ROZDZIAŁ III. PRZEGLĄD.
Przegląd, jakiemu uledz miało sześciu uprzywilejowanych, którzy wyszli z szeregów zgromadzonego ludu, i zbliżyli się do bramy, trwał krótko i nie był zbyt ścisły.
Wypadało tylko wydobyć połowę paszportu z kieszeni i okazać ją oficerowi, a jeżeli ta połowa zgadzała się zupełnie z inną, tak, że obie stanowiły całość, prawa właściciela paszportu, już tem samem były udowodnione.
Gaskończyk z gołą głową wystąpił najpierwszy, od niego zatem przegląd rozpoczęto.
- Pańskie nazwisko? - zapytał oficer.
- Moje nazwisko, panie oficerze?... napisane jest na tej karcie, gdzie wyczytasz pan jeszcze coś więcej.
- Mniejsza o to!... Ale jak się pan nazywasz?... - niecierpliwie powtórzył oficer - może pan nie wiesz jak?
- Owszem, owszem, wiem krwi bozka!... A choćbym zapomniał, tobyś mi pan mógł przypomnieć, bośmy przecie współziomkowie i krewni.
- Pańskie nazwisko?.... do tysiąca szatanów!.. Czy pan sądzisz, że ja tu mam czas do stracenia na wzajemnych przypomnieniach?
- Dobrze, dobrze. Nazywam się Perducas z Pincornay.
- Perducas z Pincornay - powtórzył pan de Loignac, którego odtąd nazywać będziemy imieniem, jakiem go powitał współziomek, a spojrzawszy na kartę, dodał:
- Perducas z Pikornay, 26 października, 1585 roku, o samem południu.
- Brama świętego Antoniego - dodał gaskończyk, wyciągając po kartę czarny i wyschły palec.
- Bardzo dobrze!... wszystko w porządku; przechodź pan - odrzekł pan de Loignac, zapobiegając stanowczo dalszej rozmowie ze współziomkiem.
- A teraz na pana kolej!... - dodał, przywołując drugiego.
Człowiek w pancerzu zbliżył się.
- Proszę o paszport! - rzekł Loignac.
- Cóż znowu! panie de Loignac - zawołał zagadnięty - alboż to pan nie poznajesz syna jednego z przyjaciół dziecinnych lat twoich, który nieraz skakał na pańskich kolanach?
- Nie.
- Nie poznajesz pan Pertinaca de Monterabeau? - powtórzył zdziwiony młodzieniec.
- Skoro jestem na służbie, mój panie, nie poznaję nikogo. Proszę o kartę?
Młodzieniec w pancerzu podał kartę.
- Pertinax de Monterabeau, 26 października, o samem południu, brama świętego Antoniego! Przejdź pan.
Młodzieniec, nieco zdziwiony przyjęciem, połączył się z Perdukasem, który czekał na otwarcie bramy.
Następnie zbliżył się trzeci gaskończyk z żoną i dziećmi.
- Pańska karta? - spytał Loignac.
Posłuszna ręka natychmiast zagłębiła się w kozłowej torbie, która mu na prawym boku wisiała.
Lecz nadaremnie; dziecię, które gaskończyk trzymał na ręku, przeszkadzało mu, nie mógł więc znaleźć żądanego papieru.
- Cóż pan u dyabła robisz z tem dzieckiem, widzisz przecie, że ci przeszkadza!
- To mój syn, panie de Loignac.
- Dobrze, ale posadź go pan na ziemi.
Gaskończyk usłuchał, dziecię kwilić zaczęło.
- Pan więc ożeniłeś się?... - zapytał Loignac.
- Tak, panie oficerze.
- W dwudziestym roku życia?
- Wiadomo panu, że u nas żenią się za młodu, boś sam panie de Loignac, pojął żonę, mając lat ośmnaście.
- Masz tobie - pomyślał Loignac - i ten widzę, zna mię także.
Tymczasem zbliżyła się kobieta, a z nią dzieci, wiszące u jej sukni.
- A dlaczegóż niemiałby być ożeniony?.. - spytała, prostując się i usuwając z ogorzałego czoła czarne włosy, które kurz pozlepiał jak ciasto - czy w Paryżu małżeństwo wyszło z mody?.. Tak, panie, on ożenił się, i oto jeszcze dwoje dzieci, które go ojcem nazywają.
- Tak jest, ale są to tylko mojej żony synowie, panie de Loignac, również jak i ten słuszny chłopak, który się tam ukrywa; przystąp Militorze i pozdrów pana de Loignac, naszego współziomka.
Szesnasto czy siedemnasto-letni, silny i zwinny chłopak, z okrągłego oka i zakrzywionego nosa, podobny do sępa, zbliżył się, założywszy obie ręce za pas bawoli; miał na sobie porządny wełniany kaftan na drótach robiony, na muskularnych nogach nosił żółte kozłowe spodnie, a zaledwie porastający wąsik, rzucał cień po nad zuchwałemi i przebiegłemi jego ustami.
- Panie de Loignac, jest to Militor, mój pasierb, a starszy syn mojej żony, z domu Chavantrade, krewnej panów de Loignac, Militor de Chavantrade na pańskie usługi.
Ukłoń że się Miltor.
Potem gaskończyk schylił się do dziecka, które wrzeszczało tarzając się po drodze i dodał:
- Cicho Scypionie, cicho mój mały, zaraz cię wezmę, tylko kartę znajdę.
Tymczasem Militor, posłuszny rozkazowi ojca, lekko ukłonił się, nie wyjmując rąk z za pasa.
- Na miłość boską, dawaj pan swoję kartę! - zawołał zniecierpliwiony de Loignac.
- Pójdź-no Lardille i pomóż mi - rzekł zapłoniony gaskończyk do małżonki.
Lardille po kolei uwolniła się od obu rąk przyczepionych do jej sukni, i zaczęła sama przetrząsać torbę i kieszenie męża.
- Widać! - rzekła - żeśmy zgubili naszą kartę.
- A, to każę was aresztować - powiedział Loignac.
Gaskończyk zbladł.
- Nazywam się Eustachy de Miradoux - wołał - i mogę się odwołać do pana de Sainte-Maline, mojego krewnego.
- A! jesteś krewnym pana de Sainte-Maline - rzekł nieco ułagodzony Loignac. Prawda, że gdyby wam wierzono, tobyście się odwoływali do pokrewieństwa całego świata; no, no! szukajcie, ale nadewszystko szukajcie nie napróżno.
- Lardille, obacz w tłomoczkach twoich dzieci - powiedział Eustachy, drżąc z gniewu i niespokojności.
Lardille uklękła przed skromnem zawiniątkiem i szemrząc obracała je na wszystkie strony.
Mały Scypio krzyczał ciągle; prawda, że jego przyrodni bracia widząc, iż o nich zapomniano, bawili się nasypywaniem mu piasku w usta.
Militor ani się ruszył; rzekłby kto, iż utrapienia familijne przeciągały obok tego słusznego chłopca, bynajmniej go niedotykając.
- E!... - nagle zawołał pan de Loignac - a cóż to tam w skórzanej kopercie wygląda z pod rękawa temu chłopcu?
- A! tak, prawda, prawda - tryumfująco zawołał Eustachy - był to pomysł mojej Lardille, teraz przypominam sobie; zaszyła kartę w rękaw Militora.
- Aby niósł cokolwiek - szyderczo rzekł Loignac - wstydź się wielki ciołku! nawet rąk opuścić nie chcesz, z obawy abyś ich nie dźwigał.
Usta Militora pobladły z gniewu, a nos broda i powieki krwią zaszły.
- Ciołek nie ma rąk - mruknął rzucając zjadliwe spojrzenia - ale ma łapy, jak ktoś z moich znajomych.
- Cicho!... - rzekł Eustaahy - widzisz Militorze, pan de Loignac czyni nam zaszczyt, skoro z nami żartuje.
- Nie, jak Bóg żywy! ja nie żartuję - odparł Loignac - ale owszem pragnę aby ten wielki smarkacz, pojmował należycie znaczenie słów moich. Gdyby był moim pasierbem, kazałbym mu dźwigać matkę, brata, tłomok, i, jak mi Bóg miły! sam wlazłbym na to wszystko, gotów wyciągać mu uszy i przekonać go, że jest prawdziwym osłem.
Militor zupełnie stracił minę; Eustachy niby był niespokojny; lecz z pod tej niespokojności przebijała się niejaka radość z upokorzenia pasierba.
Lardille, dla rozwiązania wszelkiej trudności i uwolnienia swojego pierworodnego od szyderstw pana de Loignac, podała mu kartę, wydobytą ze skórzanej koperty.
Pan de Loignac wziął ją i czytał:
"Eustachy de Miradoux, 26-go października, o samem południu, brama świętego Antoniego.
- Idźcież więc - rzekł - a uważajcie, abyście nie zapomnieli którego z waszych ładnych lub brzydkich bębnów.
Eustachy de Miradoux znowu wziął małego Scypiona na ręce; Lardille znowu przyczepiła się do jego pasa; dwoje dzieci również uchwyciły suknię matki, i całe to rodzinne grono, strzeżone przez milczącego Militora, udało się ku innym, którzy czekali po wytrzymanym już przeglądzie.
- Niechże cię morowe powietrze ogarnie, panie d'Epernon, z twoimi żołnierzami!... - mruknął pod nosem Loignac, patrząc na przechodzącego z całą rodziną Eustachego Miradoux.
A potem, obróciwszy się dodał:
- Dalej, kto tam z kolei!
Te słowa stosowały się do czwartego kandydata.
Był on sam i bardzo sztywny, założył środkowy palec na wielki i szczotkami spędzał kurz z siwego kaftana; wąsy jego, podobne do kocich włosów, zielone i błyszczące oczy, brwi, których łuk tworzył wystające półkole nad wystającemi policzkami, i nakoniec wązkie usta, nadawały jego fizyonomii ów typ niedowierzania i chytrej ostrożności. jakie znamionują człowieka, który równie dobrze ukrywa dno swojego worka, jak dno swojego serca.
"Chalabre, 26-go października, o samem południu brama świętego Antoniego."
- Dobrze, idź pan!... - rzekł Loignac.
- Zapewne otrzymam tu zwrot kosztów podróży - łagodnie dorzucił gaskończyk.
- Nie jestem podskarbim, mój panie, lecz odźwiernym tylko - odparł sucho Loignac - przechodź pan.
Chalabre przeszedł.
Za Chalabrem następował młody jasnowłosy jeździec, który wydobywając paszport, wyrzucił z kieszeni kość i kart kilka.
Oświadczył, że się nazywa Saint-Capautel, a gdy paszport zgodny z przepisami, potwierdził to oświadczenie, przeszedł więc za Chalabrem.
Pozostawał już tylko szósty, który na żądanie zaimprowizowanego pazia, zsiadł z konia i okazał panu de Loignac kartę z napisem:
"Ernauton de Carmainges, 26-go października, o samem południu, brama świętego Antoniego."
Podczas gdy pan de Loignac czytał, paź zsiadł również i ukrył głowę, zapinając łańcuszek od munsztuka, który i tak dobrze był zapięty.
- Czy to pański paź?... - spytał de Loignac Ernautona, wskazując młodzieńca.
- Jak pan kapitan widzi - odpowiedział Ernauton, nie chcąc ani kłamać ani zdradzać - przecież kiełzna konia mojego.
- Przejdź pan - rzekł Loignac, bacznie przypatrując się panu de Carmainges, który z twarzy i postawy podobał mu się więcej niż inni. Ten przynajmniej znośny - szepnął.
Ernauton wsiadł na koń; paź obojętnie ale też i dosyć szybko, poprzedził go i połączył się z gromem tych, co pierwej przeszli.
- Otworzyć bramę i przepuścić te sześć osób oraz ich orszaki - rzekł Loignac.
- Dalej, żywo, żywo, panie - powiedział paź - na koń i ruszajmy.
Ernauton jeszcze raz uległ wpływowi, jaki na nim wywierała ta dziwaczna istota, a gdy otworzono bramę, dał ostrogę koniowi i wiedziony przez pazia, zagłębił się aż w samo serce przedmieścia świętego Antoniego.
Loignac kazał znowu zamknąć bramę za sześciu wybranymi, a to z wielkiem nieukontentowaniem tłumów, które po dopełnieniu owej formalności, mniemały, że również przejdą, a zawiedzione w oczekiwaniach, głośno niezadowolenie objawiły.
Miton, nabiegawszy się jak szalony po polu, odzyskał nieco odwagi, i ostrożnie wróciwszy na miejsce, z którego wyszedł, ośmielił się także dosyć głośno narzekać na samowolność żołnierzy, w ten sposób komunikację przecinających.
Kum Friard, który znalazł przecież nakoniec żonę, już się pod jej zasłoną prawie niczego nie obawiał, i dostojnej połowicy opowiadał dziwne wypadki, wzbogacając je własnego utworu komentarzami.
Nakoniec jezdni, z których jednego paź nazwał Maynevillem, naradzali się, czy mają jechać obok muru, opasującego miasto, w nadziei że może znajdą gdzie wyłom i przezeń dostaną się do Paryża a tem samem nie będą potrzebowali czekać dłużej przy bramie świętego Antoniego, lub którejkolwiek innej.
Robert Briquet, jako filozof wszystko badający i jako mędrzec, który ze wszystkiego samą istotę wydobywa, spostrzegł, że ostateczne rozwiązanie wyżej opisanej sceny, nastąpi przy samej bramie i że szczegółowe rozmowy jezdnych, mieszczan i wieśniaków, już go nie nauczą nic więcej.
Zbliżył się zatem, o ile mógł do baraku, co zastępował miejsce budki odźwiernego, i którego jedno okno wychodziło na Paryż, drugie zaś na pole.
Zaledwie zajął to nowe stanowisko, wnet człowiek, który w całym pędzie konia przybiegł z Paryża, zeskoczył z siodła, wszedł do budki i pokazał się w jej oknie.
- Aha! - rzekł Loignac.
- Oto jestem, panie de Loignac - odezwał się ten człowiek.
- Dobrze, a zkąd przybywasz?
- Od bramy świętego Wiktora.
- Twój wykaz?...
- Pięciu.
- A karty?
- Oto są.
Loignac wziął karty, sprawdził je, i na tablicy, jakby umyślnie w tym celu przygotowanej, zapisał liczbę 5.
Posłaniec odjechał.
Nim pięć minut upłynęło, przybyli dwaj inni posłańcy.
Loignac badał ich po kolei, a zawsze przez okno.
Jeden przybywał od bramy Bourdelle i przywoził liczbę 4.
Drugi od bramy du Temple, i oznajmiał liczbę 6.
Loignac starannie zapisał te liczby na tablicy.
Posłańcy ci znikli podobnie jak pierwszy, lecz na ich miejscu zjawili się czterej inni, nowo przybyli:
Pierwszy, od bramy świętego Dyonizego z liczbą 5.
Drugi, od bramy świętego Jakóba, z liczbą 3.
Trzeci, od bramy świętego Honoryusza z liczbą 8.
Czwarty, od bramy Montmartre z liczbą 4.
Nakoniec przybył i ostatni, od bramy Bussy, z liczbą 4.
Wtedy Loignac bacznie podkreślił i po cichu dodał miejsca i liczby następujące:
Brama świętego Wiktora 5
Brama Bourdelle 4
Brama du Temple 6
Brama świętego Dyonizego 5
Brama świętego Jakóba 3
Brama świętego Honoryusza 8
Brama Montmartre 4
Brama Bussy 4
Nakoniec, brama świętego Antoniego 6
--------
Razem, wyraźnie Czterdziestu pięciu 45
- Dobrze; a teraz - donośnym głosem zawołał de Loignac - otworzyć bramę i niech wejdzie, kto chce.
Brama się otworzyła.
Natychmiast konie, muły, kobiet/, dzieci, wózki, wtłoczyły się do Paryża, niezważając, że zgnieść się mogą pomiędzy slupami zwodzonego mostu.
Przez cały kwadrans tłumy ludu, od rana zatrzymanego przy tej chwilowej tamie, płynęły szeroką arteryą, którą zwano ulicą świętego Antoniego.
Zwolna ucichł także i zgiełk.
Pan do Loignac wraz z żołnierzami wsiadł na koń.
Robert Briquet, pierwszy z przybyłych, a ostatni z odchodzących, flegmatycznie przestąpił łańcuch mostowy, mówiąc:
- Wszyscy ci ludzie chcieli coś widzieć, a nic nie widzieli, nawet pomimo chęci; ja, przeciwnie, nic nie chciałem widzieć, a przecież sam jeden tylko coś widziałem. To zachęcające; nie ustawajmy; ale dlaczegóż nie ustawajmy?... dosyć mi na tem, co wiem. Alboż to widok szarpanego na sztuki Salc?da przyjemnym dla mnie będzie?... Nie, zapewne nie!.. Wreszcie wyrzekłem się polityki. Pójdźmy raczej na obiad; słońce wskazywałoby południową porę, gdyby dzień nie był pochmurny. Już czas.
I mówiąc to, wszedł do Paryża, ze spokojnym i złośliwym uśmiechem na ustach.
ROZDZIAŁ II. CO SIĘ DZIAŁO ZA BRAMĄ ŚWIĘTEGO ANTONIEGO.
Robert Briquet spojrzał bacznie na tego, który go zagadnął, a wyglądał on na czterdziesto, lub czterdziesto-pięcioletniego mężczyznę i zarazem przywózdcę trzech czy czterech innych, otaczających go jeźdźców.
To przyjrzenie się zapewne napełniło ufnością Roberta Briquet, bo natychmiast ukłonił się nawzajem i odpowiedział:
- Dziesięć, dwadzieścia razy, masz pan słuszność, lecz, chociaż nie jestem ciekawy, niech mi wolno będzie zapytać, co, według pańskiego zdania, może być powodem tego rozporządzenia?
- Ba!... - rzekł jeden z obecnych - obawa aby nie połknięto ich Salc?da.
- Licha to potrawa!... - wtrącił jakiś głos.
Robert Briquet zwrócił się w stronę, z której pochodził ten głos, zdradzający prawdziwego gaskończyka, i spostrzegł dwudziesto lub dwudziestopięcio-letniego młodzieńca, wspartego ręką o łęk siodła, jeźdźca, który jakby był przywódcą innych.
Młodzieniec ten nie miał czapki na głowie, zapewne stracił ją w tłumie.
Briquet uważał na wszystko, lecz spostrzeżenia jego trwały krótko; szybko więc odwrócił wzrok od gaskończyka, który zapewne podług niego, nic nie znaczył, a znowu spojrzał na jeźdźca.
- Lecz skoro głoszą - rzekł - iż Salc?da należy do pana Gwizyusza, to tem samem nie jest on tak lichym kąskiem.
- Ba! to tak głoszą?... - odezwał się znowu gaskończyk, nadstawiając wielkie uszy.
- Tak jest, niewątpliwie tak głoszą - odparł jeździec wzruszając ramionami - ale teraz prawią tyle niedorzeczności!
- A więc - ośmielił się wtrącić Briquet, ciągle rzucając badawcze spojrzenia i ciągle uśmiechając się szyderczo, a więc pan sądzisz, że Salc?de nie należy do pana Gwizyusza?
- Nie tylko sądzę, ale nawet jestem pewny - odparł jeździec.
A gdy spostrzegł, że Robert Briquet bliżej ku niemu przystępując, miał taką minę, jakby mówił:
- Ba! i na czemże opierasz pan tę pewność?
Dodał:
- Bezwątpienia, gdyby Salc?de należał do księcia, książę, nie byłby pozwolił schwytać go, a przynajmniej nie pozwoliłby, aby go przyprowadzono skrępowanego z Brukselli do Paryża, lecz byłby się raczej postarał o ułatwienie mu ucieczki.
- Ucieczki - przerwał Briquet - byłoby to zanadto ryzykowne; bo czyby się ucieczka powiodła lub nie, to jednak skoroby pan Gwizyusz dał do niej zachętę, przyznałby tem samem, iż knuje spisek przeciw księciu Andegaweńskiemu.
- Jestem pewny - sucho odparł jezdny - że pan Gwizyusz nie zważałby wcale na tę okoliczność; skoro więc ani się upominał, ani bronił Salc?da, widać, że Salc?da nie należy do niego.
- Jednak, przebacz pan mojemu natręctwu - podjął Briquet - jakkolwiek nie jest to mojem urojeniem, zdaje się przecież, że Salc?de mówił...
- Gdzie?
- Wobec sędziów.
- Nie, panie, nie wobec sędziów, lecz wobec tortury.
- Alboż to nie wszystko jedno?... - zapytał Briquet, napróżno przybierając minę niewiniątka.
- Zapewne, że nie wszystko jedno; przypuszczam zresztą, iż mówił, jak głoszą, jednak nie powtarzają tego, co mówił.
- Jeszcze raz chciej mi pan wybaczyć - odparł Robert Briquet - owszem panie, powtarzają, a nawet zbyt obszernie.
- Cóż więc powiedział?... - niecierpliwie spytał jezdny - powtórz pan skoro tak dobrze świadom jesteś wszystkiego.
- Nie chełpię się zgoła moją świadomością; ale owszem pragnę się czegoś od pana dowiedzieć - rzekł Briquet.
- No, no, porozumiejmy się - odparł zniecierpliwiony jeździec. Pan twierdzisz, że powtarzano słowa Salc?da; jakież są te słowa? mów pan.
- Nie ręczę panie, czy to są jego własne słowa - odrzekł Robert Briquet, uradowany, że może drażnić jezdnego.
- No, powiesz-że pan nakoniec, jakie mu słowa przypisują?
- Zapewniają, iż przyznał się do knowania spisku na korzyść pana Gwizyusza.
- Przeciwko królowi Francyi, niewątpliwie? zawsze ta sama śpiewka!
- Nie, nie przeciw Najjaśniejszemu królowi Francyi, lecz raczej przeciw Jego wysokości księciu Andegaweńskiemu.
- Jeżeli to wyznał...
- To co?... - spytał Robert Briquet.
- To był nędznikiem!.. - odparł jeździec, marszcząc brwi.
- Prawda - rzekł Robert Briquet po cichu - lecz jeżeli uczynił, jak wyznał, to był dzielnym człowiekiem. A! panie, do czegóż to uczciwy człowiek nie przyzna się na torturach!
- Niestety! masz pan wielką słuszność - odpowiedział jezdny, łagodząc wyraz twarzy i wzdychając.
- Ba!... - przerwał gaskończyk - który ciągle wyciągając szyję, słyszał całą poprzednią rozmowę, ba! tortury to głupstwo! Jeżeli Salc?de mówił, był równym niegodziwcem jak i jego pryncypał.
- O! ho!... - zawołał jezdny, z niecierpliwości podskakując na siodle - zanadto głośno śpiewasz, mój panie gaskończyku.
- Ja?
- Tak jest, pan.
- Śpiewam tonem, jaki mi się podoba, tem gorzej dla tych, którym moja piosnka nie do smaku.
Jezdny zatrząsł się od gniewu.
- Cicho!... - rzekł czyjś glos zarazem łagodny i rozkazujący, którego właściciela Robert Briquet żadną miarą wyśledzić nie mógł.
Jezdny uczynił gwałtowne wysilenie, nie miał jednak mocy zupełnie się powstrzymać.
- A czy znasz pan osoby, o których mówisz?... - spytał gaskończyka.
- Czy znam Salc?da?
- Tak jest.
- Ani trochę nawet.
- A księcia Gwizyusza?
- Także nie więcej.
- A księcia d'Alençon?
- Jeszcze mniej.
- Czy wiesz pan, że Salc?de to dzielny człowiek?
- Tem lepiej, bo śmiało śmierć poniesie.
- Czy wiesz pan także, iż skoro pan Gwizyusz pragnie knuć spiski, to sam je knuje?
- A cóż mię to do licha obchodzi?
- I że książę Andegaweński dawniej pan d'Alençon, każdego kto się nim zajmował: La Mola, Coconasa, Busthgo i innych, pozabijać kazał?
- Co mię to obchodzi.
- Jakto! co pana obchodzi?
- Mayneville! Mayneville!... - szepnął ten sam głos.
- Bezwątpienia, nic mię nie obchodzi. Wiem to tylko, krwi bozka! że dzisiaj rano mam interes w Paryżu, i że z przyczyny tego przeklętego Salc?da, zamykają mi bramę przed nosem. Ten Salc?de to łotr, równie jak i wszyscy, z powodu których zamknięto bramę zamiast ją otworzyć.
- To mi dopiero istny gaskończyk - mruknął Robert Briquet - zobaczymy tu zapewne coś ciekawego.
Ale ciekawość, której spodziewał się mie9 szczaniu, zgoła się nie objawiała.
Jezdny, w którym na te ostatnie słowa krew się wzburzyła, zwiesił głowę, zamilkł i połknął gniew.
- W rzeczy samej masz pan słuszność - rzekł - hańba wszystkim, którzy nas do Paryża nie wpuszczają!
- O! ho!... - pomyślał w duchu Robert Briquet, którego baczności nie uszły ani odcienia twarzy jezdnego, ani obie odezwy do jego cierpliwości; o ho! zdaje mi się; że zobaczę coś jeszcze ciekawszego, aniżeli się spodziewałem.
Podczas tej jego uwagi zabrzmiała trąba, i prawie natychmiast szwajcarowie, krając cały ten tłum halabardami niby olbrzymi pasztet, podzielili go na dwie zwarte części, które się uszykowały po obu stronach drogi, zostawiając próżnię pomiędzy sobą.
Przez tę próżnię, tam i na powrót, przejechał oficer wyżej wspomniany, którego straży poruczono bramę; potem dokonawszy przeglądu tłumów, rozkazał trąbom, aby znowu zabrzmiały.
Rozkaz ten natychmiast wykonany, wywołał powszechną ciszę, prawie niemożliwą, po takim zgiełku i wzruszeniu tłumów.
Wtedy wystąpił wywoływacz, w liliami upstrzonej tunice, z herbem Paryża na piersiach i papierem w ręku, a rozwinąwszy ten papier czytał głosem nosowym wywoływaczom właściwym:
"Wiadomo czynimy dobremu naszemu ludowi Paryża i okolic, że brama zamkniętą zostaje od tej pory, aż do godziny pierwszej z południa, że zatem nikt pierwej do miasta nie wejdzie, a to z woli monarchy i za staraniem pana prewota Paryża."
Wywoływacz zamilkł dla nabrania tchu, a zgromadzeni korzystając z tej przerwy, natychmiast objawili swoje zadziwienie i nieukontentowanie, przeciągłym wrzaskiem, który wywoływacz, słusznie mu to przyznać należy, wytrzymał jak najobojętniej.
Oficer ręką dał znak nakazujący, i znowu nastało powszechne milczenie.
Wywoływacz czytał dalej, jakby miał na sobie pancerz, o który rozbijały się wszelkie podobnego rodzaju objawy.
"Wyłączeni zostają od powyższego przepisu, wszyscy którzy okażą znak tożsamości, lub którzy listami i mandatami wyraźnie są powołani.
"Dan w pałacu prewota miasta Paryża, za wyraźnym rozkazem Jego królewskiej mości dnia 26-go października roku pańskiego 1585-go."
"Trąby, zabrzmijcie!"
Trąby natychmiast ozwały się chrapliwym tonem.
Zaledwie wywoływacz umilkł, wnet po za szeregiem szwajcarów i żołnierzy, tłumy zaczęły wić się jak wąż, co wzdyma i skupia pierścienie, swoje.
- Co to znaczy?... - pytali się wzajem - najspokojniejsi. Zapewne znowu jaki spisek!
- O! ho! zapewne aby nas nie wpuścić do miasta, chwycono się tego środka - po cichu rzekł do towarzysza swojego jezdny, który tak cierpliwie zniósł odpowiedzi gaskończyka - szwajcarowie, wywoływacz, rygle i trąby, wszystko to dla nas, i na honor to mię dumnym czyni.
- Na bok! na bok!... - wołał oficer, dowodzący oddziałem - do stu piorunów! widzicie przecież, że zawadzacie tym, którzy mają prawo bramę przebyć.
- Krwi bozka! ja znam kogoś, kto ją przebędzie, choćby mu wszyscy mieszkańcy z całej kuli ziemskiej zawadzali - rzekł rozpierając się łokciami ów gaskończyk, którego odpowiedzi podziwiał Robert Briquet.
I w rzeczy samej, za chwilę stanął w pośrodku próżni, którą szwajcarowie utworzyli pomiędzy dwoma szeregami widzów.
Łatwo domyśleć się, że wszystkie spojrzenia spiesznie i ciekawie padły na osobę, której tym sposobem służył przywilej wejścia do miasta, podczas gdy inni zewnątrz pozostać musieli.
Lecz gaskończyk prawie nie zważał na tak zazdrosne spojrzenia; dumnie ujął się pod boki, a wszystkie muskuły jego ciała niby liny na korbę nawinięte, wyjrzały mu z pod lichego zielonego kaftana.
Suche i kościste jego pięści, wysunęły się na trzy cale z poszarpanych rękawów; wzrok jego był pogodny i jasny, włosy miał żółte i kędzierzawe, bądź z natury, bądź przypadkowo, gdyż kurz przynajmniej w dziesiątej części przyczynił się do takiej ich barwy.
Jego długie i zwinne nogi osadzone były na nerwowych i suchych jak u kozła goleniach.
Na jednej ręce, lecz tylko na jednej, miał skórzaną wyszywaną rękawiczkę, zdziwioną, że jej skóra musi ochraniać skórę daleko twardszą od własnej, w drugiej zaś ręce trzymał pręt leszczynowy.
Przez chwilę spoglądał on w około siebie; a osądziwszy zapewne, że oficer, o którym wspomnieliśmy, jest najznakomitszą osobą z całego oddziału straży, ruszył wprost ku niemu.
Oficer zanim przemówił, pierwej mu się przypatrzył.
Gaskończyk, bynajmniej niezrażony, uczynił to samo.
- Zdaje mi się, żeś pan zgubił kapelusz? - rzekł wreszcie oficer.
- Tak jest panie.
- Czy w tłumie?
- Nie, właśnie odebrałem list od mojej kochanki; czytałem go, krwi bozka! nad rzeką, o ćwierć mili ztąd, w tem nagle wiatr wyrwał mi list i kapelusz. Pobiegłem za listem, chociaż przy kapeluszu miałem prawdziwy guzik brylantowy. List schwytałem, ale kiedy pośpieszyłem za kapeluszem, już go wiatr zagnał w rzekę a z rzeką do Paryża! Ha! tem lepiej, może się nim jaki biedak wzbogaci!
- Więc jesteś pan z gołą głową?
- Alboż to w Paryżu nie dostanie kapelusza? krwi bożka! kupię jeszcze piękniejszy, i przystroję go dwa razy większym brylantem.
Oficer nieznacznie wzruszył ramionami; lecz mimo to gaskończyk dostrzegł to poruszenie.
- Co pan rozkaże?... - rzekł.
- Czy masz pan kartę?... - spytał oficer.
- Zapewne że mam, a nawet dwie.
- Jedna będzie dostateczną, skoro zgodna z przepisami.
- Ale jeśli się nie mylę - rzekł gaskończyk, ogromnie wytrzeszczając oczy - o! nie, krwi bozka! nie mylę się... wszak mam zaszczyt mówić z panem de Loignac?
- Być może - zimno odparł oficer, widocznie nie bardzo uradowany tą znajomością.
- Z panom de Loignac, moim współziomkiem?
- Nie zaprzeczam.
- Moim krewnym?
- Dobrze, dobrze, ale pańska karta?
- Oto jest.
I Gaskończyk wydobył z rękawiczki połowę sztucznie wykrojonej karty.
- Chodź pan za mną - rzekł Loignac, nie oglądając karty - niech pójdą także i pańscy towarzysze, skoro ich masz; zaraz sprawdzimy paszporty.
I zajął stanowisko przy bramie.
Gaskończyk z golą głową szedł za nim, a dalej postępowało pięciu innych ludzi.
Pierwszy miał na sobie tak pysznej roboty pancerz, że można było uważać go za dzieło rąk Benvenuta Cellini.
Skoro jednak wzór, podług którego pancerz ten był zrobiony, już nieco wyszedł z mody, przepych jego zatem dał raczej powód do śmiechu, niż do podziwu.
Wreszcie żadna część ubioru właściciela pancerza, nie odpowiadała królewskiej prawie jego okazałości.
Za drugim człowiekiem, który z kolei następował, szedł siwy, otyły lokaj, że zaś sam pan był nędzny i ogorzały, wyglądał zatem jak poprzednik don Quiszota, a sługa jego uchodzić mógł za poprzednika Sanszo Panszy.
Trzeci człowiek niósł na ręku dziesięciomiesięczne dziecię, towarzyszyła mu jakaś kobieta, czepiając się skórzanego pasa męża, kiedy tymczasem dwoje innych dzieci, jedno cztero, drugie pięcioletnie, czepiały się sukni kobiety.
Czwarty był kulawy, a u boku jego wisiała długa szpada.
Nakoniec, zamykając cały ten orszak, wystąpił dobrej miny młodzieniec, na karym, zakurzonym, ale pięknej rasy koniu.
Przy innych wyglądał on jak król.
Młodzieniec ten, zmuszony postępować zwolna, aby nie wyprzedzić swoich towarzyszy, a może nawet wewnętrznie zadowolony, że obok nich nie jedzie, na chwilę zatrzymał się tuż przy szeregu, przez tłumy utworzonym.
W tem uczuł, że go ktoś ciągnie za pochwę od szpady, pochylił się zatem w tył.
Osobą, która tym sposobem zwróciła na się jego uwagę, był inny młodzieniec, brunet, z okiem błyskającem, mały, wysmukły, przyjemny i w rękawiczkach.
- Czem mogę panu służyć?... - spytał nasz jeździec.
- Racz mi pan wyświadczyć pewną łaskę.
- Cóż takiego? mów pan, ale prędko, bo widzisz, że czekają na mię.
- Potrzebuję koniecznie, nieodzownie, dostać się do miasta, czy pan to pojmujesz? A uważam, że pan jesteś sam i nawzajem potrzebujesz mieć pazia, któregobyś się niepowstydził.
- Cóż ztąd?
- Oto! usługa za usługę; zabierz mię pan z sobą do miasta, a będę pańskim paziem.
- Dziękuję - odparł jeździec - ja nie żądam niczyich usług.
- Ani nawet moich?... - z tak dziwnym uśmiechem zapytał młodzieniec, że jeździec uczuł, iż topnieje lodowata powłoka, którą serce usiłował pokryć.
- Chciałem powiedzieć, że nie mogę przyjąć niczyich usług.
- O! ja wiem żeś nie bogaty panie Ernauton de Carmainges - odrzekł młody paź.
Jeździec zadrżał; lecz młodzieniec, niezważając na to drżenie, mówił dalej:
- To też nie wspomnimy ani słowa o zapłacie, owszem nawet, jeżeli pan uczynisz zadosyć prośbie mojej, będziesz stokroć wynagrodzony za tę usługę; pozwól więc panie, niech ci służę, i pomnij że ten, który cię teraz prosi, dawniej rozkazywał nieraz.
- Pójdź więc - rzekł jeździec, pokonany tym tonem pełnym błagania i powagi.
Młodzieniec ścisnął mu rękę, co jak na pazia, było dosyć poufałe, a obróciwszy się do gromadki znanych nam już jeźdźców, rzekł:
- Ja przechodzę, co jest najgłówniejsza; ty, Mayneville staraj się również jakim bądź sposobem dostać do miasta.
- Nie dosyć na tem, że przechodzisz - odrzekł szlachcic - trzeba także, żeby cię widział.
- O! bądź spokojny; skoro tylko przebędę bramę, obaczy mię niezawodnie.
- A pamiętaj o umówionym znaku.
- Dwa palce na ustach, wszak tak?
- Tak, a teraz ruszaj z Bogiem!
- I cóż! rzekł właściciel karego konia, czy namyśliłeś się, mości paziu?
- Już panie - odpowiedział młodzieniec i wskoczył lekko na konia, siadając za swoim towarzyszem, który pośpieszył do innych pięciu wybranych, zajętych okazywaniem swoich kart i usprawiedliwianiem swoich przywilejów.
- Do licha! - rzekł patrzący za nimi Robert Briquet, niech mię dyabli porwą, jeżeli to nie cala trzoda gaskończyków.
ROZDZIAŁ IV. LOŻA JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI HENRYKA III-GO NA PLACU GR?VE.
Gdybyśmy teraz udali się tą zaludnioną ulicą cyrkułu świętego Antoniego, aż na plac Gr?ve, gdzie się ona kończy, spotkalibyśmy w tłumie wielu naszych znajomych; lecz podczas gdy wszyscy ci biedni mieszczanie, mniej rozsądni niż Robert Briquet, oddalali się wzajem potrącani, popychani, kaleczeni, my, korzystając z przywileju, jaki nam nadają skrzydła historyka, przenieśmy się raczej na sam plac, a skoro jednym rzutem oka ogarniemy całą widownię, cofnijmy się na chwilę ku przeszłości, abyśmy przypatrzywszy się wrażeniu, zgłębić mogli jego powody.
Wyznać można, iż kura Friard miał słuszność, gdy przynajmniej na sto tysięcy obliczał widzów, zbierających się na placu Gr?ve i jego okolicach, dla przypatrzenia się nastąpić tam mającej scenie.
Cały Paryż wyznaczył był sobie schadzkę przy ratuszu, a Paryż jest bardzo słowny.
Nie zaniedbuje on żadnej uroczystości, a to była uroczystość nadzwyczajna, bo śmierć człowieka, który umiał obudzić tyle namiętności, któremu jedni złorzeczyli, a którego inni chwalili, wszyscy zaś po większej części żałowali.
Widz, który się dostał na plac, albo wybrzeżem obok szynku pod wyobrażeniem Panny Maryi, albo też wejściem od strony placu Beaudoyer, najprzód spostrzegł na placu Gr?ve łuczników sędziego kryminalnego Tanchou, i mnóstwo szwajcarów i szwoleżerów, otaczających małe rusztowanie, o cztery stopy nad ziemię wzniesione.
Rusztowanie to tak nizkie, bo widzialne tylko dla osób, co je otaczały, lub tych, które szczęśliwym trafem dostały miejsce w oknach, oczekiwało na grzesznika, od rana wydanego w ręce mnichów, któremu, jak się energicznie wyrażało pospólstwo, przygotowano konie do wielkiej podróży.
W rzeczy samej, pod gankiem domu, pierwszego od ulicy Mouton, stały cztery silne konie, z wyniosłym grzbietem i białą grzywą, niecierpliwie tratując ziemię kopytem i gryząc się wzajem, rżąc z wielkim przestrachem kobiet, które dobrowolnie sobie to miejsce obrały, lub też, które tam gwałtem popchnięto.
Były to konie zupełnie świeże, bo po trawiastych równinach ojczystej krainy swojej, zaledwie przypadkowo unosiły niekiedy na szerokich krzyżach pucołowate dziecię wieśniaka, późno, o zachodzie słońca, z pola wracającego.
Lecz, oprócz próżnego rusztowania, oprócz rżących koni, spojrzenia tłumu najchętniej zwracały się na główne okno ratusza, wybite czerwonym i złocistym aksamitem i na balkon, na którym rozesłano również aksamitny kobierzec, zdobny królewskiemi herby.
To okno było lożą królewską.
Wpół do drugiej wybiło na wieży Ś-go Jana, gdy to okno podobne do ram jakiego obrazu, napełniło się osobami, wspartemi na jego framudze.
Najprzód ukazał się tam król Henryk III-ci, blady, prawie łysy, chociaż w owej epoce miał dopiero lat trzydzieści trzy, do trzydziestu pięciu.
Oczy jego, zapadłe w ciemne doły, a usta nerwowym kurczem ściągane, ciągle drgały.
Wszedł ponury, z osłupiałym wzrokiem, zarazem majestatyczny i chwiejący się, dziwny w swej postawie, dziwny w chodzie, raczej cień niż istota żyjąca, raczej mara niż król: a zawsze jako niepojęta i niezrozumiała tajemnica dla poddanych, którzy na jego widok nie wiedzieli czy mają wołać: niech żyje król! czy też modlić się za jego duszę.
Henryk miał na sobie czarny, z czarnemi ozdobami kaftanik; nie widać na nim było ani orderów, ani drogich kamieni; jeden tylko brylant błyszczał u jego beretu, przytrzymując trzy krótkie fryzowane pióra.
Na lewej ręce trzymał małego, czarnego pieska, którego mu przysłała z więzienia Marya Stuart, i na którego jedwabistym włosie odznaczały się królewskie palce delikatne i białe jak alabaster.
Za nim postępowała Katarzyna Medicis, już wiekiem pochylona, gdyż królowa matka w owej epoce mogła liczyć lat około sześćdziesięciu siedmiu, jednak głowę niosła prosto i mocno, a z pod brwi, z przyzwyczajenia zmarszczonej, ciskała ostre spojrzenia, chociaż mimo tych spojrzeń, w wiecznej żałobie, wyglądała zawsze blada i zimna jak posąg.
Jednocześnie ukazała się łagodna i melancholijna twarz królowej Ludwiki Lotaryńskiej, małżonki Henryka III-go, na pozór nic nie znaczącej, ale w istocie wiernej towarzyszki jego niespokojnego i nieszczęśliwego życia.
Królowa Katarzyna Medycejska, szła na tryumf.
Królowa Ludwika była obecna straceniu.
Król Henryk robił na tem interes.
Ten potrójny odcień można było wyczytać na wyniosłem czole pierwszej, na uległych rysach, drugiej i na pochmurnem, znudzonem obliczu trzeciego.
Za ukoronowanemi osobami, których bladość i milczenie lud podziwiał, postępowali dwaj przystojni młodzieńcy; jeden z nich miał zaledwie lat dwadzieścia, drugi, najwyżej dwadzieścia pięć.
Trzymali się pod ręce, chociaż etykieta zabrania, aby wobec królów, podobnie jak w kościele wobec Boga, czegokolwiek się trzymano.
Uśmiechali się, młodszy z niewypowiedzianym smutkiem, starszy z czarownym wdziękiem, obaj byli przystojni, słuszni, słowem bracia.
Młodszy nazywał się Henryk de Joyeuse, hrabia du Bouchage; starszy zaś, książę Anna de Joyeuse.
Niedawno jeszcze znano go u dworu pod nazwiskiem d'Arques; lecz król Henryk, który go lubił bardziej niż cokolwiek bądź na świecie, przed rokiem mianował go parem Francyi, a wice-hrabstwo de Joyeuse wyniósł do godności księztwa.
Lud nie czuł dla tego ulubieńca nienawiści? jaką niegdyś żywił dla Maugirona, Quelusa i Schomberga, nienawiści, którą sam tylko d'Epernon odziedziczył.
Henryk poważnie i bez uśmiechu, pozdrowił tłumy, poczem pocałował w łeb pieska.
I, obróciwszy się do młodzieńców - rzekł do starszego:
- Oprzyj się o obicie, Anno; stojąc zmęczysz się, bo to może długo potrwa.
- Tak sądzę - przerwała Katarzyna - długo a dobrze, Najjaśniejszy panie.
- Sądzisz więc matko, że Salc?de mówić będzie?... - zapytał Henryk.
- Mam nadzieję, że Bóg ześle to upokorzenie na nieprzyjaciół naszych. Powiadam, naszych, bo są to i twoi nieprzyjaciele, córko - dodała zwracając się ku królowej, która zbladła i wzrok łagodny w ziemię utkwiła.
Król powątpiewająco kiwnął głową.
I znowu zwracając mowę do księcia de Joyeuse, i spostrzegając, że ten stoi mimo wezwania, rzekł:
- No, Anno, uczyń jak powiadam; oprzyj się o ścianę, albo o mój fotel.
- W istocie Wasza królewska mość zbyt łaskawa - odpowiedział młody książę - ale ja wówczas dopiero korzystać z pozwolenia będę, gdy się naprawdę zmęczę.
- Lecz my tak długo czekać nie będziemy, nieprawdaż, bracie?... - po cichu rzekł Henryk.
- Bądź spokojny - odparł Anna - raczej oczami aniżeli głosem.
- Mój synu - odezwała się Katarzyna - co to za zgiełk tam na rogu wybrzeża?
- Co za przenikliwy masz wzrok! moja matko; tak jest, w istocie mniemam, że słusznie mówisz... O! ja nie dojrzę tak daleko, chociaż jeszczem nie stary!
- Najjaśniejszy panie - swobodnie przerwał Joyeuse - ten zgiełk pochodzi ztąd, że kompania łuczników usuwa pospólstwo z placu. Skazany zapewne już przybywa.
- Jak to pochlebnie dla królów patrzeć na ćwiartowanie człowieka, w którego żyłach płynie również kropla krwi królewskiej!... - rzekła Katarzyna.
I to mówiąc spojrzeniem swojem przeszywała Ludwikę.
- O! pani, przebacz, ale oszczędzaj mię - z ukrywaną nadaremnie rozpaczą odparła młoda królowa - nie, ten potwór nie należy do mojej rodziny, i pani tego powiedzieć nie chciałaś.
- Zapewne, że nie - wtrącił król - i aż nadto pewien jestem, że matka moja nie to powiedzieć chciała.
- Ale owszem!... - cierpko rzekła Katarzyna - on należy do Lotaryńczyków, a Lotaryńczycy są to twoi, moja pani; tak przynajmniej mniemam. Salc?de zatem jest twój powinowaty, a nawet dosyć blizki.
- Raczej - przerwał Joyeuse ze szlachetnem oburzeniem, jakie wyłącznie znamionowało jego charakter i jakie zwykle okazywał w każdej okoliczności, osobie która je wywołała, nie zważając bynajmniej kto jest tą osobą; raczej może powinowatym pana Gwizyusza, lecz wcale nie królowej Francyi.
- A! jesteś pan tutaj, panie de Joyeuse?... - z nieopisaną dumą rzekła Katarzyna, upokorzeniem płacąc za zaprzeczenie. A! pan tutaj? Nie widziałam pana.
- Jestem pani, nietylko za przyzwoleniem, ale nawet z rozkazu monarchy - odparł Joyeuse, wzrokiem badając Henryka. Nie zbyt to przyjemna rzecz patrzeć na ćwiartowanie człowieka, dlatego też na podobne widowisko tylko z musu przybyłem.
- Pani, Joyeuse ma słuszność - powiedział Henryk - nie chodzi tu ani o Lotaryńczyków, ani o Gwizyusza, ani nadewszystko o królowę; chodzi tu tylko o to, aby patrzeć na rozszarpanie pana de Salcd?e, to jest mordercy, który chciał zabić brata mojego.
- Dzisiaj, jak widzę, nie mam szczęścia - odrzekła Katarzyna, nagle ustępując, bo na tem zależała zręczna jej taktyka - pobudzam moję córkę do płaczu i Boże przebacz! pana de Joyeuse do śmiechu.
- A! pani - zawołała Ludwika, chwytając ręce Katarzyny - czyż podobna, abyś Wasza królewska mość boleści mojej nie wierzyła?
- I głębokiej czci mojej - dodał Anna de Joyeuse, pochylając się na poręcz królewskiego fotelu.
- Prawda, prawda - odparła Katarzyna, ostatnim grotem przeszywając serce synowej. Powinnabym pojmować, jak bolesną jest dla ciebie rzeczą, moje drogie dziecię, wykrywanie spisków twoich powinowatych z Lotaryngii, i wiem, że choć niewinnie, ale zbyt wiele cierpisz na tem powinowactwie.
- A! w tym względzie, masz niejaką słuszność moja matko - odezwał się król, usiłując wszystkich pogodzić - bo nakoniec, tym razem wiemy, jak sądzić o udziale panów Gwizyuszów w tym spisku.
- Lecz, Najjaśniejszy panie - śmielej niż dotąd przerwała Ludwika Lotaryńska - wiesz, że zostając królową Francyi, wszystkich moich krewnych z przed tronu usunęłam.
- O!... - zawołał Anna de Joyeuse - widzisz, Najjaśniejszy panie, że nie myliłem się; oto i skazany już na placu. Dla Boga! jaki on brzydki!
- Boi się - rzekła Katarzyna - będzie mówił.
- Jeżeli mu siły starczą - powiedział król. Patrz, matko, głowa jego chwieje się, jakby już był martwy.
- Ja przy swojem obstaję, Najjaśniejszy panie, jaki on szkaradny.
- Jakże chcesz, aby człowiek, mający tak brzydkie myśli, był ładny? Alboż ci nie tlomaczyłem, Anno, tajemnego stosunku między ciałem duszą, jak to pojmowali i tłomaczyli Hippokrates i Qulen?
- Nie przeczę, Najjaśniejszy panie; ale nauką nie wyrównam Waszej królewskiej mości, i nie raz widziałem, że bardzo szpetni ludzie byli dzielnymi żołnierzami. Nieprawdaż Henryku?
Joyeuse zwrócił się do brata, jakby szukając pomocy w zdaniu jego; lecz Henryk, pogrążony w głębokich dumaniach, patrzył, niewidząc, słuchał, nie słysząc, król dopiero wyręczył go w odpowiedzi.
- Ej! dla Boga! kochana Anno - zawołał monarcha - któż ci powiada, że i ten nie był waleczny? Owszem! był odważny jak niedźwiedź, jak wilk, jak wąż. Alboż nie pamiętasz rozmaitych sztuczek jego? We własnym domu spalił nieprzyjaznego sobie szlachcica normandzkiego. Dziesięć razy pojedynkował się i zabił trzech przeciwników; schwytano go przy fałszowaniu pieniędzy i za to na śmierć skazano.
- Jednakże - wtrąciła Katarzyna Medicejska - ułaskawiono go za wstawieniem się księcia Gwizyusza, twojego kuzyna, moja córko.
Ludwice teraz już sił zabrakło; poprzestała więc na westchnieniu.
- Ha - rzekł Joyeuse - czynne wiódł życie, to też prędko je zakończy.
- Sądzę, panie de Joyeuse - powiedziała Katarzyna - iż przeciwnie, zakończy je bardzo powoli.
- Pani - kręcąc głową odparł Joyeuse - widzę tam pod gankiem tak dobre i tyle bezczynnością zniecierpliwiono konie, o iż nie przypuszczam aby muskuły, ścięgna i chrząstki pana de Salc?de długo się im opierać mogły.
- Prawda, jeżeli tego nic przewidziano, ale mój syn ma tyle litości - dodała królowa matka z właściwym sobie uśmiechem, - że rozkaże, aby konie zlekka ciągnęły.
- Słyszałem jednak, a przynajmniej zdaje mi się, że pani mówiłaś dzisiaj rano do pani de Mercoeur - lękliwie wtrąciła królowa Ludwika - iż nieszczęśliwy tylko dwa targnięcia będzie musiał wytrzymać.
- A tak, skoro się dobrze sprawować będzie - odparła Katarzyna - w takim razie wyekspedyują go, jak można najprędzej; ale pojmujesz; moja córko, że skoro cię Salcd?e tyle obchodzi, wypadałoby więc, abyś mu kazała oznajmić, jak się ma sprawować. To zupełnie od niego zależy.
- Pani - odpowiedziała królowa, ponieważ Bóg nieobdarzył mię taką siłą jak ciebie, nie mogę spokojnie patrzeć na cierpienia.
- Ha! to nie patrz, moja córko.
Ludwika zamilkła.
Król nic nie słyszał; całą uwagę zwrócił na skazanego, którego zdejmowano z wozu i umieszczano na małom rusztowaniu.
Tymczasem halabardnicy, łucznicy i szwajcarowie znacznie rozszerzyli przestrzeń, tworząc w koło rusztowania dosyć obszerną próżnię, tak, aby wszyscy mogli rozpoznać Salc?da, mimo dosyć małej wysokości jego grobowego piedestału.
Salc?de mógł mieć lat trzydzieści cztery do trzydziestu pięciu, silny był i barczysty; blade jego rysy, gdzie niegdzie pokryte kroplami potu i krwi, ożywiała na przemian nieopisana nadzieja lub trwoga, ilekroć spojrzał w około siebie.
Zrazu skierował swój wzrok ku królewskiej loży; lecz jakby pojmował, że ztamtąd nie przyślą mu ocalenia, ale śmierć raczej, natychmiast też przestał patrzeć na lożę.
W tłumach to szukał on pomocy, w łonie tego burzliwego morza przeglądał się pałającym wzrokiem duszy i drżącemi usty.
Tłumy milczały.
Salc?de nie był pospolitym mordercą; owszem, pochodził z dobrego rodu, ponieważ Katarzyna Medicejska doskonała znawczyni genealogii, odkryła kroplę krwi królewskiej w jego żyłach; nadto Salc?de był dość znakomitym wojownikiem.
Jego ręka, haniebnym sznurem skrępowana, dzielnie mieczem władała; blada głowa, teraz przejęta trwogą na widok blizkiej śmierci, trwogą, którąby skazany bez wątpienia ukrył był w głębi duszy, gdyby nadzieja nie zajmowała tam zbyt wiele miejsca, ta, mówimy blada głowa, obfitowała w wielkie plany.
Z tego, co powiedzieliśmy, wynika, że jedni, widzowie poczytywali Salc?da za bohatera, drudzy za ofiarę, inni zaś za zbójcę, atoli tłumny motłoch zwykle mierzy równą pogardą zwyczajnych zbrodniarzy, jak i tych, co się kusili o wielkie morderstwa, jakie księga historyi jednocześnie w księgę sprawiedliwości zapisuje.
I tak, opowiadano sobie w tłumie, że Salc?de pochodził z rodu rycerskiego; że ojciec jego walecznie bił się z kardynałem Lotaryngii i dlatego zginął zaszczytną śmiercią w pośród rzezi świętego Bartłomieja, lecz, że później, syn niepomny tej śmierci a raczej nienawiść poświęcając ambicyi, zawsze nad prostym ludem mającej przewagę, że syn ten, powtarzamy, zawarł umowę z Hiszpanią i Gwizyuszami, dla zniweczenia rodzącego się we Flandryi jedynowładztwa księcia Andegaweńskiego, tyle francuzom nienawistnego.
Mówiono o stosunkach jego z Bazą i Balouinem, domyślnymi sprawcami spisku, którego o mało co nie przypłacił życiem książę Franciszek, brat Henryka III-go; opisywano, z jaką zręcznością Salc?de wywinął się z tej sprawy i uniknął koła, szubienicy, albo stosu, który jeszcze dymił krwią jego wspólników.
Lotaryńczycy utrzymywali, że on fałszywemi i podstępnemi zeznaniami tak dalece omamił sędziów, iż książę Andegaweński aby się coś więcej jeszcze dowiedzieć, kazał go zawieźć do Francyi, zamiast ściąć w Antwerpii lub Brukselli.
Prawda, że w końcu taki sam osiągnął rezultat, atoli Salc?de miał nadzieję, że w drodze, przedsięwziętej jakby w celu poczynienia zeznań, stronnicy przyjdą mu z pomocą i uratują go.
Nieszczęściem, liczył on na pana de Belli?vre, który miał go dostawić do Paryża, i tak pilnie strzedz, aby ani Hiszpanie ani lotaryńczycy, ani ligiści ku niemu zbliżyć się nie mogli.
Salc?de nie tracił nadziei ani w więzieniu, ani na torturach, ani na śmiertelnym wozie, ani nawet na rusztowaniu.
Był on odważny i uległy losowi, lecz należał do rzędu istot energicznych, które bronią się, aż do ostatniej chwili życia z wytrwałością i potęgą, na jakie podrzędne dusze prawie nigdy zdobyć się nie mogą.
Król zarówno jak i naród dostrzegli tę nieustanną myśl Salc?da.
Katarzyna, ze swojej strony, trwożliwie śledziła najmniejsze nawet poruszenie nieszczęśliwego; atoli zbyt oddalona, nie mogła śledzić kierunku jego spojrzeń i dostrzedz ciągłej ich gry.
Za przybyciem skazanego, w tłumie jakby mocą czarów, wzniosły się dwa piętra mężczyzn, kobiet i dzieci; ilekroć zjawiała się nowa głowa po nad ruchomą powierzchnią, którą już czujne oko Salc?da zbadało zaraz, on ją rozpoznał i rozebrał w jednej sekundzie, która jednak w tyle wzburzonym człowieku więcej znaczyła niż całogodzinne rozważanie, drogie bowiem i kosztowne dlań ostatnie chwile żywota, podwoiły a raczej stokroć podwyższyły w nim wszelkie jego zdolności.
Potem, zmierzywszy szybkiem jak błyskawica spojrzeniem tę twarz nową i nieznaną, Salc?de znowu stawał się ponury i gdzie indziej zwracał swą uwagę.
Tymczasem kat zaczął się już krzątać koło niego i przez środek ciała przywiązywał do środka rusztowania.
Już nawet, na znak Tanchona, sędziego kryminalnego, dwaj łucznicy, przeciskając się przez tłumy, poszli po konie.
W innej okoliczności i w innym celu, nie mogliby oni ani kroku postąpić wśród tej masy ścieśnionej, lecz tłumy wiedziały, czego łucznicy dopełnić mają, skupiły się zatem i dały przejście jak na zapełnionym teatrze dla aktorów, ważniejsze role odgrywających.
W tej chwili powstał szmer u drzwi królewskiej loży i odźwierny, podnosząc obicie, uprzedził Ich królewskie mości, iż prezydent Brisson i czterech radców a pomiędzy nimi sprawozdawca, upraszają o zaszczyt chwilowej rozmowy z monarchą, w przedmiocie egzekucyi.
- I owszem - odpowiedział król.
A potem zwracając się do Katarzyny - dodał:
- No! moja matko, czy będziesz zadowolona? Katarzyna, potakując, lekko skinęła głową.
- Wprowadzić tych panów - rzekł król.
- Najjaśniejszy panie, błagam o pewną łaskę - odezwał się Joyeuse.
- Proś Joyeuse - odparł monarcha - byle tylko nie za skazanym...
- Uspokój się, Najjaśniejszy panie.
- Słucham więc.
- Jedna rzecz, Najjaśniejszy panie, razi szczególniej wzrok mojego brata, a nadcwszystko mój wzrok, to jest czarna i czerwona suknia; racz więc, Najjaśniejszy panie, zezwolić łaskawie, abyśmy wyszli!
- Jakto! panie de Joyeuse, tak cię mało obchodzą moje sprawy, iż pragniesz odejść w podobnej chwili? zawołał Henryk.
- Nie racz tak sądzić, Najjaśniejszy panie, wszystko, co dotyczę Waszej Królewskiej Mości, głęboko mię obchodzi; ale ciało moje nędzne i litości godne, a najsłabsza nawet kobieta, w tym względzie, silniejsza jest odemnie. Nie mogę patrzeć na stracenie, bo pewno cały tydzień to odchoruje. Otóż, kiedy u dworu już ja jeden tylko śmieje się, a brat mój, niewiem dla czego, zapomniał śmiechu, pomyśl Najjaśniejszy panie w co się zmieni biedny Louvre, już i tak smutny, skoro ja uczynię go jeszcze smutniejszym. Tak więc, łaski, Najjaśniejszy panie...
- Chcesz mię opuścić Anno? - rzekł Henryk zmartwiony niewypowiedzianie.
- A!.. Najjaśniejszy panie, jakżeś wymagający! stracenie na placu Gr?ve, to zarazem zemsta i widowisko, a jeszcze jakie widowisko! boś go ciekawszy aniżeli ja. Niedość że tego obojga, czyż trzeba Ci jeszcze nasycać się słabością twoich przyjaciół?..
- Zostań, Joyeuse, zostań; obaczysz jak to zajmujące.
- Nie wątpię, a nawet, jak miałem honor oświadczyć Waszej królewskiej mości, lękam się, czyli zdołam znieść tyle wrażeń; tak więc, pozwalasz Najjaśniejszy panie?
I Joyeuse ku drzwiom zmierzył.
- Ha - wzdychając, rzekł Henryk III-ci, czyń co ci się podoba, widzę, że dla mnie przeznaczone życie samotne.
I monarcha, zmarszczywszy czoło, spojrzał na matkę, w obawie, czy nie słyszała jego rozmowy z ulubieńcem.
Katarzyna miała słuch równie jak wzrok bystry; lecz skoro słyszeć nie chciała, nikt nie był nad nią głuchszym.
Tymczasem Joyeuse pochylił się ku bratu i rzekł mu do ucha.
- Żywo, żywo, du Bouchage! skoro radcy wejdą, ukryj się za ich togi i zmykajmy, król teraz pozwala, a za pięć minut zabroni.
- Dzięki, dzięki ci, bracie - odpowiedział młodzieniec - i mnie się śpieszy, również jak tobie.
- Dalej, dalej, kruki już nadciągają, zmykaj, czuły słowiku!
W istocie widziano, że za wejściem panów radców, obaj młodzieńcy znikli szybko jak dwa cienie.
Za nimi zapadła ciężka zasłona drzwi.
Gdy król odwrócił głowę, już ich nie dostrzegł.
Henryk westchnął i znowu pieska pocałował.
TOM I
ROZDZIAŁ I. BRAMA Ś-GO ANTONIEGO.
Dnia 26 października, 1585 roku, rogatki przy bramie świętego Antoniego w Paryżu, o godzinie wpół do jedenastej zrana, wbrew wszelkiemu zwyczajowi, były jeszcze zamknięte.
O trzy kwadranse na jedenastą, warta złożona z dwudziestu Szwajcarów, których mundury świadczyły, że są to Szwajcarowie z małych kantonów, a tem samem najlepsi przyjaciele panującego wówczas króla Henryka III-go, wychodziła z ulicy de la Mortellerie i zbliżyła się ku rogatkom świętego Antoniego, które dla niej otworzono, lecz wnet znowu zamknięto.
Za rogatkami Szwajcarowie uszykowali się wzdłuż płotów, odgradzających pola, po obu stronach drogi, i samym ukazaniem się swoim, cofnęli znaczną liczbę wieśniaków i drobnych mieszczan, którzy przybyli z Montreuil, Vincennes i Saint-Maur, i pragnęli przed południem dostać się do miasta, czego jednak dokazać nie mogli, bo jak powiedzieliśmy, brama była zamkniętą.
Jeżeli prawda, że tłumy wszędzie wywołują nieporządek, mniemać należy, iż pan Prewot wysłał straż, pragnąc zapobiedz nieporządkowi, powstać mogącemu u bramy Ś-go Antoniego.
I w rzeczy samej, zgromadziło się tam mnóstwo ludu.
Co chwila przybywali trzema przy bramie zbiegającemi się drogami, księża z okolicznych klasztorów, kobiety bokiem na osłach siedzące, i wieśniacy w wózkach. Ci wszyscy powiększali rzeszę ludu, którą niezwykłe zamknięcie bramy zatrzymało tam, i mniej więcej natarczywymi pytaniami sprawiali zgiełk wprawdzie dosyć jednostajny, z pomiędzy którego jednak kiedy niekiedy wydobywały się glosy, co, górujące nad tonem ogólnym, nastrojone były aż do oktawy groźby lub skargi.
Oprócz tej masy oczekujących, którzy się do miasta chcieli dostać, można było dostrzedz jeszcze kilka pojedynczych gromadek, które jak zdawało się, z niego wyszły.
Te gromadki, zamiast zwracać spojrzenia na miasto przez kraty bramy, zagłębiały je w horyzont, zakończony klasztorem Jakobitów, przeoratem w Vincennes i krzyżem Faubin.
Gromadki podobno były do wysp, wznoszących się w pośrodku Sekwany, kiedy wokoło nich przewracająca się i burząca woda, unosi albo kawałek trawnika, albo stary jaki pień, a rzeczy te, przez czas jakiś obracane poblizkim wirem, płyną nakoniec wraz z nurtem rzeki.
Te gromadki, do których jeszcze raz tak natrętnie wracamy, bo zasługują na całą naszą uwagę, składały s!ę po większej części z mieszczan Paryża, szczelnie otulonych w buty i kaftany, gdyż, zapomnieliśmy powiedzieć, pora była zimna, wiatr ostry, a grube, blizko ziemi unoszące się chmury, jakby chciały wydrzeć drzewom ostatki pożółkłego liścia, jaki jeszcze smutnie na nich powiewał.
Trzech wspomnianych mieszczan rozmawiało z sobą, a raczej dwaj tylko rozmawiali, trzeci zaś słuchał. Lecz wytłumaczmy się jaśniej i powiedzmy, że trzeci jakby nawet nie słuchał, bo zbyt uważnie patrzył w stronę Vincennes.
Ten zajmie nas najpierwej.
Był to człowiek, który zapewne miał wzrost piękny, jeżeli stał prosto, lecz w tej chwili długie nogi, z któremi nie wiedział co począć, skoro ich do właściwego przeznaczenia nie używał, zwinął pod siebie, a tymczasem ręce nie mniej niż nogi stosunkowo długie, skrzyżował na kaftanie.
Oparty o płot, z uporczywością podobną do ostrożności człowieka, który poznanym być nie chce, szeroką dłonią zakrywał twarz, pokazując tylko jedno oko, którego bystre spojrzenie przebijało się pomiędzy średnim a wskazującem palcem, tak tylko rozsuniętemi, ażeby przez nie mógł się jedynie przedostać promień oczu.
Obok tej osoby szczególnej, mały człowieczek, wlazłszy na kamień, gawędził z jakimś otyłym, który bardzo niepewnie stojąc na tym samym kamieniu, ciągle chwiał się i za każdem zachwianiem chwytał za guziki u kaftana małego towarzysza.
Ci dwaj mieszczanie, wraz z trzecią osobą, już powyżej opisaną, tworzyli kabalistyczną liczbę trzy.
- Tak jest, panie Miton - mówił mały do grubego - powiadam i powtarzam, że około rusztowania Salc?da, zbierze się sto tysięcy osób, tak, przynajmniej sto tysięcy, i to prócz tych, którzy są już na placu Gr?ve, albo którzy tam przybywają z rozmaitych cyrkułów Paryża, - patrzcieno ile tu ludzi, a przecież to dopiero jedna brama. Pomyślcie sami, ile to ich będzie, bo wszystkich bram, jest szesnaście.
- Sto tysięcy, to bardzo wiele, kumie Friard - odpowiedział gruby - ale wierzaj mi, wielu naśladując mój przykład, nie przyjdzie patrzeć na rozćwiartowanie nieszczęśliwego Salc?da, z obawy rozruchów - i dobrze uczynią.
- Panie Miton, panie Miton, strzeżcie się - odparł mały - mówicie politycznie. Ręczę wam, że nie przyjdzie do niczego, do niczego zgoła.
A widząc, że towarzysz jego z powątpiewaniem kiwa głową. - Nieprawdaż panie? - dodał i obrócił się ku człowiekowi o długich ramionach.
- Tak, bezwątpienia, ale ja utrzymuję, że nie przyjdzie do żadnego hałasu, z powodu tego ćwiartowania.
- Hałasu narobi już sam trzask bicza, przy zacinaniu koni.
- Pan mię nie rozumiesz. Przez hałas, ja rozumiem rozruch, otóż powiadam, że na placu Gr?ve nie będzie rozruchów. Gdyby to miało nastąpić, król nie byłby kazał przygotować sobie pokoju w ratuszu, aby ztamtąd wraz z obiema królowemi i częścią dworu mógł przypatrywać się syceniu.
- Alboż to królowie wiedzą, kiedy ma nastąpić rozruch? - wzruszając ramionami i tonem najwyższego politowania zagadnął człowiek o długich ramionach i nogach.
- O! ho! - rzekł Miton, pochylając się do ucha towarzysza. Jak szczególnym tonem mówi ten człowiek, czy go znasz kumie?
- Nie - odpowiedział mały.
- No, to dlaczego z nim rozmawiasz?
- Właśnie dla rozmowy.
- Źle robicie; przecież zaraz widać, że nie bardzo chętny do gawędy.
- Sądzę jednak - odezwał się znowu kum Friard, tak głośno, aby go człowiek o długich ramionach słyszał - że najwiekszem szczęściem w życiu, jest wymiana swoich myśli z myślami innych.
- Z myślami znajomych, bardzo wierzę - odparł Miton - ale nigdy z myślami nieznajomych.
- Alboż wszyscy ludzie nie są sobie braćmi? jak twierdzi pleban z Saint-Leu - przekonywającym tonem dodał kum Friard.
- Tak jest, byli nimi dawniej, ale za naszych czasów, związek pokrewieństwa strasznie został rozluźniony, kumie Friard. Rozmawiaj zatem ze mną, skoro ci koniecznie chodzi o rozmowę, a daj spokój temu nieznajomemu i jego myślom.
- Ależ, ja ciebie znam oddawna i wiem już naprzód co mi odpowiesz, kiedy przeciwnie, ten nieznajomy mógłby mi coś nowego udzielić.
- Sza! on nas słucha.
- Tem lepiej, że słucha, bo może co odpowie. Pan zatem mniemasz - dodał kum Friard, zwracając się ku nieznajomemu że będzie hałas na placu Gr?ve?
- Ja? przecież ani słowa o tem nie wspomniałem.
- To też i ja nie utrzymuję, żeś pan co wspomniał - dodał przebiegle Friard - mniemam tylko, że pan tak sądzisz i nic więcej.
- A na czem opierasz to przekonanie, mości Friard, miałżebyś być czarownikiem?
- Patrzcie! on mię zna - zawołał do najwyższego stopnia zdziwiony mieszczanin - zkąd on mię znać może?
- Wszak kilka razy wymieniłem wasze nazwisko, kumie - rzekł Miton zawstydzony że jego towarzysz wobec nieznajomego okazuje taki brak roztropności.
- A! prawda - podchwycił Friard, usiłując pojąć rzecz całą i dzięki temu usiłowaniu pojmując nakoniec; - słowo daję, że prawda. Otóż! skoro mię zna, to mi odpowie. I cóż mój panie! - rzekł do nieznajomego, ja sądzę, że zdaniem pańskiem będzie hałas na placu Gr?ve, bo w przeciwnym razie byłbyś pan tam poszedł, a tymczasem jesteś tutaj... co!
To "co" dowodziło, że kum Friard dosięgnął najwyższego szczytu logiki i sprytu.
- Ależ pan, mości Friard, skoro sądzisz inaczej, aniżeli, jak mniemasz, ja sądzę - odparł nieznajomy, dobitnie wymawiając wyrazy, które Friard już mówił i powtórzył - dlaczego pan nie jesteś na placu Gr?ve? Zdaje mi się, że widowisko będzie bardzo przyjemne, i że przyjaciele króla tłumami cisnąć się na nie powinni. Może mi pan odpowiesz, iż nie jesteś przyjacielem króla ale przyjacielem pana Gwizyusza i że oczekujesz tu na lotaryńczyków, którzy, jak wieść niesie wpaść mają do Paryża, dla uwolnienia pana de Salc?de?
- Nie panie - żywo odparł mały, widocznie przerażony tem przypuszczeniem nieznajomego - nie, ja czekam na żonę, panią Nicolinę Friard, która zaniosła dwadzieścia cztery obrusy do przeoratu Jakobitów, gdyż ma zaszczyt być wyłączną praczką don Modesta Gorenflota, opata rzeczonego przeoratu, Ale, wracając do rozruchów, o których wspomniał kum Miton, a w które ja równie jak i pan nie wierzę...
- Kumie, kumie - zawołał Miton - patrzcie - no co się dzieje!
Kum Friard spojrzał w kierunku, który wskazywał palec jego przyjaciela i spostrzegł, że oprócz rogatek, których zamknięcie tak mocno zajęło wszystkie umysły, zamykano także i małą furtkę.
Gdy tego dokonano, oddział szwajcarów uszykował się wzdłuż rowu.
- Co! co! - zawołał Friard blednąc, - nie dosyć im na rogatkach, jeszcze teraz i furtkę zamykają!
- A co, wszakże wam mówiłem - odparł Miton, równie blednąc.
- Śmieszna rzecz, nieprawdaż? - rzekł nieznajomy z uśmiechem.
A śmiejąc się, pokazał z pomiędzy wąsów i brody, dwa szeregi białych, szpiczastych zębów.
Widok przedsięwziętej nowej ostrożności, wywołał długi szmer zadziwienia a nawet gdzie niegdzie i okrzyki w pośród tłumów, zalegających przystęp do rogatek.
- Koło zrobić - rozkazująco zawołał oficer.
Natychmiast wykonano ten manewr, wszakże nie bez przeszkody. Ci, co przybyli konno i wózkami, zmuszeni cofnąć się, tu i owdzie deptali lub gnietli boki cisnących się na prawo i lewo.
Kobiety krzyczały, mężczyźni klęli, kto mógł uciekać - uciekał, i obalał jeden drugiego.
- Lotaryńczycy! lotaryńczycy! - krzyknął czyjś głos w tłumie.
Najstraszliwszy krzyk, nie byłby wywarł wrażenia szybszego i bardziej stanowczego, niżli ten okrzyk:
- Lotaryńczycy!!
- A cóż! widzicie? widzicie? - zawołał Miton drżąc - lotaryńczycy, lotaryńczycy, uciekajmy!
- Uciekać, a dokąd? - spytał Friard.
- Na pola - zawołał Miton, kalecząc sobie ręce o płot ciernisty, na którym nieznajomy siedział spokojnie.
- Na pola - odparł Friard - łatwiej ci to powiedzieć niż dokonać, panie Miton. Nie widzę tu żadnej dziury, przez którą możnaby było przecisnąć się, a przecież nie sądzę abyście chcieli przeleźć przez plot, wyższy odemnie.
- Spróbuję - rzekł Miton - spróbuję - znowu zaczął przełazić.
- A! uważajcież moja kobieto - zawołał Friard tonem człowieka, który z rozpaczy głowę tracić zaczyna - wasz osioł stąpa mi na pięty. Uf, panie jeździec, koń twój wszystkich pogniecie, do licha! woźnico, przyjacielu, wpychasz mi dyszel w żebra.
Gdy Miton czepiał się płotu pragnąc go przebyć, a kum Friard nadaremnie szukał otworu, aby się przezeń przecisnąć, nieznajomy wstał, po prostu i jak zwykle wyciągnął długie nogi i niby jeździec, na koń wsiadający, za jednem poruszeniom przebył płot, tak, że żadna gałąź go nie dotknęła.
Miton naśladował go, i w trzech miejscach rozdarł spodnie.
Ale inaczej rzecz się miała z kumem Friard, który ani górą, ani pod spodem przebyć nie mógł, a coraz bardziej zewsząd popychany i gnieciony, wydawał przerażające krzyki.
Nieznajomy widząc to, wyciągnął długą rękę, schwytał go zarazem za kryzę i kołnierz kaftana, a dźwignąwszy do góry, przeniósł jak dziecię na drugą stronę płotu.
- O! ho! ho! - zawołał Miton, uradowany widokiem podnoszącego się i opadającego przyjacielu, kuma Friard - wyglądasz jak sztandar wielkiego Absalona.
- Uf! - stęknął Friard, dotykając ziemi - niech wyglądam, jak ci się podoba, dosyć, że dzięki temu panu, jestem po drugiej stronie płotu.
A potem wyprężając się, aby spojrzeć w oczy nieznajomemu, którego piersi zaledwie dosięgał, dodał:
- Ach panie! jakże ci jestem obowiązany, na honor jesteś pan prawdziwym Herkulesem, jakiem Jan Friard; pańskie nazwisko, panie, nazwisko mojego zbawcy, nazwisko mojego... przyjaciela.
I poczciwiec rzeczywiście wymówił ten ostatni wyraz z calem przejęciem głęboko wdzięcznego serca.
- Nazywam się Briquet, mój panie - odpowiedział nieznajomy - Robert Briquet, na pańskie usługi.
- Śmiem powiedzieć, panie Robercie Briquet, żeś mi pan już znakomitą wyrządził przysługę. O! moja żona błogosławić pana będzie; ale, ale, co do mojej żony, o! Boże mój, Boże! te tłumy ją uduszą. A! przeklęci Szwajcarowie, oni tylko ludzi tratować zdolni.
Zaledwie kum Friard dokończył tej apostrofy, natychmiast uczuł, że czyjaś ręka ciężka jak ramię kamiennego posągu, spadła mu na barki.
Obejrzał się, aby zobaczyć śmiałka, który sobie tyle pozwala.
Była to ręka Szwajcara.
- Czy chcesz, abym cię zatłukł, karle?... - rzekł barczysty żołnierz.
- Ach!.. jesteśmy otoczeni?... - zawołał Friard.
- Zmykaj, kto może! - wołał Miton.
I obaj, mając po za płotem wolną przestrzeń przed sobą, ruszyli z miejsca, ścigani szyderczem spojrzeniem i milczącym śmiechem człowieka o długich ramionach i nogach, który wreszcie straciwszy ich z oczu, zbliżył się do stojącego na widecie szwajcara.
- Jak się zdaje, masz niezłą rękę, kolego? - rzekł.
- Tak, panie, niezłą, wcale niezłą.
- Tem lepiej, jest to bardzo ważna okoliczność, zwłaszcza, gdyby nadeszli lotaryńczycy, bo coś tak słychać.
- Ale nie nadejdą.
- Nie?
- Wcale nie.
- Dlaczegóż więc zamykają bramę? ja tego nic nie rozumiem.
- Bo też nie trzeba żebyś rozumiał - odparł szwajcar nagłos śmiejąc się ze swojego żartu.
- Prawda kolego, prawda - rzekł Robert Briquet - dziękuję ci, - i odszedł od szwajcara aby się zbliżyć do innej grupy, a tymczasem zacny helwecyanin przestał śmiać się i mruczał:
- Bei Gott!... ich glaube er spotlet meiner, was ist das für ein Mann, der sich erlaubt ein Schwejtzer seiner kőniglichen Majestat auszulachen?
Co tłomacząc na polskie, znaczy:
- Dla Boga!.. sądzę, że on drwi ze mnie... Cóż to za człowiek śmie szydzić ze szwajcara Jego królewskiej mości?
Jedne gromadkę składała znaczna liczba mieszczan, zatrzymanych za miastem z powodu tak niespodziewanego zamknięcia bramy.
Ci mieszczanie otaczali kilku jeźdźców bardzo marsowo wyglądających, których zamknięcie bramy mocno drażniło, i którzy wołali na całe gardła:
- Otworzyć! otworzyć!
Wołania te, poparte jednoglośnem uniesieniem obecnych, sprawiły wówczas prawdziwie piekielną wrzawę.
Robert Briquet zbliżył się ku tej grupie, i zaczął wrzeszczeć głośniej, niż wszyscy co ją składali:
- Otworzyć! otworzyć! Ztąd wynikło, iż jeden, jezdny, zachwycony taką potęgą głosu, zwrócił się ku niemu, pozdrowił go i rzekł:
- Czyż to nie wstyd, mój panie, że wśród białego dnia zamykają bramy miasta, jakby Hiszpanie lub anglicy obiegli Paryż?