Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - Michał Kucharzyk

Kup ebooka

59.16 zł
49.10 zł (50,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zstąpienie

Widzicie, życie na Ziemi wcale nie jest takie proste na jakie z pozoru wygląda. To znaczy, hej, na pewno jest bardziej lajtowo niż w świecie nadprzyrodzonym, przeplatającym się ze światem śmiertelników, który (kurewsko oryginalnie) ochrzciliśmy Czwartym Wymiarem. Było tam co prawda trochę ciekawiej, ot jednego dnia polowaliśmy na anioły, drugiego ganialiśmy się z piekielnymi czartami i totalnie bez przypału sialiśmy chaos pod nosem samego Stwórcy, który w zasadzie chuja mógł nam zrobić, bo jak powiedział mu ten jego przydupas Janusz, będziemy potrzebni przy końcu świata, żeby pomóc przy rozpierdalaniu Ziemi w drobny mak. Brakowało nam jednak wielu dobrodziejstw cywilizacji, jakimi są na przykład whisky, burdele i wykop. Zresztą wybór nie był do końca nasz. Nie zeszliśmy na Ziemię z własnej woli. Wojna odpierdolił PEWNĄ AKCJĘ, która wkurwiła Stwórcę na tyle, że wystawił za naszą czwórką list gończy zarówno w Niebie, jak i Piekle. Może wam kiedyś o niej opowiem, ale serio - czasami wydaje mi się, że jestem jedynym ogarniętym członkiem tej pojebanej rodziny. Jak tylko Śmierć usłyszał, że jesteśmy w dupie, a Piekło i Niebo sprzymierzyli się, żeby nas zapierdolić, zaczął się opętańczo śmiać i wyleciał z domu z kosą w łapie. Dobrze, że Głód podłożył mu nogę i zapaleniec nadział się na to swoje naostrzone gówno, przez co mieliśmy go z głowy na tydzień i mogliśmy w spokoju pomyśleć co robić. W ten oto sposób zadecydowaliśmy, że musimy jak najszybciej spierdalać z Czwartego Wymiaru, bo nawet my nie mieliśmy szans ze zjednoczoną armią obu królestw. No i gdzie mogliśmy się udać? Oczywiście, że na Ziemię. Jak tak teraz na to patrzę, to w sumie dobrze się złożyło, czekanie na koniec w świata zaczynało być naprawdę nużące. Teraz mamy przynajmniej co robić.

Oto i my. Czterej Pierdoleni Jeźdźcy Apokalipsy. Żyjemy na Ziemi już dobrych parę lat, wciąż czekając aż Pan Buk zapomni o tym co odpierdolił Wojna i pozwoli nam wrócić do domu, ale wiecie co? Przestało nam na tym zależeć. Bawimy się świetnie i mamy zamiar tu zostać do jebanego końca świata. Wojna, jebany plejboj, znalazł sobie nawet loszkę, ale jest pewien problem - ta jego blondyneczka jest w drugiej klasie liceum. Bo widzicie, schodząc na Ziemię mogliśmy wybrać sobie facjaty, ot coś w stylu kreatora w Simsach. Niby sztos, ale nawet to nie naprawi mojego ryja. Cóż, w końcu jestem Zaraza, wywołuję choroby i trądzik. Ale dlaczego sam muszę mieć ryj jak trędowaty? Nawet zapytałem o to kiedyś tego, jak mu tam, świeżego Jana. A ten mi mówi coś o tym, że nie każdy rodzi się pięknym i kluczem do osiągnięcia szczęścia jest nauczenie się żyć ze swoimi słabościami. Zajebałem mu w mordę bo w poważaniu mam takie kurwa rady, a ten skurwiel, żeby mi dojebać, dopisał o mnie parę wersów do swojej ewangelii, przez co na zawsze będę obnosił się z tym pryszczatym, czerwonym, krzywym ryjem. Trochę przykro, patrząc na moich braci. No dobra, jest jeszcze Głód, ale jego poza fast foodami nie interesuje nic. Mógłby mieć całą mordę wymalowaną niezmywalnym gównem i nie zrobiłoby mu to w sumie żadnej różnicy, o ile wciąż miałby wstęp do KFC. Więc, jak już mówiłem schodząc na Ziemię mogliśmy zrobić sobie takie, nazwijmy to, awatary. Oczywiście wszyscy zrobiliśmy z siebie młodziutkich, ślicznych (poza mną) chłopców, których można było posądzić o bycie licealistami albo studenciakami.

Wojna, korzystając ze swojej pięknej buzi, poznał jakąś loszkę. Dlaczego mówię o tym już drugi raz? Widzicie, ten debil wciągnął nas w jak na razie najbardziej pojebaną akcję, jakiej doświadczyliśmy podczas naszego pobytu na Ziemi.

Podczas jednej z randek zapytała naszego lowelasa gdzie się uczy lub studiuje. Ten, oczywiście zmieszany, myśli co powiedzieć, ale ona zinterpretowała to w trochę inny sposób, zakładając, że pewnie go wyjebali czy coś i teraz wstyd mu się przyznać przez taką wielką damą. A ten debil? Oczywiście mówi, że tak tak, ale szuka nowej budy, gdzie mógłby się przepisać. Jak to się skończyło? Chyba nie muszę mówić.

Wrócił pod wieczór i mówi, że idziemy do jakiegoś gościa, żeby nam papiery skołował. Patrzymy na niego jak na debila, którym jest, nie wiedząc o chuj mu chodzi, żyliśmy na Ziemi już kupę czasu bez takich niepotrzebnych świstków jak dowody osobiste i tego typu gówna. A ten mówi, że zapisuje nas do liceum. Śmierć spadł z krzesła i nadział się na swoją kosę, która stała oparta o ścianę za nim. Głód i ja patrzymy na niego, zbyt zszkowani by cokolwiek powiedzieć. Zresztą nie mieliśmy nic do gadania. Chuj zapisał nas do Publicznego Liceum im. Jakiegoś Jebanego Profesora, którego nikt nie zna i który nic nie zrobił. A wszystko po to, by zabolcować jakąś lochę i boi się sam wciskać w środowisko ameb umysłowych zwanych licealistami. No kurwa, błagam. Przez tego debila zacząłem nakładać podkład, żeby choć trochę ukryć swoją szpetną mordę i móc wyjść na ulicę bez maski albo kaptura zaciągniętego na brodę. W sumie nie robiliśmy tego pod przymusem. Byliśmy zdania, że bekowo będzie zobaczyć jak to jest, być młodym i głupim śmiertelnikiem, plus, mieliśmy okazję podziwiać naszego Alvaro w akcji, co w samo sobie było pierwszorzędną komedią, wartą zmarnowania kilku godzin dziennie.

Niestety, Śmierć i Głód trafili do innej klasy, a ja wraz z Wojną trafiłem do najgorszej grupy społecznej z jaką przyszło mi się kiedykolwiek zetknąć. Do klasy HUMANISTYCZNEJ.

Zaczęło się niewinnie.

- Maciek.

- Jestem!

- Ola.

- Jestem!

- Wo... Wojna?

- Obecny!

- Eeee, dobra... Filip.

- Jestem.

- Zar... Co do chuja?

- Obecny!

- Kto wam nadawał te imiona ja przepraszam bardzo - Katechetka ewidentnie nie była specjalną fanką ewangelii świeżego Janusza.

- No, ten jak mu tam, Jasiek, wie Pani, ten przydupas Jezusa, z którymi łapali se ryby.

Kobieta wybiegła z klasy z krzykiem, że są z nas małe szatany i w ogóle co my robimy w jej katolickiej szkole. Później było trochę lepiej, nauczyła się nie poruszać tematu Apokalipsy, bo jak tylko padło choć jedno zdanie na ten temat, Śmierć zdejmował drzwi z kopa i wymachując kosą zaczynał wykrzykiwać jakieś randomowe łacińskie sentencje, których znaczenia sam pewnie nie znał. Raz nasza wychowawczyni się wkurwiła i zajebała mu tą kosę, ale on wykradł ją z magazynku następnego dnia, zastępując jakąś inną, którą znalazł na polu pod miastem. Innym razem Głód zamówił sobie do szkoły kilkanaście kilogramów nuggetsów z Maca i cały dzień ciągnął za sobą wielkie pudło, co jakiś czas zatrzymując się po to, by opierdolić małego kurczaczka w kilkucentymetrowej panierce. Nawet szanuję, choć sam preferowałem typowe, domowe żarcie. Podobno na matmie założył się ze Śmiercią, że trafi nauczyciela prosto w ryj jednym z tych nuggetsów. Zakład wygrał, ale ledwo wyłgał się od wyjebania ze szkoły.

We wtorkowe popołudnia, gdy ja, Wojna i jego dupeczka mieliśmy matmę, Głód i Śmierć mieli fizykę, w sali dokładnie pod nami. Tak się składa, że siedzę przy oknie, więc Śmierć pewnego razu wspiął się po rynnie na poziom naszego piętr i zaproponował mi grę w kości na hajs, bo mu na drożdżówkę w sklepiku nie starczy. Skisłem srogo, ale mówię no k, czemu nie. Przypał trochę, bo baba od matmy wydarła się na mnie, że co ja tam robię z tyłu. Moja odpowiedź, że gram w kości ze Śmiercią nie była chyba tą, której oczekiwała.

Śmierć najlepiej z naszej czwórki odnalazł się w nowym środowisku. Ze swoją głupią, czarną grzywką, basem, który kompletnie do niego nie pasował oraz uwielbieniem memów o samobójstwie i bezsensie istnienia, szybko znalazł paru kolegów, równie zjebanych co on sam.

U mnie było trochę gorzej, wszystkie przerwy starałem się spędzać albo w kiblu, albo gdzieś w kącie, żeby ludzi nie straszyć, ale raz miałem taką sytuację, że podbiła do mnie jakaś loszka, takie intrygujące 8/10 w porywach nawet do dziewiątki.

- Siema Zaraza, co tam? Jak ci się podoba na naszym ziemskim padole, Jeźdźcze Apokalipsy? - Odetchnąłem z ulgą bo laska najwyraźniej wiedziała kim jesteśmy i nie musiałem dłużej tego ukrywać.

- Ogólnie całkiem sztos. Miałem już w sumie dość napierdalania się z aniołami i demonami, wakacje na Ziemi to całkiem miła odmiana - uśmiechnąłem się promiennie. Dziwnie na mnie spojrzała, ale ja już mówiłem dalej.

- Wbiliśmy tu w zasadzie tylko na chwilę, ale chyba zostaniemy na dłużej, tym bardziej, że Wojna wyczaił jakąś dziołchę, którą ma zamiar przelecieć. Zresztą, Stwórca wciąż jest na nas wkurwiony za to co odjebaliśmy i chyba...

- Jesteś pojebany lol - stwierdziła i ruszyła korytarzem. Dogoniłem ją szybko i nie myśląc o konsekwencjach, złapałem za rękę.

- Spierdalaj zboczeńcu! - wrzasnęła i uciekła.

Dwa dni później zdechła na syfilis. Dobrze ci tak kurwo.

Mimo, że zarażanie ludźmi randomowymi śmiertelnymi chorobami bez powodu było wbrew zasadom jakie ustaliliśmy z chłopakami, nie mogłem się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie pobawić się swoimi mocami. Pod tym względem byłem na swój sposób unikalny. Głód mógł co najwyżej odchudzać grube lochy, wysysając z nich tłuszcz i dusze (super moc kurwo). Śmierć poza kosą był zwykłym przegrywem z myślami samobójczymi (XDDDD), a Wojna to po prostu plejboj, który napierdala się z każdym kto krzywo na niego spojrzy. Żaden z nich nie pozna nigdy satysfakcji jaką jest zarażenie trądem kogoś kto nadepnął ci na odcisk. To właśnie spotkało naszego byłego matematyka, ale z tego akurat nie jestem specjalnie dumny. Mogłem znaleźć bardziej subtelny sposób na podwyższenie oceny.

Mniej więcej w połowie semestru wydarzyła całkiem zabawna sytuacja. Nasza katolicka szkoła stała się celem terrorystów, którzy wzięli nas jako zakładników. To, co Śmierć i Wojna wtedy odjebali powinno być uwiecznione w kronice szkoły capslockiem i kursywą. Nawet kurwa z podkreśleniem.

Kiedy te brodate pojeby wiązały nas sznurkami i straszyli jakimiś kurwa glockami wyciętymi z tektury, Śmierć był akurat w kiblu. Wychodzi, patrzy się co tu się odpierdala i po chwili namysłu wraca do klasy, bierze kosę i jak się nie rzuci na jednego z nich XD. Wojna patrząc na to, obudził w sobie samca alfa. Broniąc swojej loszki, zerwał się i biegając po ścianach zaczął dźgać allahakbarów nożykiem do papieru, bo zostawił swój miecz w domu. W pięć minut było po wszystkim, a nam pozostało tylko nagrodzić to jebane szoł oklaskami i statusem na Fb.

Ostatnio skończył się pierwszy semestr i muszę przyznać, że bawiłem się zaskakująco dobrze. Głód śmieje się ze mnie bo mam zamiar wywalczyć świadectwo z paskiem i stypendium, ale w chuju go mam. Wszystkim nam się tu spodobało, ale czuję, że jeszcze kilka takich akcji i wypierdolą nas stąd na zbite pyski. Tymczasem Wojna, który nas w to wciągnął, wciąż nie może swojej laluni zaciągnąć do łóżka, więc przynajmniej mamy powód, żeby tu zostać. Jebać konflikt Niebo - Piekło, jebać Stwórcę i koniec świata. Życie na Ziemi to jest jednak to.

Starcie z kremówkarzem

Witam ponownie. Zaraza przy klawiaturze z kolejną historią do przekazania. Well, w zasadzie to po prostu dokończę swoją poprzednią opowieść, musicie mi wybaczyć to gwałtowne zakończenie poprzedniego posta, ale jakiś anioł właśnie wleciał nam przez okno i musiałem szybko pomóc braciom ogarnąć tego niebiańskiego skurwiela. Dobra, bez spoilerów, zaparzcie sobie herbatki, polejcie wódki czy czego tam sobie chcecie i pozwólcie, że opowiem wam o naszej nieco nudnej batalii na placu świętego Piotra.

Skończyłem na tym, że zdecydowałem się pomóc braciom, na złamanie karku gnając przez plac, o ile dobrze pamiętam. Ach takie dramatyczne ujęcie, wyobrażacie to sobie? Ja, wciąż ubrany w tą dziwaczną sukienkę, ociekający krwią i ściskający w łapie tą laskę podarowaną mi przez papieża, która o dziwo okazała się całkiem wytrzymała, a przy tym dość skuteczna w walce, wokół mnie wszystko płonie i wybucha, wszędzie dym i smród palonych piór... Mówię wam, materiał na dobry plakat, albo nawet krótki teaser.

Anyway, tak szczerze nie miałem bladego pojęcia co robię, więc wkraczając pomiędzy walczących zaczynałem powoli żałować swojej heroicznej decyzji. Może Hermes miał rację? Może bracia poradzą sobie beze mnie, a ja dam się teraz zabić jak ostatni przegryw? Ostatni raz widziałem Głód i Śmierć kiedy walczyli gdzieś pod papieżowym balkonikiem. Wojna wciąż był pewnie na górze, opętany przez tego zdrajcę. Miałem szczerą nadzieję, że damy radę przywrócić mu rozum. Na razie musieliśmy się przede wszystkim zająć przeżyciem anielskiego ataku.

Widzicie, z aniołami i demonami jest tak, że jedni i drudzy mają swoje portale, którymi wychodzą na Ziemię. Nie jest tak, że pyk i pojawiają się w dowolnym miejscu na świecie. Wchodzą sobie do takiej kosmicznej próżni, czekają na zatwierdzenie przez Stwórcę i są wysyłani w miejsce, gdzie są potrzebni. Proste.

Wszystko wskazywało na to, że Bóg zdecydował się wysłać na nas całe swoje legiony, bo z każdą chwilą na placu robił się coraz większy tłok. Zacząłem wypatrywać portali z których te skrzydlate gówna wychodzą, bo zniszczenie ich byłoby najlepszym sposobem na powstrzymanie ich napływu.

Wtedy dostrzegłem Głód, który wymachując swoim biczem, odpędzał od siebie chmary aniołów. Jeden z nich podstępnie zanurkował, próbując podciąć nogi mojemu bratu, ale ja byłem szybszy i jednym szybkim ciosem rozjebałem mu czaszkę, fundując sobie kąpiel w błękitnej krwi.

- O, Zaraza, siema - przywitał mnie Głód, nie przestając wymachiwać swoim biczem. - Gdzie Wojna?

- Wciąż na górze - odparłem, rozdając kopniaki na wszystkie strony. - Kojtyła opętał go w jakiś sposób, ledwo uszedłem z życiem.

- Taa, widzieliśmy twój piękny lot - wydyszał biorąc zamach.

- Gdzie Śmierć?

- Rozwala właśnie jeden z portali, ja próbuję się przebić do drugiego.

- Co ich tu tak kurwa dużo? - sapnąłem łamiąc kilka żeber pobliskiemu aniołowi.

- Chyba Bóg naprawdę się na nas wkurwił... Patrz, jest i portal. - Ruszył do przodu i z całej siły uderzył pięścią w run wymalowany na ziemi. Wokół nas zawirował przez chwilę niebieski dym, sygnalizujący wygaśnięcie portalu.

- Sztos - pochwaliłem brata i spojrzałem na drugi koniec placu, gdzie Śmierć wymachiwał swoją ukochaną kosą, próbując ściągnąć z siebie kilka aniołów, które siedziały mu na plecach i usiłowały poderżnąć mu gardło swoimi pazurami. Nie miały jednak szans i nasz mały król autyzmu poradził sobie z nimi bez mrugnięcia okiem. Zrzucił je z siebie jak gdyby odpędzał się od kilku natrętnych much, a następnie skrupulatnie dobił je na ziemi. Podniósł głowę do góry i radośnie pomachał na nasz widok.

- O, Zaraza, jednak żyjesz. Kurwa, no i przegrałem trzy dyszki - zmartwił się.

- Pies Cię jebał. - Przybliżyłem się nieco, roztrzaskując po drodze kilka czaszek.

- Rozjebałem drugi portal.

- Były tylko dwa?

- Na to wychodzi, uważaj. - Machnął swoją kosą i pozbawił anioła obok mnie połowy ciała.

- Musimy wyciągnąć Wojnę, on...

Dalsze wyjaśnienia nie były potrzebne bo nasz brat właśnie pojawił się na placu boju ściskając w łapie swój wielki mieczor. Jego oczy świeciły na czerwono, a musicie wiedzieć, że to nie jest ich naturalny kolor. Anielskie zastępy zaczęły się powoli przerzedzać i wszystko wskazywało na to, że wygraliśmy tę batalię. Teraz pozostawało tylko ogarnąć Wojnę i mogliśmy wreszcie uciekać. Ale nasz braciszek nawet w minimalnym stopniu nie wyglądał na chętnego do bycia ogarniętym i rzucił się na nas drąc mordę w jakimś dziwnym języku. Na szczęście Głód kontrolował sytuację i jednym machnięciem bicza sprowadził go do parteru.

- Co on powiedział? - spytał.

- Nie wiem kurwa, co nas to obchodzi?

- Może będziemy się w stanie dowiedzieć co go spotkało, jeśli ustalimy pochodzenie tej klątwy, czy cokolwiek zmusza go do atakowania nas. - Wojna mruknął coś pod nosem podnosząc się z ziemi.

- Brzmi jak mowa przedwiecznych. - stwierdził Śmierć.

- Gówno tam, to chyba hebrajski - poprawiłem go. - Czyli co, jakaś biblijna klątwa? - Głód zaczął nerwowo klepać w swój telefon.

- Przytrzymajcie go. Zadzwonię do eksperta.

Spojrzeliśmy na siebie ze Śmiercią i przygotowaliśmy się na przyjęcie ataków Wojny.

- Halo? Noe? Co? Nie nie, żadna... Kurwa, rozłączył się. Do nikogo innego ze Starego Testamentu nie mam numeru.

- A Mojżesz? - wydyszał Śmierć, blokując cios.

- A, bez kitu. Halo? Słuchaj miałbyś może chwilę? Mamy tu przypadek opętania i pomyśleliśmy... W Watykanie. O chuj, serio? Dobra, czekamy - odwrócił się do nas.

- Będzie tu za dwie minu... - Wojna chybił jego głowę o kilka centymetrów.

- KURWA MAĆ WYPIERDALAJ MI Z TYM. - wydarł mordę i sprzedał agresorowi siarczystego plaskacza. - JA PIERDOLĘ NAWET POGADAĆ NIE MOŻNA W SPOKOJU.

Wojna był tak zdziwiony tym niespodziewanym ciosem, że zamarł i zmierzył Głód spojrzeniem pełnym czegoś, czego w jego oczach nie było nigdy wcześniej - strachu.

Nim zaczęliśmy ze Śmiercią klaskać, nad nami pojawił się biały obłoczek, który powoli opadł na Ziemię.

- Witam, udało mi się być jednak trochę wcześniej - przywitał się Mojżesz. - Gdzie jest nasz pacjent? - spojrzał na Wojnę, który właśnie zamachiwał się mieczem.

- Ach, więc to on - mruknął stawiając krok do tyłu. - Wygląda mi to na zwyczaje opętanie przez szatana opisane w ksiedze...

- Z całym szacunkiem Panie Mojżeszu - odezwałem się - ale mamy to w dupie. Jak to odkręcić?

- Cóż, to bardzo proste, musicie zmusić tego, kto to zrobił, by zakreślił znak krzyża na jego czole. To powinno zadziałać. - Wymieniliśmy spojrzenia.

- Szlag, Kojtyła na pewno już dawno spierdolił.

- Wait - mruknął Śmierć - czy to przypadkiem nie on?

Odwróciliśmy się. Podstępny kremówkarz próbował przekraść się za naszymi plecami, by dostać się do wyjścia z placu. Na nasz widok zaczął uciekać, lecz zaraz przystanął i zaczął rysować coś na ziemi wyciągniętą z kieszeni kredą.

- Tworzy portal, szybko! - wrzasnął Głód.

W swojej gustownej sukience nie mogłem nawet biegać, więc heroicznie zająłem się przypilnowaniem Wojny, który w szale machał mieczem na wszystkie strony, podczas gdy bracia pobiegli zatrzymać papieża.

No to co, ja się będę zbierał - uśmiechnął się Mojżesz podziwiając moje mistrzowskie uniki. - Mam nadzieję, że pomogłem - nie czekając na odpowiedź wsiadł na swoją białą chmurkę i odleciał.

Śmierć i Głód tymczasem dobiegli już do papieża, który był tak przerażony, że ledwo mógł utrzymać w ręce kredę. Nim jednak bracia zdołali go złapać, portal nagle się otworzył i zdrajca spadł w dół rechocząc ze śmiechu. Głód jednak, który swoją drogą ma refleks chyba najlepszy z nas wszystkich, zdążył zamachnąć się biczem, który owinął papajowi wokół nadgarstka. Buchnął niebieski dym, a kiedy opadł okazało się, że mimo wszystko Bóg od czasu do czasu staje jednak po naszej stronie. Wśród popiołu, leżała ucięta, pomarszczona dłoń.

- Mamy to ahahhah! - uradował się Śmierć i zaczął biec w moją stronę.

Muszę powiedzieć, że miałem już serdecznie dość odpierania ataków Wojny, a moja prowizoryczna broń była na skraju wytrzymałości. Zupełnie jak ja. Śmierć zaszedł go od tyłu i błyskawicznie wymalował środkowym palcem znak krzyża na jego czole. Nastąpiła chwila prawdy. Wojna podniósł wzrok i rozejrzał się wokół.

- Powiem wam, że to oficjalnie najgorsze wakacje na jakich byłem w życiu.

Trudno było nie przyznać mu racji.

Na dziewczyny

Wiecie co jest najgorsze w życiu na Ziemi? Oczywiście poza zamkniętym monopolowym, trylogią Greja i twórczością Sarsy, bo to rzeczy aż nazbyt oczywiste. Nuda. Ten moment, kiedy nie masz ochoty na nic, najchętniej leżałbyś w łóżku całymi dniami, żłopiąc browarka za browarkiem, oglądając kolejne seriale na Netflixie i modląc się o to, żeby wreszcie nadszedł ten cholerny koniec świata. Ale on nie nadchodzi i powoli zaczynasz dostrzegać jak monotonne staje się twoje życie, powoli spadasz w otchłań depresji, a jedynym co powstrzymuje Cię od samobójstwa jest kolejny odcinek Bojack Horsemana.

- Wstawaj kurwa - stwierdził pewnego razu Wojna. - Siedzisz w domu cały lipiec, weź się kurwa wreszcie ogarnij i wyjdź gdzieś z nami.

- Czoooooo? - ziewnąłem znudzony.

- Gówno, ubieraj się. Idziesz dzisiaj z nami na miasto.

- Kiedy ja nie chcę... - mruknąłem obracając się na drugi bok i podsuwając ekran telefonu bliżej oczu. Prędko jednak tego pożałowałem bo wkurwiony Wojna złapał mnie za nogę i zawlekł do łazienki.

- Masz dziesięć minut, żeby się ogarnąć. Głód i Śmierć już czekają.

- Ale gdzie wy w ogóle chcecie iść? - przeciągnąłem się.

Wojna uśmiechnął się zawadiacko.

- Na dziewczyny.

W pierwszej chwili myślałem, że robi sobie ze mnie jaja, ale kiedy po dziesięciu minutach wywlókł mnie z łazienki i kazał ubrać się w najlepszą koszulę jaką mam, zacząłem podejrzewać, że cała trójka coś knuje. Odjebałem się jak na rozdanie Oscarów, ale nie ustąpiłem i wbrew namowom Wojny nałożyłem maskę, bo jakby ktoś mnie w nocy zobaczył to pomyślałby, że bierze udział w kręceniu zdjęć do jakiegoś nowego horroru.

Mam cały komplet masek, każda na inną okazję, ale tego wieczoru zdecydowałem się wziąć swoją ulubioną przedstawiającą uśmiechnięte oblicze pana Roberta Makłowicza.

- Zaraza, nie możesz iść na dziwki w masce tego kuchcika - stwierdził z niesmakiem Wojna.

- Niby czemu? - odparłem wiążąc sznurówki swoich conversów.

- Bo... ee... dobra, chuj z tym. - westchnął i otworzył mi drzwi. Cóż za dżentelmen, pomyślałby kto.

Lokal do którego mnie zaprowadzili nie wyglądał zbyt zachęcająco.

- Ej, chłopaki nie podoba mi się tu, wracam na chatę. - zbuntowałem się po tym jak kelnerka wylała mi na krocze podejrzanie wyglądający drink.

- Oj weź, nie świruj. - uspokoił mnie Głód. - Jakby nie patrzeć na Ziemi wciąż jesteś prawiczkiem, pamiętaj o tym - mrugnął do mnie.

Westchnąłem, ale grzecznie poczekałem, aż podjedzie do nas ktoś z "obsługi".

- Witam Serdecznie w burdelu Afrodyty o numerze sześćdziesiąt dziewięć tysięcy czterysta dwadzieścia. Czym mogę pomóc?

Podniosłem wzrok. Przed nami stała młoda dziewczyna ściskająca w ręku coś co wyglądało jak plik ważnych dokumentów.

- Nasz braciszek chciałby zaliczyć jedną z waszych panienek. - uśmiechnął się Wojna. - Ale my również nie pogardzimy jakimiś niezłymi sztukami.

- Hm. Rozumiem. Polecamy aktualnie Sukkuby, są na przecenie. - Przeniosła wzrok na mnie i z rozbawieniem przyjrzała się mojej masce.

- A dla ciebie mam coś specjalnego. Chodź za mną. - Odwróciłem się do braci i pomachałem ręką, wciąż nie do końca przekonany co do tego pomysłu, ale mimo wszystko niezwykle wdzięczny, bo w końcu to oni płacili.

Dała mi trzy opcje do wyboru. Pierwszą była syrena, czyli głównie oral, druga wyglądała na harpię pozbawioną skrzydeł (skreśliłem na samym początku), zaś trzecią była...

- Maria Magdalena? - zdziwiłem się. - Co ty tutaj robisz?

- Kurwa mać - oburzyła się święta ladacznica. - Myślałam, że jak się przefarbuję na rudo to nikt mnie nie pozna i będę miała spokój chociaż na trochę.

- Jestem Jeźdźcem, nas niełatwo oszukać - odpowiedziałem uśmiechem, którego i tak nie było widać pod maską.

Zapadła cisza i zrozumiałem, że popełniłem błąd ujawniając swoją tożsamość. Desperacko spróbowałem ratować sytuację.

- W sensie eeee... uwielbiam na jeźdźca, a ty? - wydukałem.

- Brać go - syknęła za moimi plecami dziewczyna z obsługi.

- Kurwa mać. Chyba dziś nie porucham - westchnąłem i wyciągnąłem z kieszeni mały zatruty sztylecik, który zawsze nosiłem przy sobie na czarną godzinę. W walce był raczej bezużyteczny, z racji swoich rozmiarów i niezbyt wygodnego kształtu ostrza, wygiętego pod dziwacznym kątem, jednak w starciu z grupą prostytutek powinien spełnić swoje zadanie równie dobrze co miecz lub topór.

Światło zgasło i nie ukrywam, wpadłem w lekką panikę słysząc wokół szepczące głosy, pełne kpin i wyzwisk pod moim adresem. Zacząłem machać ostrzem na oślep, ale bezskutecznie, odpowiedzią był tylko stłumiony śmiech.

- Choooodź do nas - szeptały. - Zaaabaaw się...

- Przeszła mi ochota - mruknąłem i wymacałem na stoliku obok małą lampkę.

Błysk światła zdezorientował mnie na moment i omal nie doprowadził do śmierci ze strony harpii z numerem dwa. Uchyliłem się w ostatniej chwili, ale jej pazury przecięły maskę i zdarły mi skórę z policzka.

- Skreśliłem cię na samym początku suko. - Zdyszany wbiłem jej sztylet w kark nim zdążyła się odwrócić.

Nie czekając na reakcję reszty pracowniczek domu publicznego, rzuciłem się biegiem w głąb korytarza, nie oglądając się za siebie i modląc o to, by trafić do wyjścia.

Po drodze wpadłem na jakiegoś komicznie wyglądającego jegomościa, który z niesmakiem przyjrzał się mojej masce i chyba chciał coś powiedzieć, ale za bardzo się spieszyłem, żeby wysłuchać o co chodzi. Nie miałem już siły biec i obijając się o ściany szukałem jakiejś kryjówki, żeby choć na chwilę zgubić pościg. Wpadłem do kibla, żeby złapać oddech i przynajmniej ochlapać wodą ranę na policzku. Zdarłem z twarzy tę durną maskę i pochyliłem się nad zlewem, ledwo łapiąc oddech.

Nagle usłyszałem jakiś hałas na korytarzu i przyłożyłem ucho do drzwi, owijając sobie twarz papierem toaletowym.

- Drodzy państwo ja nie rozumiem o co chodzi, przybyłem do państwa z zamiarem... - odezwał się męski głos, prawdopodobnie należący do gościa, którego minąłem na korytarzu. Wydawał mi się dziwnie znajomy.

- To on, zabierzcie go do Afrodyty, niech ona zdecyduje co z nim zrobić. - przerwała mu Maria Magdalena.

Nie wiedziałem o chuj chodzi, ale najwyraźniej przestałem być już w centrum uwagi i wychyliłem się na korytarz. Za zakrętem znikały właśnie dwie diablice prowadzące najwybitniejszego kucharza i podróżnika, Roberta Makłowicza. Maria Magdalena odwróciła się w moją stronę.

- O, witam, przepraszam najmocniej - uśmiechnęła się. - Mogę panu w czymś pomóc?

Spojrzałem na nią marszcząc brwi.

- Chyba tak - mruknąłem.

Przyjrzała się bliżej mojej twarzy ociekającej krwią i niedbale owiniętej papierem.

- Fan mocnych wrażeń, hę?

- Chyba można tak powiedzieć - powiedziałem rozpinając rozporek.

Wojna domowa

Wiecie co jest gorsze od ogarniania burdelu po niezbyt udanej imprezie? Nic kurwa, absolutnie nic. Zwłaszcza jeśli do zbierania porozrzucanego po całym mieszkaniu szkła i zdrapywania zaschniętej spermy ze ścian dochodzi wynoszenie nagich ciał, w większości przypadków pozbawionych kończyn i części organów wewnętrznych. No i oczywiście jak zwykle była to moja wina.

- Gdybyś nie wyjebał nas wszystkich na klatkę, pozostawiając na pastwę demonów zupełnie bezbronnych, nie musielibyśmy się teraz tyle z tym jebać - powtarzał wkurwiony Wojna, któremu demon odgryzł spory kawał mięcha z uda. Ledwo chodził, ale obelgami rzucał równie sprawnie co zawsze.

Z naszej czwórki najbardziej poszkodowany był jednak biedny Głód, który zupełnie stracił czucie w prawej ręce i dostał jakiegoś urazu łba, przez co cały czas leżał w łóżku gapiąc się tępo w ścianę. Nie wyglądało to dobrze, zwłaszcza patrząc na to, że nie ożywiło go nawet zamówienie przez nas kilkunastu burgerów z najbardziej legitnego lokalu w mieście. Wpierdolił je wszystkie jeden po drugim, jednak najwyraźniej nie było to właściwe lekarstwo na jego dolegliwości.

W zasadzie jedyną osobą poza mną, która wyszła z tej całej masakry bez szwanku był Śmierć. To znaczy, bez fizycznego szwanku. Biedak na widok tych wszystkich par wpadł w dość poważną depresję i jego jedynym zajęciem było dopijanie całego alko, jakie zostało po tej szalonej imprezie. Rozumiałem go całkowicie, sam z trudem powstrzymywałem wymioty patrząc na gruchające do siebie gołąbki. Nasz brak tolerancji na ten szajs miał jednak zupełnie różne przyczyny. O ile mnie wkurwiał sam widok miziających się par, to Śmierć miał bardziej osobiste powody, by przeżywać to w taki sposób. Otóż ten słodziak zakochał się w nikim innym tylko w loszce Wojny. Nie krył się z tym ani trochę, mówiąc nam o tym kilkukrotnie po pijaku. Pomiędzy nimi dwoma nie było specjalnie jakiegoś konfliktu, ot temat tej dziewczyny stał się po prostu tabu. Był jednak wciąż obecny w naszych głowach, bo zarówno sam Śmierć jak i Wojna od dłuższego czasu dawali sobie subtelne komunikaty, że między nimi wszystko jest okej, ale brzmiało to jak matka zapewniająca dziecko, że życie jest piękne i cały świat stoi przed nim otworem. Czysty bullshit, tak więc czekałem tylko kiedy ta bomba zegarowa pierdolnie. Wszystko wskazywało, ze nastąpi to niedługo i gdyby ktoś mnie zapytał, to pewnie odpowiedziałbym, że nie byłem z tego powodu specjalnie zadowolony.

Około 16:00 wyniosłem z mieszkania ostatnie ciało. Już ich nawet nie liczyłem, miałem serdecznie wyjebane kto zdechł, a kto przeżył demoniczny atak. Grunt, że święty Jan wyszedł z tej burdy cało. Reszta mnie nie obchodziła, w większości ich nie znałem. Pod wieczór podjechała śmieciarka i zabrała ich truchła, dzięki czemu mogłem wreszcie zająć się właściwą częścią ogarniania tego burdelu.

Sprzątanie mieszkania było zdecydowanie trudniejsze niż mi się z początku wydawało. Zwłaszcza, że Wojna rozłożył się na kanapie w salonie i co chwila darł mordę, że "tu jeszcze jest plama krwi", "tam leży czyjaś noga". Normalnie wygarnąłbym mu, co myślę o jego "pomocy", ale było mi zbyt głupio, bo przeze mnie nieprędko stanie na własnych nogach, nie mówiąc już o walce. I tak nieźle sobie poradził poprzedniej nocy, gołymi rękami rozłupując czaszki kilkunastu demonom, broniąc swojej loszki, która dzięki niemu przeżyła tę krwawą potyczkę bez najmniejszego zadrapania. Doznała jednak tak olbrzymiego szoku, że na prośbę Wojny musiałem ją odwieźć do szpitala. Dochodziła powoli do siebie, ale nie zmieniało to faktu, że relacje tej dwójki mogły na tym solidnie ucierpieć. Okaże się to dopiero, gdy ją wypuszczą, ale dodając do całego równania Śmierć, wszystko zmierzało w niezbyt ciekawym kierunku.

Okej, skłamałem. Nazwijcie mnie skurwysynem, ale na myśl o tym, że wszystko zmierzało do nieuchronnego konfliktu tej dwójki, zacierałem ręce z podniecenia i odruchowo sięgałem po popcorn. Zbyt dobrze się bawiłem, by ich uspokajać i przekonywać, że nie ma powodu przechodzić do rękoczynów. Frajda jaką czerpałem z obserwowania jak rzucają sobie nienawistne spojrzenia siedząc wspólnie przy stole była nie do opisania. Pewnie wynikało to z faktu, że miałem 100% pewności, że i tak się pogodzą, a Śmierć prędzej czy później znajdzie własną dupeczkę i zapomni o wybrance Wojny. Czasami głupio się czułem, kiedy rzucając spojrzenie na naszego mrocznego żniwiarza, strzelającego dwudziestą kolejkę wódy, odruchowo uśmiechałem się pod nosem. Zaczynało się robić ciekawie, a ja, jako zupełnie obojętny gracz, nieopowiadający się po żadnej ze stron, mogłem śmiało kibicować obu.

Normalnie nie marnowałbym czasu na streszczanie skomplikowanych relacji tych słodkich debili pasywnie skaczących sobie do gardeł, gdyby nie fakt, że moja przerwana osiemnastka stała się tą przysłowiową kroplą, która nie mieści się w czarze pełnej spermy i krwi. Podczas sprzątania nastąpiła długo wyczekiwana przeze mnie kumulacja. Śmierć nagle podniósł się z krzesła, z którego nie schodził od paru dobrych godzin i podszedł do swojej kosy opartej o ścianę.

- Nawet nie próbuj - mruknął Wojna obserwując go bacznie kątem oka. Spojrzał na mnie, licząc, że zainterweniuję, ale ja udawałem, że nie wiem o co chodzi, pochłonięty myciem podłogi.

- Zaraza.

Odwróciłem się gwałtownie zdziwiony, że to moje imię padło z ust wkurwionego nie na żarty Śmierci.

- Słucham? - spytałem ostrożnie obserwując jak mój brat chwyta swoją ukochaną broń w obie ręce.

- To wszystko twoja wina. To przez Ciebie do tego doszło - wysapał. - Przez cały ten czas stałeś z boku, uważając się za biernego obserwatora. Świetnie się bawiłeś patrząc na moje cierpienie.

- Kurwa jaka drama się z tego robi - mruknął Głód, któremu najwyraźniej powoli wracała umiejętność komunikowania się z otoczeniem. - Odstaw swoją zabawkę i pomóż mu lepiej sprzątać, a nie odpierdalasz jakieś edgy szoł.

Śmierć zawahał się. Może zrobiło mu się głupio, może po prostu ucieszył się, że Głód w końcu się ocknął z tego dziwacznego transu.

- Nie chcę być takim przegrywem jak ty, Zaraza - szepnął wbijając we mnie swoje czarne ślepia. - Chcesz, żebym cierpiał, bo boisz się zostać jedynym z naszej czwórki, który jest tak straszliwie zjebany na mordę, że próbuje to zakryć pod przykrywką tych debilnych, błyskotliwych tekstów i...

- Ej, Śmierć - wtrącił się Wojna. - Byłbyś tak łaskaw i zamknął wreszcie mordę? Chętnie bym się zdrzemnął, a twoje pierdolenie nad uchem wcale w tym nie pomaga.

Pierwszy raz widziałem Śmierć w takim stanie. Nie spodziewałem się, że to ja nagle stanę się celem, w który wymierzy swoją nienawiść. Interesujące. I całkiem zabawne. Chwyciłem za swój rewolwer, który leżał na szafce obok i wycelowałem prosto w niego.

- Siadaj, albo dołączysz do Głodu i Wojny - odparłem najbardziej poważnym tonem na jaki było mnie stać. Nie było to proste bo w głębi duszy pękałem ze śmiechu.

- Zabiłbyś mnie, ty ma...

- ZARAZ JA TO ZROBIĘ, JEŚLI NIE ZAMKNIESZ RYJA! - wrzasnął nagle Głód, próbując podnieść się z łóżka. - JESTEŚ NAJEBANY W TRZY DUPY I CI ODPIERDALA.

- Dzwonię do Polsatu - stwierdził Wojna biorąc w rękę telefon.

W tym momencie nie wytrzymałem i parsknąłem gwałtownym, szczerym śmiechem. Chwilę mojego rozkojarzenia wykorzystał jednak Śmierć, który rzucił się na mnie wykrzykując coś po łacinie. Na moje szczęście, zrywając boki pochyliłem nieco głowę, więc ostrze kosy delikatnie musnęło moje włosy i wbiło się w ścianę obok.

- Oho, robi się ciekawie - stwierdził Wojna.

- Może byś tam pomógł zamiast gadać - sapnąłem próbując odepchnąć Śmierć od jego broni.

Nagle w mieszkaniu rozległ się huk. Po chwili ciszy usłyszeliśmy znajomy nam głos.

- Sup bitcheeeeeeeees.

Na środku salonu pojawił się Jezus we własnej osobie. Spojrzał zdziwiony na mnie i Śmierć zamarłych w dość jednoznacznej pozycji, ale nie skomentował tego w żaden sposób.

- Mam dla Ciebie spóźniony prezent Zaraza - powiedział radośnie. - Gadałem z Janem. Zgodził się na małą niespodziankę.

- Hipisie, wiemy, że zostałeś posłany przez Boga, bo nikt nie mógłby czynić takich cudów, jakie Ty czynisz, gdyby On go nie posłał.

- Zapewniam cię - rzekł Jezus - że jeśli się ktoś nie narodzi na nowo, nie ujrzy królestwa Bożego.

- Urodzić się na nowo? - zdumiałem się nie rozumiejąc o chuj mu chodzi. - Będąc starcem? Czy można powtórnie wejść do łona matki i urodzić się?

- Po pierwsze nie masz matki i nigdy się nie urodziłeś. A po drugie jeszcze raz cię zapewniam - powtórzył Jezus - że jeśli człowiek nie narodzi się z wody i z Ducha, nie wejdzie do królestwa Bożego. Kto się narodził fizycznie, żyje tylko fizycznie. Kto się jednak narodził z Ducha, żyje także duchowo! Nie dziw się więc, że powiedziałem, iż trzeba się narodzić na nowo. Wiatr wieje, gdzie chce. Słyszysz go, ale nie wiesz, skąd i dokąd wieje. Podobnie jest z narodzeniem z Ducha - widzisz skutki, ale nie widzisz przyczyny.

- Co kurwa? - pytałem dalej siłując się ze Śmiercią, który usiłował wyrwać swoją kosę ze ściany.

- Jesteś Jeźdźcem i nie wiesz tego? - odparł Jezus. - Zapewniam cię, że mówię o tym, co dobrze znam i co sam widziałem, ale wy nie uznajecie tego. Jeśli nie wierzycie w to, co mówię o sprawach ziemskich, to jak uwierzycie w to, co powiem o sprawach niebiańskich? Nikt jednak nie wstąpił do nieba oprócz Mnie, Syna Człowieczego. Stamtąd bowiem przyszedłem. Podobnie jak wąż, który na pustyni został podniesiony w górę przez Mojżesza, tak i Ja, Syn Człowieczy, również muszę zostać podniesiony w górę, aby każdy, kto Mi uwierzy, otrzymał życie wieczne. Tak bowiem Bóg ukochał świat, że oddał swojego jedynego Syna, aby każdy, kto Mu uwierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Bóg nie posłał Syna, aby potępił świat, lecz aby go zbawił. Ten, kto Mu wierzy, nie podlega potępieniu. Ale ten, kto Mu nie wierzy, już został osądzony, bo nie uwierzył jedynemu Synowi Bożemu. Wyrok taki zapadł dlatego, że chociaż na świat przyszło światło, ludzie bardziej pokochali ciemność, bo ich czyny były złe. Ten, kto czyni zło, nienawidzi światła i nie zbliża się do niego, aby nie wyszły na jaw jego czyny. Kto zaś postępuje zgodnie z prawdą, zbliża się do światła, aby ujawniły się jego czyny, które podobają się Bogu. - Skończywszy swój pojebany wywód, chwycił mnie za dłoń.

- Spierdalaj debilu. - Próbowałem się wyrwać, ale po chwili straciłem kompletnie czucie w całej ręce, a kilka sekund później opadłem bezsilnie na podłogę. Czułem się... dziwnie. Bardzo dziwnie. Chrystus podsunął mi pod nos Biblię.

- Kiedyś przeczytam, obiecuję. - Próbowałem się ruszyć, ale bezskutecznie. Zupełnie jakbym nagle zamienił się w kamienny posąg. Dopiero po chwili spostrzegłem, że Jezus wskazuje mi palcem jeden konkretny fragment.

- "I widziałem, a oto koń biały, a ten, który na nim siedział, miał łuk, i dano mu koronę, i wyszedł jako zwycięzca, ażeby zwyciężał" - odczytałem na głos. - Zaraz, czy to znaczy, że...

- Jan zmienił apokalipsę - uśmiechnął się Jezus. - Od teraz nie jesteś już Zarazą. Tylko... Zwycięzcą.

To mówiąc rozpłynął się w chmurze dymu, zostawiając mnie na środku podłogi.

- A... ha? - mruknąłem otrzepując się z kurzu.

- Coś mnie ominęło? - stęknął Wojna budząc się z drzemki. - Jeszcze się nie zabiliście? Co jest z Tobą Zaraza? Pokaż temu frajerowi, kto tu rządzi.

- Nie jestem już Zarazą. - Podjarany do granic możliwości spojrzałem w lustro wiszące na ścianie. To nie była moja twarz. Wszelkie ślady syfów na mordzie, wszystkie szramy i blizny, które od tak długiego czasu sprawiały, że bałem się wychodzić z domu, nagle zniknęły. Wyglądałem... Dobrze. Mój Boże, wyglądałem WSPANIALE.

Wojna i Głód z niedowierzaniem przyglądali się mojemu nowemu wcieleniu. Rzeczywiście urodziłem się po raz kolejny. A w zasadzie - po raz pierwszy.

- Jestem Zwy... - w tym momencie poczułem gwałtowny ból poniżej klatki piersiowej. Gdy opuściłem wzrok ujrzałem błyszczące ostrze kosy wystające mi spomiędzy żeber. A potem zapadła noc.

Antychryst

Kula trafiła stojącego z brzegu demona w środek klatki piersiowej i z niesłabnącym impetem przeszyła dwa kolejne, stojące za nim. Kilkusekundową ciszę, jaka nastąpiła po wystrzale przerwał odgłos trzech ciał uderzających o parkiet.

- LET THE BODIES HIT THE FLOOOOOOR! - wydarł się DJ, który właśnie dołączył do imprezy.

Mniej więcej w tym momencie rozpętało się piekło. Wojna rzucił się na szarżującą armię demonów z bojowym okrzykiem, ale zapomniał o rozjebanej nodze, przez co potknął się po postawieniu dwóch kroków i wjebał się w sam środek tłumu włochatych skurwieli, nadziewając ich na miecz jak na szaszłyk. Głód usiłował mu pomóc, smagając wrogi oddział biczem, ale był już tak najebany, że zaczął po prostu napierdalać na oślep, nucąc przy tym muzyczkę z Indiany Jonesa. Śmierć i Hitler, z racji tego, że ich prowizoryczne bronie miały dość ograniczony zasięg, nieśmiało stali z boku, próbując utrzymać się na nogach i przy okazji utłuc demony, które nie zainteresowały się dwójką naszych braci bohatersko skupiających niemal całą uwagę hordy na sobie. Archanioł Michał, wyczerpany lotem, usiadł na krawędzi rozbitego przez siebie szklanego sufitu i rzucał we wrogie oddziały najbardziej wymyślnymi przekleństwami jakie przyszły mu do głowy. Miło było patrzeć jak wiele się nauczył przez te parę godzin balowania z nami.

A ja? Cóż, nie ukrywam, że moja użyteczność w tym starciu nie była zbyt duża. Tak po prawdzie to czułem się jak gówno i tylko regularne wystrzały z mojego rewolweru powstrzymywały mnie przed padnięciem na podłogę i natychmiastowym zaśnięciem. Trafiałem mniej więcej trzy na pięć strzałów, więc nie było jeszcze tak źle. Do momentu, kiedy za moimi plecami nie rozległo się stłumione jęknięcie.

- Co do kurwy? - szczęka opadła mi do ziemi, kiedy zobaczyłem Lucyfera otrzepującego się z drzazg i odłamków szkła.

- Oh, hello - uśmiechnął się czarująco. - Potrzeba wam czegoś więcej niż skrzynki wódki, żeby mnie położyć.

- Co powiesz na ołów? - spytałem zawadiacko podrzucając rewolwer w dłoni.

- Kuszące. Pozwolę sobie tylko przypomnieć swoją ofertę - przyłączacie się do mnie i wspólnie rozkurwiamy ten świat. Robimy na złość mojemu ojcu. Pomyśl tylko, Pięciu Jeźdźców Apokalipsy. Wojna, Zaraza, Śmierć, Głód i Lucyfer. Brzmi dumnie, nieprawdaż?

- Ani kurwa trochę - mruknąłem zażenowany takim banałem. - Teraz z łaski swojej, ZDECHNIJ - wymierzyłem idealnie między oczy, ale moja świetna celność została nagrodzona jedynie szczękiem pustej komory.

- A-a-a, ktoś tu nie potrafi liczyć do sześciu - Lucyfer ścisnął mnie za nadgarstek tak mocno, że wypuściłem broń z ręki.

- Kurwa, kurwa, kurwa. Michaaaaał?!! - wrzasnąłem desperacko szukając ratunku.

- Cooo jest szefieeee? - głos Archanioła z trudem przebijał się przez odgłosy walki i lecącą cały czas muzykę. DJ właśnie zapuścił Hail the Apocalypse na cały regulator.

- Potrzebuję pomocy - wysapałem próbując wyswobodzić się z diabelskiego uścisku.

- Okej, dzwonię po pomoc! - odparł nasz zgonujący przyjaciel i wyciągnął mój telefon.

- Nie, kurwa mać, miałem na myśli... Zaraz, swoją drogą skąd masz...

- Nic nie słyszę! - odkrzyknął tylko i zaczął napierdalać palcami w ekran.

Spojrzałem na resztę ekipy, ale radzili sobie niewiele lepiej ode mnie. Wojna leżał na plecach i odpędzał od siebie demony wymachując mieczem na wszystkie strony. Póki co metoda się sprawdzała, ale cały czas miałem wrażenie, że skurwieli przybywa zamiast ubywać. Śmierć nie miał już siły machać tulipanem i jedynym, co trzymało go przy życiu był Adolf, który czerpał z zamieszania niemałą frajdę. Oczy świeciły mu się jakby był naprawdę solidnie spizgany.

- Czy ty coś jarałeś? - usłyszałem w zgiełku pytanie Śmierci.

- Żydzi się liczą? - spytał Hitler robiąc unik i odcinając rękę jednemu z tych gnojków.

- Tak.

- No to nie.

Najbardziej w tym wszystkim zaniepokoiło mnie nagłe zniknięcie Głodu. Zniknął mi z oczu już jakiś czas temu, ale mimo to cały czas miałem wrażenie, że widzę jego wychudłą sylwetkę wśród walczących. Cóż, najwyraźniej się myliłem. Na razie jednak miałem ważniejsze sprawy na głowie niż martwienie się o niego.

- Powiedz mi - wysapałem nie mogąc znieść bólu w miażdżonym przez Lucyfera nadgarstku - czym się różnisz od Szatana? Zawsze... Zawsze myślałem, że jesteście jedną i tą samą istotą. - Grałem na zwłokę, wciąż licząc na pomoc ze strony Michała, albo... sam nie wiem. Po prostu liczyłem na cud.

- Hm... Czy Jeźdźcy nie powinni przypadkiem wiedzieć takich rzeczy? - oczywiście znowu ten cholerny uśmieszek. - Widzisz mój drogi, JA jestem synem Boga, zaś Szatan to po prostu jego największy wróg. Ten wypadek przy pracy, wąż w Edenie, który później narobił mu tylu problemów... To banalnie proste.

Rzuciłem rozpaczliwe spojrzenie na parkiet. Sytuacja wyglądała tak źle jak wcześniej.

- A teraz czas podjąć decyzję, odnośnie tego co wydarzy się z Tobą i twoimi braćmi - po raz enty powtórzył przystojny diabeł.

W tym momencie stało się... coś. Tak jakbym w ułamku sekundy wytrzeźwiał i dostał olbrzymi zastrzyk andrenaliny. Czułem jakby całe ciało mi stwardniało (taaaak, całe, hehe) i pokryło się czymś w rodzaju łusek. Ale doszło do tego dziwne uczucie... utraty kontroli. I nie, nie była to kwestia bycia napierdolonym jak Kana Galilejska podczas pewnego pamiętnego wesela. Działo się coś dziwnego, a ja byłem zbyt zmęczony, by się temu oprzeć.

Lucyfer z przerażeniem wypuścił moją dłoń i cofnął się kilka kroków do tyłu.

- To... niemożliwe... - wyjąkał.

- Jezu, Zaraza zmieniasz się w jebaną jaszczurkę! - stwierdził Śmierć, którego nowym życiowym osiągnięciem stało się utrzymanie na nogach przez pięć sekund.

- Kto mnie wołał? - odezwał się znajomy głos.

- Co do... - jednocześnie wydukaliśmy z Lucyferem.

Przy VIPowskim stoliku, na małym podwyższeniu, z nogami na stole siedział nikt inny tylko Jezus we własnej osobie. Miał na sobie elegancki biały garnitur, obsypany jakimś brokatem albo innym świecącym gównem.

- Co ty tu... - chyba chciałem o coś zapytać, ale widok Michała stojącego na krawędzi dachu z dumną miną wyjaśnił wszystko.

- Zadzwonił po mnie - uśmiechnął się Mesjasz sącząc powoli brandy - a ja napisałem do Jana. Nie zgadniesz, znowu zmienił Apokalipsę.

Spojrzałem na swoje ręce, które już w całości pokryły się dziwaczną łuską i zaczęły bardziej przypominać zwierzęce łapy.

- O nie, nie mów, że tym razem...

- Owszem, kochany. W najnowszej wersji, czwarty Jeździec to Antychryst. Co ty na to? - wziął kolejny solidny łyk.

Zacząłem powoli odpływać. To wszystko, ta muzyka, ryki... Takie odległe. Moja świadomość zaczęła powoli chować się w głąb umysłu. Wszystko się rozmazało i zniekształciło, jak gdyby ktoś nałożył na obraz, który mam przed oczami kilkanaście różnych filtrów. Ktoś wstał? Ktoś biegnie. Czy to? Co do chuja, Wojna? Bez miecza, gdzie on... Gdzie jest jego miecz? Co on chce zrobić?

Gdy Lucyfer przyjrzał się Wojnie, wzgardził nim dlatego, że był ranny i najebany w trzy dupy. I rzekł Lucyfer do Wojny: "Czyż jestem psem, że przychodzisz do mnie z tulipanem?" Złorzeczył Lucyfer Wojnie i przyzywając na pomoc swoje demony. Lucyfer zawołał do Wojny: "Zbliż się tylko do mnie, a ciało twoje oddam ptakom powietrznym i dzikim zwierzętom". Wojna odrzekł Lucyferowi: "Ty idziesz na mnie z mieczem, dzidą i zakrzywionym nożem, ja zaś idę na ciebie w imię Zarazy, Chrystusa wojsk izraelskich, którym urągałeś, Zwycięzcy i samego Antychrysta. Dziś właśnie odda cię on w moją rękę, pokonam cię i utnę ci głowę. Dziś oddam trupy wojsk demonicznych na żer ptactwu powietrznemu i dzikim zwierzętom: niech się przekona cały świat, że Jeźdźcy są na Ziemi. Niech wiedzą wszyscy zebrani, że nie mieczem ani dzidą Jezus nas ocala. Ponieważ jest to moja wojna, i to ona odda was w nasze ręce". I oto, gdy wstał Lucyfer, szedł i zbliżał się coraz bardziej ku Wojnie, Wojna również pobiegł szybko na pole walki naprzeciw Lucyferowi. Potem sięgnął Wojna do swojej magicznej kieszeni i wyjąwszy z niej niewielki nóż, z całej siły rzucił go w stronę oponenta, trafiając Lucyfera prosto w ryj, tak że broń utkwiła w jego czole i Lucyfer upadł twarzą na ziemię. Podniósł się jednak po chwili i ciężko dysząc podniósł mój rewolwer leżący na podłodze.

- Och jak się dobrze składa, że mam przy sobie zapasową paczkę amunicji, którą trzymam na czarną godzinę - zarechotał i wyciągnął pudełeczko, które ukradł z mojej kieszeni.

W powietrzu rozległ się gwałtowny świst. Coś mignęło tuż przy ręce diabła, a ułamek sekundy później moja ukochana broń upadła ze szczękiem na podłogę. Zanim ktokolwiek z nas zrozumiał co się właściwie dzieje, Głód stojący na krawędzi rozbitego sufitu, zamachnął się swoim biczem po raz drugi i obwiązał kolczastą linkę wokół szyi Lucyfera.

- Kurwa, człowieku, myśleliśmy, że Cię dorwali. Nie strasz - rzucił z ulgą Śmierć.

- Dzięki za troskę - uśmiechnął się nasz brat podtrzymywany przez Michała. - Zabijecie go czy będziecie tak stać?

Wojna podniósł się z parkietu i podczołgał się do niechcianego Boskiego syna, usiłującego ściągnąć z szyi coraz mocniej zaciskającą się pętlę bicza.

- To za chujową obsługę - szepnął ostatkiem sił i oderżnął skurwielowi łeb. Próbował coś jeszcze powiedzieć, zapewne jakiś ultra badassowy tekst usłyszany w obejrzanym ostatnio filmie akcji, ale wyrzęził coś tylko pod nosem i padł nieprzytomny na ziemię. Tak Wojna odniósł zwycięstwo nad Lucyferem, z tulipanem i sercem walecznym; trafił diabła i zabił go, nie mając w ręku miecza.

- Brawo, brawo - klaskanie Jezusa przerwało ciszę, która nagle zapanowała w klubie. Nawet muzyka ucichła. Jak się później okazało, DJ oberwał rykoszetem. - Muszę was zmartwić przyjaciele. Ojciec zgodził się na kolejną zmianę Apokalipsy nie dlatego, żeby pomóc wam w pokonaniu mojego narcystycznego brata. Antychryst to potężna istota, nad którą nie da się zapanować i zostaje zesłana na Ziemię tylko w nagłych przypadkach, by nie ryzykować, że rozpocznie przedwczesną apokalipsę.

- Jakich... przypadkach? - wysapał Głód podtrzymując się na ramieniu Archanioła.

Jezus westchnął.

- Na przykład kiedy ktoś ucieknie z Piekła - powiedział cicho.

Zapewne zastanawia was, gdzie nagle zniknęła moja osoba w tej całej historii. Dlaczego nie pomogłem Wojnie i Głodowi pokonać Lucyfera, dlaczego nie pobiegłem zobaczyć co u Śmierci i upewnić się, że Michał nie przejrzał mojej galerii na telefonie.

Widzicie, byłem zbyt pochłonięty sprowadzaniem Adolfa Hitlera z powrotem do piekła.

Wojna przejmuje pałeczkę

Witam serdecznie, z tej strony, uwaga, WOJNA.

Tak, nie przesłyszeliście się. Swoją drogą kocham ten głupi tekst Zarazy, "Witam, z tej strony znowu wasz kochany, narcystyczny i wiecznie naburmuszony Zaraza". Szkoda, że w ostatnim czasie z niego zrezygnował, chyba wreszcie zrozumiał jak kretyńsko to brzmi XD.

Dobra, chyba przydałoby się wytłumaczyć co robię na blogu tego stulejarza. To w zasadzie całkiem zabawna historia i poczułem się w obowiązku powiadomić was, że nasz słodki grafoman nieprędko siądzie przed kompem. I nie, nie znalazł sobie loszki XD. Czekajcie tylko chwilę, muszę sprawdzić na czym skończył pisanie. O, mam. "Widzicie, byłem zbyt pochłonięty sprowadzaniem Adolfa Hitlera z powrotem do piekła". Ohoho jak dramatycznie. No ale dobra, w sumie sytuacja rzeczywiście była nadzwyczajna, przejebane uczucie jak twój brat nagle zmienia się w Antychrysta, zdecydowanie nie polecam. Cholera, czym on jeszcze nie był, udawał Jezusa, potem dostał od niego darmową operację plastyczną i stał się tym całym Zwycięzcą. Wciąż każe nam siebie tak nazywać, ale cała nasza trójka ma na to wyjebane. Dobra, zapewne interesuje was co się stało po tym jak oderżnąłem Lucyferowi łeb (ale jestem zajebisty, nie?). No to rozsiądźcie się wygodnie bo postaram się wam to w miarę możliwości opowiedzieć. Miałem tróję z polaka w liceum, zanim zabiliśmy jego dwóch dyrektorów i musieliśmy spierdalać. Sory, mój pisarski skill nie dorównuje Zarazie. Będę się starał, obiecuję. Oj zamknijcie te mordy, już zaczynam.

Okej, więc podczas gdy ja i Głód bohatersko rozprawialiśmy się z tą diabelską spierdoliną, Zaraza przeszedł całkowitą metamorfozę. Wyrosły mu fikuśne, postrzępione skrzydła, a skóra na całym ciele przemieniła się w kurewsko twarde łuski. Głowa wydłużyła się, trochę jak u konia. Ach, teraz mi się przypomniały nasze wierzchowce, które zostawiliśmy w Czwartym Wymiarze. Dodatkowo oczy powiększyły się do wielkości kurzych jaj i zmieniły kolor na kurewsko jasną zieleń. Dobrze, że byliśmy zbyt zajęci niechcianym boskim synem i ominęła nas sama przemiana. Nie chciałbym tego oglądać.

Tak jak wspomniał wcześniej Zaraza, Adolf Hitler, który spokojnie zdychał sobie na podłodze obok Śmierci, w jednej chwili stał się jego celem. W skrócie, zadaniem Antychrysta jest sprowadzanie dusz do Piekła, z dużym wyszczególnieniem tych, które z niego uciekły. Prawie taki Ghost Rider XD. Ech, Głód mi zerka przez ramię i każe ograniczyć ilość "XD" do minimum bo Zaraza korzystał z nich w swoich wpisach bardzo sporadycznie. Dobra, niech będzie.

Tak więc nasza gwiazda rzuciła się na Hitlera, a jedyną osobą, która mogła go przed tym powstrzymać był Śmierć. Ale tego nie zrobił, bo jak się okazało, pierdolnięcie tulipanem po łbie nie było słabością istoty, w którą przetransformował się Zaraza. Wręcz przeciwnie, uderzenie wkurwiło go jeszcze bardziej i w tym momencie wszyscy zobaczyliśmy, że w pakiecie z czarną skorupą na ciele i końskim łbem dostał również nową kończynę. Zamachnął się swoim kolczastym ogonem i pierdolnął Śmierć tak mocno, że ten poleciał parę metrów do tyłu i wylądował na fotelu DJa, który leżał obok z kulą w głowie. Zastanawiałem się, dlaczego muzyka ucichła.

- Na waszym miejscu coś bym zrobił. I to szybko - powiedział Jezus otwierając butelkę jakiejś japońskiej whisky.

Wtedy zrozumiałem, że jestem sam. Śmierć od ciosu stracił przytomność i drzemał sobie na DJowskim fotelu z głową na ramieniu, a Głód i Michał leżeli wyczerpani na krawędzi dachu, niezdolni do jakiegokolwiek ruchu.

- Może sam byś coś zrobił! - wydarłem się na Mesjasza. - Napraw kurwa Zarazę!

Tymczasem wspomniany delikwent powoli zbliżał się do niezdarnie czołgającego się po parkiecie zbrodniarza wojennego. Trudno powiedzieć kto był bardziej przerażony, ja czy Adolf.

- Ojciec mnie zabije, jeśli wam pomogę... - odparł i po krótkiej chwili dodał - znowu.

- A mój brat zaraz zabije...

- Kogo? Jednego z największych grzeszników ludzkości? - zaśmiał się Jezus rozlewając zawartość pełnej szklanki na wszystkie strony. - Dobrze mu to zrobi. Zresztą nie dacie rady go ukrywać na Ziemi w nieskończoność. Wierz mi, jest mi naprawdę przykro, ale z decyzjami Ojca nie ma dyskusji.

- Taaa... wiem coś o tym... - odparłem przypominając sobie okoliczności w których opuściliśmy Czwarty Wymiar.

Zaraza/Antychryst złapał Hitlera i najwyraźniej zamierzał sprowadzić go z powrotem do Piekła w trybie natychmiastowym.

Nie wiedząc co robić rzuciłem się na ziemię i ze stosu demonich trucheł wygrzebałem rewolwer Zarazy. Pierwszy raz trzymałem go w ręce i muszę powiedzieć, że Śmierć naprawdę postarał się z tym prezentem.

Nie sprawdzając czy w magazynku są jakiekolwiek kule, wycelowałem poczwarze w udo, licząc na to, że może nie jest odporna na broń palną. Spoiler - była. Plus jest taki, że mój przemieniony brat na chwilę stracił swoje zainteresowanie Hitlerem, który z przerażenia chyba zemdlał. Bosko.

- Jak to odkręcić?! - wydarłem się do Jezusa, który właśnie kończył kolejną butelkę, tym razem chyba jakiegoś kurewsko drogiego likieru.

- Nie potrafię ci pomóc. Mogę skontaktować się z osobą, która ma pewien przedmiot mogący rozwiązać ten, problem - odparł.

- No to na co czekasz?! - wrzasnąłem, niezdarnie unikając ciosu Antychrysta. Cała sytuacja strasznie przypominała wydarzenia z placu świętego Piotra, które miały miejsce w te wakacje. Tym razem to nie ja byłem opętany, tylko Zaraza, jeśli można było w ogóle tak to nazwać.

- Dobra, sekundę... O, mam. Halo, chciałbym zamówić portal do klubu L. Trzy osoby, w tym Antychryst. Co to znaczy, że za Antychrysta bierzecie poczwórnie?

- Portal? Jezus, co ty odpierdalasz? - powiedziałem zasłaniając się przed uderzeniem ogona kawałkiem rozbitego stołu. Zanim dostałem odpowiedź, na środku sali otworzył się migoczący portal. Nie zastanawiając się zbytnio, ledwo żywy rzuciłem się w jego stronę.

Wszystko się rozmazało, a gdy otworzyłem oczy byłem na...

- ...Olimpie. Witamy - powitała mnie Atena.

Leżałem na środku czegoś co wyglądało jak grecka świątynia z setkami kolumn. W sumie to tym właśnie było to miejsce. Wpadliśmy tu kiedyś z wizytą do Hermesa, Zaraza chciał mu podziękować za uratowanie życia w Watykanie.

Jako, że znajdowałem się na szczycie góry, na niebie nade mną nie było widać żadnych chmur, a za rzędami otaczających mnie kamiennych słupów rozciągały się kolejne budynki, bliźniaczo podobne do tego, na którego dziedzińcu leżałem.

- Kuuuurwa, od kiedy Jezus...

- ...ma kontakty z greckimi bóstwami? Cóż, od zawsze się przyjaźniliśmy i w miarę potrzeby sobie pomagamy - wyjaśniła szybko Atena. - Apropos, gdzie jest ten przystojniak?

Dokładnie w tym momencie obok nas pojawił się Zbawiciel.

- No siema - przywitał się z boginią mądrości. - Mamy problem.

Zaraza zmaterializował się zaraz obok.

- CZY TO JEST?! - wrzasnęła Atena na widok Antychrysta. Wokół zaczynał się już zbierać gapiów ciekawych co się odpierdala w ich królestwie spokoju i nudy. Zdawało mi się, że wśród nich widzę Herkulesa, ale zaraz ktoś zasłonił mi widok.

- CZY CIEBIE POJEBAŁO?! SPROWADZASZ MI DO DOMU CHOLERNEGO ANTYCHRYSTA? CZY TY JESTEŚ...

- Spokojnie skarbie - powiedział powoli Jezus, nie spuszczając zdezorientowanego Zarazochrysta z oczu. - Pamiętasz ten mały gadżecik, który kiedyś u ciebie zostawiłem?

- Masz... - wydukała Atena - masz na myśli Nóż?

- Owszem. Potrzebuję go tu. Szybko - wskazał głową na monstrum, które najwyraźniej zamierzało odesłać wszystkich greckich bogów do chrześcijańskiego Piekła.

Jakieś pięć martwych bóstw później wróciła z błyszczącym ostrzem w dłoni i wręczyła je Jezusowi.

- Czemu to robisz? - spytała - gdyby twój ojciec się dowiedział...

- Jebać konsekwencje - odparł hipis. - To mój przyjaciel, nie zostawię go w tej postaci.

- Czy przypadkiem to nie PRZEZ CIEBIE zmienił się w to gówno? - wtrąciłem się.

- Nie, to Michał...

- ...zadzwonił do Ciebie...

- ...a ja zadzwoniłem do Jana...

- ...który poleciał z tym do Stwórcy.

- Czyli sam widzisz, to wszystko wina Michała.

Byłem zbyt zmęczony, żeby się z nim kłócić.

Z namaszczeniem podniósł dziwaczny świecący nóż do góry.

- Jak to ma niby pomóc Zarazie? - spytałem nie rozumiejąc co tu się odpierdala.

Nie odpowiedział. Z całej siły rzucił tym scyzorykiem w Antychrysta, który właśnie zajadał się flakami jakiegoś pomniejszego bóstwa. Ostrze zanurzyło się w kolczastych plecach po samą rękojeść.

- Kurwa, przecież to go...

- Zabije - uśmiechnął się Jezus. - Owszem. Za każdym razem, gdy zginie od świętego Noża, przybierze inną formę. Jedną z czterech. Zarazy, Zwycięzcy, Antychrysta, albo...

- Albo? - spytałem w zamyśleniu patrząc na trzęsące się w drgawkach cielsko.

- Albo Mesjasza - dodał niechętnie. - Nie mów mu tego, proszę. Nie potrzebuję konkurencji.

- Kurwa, to nie fair, dlaczego to on ma najlepsze moce z naszej czwórki? - spytałem z pretensją.

Jezus spojrzał mi w oczy i wszystko wskazywało na to, że powie coś super mądrego i głębokiego.

- Widzisz... Chuj wie.

Chwilę później ocknąłem się na parkiecie klubu L. Obok mnie leżał nieprzytomny Zaraza, w starej, pierwotnej formie śmiertelnego stulejarza. Wstyd mi to przyznać, ale prawie poryczałem się ze szczęścia. Obok leżało podarowane nam przez Atenę ostrze, o którym miałem zamiar powiedzieć mu jak tylko się ocknie. Wiedziałem, że pierwsze co zrobi to zacznie się nim dźgać do momentu aż nie przybierze formy Zwycięzcy.

Tymczasem Śmierć obudził się i ziewając spojrzał na mnie, trzymającego na wpół żywego Zarazę. Chyba chciał coś powiedzieć, ale głowa opadła mu ciężko na DJową konsolę i po chwili w całym klubie jedynym słyszalnym dźwiękiem było urwane w trakcie naszej batalii z demonami, Hail the Apocalypse. Szkoda, że nie było nikogo, kto mógłby wychwycić tą ironię.

- Co to za apokalipsa bez Jeźdźców - wyszeptałem pod nosem i pełen podziwu nad zajebistością własnych słów, dołączyłem do swoich zgonujących przyjaciół.

Love story

Nie zgadniecie kogo znowu spotyka zaszczyt opowiedzenia kolejnej pojebanej historii z naszego barwnego życia. Tak, Zaraza wciąż jest nieprzytomny. Wczoraj zaczęliśmy się zastanawiać czy wpadł w jakąś śpiączkę czy coś, ale Noe, który wpadł do nas z wizytą, stwierdził, że to normalne i przy każdej przemianie w Antychrysta możemy spodziewać się, że nasz kochany braciszek będzie potrzebował kilku dni na dojście do siebie. Chuj wie skąd miał taką wiedzę, głupio było nam pytać.

Tyle dobrego, że mieliśmy teraz Nóż (pisany dużą literą), który dostaliśmy od Ateny. W zasadzie dawał nam on pełną kontrolę nad tym, w jakie cholerstwo zmieni się Zaraza. Zwłaszcza intrygowała mnie czwarta opcja, o której niechętnie wspomniał Jezus - że niby mógł stać się Mesjaszem. Co to kurwa znaczy? Że stanie się jego klonem, drugim Chrystusem? Kusiło mnie, żeby zadźgać go jeszcze raz czy dwa i zobaczyć w co lub kogo, się zmieni. Na jakiej niby zasadzie to miało działać? Czy przy patroszeniu go tym całym Nożem rozpoczynała się loteria z czterema opcjami do wylosowania? Czy formy mogły się dublować, to znaczy czy na przykład taki przystojny Zwycięzca po zabiciu mógłby znowu się nim stać, tak dwa razy z rzędu? Nie mogłem się doczekać aż poznam odpowiedzi na te pytania, ale Archanioł Michał stwierdził, że może lepiej poczekać z tym dźganiem, bo może to tylko przedłużyć proces regeneracyjny. Chciałem się nie zgodzić z tym stwierdzeniem, ale było w nim zbyt dużo sensu.

Wciąż trudno nam się przyzwyczaić, że mamy w domu Archanioła, który wierzy, że jest naszym oddanym służącym. Ma strasznie słaby łeb, ale robi naprawdę zajebiste drinki. Sprawdza się też nieźle jako pielęgniarka, zarówno dla mnie, jak i Zarazy. Cały czas zapominam o tej cholernej nodze, a po ostatniej imprezie w klubie L jest jeszcze gorzej i teraz ledwo chodzę.

Bardziej się martwię o Agatę, która... Zaraz, sekunda, Zaraza nawet o niej nie wspominał, prawda? Muszę to sprawdzić. Hmmm... Oczywiście kurwa, rzucił tylko ze dwa zdania a la "Wojna ma loszkę, schodzimy na Ziemię", "Wojna wysyła nas do szkoły przez swoją loszkę", "Wojna zaruchał"... Co za śmieć, nawet nie napisał jak się nazywa. Jego spierdolenie i brak szczęścia do jakichkolwiek związków sprawia, że unika tematów miłosnych jak tylko może, a swoje kontakty z płcią przeciwną ogranicza do sporadycznych wizyt w burdelu i nieśmiałych prób podbijania do każdej białogłowy, z którą zdarzy mu się zamienić dwa słowa. Prawie mi go szkoda. Korzystając z tego, że ta spierdolinka jest chwilowo martwa, opowiem wam o swoim fascynującym życiu intymnym. I o Agacie, która zdecydowanie zasłużyła na trochę atencji. To w końcu przez nią jesteśmy na Ziemi. Częściowo też przez mały incydent z Wszechmogącym... Ale głównie przez nią. Zacznijmy od początku.

Na początku był chaos. I w sumie wciąż jest, ale chodzi mi dokładnie o moment, w którym nasz katolicki, kochający Bóg stwierdził, że na Ziemi jest zbyt nudno. Serio kurwa, powiedział mi to osobiście. Według niego, aby osiągnąć idealną ilość frajdy czerpanej z obserwacji swoich mróweczek żyjących w stworzonym przez niego mrowisku, będę potrzebny ja. Wojna. Więc przysłał do nas jednego ze swoich aniołków, który zameldował, że Stwórca ma do mnie sprawę. Zaraza, Głód i Śmierć prawie umarli z zazdrości, a potem ze śmiechu, kiedy usłyszeli, że Niebo chce mnie zesłać na Ziemię samego. Oczywiście powiedziałem, że do Apokalipsy nie mam zamiaru się nigdzie ruszać i zostaję wraz z braćmi w Czwartym Wymiarze. Mógłbym skończyć opowiadać już w tym momencie, ale zdecydowanie zbyt dużo bym zataił. Ach, co mi tam, mogę już wyjawić całą prawdę, to stare dzieje.

Zabiłem Wszechmogącego.

Wiem, to zabrzmi nieco dziwnie, ale tak. Wbiłem swój olbrzymi miecz w bebechy gościa, który stworzył świat. Oczywiście to rozwiązanie było dość drastyczne, ale przede wszystkim chwilowe. Dla ojca wszechświata, śmierć tylko kolejną częścią błyskotliwego planu. Może wiedział, że mu się sprzeciwię i tylko szukał powodu, żeby zacząć na nas polować, nie wiem. Wiem tylko, że cudem wydostałem się z Nieba i kiedy ociekający krwią wróciłem do braci, jedynym co zdołałem z siebie wykrztusić nim padłem nieprzytomny na ziemię, było "musimy uciekać... szybko". Kocham dramatyzm i teatralność, tak jak Zaraza.

To był główny powód, przez który trafiliśmy na Ziemię. Stwórca ma tu mniejszą władzę i trudniej mu nas dorwać. Co nie znaczy, że nie próbuje, ale kiedy jego przydupas i syn są naszymi dobrymi kumplami... Cóż, ta wojenka ma dużo mniej sensu niż same okoliczności w jakich się rozpętała. Kiedy po naszej stronie stają greccy bogowie, jeden z Archaniołów i sam Adolf Hitler... Dziwię się, że wciąż próbuje. Za to Warol Kojtyła jest dużo większym zagrożeniem. Z tego, co mówił Zaraza, jest teraz władcą Piekła i nie brzmi to zbyt dobrze. Od demonicznego ataku podczas imprezy urodzinowej siedzi cicho, ale pewnie szykuje kolejny atak.

Przechodząc do drugiego powodu, przez który tu jesteśmy. Agata. Jest zwykłą śmiertelniczką, ale stała się dla mnie oparciem i tylko dzięki niej nie dobiły mnie wyrzuty sumienia, które miałem po tym jak nas tu sprowadziłem. Kurwa, ale mnie wzięło na wspominki. Wpadłem na nią podczas pierwszej wizyty na Ziemi. Szlag, sam nie wiem co mi odjebało. W każdym razie, efekt znacie - jesteśmy razem od początku i nie opuszczę jej do samej Apokalipsy. Chyba, że suka mnie zdradzi. Taki ze mnie pierdolony romantyk.

Tak jak wspominał Zaraza, po nieudanej imprezie trafiła do szpitala. Była tak przerażona, że zdezorientowana opowiedziała lekarzom o wszystkim co widziała. O demonach i o nas, walczących ramię w ramię. Nietrudno się domyślić, że trochę ją to kurwa przytłoczyło. Niestety te pierdolone kurwy w białych fartuchach wysłały ją do psychiatryka na leczenie i gdy Głód ze Śmiercią szukali sposobu na wyciągnięcie Zarazy z Piekła, ja szukałem sposobu, by wyciągnąć swoją niunię z miejsca akcji pierwszego Outlasta.

Ledwo żywy po walce z demonami doczołgałem się do miejsca, w którym według papierów była przetrzymywana. Budynek wyglądał na pierdoloną twierdzę, jednak poziom wkurwienia w moim organizmie był tak wysoki, że nie powstrzymałoby mnie nic, ani nikt. Zwłaszcza ogrodzenie z drutem kolczastym pod którym udało mi się przeczołgać. Podniosłem się z ziemi i ujrzałem nad wejściem wielką tabliczkę z napisem "ZAKŁAD PSYCHIATRYCZNY". Brzmiało to dość złowieszczo, ale ścisnąłem w łapie swój miecz i bez wahania, na kucaka podszedłem do ściany tego więzienia. Usłyszałem kilka głosów dobiegających zza ściany, więc przysunąłem się nieco do otwartego okna.

- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? - dreszcz przeszedł mi po plecach, kiedy usłyszałem anielski akcent. To niemożliwe, żeby...

- Wszechmogący twierdzi, że to go tu zwabi. A kiedy już tu będzie...

Może powinienem poczekać aż drugi rozmówca skończy zdanie, ale nie wytrzymałem i gołymi rękami wyrwałem kratę z okna i z dzikim rykiem wpadłem do środka, zasypując grupę aniołów odłamkami szkła. Żaden z nich nie zdążył nawet pisnąć, kiedy paroma szybkimi zamachami pokroiłem wszystkich uczestników tego dziwnego zebrania na kawałki. Kiedy trochę ochłonąłem, usiadłem na podłodze, taplając się w anielskiej krwi i zacząłem myśleć. Więc Stwórca postanowił mi dopiec i odebrać ukochaną. Słodko. Najwyraźniej nasze ostatnie spotkanie niczego go nie nauczyło. Jeśli w tamtym momencie stałby przede mną, bez wahania roztrzaskałbym mu czaszkę gołymi pięściami.

Wyszedłem z pokoju i sycząc cicho z bólu (noga nakurwiała mnie jak nigdy) ruszyłem w głąb korytarza, nasłuchując.

- Kim Pan jest? Proszę natychmiast... - randomowy pracownik tego ośrodka, nie wiem czy anioł, czy też zwykły śmiertelnik najwyraźniej myślał, że wchodzenie mi w drogę to dobry pomysł. Jego odcięta głowa stuknęła delikatnie o najbliższe drzwi.

- WEJŚĆ! - rozległ się donośny głos.

Posłuchałem i sprzedałem drzwiom soczystego kopniaka.

Trudno jest mi nawet powiedzieć w jak wielkim szoku byłem, gdy moim oczom ukazała się znajoma twarz.

- JAK... DLACZEGO... - nie potrafiłem wydusić z siebie nic sensownego. Mój wzrok padł na krzesło stojące pod ścianą, na którym, podnosząc moje oszołomienie do jeszcze większego poziomu, siedziała związana i zakneblowana Agata. Podniosła wzrok i gdy mnie ujrzała, zaczęła płakać ze szczęścia.

- Jestem tu skarbie - powiedziałem najczulej jak potrafiłem i odwróciłem się. - JAK ŚMIESZ JĄ DOTYKAĆ TY MAŁA ZDRADZIECKA KURWO!

- Na twoim miejscu uważałbym na słowa. To ty zdradziłeś Boga i usiłowałeś go zabić - odpowiedział Łazarz - ja wciąż jestem mu wierny.

- JEZUS CIĘ OŻYWIŁ! BYŁEŚ MARTWY, A ON CIĘ PRZYWRÓCIŁ DO ŻYCIA! TAK MU SIĘ ODWDZIĘCZASZ?! PORYWAJĄC MOJĄ DZIEWCZYNĘ?! TY MENDO! -ruszyłem w jego stronę unosząc do góry miecz.

Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

- Wasze stosunki z Jezusem mnie nie obchodzą. Wykonuję boskie rozkazy, a ty zasłużyłeś na wszystko co Cię spotyka. Myślałeś, że ujdzie ci płazem zabicie bueechh... - urwał, kiedy moja broń wbiła mu się w gardło.

- Może i zasłużyłem - powoli odzyskiwałem panowanie na sobą - ale ty zasłużyłeś na tą śmierć jeszcze bardziej.

Rzuciłem się do Agaty, żeby ją uwolnić, kiedy za moimi plecami rozległ się dziwny bulgot.

- Kurwa mać, czy was złych zawsze trzeba zabijać po kilka razy? - powiedziałem na widok Łazarza, który podniósł się z podłogi i z mieczem wciąż wbitym w szyję ruszył w moim kierunku.

- NHE ZAHBIEESZ MEEE - wydyszał, informując mnie, że ten boss fight będzie wyjątkowo trudny. Ech, a ja jechałem na końcówce staminy.

- Nie mam na to czasu - wysapałem i chwyciłem za rękojeść swojej broni.

Zaparłem się i wyrwałem ją z ciała tego śmiecia, fundując sobie prysznic z krwi. Odsunąłem się kilka kroków do tyłu. Kończyły mi się siły, a moim przeciwnikiem był koleś z nieskończoną ilością żyć. Jak zabić kogoś kto nie może umrzeć? Już raz to zrobiłem, ale efekt nie był zadowalający. Nagle wpadłem na pomysł tak głupi, że musiał zadziałać. Drżącą ręką chwyciłem za telefon i wszedłem w plejlisty.

Po chwili w całym zakładzie rozbrzmiewały najokrutniejsze dźwięki na świecie. Zatkałem uszy palcami i błyskawicznie rzuciłem się do Agaty, by zarzucić jej na głowę koc leżący obok.

- NIE SŁUCHAJ! - wydarłem się - NIE SŁUCHAJ!

Spojrzałem na Łazarza, który nie miał bladego pojęcia co się dzieje. Zdezorientowany postawił kilka kroków, ale wtedy najwyraźniej wszedł wokal. Niewdzięczny umarlak zadrżał. Jego ciałem wstrząsnęły drgawki. Próbował się ratować, ale było już za późno. Zamknąłem oczy i przytuliłem się mocno do Agaty, wciąż trzymając palce w uszach.

Kiedy otworzyłem oczy było już po wszystkim. Plejlista dobiegła końca. Oswobodziłem Agatę, która zapłakana rzuciła się w moje ramiona i zaczęła przepraszać, że nie wierzyła mi w ten cały bełkot o Jeźdźcach, Niebie, Piekle, Stwórcy...

Uśmiechnąłem się i spojrzałem na Łazarza. Stał w tym samym miejscu co wcześniej, ale był już nieszkodliwy. Martwy w środku nie stanowił żadnego zagrożenia. Jego pozorna nieśmiertelność nie była żadną obroną przed moją ofensywą. Podniosłem z podłogi telefon i ignorując krzyki Agaty, która wciąż nie wierzyła w to co się stało, spojrzałem na świecący ekran. Wszedłem w ustawienia i po chwili wahania potwierdziłem usunięcie plejlisty "POLSKI POP - SYLWIA GRZESZCZAK, SARSA I INNI". Ta broń była zbyt potężna i niezbyt humanitarna, nawet jak na nasze standardy.

A potem?

Cóż wróciliśmy do domu. Chłopaki z radością powiadomili mnie, że znaleźli na targu maszynę do przywracania dusz z Piekła. Nie mieli pojęcia o tym co przeszedłem. Do momentu opublikowania przeze mnie tego posta o niczym nie wiedzą. O tym, że Stwórca postanowił ze mnie zakpić, że sam pokonałem nieśmiertelnego Łazarza, że...

O KURWA.

Wybaczcie, ale muszę lecieć.

Zaraza się ocknął.

Licytacja

Zapewne myślicie, że pierwszym co zrobiliśmy po upokorzeniu Thora i wypożyczeniu Necronomiconu z biblioteki było wyruszenie na ratunek naszym porwanym przyjaciołom. Well... taki był wstępny plan, ale cała nasza czwórka w obecnym stanie nie podołałaby nawet w starciu ze zwykłą bandą demonów, a co mówić o samym Kojtyle. Przynajmniej mieliśmy spokój, jeśli chodzi o Stwórcę, który najwyraźniej postanowił zakopać na chwilę topór wojenny. Na sto procent nie jest to spowodowane tym, że władca piekieł porwał jego syna, a on sam jest zbyt dumny, żeby samemu go uratować. Wszechmocny, ale i wszechleniwy.

Żeby odzyskać trochę siły i nieco bardziej się dozbroić, zaszyliśmy się w pierwszym lepszym hotelu, gdzie opatrzyliśmy rany i stopniowo zapoznawaliśmy się z instrukcjami zawartymi w Necronomiconie. Jeśli kogoś z was naprawdę kusi, żeby kiedyś poczytać to gówno do poduszki, to mam radę - nie róbcie tego. Już Biblia jest ciekawsza. Kiedy po paru dniach wreszcie udało nam się przebrnąć przez te 2137 stron, okazało się, że żaden z nas nie zrozumiał absolutnie nic. Dopiero za jakimś trzecim razem udało się znaleźć informacje, które nas interesowały. Nie znaczy to jednak, że od razu rzuciliśmy się do akcji. To znaczy Wojna coś tam mamrotał pod nosem, że w sumie to trochę tęskni za Agatą, ale nasza pozostała trójka przypomniała mu, że wciąż mamy karnet zniżkowy do burdelu, z którego może sobie pokorzystać póki nie znajdziemy Agaty. Ostatecznie to go przekonało.

Głównym powodem dla którego traciliśmy czas siedząc na dupie było to, że w nasze ręce trafiło najnowsze wydanie lokalnej gazety. "Zawalona kamienica w centrum miasta." - głosił nagłówek na pierwszej stronie. - "Ocalone z katastrofy przedmioty i meble zostaną oddane potrzebującym w przyszłym tygodniu".

- CO DO KURWY? - striggerował się Wojna po przeczytaniu artykułu. - Chcą oddać nasze graty? Mój miecz? Moją kolekcję ciężarków, moje książki...

- Masz na myśli Hobbita i zjedzonego przez Puszka Pana Tadeusza? - wtrąciłem się. - Spokojnie, nikt tego nawet nie tknie, gwarantuję ci.

Wojna odpowiedział mi spojrzeniem, którym zaszczycał mnie zawsze, gdy wytykałem mu totalny brak jakichkolwiek zainteresowań. W jego przypadku - książki, filmy i inne dobra kultury < napierdalanie się z demonami i Agata.

- A co z Nożem? - spytał Głód. - Może udało się go znaleźć. Musimy sprawdzić do czego się dokopali i ewentualnie przejąć dowody.

- Dowody na co? - wciął się Śmierć.

- Na to, że jesteśmy na Ziemi - odpowiedziałem. - Mogą się trochę zesrać, jeśli dodać do równania niedawny deszcz żab. Przedwczesna Apokalipsa brzmi dla mnie coraz gorzej, kto by pomyślał.

Dwa dni później poszliśmy do randomowego sklepu z tanią odzieżą i wzięliśmy najgorzej wyglądające płaszcze jakie mieli. Do tego wytarzaliśmy nasze koszule w ziemi i ponacinaliśmy je na brzegach, żeby dopełnić obrazu Czterech Bezdomnych Apokalipsy. Dla pełnego efektu, Głód i Śmierć wymazali sobie gęby błotem i umyli włosy w kałuży. My wraz z Wojną postanowiliśmy zachować resztki godności.

Kiedy byliśmy już odpowiednio przygotowani, ruszyliśmy w stronę naszego mieszkania, które aktualnie było zwykłą stertą kamieni. W ciągu tych paru dni zabrali już większość pyłu i innego gówna. Za ogrodzeniem zobaczyliśmy tylko parę większych kawałków ścian i podłóg, najwyraźniej zbyt dużych, by zabrać je za pierwszym razem. W takich chwilach dziękuję sobie, że co noc darliśmy mordy tak głośno, że w końcu staliśmy się jedynymi lokatorami całej kamienicy. Nie żeby obchodził mnie los jakichś losowych śmiertelników, ale no. Będzie więcej ofiar do upolowania na Apokalipsę.

Kilkadziesiąt metrów dalej odbywało się to uroczyste rozdanie naszych rzeczy żulom i narkomanom. Po chuj jakiemuś menelowi kawałek naszej wanny? Albo framuga okna? ALBO ŚWIĘTY NÓŻ, KTÓRY POZWALA MI PRZYBRAĆ POSTAĆ ANTYCHRYSTA LUB JEZUSA? Tak, jednym z przedmiotów, które leżały rozłożone na stołach był Nóż. Głód miał rację, jednak go wykopali. Dziwię się, że nie oddali go do jakiegoś muzeum czy coś, bo w końcu miał te kilka tysięcy lat, no ale chuj, nie moja sprawa. Poza tym udało nam się dostrzec nasz stół kuchenny, co prawda bez jednej nogi, ale w zadziwiająco dobrym stanie, patrząc na to co spotkało całą naszą kamienicę. Wojnie udało się wślizgnąć do namiotu z przedmiotami, które zostały uznane za "niewłaściwe" do oddania potrzebującym. Wśród nich była kolekcja zużytych kondomów Śmierci, miecz Wojny i bicz Głodu. Dwie z tych trzech rzeczy udało nam się odzyskać. Dopiero za drugim razem udało mu się wykraść bicz.

Wtopiliśmy się w tłum "potrzebujących" i czekaliśmy na możliwość dorwania Noża. Czekała nas niemiła niespodzianka.

- Drodzy państwo - rzekła jakaś lala w rudych włosach. - Jako, że jest was tak dużo, postanowiliśmy rozdawać poszczególne rzeczy tym osobom, które udowodnią, że naprawdę ich potrzebują.

- Co kurwa? - spytał Głód, ale Śmierć już wyrywał się do przodu.

- Przepraszam, przepraszam... - mamrotał przepychając się do pierwszego rzędu. - JA BARDZO POTRZEBUJĘ TEGO ZDOBIONEGO NOŻA! - wydarł się.

- A dlaczego pan tak uważa? - spytała ruda lala.

- Booo... Nie mam czym rozsmarowywać masła na chlebie... - wypalił.

- Hmmm... w takim razie...

- A JA NIE MAM NAWET CHLEBA! - ryknął ktoś w tłumie. - MI TEŻ NÓŻ BARDZIEJ SIĘ PRZYDA, SPRZEDAM GO I NIE BĘDĘ GŁODOWAŁ!

Tłum poparł go zgodnym krzykiem.

Śmierć wpadł w panikę, ale po chwili oprzytomniał.

- Ale to nie wszystko! Mam też myśli samobójcze, a zależy mi na jak najbardziej humanitarnej śmierci, tak, żeby sprawić jak najmniej problemu służbom porządkowym. Dlatego chciałem podciąć sobie żyły w jakimś kartonie przy śmietniku. Ten nóż wydaje mi się do tego celu idealny.

Zapadła cisza.

Kiedy chwilę później wychodziliśmy z tłumu, ja ściskając w rękach Nóż, a bracia swoje zabaweczki, nagle usłyszeliśmy znajomy głos.

- Chłopaki, to ja! Pomocy!

Obejrzeliśmy się. Na prowizoryczną scenę wprowadzono właśnie... Archanioła Michała!

- Więc on jednak nie został porwany przez Kojtyłę... - szepnąłem - ale co oni z nim robią?

- Drodzy państwo. - powiedziała ruda lala. - Oferta specjalna - Anioł stróż do oddania w dobre ręce!

- Ja pierdolę - Wojna zaczął chichotać. - Oni nawet Anioła od Archanioła odróżnić nie potrafią.

Zajęło im dobre parę sekund nim zauważyli, że jestem już w połowie drogi do sceny.

- JA! JA GO POTRZBUJĘ! - wysapałem ciężko, kiedy w końcu udało mi się wepchnąć na początek chaotycznej kolejki.

- Proszę podać powód - powiedziała ruda suka.

Myśl, Zaraza, myśl...

- Boooo... mój anioł stróż mnie opuścił. - powiedziałem nieśmiało.

- Hmmm... - zastanowiła się ruda zdzira.

- Mogę państwu zaprezentować. - wpadłem właśnie na świetny pomysł.

Stanąłem na skraju chodnika i poczekałem aż ulicą przejedzie samochód. Beztrosko zeskoczyłem z krawężnika, prosto pod koła.

- Oooooooł - stwierdziła ruda kurwa. - Rzeczywiście, ten anioł stróż się panu przyda.

To mówiąc, popchnęła Michała w tłum i kontynuowała swoją pojebaną licytację.

Cała czwórka podbiegła do mnie, leżącego na środku ulicy i kaszlącego krwią.

- Daaajcieee Nóóóóżżżż... - wycharczałem.

W tym momencie urwę historię tego niezbyt udanego eventu, bo z pewnością czytaliście w gazetach o jakimś potworze, który w biały dzień wymordował cały tłum biednych, bezdomnych ludzi, a w szczególnie okrutny sposób potraktował rudowłosą prowadzącą, którą brutalnie zgwałcił we wszystkie dwadzieścia osiem dziur.

Wystarczy, że doprecyzuję - tym "potworem" był sam Antychryst.

Jeźdźcy

Na wszelki wypadek wam przypomnę - Wojna jest skończonym idiotą. W sumie tak samo jak my, bo nikt nigdy nie próbuje mu nawet uświadomić jak kretyńskie są jego pomysły.

- Kurwa, chyba zamknięte - szepnął, próbując wyłamać kłódkę wiszącą na drzwiach stajni.

Narażanie się Bogu dosłownie kilka dni po tym jak łaskawie nas nie unicestwił było więcej niż głupie. Wszechmogący strącił nas bowiem na Ziemię i kazał spokojnie siedzieć na tyłkach, pić hektolitry gorzały i wpierdalać setki kebsów. To znaczy nie dosłownie, ale z pewnością to miał na myśli, mówiąc, żebyśmy nie wychylali się aż do samej apokalipsy. Bo co innego robić na Ziemi pod postacią nastolatka?

Jak tak o tym pomyślę to powinnyśmy zostać bohaterami kolejnej części Biblii. Jezus i cała reszta nie zrobili przez pierwsze dwie części nawet połowy tego co my przez rok na Ziemi. Najnowszy Testament autorstwa Zarazy, piątego ewangelisty. Kurwa to brzmiało nawet nieźle.

Kopniak Śmierci przywołał mnie do rzeczywistości.

- O chuj ci chodzi? - warknąłem.

Dopiero wtedy zauważyłem anielski patrol zmierzający w naszym kierunku. Było za późno, żeby się schować. Odwróciłem się do braci, ale ku mojemu zdziwieniu Wojna i Śmierć rozpłynęli się w powietrzu. Stałem na środku podwórka całkiem sam, skupiając na sobie światło kilkunastu latarek.

- Kurwa, nie po oczach - powiedziałem zasłaniając się dłonią.

Jeden z aniołów wyszedł naprzód i wyciągnął z pochwy swój pedalski mieczyk. W porównaniu do oręża Wojny, taka zabaweczka przypominała raczej wykałaczkę.

- Zaraza? Jeden z Czterech Jeźdźców Apokalipsy? - spytał podchodząc bliżej.

- Skądże. To ja, twoja matka - odparłem przewracając oczami. - Nie poznajesz?

- Jesteś aresztowany pod zarzutem... eee...

- Odbieram tylko swoją własność.

- Zgodnie z paragrafem 7312 Niebiańskiej Konstytucji, konie waszej czwórki stały się własnością Królestwa Niebieskiego w momencie zniknięcia Jeźdźców z Czwartego Wymiaru. Nie macie do nich żadnych praw.

Westchnąłem. Miałem cichą nadzieję, że uda się to załatwić pokojowo. Sięgnąłem do kieszeni i powoli uniosłem do góry swój rewolwer. O dziwo, żaden z aniołów nie rzucił się, żeby mnie powstrzymać. Zamiast tego, na twarzach całego oddziału pojawiły się kpiące uśmieszki.

- Muszę Cię zmartwić, Jeźdźcze - powiedział ten jebany biurokrata na przodzie. - Nasza armia zainwestowała w potężne pancerze kuloodporne. Twoja broń nie robi na nas najmniejszego wrażeAGHH... - wyrzęził tylko upadając na ziemię z połową głowy.

- Szkoda, że nie pomyśleliście o hełmach - mruknąłem i zacząłem strzelać.

W tym momencie mógłbym urwać i wstawić klasyczne "Yep, it's me. You're probably wondering how I ended up in this situation". Pozwólcie więc, że wam wyjaśnię.

Zaczęło się od pierdolnięcia. Dość dużego pierdolnięcia. W ceglaną ścianę. To właśnie o nią Śmierć rozjebał swojego ukochanego harleya, dzień po tym jak wróciliśmy na Ziemię. Przyczyną całego zajścia mógł być dość wysoki poziom wódeczki w organizmie naszego brata, a także fakt, że założył się z Adolfem o to, że rozpędzi się do 250 w centrum miasta. Ale to tylko moje spekulacje. W każdym razie efekt był dość przykry - zostaliśmy bez żadnego środka transportu. Nie licząc mojego biedackiego rowerka. To znaczy, nie żeby nam to jakoś przeszkadzało, z miasta i tak wyjeżdżaliśmy raczej niechętnie. Jednak Wojna po gruntownym przemyśleniu całej sytuacji stwierdził, że tak być nie może i musimy znaleźć sobie przyzwoite wierzchowce. Oczywiście pomyśleliśmy, że chodzi mu po prostu o jakieś fajne autka, ale nie. On NAPRAWDĘ chciał odzyskać nasze konie, które zostawiliśmy za sobą w Czwartym Wymiarze.

Mogę tu też dodać, że po całym wypadku Śmierć doznał dość mocnych urazów czaszki. I kręgosłupa. I wszystkich kończyn. I właściwie kurwa wszystkich części ludzkiego ciała. Tak w sumie to powinien od tamtej chwili do końca życia jeździć na wózku inwalidzkim i odżywiać się wyłącznie przez słomkę, ale jak zawsze miał farta. Okazało się, że Atena, która swoją drogą zaskakująco szybko stała się naszą bliską znajomą, ma dość dobry kontakt z Chronosem. I mam tu na myśli fizyczny kontakt. I to bardzo fizyczny. W każdym razie wybłagała go, żeby zrobił te swoje czary mary z cofaniem czasu i przywrócił ciało Śmierci do momentu sprzed kraksy. Zgodził się tak ochoczo, że zaczynam się domyślać dlaczego Atena od tygodnia nie wychodzi z łóżka. Ale i tak było to dość dziwne, patrząc na olbrzymie restrykcje odnośnie używania tych przepotężnych mocy, które Zeus nałożył na naszego boga czasu.

Śmierć istotnie, wrócił do nas w stanie niemalże nienaruszonym, jeśli przymknąć oko na wielką dziurę w klatce piersiowej, którą pod koniec pierwszego sezonu rozjebała mu macka Warola. Fak, zabrzmiało to naprawdę źle. Ale to właściwie dość zabawne, bo mimo rozerwanego na strzępy serca, ten debil wciąż oddychał, a brak tego, na moje oko dość ważnego organu, nie przeszkadzał mu najwyraźniej w żadnym stopniu. Może wreszcie przestanie robić maślane oczka na widok każdej loszki, którą pozna. I nie, nie widzę tu absolutnie żadnej hipokryzji.

Wracając do pomysłu Wojny - z początku nawet nie braliśmy go na poważnie. Dopiero udało nam się zniszczyć Piekło oraz wygrać boską rozprawę. Ostatnia rzecz o której myślisz, gdy wracasz do domu (zabawne, że zaczęliśmy nim nazywać Ziemię) to ponowne narażenie się Stwórcy. Oczywiście, nasze rumaki były niewątpliwie warte ryzyka, ale nie znaczyło to, że nie mogliśmy bez nich żyć. Jednak ta szalona myśl, powrót na stare śmieci, by odzyskać nasze wierzchowce, zaczęła przekonywać nas do siebie. Właściwie to Wojna zaczął nas do niej przekonywać. A my oczywiście, jako ultra asertywni bracia, ostatecznie się zgodziliśmy.

Dostanie się do Czwartego Wymiaru nie było zbyt trudne. W przeciwieństwie do wykradnięcia z niego naszych koników. Przekraść się niezauważenie do naszego starego domostwa to jedno, ale wyprowadzić z niego cztery wielkie zwierzęta to już inna sprawa. Ku naszemu zdziwieniu odkryliśmy, że nasze legowisko zostało zajęte przez Niebo i po całym terenie kręciło się pełno anielskich patroli. Jak się okazało, nie musieliśmy martwić się o to, że ktoś zauważy jak będziemy odjeżdżać w siną dal, gdyż ktoś zauważył nas jeszcze zanim w ogóle sforsowaliśmy wrota stajni. A dokładniej mnie, opuszczonego przez własnych, pierdolonych braci, którzy pewnie spierdalali teraz z powrotem na Ziemię. Biedne aniołki, zostawili je na moją pastwę.

I w tamtym momencie zacząłem strzelać, Wysoki Sądzie. Strzelałem i strzelałem, dopóki nie skończyła mi się amunicja. Położyłem cały oddział, poza jednym aniołem. Stał przede mną, zbyt przerażony, by cokolwiek zrobić, mrucząc pod nosem błagalne modlitwy. Prawie było mi go szkoda. Chociaż z drugiej strony, oderwanie głowy od ciała za pomocą kolczastego bicza to naprawdę widowiskowa śmierć. Głód wyszedł z ciemności i z gracją zwinął swoją niebezpieczną zabaweczkę, uprzednio wycierając ją z krwi.

- Co tu się do kurwy dzieje? - przywitał mnie i rozejrzał się dookoła. Mówił mi potem, że doliczył się czternastu trupów. Chyba nieświadomie pobiłem wtedy liczbę zamordowanych aniołów na sekundę.

- Sam chciałbym wiedzieć - mruknąłem i zapaliłem papierosa. - Wojna i Śmierć mnie wystawili, więc musiałem sobie jakoś poradzić.

- Stwórca nas za to zajebie - stwierdził Głód, ale w jego głosie nie słychać było żadnego strachu czy pretensji. Ot, zwykłe stwierdzenie faktu.

- Przynajmniej zabierzmy to, po co przyszliśmy - zignorowałem go i podszedłem do drzwi stajni.

Gdyby nie mój dobry słuch, mógłbym zostać stratowany. Dosłownie w ostatniej chwili odsunąłem się na bok, nim drewniane wrota zostały roztrzaskane na kawałki. Ze środka rozjebanej stajni majestatycznie wynurzyły się cztery znajome kształty.

- Venenum - szepnąłem, kiedy rozpoznałem wśród nich moją przepiękną, białą klacz. - Kochana, nawet nie wiesz jak za Tobą tęskniłem.

- Juhuuu! - wydarł się Wojna, jeżdżąc w kółko na Irze, swoim triggerująco pomarańczowym koniu. - Patrzcie kogo znalazłem! Ihaaa!

Spojrzałem na niego solidnie wkurwiony i chwyciłem za leżący obok kamień. Był on wręcz idealnej wielkości, żeby zrzucić go z siodła.

- Ała! Ała! Za co? - zaczął się drzeć, kiedy zasypałem go gradem ciosów. Był zbyt podjarany odzyskaniem koni, żeby mi oddać.

- Jeszcze się kurwa pytasz? Zostawiliście mnie samego! Śmie-cie pier-do-lo-ne - dodałem, akcentując każdą z sylab solidnym pierdolnięciem w żebra.

- Aaa, kurwa, przecież dałeś sobie radę, ała, kurwa, już, przestań do chuja.

- Gdzie jest ten drugi idiota? - spytałem nieco niepotrzebnie, bo Śmierć właśnie wynurzył się z ciemności ściskając w dłoni lejce swojego rumaka, Mortema.

Już się zamachiwałem, żeby przedstawić mu swoją hierarchię rodzinnych wartości, ale w tym momencie do naszych uszu dobiegła wyjąca syrena alarmowa.

- Od kiedy oni mają tutaj takie zabezpieczenia? - spytał Głód, poprawiając siodło swojemu wierzchowcowi, kruczoczarnemu Pullum.

- Musimy stąd spierdalać. - powiedział Wojna, otrzepując się z ziemi.

Spojrzałem groźnie na Śmierć.

- Wpierdol przekładam na jutro. Zapisz sobie w kalendarzyku.

- Pamiętacie, gdzie zaparkowaliśmy portal? - zmieniła temat ta mała menda.

- Ja pamiętam - odparłem i wsiadłem na Venenum. - Za mną.

I oto ruszył galopem biały koń,

a siedzący na nim miał rewolwer.

I dano mu butelkę whisky,

i wyruszył jako paściarz, by [jeszcze] pastować.

I wyszedł inny koń barwy ognia,

a siedzącemu na nim dano odebrać Ziemi pokój,

by się wzajemnie ludzie zabijali -

i dano mu kurewsko wielki miecz.

I Agatę pod pachę.

A oto czarny koń,

a siedzący na nim miał w ręce bicz.

I usłyszałem jakby głos mówiący

"Dwa kubełki z KFC za denara

i trzy Big Maci za denara,

a nie krzywdź bimbru i wódy!"

I oto koń trupio blady,

a imię siedzącego na nim Śmierć,

i Otchłań mu nie towarzyszyła.

Głównie dlatego, że była kurwa martwa XD

I wywalczyli sobie oni władzę nad czwartą częścią Ziemi,

by zabijać mieczem i głodem, i zarazą, i tą całą pierdoloną kosą.

Uciekinier

Czasami trudno było stwierdzić, czy Agata rzeczywiście była na nas wkurwiona, czy po prostu nie podobał jej się fakt, że do jej mieszkania wprowadziło się czterech alkoholików i ich konie. To znaczy, rumaki zostawiliśmy w garażu, gdzie ledwo się mieściły, ale przynajmniej nie musieliśmy się martwić, że ktoś je zauważy. W każdym razie, z racji tego, że nasze mieszkanko zostało lekko mówiąc rozpierdolone, tymczasowo ulokowaliśmy się u dziewczyny Wojny. Idealnie się złożyło, bo jej rodzice byli akurat na jakimś miesięcznym służbowym wyjeździe, więc mieliśmy sporo czasu, żeby nazbierać pieniądze na nowe lokum. Oczywiście zamiast zająć się szukaniem pracy, siedzieliśmy na tyłkach i organizowaliśmy imprezę za imprezą.

Niestety Adolf i Michał musieli znaleźć sobie własne gniazdko, bo u Agaty nie było już praktycznie miejsca. Nie okazało się to jednak zbytnim problemem, Hitler odkopał skrzynkę pełną sztabek złota, którą ukrył jeszcze przed wojną i przejebał wszystko na mieszkanie w centrum i kilka kilogramow kokainy. Powiedzieliśmy naszemu Archaniołkowi, żeby się nim opiekował i pilnował, żeby wąsaty zbrodniarz nie odjebał niczego przesadnie głupiego. Wzięli ze sobą Fenrira, bo bydlę było zbyt wielkie nawet na garaż. Zresztą, nie mieliśmy pewności, czy nie zagryzie nam koników.

Od czasu do czasu odwiedzali nas również Atena z Hermesem, oferując mieszkanko na Olimpie, ale grzecznie odmawialiśmy, nie chcąc jeszcze bardziej naciągać naszej umowy z Bogiem. Wciąż nie doczekaliśmy się odzewu na kradzież koni, co trochę nas niepokoiło i dawało pretekst do kolejnych toastów. Strach pomyśleć, co planował Wszechmogący. Mieliśmy tylko nadzieję, że ma ważniejsze sprawy na głowie. Mimo, że Piekło upadło, to grecki Hades i zaświaty pozostałych religii wciąż działały i stopniowo zapełniały się zagubionymi duszami, które miały trafić do kotła. Z tego też powodu dochodziło do wielu spięć pomiędzy Stwórcą, a Zeusem, który pod presją Hadesa, żądał od Boga zabrania tych grzesznych sukinsynów do siebie. Oczywiście o wszystkim wiedzieliśmy od Jezusa, który regularnie wpadał na nasze piątkowe imprezy i streszczał nam wszystkie ciekawe wydarzenia.

Swoją drogą, Syn Boży kilka dni temu otworzył własny biznes. A dokładniej "Sklepik z cudami". Nie zgadniecie co w nim sprzedawał.

Regularnie przychodziło do niego stado meneli z prośbą, żeby zmienił im kilka litrów nałęczowianki w amarenę. No trzeba przyznać, ruch to on miał niezły. Ale praktycznie wszyscy kupowali od niego malutkie cuda, rzeczy krótkotrwałe i banalne, jednak znalazło się też kilku bardziej wybrednych.

- Elo.

- Siema Zaraza, co tam?

- Chciałbym kupić sobie prawdziwą miłość. Ale taką wiesz, fajną i kurwa no, szczerą - powiedziałem z uśmiechem. - I nie, nie chodzi mi o dmuchaną lalkę.

Jezus był już wyraźnie znudzony moimi wizytami w jego sklepie.

- Zaraziu, przychodzisz tu już osiemnasty raz w tym tygodniu - zaczął powoli - a mamy wtorek. Mówię ci, że jesteś wyjątkowym przypadkiem. Przykro mi, ale nawet ja nic nie poradzę na twój krzywy ryj.

- Ech, spierdalaj - rzuciłem wkurwiony i ruszyłem w stronę wyjścia. Gdy już sięgałem po klamkę, ktoś zdjął drzwi z bara i wpadł do środka, sapiąc jak zdychający kot.

- PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM - rzucił na mój widok i podbiegł do lady.

- Witam, co podać? - spytał niepewnie Jezus, zezując w moją stronę.

Podniosłem się z podłogi i przyjrzałem się jegomościowi. Był całkiem wysoki i przeraźliwie chudy. Głód przy nim wyglądał jak zapaśnik sumo. Ubrany był w dziwny, czarny płaszcz i olbrzymi kapelusz z kurewsko szerokim rondem, co wyglądało dość komicznie w połączeniu z paroma czarnymi loczkami, które opadały mu na czoło. Nie miałem wątpliwości, że była to peruka.

Dopiero dziwne brzęczenie uświadomiło mi jeszcze jedną rzecz. Z nadgarstków dziwacznego klienta zwisały długie łańcuchy, które przy każdym ruchu dzwoniły jak pojebane. Co do kurwy...

- POPROSZĘ SPOKÓJ! - wydarł się. - POPROSZĘ WOLNOŚĆ I SPOKÓJ. POPROSZĘ...

- Powoli, bez nerwów - powiedział spokojnie Jezus. - O jaki spokój panu chodzi? Duchowy, czy może...

- Przepraszam, że się wtrącę - stanąłem pomiędzy dwoma rozmówcami. - Ale obawiam się, że musimy poprosić o pańskie dokumenty.

Jezus spojrzał na mnie zdziwiony, ale potaknął.

- Tak jest, proszę pana, musimy pana wylegitymować zanim transakcja dojdzie do skutku.

Jegomość rozejrzał się przerażony po wnętrzu sklepu i rzucił w stronę drzwi. Wiedziałem, że coś było z nim nie tak. Chwyciłem za rewolwer i bez wahania przestrzeliłem mu kolano. Ku mojemu zdziwieniu, ciche trzaśnięcie było jedyną odpowiedzią na zadane obrażenia.

- Co do... - zaczął Jezus, kiedy nieznajomy zrzucił z siebie ubranie.

Naszym oczom ukazał się... szkielet. Ludzki szkielet z połamanymi łańcuchami zwisającymi mu z nadgarstków, stojący na jak gdyby nigdy nic na środku "Sklepiku z cudami".

- Ty śmieciu... - szepnął Jezus i rzucił się na uciekiniera z Hadesu. - Ty pierdolona kurwo, suko jebana w dupę przez własnego rodzonego ojca, cholerny...

- Emm, Jezu, nie jestem ekspertem w tych sprawach, ale Synowi Bożemu chyba nie wypada mówić takich rzeczy - wtrąciłem się nieśmiało.

- W chuju to mam - odpowiedział mi wkurwiony Mesjasz. - Wiesz kto to jest? Przez tego śmiecia całe zaświaty mają przejebane. Podczas gdy mój ojciec próbuje to wszystko ogarnąć i naprawić, ten gnój śmie pokazywać się na Ziemi jak gdyby nigdy nic i żądać pierdolonego spokoju. Zaraz ci dam kurwa spokój. Wiekuisty kurwa.

- PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM! - wydarł się Charon, przyjmując kolejny cios w swoją błyszczącą czaszkę. - Ja nie chciałem, ja nie mogłem ja...

W tym momencie w drzwiach sklepu stanął Odyn, ściskając pod ręką kałacha. Jego jedyny żywy kruk siedział na końcu lufy, wymierzonej w naszą trójkę leżącą na podłodze.

- Co tu się kurwa dzieje? - powiedzieliśmy wszyscy jednocześnie.

Pół godziny później było już po wszystkim.

- Dzięki. - rzucił Jezus do Charona, który zasłonił go własnymi kośćmi przed serią z karabinu.

- Nie ma sprawy. - odparł przewoźnik zmarłych, przyłączając sobie piszczel w miejsce dłoni. - O co mu chodziło?

Płacząc z bólu opadłem na najbliższe krzesło. Oberwałem w ramię i klatkę piersiową. Potrzebowałem Noża. I to szybko.

- To nordycki bóg skurwysyństwa - wyjaśniłem przez łzy. - Mamy z nim na pieńku od czasu, gdy niechcący podpierdoliliśmy mu Puszka.

Zacząłem odpływać. Głosy Charona i Jezusa nagle stały się dziwnie odległe, a ja poczułem, że gdzieś spadam. Błagam, żebym tylko nie zdechł, żebym tylko znowu nie zdechł. Wreszcie otworzyłem oczy i zobaczyłem, że stoję na brzegu jakiegoś jeziora. Podziemnego jeziora. A może to była rzeka? Chuj wie. Wokół mnie widziałem setki tysięcy dusz, tłoczących się na kamienistej plaży. Wszyscy krzyczeli, wymachiwali rękami. Część płakała. W tamtym momencie zrozumiałem, że jestem w Hadesie. Stałem na brzegu Styksu, a na wodzie unosiła się pusta barka. Nie było przewoźnika. Nie było Charona. Nikt nie mógł przedostać się na drugą stronę. Wszyscy mogli tylko rozpaczać i patrzeć na zwisające z barki i brzęczące na wietrze, połamane łańcuchy.

- KURWAAAAA - wydarłem się, kiedy poczułem Nóż wsuwający mi się w pierś. Chwilę później ocknąłem się jako Zwycięzca, w lepkim od spermy łóżku małżeńskim Agaty i Wojny.

- Brawo, przeżyłeś śmierć kliniczną - powiedział Głód podnosząc mnie do pozycji siedzącej. - Gdyby nie fakt, że Jezus przedzwonił do Michała, który Cię do nas przyniósł, byłbyś już martwy na stałe. Po raz kolejny.

- Widziałeś się ze Stwórcą? - spytał podjarany Wojna.

- Gdzie on jest... - wyjąkałem, próbując złapać oddech.

- Gdzie jest kto?

- Charon... Gdzie jest, kurwa mać, Charon...

Widząc zdezorientowane spojrzenia braci, chwyciłem za telefon. Drżącym palcem wybrałem numer Jezusa. Nie odbierał. Po chwili otrzymałem od niego lakoniczną wiadomość "Spierdolił".

- Muszę go znaleźć - stwierdziłem. - Cały Hades jest zawalony imigrantami z katolickiego Piekła, a na brzegu Styksu zbierają się całe tłumy dusz, których nie ma kto przetransportować na drugą stronę. Trzeba to ogarnąć, albo prędzej czy później cały system pierdolnie. Wyprowadzam Venenum. Jedziecie ze mną?

- Jedziemy - odpowiedziała zgodnie cała trójka.

- A tak właściwie to gdzie? - spytał po chwili Śmierć.

Uśmiechnąłem się szeroko i wsypałem do kieszeni kilka pudełek amunicji do rewolweru.

- Odwiedzić starego znajomego - powiedziałem zerkając kątem oka na odpalony na jakimś kanale telewizor, gdzie właśnie leciał któryś z odcinków "Lucyfera".

Sok z gumijagód

- Co to znaczy, że Adolf zabrał nasze konie na jakieś zawody? - spytałem przerażony, stojąc w drzwiach pustego garażu. - Kto w ogóle mu na to pozwolił?

- A, już pamiętam. Ja - wtrącił się Głód, zapijając jakiegoś taniego whiskacza jeszcze tańszym bourbonem.

Ukryłem twarz w dłoniach i teatralnie westchnąłem. Już napaliłem się na emocjonującą przejażdżkę... Cóż, przeludniony Hades mógł najwyraźniej poczekać.

- Nie ciekawi was ani trochę jak i przez kogo zostałem postrzelony? - spytałem patrząc jak bracia opróżniają kolejną butelkę.

- Nope. Ani trochę atencyjna kurwo - odparł Wojna i z powrotem przyłożył usta do szyjki Jacka Danielsa.

- Czy coś się stało jak mnie nie było? - spytałem niepewnie, kątem oka widząc jak Śmierć zataczając się zmierza w stronę kibla. - Czyją śmierć opijacie?

- W sumie to twoją. Byliśmy już pewni, że znowu spadłeś z rowerka - odpowiedział Wojna. - A tak serio to świętujemy zaręczyny...

Prawie spadłem z krzesła na którym nie siedziałem.

- NO NIE MÓW, ŻE...

- ...Adolfa i Michała.

Usiadłem na parkingu z otwartymi ustami i zacząłem się opętańczo śmiać.

- Żartujesz.

- Nah, jak chcesz to do nich zadzwoń. A, wait, przecież są na tych całych zawodach i pewnie i tak nie odbiorą - stwierdził i wyzerował Jacka. - Cóż, wygląda na to, że musisz uwierzyć mi na słowo.

Otarłem z twarzy łzy i chwyciłem za leżącą obok butelkę. To zdecydowanie trzeba było opić. Pociągnąłem solidny łyk i prawie się zakrztusiłem.

- Co to kurwa jest? - spytałem czując jak ten kwas powoli wyżera mi wszystkie organy.

- Moja oryginalna receptura - uśmiechnął się Śmierć, który właśnie wrócił z kibla. - W połowie Tequila, w połowie spirytus.

Podrapał się po głowie i po chwili dodał:

- Hm, w sumie całkiem możliwe, że dałem tam też parę kropli rumu. I resztkę wódy. Plus coś co ziomek na targu nazwał "sokiem z gumijagód". Podobno trzepie całkiem nieźle - usłyszałem go jak przez mgłę - Zaraza? Ej! ZARAZA CO TY...

Obudziłem się w czymś co podejrzanie przypominało szpitalną salę i o ile Wojna z Agatą znowu nie bawili się w jakieś dziwaczne sypialniane fetysze, tym właśnie to było. Obok mnie siedział Głód i popijał coś ze swojej zdobionej piersiówki. Obok, oparta o łóżko w którym leżałem, stała oparta jego gitara, którą kupił za parę czerwonych marlborasów na pobliskim bazarze. Próbowałem wstać, ale mój brat powstrzymał mnie zapobiegawczą lepą na ryj.

- Co do chuja? - spytałem masując sobie czoło. - Co się tu stało i czemu w ostatnim czasie tak często się teleportuję?

- Bo mdlejesz i dosłownie umierasz przy każdej możliwej okazji? Niech no policzę ile razy zginąłeś od kiedy jesteśmy na Ziemi... - zaczął Głód. - Raaaaaaaz... dwaaaa... trzy... czteeery...

Odpowiedziałem mu niedbałym kopniakiem.

- Słuchaj braciszku, lekarze mówią, że twoje ziemskie ciało jest totalnym wrakiem. Well, w zasadzie oba ciała - twoje i Zwycięzcy. O ile nie masz zamiaru popierdalać w formie Antychrysta albo dzielić swojego ciała z Jezusem do samej Apokalipsy, to trzeba coś na to poradzić.

Westchnąłem i w milczeniu patrzyłem jak przelewa zawartość piersiówki do szklaneczki stojącej na szafce obok.

- Masz, to tak na pocieszenie - uśmiechnął się i chwycił za gitarę. - A teraz czas na mały koncercik!

Nie potrafiłem powstrzymać szerokiego uśmiechu przy pierwszych nutach "Fuck her gently", które chwilę później rozbrzmiały w pokoju. Już wkrótce w całym szpitalu słychać było nasze nieudolne próby rockowego śpiewu. Głód następnie płynnie przeszedł do klasyki i poprzez Metalikę i Pistolety&Róże, dotarł do Dolnego Systemu. To mniej więcej wtedy stwierdziłem, że zgaszenie kiepa w szklance pełnej whisky jest świetnym pomysłem i musieliśmy się błyskawicznie ewakuować, bo personel szpitala o dziwo nie był zachwycony improwizowanym koktajlem mołotowa, który wyleciał przez okno, prosto na parking.

- Plan jest taki - stwierdził Wojna, gdy tylko wróciliśmy do domu. - Jeśli zamierzasz zachować swoje ciało... eee... znaczy ciała, do końca świata, musimy trochę popracować nad swoją sprawnością fizyczną. W sensie, TY musisz. Więc, moja propozycja jest następująca - przez następne parę miesięcy będziesz chodził ze mną na siłownię dwa razy w tygodniu. Wrócą ci siły, nie będziesz ciągle umierał...

- Ale wiesz, że wszystkie moje zgony nie miały nic wspólnego z... - usiłowałem się wtrącić.

- ...ani zgonował po jednym łyku jakiegoś biedodrinka zrobionego przez Śmierć - to mówiąc wlał sobie do gardła zawartość napoczętej przeze mnie butelki.

Musieliśmy szukać dla niego innego szpitala, bo w najbliższym z niewiadomych przyczyn wybuchł pożar. Służba zdrowia w Polsce to jeden wielki pierdolony żart.

Kiedy wreszcie wróciliśmy do mieszkania Agaty, musieliśmy odpowiedzieć na kilka trudnych pytań. Poczynając od najłatwiejszych, w stylu "Gdzie jest Wojna", na tych przejebanych w stylu "Co na moim oknie robi wielki napis "JEBAĆ ODYNA"" kończąc. Na szczęście chwilę później wrócili Adolf z Michałem, żeby odstawić konie do garażu i chwilowo uratowali nas od udzielania na nie odpowiedzi.

- Patrzcie ile hajsu wygraliśmy na zakładach! - wrzasnął Hitler obsypując nas banknotami. - Koń Wojny to prawdziwy potwór, wygrał dziewięćdziesiąt osiem procent wyścigów.

- A te dwa procent? - spytał nieśmiało Śmierć.

- Emmmm... może lepiej o tym nie mówmy... - powiedział zmieszany Michał, wprowadzając nasze wierzchowce do garażu. Na łbie konia Wojny wyraźnie widać było dwie ciemne plamki, podejrzanie przypominające rany postrzałowe. Całe szczęście, że wszystkie cztery konie były odporne na broń palną i tylko delikatnie przypalona grzywa zdradzała ten "mały uszczerbek". Wolałem nie zadawać niepotrzebnych pytań.

- Swoją drogą chcieliśmy was zaprosić na ślub - zmienił temat Adolf. - Przyszła sobota.

Zmarszczyłem brwi.

- Czemu tak szybko...

- Po co czekać, cieszmy się miłością, póki...

- Mam na myśli jakim cholernym cudem nagle jesteście parą? - spytałem niepewnie. - Nie chcę wyjść na homofoba, szkalując pierwszy w dziejach związek pomiędzy Archaniołem, a martwym zbrodniarzem wojennym, pytam wyłącznie z czystej ciekawości...

- Well, to było... - zaczął Michał, ale przerwał mu głośny huk z wnętrza mieszkania. Krzyk Agaty trochę nas zaniepokoił, ale odetchnęliśmy z ulgą, kiedy chwilę później ze środka wyszedł Jezus ściskając coś pod ręką.

- Siema mordo - powitał go Głód, który właśnie wrócił z gitarą, żeby zagrać narzeczonym miłosną serenadę. - Co tam, przyszedłeś z nami opijać zaręczyny tej dwójki? ­- Jezus kiwnął głową. - Dobrze, zastąpisz Wojnę, który nie sprostał mieszance Śmierci. Osobiście uważam, że to całkiem przyzwoity trunek - na potwierdzenie swoich słów przełknął kilka łyków tej ambrozji po czym bezwładnie upadł na parking. Do szpitala odstawiliśmy go dopiero następnego ranka.

- Nie wiem co tu się kurwa dzieje, ale wiem co się dzieje tam na dole - wkurwiony Jezus wskazał palcem na ziemię.

- Masz na myśli piwnicę? - spytał Śmierć zlizując z parkingu resztki swojej morderczej mieszanki.

- Nie, debilu. Mam na myśli to - powiedział i wcisnął mi do ręki kawałek papieru. Jak się okazało, był to list gończy za Charonem.

- Ej ej, to ty dałeś mu uciec, ja byłem zbyt zajęty...

- ...byciem martwym, tak wiem - Jezus przewrócił oczami i podsunął mi ten świstek bliżej oczu. "NAGRODA: Dowolna" głosił pisany grubą czcionką napis.

- Macie go znaleźć, zanim cały Hades pierdolnie. Myślicie, że egipskie zaświaty są w stanie pomieścić te wszystkie dusze? Spoiler - ­­nie są. Jeśli Charon nie wróci do roboty, już wkrótce będziemy mieć przejebane - powiedział i sięgnął po stojącą obok butelkę. - A to co?

- To moja inna kompozycja, jest trochę delikatniejsza od poprzedniej, ale... - urwał, kiedy zobaczył jak Syn Boży upada na asfalt z twarzą sparaliżowaną od liczby procentów, która właśnie wdarła się do jego organizmu.

Usiadłem na parkingu i spojrzałem na naszego spierdolonego brata, który w ostatniej chwili ocalił butelkę od rozbicia się na głowie Głodu.

- Pfff, pizdy - parsknął i wyzerował ją w paru łykach.

Hell's Kitchen

Chociaż ten jeden raz z idiotycznego pomysłu Wojny wynikło coś całkiem pozytywnego. Gdyby nie jego plan odbicia naszych koników, nie bylibyśmy w stanie przekroczyć Styksu i w efekcie spotkać się z Hadesem. Musicie wiedzieć, że wszystkie cztery zwierzaki miały wspaniałą zdolność do galopowania po dowolnym podłożu, wliczając w to taflę wody. Albo ściany. Lub sufit.

- Jesteś pewien, że nas przyjmie? - krzyknął do mnie Śmierć, poganiając swojego konia. - To wszystko to w sumie nasza wina - wskazał na tłumy dusz czekające na przeciwległym brzegu.

W sumie było mi ich szkoda. To się nazywa przegrać życie. Dosłownie.

- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem niechętnie. - W razie czego będziemy się targować.

Wciąż biłem się z myślami, żeby jednak zawrócić i poczekać, aż Wojna, Głód i Jezus dojdą do siebie. Wyruszylibyśmy na szukanie sojuszników wspólnie, zamiast jak ostanie głąby wstępować w zaświaty tylko we dwójkę. Jednak czas nas gonił, a nagroda za odnalezienie Charona kusiła coraz bardziej. Mój plan był idiotyczny, ale dość bezpieczny. Naprawdę trudno było w nim coś zjebać. Oczywiście nam się to udało.

- A co powiesz na... eeee... jakiś interesujący układ? - wydukałem obserwując jak powoli otaczają nas nieumarli żołnierze z długimi, lśniącymi halabardami. - Na przykład taki, że powiesz nam gdzie On jest, a my w zamian nie rozpierdolimy ci zaświatów? Huh?

Hades podniósł się z tronu i obdarzył nas upiornym uśmiechem. Wyglądał jak połączenie węża z człowiekiem i pierdoloną rybą. Jego tępy wyraz twarzy sprawiał na dodatek, że trudno było mi zachować jakąkolwiek powagę.

- Mam ciekawszą propozycję - odpowiedział powoli swoim ponurym głosem. - Moi żołnierze wypatroszą was jak psy, a ja będę siedział na tronie i się z tego śmiał. Co wy na to?

Westchnąłem i aktywowałem trzymany w kieszeni detonator.

Błyskawicznie odskoczyliśmy na bok, kiedy sufit sali tronowej zawalił się pod wpływem sporej eksplozji. Jak dobrze, że Adolfowi zostało jeszcze trochę materiałów wybuchowych. Dziesiątki ogromnych głazów i setki mniejszych kamieni roztrzaskały w proch przepiękną mozaikę z łazienkowych kafelków pokrywającą całą podłogę, a nieumarła armia w parę sekund stała się takumarłą armią, zmiażdżona pod walącym się stropem. Hades w ostatniej chwili rzucił się w stronę Persefony, która najwyraźniej miała zupełnie wyjebane na to co się dzieje i oboje odsunęli się na bezpieczna odległość. Kiedy deszcz kamieni wreszcie ustał, a pył trochę opadł, przez powstałą dziurę wskoczył kolejny uczestnik naszych pertraktacji.

- Co to jest?! - wydarł się władca greckich zaświatów.

Wyciągnąłem z kieszeni rewolwer i wycelowałem w jego kierunku.

- Hadesie, poznaj Puszka. Puszek, poznaj Hadesa.

Nasz kochany zwierzak ryknął radośnie i zaczął powoli człapać przez gruzy w stronę przerażonych małżonków. Najwyraźniej był przeszczęśliwy, że wreszcie zabraliśmy go na wycieczkę.

- Okej, okej, może się jakoś dogadamy - wydukał Hades odpychając Persefonę w stronę najbliższych drzwi. - Powiem wam wszystko co wiem.

- Zamieniamy się w słuch - powiedział Śmierć szczerząc zęby i bawiąc się swoją kosą.

- GDZIE DO KURWY NĘDZY JEST LUCYFER?!!! - ryknąłem mając dość tej całej farsy. Nie miałem czasu ani cierpliwości na spokojniutkie rozmóweczki przy herbatce.

- Nie ma go tu, przysięgam! - rozpłakała się ta blada kreatura. - Nigdy go tu nie było!

Puszek tymczasem znalazł jakiegoś ocalałego nieumarlaka i z radością odgryzł mu głowę, rozchlapując wokół zieloną maź.

- Zaraza... On może mówić prawdę - odezwał się nagle Śmierć. - Mówiłem ci, że pewnie zdechł już na amen w walącym się Piekle.

- Kurwa - mruknąłem i przywołałem Ven. - Szukamy dalej.

- Gdzie jeszcze chcesz go szukać?

Odwróciłem się do przerażonego Hadesa.

- Wszystkie zaświaty są ze sobą połączone, prawda? Masz nam pokazać najszybszą drogę do Piekła, albo zaraz poczekasz sobie na powrót Charona w towarzystwie chrześcijańskich emigrantów.

- Ale Piekło...

- TAK, WIEM DO CHUJA. PIEKŁO JUŻ NIE ISTNIEJE - wkurwiłem się już całkiem mocno i wsadziłem mu lufę w usta. - CO NIE ZNACZY, ŻE POŁĄCZENIE ZOSTAŁO CAŁKOWICIE ODCIĘTE, MAM RACJE?

- Mhhaszz... - wyskomlał i wskazał na jakieś drzwi w głębi sali. - Thaam mhacie mhhapę chałhego Hhhadesu.

- Dziękuję - uśmiechnąłem się czarująco i pociągnąłem za spust. - Puszek, do nogi.

Po kilku dobrych godzinach błąkania się po ciemnych i dość przerażających tunelach, dotarliśmy do zawalonego przejścia. Według tego co mówiła mapa, za nim znajdowało się kiedyś Piekło.

- Bosko - stwierdził Śmierć i oparł się o ścianę. - To co teraz?

- Po pierwsze, zamknij ryj. Po drugie mam jeszcze jedną laskę dynamitu.

- I chuj ci po niej? Tam NIC już nie ma do kurwy. Przecież byłeś przy tym. Wszystko jebło, pewnie z Lucyferem włącznie.

- Nie wierzę - warknąłem i podpaliłem lont.

Jeśli zapytacie mnie co spodziewałem się ujrzeć po wysadzeniu blokady to szczerze odpowiem, że nie wiem. Na pewno nie wyobrażałem sobie, że będzie to pierdolona restauracja. Nie, to nie jest żadna jebana metafora, ani nic w tym stylu. Naszym oczom ukazała się wielka, elegancka sala, wypełniona długimi stołami i ludźmi w szpanerskich garniakach. Staliśmy przez jakąś minutę, zapatrzeni w ten surrealistyczny obraz, dopóki nie podszedł do nas kelner.

- Czy to państwo właśnie wysadzili nam ścianę? - spytał uprzejmie, podając nam tacę z zakąskami.

- Eeeeeeee... - Śmierć chyba próbował coś powiedzieć, ale zanim mu się to udało, do sali wcisnął się Puszek.

- PIES?! - wrzasnął ktoś. - PIES W MOIM SANKTUARIUM?

Wiedziałem, że skądś znam ten głos, ale w żadnym stopniu nie zmniejszyło to mojego szoku, kiedy w drzwiach kuchni pojawił się Gordon Ramsay.

- CO TO BYDLĘ ROBI W MOJEJ PIEKIELNEJ KUCHNI?

Odciągnąłem Puszka z powrotem do tunelu.

- Przepraszamy najmocniej, już się zbieramy - wymamrotałem cofając się powoli do tyłu.

- O NIE, NIE, NIE, TY PRYSZCZATY PADALCU! - wydarł się Gordon. - A ZA ŚCIANĘ TO KTO MI ZAPŁACI? ZAPIERDALAĆ NA ZMYWAK, OBAJ KURWA. A TO WŁOCHATE GÓWNO MA MI ZNIKNĄĆ Z OCZU.

Popatrzyliśmy ze Śmiercią na siebie i zgodnie stwierdziliśmy, że co jak co, ale z Ramsayem to nie chcemy mieć na pieńku i posłusznie podreptaliśmy na zaplecze.

- Co. Do. Chuja - szepnąłem sięgając po jakiś brudny talerz. - Zawsze myślałem, że Hell's Kitchen to tylko taka nazwa.

- Masz za swoje, zachciało ci się kurwa Lucyfera szukać. Teraz będziemy tu siedzieć wieki i zmywać gówno z talerzy.

Nagle usłyszeliśmy jakiś hałas spod podłogi. Brzmiało to trochę tak, jakby ktoś rzucił czymś metalowym o skały. Po chwili jedna z płytek w parkiecie poruszyła się, a zaraz z tego prowizorycznego włazu wynurzyła się głowa, której właściciela mieliśmy już okazję poznać.

- Czy ktoś powiedział... Lucyfer? - uśmiechnął się przystojny diabeł.

Jak się okazało, pod kuchnią Ramsaya była niewielka jaskinia, będąca schronieniem jedynego ocalałego z Piekielnej Katastrofy. W jej wnętrzu znajdował się tylko szpadel, trochę gruzu i... szafa wypełniona chyba najdroższymi garniturami na świecie.

- No co? - Lucyfer wzruszył ramionami patrząc na nasze zdziwione miny. - Może i jestem bezdomny, no i w sumie to martwy, ale trzeba trzymać klasę.

Przełknąłem ślinę.

- Mam nadzieję, że nie chowasz do nas urazy za...

- Ucięcie mi głowy? - diabeł podwinął kołnierz koszuli i pokazał nam długą linię szwów wokół szyi. - Żaden problem moi drodzy, żaden problem. Nie wiecie może co z moim klubem? Mam nadzieję, że nikt go nie kupił...

- Nie mamy pojęcia - wyznałem zgodnie z prawdą. - Ale możesz sam się przekonać. Potrzebujemy twojej pomocy w znalezieniu Charona. Jeśli pójdziesz z nami, wyprowadzimy cię na Ziemię i jak tylko dorwiemy skurwysyna będziemy kwita.

Lucyfer zaśmiał się.

- Dlaczego miałbym w ogóle chcieć stąd uciekać? Właściwie to jestem dość zajęty rekonstrukcją Piekła. Mam zamiar siedzieć w tej dziurze i kopać dopóki nie odbuduję imperium Szatana. Ziemia jest przereklamowana - powiedział. Poprawił krawat i chwycił za szpadel. - Przykro mi chłopcy, ale nie mam zamiaru wracać, ani tym bardziej wam pomagać.

Śmierć spojrzał na mnie niepewnie i jestem pewien, że planował już w jaki sposób mnie zamorduje.

- A swoją drogą... - kontynuował niechciany boży syn. - Dlaczego akurat ja? Dlaczego zafundowaliście sobie wycieczkę do ruin Piekła, żeby odnaleźć jakiegoś randomowego knypka, którego zarżnęliście jak świnię?

Uśmiechnąłem się szeroko, bo tylko czekałem na to pytanie.

- Bo widzisz, jakby ująć... - sięgnąłem po Nóż i powoli uniosłem go do góry. - Jesteś moim pierdolonym ojcem.

Triumfalny powrót

- Może źle to ująłem - zaśmiałem się, patrząc na zdumionego Lucyfera. - Jesteś pierdolonym ojcem TEGO.

To mówiąc podciąłem sobie gardło Nożem i chwilę później odrodziłem się jako Zwycięzca.

- Kurwa, czekaj - wkurwiłem się. - Nie jego.

Powtórzyłem samobójstwo i ostatecznie moje ciało zostało przejęte przez Antychrysta. Jednak nie do końca. Nauczyłem się już do pewnego stopnia kontrolować potwora siedzącego w mojej podzielonej na cztery części jaźni. Nie znaczyło to oczywiście, że miałem nad nim pełną kontrolę, co to to nie. Za sukces można uznać jedynie to, że potrafiłem powstrzymać jego mordercze rządze, przynajmniej na jakiś czas. Plus, nauczyłem się mówić.

- JESTEŚ OJCEM TEJ KUPY GÓWNA - ryknąłem przeraźliwym głosem. - TAKŻE WITAM CIĘ, TATUSIU.

Lucyfer zbladł i przełknął ślinę.

- Ale jak... Dlaczego?

- KUREWSKO DŁUGA HISTORIA - rzuciłem na odczepkę i przeszedłem do sedna sprawy. - MAM SZCZERĄ NADZIEJĘ, ŻE POSŁUCHASZ PROŚBY SWOJEGO SYNA I POMOŻESZ NAM ZNALEŹĆ CHARONA. OSTATNIA SZANSA.

Kiedy parę minut później wróciliśmy do zmywania talerzy, Śmierć prawie wypluł płuca ze śmiechu.

- To był ten twój błyskotliwy plan? Wejść w ciało potwora, którego spłodził i liczyć na to, że nagle zmieni zdanie? Hahahahaha. Jezu, czasami zastanawiam się czemu to mnie nazywają najgłupszym z Jeźdźców.

- Sam fakt, że tego nie rozumiesz, potwierdza to, że nim jesteś - odburknąłem i przeniosłem wzrok na komorę w zlewie. - Kurwa, jeszcze patelnia.

Wreszcie, po zmyciu absolutnie wszystkich naczyń i sztućców, nieśmiało wyszliśmy z kuchni i rozejrzeliśmy się po sali restauracyjnej. Nigdzie nie widać było Puszka i mieliśmy szczerą nadzieję, że Gordon nie zrobił z niego głównego dania. Chociaż i jego nigdzie nie szło dostrzec, co zaniepokoiło nas jeszcze bardziej. Wszędzie kręcili się tylko kelnerzy i wystrojeni w garniaki służący. Wtedy dotarła do nas jedna rzecz, którą powinnyśmy od początku zauważyć. Nigdzie nie było gości. Wszystkie stoliki były puste, a cała obsługa po prostu zapierdalała w tą i z powrotem, bez wyraźnego celu. Śmierć chyba chciał to skomentować, ale nagle rozległ się dźwięk syreny alarmowej.

Wtedy zza jakichś drzwi wyburzył się Ramsay i zaczął napierdalać widelcem w skrzynkę z bezpiecznikami.

- ŻADNYCH SYREN ALARMOWYCH W MOJEJ KUCHNI, KURWA KTO ZAMONTOWAŁ TU TO JEBANE GÓWNO?

Nie dowiedzieliśmy się kto wpadł na ten świetny pomysł, ale pewne jest, że uratował nam tym życie. Dosłownie pół minuty później, cała sala zapełniła się aniołami. W normalnych warunkach nie stanowiłyby one żadnego zagrożenia, mordowaliśmy je w końcu setkami, ale nigdy wcześniej nie używały one minigunów.

- Kurwa, jakim cudem budżet Nieba to wytrzymuje? - szepnął do mnie Śmierć, kiedy chowaliśmy się w schowku na szczotki. - Nagle zainwestowali w pancerze, pierdoloną broń palną zamiast zwykłych mieczy... O chuj im chodzi?

- Strzelam, że o nas. Mimo wszystko się nas boją, choć sam Stwórca nigdy by tego nie przyznał - powiedziałem cicho, zerkając przez dziurkę od klucza.

- Przecież staruszek zna cholerną przyszłość! - stwierdził Śmierć, zdecydowanie za głośno.

Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się szeroko.

- Może właśnie dlatego.

Nie słyszeliśmy zupełnie nic, ściany były najwyraźniej na tyle grube, że tłumiły nawet przekleństwa Ramsaya. Czekaliśmy w napięciu na rozwój wydarzeń i wreszcie zostaliśmy nagrodzeni za swoją cierpliwość. Kiedy rozległy się strzały, byliśmy pewni, że ocena lokalu Gordona spadnie gwałtownie o co najmniej dwie gwiazdki.

- Czego oni tu szukają? Przecież Piekło już nie istnieje - mruknąłem do siebie.

Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to nie do końca prawda.

- Kurwa, Lucyfer! - wrzasnąłem i rzuciłem się do klamki. - To o niego im chodzi, nie chcą, żeby odbudował Piekło!

Śmierć nawet nie próbował mnie powstrzymać, kiedy wtargnąłem z wyciągniętą bronią na szampańską imprezę, która miała miejsce zaraz za ścianą. Niestety się na nią spóźniłem. Truchła całego anielskiego oddziału jeszcze trzęsły się w pośmiertnych drgawkach, a ocalali kelnerzy powoli wychodzili spod stołów. Pośrodku tego całego burdelu stała nasza poranna gwiazda.

- Wiecie co, chyba jednak z wami pójdę - stwierdził uśmiechnięty Lucyfer, poprawiając garnitur i odrzucając na bok strzelbę. - Piekło może jeszcze trochę poczekać.

Gdy byliśmy już w wysadzonym przeze mnie tunelu, za naszymi plecami niosło się jeszcze echo szaleńczych krzyków największego choleryka wśród znanych kucharzy. Puszek na szczęście nie odszedł zbyt daleko i już wkrótce cała nasza czwórka ruszyła przez ten jebany labirynt identycznie wyglądających korytarzy, z naiwną nadzieją na rychłe znalezienie wyjścia. Cóż, zeszło nam trochę dłużej niż byśmy chcieli. Jakiś tydzień dłużej.

- CZY WAS DO RESZTY POPIERDOLIŁO?! - wydarł się Wojna, jak tylko zobaczył nas na progu mieszkania. - NIE BYŁO WAS JEBANE DZIESIĘĆ DNI, ADOLF I MICHAŁ MUSIELI PRZEZ WAS PRZEŁOŻYĆ ŚLUB, WY MAŁE, ŻAŁOSNE... - w tym momencie dostrzegł Lucyfera - ...PIERDOLONE ŚMIECIE. PO CO GO WYDOSTALIŚCIE, MAM MU ZNOWU ŁEB ODERŻNĄĆ?!

Poklepałem go po policzku i spokojnie wszedłem do mieszkania. Głód i Agata siedzieli w salonie i oglądali jakiś durny film akcji. Wyglądało na to, że tylko Wojna jakkolwiek przejął się naszym zniknięciem.

- Konie zaparkowaliśmy pod blokiem, kopsnij potem kluczyki, to je do garażu wprowadzę - rzuciłem do niego i rozsiadłem się na fotelu - a Puszka odstawiliśmy już do chłopaków, także wszystko git.

Spojrzałem na Głód, który wpierdalał gigantyczną misę popcornu i wyrwałem mu ją ręki, zapychając sobie usta prażoną kukurydzą,

- A, i tak swoją drogą - zacząłem - zabiłem Hadesa.

Kiedy po dłuższej chwili nie doczekałem się żadnej reakcji, wkurwiony brakiem atencji zająłem się przeglądaniem fejsbuczka.

Lucyfer niepewnie wszedł do środka.

- Bardzo tu uroczo, ale skoro i tak wróciłem na Ziemię to sprawdziłbym najpierw co tam z moim klubem. Nie chcę robić żadnych kłopotów - spojrzał na wkurwionego Wojnę, który wciąż stał w drzwiach i z uśmiechem dodał:

- Już nie. Ale wiecie, jakbyście mieli tam jednak miejsce na piątego Jeźdźca to wiecie gdzie, ał, ał, dobra już wychodzę, chryste.

Zapadła cisza, którą przerwał dopiero dźwięk otwieranej puszki piwa.

- To kiedy jest ten ślub? - spytał Śmierć.

- Jutro - odparł Głód nie odrywając wzroku od ekranu.

- A tak właściwie to jaki ksiądz zgodził się na zawarcie małżeństwa między tak... eeeeee... kontrowersyjną parą?

Wtedy Głód nagle podniósł się z kanapy i z mordą pełną popcornu przekazał nam niesamowitą wiadomość.

- Ja.

Po czym podszedł do szafy i wyjął z niej sutannę, którą potem zgrabnie na siebie założył.

- Jak was nie było, zrobiłem sobie quiz internetowy czy nadaję się na księdza. Wyszło że zdecydowanie tak.

Nie sądziłem, że ludzka szczęka jest w stanie opaść tak nisko.