robił podobną co wiosnę i wieszał na drzwiach wejściowych, aby Zielony Człowiek odjechał w noc, nie zatrzymując się przy domu.
- Dzień dobry? Jest tam kto?
Słowa odbijały się od ścian budynków i wracały zniekształconym echem, jakby w rzeczywistości był to głos kogoś innego. Kogoś, kto obserwował go z ciemności, spomiędzy zieleni. Naśladował go, drażnił się z nim. Stefcio ponownie spojrzał na paskudną postać z gałązek i przez krótką chwilę był bliski tego, by zejść ze schodów, wskoczyć do samochodu i odjechać. Najwyżej powie Erikowi Nybergowi, że nikogo nie zastał w domu i że odczyt tego cholernego wodomierza musi poczekać.
Ale był dorosłym mężczyzną, który miał zadanie do wykonania, a nie chłopczykiem bojącym się opowieści o duchach.
Zapukał we framugę.
- Halo! - krzyknął ponownie. - Jest tam kto? Tu Stefcio z zamku.
Nikt nie odpowiedział. Cisza panująca w domu sprawiła, że poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Koszula przykleiła mu się do pleców. Wziął głęboki oddech. Zapukał po raz drugi, tym razem mocniej. Otworzył drzwi całkowicie i wszedł do holu. W domu dziwnie pachniało. Stęchłą, zwierzęcą wonią, której nie sposób było określić.
- Halo?
Zajrzał do kuchni. Na stole kuchennym stały używane talerze, szklanki i sztućce dla trzech osób. Wśród resztek jedzenia brzęczały muchy. Jedno z krzeseł było przewrócone. Odwrócił się. Za drzwiami po drugiej stronie korytarza dostrzegł równo zaścielone łóżko.
- Halo?! - krzyknął, tym razem w kierunku piętra.
Nadal nie usłyszał odpowiedzi. Uczucie niepokoju wzrosło, ale opanował się i wszedł po stromych schodach. Stopnie zaskrzypiały pod jego butami.
Na piętrze było ciemno. Po lewej stronie zobaczył sypialnię z podwójnym łóżkiem, równie starannie zasłanym jak to na parterze. Drzwi po prawej były zamknięte. Minęło kilka sekund, nim zdał sobie sprawę, że nie pomalowano ich na jednolity zielony kolor, jak mu się wydawało w pierwszej chwili, lecz pokryto starannie wykonanym wzorem w liście. Wyglądały prawie jak dzieło sztuki.
Pokój Elity, napisane było pięknymi, ozdobnymi literami na wysokości oczu. To tutaj mieszkała. Elita Svart. Wiosenna ofiara. Stefcio położył dłoń na klamce; wydawało mu się, że słyszy własne serce, którego uderzenia odbijają się echem w całym domu. Miał zamiar zrobić coś zakazanego, wejść do świata, do którego tak naprawdę nie miał dostępu. Nieproszony gość, intruz.
Potem zobaczył kolejny napis na drzwiach. Małe, niezgrabnie nabazgrane litery, które prawie wtopiły się w tło, ale stały się wyraźniejsze, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności.
Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy.
Jednocześnie odkrył coś innego. Pośród namalowanych liści kryła się wielka, niesamowita męska twarz. Nagle zrozumiał i zrobiło mu się zimno. Nie wiedział dlaczego, ale uczucie było tak silne, że podniosły mu się włosy na karku i dotknęły kołnierza koszuli. Coś się wydarzyło w tym domu. Coś złego, co sprawiło, że Lasse Svart i jego kobiety zerwali się od kolacji, popędzili do samochodów i odjechali w środku nocy. Coś, co miało związek z martwą szesnastoletnią dziewczyną na zimnej skale i z widmowym jeźdźcem, który galopował przez las.
Stefcio puścił klamkę i pokonał schody w trzech skokach.
Przebiegł przez hol, wyskoczył na zewnątrz i pognał do samochodu.
Uruchomił silnik, ruszył i nie spoglądał w lusterko wsteczne, aż był absolutnie pewien, że Czarna Zagroda zniknęła w zieleni.
"Cześć, Margaux, tu Thea. Przepraszam, że dawno nie dzwoniłam. Wiele się zmieniło. Ale teraz David i ja jesteśmy na miejscu, w Skanii. Możemy rozpocząć nowe życie. To będzie nowa historia, szczęśliwsza niż ta poprzednia. Przynajmniej taką oboje mamy nadzieję".
Nagranie z kamery drona zaczyna się od zbliżenia bramy zamkowej i wspaniałych kamiennych schodów. Następnie kamera oddala się powoli, aż wreszcie widać cały zamek. Duża część centralna z dwoma dobudowanymi skrzydłami, które sprawiają, że budynek wygląda z góry jak wypukłe H. Biała, świeżo otynkowana elewacja, zielony miedziany dach, wozownia i stajnia nieco dalej w prawo, za wschodnim skrzydłem. Fosa za skrzydłem zachodnim. Potem głos spikera.
Zamek Bokelund jest położony około czterech kilometrów od małej miejscowości Tornaby w gminie Ljungslöv, w północno-zachodniej Skanii, niedaleko południowego krańca Söder?sen. Zamek jest jednym z najstarszych w Skanii. Jego historia sięga XIII wieku. Obecny główny budynek w stylu francuskiego neorenesansu został zbudowany około 1880 roku, ale pozostałości starego zamku nadal można zobaczyć w lochach, w których zachowała się jedna z cel więziennych.
To ostatnie stwierdzenie jest nieco przesadzone. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego służyło małe, sklepione pomieszczenie w piwnicy. Ale David miał rację; trzeba przyznać, że cela więzienna w lochach brzmi znacznie lepiej niż piwniczna spiżarnia.
Kamera drona oddala się jeszcze trochę, tak że widać zieloną fosę otaczająca wyspę zamkową, aleję, która od południa łączy zamek z główną drogą, i wąski kamienny most na północy, prowadzący do lasu zamkowego. Na wschodzie majaczą mokradła.
Zamek Bokelund znajduje się na wyspie otoczonej fosą, która powstała w XVII wieku, kiedy odprowadzano wodę z pobliskiego bagniska Tornabyträsket. Bagno, które jest jednym z największych mokradeł w Skanii, to obszar o bogatej florze i faunie, objęty programem Natura 2000.
Teraz cięcie; filmik pokazuje jelenie w świetle słońca, paprocie, mech, ważkę tańczącą nad stojącą wodą, klucz gęsi na tle błękitnego nieba. Powrót do nagrania z drona. Nowy najazd kamery, tym razem z góry na dół, w odwróconej wersji pierwszego ujęcia, tak że na końcu znów ukazują się schody zamku i obszerny ganek, na którym stoją David i ona.
Od 1996 roku zamek jest własnością Fundacji Bokelund i jest przez nią zarządzany. Fundację założył hrabia Rudolf Gordon, ostatni prywatny właściciel zamku. Fundacja Bokelund jest jedyna w swoim rodzaju; jej celem jest promocja okolic Tornaby i ich mieszkańców. Fundacja finansuje m.in. linię autobusową i etat lekarza rejonowego, a także przyznaje stypendia. Zamek został niedawno odrestaurowany i przywrócony do dawnej świetności.
Klip się kończy.
- Co o tym sądzisz? - David wygląda na pełnego entuzjazmu, ale też zdenerwowanego. - Wywiad zrobimy za chwilę i dokleimy na końcu.
- Niezłe - mówi Thea i na widok miny Davida natychmiast żałuje wyboru słowa. - Profesjonalne - dodaje. - Bardzo profesjonalne.
David wygląda na bardziej zadowolonego. Zamyka laptopa i kładzie go na kamiennej balustradzie.
- Właśnie dostałem to od producenta. - Wskazuje na niskiego mężczyznę w czapce z daszkiem, który stoi w pewnej odległości i rozmawia z kamerzystą i operatorem dźwięku. - Zostało trochę dokumentów i muzyka, ale dołoży się to po wywiadzie. Myślę, że będzie świetnie. Żeby tylko pogoda się utrzymała.
Spogląda stroskany na niebo. Jest upalnie jak na drugą połowę kwietnia i świeci wiosenne słońce, ale na horyzoncie zaczęły pojawiać się pasma szarych chmur.
- To musi być perfekcyjne - mamrocze David, chyba bardziej do siebie niż do niej. Thea kładzie mu dłoń na ramieniu.
- Będzie dobrze, nie denerwuj się.
David kiwa głową, uśmiecha się trochę krzywo. Ma na sobie śnieżnobiały strój szefa kuchni. Jego siwiejąca broda jest starannie przystrzyżona wzdłuż linii żuchwy, a jasne włosy zaczesane do tyłu. Podchodzi do nich kobieta z kosmetyczką przypiętą do paska.
- Dzień dobry. Chciałabym przypudrować panu czoło.
- Jasne, oczywiście.
Charakteryzatorka jest około trzydziestki, prawdopodobnie jakieś piętnaście lat młodsza od Thei i Davida. Całkiem atrakcyjna. Nie tak dawno temu David starałby się ją oczarować swoim pełnym pewności siebie wilczym uśmiechem, któremu tak trudno się oprzeć. Ale teraz nie jest swoim zwykłym ja. Od czasu do czasu nieświadomie przygryza paznokieć kciuka, tak że koniuszek palca robi się czerwony. Wizażystka musi się mocno napracować, aby zamaskować błyszczący pot na jego czole. Odwraca się do Thei.
- Czy pani też będzie udzielała wywiadu?
- Nie - przerywa David. - Moja żona jest trochę nieśmiała.
Mruga do Thei, jakby chciał powiedzieć, że wszystko w porządku. Że skończyli się o to kłócić i szanuje jej odmowę wystąpienia w telewizji. Ale Thea wie, że to nieprawda.
- David, możesz tu przyjść na chwilę?! - woła producent. Thea przysuwa się do ściany. Najbardziej chciałaby zbiec ze schodów i schować się w wozowni, byle dalej od kamery. Ale reportaż telewizyjny to wielka sprawa dla zamku, więc Thea musi być na miejscu i okazywać zainteresowanie.
- Jak leci? - pyta ktoś z tyłu.
- W porządku. - Thea próbuje ukryć zaskoczenie.
Matka Davida, mimo swoich sporych wymiarów, ma niezwykły talent do podkradania się niezauważona. Ingrid jest wysoka, ma nieco ponad metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, a więc jest o dziesięć centymetrów wyższa niż Thea. Proste plecy, szerokie ramiona, żadnego przygarbienia, które zwykle pojawia się wkrótce po osiągnięciu wieku emerytalnego. Stalowoszare włosy są krótko ścięte, spojrzenie zza okularów bystre i przenikliwe.
- Pogoda chyba się utrzyma. Całe szczęście.
Thea kiwa głową w odpowiedzi.
- O której jutro przyjedzie doktor Andersson?
Szybka zmiana tematu rozmowy. To typowe dla Ingrid.
- O dziewiątej - odpowiada Thea, chociaż jest absolutnie pewna, że Ingrid doskonale zna jej harmonogram zajęć.
- I obwiezie cię po okolicy. Pokaże ci przychodnię i wyjaśni, jak wszystko działa.
To stwierdzenia, nie pytania.
- Mhm.
- Sigbritt Andersson jest znakomitą lekarką rejonową - kontynuuje teściowa. - Bardzo zasłużoną dla Tornaby.
Thea czeka na spodziewane zastrzeżenie. I zgodnie z oczekiwaniem takie się pojawia.
- Ale Sigbritt od dziecka była ciekawska. Musisz trochę uważać, co przy niej mówisz. Rozumiesz, co mam na myśli? Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy prywatne.
Ingrid milczy zaledwie tyle sekund, ile potrzeba, by móc ponownie zmienić temat.
- Słyszałam, że przestałaś brać leki. Cieszę się, że wracasz do zdrowia.
Thea nie odpowiada. W duszy dziękuje Davidowi za tę małą niedyskrecję.
- David i ty potrzebujecie siebie nawzajem.
Ingrid kiwa głową do swojego syna, gdy ten rozmawia z producentem i reporterem, który ma przeprowadzać wywiad.
- Musicie dojść do siebie, oderwać się od tego wszystkiego, co było.
Wciąż kiwa głową, jakby potwierdzając to, co powiedziała.
- Nawiasem mówiąc, przygotowuję listę gości na kolację inauguracyjną. To smutne, że twoich rodziców już z nami nie ma.
Nowy temat rozmowy wydaje się niewinny, ale z Ingrid nigdy nic nie wiadomo.
- Tak - odpowiada Thea. Kłamstwo jest dobrze przećwiczone i nawet nie wydaje się kłamstwem. Ingrid dotyka jej ramienia.
- Powinnaś wiedzieć, że Bertil i ja uważamy cię za naszą córkę.
Ten gest zaskakuje Theę, nie wie, co ma powiedzieć. Z Davidem spotykali się od czasu do czasu przez kilka lat, ale małżeństwem są dopiero od listopada. Spotkania z teściami może prawdopodobnie policzyć na palcach jednej ręki. Ingrid Nordin raczej nie jest osobą, która okazuje emocje lub uznanie.
- Jak się czuje dzisiaj Bertil? - Thea ratuje się pytaniem.
- Dobrze. Chciał przyjechać, ale był trochę zmęczony. Zaraz zaczną. - Ingrid wskazuje na ekipę telewizyjną.
David ustawił się w tym samym miejscu na podeście, w którym zakończyło się nagranie z drona. Reporter, który miał przeprowadzić z nim wywiad, był młodym mężczyzną o śnieżnobiałych zębach, ubranym w obcisły garnitur. Wyglądał na zbyt ambitnego, żeby pracować nad takimi słodkimi reportażykami. On sam też chyba tak myślał, sądząc po jego mowie ciała i zirytowanych spojrzeniach, które od czasu do czasu rzucał producentowi.
Pierwsze pytanie brzmi jak zaczerpnięte z programu sportowego.
- Proszę mi powiedzieć, panie Nordin, jakie to uczucie wrócić w rodzinne strony po ponad dwudziestu latach sukcesów jako kucharz, szef kuchni i restaurator w Sztokholmie?
Thea już zna odpowiedź. Przygotowywali się z Davidem do tej rozmowy prawie tydzień. Mimo to czuje się niespodziewanie zdenerwowana.
- Oczywiście fantastyczne - mówi David. - Zamek Bokelund to wspaniałe miejsce na restaurację. Bardzo się cieszę, że mogę promować moją rodzinną okolicę i skandynawskie tradycje kulinarne. To dla mnie naturalny krok, o którym marzyłem od wielu lat.
David kończy wypowiedź uśmiechem, który sprawia, że wydaje się promienieć pewnością siebie. Jest bardzo ważne, by ta część historii dobrze zabrzmiała. David to wielki syn tej okolicy, który triumfalnie wraca do domu, aby przyciągnąć turystów i letników. Nie jest restauratorem o zniszczonej reputacji, który został po cichu zmuszony do zamknięcia swoich lokali i ucieczki na południe z podkulonym ogonem.
- Więc za tym projektem stoi pan i dwoje pana przyjaciół z dzieciństwa?
Thea oddycha z ulgą. Dziennikarz trzyma się uzgodnionych kwestii. David również odczuwa ulgę.
- Zgadza się. Jeanette Hellman i Sebastian Malinowski. Sebastian jest jednym z założycieli firmy informatycznej Conexus, a Jeanette ma za sobą długą karierę w branży finansowej. Wszyscy dorastaliśmy w Tornaby i postrzegamy restaurację jako szansę na zrobienie czegoś pozytywnego dla naszych ukochanych rodzinnych stron.
Oho! Kto napisał mu tę kwestię? To nie ty, prawda, ma ch?re?
Głos Margaux rozbrzmiewa nie wiadomo skąd. Thea się wzdryga, powstrzymuje odruch rozejrzenia się wokół siebie. Wie, że Margaux oczywiście nie może tu być. Ale ma rację. To sformułowanie o ukochanych rodzinnych stronach to zdecydowana przesada.
- To wspaniała okazja - kontynuuje David, odpowiadając na pytanie, które Thea przegapiła. - Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Fundacji Bokelund, która odnowiła zamek i zainwestowała w restaurację. Przygotowała grunt, że tak powiem... - Śmieje się. Thea zerka na teściową, która jest całkowicie skoncentrowana na rozmowie. David nie wspomina, że jego matka jest prezeską fundacji. Ingrid stoi za większością rzeczy, które dzieją się w okolicy, także za tym wywiadem dla telewizji.
David się rozkręca. Głos ma mniej napięty, uśmiech staje się coraz bardziej spontaniczny. Thea też się trochę rozluźnia.
- Czy w zamku jest jakiś duch? - słyszy pytanie reportera.
Margaux ponownie pojawia się w jej myślach. Tym razem Thea ją widzi. Krótko przycięta grzywka, brązowe oczy, lekko skrzywiony przedni ząb, do którego zawsze dociska język, zanim się uśmiechnie.
- Oczywiście, że tak - mówi David. - Nawet dwa. W połowie osiemnastego wieku młoda kobieta utonęła, przechodząc po lodzie przez fosę. Według legendy szła z zamku na sekretną schadzkę z synem leśniczego. Pod koniec dziewiętnastego wieku inna młoda kobieta spadła z konia w zamkowym lesie podczas polowania w dniu świętego Huberta i złamała kark. Podobno czasami można usłyszeć obie dziewczyny galopujące nocą po lesie. To znaczy, jeśli wierzy się w baśnie.
Reporter kiwa głową z zainteresowaniem.
- Ale jest też prawdziwa historia, prawda? O trzeciej dziewczynie, która zginęła. Mam na myśli "wiosenną ofiarę".
Uśmiech Davida zastyga. Thea widzi, jak jej teściowa prostuje plecy.
- Tak, to smutna historia. Może nie powinniśmy... - David rozgląda się niepewnie, patrzy najpierw na Theę, a potem na producenta.
- Kamera stop!
Producent odchodzi z dziennikarzem nieco na bok. Wydaje się, że zaczynają dyskutować z irytacją. David gryzie paznokieć, jego czoło lśni. Thea podchodzi do niego i bierze go za rękę. Jest gorąca i spocona.
- Co się stało?
Jej mąż kręci głową.
- Nic. Po prostu trochę się speszyłem.
Charakteryzatorka pojawia się ponownie i pudruje mu czoło. Rozmowa między producentem a reporterem trwa.
- Czemu?
Thea słyszy głos reportera.
- Historie o prawdziwych zbrodniach są o wiele bardziej interesujące. Widzowie to uwielbiają, nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy...
Producent przerywa mu, mówi coś, co sprawia, że reporter odwraca się i ze złością zbiega ze schodów.
David ściska jej dłoń. Ingrid podchodzi do producenta i wymieniają kilka krótkich zdań.
- Powtarzamy wszystko - mówi producent i macha do operatora. - Ja będę zadawał pytania. Zaczynamy od nowa. Trzymamy się tego, co uzgodniliśmy. W porządku?
David sztywno kiwa głową. Thea puszcza jego rękę i szybko wychodzi z kadru.
- Dobra, jedziemy.
Producent zadaje to samo wstępne pytanie, co poprzednio, a David natychmiast się zacina. Powtarzają kwestie kilkakrotnie, ale restaurator stracił koncentrację. Odpowiedzi brzmią mechanicznie i nienaturalnie, a jego urok osobisty przepadł całkowicie. Thea widzi, jak producent spogląda na zegarek, a potem w niebo, po którym sunie w ich kierunku szare pasmo chmur.
- Robimy krótką przerwę. Napij się wody, Davidzie.
Producent i Ingrid naradzają się ponownie. David popija wodę z butelki. Charakteryzatorka powraca do nierównej walki z potem na czole.
- Wszystko poszło w cholerę, zanim na dobre zaczęliśmy - mamrocze mężczyzna.
Thea ponownie bierze go za rękę.
- Naprawisz to. Po prostu spróbuj się odprężyć.
- Nie potrafię. Musimy to zrobić w inny sposób.
David ściska jej dłoń, patrzy na nią błagalnie i lekko unosi brwi, żeby zrozumiała, o co mu chodzi.
- Nie poradzę sobie bez ciebie, Thea. Proszę...
Kobieta przełyka ślinę, próbując ocenić ryzyko.
Ingrid przerywa jej myśli.
- Tak, Thea. Peter i ja rozmawialiśmy o tym, że byłoby dobrze, gdybyś również wystąpiła w wywiadzie.
Wskazuje na producenta.
- Lojalna, wspierająca żona, nowa lekarka rejonowa i tak dalej.
Thea czuje, że wszyscy na nią patrzą. Żołądek staje się zimną kulą, w ustach zasycha. David ponownie ściska jej dłoń. Coraz mocniej, aż nie może już tego znieść. Bierze głęboki oddech.
- Okej - mówi i prawie natychmiast żałuje, że to zrobiła. Ale teraz jest już za późno. W jej głowie znów rozbrzmiewa schrypnięty głos Margaux.
Wszyscy mamy swoje upiory, Thea. Niektórzy mają ich więcej niż inni.
Daleko, za ciemniejącym szarym pasmem na horyzoncie, słychać groźny pomruk nadciągającej burzy.
"Oczywiście zastanawiasz się, jak sobie radzi Emma? Ucieka, gdy tylko odpinam smycz. Znika w lesie i nie przychodzi, gdy ją wołam. Myślę, że cię szuka, Margaux. Tęskni za tobą. Obie tęsknimy. A ty tęsknisz za nami? Przepraszam, to było głupie pytanie".
Thea idzie przez bukszpanowy ogród i dalej przez trawnik na tyłach zamku. Emma zna już drogę. Pies gorączkowo szarpie się i ciągnie za smycz. Fosa jest szersza z tyłu zamku. Tworzy długi, wąski staw lub nawet małe jeziorko, przedzielone kamiennym mostem prowadzącym do lasu. Most ma zaledwie kilka metrów szerokości. Został zbudowany na początku dziewiętnastego wieku, zapewne po to, aby hrabiowie mogli jeździć bezpośrednio z zamku do lasu.
Pod mostem woda jest butelkowozielona i gęsta, bo jej powierzchnię pokrywają wodorosty i lepka warstwa glonów. Woda spływa z mokradeł Tornabyträsket i niesie ze sobą zapach, który Thea poznała w innych miejscach. W nigeryjskiej dżungli, na pustyniach Etiopii, na posterunku policji w Solnie i pośród ruin Syrii. Zapach ziemi i drożdży, żelaza i amoniaku, robaków i owadów, które żywią się rozkładającymi się zwłokami.
Theę przebiega dreszcz. Emma prycha, jakby też chciała uciec od tej stojącej wody. Tuż za mostem Thea odpina smycz, a pies pędzi między pniami drzew jak szara strzała. Kobieta podąża ścieżką pod wysokimi koronami drzew i czeka z zapaleniem papierosa, aż zniknie z pola widzenia mieszkańców zamku. Gauloisy bez filtra, które kiedyś polubiła dzięki Margaux i które miała przestać palić zgodnie z obietnicą złożoną Davidowi. Głęboko się zaciąga. Zatrzymuje dym przez kilka sekund, aż zaczyna czuć kłucie w oskrzelach.
"Co jest gorsze niż paląca lekarka? - mawiała Margaux. - Oczywiście dwie palące lekarki!"
Niezbyt mądry żart, ale Margaux zawsze to uchodziło. Wystarczyło, że pochyliła głowę, ukryła wzrok pod prostą jak u dziewczynki z kreskówek grzywką, a parskało się śmiechem.
Dzisiejszy wywiad telewizyjny niepokoi Theę. Próbuje sobie wmówić, że to tylko kilka minut nagrania, że minęło przecież ponad dwadzieścia pięć lat i nikt nie zdoła jej rozpoznać. Poza tym nie miała wyboru. David samodzielnie nie dokończyłby wywiadu. Otwarcie restauracji się zbliża, jej mąż pracuje godzinami, a telefon ciągle dzwoni. Żyje pod ogromną presją. Mimo to Thea jest przekonana, że to nieoczekiwane pytanie wytrąciło go z równowagi.
Pytanie o trzecią martwą dziewczynę, która zginęła dużo później, dziewczynę, o której reporter chciał rozmawiać, zamiast kontynuować słodką i pogodną historyjkę. David nigdy jej nie wspomniał o tej sprawie. Musi znaleźć odpowiednią okazję, żeby go o to zapytać.
Las zamkowy rośnie na niewielkim wzniesieniu ponad okolicznymi bagnami. Skrawek twardej ziemi, na którym drzewa wyrastają większe i żyją dłużej niż w innych miejscach. Fundacja Bokelund przeznaczyła wszystkie pieniądze na odnowienie zamku, a las pozostawiła własnemu losowi. Część położona najbliżej mostu i zamku była kiedyś bardziej podobna do parku, ale żwir w korytarzach został zaatakowany przez chwasty, stare latarnie nie działają i tylko kilka ławek wciąż nadaje się do siedzenia. Nie dlatego, że ktoś je niszczy. Przez niecały tydzień, który tu spędziła, Thea nie widziała w lesie ani jednego człowieka, co może nawet aż tak bardzo nie dziwiło. Tornaby było oddalone o pięć kilometrów, a zamek miał niewielu sąsiadów. Nie prowadziły tu też prawie żadne drogi. Było tak, jakby świat zapomniał o tym miejscu, zostawił jej całe zapuszczone piękno lasu. Baldachim młodych listków jeszcze nie przesłaniał nieba, a światło słoneczne odbijało się w płatkach białych zawilców. Ptaki śpiewały, a koronami drzew lekko poruszał wiatr. Wszystko było oszałamiająco piękne. Jednocześnie zaniedbanie sprawiało nieco melancholijne wrażenie. Czy to dlatego dobrze się tu czuła?
Pochylony słupek z drogowskazami informował, jak daleko jest z powrotem do zamku (pięćset metrów na południe tą samą drogą, którą przybyła), do wioski Tornaby (pięć kilometrów na zachód wzdłuż prawie zarośniętej ścieżki), do kamiennego kręgu, którego jeszcze nie zbadała (sześćset metrów prosto na północ), i wreszcie strzałka w prawo w kierunku ścieżki prowadzącej do kanału (pięćset metrów na wschód). David powiedział, że kanał jest w rzeczywistości szerokim rowem, który ciągnie się około kilometra prosto w las między zamkowym lasem a bagnami i kieruje wodę z mokradeł w dół do fosy. Planował kupić tratwę dla restauracji. Można by nią pływać fosą i kanałem aż do znajdującej się na jego końcu leśniczówki. Thea zastanawiała się, czy gęsta woda i odór mokradeł nie odbiorą gościom apetytu. Ale oczywiście nie wspomniała o tym Davidowi.
Podążała ścieżką na wschód, powoli paląc papierosa, aby wystarczył na jak najdłużej. Po kilku minutach dotarła na polanę. Z jednej strony wznosiło się stare drzewo o sękatym pniu i ciężkich, poskręcanych konarach. Kora była szara, ale słoneczne światło na polanie sprawiało, że wyglądała prawie biało.
Zamiast iść dalej ścieżką, którą zwykle spacerowała, Thea przeszła przez polanę i podeszła do drzewa. Pień miał ze cztery metry obwodu, może nawet więcej. Obok stała brudna tablica informacyjna, której wcześniej nie zauważyła. Thea otarła trochę porostów, żeby przeczytać tekst.
Dąb, Quercus robur. Dąb jest jednym z największych drzew w Skandynawii i występuje od Skanii po Gästrikland. Ten okaz nosi nazwę Dębu Szubienicznego. Nie jest jednak jasne, czy drzewo było rzeczywiście używane do egzekucji. Według badań przeprowadzonych w 1998 roku dąb ten ma ponad dziewięćset lat, zatem oprócz głogu tworzącego gaj obok kamiennego kręgu jest najstarszym drzewem w zamkowym lesie. Bulwiaste narośla na pniu nazywane są obrzękiem pnia lub czeczotą i są prawdopodobnie skutkiem defektu genetycznego, który powoduje, że włókna drzewne rosną w niewłaściwym kierunku w stosunku do pnia drzewa. Około trzech metrów nad pniem znajdują się dwie większe czeczoty i dziupla, które razem przypominają twarz mężczyzny. Ta formacja jest popularnie nazywana Zielonym Człowiekiem i wiąże się z lokalną legendą. Według niej Zielony Człowiek jest duchem przyrody, który w pewne wiosenne noce przybiera ludzką postać i jeździ konno przez lasy, aby wygonić zimę i ciemność. Według tej samej legendy, żeby przyspieszyć powrót życia, należy wkładać do ust Zielonego Człowieka wiosenne dary ofiarne.
Thea powiodła wzrokiem wzdłuż pnia. Kształt opisany na tablicy był łatwy do znalezienia. Dwie owalne bulwy z nabrzmiałymi krawędziami i gładkimi środkami, a pod nimi okrągły czarny otwór. Wyglądało to niezaprzeczalnie jak zniekształcona twarz mężczyzny o pustych oczach i otwartych ustach.
Tuż przy stopach Thei rosną białe zawilce. Nie wiedząc, dlaczego właściwie to robi, zrywa kilka kwiatów i wsuwa je do kieszeni kurtki. Gasi papierosa, stawia stopę na dolnej narośli pnia, odbija się i chwyta go jedną ręką. Nie wspinała się na drzewa, odkąd była mała. Mimo to pamięta technikę, której nauczył ją starszy brat. Trzymać się rękami, odpychać nogami. Jest lekka, ma silne ramiona, barki i plecy. Jasna kora dębu jest szorstka i nierówna, pełna pęknięć i szczelin, w które można wsuwać dłonie. Wspięcie się na wysokość twarzy Zielonego Człowieka nie zajmuje dużo czasu. Wpatruje się w niesamowitą postać o martwych oczach i czuje się dość dziwnie. Co za głupstwa wyprawia? Tego typu pomysły były domeną Margaux. Ona, Thea, kieruje się rozumem i logiką, woli rzeczy, które można zmierzyć i uporządkować. Uwielbia rozwiązywać łamigłówki, badać drogi ewakuacyjne, zawsze ma przy sobie plecak z niezbędnymi rzeczami na wypadek najgorszego. Miała, poprawia się. Dopóki naprawdę nie wydarzyło się najgorsze.
Thea wyjmuje z kieszeni kurtki białe zawilce i wkłada je do ust Zielonego Człowieka. Otwór jest większy, niż się wydawało z dołu, i z łatwością można do niego włożyć całą pięść. Wydaje się, jakby gruby pień był prawie pusty. Wkłada rękę tak głęboko, jak tylko może, zamyka oczy i przywołuje obraz Margaux. Próbuje zobaczyć każdy szczegół jej twarzy. Ciemną grzywkę, ciemne oczy, małe piegi na nosie. Uśmiech.
Thea wrzuca białe zawilce do wnętrza drzewa.
Za powrót życia.
Wiatr szarpie drzewami, zgina ich wierzchołki i unosi z ziemi martwe jesienne liście. Niesie woń elektryczności i burzy. Thea drży.
Gdzieś głęboko w lesie Emma zaczyna szczekać.
Noc Walpurgii 1986
Drodzy Czytelnicy! Każda historia powinna mieć początek, środek i koniec. To jest początek mojej historii. Nazywam się Elita Svart. Mam szesnaście lat. Mieszkam na farmie głęboko w lesie pod Tornaby. Kiedy będziecie to czytali, nie będę już żyła. Ale opowiadajmy wszystko od początku, dobrze?
Szef warsztatu robił sobie z niego jaja. Arne Backe zrozumiał to niemal natychmiast. Gruby skurwiel przechylał się przez kontuar i gadał tak głośno, że jego dwaj pomocnicy, którzy w pewnej odległości wymieniali olej w volvo 245, z pewnością słyszeli, o czym była mowa.
- Mówiłeś, że jak się nazywasz?
- Aspirant Backe, numer służbowy dwadzieścia dziewięć siedemdziesiąt jeden, policja w Ljungslöv. Mam odebrać radiowóz.
Arne przygładził wąsy gestem, który, jak sobie wyobrażał, nadawał mu wygląd kogoś starszego i bardziej doświadczonego.
- Tak mówisz. - Majster przeciągnął tłustym paluchem wskazującym po linijkach notatnika. - Radiowóz policyjny z Ljungslöv. Naprawdę go potrzebujecie? Myślałem, że tam w tym błocie przeważnie jeździcie traktorami.
Arne słyszał, jak dwaj gówniarze smarujący volvo cicho zarechotali, ale się nie odwrócił. Zamiast tego zastukał w ladę.
- Kluczyki. Śpieszę się.
- Śpieszysz się? Do czego? Do obory krowy doić? A może pomagasz komisarzowi Holmérowi znaleźć mordercę Palmego?
Znów rozległ się śmiech, tym razem głośniejszy. Mechanik wyprostował się, sięgnął po kluczyki do samochodu i demonstracyjnie położył je na blacie.
Najwyraźniej miał zamiar przeciągać całą sprawę jak najdłużej. Arne był przyzwyczajony do tego, że ludzie się z niego nabijali. Miał dwadzieścia dwa lata i był najmłodszy w komisariacie w Ljungslöv. Żółtodziób, któremu wolno było tylko robić kawę, siedzieć w recepcji i załatwiać sprawunki. Szef policji Lennartson niechętnie zorganizował mu podwózkę do Helsingborga po nowy radiowóz. Lennartson zawsze miał szczególny wyraz twarzy, gdy ich spojrzenia się spotykały. Była to mieszanina irytacji i niechęci, którą Arne widywał zbyt wiele razy. Nic nie mógł poradzić na to, że tak działa na ludzi.
Zacisnął zęby. Latem na komisariat przyjedzie kilku więcej świeżo upieczonych policjantów, a wtedy on wzniesie się o jeden szczebel w hierarchii. Będzie patrolował ulice jak prawdziwy policjant. Do tego czasu po prostu trzeba akceptować sytuację. Znosić grymasy Lennartsona i przytyki innych kolegów. Ale bydlak z warsztatu i jego dwaj pomocnicy byli gównianymi cywilami i nie mieli żadnego prawa robić sobie jaj z prawdziwego gliniarza.
Arne Niedorajda, tak go nazywali w szkole. Śmiali się z jego słabych ocen, z tego, że był kiepski w piłce nożnej, z tego, że się urodził, gdy jego rodzice byli już niemłodzi. Czasami sugerowali, że jego starsza siostra jest w rzeczywistości matką, chociaż Ingrid miała zaledwie dwanaście lat, kiedy Arne przyszedł na świat. Bez względu na to, ile razy bił się z innymi chłopakami, ile ciosów zadał lub otrzymał, dalej się z niego wyśmiewano. Nawet kiedy dorósł. Ponieważ nie był wystarczająco dobry, by służyć w wojsku, ponieważ nie mógł utrzymać pracy, ponieważ nigdy by go nie przyjęto do policji, gdyby jego szwagier Bertil nie grywał w brydża z Lennartsonem.
Arne Niedorajda.
- Pokwituj tutaj!
Tłuścioch podsunął mu poplamiony zeszyt i przymrużył oko, jakby Arne był smarkatym chłopcem na posyłki, a nie policjantem w mundurze.
- To ten saab z tyłu. Tylko bądź tak dobry, Backe, nie jeźdź nim po polach.
Arne nabazgrał swój podpis i chwycił kluczyki.
Dwa gnojki w najlepsze wlewały olej do silnika volvo 245. Pojemnik ze zużytym olejem stał na małym wózku na podłodze. Jeden z chłopaków miał długie włosy z kolorowymi pasemkami, a drugi kolczyk w uchu. Ani chybi pedały. Byli niewiele starsi od Arnego, ale uważali, że mają prawo się z niego nabijać. Kiedy przechodził, wyprostowali się i wykrzywili gęby w głupawych uśmiechach. Prawdopodobnie zastanawiali się nad odpowiednią odzywką na pożegnanie.
- Będziecie musieli wyszorować podłogę - powiedział Arne, zanim któryś z nich zdążył otworzyć usta. Kopnął mocno wózek z olejem i posłał strumień lepkiej cieczy na stopy chłopaków.
Potem poszedł ze śmiechem do radiowozu, wskoczył do niego i odjechał.
Był to saab 900 turbo. Miał na liczniku zaledwie parę tysięcy kilometrów i wciąż pachniał nowością. Mocna bryka, o mocy stu siedemdziesięciu pięciu koni mechanicznych.
Przy zjeździe na szosę dwadzieścia jeden Arne włączył niebieskie światło i sygnał dźwiękowy, po czym przyśpieszył do ponad stu osiemdziesięciu. Cieszył się, gdy inni kierowcy zjeżdżali na pobocze, żeby go przepuścić. Nadal widział przed sobą, jak te dwa gnojki ślizgały się z butami pełnymi oleju, podczas gdy majster ryczał jak mors cierpiący na zatwardzenie.
Po raz pierwszy od bardzo dawna Arne był w dobrym humorze. Jakby coś się w nim rozjaśniło. Mógł jeździć tym samochodem, jak i dokąd chciał. Lennartson był rolnikiem amatorem i przez cały tydzień ględził o swojej maciorze, która w każdej chwili mogła się oprosić. Prawdopodobnie pojechał już do domu, nie mając pojęcia, gdzie jest Arne. Dopóki będzie się trzymał na pewną odległość od Ljungslöv, nikt się nie dowie, co robi z radiowozem, byle tylko odstawił go do garażu jutro przed ósmą rano, zanim otworzą komisariat.
Arne zobaczył drogowskaz na Tornaby i zwolnił. Najwyższy czas, aby ludzie zobaczyli jego nowe ja. Nowego Arnego Backe.
"Zastanawiasz się, czy wciąż śni mi się ten sam koszmar. Bardzo chciałabym powiedzieć, że nie, bo nie chcę, żebyś się o mnie martwiła. Czuję się dobrze, Margaux. Już o tym nie rozmawiajmy, dobrze?"
Huk rozbrzmiewa w głowie Thei. Zeskakuje z łóżka, rzuca się na podłogę i obejmuje głowę rękami.
Szpital polowy w Idlib. Wybuchy bomb beczkowych, które rozrywają budynek i ludzi w nim przebywających. Zakopują wszystko i wszystkich pod osuwiskami. Betonowy pył grozi jej uduszeniem. Musi wstać, włożyć kask. Musi znaleźć Margaux, musi się stąd wydostać...
David staje w drzwiach. Porusza ustami, ale ona nie słyszy, co mówi. Jej umysł jest nadal w zburzonym szpitalu. Przedziera się przez gruzy, ruiny, potyka się o zwłoki...
Teraz czuje ręce męża na ramionach. David delikatnie nią potrząsa. Koszmar zwalnia uścisk i Thea odzyskuje słuch.
- Thea - mówi cicho David. - Obudziłaś się?
Udaje jej się skinąć głową i jednocześnie zauważa, jak jest ciemno. Zgasła nocna lampka led w gniazdku ściennym przy drzwiach, przez okna nie dostają się żadne światła z zewnątrz. Jest tylko słaby blask księżyca, który sprawia, że twarz Davida wydaje się kredowobiała.
Mąż przyciąga ją do siebie. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że cała drży. Na początku tylko trochę, potem coraz bardziej; zaczyna szczękać zębami, z trudem utrzymuje pionową pozycję. Klatka piersiowa się kurczy, oddech staje się płytki.
- Spokojnie - mruczy jej do ucha David. - Po prostu uderzył piorun. Jesteś bezpieczna, Thea. Oddychaj spokojnie.
Stara się postępować zgodnie z jego radą. Bierze głęboki wdech i przytula się do niego tak mocno, jak tylko może. Ucisk na klatkę piersiową znika, drżenie się uspokaja, w miarę jak koszmar znika z pamięci.
- Wszystko w porządku?
Kiwa głową, odsuwa się i ociera ostatnie łzy nadgarstkiem.
- Muszę iść do zamku - mówi David. - Prąd wysiadł. Pójdziesz ze mną?
Thea znowu kiwa głową. Absolutnie nie chce zostać sama w ciemności.
- Czy wiesz, gdzie są płaszcze przeciwdeszczowe? Leje.
Idzie za nim do salonu, po drodze wypija w kuchni szklankę wody. Od razu zdaje sobie sprawę, że czegoś brakuje.
- Widziałeś Emmę?
- Prześliznęła się obok mnie, kiedy otworzyłem drzwi frontowe.
- Kiedy?
- Zaraz po tym, jak uderzył piorun. Wyjrzałem, żeby zobaczyć, czy światła w zamku się palą, a ona przepchnęła się obok mnie. Wszędzie jest ciemno.
David wydaje się bardziej zaniepokojony zamkiem niż psem. Jego komórka zaczyna dzwonić.
- Firma ochroniarska - mówi, odwracając się, by odebrać telefon.
Thea otwiera drzwi frontowe. Deszcz bije o żwir i kamienne płytki przed wejściem.
- Emma! - krzyczy i zdaje sobie sprawę, że jej głos nie dociera nawet na podwórze.
- W zamku włączył się alarm przeciwpożarowy i włamaniowy - mówi David. - Prawdopodobnie zwarcie. Musimy natychmiast tam iść. - Wyciąga latarkę z szuflady.
- Ale Emma...
- Na pewno znajdziemy ją po drodze. Chodź!
Otwiera szeroko drzwi i biegnie pochylony w stronę samochodu. Po kilku sekundach wahania Thea wkłada buty i kurtkę i idzie za mężem. Wozownię oddziela od zamku tylko dwieście metrów żwirowej drogi. David wciska gaz do deski, kierując jedną ręką i gryząc paznokieć kciuka drugiej. Thea rozgląda się za Emmą, obawiając się, że przypadkiem mogą ją przejechać. Ale suczka była bezpańskim psem, pociesza się. Wie, że samochody są niebezpieczne.
Zamek wygląda na jeszcze ciemniejszy niż ich mały domek, jakby wysokie mury, wieże i stromy dach bardziej pogłębiały mrok.
David hamuje przed wejściem do kuchni we wschodnim skrzydle. Trzyma latarkę w ustach, walcząc z zamkami. Dźwięk syreny alarmowej odbija się od kamiennych ścian.
- W kuchni jest awaryjne światło. Po prostu idź za światłem! - krzyczy David przez ramię, po czym znika na schodach do piwnicy. Thea cieszy się, że nie poprosił, aby z nim poszła. Jej mąż wie, że nienawidzi piwnic. Ich stęchłego zapachu, poczucia osaczenia i ciemności. Nienawidzi ciemności.
Podąża za słabym światłem awaryjnym, włącza je i biegnie przez przejście, które prowadzi do dużej jadalni. Może Emma pobiegła w stronę mostu i lasu zamkowego? W takim razie mogłaby zobaczyć ją z tylnego tarasu.
Syrena alarmowa nagle cichnie. Jadalnia jest ciemna i pusta. Nowe stoły i krzesła nadal stoją w kącie. Ściany pokryte są złoconymi panelami, które niedawno oczyszczono. Thea kieruje lampę na malowidła na suficie. Motywy greckie, młode kobiety w lesie, ubrane w długie tuniki. Wokół nich krążą mityczne istoty, satyry, centaury i inne, których nazw nie zna. Kilka drzew wygląda jak żywe istoty. Thea myśli o twarzy na Szubienicznym Dębie. O Zielonym Człowieku, któremu ofiarowała białe zawilce. Idiotyczny pomysł.
Otwiera oszklone drzwi. Wydaje się, że ulewa trochę osłabła, zmieniła się w zwyczajny wiosenny deszcz. Naciąga kaptur kurtki i wychodzi na taras. Oświetla lampką awaryjną niskie bukszpanowe żywopłoty w ogrodzie i dalej, za trawnikiem.
- Emma! Emma!
Nagle błyskawica oświetla cały ogród. Niebieskawobiały rdzeń z czerwonymi krawędziami przecina ciemność i zapada w las po drugiej stronie fosy. Huk jest prawie jednoczesny i tak potężny, że Thei zapiera dech.
Koszmar powraca. Fala uderzeniowa, panika, niemożność utrzymania się na nogach, duszności. Całe ciało znów zaczyna się trząść. Kuca, pochyla głowę, próbuje spokojnie oddychać. Wdech, wydech, wdeeeech, wyyyyydech...
Coś dotyka pleców Thei. To Emma. Pies wtyka nos w jej dłoń i cicho skomli. Przyciąga zwierzaka do siebie i, co dziwne, Emma nie protestuje, ale stoi nieruchomo i pozwala się objąć.
Krople deszczu dostają się pod kurtkę.
Thea nadal oddycha głęboko, powoli i po kilku minutach atak paniki ustępuje. Rękawem kurtki ociera łzy i krople deszczu.
- Spokojnie, psinko - mamrocze do ucha Emmy. - Zaraz będzie lepiej. Musimy tylko trochę poczekać.
Kątem oka widzi migoczące światło. Pojawiło się w oknie zachodniego skrzydła. Przez krótką chwilę myśli, że to David. Ale on nie ma dostępu do zachodniego skrzydła, a nawet gdyby miał, nie dotarłby tam w tak krótkim czasie. Ponadto blask jest zbyt słaby i niespokojny jak na światło latarki.
Ktoś stoi w jednym z okien. Niewysoki człowiek ze świecą w ręku, na wpół schowany za zasłoną. Ich oczy spotykają się poprzez strugi deszczu.
Thea rozpoznaje w jego spojrzeniu to, co widzi w lustrze w łazience każdego ranka i wieczora.
Żal i smutek.
Mężczyzna lekko kiwa głową, po czym zdmuchuje świecę i znika w ciemności.
Noc Walpurgii 1986
W Tornaby nikt nie może uciec przed przeszłością. Wszystko się powtarza, tylko twarze są nowe. Jak jeden długi rytuał. Ale dziś wieczorem wszystko się zmieni. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy. Słyszycie, jak się zbliża? Słyszycie, jak szepcze moje imię?
Elita Svart, Elita Svart...
Arne skręcił do Tornaby, opuścił boczną szybę radiowozu i wysunął łokieć na zewnątrz. Jechał celowo powoli, pozdrawiając każdego napotkanego lekkim skinieniem głowy. Ku swemu zdziwieniu wszyscy odpowiadali na jego pozdrowienia: właściciel sklepu z narzędziami, malarz, pretensjonalna urzędniczka z poczty. Ludzie, którzy kiedyś nigdy by mu się nie odkłonili. Zawrócił i powtórzył rundę jeszcze parę razy. Następnie zaparkował przed bankiem i wysiadł z samochodu. Stały tam dwa inne auta: zielony land rover hrabiego i biały pikap należący do administratora zamku Erika Nyberga.
W normalnej sytuacji Arne nie wszedłby do środka. Od dzieciństwa bał się Rudolfa Gordona. Starsze dzieci straszyły się nawzajem opowieściami o tym, jak hrabia je przeganiał, kiedy bawiły się w lesie w pobliżu zamku, jak szczuł je psami i gonił za nimi na koniu. Niektóre dzieciaki twierdziły nawet, że w noc Walpurgii widziały hrabiego przejeżdżającego przez las zamkowy w stroju Zielonego Człowieka tylko po to, by straszyć ludzi. Ale ani żadne opowieści, historie o duchach, ani gderliwi starzy faceci nie byli w stanie przerazić nowego Arnego Backe. Włożył furażerkę, poprawił białą policyjną koalicyjkę i wkroczył do banku.
Trzej kasjerzy, którzy pracowali dla Bertila, podnieśli wzrok zza oszklonego kontuaru. Lekko drgnęli w sposób, który jeszcze bardziej poprawił i tak już dobry humor Arnego.
- Cóż, jak leci, panowie? - powiedział swoim najbardziej dojrzałym głosem. Wsunął kciuki pod koalicyjkę i zakołysał się na piętach, tak jak robili to starsi policjanci.
- Dziękuję, dobrze - wymamrotały gryzipiórki prawie że chórem.
- To doskonale - odparł Arne. - Jest dyrektor?
- Ma spotkanie - powiadomił kasjer, który siedział najbliżej.
Arne przybrał surową minę służbisty, którą ćwiczył przed lustrem.
- M-myślę, że spotkanie właśnie się skończyło - dodał kasjer i nacisnął przycisk otwierający przejście. Arne wkroczył za kontuar. Wiedział, dokąd iść, wielokrotnie odwiedzał tu szwagra. Biuro Bertila, pokój o trzech dużych oknach wychodzących na główną ulicę, znajdowało się na piętrze. Mężczyzna zastanawiał się, czy powinien wbiec lekko po schodach, czy też iść ciężkimi, miarowymi krokami. Wybrał to drugie, czując, jak kasjerzy śledzą go wzrokiem.
Drzwi do biura szwagra były otwarte. Bertil, hrabia i Erik Nyberg stali na zewnątrz. Wyglądało na to, że wkrótce się pożegnają. Arne jeszcze bardziej spowolnił kroki.
- Zatem tak - usłyszał głos Bertila. - Dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia, więc umowa najmu musi zostać wypowiedziana teraz, jeśli nie chce pan czekać przez kolejny miesiąc.
- Panie Eriku, czy mógłby pan być tak dobry i to załatwić? - Głos hrabiego brzmiał nosowo, głoskę "r" wymawiał w sposób typowy dla wyższej sfery.
- Pojadę tam dziś po południu - odpowiedział zarządca.
- Może lepiej nie jedź sam - odezwał się Bertil. - Lasse Svart nie będzie zbyt ucieszony wypowiedzeniem umowy.
To nazwisko sprawiło, że Arne uważniej nadstawił uszu.
- Wiem, jak sobie radzić ze Svartem - odrzekł krótko Erik Nyberg. - Ale wezmę ze sobą Pera. Chłopak musi się nauczyć, jak dawać sobie radę w życiu.
- Słyszałem, że Per nie poszedł do szkoły muzycznej - powiedział Bertil.
- Nie. - Erik Nyberg wymienił szybkie spojrzenia z hrabią. - Uznaliśmy, że to nie był dobry pomysł. Lepiej, żeby został w domu i nauczył się przyzwoitego zawodu.
- Tak... Pójdziemy już. Dziękuję za pomoc, panie Bertilu - zakończył hrabia. Trzej mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, odwrócili się w stronę schodów i dopiero teraz zauważyli Arnego. Hrabia rzucił mu szybkie spojrzenie. Rudolf Gordon zbliżał się do siedemdziesiątki, był wysoki i szczupły, miał ostre rysy i głęboko osadzone oczy. Erik Nyberg był niższy o głowę i miał ogorzałą, surową twarz, której Arne mu zazdrościł, tak samo jak podniszczonej zamszowej marynarki.
- Witam panów - powiedział, starając się zachować poważną minę, kiedy obaj mężczyźni go mijali. Ku jego zadowoleniu odpowiedzieli mu skinieniami.
- Cześć, Arne. - Bertil nie wydawał się zakłopotany, raczej trochę zaskoczony. Arne się wyprostował. Znowu zakołysał się na piętach, podczas gdy jego szwagier mierzył go wzrokiem od stóp do głów.
Bertil był piętnaście lat starszy i odkąd Arne skończył dziesięć lat, był dla niego jak starszy brat. Byli tego samego wzrostu; mimo to po raz pierwszy w życiu Arne poczuł, że nie musi spoglądać w górę, aby napotkać wzrok szwagra.
- Miło, że stróż porządku przychodzi z wizytą. Właź. - Bertil odsunął się trochę na bok i zaprosił go ruchem ręki. - Siadaj!
Arne opadł na jeden ze skórzanych foteli, które stały w rogu pokoju. Kabura pistoletu otarła się mu trochę o biodro. Poprawił ją. Na środku stołu stało duże pudełko cygar. W popielniczce leżały trzy niedopałki. Bertil otworzył szafkę, wyjął kryształową karafkę i dwie koniakówki. Postawił wszystko na stole.
- Chlapniemy sobie i zapalimy, co? Tylko obiecaj, że nic nie powiesz Ingrid.
Arne otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle i musiał zadowolić się krótkim skinieniem głowy.
- O co chodziło? - spytał, kiedy zapalili cygara i pociągnęli po łyku koniaku. - Z hrabią i Erikiem Nybergiem? Usłyszałem coś o Lassem Svarcie.
Bertil wypuścił słup szarego dymu w kierunku sufitu. Przez chwilę się zastanawiał.
- To właściwie poufna sprawa... - Urwał, zdjął okruszek tytoniu z języka i pochylił się do przodu. - Hrabia otrzymał ofertę na ziemię wokół Czarnej Zagrody. Armia chce powiększyć poligon. Płacą naprawdę dobrze za podupadłą farmę i kilkadziesiąt akrów bagnisk.
Arne poczuł, jak duma rozpiera mu piersi. On i Bertil byli teraz równi! Rozmawiali o poufnych sprawach jak nigdy dotąd.
- O, cholera! To Lasse Svart wyleci na zbity pysk. - Arne uśmiechnął się, ale w następnej sekundzie zdał sobie sprawę, co to oznacza. - W takim razie, gdzie się podzieje jego rodzina? - dodał tak szybko, że zakrztusił się dymem cygara.
Bertil wzruszył ramionami.
- Nie wiem. To jest problem Lassego. Ale zdziwiłbym się, gdyby ktoś w okolicy chciał mu coś wynająć. Mam na myśli jego reputację. Prawdopodobnie najlepsze dla wszystkich byłoby, gdyby Lasse po prostu zabrał swoje kobiety, spakował manatki i zniknął.
Arne starał się zachować obojętną minę. Poufna atmosfera nie była już tak satysfakcjonująca jak przed chwilą. Wiedział dlaczego. Kto był powodem.
Elita Svart.