Cztery pory roku (tom 4). Wiosenna ofiara - Anders de la Motte

-
Proszę czekać

6

"Zna­la­złam coś w lesie, Mar­gaux. Frag­ment ukła­danki z innej histo­rii. Histo­rii kogoś innego".

Thea idzie z Emmą do jadalni per­so­nelu zamku. Znaj­duje kilka pod­grze­wa­czy, zapala je, a potem jako tako wyciera sie­bie i psa sta­rym kocem. Jest tuż po pią­tej. Resztki paniki tkwią jesz­cze w ciele i od czasu do czasu przy­po­mi­nają o sobie lek­kim, pra­wie nie­zau­wa­żal­nym drże­niem dłoni.

David biega tam i z powro­tem mię­dzy poko­jami. Sły­szy go roz­ma­wia­ją­cego przez tele­fon. Koń­czy roz­mowę w momen­cie, gdy pod­cho­dzi do niej.

- Och, zna­la­złaś psa. Świet­nie! Prze­pra­szam, że nie pomo­głem ci szu­kać. Tu jest kom­pletny chaos. Zamra­żarki i lodówki nie mają zasi­la­nia. Muszę dziś spró­bo­wać zdo­być gene­ra­tor, na wypa­dek gdyby prądu jesz­cze jakiś czas nie włą­czyli.

Przy­suwa sobie krze­sło i siada naprze­ciw niej. Jego wyraz twa­rzy się zmie­nia. Wygląda na zmar­twio­nego.

- Wszystko w porządku? Doszłaś do sie­bie?

Thea kiwa głową.

- Mogę coś dla cie­bie zro­bić?

- Wszystko w porządku, Davi­dzie. Mar­twię się raczej o cie­bie. Nie mie­li­śmy czasu, aby poroz­ma­wiać o wywia­dzie. Co wła­ści­wie się stało?

Męż­czy­zna lek­ce­wa­żąco macha ręką.

- E tam, po pro­stu się pogu­bi­łem. Kiep­sko jadłem, za mało spa­łem i zabra­kło mi ener­gii. Ale ura­to­wa­łaś mnie. - Pochyla się i bie­rze ją za rękę. - Bez cie­bie wszystko bym schrza­nił. Jestem ci naprawdę wdzięczny, Thea.

Uśmie­cha się do niego. Cie­szy się, że doce­nia jej poświę­ce­nie. Stara się nie myśleć o ryzyku, które mimo wszystko z nim się wią­zało.

- O co wła­ści­wie pytał repor­ter?

- Co masz na myśli?

- To o tej trze­ciej dziew­czy­nie, która zgi­nęła...

David powoli kręci głową.

- Tra­giczna histo­ria. W latach osiem­dzie­sią­tych w zam­ko­wym lesie zamor­do­wano młodą dziew­czynę. Abso­lut­nie nie chcie­li­by­śmy koja­rzyć takiego zda­rze­nia z restau­ra­cją. Dla­tego nie wie­dzia­łem, co odpo­wie­dzieć. Ale, jak powie­dzia­łem, ura­to­wa­łaś sytu­ację.

Pusz­cza jej rękę i wstaje. Wyj­muje tele­fon.

- Prze­pra­szam, muszę ode­brać. Znowu firma ochro­niar­ska.

Dopiero po wyj­ściu z jadalni Thea zdaje sobie sprawę, że nie sły­szała dzwonka tele­fonu.

Czeka do świtu, po czym wraca do wozowni i prze­biera się w suche ubra­nie. Prze­stało padać, niebo zmie­nia kolor na różowy i jasno­błę­kitny. Dok­tor Anders­son przy­je­dzie dopiero za kilka godzin, a Thea jest zbyt nie­spo­kojna, by po pro­stu sie­dzieć i cze­kać. Posta­na­wia pójść z Emmą na spa­cer po zam­ko­wym lesie.

Po noc­nej burzy zie­mia jest nasiąk­nięta wodą. Na ścieżce poja­wiły się kałuże, a kro­ple desz­czu błysz­czą w paję­czy­nach, które prze­trwały deszcz. Thea zapala papie­rosa, kilka razy głę­boko się zaciąga i wraz z dymem wydy­cha resztki paniki. Jed­nak nie mar­twią jej pozo­sta­ło­ści zespołu stresu poura­zo­wego. David pró­bo­wał wszystko baga­te­li­zo­wać, ale jasne było, że nie chciał roz­ma­wiać o zabi­tej dziew­czy­nie. Dla­czego nie chciał? Jeśli zgi­nęła w latach osiem­dzie­sią­tych, David był wtedy jesz­cze dziec­kiem.

Papie­ros się dopala, gdy Thea dociera na polanę z Szu­bie­nicz­nym Dębem. Emma dobie­gła tam przed nią i zawzię­cie obwą­chuje pień drzewa.

Coś się stało ze sta­rym dębem. Na sza­rym pniu widać kan­cia­stą czarną plamę, któ­rej wczo­raj nie było. Thea pod­cho­dzi bli­żej. Emma roz­grze­buje liście u korzeni drzewa.

Czarne pasmo zaczyna się przy koro­nie dębu. Bie­gnie po pniu jak zwę­glona, zyg­za­ko­wata bli­zna, dzieli twarz Zie­lo­nego Czło­wieka na pół i dociera do ziemi. Tu wczo­raj wie­czo­rem ude­rzył pio­run.

Siła i gwał­tow­ność tego ude­rze­nia są zarówno straszne, jak i fascy­nu­jące. Thea dotyka śladu po pio­ru­nie. Brzegi są zwę­glone, gruba kora została wypa­lona, a na środku bli­zny we wnę­trzu dębu widać jaśniej­sze drewno. Na­dal czuć spa­le­ni­znę. Emma wciąż roz­ko­puje liście, coraz gwał­tow­niej.

- Co tam masz, psinko?

Thea kuca. Bli­zna jest szer­sza na dole, jakby moc wyła­do­wa­nia osią­gnęła punkt kul­mi­na­cyjny w chwili, gdy prąd dotarł do ziemi. W pniu tuż nad zie­mią jest wypa­lony otwór. Emma zawzię­cie roz­ko­puje zie­mię i spa­lone drewno, a wióry i grudki błota pry­skają spod jej łap. Ni to skomli, ni to szczeka.

- Co tam masz, pie­sku?

Thea dostrzega w otwo­rze coś lekko błysz­czą­cego. Odsuwa Emmę i wkłada rękę do wnę­trza pnia. Palce doty­kają cze­goś gład­kiego i zim­nego. Pró­buje to uchwy­cić, ale otwór jest za mały. Odła­muje kilka kawał­ków zwę­glo­nego drewna, by posze­rzyć dziurę. Emma chce poma­gać, ale Thea blo­kuje ją cia­łem. Pies skomli z nie­za­do­wo­le­niem, ale godzi się z sytu­acją.

Przed­miot wewnątrz drzewa jest do połowy zako­pany w brą­zo­wym proszku: mie­szance zmur­sza­łego drewna i zeschłych kwia­tów. Po paru pró­bach Thea wyciąga go z wnę­trza Szu­bie­nicz­nego Dębu. Oka­zuje się, że jest to stara puszka po far­bie z wiecz­kiem, wysoka na jakieś dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów i sze­roka mniej wię­cej na dzie­sięć. Nie ma ety­kietki, powierzch­nia jest pokryta rdzą. Razem z puszką wydo­była z drzewa pra­wie świeży biały zawi­lec. To musi być jeden z tych kwia­tów, które poprzed­niego dnia wło­żyła do ust Zie­lo­nego Czło­wieka, co praw­do­po­dob­nie ozna­cza, że puszka dostała się kie­dyś do wnę­trza drzewa tą samą drogą. Pew­nie było to dawno temu, sądząc po jej wyglą­dzie.

Thea deli­kat­nie potrząsa puszką. Coś w niej cicho grze­cho­cze. Emma usia­dła obok niej, wywie­siła język i prze­chy­liła głowę, wydaje się rów­nie zacie­ka­wiona jak Thea.

Pokrywka puszki trzyma twardo jak przy­lu­to­wana, jakby za wszelką cenę chciała zacho­wać swój sekret. Zapal­niczka jest za duża, aby pod­wa­żyć pokrywkę, ale klucz spraw­dza się lepiej. Metal wygina się i cicho skrzypi. Potem nagle się pod­daje i wieczko odska­kuje.

Thea ostroż­nie wytrząsa zawar­tość na dłoń. Naj­pierw poja­wia się mała figurka i kilka zeschłych liści. Figurka ma nieco ponad dzie­sięć cen­ty­me­trów dłu­go­ści i jest wyko­nana z dwóch sple­cio­nych ze sobą gałą­zek. Dłuż­sza z nich została zagięta na środku w pętelkę two­rzącą głowę i tułów. Końce two­rzą nogi, a krót­sza gałązka zawią­zana tuż pod pętelką nadaje laleczce talię i ramiona.

Przez chwilę Thea myśli o swoim ojcu. O drew­nia­nej lalce, którą wyrzeź­bił dla niej, gdy była mała. Szybko odsuwa to wspo­mnie­nie.

W puszce jest coś wię­cej. Zwi­nięty kawa­łek papieru zakli­no­wany przy ściance. Thea odkłada figurkę z gałą­zek, aby wydo­być papier, i odkrywa, że nie jest to wcale zwy­kła kartka, ale stare, wybla­kłe zdję­cie pola­ro­idowe. Wygła­dza je sta­ran­nie.

Zdję­cie przed­sta­wia ciem­no­włosą dziew­czynę w bia­łej sukni sto­jącą na pła­skim kamie­niu z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi i głową pochy­loną lekko do przodu. Oczy ma zamknięte, w dło­niach trzyma dwa jele­nie rogi.

Za nią widać dziw­nie poskrę­cane drzewa, a po obu stro­nach mło­dej kobiety stoją posta­cie, naj­pew­niej dzieci, sądząc po wzro­ście. Mają na sobie maski zwie­rząt zakry­wa­jące twa­rze. Maski przy­po­mi­nają Thei malo­wi­dła na sufi­cie zam­ko­wej jadalni. To chyba zając, lis, sowa i jesz­cze sarna.

Dzieci trzy­mają końce dłu­gich wstą­żek zawią­za­nych na nad­garst­kach mło­dej kobiety. Wygląda, jakby przy­trzy­my­wały ją na kamie­niu, na któ­rym stoi. Dziew­czyna jest bar­dzo piękna. To rodzaj deli­kat­nej, naiw­nej urody, która ist­nieje tylko w krót­kim cza­sie mię­dzy dzie­ciń­stwem a doro­sło­ścią.

Zdję­cie zostało zro­bione w dzień, ale we wszyst­kim jest coś mrocz­nego: dzieci, maski, piękna młoda kobieta, kamień i poskrę­cane drzewa. Wra­że­nie jak z hor­roru, wzmoc­nione pła­ską per­spek­tywą i wybla­kłymi bar­wami zdję­cia.

Noc Wal­pur­gii 1986, napi­sał ktoś na bia­łym polu pod zdję­ciem. Przyjdź do kamien­nego kręgu o pół­nocy.

A pod tym dwa ostat­nie słowa. Thea czyta je na głos.

Wio­senna ofiara.

7

Noc Wal­pur­gii 1986

Zauwa­żam, jak się na mnie gapią. Nie tylko chłopcy w szkole. Nawet nauczy­ciele, ojco­wie, tre­ne­rzy, sta­rzy faceci na rynku. Wszy­scy. Więk­szość robi to pota­jem­nie, kiedy wydaje im się, że nikt nie widzi, ale ja czuję ich wzrok. Wiem, co myślą o Eli­cie Svart. Co chcą ze mną robić.

Lek­cje w szkole się skoń­czyły, przy­sta­nek szkol­nego auto­busu był pusty. Arne zaj­rzał za try­buny na boisku pił­kar­skim i jesz­cze raz obje­chał kiosk. Następ­nie zszedł na łąkę, gdzie miesz­kańcy wio­ski przy­go­to­wali duży stos chru­stu na wie­czorne obchody nocy Wal­pur­gii. Na szczy­cie stosu, oparta o sto­jak w kształ­cie litery T, stała kukła wzro­stu doro­słego męż­czy­zny. Była wyko­nana z gałą­zek, a głowę two­rzyła pusta pętla. Arne widział to wiele razy w róż­nych warian­tach. Wize­ru­nek Zie­lo­nego Czło­wieka.

Jego star­sza sio­stra Ingrid opo­wia­dała straszne histo­rie o Zie­lo­nym Czło­wieku i jego upior­nym koniu, tak jak to miesz­kańcy Tor­naby robili od poko­leń. Nie chciał się do tego przy­znać, ale w tej pozba­wio­nej twa­rzy kukle z gałęzi było coś, co wciąż przy­pra­wiało go o dresz­cze.

Zauwa­żył jakieś dzie­ciaki po dru­giej stro­nie sterty chru­stu, zatrzy­mał się i otwo­rzył okno. Dzieci spoj­rzały po sobie na widok radio­wozu, narzu­ciły ple­caki i zawró­ciły rowery, jakby chciały uciec.

- David!

- Cześć, wujku Arne.

Chło­piec puścił kie­row­nicę roweru i ode­tchnął z ulgą.

- Fajne auto!

Arne ski­nął głową z zado­wo­le­niem.

- Co kom­bi­nu­je­cie?

- Nic.

Odpo­wiedź przy­szła zde­cy­do­wa­nie za szybko.

- A co będzie­cie robić dziś wie­czo­rem?

David poru­szył się nie­spo­koj­nie i spoj­rzał na swo­ich przy­ja­ciół. Arne pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć, jak się nazy­wają, wie­dział, że czę­sto przy­cho­dzili do domku gościn­nego Ingrid i Ber­tila, ale ni­gdy nie zadał sobie trudu, aby zapa­mię­tać ich imiona. Mała Chinka i ostrzy­żony na krótko Polak, któ­rego rodzice zaj­mo­wali jakieś ważne sta­no­wi­ska w fabryce pla­stiku. Zza ich ple­ców wyglą­dała jesz­cze jedna wystra­szona twarz, która praw­do­po­dob­nie nale­żała do syna tej stuk­nię­tej kraw­co­wej.

- Nic spe­cjal­nego. Tylko popa­trzymy na ogni­sko.

David wska­zał głową na stos suchych gałęzi.

- Nie pla­nu­je­cie żad­nych głupstw, co?

- Ależ skąd!

David pokrę­cił głową, a pozo­stała trójka poszła za jego przy­kła­dem.

- Dobra. Przy oka­zji: nie widzie­li­ście Elity Svart?

Na krótką chwilę wszy­scy w małej grupce zamarli. Poru­szały się tylko ich oczy, roz­glą­dali się wokół jak wystra­szone małe wró­belki.

Arne zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc się swo­jemu sio­strzeń­cowi. David kilka razy otwo­rzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć.

- Nie, nie widzie­li­śmy jej, prawda, Davi­dzie? - ode­zwała się mała adop­to­wana Chinka. Wypro­sto­wała się i ski­nęła zna­cząco głową w stronę Davida.

- Nie - mruk­nął chło­piec.

- Elita jest w dzie­wią­tej kla­sie - dodała dziew­czynka. - A my dopiero w szó­stej.

- No tak. Jak ci na imię, bo zapo­mnia­łem?

- Jeanette. Cho­ciaż wszy­scy nazy­wają mnie Net­tan.

- Twój ojciec jest dyrek­to­rem szkoły?

- Tak. A mama jest radną w gmi­nie.

Dziew­czynka odwza­jem­niła spoj­rze­nie Arnego w spo­sób, który go zarówno draż­nił, jak i śmie­szył.

- Tak, tak.

Wcią­gnął powie­trze mię­dzy zębami. Te dzie­ciaki miały jakieś podej­rzane plany, to było jasne. Pyta­nie tylko, czy chciało mu się badać jakie. Prze­cią­gnął pal­cem wska­zu­ją­cym i kciu­kiem po wąsach. Co wła­ści­wie w Tor­naby może zbroić kil­koro głu­pich dwu­na­sto­lat­ków? Odpo­wiedź była pro­sta: nie inte­re­so­wało go to.

- Nie wymy­ślaj­cie żad­nych głupstw - powie­dział. - Bo ina­czej Zie­lony Czło­wiek przyj­dzie i was porwie.

Wska­zał na kukłę na sto­sie chru­stu i ku swemu zado­wo­le­niu zoba­czył, że czwórka dzie­cia­ków tro­chę pobla­dła.

8

"Cześć, Mar­gaux, to znowu ja. Obie­ca­łam opo­wie­dzieć ci o Tor­naby. Miesz­kają tu zwy­kli, porządni ludzie, robią to, co do nich należy. Mają ład­nie sko­szone traw­niki, pre­nu­me­rują lokalną gazetę. Bez­pieczne, spo­kojne miej­sce. Przy­naj­mniej na takie wygląda. Nie mogę prze­stać myśleć o tym zdję­ciu".

Dok­tor Anders­son zbliża się do wieku eme­ry­tal­nego, jest tęgą kobietą z kil­koma dodat­ko­wymi pod­bród­kami, nosi małe oku­lary z kwa­dra­to­wymi szkłami. Ma na sobie płaszcz ole­ja­kowy i spodnie z kie­sze­niami na nogaw­kach. Gło­śno sapie, usi­łu­jąc się wydo­stać ze swo­jej małej bia­łej toyoty i uści­snąć dłoń Thei.

- Dzień dobry, miło wresz­cie się spo­tkać. Jako kole­żanki po fachu chyba możemy mówić sobie na ty?

Thea przy­ta­kuje. Uścisk dłoni lekarki jest twardy i nieco lepki.

- Porządną burzę mie­li­śmy zeszłej nocy. Z grzmo­tami i pio­ru­nami, już w kwiet­niu. Prze­trwa­li­ście ją bez pro­ble­mów, Thea?

- Mniej wię­cej. Na­dal nie mamy prądu. David chce zain­sta­lo­wać zapa­sowy gene­ra­tor do lodó­wek i zamra­ża­rek.

- Oj. Miejmy nadzieję, Thea, że wkrótce usuną awa­rię.

Lekarka wyraź­nie ma w zwy­czaju cią­głe powta­rza­nie imie­nia roz­mówcy. To czę­sta cecha osób pra­cu­ją­cych z ludźmi. Jej auto jest nowe. Na drzwiach wid­nieje wypi­sana wiel­kimi lite­rami nazwa lokal­nego salonu samo­cho­do­wego. Tro­chę to dziwne na samo­cho­dzie leka­rza rejo­no­wego. Ale wszystko w pracy tutej­szego leka­rza jest tro­chę dziwne; Thea już zdaje sobie z tego sprawę.

- Dobrze się wam mieszka w tej wozowni?

Lekarka z zacie­ka­wie­niem wyciąga szyję, jakby pró­bo­wała zaj­rzeć przez okno.

- Tak. Powoli się urzą­dzamy.

Białe kłam­stwo. Więk­szość kar­to­nów jest na­dal nie­tknięta.

- To dobrze! Im szyb­ciej, tym lepiej, prawda?

Lekarka stoi przed domem jesz­cze kilka sekund, jakby cią­gle cze­kała na zapro­sze­nie do środka, po czym wska­zuje na samo­chód.

- No to wska­kuj. Jedziemy!

Thea zamyka drzwi wej­ściowe wozowni. Zosta­wiła puszkę po far­bie w swoim pokoju, a zdję­cie pola­ro­idowe wło­żyła do wewnętrz­nej kie­szeni kurtki.

Czy ta puszka naprawdę spo­czy­wała w Szu­bie­nicz­nym Dębie od wio­sny 1986 roku? Jak swego rodzaju tajem­ni­cze pozdro­wie­nia z prze­szło­ści. Kim była ta piękna młoda kobieta i jej czworo małych zama­sko­wa­nych słu­żą­cych? Dla­czego byli tak prze­brani?

Przyjdź do kamien­nego kręgu o pół­nocy. Wio­senna ofiara.

Myśli o tym, o czym repor­ter tele­wi­zyjny chciał roz­ma­wiać z Davi­dem. O tema­cie, któ­rego jej mąż uni­kał. O dziew­czy­nie, która zgi­nęła w zam­ko­wym lesie w latach osiem­dzie­sią­tych. Repor­ter chyba nazwał ją wio­senną ofiarą?

Lekarka kie­ruje auto z powro­tem na żwi­rową drogę, mija stare staj­nie, jedzie dalej w kie­runku zamku. Samo­chód Davida stoi przy wschod­nim skrzy­dle, wraz z kil­koma innymi autami nale­żą­cymi do rze­mieśl­ni­ków.

- Jak idzie? Zdą­ży­cie wykoń­czyć restau­ra­cję na czas? - pyta lekarka, gdy prze­jeż­dżają koło zamku.

- Chyba tak. David pra­cuje dniem i nocą.

- Ingrid tro­chę o tym opo­wia­dała. Fun­da­cja zain­we­sto­wała dużo pie­nię­dzy w remont.

Thea podej­rzewa, że to ostat­nie stwier­dze­nie jest w rze­czy­wi­sto­ści pyta­niem, ale nie odpo­wiada. Dok­tor Anders­son jedzie aleją zam­kową i skręca w prawo w główną drogę. To okre­śle­nie jest mylące. Droga jest pasem wybo­istego asfaltu bez linii środ­ko­wej, wiją­cym się mię­dzy polami rze­paku a zagaj­ni­kami.

- Zatem, Thea, jak już wiesz, praca tutej­szego leka­rza to tro­chę szcze­gólna sprawa. Jest finan­so­wana przez Fun­da­cję Boke­lund i kilku pry­wat­nych spon­so­rów, takich jak salon samo­cho­dowy. - Lekarka pra­wie czule pokle­puje kie­row­nicę. - Pra­cuje się na nieco wię­cej niż pół etatu, jeź­dzi się na wizyty domowe i przyj­muje pacjen­tów w gabi­ne­cie w cen­trum kul­tury. Oczy­wi­ście nie wyko­nuje się zaawan­so­wa­nych zabie­gów, ale nie są potrzebne. Praca jest dość pro­sta. Oczysz­cza się rany, szczepi na grypę, zagląda ludziom do gar­deł i uszu, wyciąga zadziory z pal­ców i tak dalej.

Lekarka zwal­nia, bo z prze­ciwka nad­jeż­dża trak­tor. Naci­ska klak­son i rado­śnie macha do kie­rowcy.

- Stef­cio - mówi. - Pra­cuje na zamku od wielu lat.

Thea myśli o sło­wie, któ­rego użyła lekarka. Zadziory. Praw­do­po­dob­nie miała na myśli drza­zgi.

- Dzia­łal­ność tutej­szego leka­rza rejo­no­wego nie jest oczy­wi­ście tak fascy­nu­jąca i dra­ma­tyczna jak praca dla Leka­rzy bez Gra­nic - kon­ty­nu­uje dok­tor Anders­son. - Główna myśl jest taka, że miesz­kańcy Tor­naby powinni mieć dostęp do wła­snego leka­rza, który należy do wiej­skiej spo­łecz­no­ści. Tro­chę jak w daw­nych cza­sach, jeśli rozu­miesz, co mam na myśli? Przy­chod­nia musi być otwarta w ponie­działki i wtorki przed połu­dniem. Ludzie są do tego przy­zwy­cza­jeni. Resztę pla­nu­jesz sama i wpi­su­jesz w gra­fik na stro­nie inter­ne­to­wej tydzień wcze­śniej, naj­póź­niej w pią­tek. Wol­ność ogra­ni­czona odpo­wie­dzial­no­ścią, że tak powiem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Pro­log

19 maja 1986

Kiedy tylko Stef­cio wje­chał na mokra­dła, zaczął myśleć o mar­twej dziew­czy­nie. Nie można było tego nie robić. Wia­do­mość prze­słana przez głu­chy tele­fon, który zaczął dzia­łać już ran­kiem pierw­szego maja, zdą­żyła pod­czas ostat­nich tygo­dni wie­lo­krot­nie obiec oko­licę. Wypeł­niła mu głowę prze­ra­ża­ją­cymi obra­zami, przed któ­rymi nie spo­sób było się obro­nić.

Nie­ru­chome ciało na ofiar­nym gła­zie w kamien­nym kręgu. Biała sukienka, roz­pusz­czone włosy. Nie­gdyś tak piękna twarz okryta zakrwa­wioną chustką, jakby ten, kto ode­brał jej życie, nie chciał potem spoj­rzeć jej w oczy.

Więk­szość miesz­kań­ców Tor­naby miała już cał­ko­witą pew­ność co do tego, kto ją zamor­do­wał, a także co do tego, że wszystko było okropną, lecz nie skom­pli­ko­waną histo­rią. Tra­ge­dią rodzinną. Ale byli i tacy, któ­rzy szep­tali, że w noc Wal­pur­gii zda­rzyło się coś zupeł­nie innego. Że może nawet Zie­lony Czło­wiek1 sam przy­był po swoją wio­senną ofiarę.

Stef­cio wzdry­gnął się, cho­ciaż od dawna nie wie­rzył w opo­wie­ści o duchach. Bagienny las gęst­niał po bokach wąskiej żwi­ro­wej drogi, szo­ro­wał po lakie­rze auta dłu­gimi zie­lo­nymi palu­chami. Ze wszyst­kich tere­nów wokół pałacu Ste­fan naj­bar­dziej nie cier­piał bagien. Wil­goć, odór zgni­li­zny. Nasiąk­nięte wodą pod­łoże, które cza­sem utrzy­my­wało czło­wieka, by w następ­nej chwili wcią­gnąć buty tak głę­boko w błoto, że doro­słemu męż­czyź­nie trudno było wydo­stać się o wła­snych siłach. "Bagna to zie­mie Zie­lo­nego Czło­wieka - mawiał zawsze dzia­dek. - Ludzie powinni trzy­mać się od nich z daleka". Ten prze­sądny stary zrzęda miał rację, przy­naj­mniej w poło­wie.

Żwi­rowa droga, którą jechał Stef­cio, pro­wa­dziła na naj­dal­szy skraj mokra­deł. Do Czar­nej Zagrody, gdzie nie­gdyś miesz­kała zabita dziew­czyna. Nie daw­niej niż mie­siąc temu Ste­fan pod­wiózł ją do przy­stanku auto­bu­so­wego. Sie­działa w jego pika­pie na przed­nim sie­dze­niu, tuż obok niego. Nie mówiła dużo, wyglą­dała na zamy­śloną. Przy­glą­dał się jej ukrad­kiem, obser­wo­wał jej ruchy, jej twarz. Nie wia­domo skąd ogar­nęło go uczu­cie, któ­rego nie potra­fił wytłu­ma­czyć.

Był żonaty, miał dwie córeczki, dom, samo­chód i dobrą pracę. Cenił to wszystko, ale aku­rat w tej chwili, kiedy sie­dział obok pięk­nej dziew­czyny, wydało mu się to bala­stem. Życie miał już upo­rząd­ko­wane. Było długą, prze­wi­dy­walną podróżą bez naj­mniej­szej odro­biny cze­goś pocią­ga­ją­cego, zabro­nio­nego, co pro­mie­nio­wało z jego pasa­żerki. Nawet tym pach­niała. Słodko i kwa­sko­wato, jak świeżo roz­wi­nięte kwiaty bzu. Ten zapach wzbu­dzał tęsk­notę. Pożą­da­nie.

W pew­nym momen­cie, kiedy odwró­ciła wzrok, był bar­dzo bli­sko wycią­gnię­cia ręki, żeby jej dotknąć. Jakby lek­kim dotknię­ciem mógł wziąć udział we wszyst­kim, co stra­cił. W ostat­niej chwili się powstrzy­mał, ale uczu­cie straty prze­śla­do­wało go jesz­cze przez kilka dni.

Żwi­rowa droga sta­wała się coraz gor­sza, im dalej wjeż­dżał na teren mokra­deł; sta­rał się omi­nąć naj­głęb­sze dziury. Zgod­nie ze spi­saną umową Lasse Svart miał utrzy­my­wać drogę w dobrym sta­nie, ale oczy­wi­ście to igno­ro­wał. Lasse przez lata mógł liczyć na to, że hra­bia ni­gdy nie znaj­dzie innego dzier­żawcy, że nikt nie będzie zain­te­re­so­wany kil­ku­na­stoma akrami pod­mo­kłego lasu. W Czar­nej Zagro­dzie mógł robić pra­wie wszystko, co chciał. To było jego małe kró­le­stwo, z dala od wszel­kich praw, zasad i cie­kaw­skich oczu.

Ale to było przed nocą Wal­pur­gii. Zanim szes­na­sto­let­nią córkę Svarta zna­le­ziono mar­twą na kamie­niu ofiar­nym, wokół któ­rego zie­mia była zryta odci­skami kopyt.

Pod­czas nocy Wal­pur­gii gra­nica mię­dzy życiem a śmier­cią jest naj­cień­sza. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zie­lony Czło­wiek galo­puje przez lasy.

Stef­cio stłu­mił kolejny dreszcz.

Las się skoń­czył i samo­chód wje­chał na błot­ni­sty dzie­dzi­niec Czar­nej Zagrody. Trzy zruj­no­wane budynki przy­cup­nęły w ciem­no­ści pod drze­wami, jakby pró­bo­wały się ukryć. Wśród pokrzyw stały zardze­wiałe narzę­dzia rol­ni­cze.

Odwie­dzał Czarną Zagrodę już kilka razy, zwy­kle w towa­rzy­stwie admi­ni­stra­tora zamku Erika Nyberga, i za każ­dym razem wybie­gało im na spo­tka­nie stado roz­sz­cze­ka­nych terie­rów, zanim jesz­cze zdą­żył zatrzy­mać samo­chód. Teraz nie poja­wiły się żadne psy. Wszystko tchnęło ciszą i spo­ko­jem. Nawet ptaki szcze­gól­nie nie hała­so­wały, mimo że był wio­senny pora­nek. Na podwórku pano­wała dziwna, przy­tła­cza­jąca cisza.

Stef­cio stał przez kilka minut przy samo­cho­dzie. Wsu­nął pod wargę prymkę tyto­niu i cze­kał, aż Lasse lub jedna z jego kobiet wyj­dzie z domu i zapyta, czego do cho­lery chce. Ale wszystko było ciemne i ciche. Czer­wony pikap Las­sego znik­nął, nie było go ani na dzie­dzińcu, ani w bra­mie wjaz­do­wej. Sta­rego, brud­nego forda, któ­rym jeź­dziły kobiety, też nie dostrzegł. Spoj­rzał na zega­rek. Wpół do ósmej rano. Kto wyjeż­dżałby tak wcze­śnie?

Kątem oka zauwa­żył jakiś ruch. Mały pie­sek wyglą­dał zza węgła kuźni. Młody psiak, pra­wie szcze­niak.

- Chodź tu! - powie­dział Stef­cio, nie wie­dząc dla­czego.

Pies zro­bił kilka ostroż­nych kro­ków do przodu. Trzy­mał nisko głowę i pra­wie czoł­gał się po ziemi, pod­ku­liw­szy ogon lękli­wie pod sie­bie. Potem nagle zatrzy­mał się i zastygł, jakby coś usły­szał.

Stef­cio odwró­cił głowę, ale w budynku wciąż było ciemno i cicho. Kiedy ponow­nie spoj­rzał w kie­runku psa, już go nie było. W poło­wie beto­no­wych scho­dów do domu zdał sobie sprawę, że fron­towe drzwi są uchy­lone. Stał na scho­dach, nie wie­dząc, co robić. Na ścia­nie obok wej­ścia wisiała pół­me­trowa figura wyko­nana z ple­cio­nych zie­lo­nych gałą­zek. Jego dzia­dek robił podobną co wio­snę i wie­szał na drzwiach wej­ścio­wych, aby Zie­lony Czło­wiek odje­chał w noc, nie zatrzy­mu­jąc się przy domu.

- Dzień dobry? Jest tam kto?

Słowa odbi­jały się od ścian budyn­ków i wra­cały znie­kształ­co­nym echem, jakby w rze­czy­wi­sto­ści był to głos kogoś innego. Kogoś, kto obser­wo­wał go z ciem­no­ści, spo­mię­dzy zie­leni. Naśla­do­wał go, draż­nił się z nim. Stef­cio ponow­nie spoj­rzał na paskudną postać z gałą­zek i przez krótką chwilę był bli­ski tego, by zejść ze scho­dów, wsko­czyć do samo­chodu i odje­chać. Naj­wy­żej powie Eri­kowi Nyber­gowi, że nikogo nie zastał w domu i że odczyt tego cho­ler­nego wodo­mie­rza musi pocze­kać.

Ale był doro­słym męż­czy­zną, który miał zada­nie do wyko­na­nia, a nie chłop­czy­kiem boją­cym się opo­wie­ści o duchach.

Zapu­kał we fra­mugę.

- Halo! - krzyk­nął ponow­nie. - Jest tam kto? Tu Stef­cio z zamku.

Nikt nie odpo­wie­dział. Cisza panu­jąca w domu spra­wiła, że poczuł się jesz­cze bar­dziej nie­swojo. Koszula przy­kle­iła mu się do ple­ców. Wziął głę­boki oddech. Zapu­kał po raz drugi, tym razem moc­niej. Otwo­rzył drzwi cał­ko­wi­cie i wszedł do holu. W domu dziw­nie pach­niało. Stę­chłą, zwie­rzęcą wonią, któ­rej nie spo­sób było okre­ślić.

- Halo?

Zaj­rzał do kuchni. Na stole kuchen­nym stały uży­wane tale­rze, szklanki i sztućce dla trzech osób. Wśród resz­tek jedze­nia brzę­czały muchy. Jedno z krze­seł było prze­wró­cone. Odwró­cił się. Za drzwiami po dru­giej stro­nie kory­ta­rza dostrzegł równo zaście­lone łóżko.

- Halo?! - krzyk­nął, tym razem w kie­runku pię­tra.

Na­dal nie usły­szał odpo­wie­dzi. Uczu­cie nie­po­koju wzro­sło, ale opa­no­wał się i wszedł po stro­mych scho­dach. Stop­nie zaskrzy­piały pod jego butami.

Na pię­trze było ciemno. Po lewej stro­nie zoba­czył sypial­nię z podwój­nym łóż­kiem, rów­nie sta­ran­nie zasła­nym jak to na par­te­rze. Drzwi po pra­wej były zamknięte. Minęło kilka sekund, nim zdał sobie sprawę, że nie poma­lo­wano ich na jed­no­lity zie­lony kolor, jak mu się wyda­wało w pierw­szej chwili, lecz pokryto sta­ran­nie wyko­na­nym wzo­rem w liście. Wyglą­dały pra­wie jak dzieło sztuki.

Pokój Elity, napi­sane było pięk­nymi, ozdob­nymi lite­rami na wyso­ko­ści oczu. To tutaj miesz­kała. Elita Svart. Wio­senna ofiara. Stef­cio poło­żył dłoń na klamce; wyda­wało mu się, że sły­szy wła­sne serce, któ­rego ude­rze­nia odbi­jają się echem w całym domu. Miał zamiar zro­bić coś zaka­za­nego, wejść do świata, do któ­rego tak naprawdę nie miał dostępu. Nie­pro­szony gość, intruz.

Potem zoba­czył kolejny napis na drzwiach. Małe, nie­zgrab­nie naba­zgrane litery, które pra­wie wto­piły się w tło, ale stały się wyraź­niej­sze, gdy jego oczy przy­zwy­cza­iły się do ciem­no­ści.

Natura jest głodna, a Zie­lony Czło­wiek galo­puje przez lasy.

Jed­no­cze­śnie odkrył coś innego. Pośród nama­lo­wa­nych liści kryła się wielka, nie­sa­mo­wita męska twarz. Nagle zro­zu­miał i zro­biło mu się zimno. Nie wie­dział dla­czego, ale uczu­cie było tak silne, że pod­nio­sły mu się włosy na karku i dotknęły koł­nie­rza koszuli. Coś się wyda­rzyło w tym domu. Coś złego, co spra­wiło, że Lasse Svart i jego kobiety zerwali się od kola­cji, popę­dzili do samo­cho­dów i odje­chali w środku nocy. Coś, co miało zwią­zek z mar­twą szes­na­sto­let­nią dziew­czyną na zim­nej skale i z wid­mo­wym jeźdź­cem, który galo­po­wał przez las.

Stef­cio puścił klamkę i poko­nał schody w trzech sko­kach.

Prze­biegł przez hol, wysko­czył na zewnątrz i pognał do samo­chodu.

Uru­cho­mił sil­nik, ruszył i nie spo­glą­dał w lusterko wsteczne, aż był abso­lut­nie pewien, że Czarna Zagroda znik­nęła w zie­leni.

1

"Cześć, Mar­gaux, tu Thea. Prze­pra­szam, że dawno nie dzwo­ni­łam. Wiele się zmie­niło. Ale teraz David i ja jeste­śmy na miej­scu, w Ska­nii. Możemy roz­po­cząć nowe życie. To będzie nowa histo­ria, szczę­śliw­sza niż ta poprzed­nia. Przy­naj­mniej taką oboje mamy nadzieję".

Nagra­nie z kamery drona zaczyna się od zbli­że­nia bramy zam­ko­wej i wspa­nia­łych kamien­nych scho­dów. Następ­nie kamera oddala się powoli, aż wresz­cie widać cały zamek. Duża część cen­tralna z dwoma dobu­do­wa­nymi skrzy­dłami, które spra­wiają, że budy­nek wygląda z góry jak wypu­kłe H. Biała, świeżo otyn­ko­wana ele­wa­cja, zie­lony mie­dziany dach, wozow­nia i staj­nia nieco dalej w prawo, za wschod­nim skrzy­dłem. Fosa za skrzy­dłem zachod­nim. Potem głos spi­kera.

Zamek Boke­lund jest poło­żony około czte­rech kilo­me­trów od małej miej­sco­wo­ści Tor­naby w gmi­nie Ljungslöv, w pół­nocno-zachod­niej Ska­nii, nie­da­leko połu­dnio­wego krańca Söder?sen. Zamek jest jed­nym z naj­star­szych w Ska­nii. Jego histo­ria sięga XIII wieku. Obecny główny budy­nek w stylu fran­cu­skiego neo­re­ne­sansu został zbu­do­wany około 1880 roku, ale pozo­sta­ło­ści sta­rego zamku na­dal można zoba­czyć w lochach, w któ­rych zacho­wała się jedna z cel wię­zien­nych.

To ostat­nie stwier­dze­nie jest nieco prze­sa­dzone. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego słu­żyło małe, skle­pione pomiesz­cze­nie w piw­nicy. Ale David miał rację; trzeba przy­znać, że cela wię­zienna w lochach brzmi znacz­nie lepiej niż piw­niczna spi­żar­nia.

Kamera drona oddala się jesz­cze tro­chę, tak że widać zie­loną fosę ota­cza­jąca wyspę zam­kową, aleję, która od połu­dnia łączy zamek z główną drogą, i wąski kamienny most na pół­nocy, pro­wa­dzący do lasu zam­ko­wego. Na wscho­dzie maja­czą mokra­dła.

Zamek Boke­lund znaj­duje się na wyspie oto­czo­nej fosą, która powstała w XVII wieku, kiedy odpro­wa­dzano wodę z pobli­skiego bagni­ska Tornabyträsket. Bagno, które jest jed­nym z naj­więk­szych mokra­deł w Ska­nii, to obszar o boga­tej flo­rze i fau­nie, objęty pro­gra­mem Natura 2000.

Teraz cię­cie; fil­mik poka­zuje jele­nie w świe­tle słońca, papro­cie, mech, ważkę tań­czącą nad sto­jącą wodą, klucz gęsi na tle błę­kit­nego nieba. Powrót do nagra­nia z drona. Nowy najazd kamery, tym razem z góry na dół, w odwró­co­nej wer­sji pierw­szego uję­cia, tak że na końcu znów uka­zują się schody zamku i obszerny ganek, na któ­rym stoją David i ona.

Od 1996 roku zamek jest wła­sno­ścią Fun­da­cji Boke­lund i jest przez nią zarzą­dzany. Fun­da­cję zało­żył hra­bia Rudolf Gor­don, ostatni pry­watny wła­ści­ciel zamku. Fun­da­cja Boke­lund jest jedyna w swoim rodzaju; jej celem jest pro­mo­cja oko­lic Tor­naby i ich miesz­kań­ców. Fun­da­cja finan­suje m.in. linię auto­bu­sową i etat leka­rza rejo­no­wego, a także przy­znaje sty­pen­dia. Zamek został nie­dawno odre­stau­ro­wany i przy­wró­cony do daw­nej świet­no­ści.

Klip się koń­czy.

- Co o tym sądzisz? - David wygląda na peł­nego entu­zja­zmu, ale też zde­ner­wo­wa­nego. - Wywiad zro­bimy za chwilę i dokle­imy na końcu.

- Nie­złe - mówi Thea i na widok miny Davida natych­miast żałuje wyboru słowa. - Pro­fe­sjo­nalne - dodaje. - Bar­dzo pro­fe­sjo­nalne.

David wygląda na bar­dziej zado­wo­lo­nego. Zamyka lap­topa i kła­dzie go na kamien­nej balu­stra­dzie.

- Wła­śnie dosta­łem to od pro­du­centa. - Wska­zuje na niskiego męż­czy­znę w czapce z dasz­kiem, który stoi w pew­nej odle­gło­ści i roz­ma­wia z kame­rzy­stą i ope­ra­to­rem dźwięku. - Zostało tro­chę doku­men­tów i muzyka, ale dołoży się to po wywia­dzie. Myślę, że będzie świet­nie. Żeby tylko pogoda się utrzy­mała.

Spo­gląda stro­skany na niebo. Jest upal­nie jak na drugą połowę kwiet­nia i świeci wio­senne słońce, ale na hory­zon­cie zaczęły poja­wiać się pasma sza­rych chmur.

- To musi być per­fek­cyjne - mam­ro­cze David, chyba bar­dziej do sie­bie niż do niej. Thea kła­dzie mu dłoń na ramie­niu.

- Będzie dobrze, nie dener­wuj się.

David kiwa głową, uśmie­cha się tro­chę krzywo. Ma na sobie śnież­no­biały strój szefa kuchni. Jego siwie­jąca broda jest sta­ran­nie przy­strzy­żona wzdłuż linii żuchwy, a jasne włosy zacze­sane do tyłu. Pod­cho­dzi do nich kobieta z kosme­tyczką przy­piętą do paska.

- Dzień dobry. Chcia­ła­bym przy­pu­dro­wać panu czoło.

- Jasne, oczy­wi­ście.

Cha­rak­te­ry­za­torka jest około trzy­dziestki, praw­do­po­dob­nie jakieś pięt­na­ście lat młod­sza od Thei i Davida. Cał­kiem atrak­cyjna. Nie tak dawno temu David sta­rałby się ją ocza­ro­wać swoim peł­nym pew­no­ści sie­bie wil­czym uśmie­chem, któ­remu tak trudno się oprzeć. Ale teraz nie jest swoim zwy­kłym ja. Od czasu do czasu nie­świa­do­mie przy­gryza pazno­kieć kciuka, tak że koniu­szek palca robi się czer­wony. Wiza­żystka musi się mocno napra­co­wać, aby zama­sko­wać błysz­czący pot na jego czole. Odwraca się do Thei.

- Czy pani też będzie udzie­lała wywiadu?

- Nie - prze­rywa David. - Moja żona jest tro­chę nie­śmiała.

Mruga do Thei, jakby chciał powie­dzieć, że wszystko w porządku. Że skoń­czyli się o to kłó­cić i sza­nuje jej odmowę wystą­pie­nia w tele­wi­zji. Ale Thea wie, że to nie­prawda.

- David, możesz tu przyjść na chwilę?! - woła pro­du­cent. Thea przy­suwa się do ściany. Naj­bar­dziej chcia­łaby zbiec ze scho­dów i scho­wać się w wozowni, byle dalej od kamery. Ale repor­taż tele­wi­zyjny to wielka sprawa dla zamku, więc Thea musi być na miej­scu i oka­zy­wać zain­te­re­so­wa­nie.

- Jak leci? - pyta ktoś z tyłu.

- W porządku. - Thea pró­buje ukryć zasko­cze­nie.

Matka Davida, mimo swo­ich spo­rych wymia­rów, ma nie­zwy­kły talent do pod­kra­da­nia się nie­zau­wa­żona. Ingrid jest wysoka, ma nieco ponad metr sie­dem­dzie­siąt pięć wzro­stu, a więc jest o dzie­sięć cen­ty­me­trów wyż­sza niż Thea. Pro­ste plecy, sze­ro­kie ramiona, żad­nego przy­gar­bie­nia, które zwy­kle poja­wia się wkrótce po osią­gnię­ciu wieku eme­ry­tal­nego. Sta­lo­wo­szare włosy są krótko ścięte, spoj­rze­nie zza oku­la­rów bystre i prze­ni­kliwe.

- Pogoda chyba się utrzyma. Całe szczę­ście.

Thea kiwa głową w odpo­wie­dzi.

- O któ­rej jutro przy­je­dzie dok­tor Anders­son?

Szybka zmiana tematu roz­mowy. To typowe dla Ingrid.

- O dzie­wią­tej - odpo­wiada Thea, cho­ciaż jest abso­lut­nie pewna, że Ingrid dosko­nale zna jej har­mo­no­gram zajęć.

- I obwie­zie cię po oko­licy. Pokaże ci przy­chod­nię i wyja­śni, jak wszystko działa.

To stwier­dze­nia, nie pyta­nia.

- Mhm.

- Sig­britt Anders­son jest zna­ko­mitą lekarką rejo­nową - kon­ty­nu­uje teściowa. - Bar­dzo zasłu­żoną dla Tor­naby.

Thea czeka na spo­dzie­wane zastrze­że­nie. I zgod­nie z ocze­ki­wa­niem takie się poja­wia.

- Ale Sig­britt od dziecka była cie­kaw­ska. Musisz tro­chę uwa­żać, co przy niej mówisz. Rozu­miesz, co mam na myśli? Zwłasz­cza jeśli cho­dzi o sprawy pry­watne.

Ingrid mil­czy zale­d­wie tyle sekund, ile potrzeba, by móc ponow­nie zmie­nić temat.

- Sły­sza­łam, że prze­sta­łaś brać leki. Cie­szę się, że wra­casz do zdro­wia.

Thea nie odpo­wiada. W duszy dzię­kuje Davi­dowi za tę małą nie­dy­skre­cję.

- David i ty potrze­bu­je­cie sie­bie nawza­jem.

Ingrid kiwa głową do swo­jego syna, gdy ten roz­ma­wia z pro­du­cen­tem i repor­te­rem, który ma prze­pro­wa­dzać wywiad.

- Musi­cie dojść do sie­bie, ode­rwać się od tego wszyst­kiego, co było.

Wciąż kiwa głową, jakby potwier­dza­jąc to, co powie­działa.

- Nawia­sem mówiąc, przy­go­to­wuję listę gości na kola­cję inau­gu­ra­cyjną. To smutne, że two­ich rodzi­ców już z nami nie ma.

Nowy temat roz­mowy wydaje się nie­winny, ale z Ingrid ni­gdy nic nie wia­domo.

- Tak - odpo­wiada Thea. Kłam­stwo jest dobrze prze­ćwi­czone i nawet nie wydaje się kłam­stwem. Ingrid dotyka jej ramie­nia.

- Powin­naś wie­dzieć, że Ber­til i ja uwa­żamy cię za naszą córkę.

Ten gest zaska­kuje Theę, nie wie, co ma powie­dzieć. Z Davi­dem spo­ty­kali się od czasu do czasu przez kilka lat, ale mał­żeń­stwem są dopiero od listo­pada. Spo­tka­nia z teściami może praw­do­po­dob­nie poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki. Ingrid Nor­din raczej nie jest osobą, która oka­zuje emo­cje lub uzna­nie.

- Jak się czuje dzi­siaj Ber­til? - Thea ratuje się pyta­niem.

- Dobrze. Chciał przy­je­chać, ale był tro­chę zmę­czony. Zaraz zaczną. - Ingrid wska­zuje na ekipę tele­wi­zyjną.

David usta­wił się w tym samym miej­scu na pode­ście, w któ­rym zakoń­czyło się nagra­nie z drona. Repor­ter, który miał prze­pro­wa­dzić z nim wywiad, był mło­dym męż­czy­zną o śnież­no­bia­łych zębach, ubra­nym w obci­sły gar­ni­tur. Wyglą­dał na zbyt ambit­nego, żeby pra­co­wać nad takimi słod­kimi repor­ta­ży­kami. On sam też chyba tak myślał, sądząc po jego mowie ciała i ziry­to­wa­nych spoj­rze­niach, które od czasu do czasu rzu­cał pro­du­cen­towi.

Pierw­sze pyta­nie brzmi jak zaczerp­nięte z pro­gramu spor­to­wego.

- Pro­szę mi powie­dzieć, panie Nor­din, jakie to uczu­cie wró­cić w rodzinne strony po ponad dwu­dzie­stu latach suk­ce­sów jako kucharz, szef kuchni i restau­ra­tor w Sztok­hol­mie?

Thea już zna odpo­wiedź. Przy­go­to­wy­wali się z Davi­dem do tej roz­mowy pra­wie tydzień. Mimo to czuje się nie­spo­dzie­wa­nie zde­ner­wo­wana.

- Oczy­wi­ście fan­ta­styczne - mówi David. - Zamek Boke­lund to wspa­niałe miej­sce na restau­ra­cję. Bar­dzo się cie­szę, że mogę pro­mo­wać moją rodzinną oko­licę i skan­dy­naw­skie tra­dy­cje kuli­narne. To dla mnie natu­ralny krok, o któ­rym marzy­łem od wielu lat.

David koń­czy wypo­wiedź uśmie­chem, który spra­wia, że wydaje się pro­mie­nieć pew­no­ścią sie­bie. Jest bar­dzo ważne, by ta część histo­rii dobrze zabrzmiała. David to wielki syn tej oko­licy, który trium­fal­nie wraca do domu, aby przy­cią­gnąć tury­stów i let­ni­ków. Nie jest restau­ra­to­rem o znisz­czo­nej repu­ta­cji, który został po cichu zmu­szony do zamknię­cia swo­ich lokali i ucieczki na połu­dnie z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

- Więc za tym pro­jek­tem stoi pan i dwoje pana przy­ja­ciół z dzie­ciń­stwa?

Thea oddy­cha z ulgą. Dzien­ni­karz trzyma się uzgod­nio­nych kwe­stii. David rów­nież odczuwa ulgę.

- Zga­dza się. Jeanette Hel­l­man i Seba­stian Mali­now­ski. Seba­stian jest jed­nym z zało­ży­cieli firmy infor­ma­tycz­nej Cone­xus, a Jeanette ma za sobą długą karierę w branży finan­so­wej. Wszy­scy dora­sta­li­śmy w Tor­naby i postrze­gamy restau­ra­cję jako szansę na zro­bie­nie cze­goś pozy­tyw­nego dla naszych uko­cha­nych rodzin­nych stron.

Oho! Kto napi­sał mu tę kwe­stię? To nie ty, prawda, ma ch?re?

Głos Mar­gaux roz­brzmiewa nie wia­domo skąd. Thea się wzdryga, powstrzy­muje odruch rozej­rze­nia się wokół sie­bie. Wie, że Mar­gaux oczy­wi­ście nie może tu być. Ale ma rację. To sfor­mu­ło­wa­nie o uko­cha­nych rodzin­nych stro­nach to zde­cy­do­wana prze­sada.

- To wspa­niała oka­zja - kon­ty­nu­uje David, odpo­wia­da­jąc na pyta­nie, które Thea prze­ga­piła. - Jeste­śmy nie­zmier­nie wdzięczni Fun­da­cji Boke­lund, która odno­wiła zamek i zain­we­sto­wała w restau­ra­cję. Przy­go­to­wała grunt, że tak powiem... - Śmieje się. Thea zerka na teściową, która jest cał­ko­wi­cie skon­cen­tro­wana na roz­mo­wie. David nie wspo­mina, że jego matka jest pre­ze­ską fun­da­cji. Ingrid stoi za więk­szo­ścią rze­czy, które dzieją się w oko­licy, także za tym wywia­dem dla tele­wi­zji.

David się roz­kręca. Głos ma mniej napięty, uśmiech staje się coraz bar­dziej spon­ta­niczny. Thea też się tro­chę roz­luź­nia.

- Czy w zamku jest jakiś duch? - sły­szy pyta­nie repor­tera.

Mar­gaux ponow­nie poja­wia się w jej myślach. Tym razem Thea ją widzi. Krótko przy­cięta grzywka, brą­zowe oczy, lekko skrzy­wiony przedni ząb, do któ­rego zawsze doci­ska język, zanim się uśmiech­nie.

- Oczy­wi­ście, że tak - mówi David. - Nawet dwa. W poło­wie osiem­na­stego wieku młoda kobieta uto­nęła, prze­cho­dząc po lodzie przez fosę. Według legendy szła z zamku na sekretną schadzkę z synem leśni­czego. Pod koniec dzie­więt­na­stego wieku inna młoda kobieta spa­dła z konia w zam­ko­wym lesie pod­czas polo­wa­nia w dniu świę­tego Huberta i zła­mała kark. Podobno cza­sami można usły­szeć obie dziew­czyny galo­pu­jące nocą po lesie. To zna­czy, jeśli wie­rzy się w baśnie.

Repor­ter kiwa głową z zain­te­re­so­wa­niem.

- Ale jest też praw­dziwa histo­ria, prawda? O trze­ciej dziew­czy­nie, która zgi­nęła. Mam na myśli "wio­senną ofiarę".

Uśmiech Davida zastyga. Thea widzi, jak jej teściowa pro­stuje plecy.

- Tak, to smutna histo­ria. Może nie powin­ni­śmy... - David roz­gląda się nie­pew­nie, patrzy naj­pierw na Theę, a potem na pro­du­centa.

- Kamera stop!

Pro­du­cent odcho­dzi z dzien­ni­ka­rzem nieco na bok. Wydaje się, że zaczy­nają dys­ku­to­wać z iry­ta­cją. David gry­zie pazno­kieć, jego czoło lśni. Thea podcho­dzi do niego i bie­rze go za rękę. Jest gorąca i spo­cona.

- Co się stało?

Jej mąż kręci głową.

- Nic. Po pro­stu tro­chę się spe­szy­łem.

Cha­rak­te­ry­za­torka poja­wia się ponow­nie i pudruje mu czoło. Roz­mowa mię­dzy pro­du­cen­tem a repor­te­rem trwa.

- Czemu?

Thea sły­szy głos repor­tera.

- Histo­rie o praw­dzi­wych zbrod­niach są o wiele bar­dziej inte­re­su­jące. Widzo­wie to uwiel­biają, nie rozu­miem, dla­czego nie mie­li­by­śmy...

Pro­du­cent prze­rywa mu, mówi coś, co spra­wia, że repor­ter odwraca się i ze zło­ścią zbiega ze scho­dów.

David ści­ska jej dłoń. Ingrid pod­cho­dzi do pro­du­centa i wymie­niają kilka krót­kich zdań.

- Powta­rzamy wszystko - mówi pro­du­cent i macha do ope­ra­tora. - Ja będę zada­wał pyta­nia. Zaczy­namy od nowa. Trzy­mamy się tego, co uzgod­ni­li­śmy. W porządku?

David sztywno kiwa głową. Thea pusz­cza jego rękę i szybko wycho­dzi z kadru.

- Dobra, jedziemy.

Pro­du­cent zadaje to samo wstępne pyta­nie, co poprzed­nio, a David natych­miast się zacina. Powta­rzają kwe­stie kil­ka­krot­nie, ale restau­ra­tor stra­cił kon­cen­tra­cję. Odpo­wie­dzi brzmią mecha­nicz­nie i nie­na­tu­ral­nie, a jego urok oso­bi­sty prze­padł cał­ko­wi­cie. Thea widzi, jak pro­du­cent spo­gląda na zega­rek, a potem w niebo, po któ­rym sunie w ich kie­runku szare pasmo chmur.

- Robimy krótką prze­rwę. Napij się wody, Davi­dzie.

Pro­du­cent i Ingrid nara­dzają się ponow­nie. David popija wodę z butelki. Cha­rak­te­ry­za­torka powraca do nie­rów­nej walki z potem na czole.

- Wszystko poszło w cho­lerę, zanim na dobre zaczę­li­śmy - mam­ro­cze męż­czy­zna.

Thea ponow­nie bie­rze go za rękę.

- Napra­wisz to. Po pro­stu spró­buj się odprę­żyć.

- Nie potra­fię. Musimy to zro­bić w inny spo­sób.

David ści­ska jej dłoń, patrzy na nią bła­gal­nie i lekko unosi brwi, żeby zro­zu­miała, o co mu cho­dzi.

- Nie pora­dzę sobie bez cie­bie, Thea. Pro­szę...

Kobieta prze­łyka ślinę, pró­bu­jąc oce­nić ryzyko.

Ingrid prze­rywa jej myśli.

- Tak, Thea. Peter i ja roz­ma­wia­li­śmy o tym, że byłoby dobrze, gdy­byś rów­nież wystą­piła w wywia­dzie.

Wska­zuje na pro­du­centa.

- Lojalna, wspie­ra­jąca żona, nowa lekarka rejo­nowa i tak dalej.

Thea czuje, że wszy­scy na nią patrzą. Żołą­dek staje się zimną kulą, w ustach zasy­cha. David ponow­nie ści­ska jej dłoń. Coraz moc­niej, aż nie może już tego znieść. Bie­rze głę­boki oddech.

- Okej - mówi i pra­wie natych­miast żałuje, że to zro­biła. Ale teraz jest już za późno. W jej gło­wie znów roz­brzmiewa schryp­nięty głos Mar­gaux.

Wszy­scy mamy swoje upiory, Thea. Nie­któ­rzy mają ich wię­cej niż inni.

Daleko, za ciem­nie­ją­cym sza­rym pasmem na hory­zon­cie, sły­chać groźny pomruk nad­cią­ga­ją­cej burzy.

2

"Oczy­wi­ście zasta­na­wiasz się, jak sobie radzi Emma? Ucieka, gdy tylko odpi­nam smycz. Znika w lesie i nie przy­cho­dzi, gdy ją wołam. Myślę, że cię szuka, Mar­gaux. Tęskni za tobą. Obie tęsk­nimy. A ty tęsk­nisz za nami? Prze­pra­szam, to było głu­pie pyta­nie".

Thea idzie przez buksz­pa­nowy ogród i dalej przez traw­nik na tyłach zamku. Emma zna już drogę. Pies gorącz­kowo szar­pie się i cią­gnie za smycz. Fosa jest szer­sza z tyłu zamku. Two­rzy długi, wąski staw lub nawet małe jeziorko, prze­dzie­lone kamien­nym mostem pro­wa­dzą­cym do lasu. Most ma zale­d­wie kilka metrów sze­ro­ko­ści. Został zbu­do­wany na początku dzie­więt­na­stego wieku, zapewne po to, aby hra­bio­wie mogli jeź­dzić bez­po­śred­nio z zamku do lasu.

Pod mostem woda jest butel­ko­wo­zie­lona i gęsta, bo jej powierzch­nię pokry­wają wodo­ro­sty i lepka war­stwa glo­nów. Woda spływa z mokra­deł Tornabyträsket i nie­sie ze sobą zapach, który Thea poznała w innych miej­scach. W nige­ryj­skiej dżun­gli, na pusty­niach Etio­pii, na poste­runku poli­cji w Sol­nie i pośród ruin Syrii. Zapach ziemi i droż­dży, żelaza i amo­niaku, roba­ków i owa­dów, które żywią się roz­kła­da­ją­cymi się zwło­kami.

Theę prze­biega dreszcz. Emma pry­cha, jakby też chciała uciec od tej sto­ją­cej wody. Tuż za mostem Thea odpina smycz, a pies pędzi mię­dzy pniami drzew jak szara strzała. Kobieta podąża ścieżką pod wyso­kimi koro­nami drzew i czeka z zapa­le­niem papie­rosa, aż znik­nie z pola widze­nia miesz­kań­ców zamku. Gau­lo­isy bez fil­tra, które kie­dyś polu­biła dzięki Mar­gaux i które miała prze­stać palić zgod­nie z obiet­nicą zło­żoną Davi­dowi. Głę­boko się zaciąga. Zatrzy­muje dym przez kilka sekund, aż zaczyna czuć kłu­cie w oskrze­lach.

"Co jest gor­sze niż paląca lekarka? - mawiała Mar­gaux. - Oczy­wi­ście dwie palące lekarki!"

Nie­zbyt mądry żart, ale Mar­gaux zawsze to ucho­dziło. Wystar­czyło, że pochy­liła głowę, ukryła wzrok pod pro­stą jak u dziew­czynki z kre­skó­wek grzywką, a par­skało się śmie­chem.

Dzi­siej­szy wywiad tele­wi­zyjny nie­po­koi Theę. Pró­buje sobie wmó­wić, że to tylko kilka minut nagra­nia, że minęło prze­cież ponad dwa­dzie­ścia pięć lat i nikt nie zdoła jej roz­po­znać. Poza tym nie miała wyboru. David samo­dziel­nie nie dokoń­czyłby wywiadu. Otwar­cie restau­ra­cji się zbliża, jej mąż pra­cuje godzi­nami, a tele­fon cią­gle dzwoni. Żyje pod ogromną pre­sją. Mimo to Thea jest prze­ko­nana, że to nie­ocze­ki­wane pyta­nie wytrą­ciło go z rów­no­wagi.

Pyta­nie o trze­cią mar­twą dziew­czynę, która zgi­nęła dużo póź­niej, dziew­czynę, o któ­rej repor­ter chciał roz­ma­wiać, zamiast kon­ty­nu­ować słodką i pogodną histo­ryjkę. David ni­gdy jej nie wspo­mniał o tej spra­wie. Musi zna­leźć odpo­wied­nią oka­zję, żeby go o to zapy­tać.

Las zam­kowy rośnie na nie­wiel­kim wznie­sie­niu ponad oko­licz­nymi bagnami. Skra­wek twar­dej ziemi, na któ­rym drzewa wyra­stają więk­sze i żyją dłu­żej niż w innych miej­scach. Fun­da­cja Boke­lund prze­zna­czyła wszyst­kie pie­nią­dze na odno­wie­nie zamku, a las pozo­sta­wiła wła­snemu losowi. Część poło­żona naj­bli­żej mostu i zamku była kie­dyś bar­dziej podobna do parku, ale żwir w kory­ta­rzach został zaata­ko­wany przez chwa­sty, stare latar­nie nie dzia­łają i tylko kilka ławek wciąż nadaje się do sie­dze­nia. Nie dla­tego, że ktoś je nisz­czy. Przez nie­cały tydzień, który tu spę­dziła, Thea nie widziała w lesie ani jed­nego czło­wieka, co może nawet aż tak bar­dzo nie dzi­wiło. Tor­naby było odda­lone o pięć kilo­me­trów, a zamek miał nie­wielu sąsia­dów. Nie pro­wa­dziły tu też pra­wie żadne drogi. Było tak, jakby świat zapo­mniał o tym miej­scu, zosta­wił jej całe zapusz­czone piękno lasu. Bal­da­chim mło­dych list­ków jesz­cze nie prze­sła­niał nieba, a świa­tło sło­neczne odbi­jało się w płat­kach bia­łych zawil­ców. Ptaki śpie­wały, a koro­nami drzew lekko poru­szał wiatr. Wszystko było osza­ła­mia­jąco piękne. Jed­no­cze­śnie zanie­dba­nie spra­wiało nieco melan­cho­lijne wra­że­nie. Czy to dla­tego dobrze się tu czuła?

Pochy­lony słu­pek z dro­go­wska­zami infor­mo­wał, jak daleko jest z powro­tem do zamku (pięć­set metrów na połu­dnie tą samą drogą, którą przy­była), do wio­ski Tor­naby (pięć kilo­me­trów na zachód wzdłuż pra­wie zaro­śnię­tej ścieżki), do kamien­nego kręgu, któ­rego jesz­cze nie zba­dała (sześć­set metrów pro­sto na pół­noc), i wresz­cie strzałka w prawo w kie­runku ścieżki pro­wa­dzą­cej do kanału (pięć­set metrów na wschód). David powie­dział, że kanał jest w rze­czy­wi­sto­ści sze­ro­kim rowem, który cią­gnie się około kilo­me­tra pro­sto w las mię­dzy zam­ko­wym lasem a bagnami i kie­ruje wodę z mokra­deł w dół do fosy. Pla­no­wał kupić tra­twę dla restau­ra­cji. Można by nią pły­wać fosą i kana­łem aż do znaj­du­ją­cej się na jego końcu leśni­czówki. Thea zasta­na­wiała się, czy gęsta woda i odór mokra­deł nie odbiorą gościom ape­tytu. Ale oczy­wi­ście nie wspo­mniała o tym Davi­dowi.

Podą­żała ścieżką na wschód, powoli paląc papie­rosa, aby wystar­czył na jak naj­dłu­żej. Po kilku minu­tach dotarła na polanę. Z jed­nej strony wzno­siło się stare drzewo o sęka­tym pniu i cięż­kich, poskrę­ca­nych kona­rach. Kora była szara, ale sło­neczne świa­tło na pola­nie spra­wiało, że wyglą­dała pra­wie biało.

Zamiast iść dalej ścieżką, którą zwy­kle spa­ce­ro­wała, Thea prze­szła przez polanę i pode­szła do drzewa. Pień miał ze cztery metry obwodu, może nawet wię­cej. Obok stała brudna tablica infor­ma­cyjna, któ­rej wcze­śniej nie zauwa­żyła. Thea otarła tro­chę poro­stów, żeby prze­czy­tać tekst.

Dąb, Quer­cus robur. Dąb jest jed­nym z naj­więk­szych drzew w Skan­dy­na­wii i wystę­puje od Ska­nii po Gästrikland. Ten okaz nosi nazwę Dębu Szu­bie­nicz­nego. Nie jest jed­nak jasne, czy drzewo było rze­czy­wi­ście uży­wane do egze­ku­cji. Według badań prze­pro­wa­dzo­nych w 1998 roku dąb ten ma ponad dzie­więć­set lat, zatem oprócz głogu two­rzą­cego gaj obok kamien­nego kręgu jest naj­star­szym drze­wem w zam­ko­wym lesie. Bul­wia­ste naro­śla na pniu nazy­wane są obrzę­kiem pnia lub cze­czotą i są praw­do­po­dob­nie skut­kiem defektu gene­tycz­nego, który powo­duje, że włókna drzewne rosną w nie­wła­ści­wym kie­runku w sto­sunku do pnia drzewa. Około trzech metrów nad pniem znaj­dują się dwie więk­sze cze­czoty i dziu­pla, które razem przy­po­mi­nają twarz męż­czy­zny. Ta for­ma­cja jest popu­lar­nie nazy­wana Zie­lo­nym Czło­wie­kiem i wiąże się z lokalną legendą. Według niej Zie­lony Czło­wiek jest duchem przy­rody, który w pewne wio­senne noce przy­biera ludzką postać i jeź­dzi konno przez lasy, aby wygo­nić zimę i ciem­ność. Według tej samej legendy, żeby przy­spie­szyć powrót życia, należy wkła­dać do ust Zie­lo­nego Czło­wieka wio­senne dary ofiarne.

Thea powio­dła wzro­kiem wzdłuż pnia. Kształt opi­sany na tablicy był łatwy do zna­le­zie­nia. Dwie owalne bulwy z nabrzmia­łymi kra­wę­dziami i gład­kimi środ­kami, a pod nimi okrą­gły czarny otwór. Wyglą­dało to nie­za­prze­czal­nie jak znie­kształ­cona twarz męż­czy­zny o pustych oczach i otwar­tych ustach.

Tuż przy sto­pach Thei rosną białe zawilce. Nie wie­dząc, dla­czego wła­ści­wie to robi, zrywa kilka kwia­tów i wsuwa je do kie­szeni kurtki. Gasi papie­rosa, sta­wia stopę na dol­nej naro­śli pnia, odbija się i chwyta go jedną ręką. Nie wspi­nała się na drzewa, odkąd była mała. Mimo to pamięta tech­nikę, któ­rej nauczył ją star­szy brat. Trzy­mać się rękami, odpy­chać nogami. Jest lekka, ma silne ramiona, barki i plecy. Jasna kora dębu jest szorstka i nie­równa, pełna pęk­nięć i szcze­lin, w które można wsu­wać dło­nie. Wspię­cie się na wyso­kość twa­rzy Zie­lo­nego Czło­wieka nie zaj­muje dużo czasu. Wpa­truje się w nie­sa­mo­witą postać o mar­twych oczach i czuje się dość dziw­nie. Co za głup­stwa wypra­wia? Tego typu pomy­sły były domeną Mar­gaux. Ona, Thea, kie­ruje się rozu­mem i logiką, woli rze­czy, które można zmie­rzyć i upo­rząd­ko­wać. Uwiel­bia roz­wią­zy­wać łami­główki, badać drogi ewa­ku­acyjne, zawsze ma przy sobie ple­cak z nie­zbęd­nymi rze­czami na wypa­dek naj­gor­szego. Miała, popra­wia się. Dopóki naprawdę nie wyda­rzyło się naj­gor­sze.

Thea wyj­muje z kie­szeni kurtki białe zawilce i wkłada je do ust Zie­lo­nego Czło­wieka. Otwór jest więk­szy, niż się wyda­wało z dołu, i z łatwo­ścią można do niego wło­żyć całą pięść. Wydaje się, jakby gruby pień był pra­wie pusty. Wkłada rękę tak głę­boko, jak tylko może, zamyka oczy i przy­wo­łuje obraz Mar­gaux. Pró­buje zoba­czyć każdy szcze­gół jej twa­rzy. Ciemną grzywkę, ciemne oczy, małe piegi na nosie. Uśmiech.

Thea wrzuca białe zawilce do wnę­trza drzewa.

Za powrót życia.

Wiatr szar­pie drze­wami, zgina ich wierz­chołki i unosi z ziemi mar­twe jesienne liście. Nie­sie woń elek­trycz­no­ści i burzy. Thea drży.

Gdzieś głę­boko w lesie Emma zaczyna szcze­kać.

3

Noc Wal­pur­gii 1986

Dro­dzy Czy­tel­nicy! Każda histo­ria powinna mieć począ­tek, śro­dek i koniec. To jest począ­tek mojej histo­rii. Nazy­wam się Elita Svart. Mam szes­na­ście lat. Miesz­kam na far­mie głę­boko w lesie pod Tor­naby. Kiedy będzie­cie to czy­tali, nie będę już żyła. Ale opo­wia­dajmy wszystko od początku, dobrze?

Szef warsz­tatu robił sobie z niego jaja. Arne Backe zro­zu­miał to nie­mal natych­miast. Gruby skur­wiel prze­chy­lał się przez kon­tuar i gadał tak gło­śno, że jego dwaj pomoc­nicy, któ­rzy w pew­nej odle­gło­ści wymie­niali olej w volvo 245, z pew­no­ścią sły­szeli, o czym była mowa.

- Mówi­łeś, że jak się nazy­wasz?

- Aspi­rant Backe, numer służ­bowy dwa­dzie­ścia dzie­więć sie­dem­dzie­siąt jeden, poli­cja w Ljungslöv. Mam ode­brać radio­wóz.

Arne przy­gła­dził wąsy gestem, który, jak sobie wyobra­żał, nada­wał mu wygląd kogoś star­szego i bar­dziej doświad­czo­nego.

- Tak mówisz. - Maj­ster prze­cią­gnął tłu­stym palu­chem wska­zu­ją­cym po linij­kach notat­nika. - Radio­wóz poli­cyjny z Ljungslöv. Naprawdę go potrze­bu­je­cie? Myśla­łem, że tam w tym bło­cie prze­waż­nie jeź­dzi­cie trak­to­rami.

Arne sły­szał, jak dwaj gów­nia­rze sma­ru­jący volvo cicho zare­cho­tali, ale się nie odwró­cił. Zamiast tego zastu­kał w ladę.

- Klu­czyki. Śpie­szę się.

- Śpie­szysz się? Do czego? Do obory krowy doić? A może poma­gasz komi­sa­rzowi Holmérowi zna­leźć mor­dercę Pal­mego?

Znów roz­legł się śmiech, tym razem gło­śniej­szy. Mecha­nik wypro­sto­wał się, się­gnął po klu­czyki do samo­chodu i demon­stra­cyj­nie poło­żył je na bla­cie.

Naj­wy­raź­niej miał zamiar prze­cią­gać całą sprawę jak naj­dłu­żej. Arne był przy­zwy­cza­jony do tego, że ludzie się z niego nabi­jali. Miał dwa­dzie­ścia dwa lata i był naj­młod­szy w komi­sa­ria­cie w Ljungslöv. Żół­to­dziób, któ­remu wolno było tylko robić kawę, sie­dzieć w recep­cji i zała­twiać spra­wunki. Szef poli­cji Len­nart­son nie­chęt­nie zor­ga­ni­zo­wał mu pod­wózkę do Hel­sing­borga po nowy radio­wóz. Len­nart­son zawsze miał szcze­gólny wyraz twa­rzy, gdy ich spoj­rze­nia się spo­ty­kały. Była to mie­sza­nina iry­ta­cji i nie­chęci, którą Arne widy­wał zbyt wiele razy. Nic nie mógł pora­dzić na to, że tak działa na ludzi.

Zaci­snął zęby. Latem na komi­sa­riat przy­je­dzie kilku wię­cej świeżo upie­czo­nych poli­cjan­tów, a wtedy on wznie­sie się o jeden szcze­bel w hie­rar­chii. Będzie patro­lo­wał ulice jak praw­dziwy poli­cjant. Do tego czasu po pro­stu trzeba akcep­to­wać sytu­ację. Zno­sić gry­masy Len­nart­sona i przy­tyki innych kole­gów. Ale bydlak z warsz­tatu i jego dwaj pomoc­nicy byli gów­nia­nymi cywi­lami i nie mieli żad­nego prawa robić sobie jaj z praw­dzi­wego gli­nia­rza.

Arne Nie­do­rajda, tak go nazy­wali w szkole. Śmiali się z jego sła­bych ocen, z tego, że był kiep­ski w piłce noż­nej, z tego, że się uro­dził, gdy jego rodzice byli już nie­mło­dzi. Cza­sami suge­ro­wali, że jego star­sza sio­stra jest w rze­czy­wi­sto­ści matką, cho­ciaż Ingrid miała zale­d­wie dwa­na­ście lat, kiedy Arne przy­szedł na świat. Bez względu na to, ile razy bił się z innymi chło­pa­kami, ile cio­sów zadał lub otrzy­mał, dalej się z niego wyśmie­wano. Nawet kiedy dorósł. Ponie­waż nie był wystar­cza­jąco dobry, by słu­żyć w woj­sku, ponie­waż nie mógł utrzy­mać pracy, ponie­waż ni­gdy by go nie przy­jęto do poli­cji, gdyby jego szwa­gier Ber­til nie gry­wał w bry­dża z Len­nart­so­nem.

Arne Nie­do­rajda.

- Pokwi­tuj tutaj!

Tłu­ścioch pod­su­nął mu popla­miony zeszyt i przy­mru­żył oko, jakby Arne był smar­ka­tym chłop­cem na posyłki, a nie poli­cjan­tem w mun­du­rze.

- To ten saab z tyłu. Tylko bądź tak dobry, Backe, nie jeźdź nim po polach.

Arne naba­zgrał swój pod­pis i chwy­cił klu­czyki.

Dwa gnojki w naj­lep­sze wle­wały olej do sil­nika volvo 245. Pojem­nik ze zuży­tym ole­jem stał na małym wózku na pod­ło­dze. Jeden z chło­pa­ków miał dłu­gie włosy z kolo­ro­wymi pasem­kami, a drugi kol­czyk w uchu. Ani chybi pedały. Byli nie­wiele starsi od Arnego, ale uwa­żali, że mają prawo się z niego nabi­jać. Kiedy prze­cho­dził, wypro­sto­wali się i wykrzy­wili gęby w głu­pa­wych uśmie­chach. Praw­do­po­dob­nie zasta­na­wiali się nad odpo­wied­nią odzywką na poże­gna­nie.

- Będzie­cie musieli wyszo­ro­wać pod­łogę - powie­dział Arne, zanim któ­ryś z nich zdą­żył otwo­rzyć usta. Kop­nął mocno wózek z ole­jem i posłał stru­mień lep­kiej cie­czy na stopy chło­pa­ków.

Potem poszedł ze śmie­chem do radio­wozu, wsko­czył do niego i odje­chał.

Był to saab 900 turbo. Miał na licz­niku zale­d­wie parę tysięcy kilo­me­trów i wciąż pach­niał nowo­ścią. Mocna bryka, o mocy stu sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu koni mecha­nicz­nych.

Przy zjeź­dzie na szosę dwa­dzie­ścia jeden Arne włą­czył nie­bie­skie świa­tło i sygnał dźwię­kowy, po czym przy­śpie­szył do ponad stu osiem­dzie­się­ciu. Cie­szył się, gdy inni kie­rowcy zjeż­dżali na pobo­cze, żeby go prze­pu­ścić. Na­dal widział przed sobą, jak te dwa gnojki śli­zgały się z butami peł­nymi oleju, pod­czas gdy maj­ster ryczał jak mors cier­piący na zatwar­dze­nie.

Po raz pierw­szy od bar­dzo dawna Arne był w dobrym humo­rze. Jakby coś się w nim roz­ja­śniło. Mógł jeź­dzić tym samo­cho­dem, jak i dokąd chciał. Len­nart­son był rol­ni­kiem ama­to­rem i przez cały tydzień glę­dził o swo­jej macio­rze, która w każ­dej chwili mogła się opro­sić. Praw­do­po­dob­nie poje­chał już do domu, nie mając poję­cia, gdzie jest Arne. Dopóki będzie się trzy­mał na pewną odle­głość od Ljungslöv, nikt się nie dowie, co robi z radio­wo­zem, byle tylko odsta­wił go do garażu jutro przed ósmą rano, zanim otwo­rzą komi­sa­riat.

Arne zoba­czył dro­go­wskaz na Tor­naby i zwol­nił. Naj­wyż­szy czas, aby ludzie zoba­czyli jego nowe ja. Nowego Arnego Backe.

4

"Zasta­na­wiasz się, czy wciąż śni mi się ten sam kosz­mar. Bar­dzo chcia­ła­bym powie­dzieć, że nie, bo nie chcę, żebyś się o mnie mar­twiła. Czuję się dobrze, Mar­gaux. Już o tym nie roz­ma­wiajmy, dobrze?"

Huk roz­brzmiewa w gło­wie Thei. Zeska­kuje z łóżka, rzuca się na pod­łogę i obej­muje głowę rękami.

Szpi­tal polowy w Idlib. Wybu­chy bomb becz­ko­wych, które roz­ry­wają budy­nek i ludzi w nim prze­by­wa­ją­cych. Zako­pują wszystko i wszyst­kich pod osu­wi­skami. Beto­nowy pył grozi jej udu­sze­niem. Musi wstać, wło­żyć kask. Musi zna­leźć Mar­gaux, musi się stąd wydo­stać...

David staje w drzwiach. Poru­sza ustami, ale ona nie sły­szy, co mówi. Jej umysł jest na­dal w zbu­rzo­nym szpi­talu. Prze­dziera się przez gruzy, ruiny, potyka się o zwłoki...

Teraz czuje ręce męża na ramio­nach. David deli­kat­nie nią potrząsa. Kosz­mar zwal­nia uścisk i Thea odzy­skuje słuch.

- Thea - mówi cicho David. - Obu­dzi­łaś się?

Udaje jej się ski­nąć głową i jed­no­cze­śnie zauważa, jak jest ciemno. Zga­sła nocna lampka led w gniazdku ścien­nym przy drzwiach, przez okna nie dostają się żadne świa­tła z zewnątrz. Jest tylko słaby blask księ­życa, który spra­wia, że twarz Davida wydaje się kre­do­wo­biała.

Mąż przy­ciąga ją do sie­bie. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że cała drży. Na początku tylko tro­chę, potem coraz bar­dziej; zaczyna szczę­kać zębami, z tru­dem utrzy­muje pio­nową pozy­cję. Klatka pier­siowa się kur­czy, oddech staje się płytki.

- Spo­koj­nie - mru­czy jej do ucha David. - Po pro­stu ude­rzył pio­run. Jesteś bez­pieczna, Thea. Oddy­chaj spo­koj­nie.

Stara się postę­po­wać zgod­nie z jego radą. Bie­rze głę­boki wdech i przy­tula się do niego tak mocno, jak tylko może. Ucisk na klatkę pier­siową znika, drże­nie się uspo­kaja, w miarę jak kosz­mar znika z pamięci.

- Wszystko w porządku?

Kiwa głową, odsuwa się i ociera ostat­nie łzy nad­garst­kiem.

- Muszę iść do zamku - mówi David. - Prąd wysiadł. Pój­dziesz ze mną?

Thea znowu kiwa głową. Abso­lut­nie nie chce zostać sama w ciem­no­ści.

- Czy wiesz, gdzie są płasz­cze prze­ciw­desz­czowe? Leje.

Idzie za nim do salonu, po dro­dze wypija w kuchni szklankę wody. Od razu zdaje sobie sprawę, że cze­goś bra­kuje.

- Widzia­łeś Emmę?

- Prze­śli­znęła się obok mnie, kiedy otwo­rzy­łem drzwi fron­towe.

- Kiedy?

- Zaraz po tym, jak ude­rzył pio­run. Wyj­rza­łem, żeby zoba­czyć, czy świa­tła w zamku się palą, a ona prze­pchnęła się obok mnie. Wszę­dzie jest ciemno.

David wydaje się bar­dziej zanie­po­ko­jony zam­kiem niż psem. Jego komórka zaczyna dzwo­nić.

- Firma ochro­niar­ska - mówi, odwra­ca­jąc się, by ode­brać tele­fon.

Thea otwiera drzwi fron­towe. Deszcz bije o żwir i kamienne płytki przed wej­ściem.

- Emma! - krzy­czy i zdaje sobie sprawę, że jej głos nie dociera nawet na podwó­rze.

- W zamku włą­czył się alarm prze­ciw­po­ża­rowy i wła­ma­niowy - mówi David. - Praw­do­po­dob­nie zwar­cie. Musimy natych­miast tam iść. - Wyciąga latarkę z szu­flady.

- Ale Emma...

- Na pewno znaj­dziemy ją po dro­dze. Chodź!

Otwiera sze­roko drzwi i bie­gnie pochy­lony w stronę samo­chodu. Po kilku sekun­dach waha­nia Thea wkłada buty i kurtkę i idzie za mężem. Wozow­nię oddziela od zamku tylko dwie­ście metrów żwi­ro­wej drogi. David wci­ska gaz do deski, kie­ru­jąc jedną ręką i gry­ząc pazno­kieć kciuka dru­giej. Thea roz­gląda się za Emmą, oba­wia­jąc się, że przy­pad­kiem mogą ją prze­je­chać. Ale suczka była bez­pań­skim psem, pocie­sza się. Wie, że samo­chody są nie­bez­pieczne.

Zamek wygląda na jesz­cze ciem­niej­szy niż ich mały domek, jakby wyso­kie mury, wieże i stromy dach bar­dziej pogłę­biały mrok.

David hamuje przed wej­ściem do kuchni we wschod­nim skrzy­dle. Trzyma latarkę w ustach, wal­cząc z zam­kami. Dźwięk syreny alar­mo­wej odbija się od kamien­nych ścian.

- W kuchni jest awa­ryjne świa­tło. Po pro­stu idź za świa­tłem! - krzy­czy David przez ramię, po czym znika na scho­dach do piw­nicy. Thea cie­szy się, że nie popro­sił, aby z nim poszła. Jej mąż wie, że nie­na­wi­dzi piw­nic. Ich stę­chłego zapa­chu, poczu­cia osa­cze­nia i ciem­no­ści. Nie­na­wi­dzi ciem­no­ści.

Podąża za sła­bym świa­tłem awa­ryj­nym, włą­cza je i bie­gnie przez przej­ście, które pro­wa­dzi do dużej jadalni. Może Emma pobie­gła w stronę mostu i lasu zam­ko­wego? W takim razie mogłaby zoba­czyć ją z tyl­nego tarasu.

Syrena alar­mowa nagle cich­nie. Jadal­nia jest ciemna i pusta. Nowe stoły i krze­sła na­dal stoją w kącie. Ściany pokryte są zło­co­nymi pane­lami, które nie­dawno oczysz­czono. Thea kie­ruje lampę na malo­wi­dła na sufi­cie. Motywy grec­kie, młode kobiety w lesie, ubrane w dłu­gie tuniki. Wokół nich krążą mityczne istoty, satyry, cen­taury i inne, któ­rych nazw nie zna. Kilka drzew wygląda jak żywe istoty. Thea myśli o twa­rzy na Szu­bie­nicz­nym Dębie. O Zie­lo­nym Czło­wieku, któ­remu ofia­ro­wała białe zawilce. Idio­tyczny pomysł.

Otwiera oszklone drzwi. Wydaje się, że ulewa tro­chę osła­bła, zmie­niła się w zwy­czajny wio­senny deszcz. Naciąga kap­tur kurtki i wycho­dzi na taras. Oświe­tla lampką awa­ryjną niskie buksz­pa­nowe żywo­płoty w ogro­dzie i dalej, za traw­ni­kiem.

- Emma! Emma!

Nagle bły­ska­wica oświe­tla cały ogród. Nie­bie­ska­wo­biały rdzeń z czer­wo­nymi kra­wę­dziami prze­cina ciem­ność i zapada w las po dru­giej stro­nie fosy. Huk jest pra­wie jed­no­cze­sny i tak potężny, że Thei zapiera dech.

Kosz­mar powraca. Fala ude­rze­niowa, panika, nie­moż­ność utrzy­ma­nia się na nogach, dusz­no­ści. Całe ciało znów zaczyna się trząść. Kuca, pochyla głowę, pró­buje spo­koj­nie oddy­chać. Wdech, wydech, wde­eeech, wyy­y­y­y­dech...

Coś dotyka ple­ców Thei. To Emma. Pies wtyka nos w jej dłoń i cicho skomli. Przy­ciąga zwie­rzaka do sie­bie i, co dziwne, Emma nie pro­te­stuje, ale stoi nie­ru­chomo i pozwala się objąć.

Kro­ple desz­czu dostają się pod kurtkę.

Thea na­dal oddy­cha głę­boko, powoli i po kilku minu­tach atak paniki ustę­puje. Ręka­wem kurtki ociera łzy i kro­ple desz­czu.

- Spo­koj­nie, psinko - mam­ro­cze do ucha Emmy. - Zaraz będzie lepiej. Musimy tylko tro­chę pocze­kać.

Kątem oka widzi migo­czące świa­tło. Poja­wiło się w oknie zachod­niego skrzy­dła. Przez krótką chwilę myśli, że to David. Ale on nie ma dostępu do zachod­niego skrzy­dła, a nawet gdyby miał, nie dotarłby tam w tak krót­kim cza­sie. Ponadto blask jest zbyt słaby i nie­spo­kojny jak na świa­tło latarki.

Ktoś stoi w jed­nym z okien. Nie­wy­soki czło­wiek ze świecą w ręku, na wpół scho­wany za zasłoną. Ich oczy spo­ty­kają się poprzez strugi desz­czu.

Thea roz­po­znaje w jego spoj­rze­niu to, co widzi w lustrze w łazience każ­dego ranka i wie­czora.

Żal i smu­tek.

Męż­czy­zna lekko kiwa głową, po czym zdmu­chuje świecę i znika w ciem­no­ści.

5

Noc Wal­pur­gii 1986

W Tor­naby nikt nie może uciec przed prze­szło­ścią. Wszystko się powta­rza, tylko twa­rze są nowe. Jak jeden długi rytuał. Ale dziś wie­czo­rem wszystko się zmieni. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zie­lony Czło­wiek galo­puje przez lasy. Sły­szy­cie, jak się zbliża? Sły­szy­cie, jak szep­cze moje imię?

Elita Svart, Elita Svart...

Arne skrę­cił do Tor­naby, opu­ścił boczną szybę radio­wozu i wysu­nął łokieć na zewnątrz. Jechał celowo powoli, pozdra­wia­jąc każ­dego napo­tka­nego lek­kim ski­nie­niem głowy. Ku swemu zdzi­wie­niu wszy­scy odpo­wia­dali na jego pozdro­wie­nia: wła­ści­ciel sklepu z narzę­dziami, malarz, pre­ten­sjo­nalna urzęd­niczka z poczty. Ludzie, któ­rzy kie­dyś ni­gdy by mu się nie odkło­nili. Zawró­cił i powtó­rzył rundę jesz­cze parę razy. Następ­nie zapar­ko­wał przed ban­kiem i wysiadł z samo­chodu. Stały tam dwa inne auta: zie­lony land rover hra­biego i biały pikap nale­żący do admi­ni­stra­tora zamku Erika Nyberga.

W nor­mal­nej sytu­acji Arne nie wszedłby do środka. Od dzie­ciń­stwa bał się Rudolfa Gor­dona. Star­sze dzieci stra­szyły się nawza­jem opo­wie­ściami o tym, jak hra­bia je prze­ga­niał, kiedy bawiły się w lesie w pobliżu zamku, jak szczuł je psami i gonił za nimi na koniu. Nie­które dzie­ciaki twier­dziły nawet, że w noc Wal­pur­gii widziały hra­biego prze­jeż­dża­ją­cego przez las zam­kowy w stroju Zie­lo­nego Czło­wieka tylko po to, by stra­szyć ludzi. Ale ani żadne opo­wie­ści, histo­rie o duchach, ani gder­liwi sta­rzy faceci nie byli w sta­nie prze­ra­zić nowego Arnego Backe. Wło­żył fura­żerkę, popra­wił białą poli­cyjną koali­cyjkę i wkro­czył do banku.

Trzej kasje­rzy, któ­rzy pra­co­wali dla Ber­tila, pod­nie­śli wzrok zza oszklo­nego kon­tu­aru. Lekko drgnęli w spo­sób, który jesz­cze bar­dziej popra­wił i tak już dobry humor Arnego.

- Cóż, jak leci, pano­wie? - powie­dział swoim naj­bar­dziej doj­rza­łym gło­sem. Wsu­nął kciuki pod koali­cyjkę i zako­ły­sał się na pię­tach, tak jak robili to starsi poli­cjanci.

- Dzię­kuję, dobrze - wymam­ro­tały gry­zi­piórki pra­wie że chó­rem.

- To dosko­nale - odparł Arne. - Jest dyrek­tor?

- Ma spo­tka­nie - powia­do­mił kasjer, który sie­dział naj­bli­żej.

Arne przy­brał surową minę służ­bi­sty, którą ćwi­czył przed lustrem.

- M-myślę, że spo­tka­nie wła­śnie się skoń­czyło - dodał kasjer i naci­snął przy­cisk otwie­ra­jący przej­ście. Arne wkro­czył za kon­tuar. Wie­dział, dokąd iść, wie­lo­krot­nie odwie­dzał tu szwa­gra. Biuro Ber­tila, pokój o trzech dużych oknach wycho­dzą­cych na główną ulicę, znaj­do­wało się na pię­trze. Męż­czy­zna zasta­na­wiał się, czy powi­nien wbiec lekko po scho­dach, czy też iść cięż­kimi, mia­ro­wymi kro­kami. Wybrał to dru­gie, czu­jąc, jak kasje­rzy śle­dzą go wzro­kiem.

Drzwi do biura szwa­gra były otwarte. Ber­til, hra­bia i Erik Nyberg stali na zewnątrz. Wyglą­dało na to, że wkrótce się poże­gnają. Arne jesz­cze bar­dziej spo­wol­nił kroki.

- Zatem tak - usły­szał głos Ber­tila. - Dzi­siaj jest ostatni dzień kwiet­nia, więc umowa najmu musi zostać wypo­wie­dziana teraz, jeśli nie chce pan cze­kać przez kolejny mie­siąc.

- Panie Eriku, czy mógłby pan być tak dobry i to zała­twić? - Głos hra­biego brzmiał nosowo, gło­skę "r" wyma­wiał w spo­sób typowy dla wyż­szej sfery.

- Pojadę tam dziś po połu­dniu - odpo­wie­dział zarządca.

- Może lepiej nie jedź sam - ode­zwał się Ber­til. - Lasse Svart nie będzie zbyt ucie­szony wypo­wie­dze­niem umowy.

To nazwi­sko spra­wiło, że Arne uważ­niej nad­sta­wił uszu.

- Wiem, jak sobie radzić ze Svar­tem - odrzekł krótko Erik Nyberg. - Ale wezmę ze sobą Pera. Chło­pak musi się nauczyć, jak dawać sobie radę w życiu.

- Sły­sza­łem, że Per nie poszedł do szkoły muzycz­nej - powie­dział Ber­til.

- Nie. - Erik Nyberg wymie­nił szyb­kie spoj­rze­nia z hra­bią. - Uzna­li­śmy, że to nie był dobry pomysł. Lepiej, żeby został w domu i nauczył się przy­zwo­itego zawodu.

- Tak... Pój­dziemy już. Dzię­kuję za pomoc, panie Ber­tilu - zakoń­czył hra­bia. Trzej męż­czyźni uści­snęli sobie dło­nie, odwró­cili się w stronę scho­dów i dopiero teraz zauwa­żyli Arnego. Hra­bia rzu­cił mu szyb­kie spoj­rze­nie. Rudolf Gor­don zbli­żał się do sie­dem­dzie­siątki, był wysoki i szczu­pły, miał ostre rysy i głę­boko osa­dzone oczy. Erik Nyberg był niż­szy o głowę i miał ogo­rzałą, surową twarz, któ­rej Arne mu zazdro­ścił, tak samo jak pod­nisz­czo­nej zamszo­wej mary­narki.

- Witam panów - powie­dział, sta­ra­jąc się zacho­wać poważną minę, kiedy obaj męż­czyźni go mijali. Ku jego zado­wo­le­niu odpo­wie­dzieli mu ski­nie­niami.

- Cześć, Arne. - Ber­til nie wyda­wał się zakło­po­tany, raczej tro­chę zasko­czony. Arne się wypro­sto­wał. Znowu zako­ły­sał się na pię­tach, pod­czas gdy jego szwa­gier mie­rzył go wzro­kiem od stóp do głów.

Ber­til był pięt­na­ście lat star­szy i odkąd Arne skoń­czył dzie­sięć lat, był dla niego jak star­szy brat. Byli tego samego wzro­stu; mimo to po raz pierw­szy w życiu Arne poczuł, że nie musi spo­glą­dać w górę, aby napo­tkać wzrok szwa­gra.

- Miło, że stróż porządku przy­cho­dzi z wizytą. Właź. - Ber­til odsu­nął się tro­chę na bok i zapro­sił go ruchem ręki. - Sia­daj!

Arne opadł na jeden ze skó­rza­nych foteli, które stały w rogu pokoju. Kabura pisto­letu otarła się mu tro­chę o bio­dro. Popra­wił ją. Na środku stołu stało duże pudełko cygar. W popiel­niczce leżały trzy nie­do­pałki. Ber­til otwo­rzył szafkę, wyjął krysz­ta­łową karafkę i dwie konia­kówki. Posta­wił wszystko na stole.

- Chlap­niemy sobie i zapa­limy, co? Tylko obie­caj, że nic nie powiesz Ingrid.

Arne otwo­rzył usta, żeby odpo­wie­dzieć, ale słowa utknęły mu w gar­dle i musiał zado­wo­lić się krót­kim ski­nie­niem głowy.

- O co cho­dziło? - spy­tał, kiedy zapa­lili cygara i pocią­gnęli po łyku koniaku. - Z hra­bią i Eri­kiem Nyber­giem? Usły­sza­łem coś o Las­sem Svar­cie.

Ber­til wypu­ścił słup sza­rego dymu w kie­runku sufitu. Przez chwilę się zasta­na­wiał.

- To wła­ści­wie poufna sprawa... - Urwał, zdjął okru­szek tyto­niu z języka i pochy­lił się do przodu. - Hra­bia otrzy­mał ofertę na zie­mię wokół Czar­nej Zagrody. Armia chce powięk­szyć poli­gon. Płacą naprawdę dobrze za pod­upa­dłą farmę i kil­ka­dzie­siąt akrów bagnisk.

Arne poczuł, jak duma roz­piera mu piersi. On i Ber­til byli teraz równi! Roz­ma­wiali o pouf­nych spra­wach jak ni­gdy dotąd.

- O, cho­lera! To Lasse Svart wyleci na zbity pysk. - Arne uśmiech­nął się, ale w następ­nej sekun­dzie zdał sobie sprawę, co to ozna­cza. - W takim razie, gdzie się podzieje jego rodzina? - dodał tak szybko, że zakrztu­sił się dymem cygara.

Ber­til wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem. To jest pro­blem Las­sego. Ale zdzi­wił­bym się, gdyby ktoś w oko­licy chciał mu coś wyna­jąć. Mam na myśli jego repu­ta­cję. Praw­do­po­dob­nie naj­lep­sze dla wszyst­kich byłoby, gdyby Lasse po pro­stu zabrał swoje kobiety, spa­ko­wał manatki i znik­nął.

Arne sta­rał się zacho­wać obo­jętną minę. Poufna atmos­fera nie była już tak satys­fak­cjo­nu­jąca jak przed chwilą. Wie­dział dla­czego. Kto był powo­dem.

Elita Svart.