Cztery Mile za Warszawą - Maria Ulatowska, Jacek Skowroński

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Wy­kład

Aula aka­de­micka była wy­peł­niona po brzegi, do tego stop­nia, iż nie­któ­rzy ze słu­cha­czy stali po bo­kach lub sie­dzieli pod ścia­nami. Po­wo­dem ta­kiego za­in­te­re­so­wa­nia był otwarty wy­kład po­li­cyj­nego ne­go­cja­tora oraz pro­fi­lera kry­mi­nal­nego, który ucho­dził za le­gendę swo­jego za­wodu. Nie bez przy­czyny. Li­sta jego suk­ce­sów by­łaby sama w so­bie ma­te­ria­łem na osobny wy­kład. Sam pre­le­gent nie uwa­żał się za gwiaz­dora, po­tra­fił szcze­rze i bez lu­kro­wa­nia opi­sy­wać po­nie­sione po­rażki. Nie­unik­nione, gdy ma się na co dzień do czy­nie­nia z wszel­kiej ma­ści so­cjo­pa­tami i ich zwy­rod­nia­łymi umy­słami. W jego za­wo­dzie nie ist­niały ści­słe ma­te­ma­tyczne wzory, gdzie wy­star­czyło w miej­sce sym­boli pod­sta­wić dane, a po dru­giej stro­nie rów­na­nia nie­uchron­nie wy­ska­ki­wał pra­wi­dłowy wy­nik. Po­trzebna była głę­boka zna­jo­mość paru dzie­dzin psy­cho­lo­gii, em­pa­tia, od­por­ność na stres oraz to coś cią­gle słabo zba­da­nego lub przez wielu ba­da­czy w ogóle ne­go­wa­nego, na­zy­wa­nego in­tu­icją. Po­mocne też były sztuczki sze­roko sto­so­wane przez "ja­sno­wi­dzów". Mi­strzów ma­ni­pu­la­cji i od­ga­dy­wa­nia tego, co lu­dzie pra­gną od nich usły­szeć. Kiedy ktoś za­mie­rza rzu­cić się mo­stu, nie po­wstrzy­mają go ra­cjo­nalne ar­gu­menty. Bo stra­cił na­dzieję. Aby ją przy­wró­cić, zo­stają tylko mi­nuty, cza­sem mniej. I wtedy, ko­rzy­sta­jąc ze ską­pych wska­zó­wek, ja­kie daje za­stana sy­tu­acja, mowa ciała, mi­mo­wolne od­ru­chy czło­wieka znaj­du­ją­cego się na kra­wę­dzi ży­cia, trzeba wy­ko­rzy­stać wszystko, aby po­wstrzy­mać go przed ostat­nim kro­kiem. Do­zwo­lone są kłam­stwo, ma­ni­pu­la­cja i fał­szywe obiet­nice. Cza­sem to działa, a cza­sem nie.

Suk­ces ma krótki ży­wot, gdyż już na­za­jutrz ujaw­nia się ktoś nie­umie­jący po­ra­dzić so­bie z wła­snymi de­mo­nami, zmie­rza­jący do sa­mo­bój­stwa lub... zbrodni. Po­rażka po­zo­staje na za­wsze, ni­czym za­mro­żona w lo­dzie ska­mie­lina. Po­zo­sta­wia­jąc drę­czącą świa­do­mość, że można było coś zro­bić le­piej, ina­czej, mą­drzej... Mimo wszystko trzeba iść da­lej, bo świat kręci się na­dal, zaś na­tura ludzka po­zo­staje nie­zmienna.

Do auli wszedł męż­czy­zna z si­wie­ją­cymi już wło­sami. Do­brze zbu­do­wany, w ciem­no­sza­rej ma­ry­narce, ale nie­wy­róż­nia­jący się ni­czym szcze­gól­nym. Co w jego za­wo­dzie było istot­nym atu­tem. Na ulicy czy w au­to­bu­sie nie zwró­ciłby ni­czy­jej uwagi. Nie miał przy so­bie teczki ani in­nych atry­bu­tów uży­wa­nych przez wy­kła­dow­ców aka­de­mic­kich. Zi­gno­ro­wał wy­godny fo­tel za wiel­kim biur­kiem usta­wio­nym ni­czym na sce­nie, nie się­gnął też po mi­kro­fon. Za­miast tego pod­szedł na skraj nie­wiel­kiego pod­wyż­sze­nia i ogar­nął wzro­kiem salę. Szepty i skrzy­pie­nie sie­dzeń nieco uci­chły, lecz nie do końca. Ja­kaś dziew­czyna w dru­gim rzę­dzie ziew­nęła, ko­muś upadł dłu­go­pis, skądś roz­legł się tłu­miony śmiech.

Nor­malne.

- Wy­daje się wam, że nie po­tra­fi­li­by­ście z zimną krwią ko­goś za­bić? - za­py­tał pro­wo­ka­cyj­nie pre­le­gent. Jego nad­spo­dzie­wa­nie silny głos do­cie­rał aż do ostat­nich rzę­dów. Uczy­nił pauzę, aby sens jego py­ta­nia do­tarł do wszyst­kich. Na wielu twa­rzach uka­zał się wy­raz nie­pew­nego za­prze­cze­nia, inni ucie­kali wzro­kiem, choć ra­czej nie mieli ku temu po­wodu. A już na pewno nie w tam­tym mo­men­cie. - Praw­do­po­dob­nie ma­cie ra­cję. Ale nie dla­tego, że za­bra­nia wam tego su­mie­nie albo je­ste­ście ge­ne­tycz­nie tak za­pro­gra­mo­wani, aby być nie­zdol­nym do po­peł­nie­nia zbrodni. Po pro­stu nie za­ist­niały oko­licz­no­ści skła­nia­jące do ta­kiego czynu. Jesz­cze nie za­ist­niały, bo nikt nie wie z całą pew­no­ścią, czym do­świad­czy go ży­cie.

W auli zro­biło się ci­szej. Ktoś się uśmiech­nął, ktoś inny spo­waż­niał.

Nor­malne.

- Gdy czło­wiek wy­ciąga z puli ży­cia los zwia­stu­jący nie­szczę­ście, czę­sto staje na gra­nicy sa­mo­uni­ce­stwie­nia. A naj­dziw­niej­sze, że świat się nie za­wala, trwa so­bie w naj­lep­sze da­lej. Cho­ciaż coś po­winno się zmie­nić, prawda? Świat nie ma prawa po­zo­stać taki jak przed­tem. Po­wi­nien po­sza­rzeć, za­milk­nąć choćby na chwilę, skło­nić do py­ta­nia, po co nam cier­pie­nie, skoro po­ja­wiamy się na nim le­d­wie na mgnie­nie oka. Śmierć i za­po­mnie­nie, nic in­nego nas nie czeka. Każdy już prze­żył lub prze­żyje coś po­dob­nego. To nie­unik­nione jak wschody i za­chody słońca. Lu­dzie do­pusz­czają się róż­nych po­czy­nań, aby zła­go­dzić ból, bo chyba pod­świa­do­mie pra­gną, aby reszta świata dzie­liła go z nimi choć przez krótką chwilę. Zna­cie lub sły­sze­li­ście o po­dob­nych sy­tu­acjach, prawda?

Py­ta­nie było re­to­ryczne, wszy­scy to ro­zu­mieli. Ale na tej czy in­nej po­smut­nia­łej rap­tem twa­rzy od­ma­lo­wały się oznaki wę­drówki my­ślami w re­jony tylko im znane.

Nor­malne.

- Z pew­no­ścią rów­nież wy­daje wam się, że nie umie­li­by­ście po­zba­wić ko­goś ży­cia, bo wie­cie, jak inni lu­dzie zo­stają mor­der­cami. W trak­cie pro­cesu wy­cho­wa­nia i póź­niej, po wielu lek­tu­rach i obej­rza­nych fil­mach, po­zna­li­ście w pełni spraw­dzony prze­pis na zo­sta­nie za­bójcą. Po­dano wam go­towy pa­tent na to, jak stać się złym, okrut­nym i mrocz­nym. Oraz nie­czu­łym na ból in­nych. Więc sami mi­ni­ma­li­zu­je­cie za­gro­że­nia, czu­je­cie się dość bez­pieczni, uni­ka­jąc sy­tu­acji i miejsc, gdzie można się na­tknąć na psy­cho­patę. I znów, praw­do­po­dob­nie się na niego ni­gdy nie na­tknie­cie. Lecz tak na­prawdę na­wet fa­chowcy nie po­tra­fią do­kład­nie wnik­nąć w umysł za­bójcy, to­też nie ist­nieje żadna gwa­ran­cja unik­nię­cia kon­fron­ta­cji z kimś ta­kim. Można je­dy­nie po­wie­dzieć, iż tak się sta­nie, je­śli ze­chce tego ślepy los...

W auli za­pa­no­wała pra­wie cał­ko­wita ci­sza. Pra­wie, bo nie wszy­scy mają na tyle wy­obraźni, by nie skwi­to­wać usły­sza­nych słów je­dy­nie wzru­sze­niem ra­mion.

Nor­malne.

- Ste­reo­typy uła­twiają zbrod­nia­rzom dzia­ła­nie. Bo utrwa­lony w spo­łecz­nej świa­do­mo­ści ob­raz mor­dercy mie­ści się w dość wą­skim prze­dziale ludz­kich ty­pów oso­bo­wo­ści. Tak gdzieś po­mię­dzy mu­sku­lar­nym gang­ste­rem z twa­rzą na­zna­czoną złem a nad­zwy­czaj in­te­li­gent­nym zło­czyńcą, pla­nu­ją­cym wszystko z ze­gar­mi­strzow­ską pre­cy­zją. Tyle że w re­al­nym świe­cie owych ty­pów jest wła­śnie naj­mniej. Sta­no­wią mar­gi­nes świata prze­stęp­czego. Nie­stety, za­równo ofiary, jak i ści­ga­jący zbrod­nia­rzy mają skłon­ność do po­słu­gi­wa­nia się ste­reo­ty­pami. Psy­cho­lo­gom do­sko­nale jest znane za­cho­wa­nie zwane "efek­tem au­re­oli", a po­le­ga­jące na prze­kła­da­niu jed­nej wy­bi­ja­ją­cej się po­zy­tyw­nej ce­chy na całą osobę, z którą je­ste­ście kon­fron­to­wani. Je­śli ktoś jest miły w kon­tak­cie, bie­rzemy go za po­rząd­nego czło­wieka. Tak działa przy­sto­so­wa­nie ewo­lu­cyjne, po­nie­waż nie­moż­li­wo­ścią jest do­kładna ocena każ­dego na­po­tka­nego na swej dro­dze osob­nika. Kie­ru­jemy się więc pierw­szym wra­że­niem, zaś so­cjo­paci oraz im po­dobni do­sko­nale zdają so­bie z tego sprawę i dbają o kre­owa­nie ta­kiego wi­ze­runku.

Nie­któ­rzy z obec­nych za­częli mi­mo­wol­nie roz­glą­dać się po twa­rzach są­sia­dów. Za­pewne za­da­wali so­bie py­ta­nie, czy ten gość obok, kum­pel albo zna­jomy z aka­de­mika, mógłby być ja­kie­goś ro­dzaju od­mień­cem? Wła­śnie ten obok, bo sam o so­bie nikt tak nie my­ślał.

Nor­malne.

- Wzbu­dza­nie po­zy­tyw­nych re­ak­cji w kon­tak­tach z upa­trzoną ofiarą jest świet­nie udo­ku­men­to­wa­nym spo­so­bem ma­ni­pu­la­cji mor­der­ców. Zwłasz­cza se­ryj­nych. Wszak je­śli ko­goś lu­bi­cie, wtedy to, co mówi, wy­daje się bar­dziej praw­dziwe od tego, co ko­mu­ni­kuje osoba wam obo­jętna lub nie­lu­biana. Na po­dob­nej za­sa­dzie działa ma­ni­pu­la­cja opie­ra­jąca się na ule­ga­niu au­to­ry­te­tom. Są osob­nicy, na któ­rych wi­dok prze­cho­dzi­cie na drugą stronę ulicy i pod żad­nym po­zo­rem nie otwo­rzy­li­by­ście im drzwi domu. Za­ka­zuje wam tego in­stynkt i wpo­jone ste­reo­typy, które w tym wy­padku speł­niają pra­wi­dłową funk­cję. Chro­nią przed po­ten­cjal­nym, lecz czę­sto w pełni re­al­nym za­gro­że­niem. Za­ra­zem jed­nak ist­nieje cała rze­sza lu­dzi, ja­kim bez na­my­słu i wa­ha­nia uchy­la­cie drzwi. Co was do tego skła­nia? Nic. Nic, poza pierw­szym wra­że­niem. Jest ono de­cy­du­jące, choć po chwili za­sta­no­wie­nia przy­zna­cie, iż może być mylne. A prze­cież w do­bie roz­pa­no­szo­nej sprze­daży in­ter­ne­to­wej nie­trudno zdo­być mun­dur po­li­cjanta, su­tannę księ­dza czy choćby ubiór ko­mi­nia­rza...

Stu­denci i go­ście z ze­wnątrz gre­mial­nie ski­nęli gło­wami. W każ­dym ra­zie zde­cy­do­wana więk­szość, gdyż za­wsze znajdą się lu­dzie go­towi za­kwe­stio­no­wać do­wolną tezę. Są i tacy, któ­rzy za­prze­czają jej na­wet po ja­kimś nie­przy­jem­nym zwią­za­nym z nią fak­cie, ja­kiego oso­bi­ście do­świad­czyli.

Nor­malne.

- Za­bój­stwa mają wiele przy­czyn. Cza­sem wy­ni­kają z tak gwał­tow­nego spię­trze­nia emo­cji, iż po fak­cie mor­derca sam nie ro­zu­mie swo­jego czynu. Rza­dziej są do­kład­nie za­pla­no­wane i prze­pro­wa­dzone ni­czym fi­ne­zyjna ope­ra­cja chi­rur­giczna. Mi­tyczna zbrod­nia do­sko­nała. Lecz czy na pewno mi­tyczna? Wy­kry­wal­ność spraw­ców mor­der­stwa jest na tle in­nych wy­stęp­ków nie­zwy­kle wy­soka. Lecz nie stu­pro­cen­towa. Do­ty­czy to za­równo czy­nów jed­no­ra­zo­wych, jak i se­ryj­nych. Choć do tej dru­giej ka­te­go­rii czę­sto trudno za­kla­sy­fi­ko­wać kon­kretny czyn i osobę, po­nie­waż po­szcze­gólne zda­rze­nia nie są po­wią­zane ła­twym do od­gad­nię­cia mo­ty­wem...

- O rany! Po­dobno to Szary!

- A skąd, Szary już dawno pry­wat­nie łowi ryby i zbiera grzyby. Od­szedł ze służby. Nikt nie wie, kto go za­stą­pił.

Jedna z obec­nych osób usły­szała ten ci­chu­teńki jak po­wiew wia­tru dia­log, do­bie­ga­jący zza jej ple­ców. Chciała się od­wró­cić, żeby uj­rzeć mó­wią­cego te słowa, ale w tej sa­mej chwili po­czuła wi­bra­cje te­le­fonu. Wy­cią­gnęła apa­rat i od­czy­tała wia­do­mość. Ma­sko­wany uśmiech i eks­cy­ta­cja na twa­rzy świad­czyły, że in­for­ma­cja była do­bra, być może długo ocze­ki­wana i ważna. Oraz wy­ma­ga­jąca pil­nej re­ak­cji, po­nie­waż owa osoba pod­nio­sła się ze swego miej­sca i prze­ci­snęła do wyj­ścia. Wpraw­dzie z ogrom­nym za­in­te­re­so­wa­niem wy­słu­cha­łaby dal­szego ciągu wy­kładu, ale w pew­nym wieku są sprawy waż­niej­sze od aka­de­mic­kich roz­wa­żań, które i tak dość prędko, naj­czę­ściej tuż po eg­za­mi­nach, idą w za­po­mnie­nie.

Owa osoba jed­nak przy­po­mniała so­bie ten wy­kład.

Kiedy za­częła pi­sać blog ano­ni­mowo za­wie­szony w sieci. Stało się to nie­prędko, bo ileś tam lat póź­niej...

Kil­ka­na­ście lat póź­niej

Ten sam pre­le­gent wszedł na ni­skie po­dium, za ple­cami ma­jąc sze­roką ta­blicę do pi­sa­nia kredą. Nie za­mie­rzał jej uży­wać, zaś słu­cha­czy na sa­mym wstę­pie po­pro­sił o nie­ro­bie­nie no­ta­tek. Sala wy­kła­dowa była znacz­nie mniej­sza niż zwy­kle, a samo spo­tka­nie zgro­ma­dziło le­d­wie kil­ku­dzie­się­ciu stu­den­tów. Po­nie­waż nie było otwar­tym wy­da­rze­niem dla wszyst­kich za­fa­scy­no­wa­nych zbrod­nią i jej mo­ty­wami, zja­wili się na nim je­dy­nie stu­denci psy­cho­lo­gii, któ­rzy wy­brali spe­cja­li­styczny kie­ru­nek psy­cho­lo­gii kry­mi­nal­nej.

Mówca nie za­mie­rzał wpa­jać im żad­nych szczyt­nych idei, mo­ra­li­zo­wać ani ry­so­wać przed nimi per­spek­tyw bły­sko­tli­wej ka­riery w przy­szłym za­wo­dzie. Bo nikt le­piej od niego nie wie­dział, że czeka ich tyle samo suk­ce­sów co i po­ra­żek. I to je­dy­nie tych naj­lep­szych, ob­da­rzo­nych spe­cy­ficzną mie­szanką by­stro­ści, em­pa­tii oraz tego cze­goś nie­uchwyt­nego, okre­śla­nego mia­nem in­tu­icji. Resztę ska­zy­wał w du­chu na po­wolne wy­pa­la­nie się i w kon­se­kwen­cji na zmianę za­wodu, do któ­rego nie mieli po­wo­ła­nia. Lub nie będą mieli siły udźwi­gnąć cię­żaru cały czas do­kła­da­nego przez nie­ustanną kon­fron­ta­cję ze złem w jego naj­mrocz­niej­szej po­staci.

Tych chciał z pre­me­dy­ta­cją znie­chę­cić, póki był jesz­cze na to czas.

Wie­dział do­sko­nale, że od­se­tek prób sa­mo­bój­czych, ży­cio­wych za­ła­mań i po­wo­do­wa­nych stre­sem nie­ule­czal­nych cho­rób wśród psy­cho­lo­gów i psy­chia­trów zna­cząco od­bie­gał od śred­niej w in­nych za­wo­dach. Wy­da­wać by się mo­gło, że po­sia­dana wie­dza o dzia­ła­niu za­in­fe­ko­wa­nego złem umy­słu oraz o me­to­dach mo­gą­cych po­ten­cjal­nie za­blo­ko­wać w nim de­struk­cyjne pro­cesy po­zwala do­brze kon­tro­lo­wać wła­sne od­czu­cia i my­śli, wy­chwy­tu­jąc w porę wszel­kie nie­po­ko­jące sy­gnały. Nic bar­dziej myl­nego. Bo cza­sem znacz­nie ła­twiej po­móc in­nym niż sa­memu so­bie. A ra­czej zdia­gno­zo­wać pro­blem i zna­leźć dla niego zgrabną, za­czerp­niętą z teo­rii psy­chia­trii na­zwę. Z po­mocą było trud­niej, zwłasz­cza w ich rzad­kiej i spe­cy­ficz­nej spe­cja­li­za­cji. Naj­czę­ściej w ogóle nie była moż­liwa. Psy­cho­paty nie da się re­so­cja­li­zo­wać i trwale wy­le­czyć. Na­leży go wy­kryć i od­izo­lo­wać od spo­łe­czeń­stwa. O ile to moż­liwe...

- Dzień do­bry wszyst­kim - za­gaił pre­le­gent. Po czym na­tych­miast prze­szedł do rze­czy. Nie lu­bił dłu­gich wstę­pów, jak rów­nież przy­po­chle­bia­nia się pu­blicz­no­ści. Te­raz by­łoby to coś na kształt nar­kozy przed wy­rwa­niem zęba. A on nie za­mie­rzał wo­bec słu­cha­czy sto­so­wać znie­czu­le­nia. - Za­miast wy­kładu peł­nego psy­cho­lo­gicz­nego żar­gonu usły­szy­cie hi­sto­rię, która nie jest cał­ko­witą fik­cją... Nie py­taj­cie mnie tylko, czy wy­da­rzyła się na­prawdę. Wy­star­czy wie­dzieć, że mo­gła. Oraz mieć pew­ność, iż zda­rzy się wam ze­tknąć z ludźmi bar­dzo przy­po­mi­na­ją­cymi jej bo­ha­te­rów. Uprze­dzam, że opo­wieść może wy­da­wać się wam nieco po­gma­twana i nie­składna. Zło­żona z wielu prze­pla­ta­ją­cych się wąt­ków, z ja­kich nie­które na pierw­szy rzut oka wy­da­dzą się nie­istotne dla me­ri­tum sprawy. Przy­zwy­czaj­cie się do tego, iż w wa­szej pracy bę­dzie po­dob­nie. Bo tak działa umysł psy­cho­paty. Jemu sa­memu wszystko wy­daje się upo­rząd­ko­wane, zaś ścieżka, którą po­dąża, ja­sna i pro­sta. Jed­nak nikt nie wie, co tak na­prawdę dzieje się w jego umy­śle, nie od­po­wie wam na to ani na­uka, ani zdo­by­wane la­tami do­świad­cze­nie. Za­pewne bę­dzie­cie sta­rali się prze­nik­nąć do jego umy­słu, do ja­kie­goś stop­nia utoż­sa­mia­jąc się z nim, aby zro­zu­mieć tar­ga­jące nim emo­cje i od­kryć po­py­cha­jącą do zbrodni mo­ty­wa­cję. To na­tu­ralne, samo się na­rzuca, nie­praw­daż?

Py­ta­nie za­wi­sło w po­wie­trzu, po­nie­waż wszyst­kim wy­dało się re­to­ryczne. Jed­nak pre­le­gent mil­czał, naj­wy­raź­niej cze­ka­jąc na ja­kiś od­zew. Lub pra­gnąc, aby słu­cha­cze choć przez chwilę za­sta­no­wili się nad tkwiącą w nim tezą. Ten i ów mruk­nął po­ta­ku­jąco, ktoś prych­nął znie­cier­pli­wiony, ja­kaś dziew­czyna w ostat­nim rzę­dzie przy­glą­dała się swym po­ma­lo­wa­nym na czarno pa­znok­ciom.

- My­ślę, że nie da się zro­zu­mieć psy­cho­paty, nie wcho­dząc w jego buty - ode­zwał się chło­pak w dru­gim rzę­dzie. Zer­k­nął na boki, jakby upew­nia­jąc się, iż jego "bły­sko­tliwa" wy­po­wiedź spo­tkała się ze sto­sow­nym uzna­niem. - Pan pew­nie ro­bił to za każ­dym ra­zem?

- Nie... Tylko cza­sami. Dla­tego ostrze­gam, nie rób­cie tego! Bo przyj­dzie mo­ment, że bar­dzo tego po­ża­łu­je­cie. Obu­dzi­cie upiory nocą nie­da­jące wam za­snąć, a za dnia drę­czące ni­czym świeżo zdia­gno­zo­wany no­wo­twór z prze­rzu­tami do mó­zgu.

- Pan wy­daje się zu­peł­nie nor­malny...

Na sali roz­le­gły się tłu­mione chi­choty.

- A skąd to prze­ko­na­nie? Wi­dzisz mnie za­le­d­wie od kilku mi­nut. - Wy­kła­dowca tym ra­zem nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Albo nie chciał, żeby pa­dła, prze­kie­ro­wu­jąc uwagę na jego osobę. Dla­tego nie dał stu­den­tom czasu na od­po­wiedź. - Jak już wspo­mnia­łem, opo­wiem wam pewną hi­sto­rię. Zro­bię to w pierw­szej oso­bie, i choć nie bę­dzie to opo­wieść o mnie, sta­nie się pewną od­po­wie­dzią na twoje py­ta­nie, mło­dzień­cze. Kogo za­nu­dzę, może wyjść w każ­dej chwili, nie bę­dzie to miało żad­nego wpływu na za­li­cze­nie przed­miotu.

- Ale dla­czego nie wolno nam ro­bić no­ta­tek? - py­ta­nie pa­dło gdzieś ze środka sali.

Pre­le­gent nie za­re­ago­wał, jakby chciał, żeby słu­cha­cze sami so­bie na to od­po­wie­dzieli.

Za­nim za­czął, zszedł z po­de­stu i usiadł na jego skraju, zrów­nu­jąc się tym sa­mym ze stu­den­tami. Miał ich pra­wie na wy­cią­gnię­cie ręki. Nie wszy­scy go wi­dzieli, ale dys­po­no­wał sil­nym gło­sem i każdy mógł go do­brze sły­szeć.

- Bo­ha­ter tej hi­sto­rii na­zy­wał się Al­bert Dę­bicki...

Dzwo­nek na ko­ry­ta­rzu nie prze­rwał wy­kładu. Nie­któ­rzy ze stu­den­tów mieli na pewno w pla­nie inne za­ję­cia czy wy­kłady, lecz nikt nie opu­ścił sali. Opo­wieść rze­czy­wi­ście oka­zała się wie­lo­wąt­kowa, jakby zło­żona ze stru­my­ków, z któ­rych nie wszyst­kie chciały się zbiec w jed­nym punk­cie. Pewne jej frag­menty nie do­cze­kały się fi­nału. Jak to w ży­ciu, kiedy pewne ścieżki oka­zują się śle­pymi za­uł­kami, lecz tak czy ina­czej na nas wpły­wają. Więc nikt nie wy­szedł.

Bo każdy chciał po­znać za­koń­cze­nie tej hi­sto­rii...

Roz­dział I

Mar­cy­sia

Mar­ce­lina Wierzba, zwana przez wszyst­kich Mar­cy­sią, z dumą bie­gła do domu. Domu, który stał w Czte­rech Mi­lach, osa­dzie le­żą­cej nie­da­leko War­szawy. I ta bli­skość sto­licy była bar­dzo ważna, na­zwa tej miej­sco­wo­ści w ca­ło­ści brzmiała: Cztery Mile Za War­szawą. I ko­niecz­nie "Za" dużą li­terą, bo wy­raz ten to nie byle przy­imek, to prze­cież wska­za­nie miej­sca. Istotna część na­zwy. Na­zwy wła­snej. Ale nikt z miej­sco­wych nie wy­ma­wiał tego w ca­ło­ści. Na­to­miast na wszyst­kich dro­go­wska­zach, ta­blicz­kach ozna­cza­ją­cych miej­sce i, oczy­wi­ście, na ma­pach, na­zwa dum­nie fi­gu­ro­wała w swym peł­nym brzmie­niu. Miesz­kańcy mó­wili Cztery Mile, ale gdyby tak po­wie­dział ktoś przy­jezdny, na­tych­miast zo­stałby po­pra­wiony. Z obu­rze­niem!

W domu, do któ­rego bie­gła dziew­czyna, miesz­kali pań­stwo Wierz­bo­wie, ro­dzice Mar­cysi, Mie­czy­sław i Ce­lina, oraz oczy­wi­ście ona, Mar­ce­lina. No i jej brat. Pierw­szym dziec­kiem w tej ro­dzi­nie była dziew­czynka. Jej ro­dzice bar­dzo cze­kali na syna. Ma­rzyli o chłopcu, bo­wiem chcieli mieć pew­ność, że duma i do­ko­na­nie ich ży­cia, stwo­rzona i pro­wa­dzona przez nich farma mle­czar­ska, po śmierci twór­ców bądź ja­kiejś ich nie­zdol­no­ści do pracy, zo­sta­nie w ro­dzi­nie. Oczy­wi­ście nie mieli nic prze­ciw prze­ka­za­niu schedy pier­wo­rod­nemu dziecku, ale ra­czej wie­dzieli, że córka ich do­rob­kiem ży­cio­wym wzgar­dzi. Mar­cy­sia bo­wiem mleka nie chciała pić od dziecka i gdy już na tyle po­tra­fiła pro­wa­dzić roz­mowę, żeby prze­ka­zy­wać swoje sta­no­wi­ska, jed­nym z pierw­szych jej oświad­czeń było stwier­dze­nie, że skoro na mleko na­wet pa­trzeć nie może, mowy nie ma, żeby kie­dy­kol­wiek zaj­mo­wała się pro­wa­dze­niem cze­goś ta­kiego co ma zwią­zek z kro­wami i prze­twór­stwem ich wy­dzie­lin (blee!). Po­my­śleli więc, że wi­docz­nie Pan Bóg sam uznał, że scheda ro­dzinna po­winna prze­cho­dzić w ręce mę­skie, i na­wet nie sta­rali się zbyt­nio na­ma­wiać córki do za­in­te­re­so­wa­nia się prze­twór­stwem mlecz­nym. Wie­rzyli, że syn się tym zaj­mie. Bo­wiem dru­gie dziecko uro­dziło się Wierz­bom dwa lata po na­ro­dzi­nach có­reczki. I, ku ich wiel­kiej ra­do­ści, był to syn. Alek­san­der, zwany Al­kiem.

Za­nim Mar­cy­sia osią­gnęła peł­no­let­ność, wszy­scy w ro­dzi­nie już wie­dzieli, że Wierz­bo­wie ra­czej jed­nak nie będą mieli na­stępcy do pro­wa­dze­nia swo­jej mle­czarni. Alek jesz­cze bar­dziej niż Mar­ce­lina nie­na­wi­dził mleka i mle­ko­po­chod­nych wy­ro­bów, do krów na­wet się nie zbli­żał, a na nie­śmiałe su­ge­stie ojca, że zo­sta­nie wła­ści­cie­lem farmy, na­wet nie wzru­szał ra­mio­nami, tylko bez na­le­ży­tego ro­dzi­com sza­cunku pu­kał się w głowę.

Wierz­bo­wie byli więc nie­szczę­śliwi. Czas pły­nął, oni się sta­rzeli, a ich dzieci nie mą­drzały. Syna ob­cho­dziły tylko mo­tory, sa­mo­chody i inne sil­niki - trak­tor czy sno­po­wią­załka, wszystko umiał na­pra­wić, a naj­pięk­niej­szym dla niego za­pa­chem był za­pach smaru i ben­zyny.

Ob­ję­cie po ro­dzi­cach cze­goś ta­kiego jak farma mleczna w ogóle nie wcho­dziło w za­kres jego poj­mo­wa­nia świata.

- Tata, jesz­cze raz coś mi po­wiesz na ten te­mat, to wy­jadę do War­szawy. Na za­wsze. Pracę mogę tam zna­leźć choćby ju­tro, już na­wet mia­łem oferty - ro­ze­źlił się któ­re­goś dnia i ro­dzice przy­się­gli so­bie, że nie po­wie­dzą już ani słowa na ten te­mat.

Chcieli, aby syn cho­ciaż ma­turę zdał, a po­tem...

- A po­tem, to wiesz, matka, że on nie do krów stwo­rzony. Niech so­bie otwiera ten swój wy­ma­rzony warsz­tat sa­mo­cho­dowy, byle zo­stał bli­sko domu - po­wie­dział pan Mie­czy­sław. - Może mu nie wyj­dzie i zban­kru­tuje - oświad­czył ko­cha­jący ta­tuś, ma­jący na­dzieję, że po ta­kim ban­kruc­twie ich sy­nowi nie zo­sta­nie nic poza ob­ję­ciem mle­czarni.

Ale za­nim to mia­łoby na­stą­pić, po­trzeba jesz­cze tro­chę czasu. Do sa­mej ma­tury bra­ko­wało Al­kowi jesz­cze dwa lata.

Wierz­bo­wie więc po­now­nie zwró­cili się w stronę Mar­cysi. Roz­wi­jali przed nią świe­tlane per­spek­tywy. Jed­nak na prośby, aby choć spró­bo­wała za­in­te­re­so­wać się ro­dzinną firmą, je­dyną od­po­wie­dzią było uparte krę­ce­nie głową.

- Nie! I nie! Mó­wi­łam sto razy, że nie, więc daj­cie mi spo­kój! - krzy­czała ich córka,

- A co ty, dziew­czyno, w ta­kim ra­zie chcesz ro­bić? - Matka zła­pała się za głowę, zgor­szona i zroz­pa­czona tym, jak uko­chane dziecko trak­tuje do­ro­bek ży­cia ro­dzi­ców. Ura­bia­ją­cych so­bie ręce po łok­cie, żeby to dziecko miało wszystko, co do­stępne. A więc: je­dze­nie, miesz­ka­nie, ubra­nia, od­po­wied­nią na­ukę i od­po­wied­nią schedę po śmierci tych ro­dzi­ców. To, że dziecko może w ogóle tego nie chcieć, nie mie­ściło jej się w gło­wie. Dom i go­spo­dar­stwo Wierz­bów nie były byle ja­kie; uwa­żano je chyba za naj­lep­sze i naj­do­sko­nal­sze w ca­łej osa­dzie. A tak już zu­peł­nie szcze­rze, to ich po­sia­dłość stała na dru­gim miej­scu. Po go­spo­dar­stwie Ko­koł­ków, przy­le­ga­ją­cym do ziem Wierz­bów. O tyle bo­gat­szym, że Ko­koł­ko­wie swo­jemu je­dy­na­kowi już kilka lat temu wy­sta­wili osobny, po­stawny i oka­zały dom. W któ­rym tenże je­dy­nak, Hen­ryk, w ogóle nie miesz­kał, nie ma­jąc bo­wiem wła­snej ro­dziny, wo­lał wy­godne ży­cie w domu ro­dzi­ców. Dom więc stał pu­sty, cze­ka­jąc, aż He­niuś się usa­mo­dzielni, na co na ra­zie nie było wi­do­ków. Choć..., tak na­prawdę to wi­doki by­łyby, gdyby speł­niło się ma­rze­nie Wierz­bów, ma­ją­cych na­dzieję, że He­niuś za­in­te­re­suje się ich je­dy­naczką.

O ma­rze­niach tej je­dy­naczki w ogóle nie mieli za­miaru my­śleć, ab­so­lut­nie nie mo­gąc uwie­rzyć w to, że ona żad­nego go­spo­dar­stwa, ani tym bar­dziej farmy mle­czar­skiej, nie chce.

A tym bar­dziej nie­zro­zu­miałe było dla nich, że ona chce stu­dio­wać. Prawo. Na Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

I te­raz wła­śnie uko­chana córka bie­gła ra­do­śnie do domu, ści­ska­jąc w ręku świa­dec­two ma­tu­ralne, by za chwilę oznaj­mić ro­dzi­com, co za­mie­rza ich star­sze dziecko.

Ro­dzice sta­nęli zgod­nym mu­rem prze­ciw pla­nom dziew­czyny. Stu­dia?! W War­sza­wie?!

- Ależ, dziecko, za nic. Wy­bij to so­bie z głowy albo ja ci to wy­biję. - Oj­ciec roz­piął pas i już chciał wy­cią­gać go ze spodni, ale za­wa­hał się, bo Mar­ce­lina stała przed nim wy­pro­sto­wana, z za­ciętą miną i nie wy­glą­dało, jakby miała się prze­stra­szyć oj­co­wego pa­ska. Bo tak na­prawdę to prze­cież ni­gdy swo­jej je­dy­naczki nie ude­rzył, choć zda­rzały się nie­kiedy ja­kieś po­sztur­chi­wa­nia, gdy dziecko słu­chać nie chciało.

- Na­wet je­śli mnie zbi­jesz, tato, ja i tak pójdę na stu­dia. Je­stem już peł­no­let­nia i nie mo­żesz mi roz­ka­zy­wać.

Prawda, nie mógł jej roz­ka­zy­wać. I wie­działa, że jej nie zbije. Ale nie była głu­pia i wie­działa też, że na ra­zie nie ma żad­nych swo­ich pie­nię­dzy, poza ja­ki­miś drob­nymi kwo­tami, które cza­sami do­sta­wała od ro­dzi­ców w pre­zen­cie, z czego prze­cież i tak za­raz więk­szość wy­da­wała. Na głu­poty, jak orze­kała matka.

Jed­nak miała na­dzieję, że ja­koś so­bie po­ra­dzi, by­leby tylko udało jej się do­stać na wy­ma­rzony uni­we­rek. Stu­denci do­ra­biali so­bie od za­wsze, obecne czasy stwa­rzały ku temu mnó­stwo moż­li­wo­ści.

Los był jed­nak ła­skaw­szy dla ro­dzi­ców, bo­wiem córka nie­stety nie uzy­skała wy­ma­ga­nej liczby punk­tów istot­nych w pro­ce­sie re­kru­ta­cji na stu­dia praw­ni­cze na wy­ma­rzo­nej uczelni. Za mało miała szó­stek na świa­dec­twie ma­tu­ral­nym, nie wy­grała żad­nej olim­piady, ba!, na­wet w żad­nej nie brała udziału, a śred­nia ocen z okresu na­uki w szkole śred­niej, w tym głów­nie z przed­mio­tów istot­nych dla wy­bra­nego kie­runku stu­diów, nie była za­chwy­ca­jąca.

I, nie­stety, Mar­ce­lina Wierzba nie do­stała się na Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski. Mo­gła, oczy­wi­ście, zna­leźć ja­kąś pry­watną uczel­nię wyż­szą, jed­nak na­uka w ta­kiej pla­cówce była płatna i kwoty te nie były ni­skie. I tak zresztą, bez względu na ich wy­so­kość, Mar­ce­lina ni­ja­kich opłat nie mo­głaby uisz­czać, nie dys­po­no­wała bo­wiem żad­nymi wła­snym środ­kami. Za­ro­bić aż tyle nie mia­łaby jak i nie mia­łaby gdzie, a na­wet jakby, to nie miała na­wet moż­li­wo­ści wnie­sie­nia wy­ma­ga­nych na ta­kie stu­dia opłat wstęp­nych. O wy­na­ję­ciu miesz­ka­nia w War­sza­wie też nie mo­gła ma­rzyć, a na­wet gdyby chciała co­dzien­nie jeź­dzić na wy­kłady, pe­kaes miał tak ubogi roz­kład jazdy, że tra­ci­łaby mnó­stwo czasu, któ­rego zo­sta­wa­łoby jej nie­wiele wię­cej niż na spa­nie.

Ro­dzice sta­nęli w zwar­tym szyku, oznaj­mia­jąc, iż ich dziecko nie otrzyma od nich ani gro­sza na ja­kieś tam fa­na­be­rie. Prawo, też coś! Co in­nego, gdyby chciała stu­dio­wać rol­nic­two lub ja­kieś za­rzą­dza­nie... po­my­śle­liby. Ale coś tak bez­u­ży­tecz­nego, jak prawo? Trwa­jące tyle lat?

W cza­sie tych lat, prze­zna­czo­nych na ja­kie­kol­wiek na­uki wyż­sze, ro­dzice zdo­łają do­sko­nale wy­kształ­cić córkę we wła­snym za­kre­sie, a ona poza nie­zbędną wie­dzą zdo­bę­dzie też już kil­ku­let­nią prak­tykę. Nie lubi mleka? Wszak nie musi go pić. Na­wet nie musi go oglą­dać, wszystko za nią zro­bią ma­szyny ob­słu­gi­wane przez do­świad­czo­nych pra­cow­ni­ków. Ona ma tylko pil­no­wać dys­cy­pliny, li­czyć pie­nią­dze i dbać o po­rzą­dek. To chyba nie ta­kie trudne, prawda?

Po pro­stu wie­dzieli, że mu­szą utrzy­mać ją w domu i ja­koś za­chę­cić, aby przy­zwy­cza­jała się do my­śli, że zo­sta­nie pa­nią pre­zes ro­dzin­nej firmy. Bo w to, że mle­czar­nię przej­mie jej brat, już prze­stali wie­rzyć. Oświad­czył im, że prę­dzej pie­kło za­mar­z­nie. Uwie­rzyli mu, bo wi­dzieli, że każda myśl i czyn ich syna kie­ruje się w stronę, ogól­nie mó­wiąc, mo­to­ry­za­cji. In­te­re­sują go tylko przed­mioty, które mają sil­niki. Stwo­rze­nia żywe do tej ka­te­go­rii się nie za­li­czały.

I biedna Mar­ce­linka, nie ma­jąc in­nego wyj­ścia, zro­zu­miała, że musi pod­dać się ro­dzi­ciel­skim po­sta­no­wie­niom. Albo... uciec z domu. Albo po pro­stu wyjść za mąż.

Uciec... Ta myśl się jej na­wet spodo­bała. Przez mo­ment, gdy wy­obra­ziła so­bie po­czu­cie wol­no­ści, wiatr we wło­sach, uśmiech­nię­tego mło­dzieńca, który po­rywa ją swym ka­brio­le­tem i wie­zie w nie­znane... Wła­śnie, w nie­znane - ock­nęła się rap­tem. Wy­ro­sła już z wieku, w któ­rym wie­rzy się w bajki z za­wsze do­brym za­koń­cze­niem.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki