Rozdział trzeci
Gaja uwielbiała swoje mieszkanie - dopiero po kilku latach morderczego oszczędzania oraz zastrzyku gotówki ze spadku po babci mogła sobie pozwolić na taką inwestycję. Wygląd i lokalizacja budynku bardzo jej odpowiadały. Był to niski blok, w którym na szczęście nikt nie hałasował, z podziemnym parkingiem i placem zabaw za oknem. Na osiedlu znajdował się sklep spożywczy, do którego mogła wyskoczyć w dresach, co pozwalało zaoszczędzić sporo czasu. Zwykle poświęcała go na pracę, a dokładniej na pisanie maili i odświeżanie skrzynki co minutę w oczekiwaniu na odpowiedź od znienawidzonego autora.
Pracowała z nim od ponad roku i ceniła jego książki, jednak osobowość Leona Bagińskiego sprawiała, że czytanie jego dzieł nie sprawiało Gai takiej przyjemności, jaką zapewne odczuwały jego zagorzałe fanki, nieświadome wypaczonego charakteru pisarza. Kiedy tylko widziała w skrzynce elektronicznej wiadomość od niego, zwykle podnosiło jej się ciśnienie i w myślach wyzywała go od "Bagginsów", "lalusiów" i "pieprzonych geniuszy". Kiedy była na bakier z terminami, jak zawsze z winy Leona, zwykła nazywać go "antychrystem". Modliła się, żeby tylko nie powiedzieć tego na głos w biurze naczelnego.
- Nawet mnie nie wkurwiaj, Baggins - wysyczała przez zęby, otwierając wiadomość, którą wysłał jej przed chwilą Leon. Czekała, aż zaakceptuje projekt okładki, a nie spodziewała się aprobaty pierwotnej propozycji. - No jasne, że ci się nie podoba. Przecież zawsze, kurwa, ci się nie podoba, zawsze coś znajdziesz i się przyczepisz.
Szybko odpisała kilka słów, po czym z głębokim westchnieniem opadła na oparcie fotela i przetarła twarz dłońmi. Rozumiała, że autor chce, aby okładka proponowana przez wydawcę odpowiadała temu, co pisarz ma w głowie. Czasem jednak nie można mieć wszystkiego i trzeba pójść na kompromis. Bagiński nie znał takiego słowa, nigdy nie pojawiło się ono w jego tekstach. Gaja znała je przecież doskonale, bo była jego redaktorką od chwili, kiedy tylko jej wydawnictwo nawiązało z nim współpracę.
Na zewnątrz zrobiło się gorąco, więc wstała i poszła pod chłodny prysznic. Musiała przetrawić kolejne pretensje pisarza i przygotować się do pracy nad dwoma innymi tekstami, których autorzy na szczęście nie byli tak upierdliwi jak "laluś". Nie miała pojęcia, jak Bagiński wygląda, bo wszystkie formalności załatwiali za pośrednictwem poczty elektronicznej i tradycyjnej, a spotkania autorskie blokowała dotychczas pandemia i niechęć Bagińskiego do pokazywania się publicznie. Wyobrażała sobie jednak, że po drugiej stronie siedzi gburowaty zarozumialec, który tylko czeka, żeby stworzyć jej kolejny problem.
Woda pozwoliła Gai na chwilę relaksu i oczyszczenie umysłu. Pomyślała, że przecież Bagiński to nie jedyny autor, z którym przyszło jej współpracować, więc nie powinna poddawać się jego fochom i denerwować każdą wiadomością, jaką od niego dostawała. To wpływało niekorzystnie na jej pracę. Wskoczyła w ulubione spodenki i rozciągniętą koszulkę, po czym stwierdziła, że zanim siądzie do pracy, zrobi jeszcze szybkie zakupy. Wygrzebała z szuflady jakąś reklamówkę, chwyciła portfel i wsunęła na nogi czerwone tenisówki. Do sklepu na osiedlu nie potrzebowała makijażu. Pani kasjerka nie należała do osób, które za pomocą skanera w oczach po wyglądzie potrafią ocenić czyjąś atrakcyjność i inteligencję, najczęściej krytycznie. Gdyby tylko Bagiński był jak pani kasjerka.
Gaja zamknęła drzwi i odwróciła się na pięcie, gotowa ruszyć korytarzem w stronę schodów. Wmawiając sobie, że ten dzień będzie znakomity, zamaszyście powędrowała na dół. Zeskakując z ostatniego schodka, niemal wpadła na mężczyznę wchodzącego akurat do klatki. W pierwszej chwili otworzyła szeroko usta, aby następnie wyszeptać:
- Cholera.
- Przepraszam - rzucił kurier i z uśmiechem na twarzy minął Gaję, pędząc na górę.
Przez moment patrzyła za nim. Zauważyła, że od tyłu prezentował się równie apetycznie, co od frontu. Poczuła, jak oblewa ją rumieniec. Natychmiast spojrzała na swoje wytarte domowe ubranie i mało atrakcyjne tenisówki. Z tą reklamówką wyglądała jak zwykła baba, która idzie na zakupy do spożywczego. Jak wypłosz. Nawet nie pociągnęła rzęs tuszem. Jej włosy wymagały wizyty u fryzjera. Westchnęła, dokonawszy szybkiej oceny swojego wyglądu, i wyszła na ciepłe wiosenne powietrze.
Opuszczając sklep, rozejrzała się uważnie. Auto kuriera mogło nadal tu stać, chociaż Gaja postarała się, aby pobyt w spożywczaku zajął jej dość czasu, żeby przystojny dostawca paczek zdążył zniknąć z osiedla i nie mógł drugi raz zobaczyć Gai w tym kiepskim domowym wydaniu. Miała swoje lepsze domowe wydanie, specjalnie przygotowywane dla kuriera. Że też nie wpadła na to, że inni również zamawiają paczki i zawsze może spotkać przystojniaka znienacka, zderzając się z nim na korytarzu.
Wróciła w pośpiechu do mieszkania i od razu otworzyła pudełko lodów, które wyjątkowo starannie dziś wybierała. Ponadto w sklepie przez kilka minut udawała, że z zainteresowaniem czyta etykietę kawy, choć w końcu jej nie kupiła. Odkryła za to, że kawa składa się jedynie z kawy. Sprzedawczyni pewnie już to wiedziała, dlatego tak dziwnie spoglądała na Gaję.
Cała ta niespodziewana przygoda miała jednak ogromną zaletę. Gaja przestała denerwować się Bagińskim. Teraz, kiedy z porcją lodów w ręku usiadła przed komputerem, odkryła, że "laluś" wysłał nową wiadomość, gdy ona była pod prysznicem.
- Niesamowite, że odpisałeś mi po pięciu minutach - powiedziała w stronę ekranu. - Cóż za zaszczyt. Szkoda tylko, że jesteś tak cholernie wybredny i muszę zlecać grafikowi przygotowanie nowej okładki.
Uprzejmie odpisała Leonowi, że oczywiście zajmie się wprowadzeniem zmian, które zasugerował. Parsknęła śmiechem, czytając ponownie jego wiadomość i swoją odpowiedź na nią. Musiała się upewnić, że nie przelała w jej treść swoich fantazji, w których niemal morduje Bagińskiego, a już na pewno lekko go uszkadza. Na przykład tłuczkiem do mięsa. Wysłała wiadomość i skupiła się na tekście jakiejś debiutantki, który trafił do wydawnictwa całkiem niedawno.
Gaja zawsze marzyła, aby wydać własną książkę. Miała nawet kilka pomysłów, jednak w żaden sposób nie zabrała się do ich realizacji. Kilka notatek na ostatnich stronach kalendarza to wszystko, co aktualnie posiadała, jeśli mowa o jej karierze pisarskiej. Czasem wyrzucała sobie, że za dużo czasu poświęca innym autorom, zaniedbując przy tym swoje dzieło. Szybko jednak wracała do rzeczywistości, tłumacząc sobie, że jak dotąd nie ma żadnego "swojego" dzieła, a jedynie kilka stron spisanych chaotycznie pomysłów, więc wniosek był taki, że jej kariera nie cierpiała przez to, że zajmowała się cudzą. Dzięki temu spłacała kredyt i mogła poszaleć na wyprzedażach w Galerii Rzeszów. Nie wspominając o książkach kupowanych w sieci i dostarczanych przez przystojnego kuriera.
Kilka godzin pracy przy komputerze sprawiło, że po południu Gaja nie miała już ochoty patrzeć w ekran. Postanowiła zająć się tekstem, który wcześniej sobie wydrukowała. Zerknęła tylko na pocztę, żeby upewnić się, czy Bagiński nie zgłosił jakichś nowych pretensji do jej pracy. Po nim można się było spodziewać wszystkiego. Nie zdziwiłoby jej, gdyby pewnego dnia zażądał wysyłania sobie korespondencji tradycyjną pocztą, na kolorowej, pachnącej papeterii. To byłoby w jego stylu. Takie lalusiowate.
- Dziewczęta, chcę wam powiedzieć, że Baggins znowu nie daje mi wytchnienia. Właśnie rozpakowuję trzeciego dziś loda na patyku, żeby ostudzić emocje - powiedziała do mikrofonu swojego smartfona i wysłała nagranie na komunikatorze, aby przyjaciółki mogły je odsłuchać. Lubiła nagrywać wiadomości, zwłaszcza gdy miała zajęte ręce. Olimpia w ogóle rzadko pisała, bo uwielbiała gadać do telefonu, Patrycja nigdy nie przesyłała wiadomości głosowych, a Kalina zwykle milczała, kwitując wszystko jednym trafnym zdaniem, po którym żadnej z nich nie chciało się już ani mówić, ani pisać.
Swojego czasu Szczepan domagał się, aby dodały go do dyskusji, którą prowadzą grupowo na Messengerze. Po dwóch dniach zrezygnował z tego przywileju, bo miał dość słuchania o przeciekających podpaskach, kolorach lakierów do paznokci, cenach bielizny oraz heteroseksualnych mężczyznach. Żadna z tych kwestii go nie dotyczyła. Nie używał podpasek, nie malował paznokci, bieliznę kupował w zupełnie innych sklepach i wariantach, a heteroseksualni mężczyźni wkurzali go tym, że nie byli gejami.
Dźwięk nadchodzącej wiadomości przykuł uwagę Gai.
Patrycja: Co znowu wymyślił?
Gaja: Okładka mu się nie podoba.
Patrycja: A kiedyś mu się podobała?
Gaja: Jakaś siedemnasta wersja przypadnie mu do gustu.
Patrycja: Łaskawca.
Gaja wgryzła się w czekoladę okalającą chłodne wnętrze loda. W takich chwilach zgadzała się z osobami twierdzącymi, że czekolada to lek na wszystkie kobiece problemy. Kiedy pyszny smak rozchodził się w jej ustach, Gaja nawet przez moment współczuła Bagińskiemu, że nie jest kobietą i nie może pokonać swoich wiecznych pretensji tabliczką magicznej słodyczy. Westchnęła i włączyła wiadomość głosową, którą minutę wcześniej wysłała Olimpia.
- Laski, potrzebuję na dzisiaj noclegu - mówiła roztrzęsionym głosem. - Pokłóciłam się z Hubertem i mam zamiar dać mu nauczkę. Nie wracam na noc, niech sobie przemyśli swoje zachowanie. Idiota. Mogę się zatrzymać u którejś z was? Po drodze kupię lody, obiecuję.
Gaja natychmiast odpisała, że przyjaciółka może spać u niej. Miała kanapę w pokoju, w którym trzymała książki, więc mogła odstąpić Olimpii dodatkowe posłanie. No i lubiła lody. Zastanawiało ją, co takiego przeskrobał Hubert, że jego dziewczyna postanowiła podjąć tak radykalne kroki. Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Po chwili głos Olimpii znowu wypełnił pomieszczenie:
- Zaproponowałam mu zakup kilku zabawek do sypialni. To chyba normalne, że chcę odświeżyć sprawy łóżkowe, no nie? Popatrzył na mnie, jakbym była jebnięta, i powiedział, że jak mi się znudził, to może powinnam poszukać sobie kogoś nowego. Ja na to, że może ma rację i rzeczywiście powinnam. Na to on trzasnął drzwiami i wyszedł. Wkurwił mnie nieziemsko. Poszłam do pracy i nie mam zamiaru szybko wracać. Cóż... - przerwała i wzięła głęboki wdech - ...chyba oboje powinniśmy się zastanowić, czy chcemy tkwić w tym związku.
Nagranie dobiegło końca, ale Gaja czekała, aż Olimpia znowu się odezwie i powie, że żartowała. Ona i Hubert byli dla siebie stworzeni. Oboje kochali programy podróżnicze i zwierzęta, pierwszy raz wyznali sobie miłość podczas zbiórki pieniędzy dla bezdomnych kotów. Każde miało dobre serce, ale także mocny charakter, dlatego często się spierali. Raczej nie potrafili dusić w sobie emocji. Hubert był nieco bardziej rozsądny, Olimpia nadrabiała niespożytą energią. Według wszystkich wokół tworzyli zgrany duet, wręcz idealny. Spotykali się od blisko dwóch lat, a od ponad roku wynajmowali wspólnie mieszkanie. Gaja nie wyobrażała sobie, że któreś z nich mogłoby egzystować bez drugiego.
Dokończyła loda, złapała zębami patyczek, żeby go trochę pokąsać, i skupiła się na pisaniu wiadomości do przyjaciółek.
Gaja: Olimpia, nie wiem, co powiedzieć.
Olimpia: Powiedz coś wesołego.
Gaja: Wyszłam do sklepu w ciuchach po domu i na klatce wpadłam na mojego kuriera. Nie jestem pewna, czy mnie poznał w tym przebraniu.
Patrycja: Powiedz, że to nie bluzka z kotkiem.
Gaja spojrzała na swoje ubranie. Koszulkę z kotkiem miała od lat. Ciuch był na nią dwa rozmiary za duży, a koci pyszczek mocno przetarty w praniu, jednak wygoda stanowiła tutaj kluczowy element. Gaja wzruszyła ramionami i odpisała:
Gaja: Bluzka z kotkiem.
Olimpia: Na pewno Cię nie poznał. Pewnie sądził, że mija go jakiś bezdomny.
Patrycja: Dał Ci złotówkę na bułkę?
Gaja: Nie obrażajcie mojej ulubionej koszulki.
Kalina: Jest 13:00, środek dnia. Jeśli wszystkie nie chcecie wkrótce być bezdomne, to weźcie się do roboty.
Słowa Kaliny miały zwykle magiczną moc i motywowały ludzi do działania. Gaja odłożyła telefon i zajęła się poprawianiem kolejnego tekstu. Komunikator milczał.