Cztery ciotki i trup - Jesse Q. Sutanto

Kup ebooka

37.50 zł
30.38 zł (30,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Te­raz

Za­nim pchnę wa­ha­dłowe drzwi, biorę głę­boki od­dech. Z wnę­trza, kiedy od­su­wam się na bok, aby Ma mo­gła wejść pierw­sza, wy­lewa się ha­łas, ka­ko­fo­nia man­da­ryń­skiego i kan­toń­skiego. Nie dla­tego, że je­stem miła... to zna­czy, je­stem, ale je­stem też roz­sądna. Ma do­ra­stała w dża­karc­kim Chi­na­town, bar­dzo gę­sto za­lud­nio­nym, więc wie, jak so­bie to­ro­wać drogę przez tłum. Każdy tłum. Gdy­bym to ja pro­wa­dziła, pisz­cza­ła­bym: "Prze­pra­szam!... Och, prze­pra­szam! Ah Yi[6]... czy mo­gła­bym... Mam re­zer­wa­cję...". Nikt by mnie nie usły­szał w tym ha­ła­sie i utknę­ły­by­śmy przed re­stau­ra­cją na wieki. Albo przy­naj­mniej do chwili, w któ­rej mi­nę­łaby go­rączka dim sum[7], czyli mniej wię­cej tak do czter­na­stej.

Lu­dzie ci­sną się za Ma, która prze ta­ra­nem na­przód przez mro­wie ro­dzin cze­ka­ją­cych na sto­liki - ani chybi by nas roz­dzie­lili, gdy­bym nie trzy­mała jej mocno za rękę, jak wtedy, gdy mia­łam trzy lata. Ma nie za­wraca so­bie głowy pod­cho­dze­niem do ob­sługi. Kro­czy dum­nie, jakby to był jej lo­kal, i so­ko­lim wzro­kiem lu­struje dużą salę.

Jak opi­sać ten chaos pa­nu­jący w re­stau­ra­cji z dim sum w sercu San Ga­briel Val­ley o je­de­na­stej rano? Stoi tu pra­wie sto okrą­głych sto­li­ków, każdy zaj­muje inna ro­dzina, wiele z nich to ro­dziny trzy- i czte­ro­po­ko­le­niowe - po­si­wiałe i po­marsz­czone Ah Ma[8] trzy­mają na ko­la­nach pu­co­ło­wate bo­basy. Kel­nerki pchają wózki z dy­mią­cymi po­tra­wami, ale je­śli za­wo­łasz "kel­nerka!", na pewno nikt się obok cie­bie nie za­trzyma. Na­leży wo­łać na nie Ah Yi - cio­ciu - i wy­ma­chi­wać przy tym go­rącz­kowo rę­kami, kiedy cię mi­jają, tylko wtedy za­uważą. Kiedy przy­staną, klienci ob­le­gają je ni­czym sępy i wsz­czy­nają bój o bam­bu­sowe ko­szyki do go­to­wa­nia na pa­rze. Lu­dzie po­krzy­kują, wy­py­tu­jąc nie­cier­pli­wie, czy jest siu mai, har gow i lo mai gai, a Ah Yi ja­kimś cu­dem na­mie­rzają wła­ściwe da­nia na swo­ich wóz­kach.

Mój man­da­ryń­ski jest straszny, a kan­toń­ski jesz­cze gor­szy. Ma i cio­cie czę­sto pró­bują mi po­móc po­sze­rzyć wie­dzę, roz­ma­wia­jąc ze mną po man­da­ryń­sku albo in­do­ne­zyj­sku, ale szybko się pod­dają i prze­rzu­cają na an­giel­ski, bo ro­zu­miem może po­łowę tego, co mó­wią. Ich an­giel­ski nie jest per­fek­cyjny, ale na pewno lep­szy niż mój man­da­ryń­ski czy in­do­ne­zyj­ski. To ko­lejny po­wód, dla któ­rego tak trudno mi zło­żyć za­mó­wie­nie w ba­rze dim sum. Bar­dzo czę­sto naj­lep­sze kę­ski zni­kają, za­nim Ah Yi w ogóle mnie za­uważy albo zro­zu­mie moje za­mó­wie­nie. I zo­stają tylko naj­gor­sze rze­czy, ta­kie jak gu­mo­wate pie­rożki we­ge­ta­riań­skie albo bok choy z pary.

Ale dzi­siaj, ach! dzi­siaj jest do­bry dzień. Udało mi się do­rwać dwa ze­stawy har gow, które Star­sza Cio­cia na pewno do­ceni, a na­wet lop cheung bao - chiń­skie bu­łeczki z kieł­basą. Może to całe za­mie­sza­nie z przy­cho­dze­niem co ty­dzień do ja­dło­dajni dim sum jest coś jed­nak warte?

Star­sza Cio­cia kiwa z apro­batą głową, kiedy Ah Yi prze­kłada ko­szyki na śro­dek na­szego stołu, a mnie obez­wład­nia nie­omal po­kusa, by trium­fal­nie ude­rzyć się w pierś i gromko huk­nąć coś w stylu "to ja zdo­by­łam te pie­rożki z kre­wet­kami! ja! ja! ja!".

- Zjedz coś, Meddy - od­zywa się Star­sza Cio­cia po man­da­ryń­sku. - Mu­sisz na­brać sił na ju­tro. - To rze­kł­szy, przy­stę­puje do prze­ło­że­nia dwóch ka­wał­ków du­szo­nych że­be­rek wie­przo­wych na mój ta­lerz, kiedy ja pie­czo­ło­wi­cie roz­kła­dam pie­rożki na ta­le­rze wszyst­kich ze­bra­nych i na­le­wam her­batę. Druga Cio­cia prze­cina każde char siu bao na pół i roz­daje po po­łówce. Sto­lik jest okrą­gły, co ozna­cza, że wszyst­kie mamy taki sam do­stęp do dań, ale po­si­łek chiń­skiej ro­dziny nie byłby po­sił­kiem chiń­skiej ro­dziny, gdyby wszy­scy nie ob­słu­gi­wali wszyst­kich, gdyż gest ten do­wo­dzi mi­ło­ści i sza­cunku, co z ko­lei ozna­cza, że wszyst­kie mu­simy to czy­nić, przy­ku­wa­jąc przy tym jak naj­wię­cej uwagi. Jaki jest sens od­da­wa­nia Star­szej Cioci naj­więk­szego siu mai, skoro nikt tego nie za­uważy?

- Dzię­kuję, Star­sza Cio­ciu - mó­wię po­słusz­nie, umiesz­cza­jąc tłu­sty har gow na jej ta­le­rzu. Za­wsze od­po­wia­dam po an­giel­sku, nie­za­leż­nie od tego, w ja­kim ję­zyku zwraca się do mnie ro­dzina, Druga Cio­cia bo­wiem twier­dzi, że moje męki z in­do­ne­zyj­skim i man­da­ryń­skim pod­no­szą jej ci­śnie­nie. - Ty też jedz. Li­czymy na cie­bie ju­tro. I na cie­bie, Druga Cio­ciu. - Drugi naj­więk­szy har gow lą­duje na ta­le­rzu Dru­giej Cioci. Trzeci na ta­le­rzu Czwar­tej Cioci, a ostatni na ta­le­rzu Ma. To zdra­dza, że Ma mnie do­brze wy­cho­wała: naj­pierw dbamy o in­nych, a na końcu o sie­bie.

Star­sza Cio­cia zbywa moje słowa mach­nię­ciem upier­ście­nio­nej dłoni.

- Wszyst­kie li­czymy na wszyst­kie. - Trzy głowy zwień­czone na­ta­pi­ro­wa­nymi ko­afiu­rami po­ta­kują. Czwarta Cio­cia ma naj­więk­szą fry­zurę, na co Ma za­wsze skry­cie na­rzeka.

- Aten­cyjna kura - oznaj­miła kie­dyś Ma. Było to straszne i śmieszne za­ra­zem. Kiedy za­py­ta­łam, gdzie usły­szała to okre­śle­nie, za­częła się upie­rać, że od na­szej są­siadki, Cioci Liy­ing. Oczy­wi­ście kła­mała, ale miesz­kam z nią już dwa­dzie­ścia sześć lat i do­brze wiem, że nie na­leży się w ta­kich ra­zach z nią kłó­cić. Od­par­łam tylko, że mu­siała coś źle zro­zu­mieć i nie po­winna tego po­wta­rzać, na co po­ki­wała tylko głową i wró­ciła do sie­ka­nia sza­lotki.

- Do­brze. - Star­sza Cio­cia klasz­cze w dło­nie. Wszyst­kie się pro­stu­jemy. Star­sza Cio­cia jest star­sza od Dru­giej Cioci o dzie­sięć lat, w za­sa­dzie to ona wy­cho­wy­wała sio­stry, kiedy Na­inai szła do pracy. - Włosy i ma­ki­jaż?

Druga Cio­cia kiwa głową, sięga po te­le­fon i wkłada oku­lary. Stuka w ekran pal­cem wska­zu­ją­cym, mam­ro­cząc:

- Apa ya[9], jak się na­zywa ta apka?... Meddy każe mi jej uży­wać do wło­sów. Pin-coś tam.

- Pin­te­rest - pod­po­wia­dam. - Po­mogę zna­leźć...

Star­sza Cio­cia po­syła mi sro­gie spoj­rze­nie, od któ­rego się kur­czę.

- Nie, Meddy. Nie bę­dziesz po­ma­gać. Je­śli Druga Cio­cia nie znaj­dzie apki ju­tro, kiedy bę­dzie z panną młodą, stra­cimy twarz. Po­dobno je­ste­śmy pro­fe­sjo­na­list­kami - mówi. Albo przy­naj­mniej tak mi się wy­daje, że mówi. Bo wy­rzuca z sie­bie słowa tak szybko, że trudno za nią na­dą­żyć, ale na pewno wy­ła­pa­łam man­da­ryń­ski fra­ze­olo­gizm "stra­cić twarz", to jej ulu­biona fraza.

Druga Cio­cia za­ci­ska usta, mię­sień w jej le­wym po­liczku drży. Czwarta Cio­cia działa Ma na nerwy, ale po­dobne tar­cia zda­rzają się też mię­dzy Drugą Cio­cią a Star­szą Cio­cią. Nie py­taj­cie dla­czego, może ma to coś wspól­nego z tym, że są naj­star­sze? A może w grę wcho­dzi ich skom­pli­ko­wana prze­szłość? Nie wiem. Hi­sto­ria ro­dziny mamy ob­fi­tuje w dra­maty, zwłasz­cza w okre­sie dża­karc­kim. Sły­sza­łam przez lata różne rze­czy, głów­nie od Ma.

- Ha! - pieje Druga Cio­cia, wy­ma­chu­jąc te­le­fo­nem z ak­tyw­nym Pin­te­re­stem niby mie­czem, który wła­śnie wy­cią­gnęła z ka­mie­nia. - Mam. Taką fry­zurę wy­brała panna młoda. Ćwi­czy­łam ją na wło­sach Meddy, wy­glą­dała wspa­niale. - Od­wraca się do mnie i prze­łą­cza na an­giel­ski: - Meddy, masz zdję­cie swo­ich wło­sów?

- Mam. - Się­gam mi­giem po te­le­fon. Wy­świe­tlam zdję­cie, a cio­cia przy­kłada swój te­le­fon do mo­jego.

- Wah[10] - mówi Ma. - Bar­dzo po­dob­nie do mo­delki! Bar­dzo do­brze, Er Jie[11].

Druga Cio­cia uśmie­cha się do niej cie­pło.

Czwarta Cio­cia kiwa głową i wtrąca po an­giel­sku:

- Tak, są pra­wie iden­tyczne. Im­po­nu­jące. - Jej an­giel­ski jest naj­lep­szy z nich wszyst­kich; to ko­lejna rzecz, któ­rej Ma ni­gdy jej nie wy­ba­czy, choć an­gielsz­czy­zna Ma jest lep­sza niż an­gielsz­czy­zna jej star­szych sióstr. Ma utrzy­muje, że Czwarta Cio­cia ma sła­bość do nad­uży­wa­nia wiel­kich słów (zna­czy ta­kich, które li­czą wię­cej niż dwie sy­laby) i robi to po to, by ją wku­rzyć. Może mieć ra­cję, ale jest to jedna z tych kwe­stii, co do któ­rych ni­gdy się nie zy­ska pew­no­ści.

- Loki nie wy­glą­dają do­brze na azja­tyc­kich wło­sach - za­uważa Star­sza Cio­cia. Fakt, że używa an­giel­skiego, ozna­cza, że bura jest po czę­ści skie­ro­wana do mnie. Za­czy­nają mnie zże­rać wy­rzuty su­mie­nia, choć to nie moja wina. - Dla­czego wy­bie­rać ucze­sa­nie dla blon­dynki?

Druga Cio­cia mie­rzy ją gniew­nym spoj­rze­niem.

- Nie ja wy­bie­ra­łam. Panna młoda wy­bie­rała. Klient za­wsze ra­cja, pa­mię­tasz? - Dźga swo­jego har gow i gniew­nie od­gryza kęs.

- Hmm. - Star­sza Cio­cia wzdy­cha. - Trzeba jej było po­wie­dzieć: wy­gląda ina­czej na azja­tyc­kich wło­sach niż blond - do­daje. Druga Cio­cia wy­gląda, jakby miała eks­plo­do­wać. - Nie­ważne. Za późno. Pod­miana te­matu...

- Zmiana - wtrąca Czwarta Cio­cia.

- He?

- Zmiana. Mówi się: zmiana te­matu, a nie pod­miana te­matu. Pod­mie­nia się ukrad­kiem.

- Zmiana te­matu. Do­brze. - Star­sza Cio­cia uśmie­cha się do Czwar­tej, a ta roz­pro­mie­nia tak, jakby znów była dziec­kiem. Ma mówi, że Czwarta jest ulu­bie­nicą Star­szej Cioci, bo była naj­młod­sza w ro­dzi­nie i tak za­chłanna, że skra­dła Star­szej serce z piersi.

"Po pro­stu je po­rwała" - na­rze­kała Ma nie­raz. Na­wet nie chcę py­tać, czy ona sama, jako dru­gie naj­młod­sze dziecko w ro­dzi­nie, była ulu­bie­nicą Star­szej, póki nie uro­dziła się Czwarta.

- A kwiaty? - pyta Star­sza znów po man­da­ryń­sku. Od­dy­cham z ulgą.

Ma pro­stuje plecy.

- Wszystko go­towe. Li­lie, róże, pi­wo­nie. Ah Guan rano za­wie­zie wszyst­kie na wy­spę.

Ta wy­spa to Santa Lu­cia - jest duża, pry­watna, leży u wy­brzeża Po­łu­dnio­wej Ka­li­for­nii i szczyci się nie­ska­zi­tel­nymi zło­tymi pla­żami, wy­so­kimi kli­fami i od mie­siąca jed­nym z naj­bar­dziej luk­su­so­wych, eks­klu­zyw­nych ośrod­ków wy­po­czyn­ko­wych na świe­cie, Ay­ana Lu­cia. Ju­tro za­czyna się tam dwu­dniowa ślubna eks­tra­wa­gan­cja Ja­cqu­eline Wi­jayi, córki wła­ści­ciela naj­więk­szej in­do­ne­zyj­skiej firmy odzie­żo­wej. Wy­cho­dzi za - nie żar­tuję - Toma Cru­ise'a.

Su­topo. Tak, pan młody na­prawdę na­zywa się Tom Cru­ise Su­topo. Spraw­dzi­łam. Chiń­sko-in­do­ne­zyj­scy ro­dzice uwiel­biają tak wła­śnie na­zy­wać swoje dzieci: na cześć sław­nych osób, ma­rek (mam ku­zyna o imie­niu Gucci, który wy­pro­wa­dził się bar­dzo da­leko stąd, na­tych­miast gdy zgod­nie z pra­wem zy­skał taką moż­li­wość) albo znie­kształ­co­nymi za­chod­nimi imio­nami. Do­wód: Med­de­lin. Moi ro­dzice ce­lo­wali w Ma­de­le­ine.

Ro­dzice Toma Cru­ise'a Su­topo są wła­ści­cie­lami... cze­goś. Cze­goś du­żego. Plan­ta­cji palm ole­jo­wych, ko­palni wę­gla, cze­goś w tym ro­dzaju. Jest to więc ślub po­mię­dzy dwiema ro­dzi­nami mi­liar­de­rów w nowo wy­bu­do­wa­nym ośrodku i dla­tego wła­śnie Star­sza Cio­cia i my wszyst­kie je­ste­śmy ta­kie po­de­ner­wo­wane. Nie mam po­ję­cia, jak nam się udało zdo­być ta­kich klien­tów. No do­bra, ja­kieś mam. Mąż Czwar­tej Cioci jest - daj­cie mi chwilę... - bra­tem te­ścia ku­zyna Ja­cqu­eline. W su­mie wszy­scy je­ste­śmy ro­dziną. Tak wy­gląda cała chiń­sko-in­do­ne­zyj­ska kul­tura, każdy jest z kimś spo­krew­niony, a tar­gów do­bija się dla­tego, że czyjś teść zna ko­legę czy­je­goś ku­zyna.

My­śla­łam, że pie­kiel­nie tan­detne motto na­szej ro­dzin­nej firmy, z któ­rego sły­nie Star­sza Cio­cia (i jest z niego sza­le­nie dumna): W tym naj­waż­niej­szym dla cie­bie dniu nie szczę­ścia łut, lecz Cha­nów ród! - od­stra­szy pań­stwa mło­dych, ale nic po­dob­nego, oni uznali je za za­bawne. Po­dobno wzmoc­niło w nich ono prze­ko­na­nie, że to nas wła­śnie po­winni za­trud­nić do ob­sługi naj­waż­niej­szego dnia w ich ży­ciu.

Ma da­lej mówi o tym, że udało jej się zdo­być naj­rzad­sze kwiaty.

- Bu­kiety wy­glą­dają... jak to się mówi po an­giel­sku, Meddy? Wy­ra­fo­wa­nie?

- Wy­ra­fi­no­wa­nie? - pod­po­wiada znów Czwarta Cio­cia. W od­po­wie­dzi Ma po­syła jej naj­bar­dziej mor­der­cze spoj­rze­nie w hi­sto­rii mor­der­czych spoj­rzeń.

- Bar­dzo do­brze - chwali Star­sza Cio­cia w po­śpie­chu, aby sy­tu­acja nie eska­lo­wała. - I na ko­niec mu­zyka, tak?

Lo­do­waty gry­mas na twa­rzy Czwar­tej Cioci zmie­nia się w uśmiech za­do­wo­le­nia.

- Oczy­wi­ście, ćwi­czy­li­śmy z ze­spo­łem ca­łymi dniami i no­cami. Wie­cie, lu­dzie wcho­dzili do stu­dia, żeby po­słu­chać, jak śpie­wam.

Ist­nieją dwie wer­sje hi­sto­rii ży­cia Czwar­tej Cioci. W pierw­szej była cu­dow­nym dziec­kiem mu­zyki, o gło­sie, który ga­zety opi­sy­wały jako "aniel­ski" i "na­ro­dowy skarb". Bę­dąc na naj­lep­szej dro­dze do sławy, po­sta­no­wiła rzu­cić to wszystko w dia­bły, gdy jej sio­stry uzgod­niły, że prze­pro­wa­dzają się do Ka­li­for­nii. W wer­sji dru­giej była taką so­bie pio­sen­karką, która pod­stęp­nie prze­ko­nała całą ro­dzinę do ze­rwa­nia z do­tych­cza­so­wym ży­ciem i prze­pro­wadzki do Ka­li­for­nii, aby tam móc urze­czy­wist­nić mrzonki o ka­rie­rze w Hol­ly­wood. Wer­sję pierw­szą roz­po­wszech­nia Czwarta, wer­sję drugą - Ma.

- A cia­sta? - pyta Druga, zer­ka­jąc z ukosa na Star­szą. - Tort musi być per­fek­cyjny, nie jak to pe­chowe coś, co upie­kłaś na ślub córki Moch­tar Ha­lim. - Roz­lega się dra­ma­tyczne wes­tchnie­nie. - Nikt już nie twa­rzy. - Nie, coś jest nie tak. Po­woli ana­li­zuję ten ko­mu­ni­kat w gło­wie. Chyba po­wie­działa, że przez Star­szą Cio­cię wszyst­kie stra­ci­ły­śmy twarz. Na­prawdę mu­szę po­pra­co­wać nad man­da­ryń­skim.

Sens jest taki, że Druga za­dała na­prawdę podły cios. Ślub Che­riss Ha­lim to jej ulu­biony te­mat, bo Che­riss za­ży­czyła so­bie on­giś sza­le­nie skom­pli­ko­wa­nego tortu, pię­cio­war­stwo­wej od­wró­co­nej wieży, gdzie dolna war­stwa jest naj­węż­sza, a górna naj­szer­sza. Star­sza Cio­cia, wie­lo­let­nia główna cu­kier­niczka Ritz-Carl­ton w Dża­kar­cie, za­rze­kała się, że po­doła. Nie­stety coś po­szło nie tak. Nie wiem co, może nie wzmoc­niła do­sta­tecz­nie kon­struk­cji, a może to było nie­moż­liwe do zre­ali­zo­wa­nia na plaży w środku ka­li­for­nij­skiego lata. Dość że przy wtó­rze prze­ra­żo­nych po­ję­ki­wań go­ści wiel­gachna wieża za­drżała, prze­chy­liła się w zwol­nio­nym tem­pie i ru­nęła na jedną z dziew­czy­nek sy­pią­cych kwiaty. Było to na­sze je­dyne pięć mi­nut sławy w in­ter­ne­cie, od tam­tej pory Druga nie po­zwala Star­szej za­po­mnieć o tym ubo­le­wa­nia god­nym in­cy­den­cie.

Noz­drza Star­szej drgają.

- Je­stem tu­taj tylko po to, aby ku­pić sos so­jowy - oznaj­mia.

Okej, na pewno coś źle zro­zu­mia­łam. Po­chy­lam się do Ma i szep­czę:

- Dla­czego Star­sza Cio­cia chce ku­pić sos so­jowy?

- Phi. Cią­gle po­wta­rzam: za­cznij uwa­żać na lek­cjach chiń­skiego! Star­sza Cio­cia ka­zała Dru­giej Cioci pil­no­wać wła­snego nosa.

- Dzię­kuję za tro­ooskę, Me­imei - mówi Star­sza. Fiu, fiu, jest na­prawdę wku­rzona. Zwraca się do po­zo­sta­łych me­imei, młod­sza sio­stro, tylko kiedy chce im przy­po­mnieć, kto tu jest naj­star­szy. - Oczy­wi­ście wszystko go­towe. Tort bę­dzie ide­alny, nie mu­sisz się o mnie mar­twić. - Po­syła Dru­giej uśmiech, który można opi­sać tylko jako "za­bój­czo uro­czy", po czym sku­pia się na mnie.

Od­czu­wam dys­kom­fort. Star­sza Cio­cia jest, oględ­nie mó­wiąc, więk­sza niż sio­stry. To za­pewne za­sługa dwu­dzie­stu lat pracy w cu­kier­nic­twie. Na­wet pa­suje jej ten roz­miar, wy­daje się prze­zeń jesz­cze bar­dziej ma­je­sta­tyczna, jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­jąca. Jest po­wód, dla któ­rego to ona się spo­tyka z po­ten­cjal­nymi klien­tami. Nie chcia­ła­bym roz­cza­ro­wać Ma, ale na myśl, że mo­gła­bym roz­cza­ro­wać Star­szą Cio­cię, nie śpię po no­cach. Może to przez to, że więk­szość ży­cia spę­dzi­łam w tym sa­mym domu co mama i jej sio­stry. Prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się z Ma na swoje za­le­d­wie rok temu, kiedy ro­dzinny biz­nes za­czął przy­no­sić stały zysk. Na­dal wszyst­kie miesz­kamy w tej sa­mej oko­licy, dzie­sięć mi­nut spa­cer­kiem od sie­bie, a ja czuję na so­bie cię­żar ich ocze­ki­wań tak, jak­bym miała cztery matki, które wiążą ze mną wszyst­kie swoje na­dzieje i ma­rze­nia. Mie­sza­nina ko­fe­iny i cór­czy­nego po­czu­cia winy to moje stałe pa­liwo.

Cio­cia zwraca się do mnie twa­rzą, a ja in­stynk­tow­nie pro­stuję się jak struna. Może wy­czuwa, że się de­ner­wuję przed ju­trem, bo uśmie­cha się do mnie za­chę­ca­jąco i prze­łą­cza na an­giel­ski.

- Meddy, wszystko okej z apa­ra­tem, ya[12]? Go­towa na wielki dzień?

Ki­wam głową. Spraw­dzi­łam do­kład­nie apa­rat, apa­rat za­pa­sowy i wszyst­kie pięć obiek­ty­wów już wczo­raj. Kilka ty­go­dni temu cały sprzęt prze­szedł kon­trolę tech­niczną i po­rządne czysz­cze­nie w ra­mach przy­go­to­wań do tego dnia. Nie zno­szę do­ku­men­to­wa­nia cięż­kiej pracy mo­jej ro­dziny - im­po­nu­ją­cych tor­tów Star­szej Cioci, skom­pli­ko­wa­nych fry­zur i nie­ska­zi­tel­nych ma­ki­jaży Dru­giej, cu­dow­nych aran­ża­cji kwia­to­wych Ma i dy­na­micz­nych wy­stę­pów Czwar­tej - lecz wszystko to spada na moje barki. Przy każ­dym ślu­bie pró­buję uchwy­cić każdy szcze­gół i za każ­dym ra­zem coś mi umyka. Ostat­nio za­po­mnia­łam sfo­to­gra­fo­wać Czwartą Cio­cię "od tej do­brej strony, tej, z któ­rej na­dal wy­gląda na dwa­dzie­ścia lat", a wcze­śniej za­po­mnia­łam o kwia­tach na sto­liku sie­dem­na­stym, które po­dobno znacz­nie się róż­niły od wszyst­kich in­nych de­ko­ra­cji.

- Sprzęt jest w ide­al­nym sta­nie - in­for­muję wszyst­kich. - Na­uczy­łam się też na pa­mięć li­sty ujęć, które mu­szę zro­bić do na­szych me­diów spo­łecz­no­ścio­wych.

- Do­bra z cie­bie córka, Meddy - oświad­cza Star­sza, a ja się zmu­szam do uśmie­chu. Ach! to cór­czyne od­da­nie, pod­stawa azja­tyc­kiego ro­dzi­ciel­stwa. Od­kąd pa­mię­tam, uczono mnie, by star­szych, to zna­czy Ma i cio­cie, sta­wiać na pierw­szym miej­scu. To dla­tego tylko ja spo­śród sied­miorga dzieci w moim po­ko­le­niu za­an­ga­żo­wa­łam się w ro­dzinny biz­nes, choć roz­pacz­li­wie pra­gnę się z niego wy­rwać. To dla nich udaję, że ko­cham to wszystko, ten cały fer­wor, to za­mie­sza­nie, te wiel­kie re­ali­za­cje i tak da­lej, choć nisz­czy to z wolna moją mi­łość do fo­to­gra­fii. Od wielu mie­sięcy my­ślę o opusz­cze­niu branży ślub­nej i po­wro­cie do tego, co ko­cham w ro­bie­niu zdjęć. Nie chcę się spie­szyć, wolę się ra­czej ba­wić obiek­ty­wami, świa­tłem i ką­tami, niż gnać od zdję­cia do zdję­cia tych sa­mych rze­czy. Ale nie mogę zdra­dzić tego ro­dzi­nie.

- Tak, je­steś do­brą córką - wtrąca Ma po in­do­ne­zyj­sku. Ma i cio­cie płyn­nie po­słu­gują się man­da­ryń­skim i in­do­ne­zyj­skim, po­tra­fią gładko prze­łą­czać się po­mię­dzy nimi. Mama uśmie­cha się na­prawdę aniel­sko. Oho. Dla­czego się uśmie­cha? - I dla­tego mam dla cie­bie nie­spo­dziankę.

Te­raz wszyst­kie się do mnie słodko uśmie­chają. Kulę się na krze­śle, siu mai w mo­ich ustach zgęsz­cza się w ka­mień.

- Co się dzieje? - py­tam jesz­cze sła­biej niż zwy­kle.

- Zna­la­złam dla cie­bie ide­al­nego męża! - ob­wiesz­cza Ma.

- Nie­spo­dzianka! - wo­łają rów­no­cze­śnie ciotki.

Mru­gam po­wo­lutku.

- Prze­pra­szam, ale co zna­la­złaś? - Prze­ły­kam z wy­sił­kiem.

- Ide­al­nego męża! - pieje Ma.

Oglą­dam się za sie­bie w oba­wie, że stoi za mną ja­kiś fa­cet, któ­rego Ma przy­dy­bała w mar­ke­cie Ranch 99.

- Aiya[13], nie ma go tu­taj, głup­ta­sie - za­pew­nia mnie Ma.

- Leży zwią­zany w ba­gaż­niku two­jego sa­mo­chodu?

- Nie żar­tuj, Meddy - cmoka na mnie Star­sza Cio­cia. - Twoja mama robi to wszystko, że­byś miała do­bre ży­cie.

Po­ta­kuję ze skru­chą. Je­stem do­ro­słą ko­bietą, a wy­star­czy bura od Star­szej Ciotki, a już czuję się jak trzy­latka.

- Prze­pra­szam, Ma. Ale nie...

- Ale nie to, ale nie tamto - prze­rywa mi nie­cier­pli­wie Ma. - Dla­czego tak trudno ci się umó­wić na randkę? Pró­bo­wa­łam cię umó­wić z sy­nem wujka Awaia, ale mi nie po­zwo­li­łaś. Pró­bo­wa­łam umó­wić cię z moim do­stawcą li­lii Ah Gu­anem, chło­pa­kiem na­der przy­stoj­nym, ale też od­mó­wi­łaś. Nie chcia­łaś go na­wet po­znać.

- Meddy jest ostrożna za­pewne z po­wodu tego razu, kiedy pró­bo­wa­łaś ją umó­wić z sy­nem Wanga Zhi­xianga, który oka­zał się... No wiesz... - wtrąca Czwarta Cio­cia.

Ma zbywa ją po­iry­to­wa­nym mach­nię­ciem.

- Dla­czego cią­gle wspo­mi­nasz syna Zhi­xianga? Oka­zało się, że to ja­kiś ma­niak. Skąd to mia­łam wie­dzieć?

- Klep­to­man - mam­ro­czę pod no­sem. Za­nim na­sza randka do­bie­gła końca, ukradł mi ko­sme­tyczkę z to­rebki i ja­kimś cu­dem je­den but. Ko­niec koń­ców, oka­zał się pa­lan­tem, ale trzeba mu przy­znać, że umie kraść.

- W każ­dym ra­zie, say­angku[14] - mówi Ma, po­słu­gu­jąc się piesz­czo­tli­wym in­do­ne­zyj­skim okre­śle­niem, które zo­sta­wia so­bie na na­prawdę wy­jąt­kowe oka­zje, jak dzień, kiedy ukoń­czy­łam UCLA - ten czło­wiek jest taki do­bry. Mó­wię ci, nie ma lep­szego od niego. Jest przy­stojny, miły i mą­dry! A do tego...

O Boże! oto on. Ostatni gwóźdź do trumny. Co to bę­dzie tym ra­zem? Z moim szczę­ściem okaże się ku­zy­nem w dru­giej li­nii czy czymś w tym ro­dzaju.

- Jest wła­ści­cie­lem ho­telu! - wy­krzy­kuje z em­fazą Czwarta.

Ma pio­ru­nuje ją gniew­nym spoj­rze­niem.

- Ja chcia­łam to po­wie­dzieć. Ubie­głaś mnie!

- Za długo to trwało.

Wszyst­kie cztery znów ob­ra­cają na mnie wzrok i uśmie­chają się wy­cze­ku­jąco.

- Uch. - Od­kła­dam pa­łeczki. - Hm... Mam się z tego cie­szyć? Brzmi to jak ja­kiś ogrom­nia­sty cię­żar. Mam wam przy­po­mnieć, jak źle mi idzie rand­ko­wa­nie? Na ja­kiej za­sa­dzie jest to do­bry po­mysł?

- Ha. - Mama uśmie­cha się z dumą. - Wiem, że ci nie idzie rand­ko­wa­nie...

- To dla­tego, że je­steś taką do­brą dziew­czyną - wtrąca Star­sza lo­jal­nie.

Druga po­ta­kuje na to głową.

- Tak, nie je­steś dziwką, i dla­tego ci nie idzie.

- Cio­ciu! Czy mo­gły­by­śmy nie ob­ra­żać ko­biet!?

- Tak czy ina­czej - kon­ty­nu­uje Ma - nie ma to zna­cze­nia. To nic, że ci nie idzie rand­ko­wa­nie, bo ten chło­piec, och! on jest w to­bie taki za­ko­chany, Meddy. Zna wszyst­kie twoje wady, wie, jaka je­steś wsty­dliwa i w ogóle, ale twier­dzi, że cię przez to jesz­cze bar­dziej lubi!

- Hola! hola! - Pod­no­szę ręce. - Za­raz. Chwi­leczkę. - Biorę głę­boki od­dech. - Tyle tego jest. Mo­żemy prze­rzu­cić się na an­giel­ski? Bo coś mi się wy­daje, że źle cię zro­zu­mia­łam. Co to zna­czy, że zna wszyst­kie moje wady? Co do... dia­ska, Ma? Skąd on może wie­dzieć o mnie ta­kie rze­czy?

- Po­znała go w sieci! - wy­krzy­kuje znów Czwarta trium­fal­nie. Ten se­kret mu­siał ją wi­dać roz­sa­dzać od środka, bo cała wręcz pro­mie­nieje z pod­eks­cy­to­wa­nia. - Twoja matka we­szła na por­tal rand­kowy i wdała się z nim w ko­re­spon­den­cję, i to trwa od kilku ty­go­dni!

- Co ta­kiego?! - O mój Boże, nie! Czyli to nie kwe­stia błęd­nego prze­kładu. Na­prawdę to zro­biła, na­prawdę zna­la­zła przy­pad­ko­wego fa­ceta, który zgo­dził się ze mną umó­wić. - Ma, se­rio?

- Tak, bar­dzo do­bry po­mysł, prawda? Dzięki temu po­zna­li­ście przed randką, która dzi­siaj.

- Dzi­siaj!? - pisz­czę cała w emo­cjach. - Ależ ja go nie znam! Nic o nim nie wiem, poza tym, że od kilku ty­go­dni roz­ma­wia na cza­cie z moją matką. Boże drogi, to jest na­prawdę po­rą­bane, Ma.

- Dla­tego mó­wię ci to te­raz - od­po­wiada moja nie­wzru­szona ro­dzi­cielka. Po­liczki tak mi płoną, że prak­tycz­nie za­raz się zwę­glą. - Och, to taki do­bry chło­piec, i och! pe­łen sza­cunku do star­szych.

- Skąd to wiesz? - Uświa­da­miam so­bie na­gle, jak gło­śno mó­wię, kiedy ob­ra­cają się ku mnie lu­dzie przy sto­liku obok. To nie­mal nie­moż­liwe osią­gnię­cie w re­stau­ra­cji dim sum w go­dzi­nach szczytu, co po­ka­zuje, jak bar­dzo je­stem wku­rzona.

- Ku­puje dom ro­dzi­com! Po­sia­dłość w San Ma­rino, bar­dzo do­bra lo­ka­li­za­cja.

Trzy ciotki uro­czy­ście ki­wają gło­wami. San Ma­rino jest w mo­jej ro­dzi­nie jak święty Graal, na tyle bli­sko San Ga­briel Val­ley, by późną nocą wy­pić taj­wań­ską bub­ble tea, i na tyle da­leko, by ota­czali cię nie­imi­granci. Ma i jej trzy sio­stry mają San Ma­rino na oku, od­kąd prze­pro­wa­dziły się do Sta­nów.

- Do tego uwiel­bia go­to­wać. - Ma zerka na mnie zna­cząco. - Bar­dzo do­brze, bo nie­ważne, ile razy pró­bo­wa­łam cię na­uczyć, ty na­dal nic nie umiesz. Jak masz być do­brą żoną, skoro na­wet ryżu nie po­tra­fisz ugo­to­wać?

- Trzy­maj się głów­nego wątku - za­zna­cza Czwarta Ciotka.

Ma wy­jąt­kowo jej słu­cha.

- Ma dwa psy - cią­gnie. - Za­wsze chcia­łaś pies. Te­raz mo­żesz mieć dwa. Są bar­dzo do­brze wy­cho­wane. Patrz! - Bły­ska­wicz­nie wy­naj­duje zdję­cie dwóch pięk­nych gol­den re­trie­ve­rów, tak zło­tych i tak ide­al­nie ukształ­to­wa­nych, że mo­głyby wy­stą­pić na ła­mach cza­so­pi­sma o zwie­rzę­tach. - Mó­wię mu, że je­stem fo­to­grafką ślubną, a on mi na to: "ojej, im­po­nu­jące!". Mó­wię, że...

- Za­raz. - To nie od razu do mnie do­ciera. - Czy ty wła­śnie... Ma... Czy ty za­lo­go­wa­łaś się na ten por­tal jako ja? - Otwie­ram usta ze zdu­mie­nia, nie od­dy­cham, na­wet nie mru­gam.

- Oczy­wi­ście, że tak! - woła ra­do­śnie Druga Cio­cia. - A jakże ina­czej mia­łaby po­znać tego chłopca? Je­śli mówi swój praw­dziwy wiek, pięć­dzie­siąt sześć...

- Pięć­dzie­siąt trzy - po­pra­wia ją Ma z god­no­ścią.

Czwarta Ciotka par­ska śmie­chem.

- Je­śli mówi swój praw­dziwy wiek, to por­tal sko­ja­rzy ją z męż­czy­znami w jej wieku - wy­ja­śnia Druga Cio­cia bar­dzo po­woli, ki­wa­jąc przy tym głową i uśmie­cha­jąc się za­chę­ca­jąco. - Wi­dzisz? Temu musi uda­wać, że ona to ty.

Nie wie­rzę. Tak wy­gląda moje ży­cie? Kręci mi się w gło­wie, kiedy pró­buję na­dą­żyć za roz­wo­jem sy­tu­acji, a Ma ra­czy mnie ko­lej­nymi głę­bo­kimi, wzru­sza­ją­cymi wia­do­mo­ściami, które prze­słał mi Jake, wła­ści­ciel ho­telu. Wi­dział moje zdję­cia i po­dobno uważa, że je­stem "osza­ła­mia­jąca".

- A ty masz ja­kieś jego zdję­cia?

- Py­tam go, ale chyba jest tro­chę nie­śmiały - wy­ja­śnia Ma.

- Wiesz, co to zna­czy? Że wy­gląda jak troll! - wtrąca Czwarta.

Ma ma­cha na nią ręką.

- My­ślę, że bo taki przy­stojny, nie chce po­ka­zy­wać zdję­cie, chce, że­byś się za­ko­chała w nim, a nie w jego twa­rzy.

- Do tego jest Taj­wań­czy­kiem, więc świet­nie zna man­da­ryń­ski - do­daje Druga Cio­cia. - Mo­żesz przy nim po­ćwi­czyć. Za każ­dym ra­zem, kiedy za­czy­nasz mó­wić po man­da­ryń­sku, aduh[15], do­staję ból głowy.

- Prze­pra­szam - mam­ro­czę. Je­stem taka zbita z tropu tym wszyst­kim, czym mnie ata­kują, że nie wiem, jak za­re­ago­wać. - Mu­szę... Czy mogę zo­ba­czyć te wia­do­mo­ści?

- Aduh, nie ma na to czasu - oświad­cza Ma. - Ufasz mi, do­brze, to jest bar­dzo do­bry chło­piec. Bar­dzo do­bry. Nie pój­dziesz, po­ża­łu­jesz.

Ku mo­jemu prze­ra­że­niu, mimo okrop­no­ści tego wszyst­kiego, ja­kaś część mnie ulega, co musi chyba ozna­czać, że cał­kiem po­stra­da­łam ro­zum.

Ale ostatni raz by­łam na randce...

La­tem ze­szłego roku? Je­sie­nią? Chry­ste. Moż­liwe, żeby to było taki wiek temu? Na­wet nie chcę my­śleć o tym, kiedy ostat­nio się bzy­ka­łam. Jak lubi mi przy­po­mi­nać moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka Se­lena: "Dziew­czyno, mu­sisz ko­rzy­stać, za­nim twoja ta za­ro­śnie na do­bre". Zer­kam od­ru­chowo na swoje ko­lana i na "tę". Dla­czego Se­lena nie po­wie po pro­stu "wa­gina"? Nie za­ro­śniesz, prawda?

Okej, jak­kol­wiek na to spoj­rzeć, wła­śnie za­czę­łam roz­ma­wiać ze swoją wa­giną. Może Ma ma ra­cję? Może na­prawdę po­win­nam pójść na randkę? Co z tego, że umó­wi­łam się na nią w naj­dziw­niej­szy, naj­bar­dziej upo­ka­rza­jący z moż­li­wych spo­sób?

- Musi iść, ya - mówi Ma, nie wie­dząc, że w du­szy prze­ko­na­łam już samą sie­bie (i swoją wa­ginę) do zgody.

- Nie musi od­wo­łać - do­daje Star­sza. - Je­śli od­woła w ostat­niej chwili, to bar­dzo nie­grzeczne.

- Bar­dzo nie­grzeczne - zga­dza się Druga. - Ale wiemy, że tego nie zrobi. Je­steś do­bra dziew­czyna.

- Po­psu­ła­byś cały week­end - oświad­cza Czwarta. - Mu­sisz iść i być uro­czą, słodką sobą. Na pewno się w to­bie za­ko­cha.

Wo­dzę wzro­kiem od matki do cio­tek. One pa­trzą na mnie, uśmie­chają się roz­kosz­nie i ki­wają gło­wami jak koty, które za­pę­dziły mysz w kozi róg.

- No do­bra. - Wzdy­cham ciężko. - Po­wiedz mi, Ma, wszystko, co po­win­nam wie­dzieć o fa­ce­cie, z któ­rym się dziś spo­ty­kam.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki