Długi, żółto-niebieski pociąg, zgrzytając i bucząc, oddalał się od wąskiego peronu. Szlabany podniosły się przy akompaniamencie pojedynczych dzwonków, przepuszczając czekających po obu stronach torów ludzi. Wśród nich znajdowała się szczupła dziewczynka o kasztanowych włosach zebranych w dwa długie warkocze, ubrana w granatowy, szkolny mundurek, z kartonowym plecakiem niedbale przewieszonym przez ramię. Szybko oderwała się od reszty podróżnych i ruszyła pomiędzy drzewa rosnące przy samym chodniku.
Już po chwili Matylda, bo tak miała na imię, pewnym krokiem przemierzała sosnowy las. Tą trasą było według niej najszybciej i najwygodniej. Znała tu każdy korzeń i wiedziała, co się kryje za kolejnymi wydmami, rozrzuconymi w gęstwinie drzew. Co prawda mama wiele razy upominała ją, aby chodziła główną ulicą, jednak kto by nadkładał tyle drogi! Zresztą razem ze starszym bratem Ryśkiem i jego bandą spędziła w lesie mnóstwo czasu na odkrywaniu tajemnic okolicy. Ku rozpaczy rodziców zjeżdżali na tekturowych tornistrach z leśnych górek. Szukali powojennych pozostałości w postaci zakopanej broni i amunicji. Organizowali podchody i gonitwy. Tu było ich miejsce na ziemi.
Mama Matyldy, pani Genowefa, była w miasteczku osobą dobrze znaną. Pochodziła z wyklętej linii szlacheckiej rodziny. Jej matka w imię miłości zrzekła się majątku i w nowo powstałej ojczyźnie budowała swoją przyszłość od zera. Genowefa zaś, jakby instynktownie, otoczyła się wpływowymi osobami i brylowała na przedwojennych salonach Warszawy. Zrobiła karierę, pracując w poważnych instytucjach, i stworzyła swój mały, szczęśliwy świat, w który brutalnie wdarła się wojna. Dziś opiekowała się ludźmi z problemami i często chodziła po domach na tak zwane wywiady, gdzie poznawała rodzinne historie - często smutne, choć nie brakowało i tych pozytywnych.
Matylda wraz z rodzicami mieszkała na Groszówce (która wtedy nie była jeszcze częścią Wesołej), w murowanym domu z czerwonym, blaszanym dachem. Budynek, bardziej zasługujący na miano daczy, zbudował dziadek dziewczynki. Okolica była baśniowa, a dojazd z Warszawy zapewniała nowo wybudowana linia średnicowa. W piwnicy domu znajdowała się prywatna kolekcja win stworzona przez dziadka, który był z zawodu kiperem. Kiedyś Genowefa z mężem przyjeżdżali do niego w każdej wolnej chwili, na wakacje i weekendy, aby beztrosko spędzać czas pośród pachnących żywicą sosen. Jednak pewnego dnia, a było to we wrześniu trzydziestego dziewiątego, już nie wrócili do swojego mieszkania w centrum Warszawy, w kamienicy przy ogrodzie Saskim. Budynek zburzyła jedna z pierwszych bomb. Od tej pory mały, murowany domek stał się ich schronieniem. Matyldy nie było jeszcze wtedy na świecie, urodziła się bowiem zaraz po wojnie.
W domu zawsze było pełno ludzi. W trakcie niemieckiej okupacji ukrywali się tam Żydzi, chowani przez dziadka w ogromnym biurku. W tym samym czasie na parterze mieszkali niemieccy oficerowie, a na strychu ukrywał się tata Matyldy - Zdzisław, który uciekł z obozu jenieckiego. Nie przeszkodziło to jednak pani Genowefie zapewnić również schronienie radzieckiemu spadochroniarzowi, który zaplątał się w gałęzie w okolicznym lesie. Mama Matyldy była agentem przedwojennego wywiadu, ale dziewczynka o tym nie wiedziała. Po wojnie nie można było chwalić się czymś takim. Tata w czasach przedwojennych pracował na stanowisku dyrektora poczty, jednak teraz - bardzo schorowany - najczęściej siedział w domu. To mama była głową rodziny, ale robiła to w taki sposób, aby tata myślał, że on pełni tę funkcję.
Rodzice poznali się przed wojną na jakimś przyjęciu, kiedy narzeczonym pani Genowefy był znany pilot wojskowy. Pan Zdzisław zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i postanowił, że zostanie przynajmniej jej przyjacielem. Los jednak sprawił, że lotnik zginął w katastrofie samolotu i tak oto pan Zdzisław z przyjaciela stał się mężem. Tata Matyldy był zupełnym przeciwieństwem mamy. Cichy, spokojny, rozważny. Długo myślał, zanim coś powiedział lub zrobił. Mama natomiast była prawdziwym wulkanem energii. Robiła kilka rzeczy na raz, działając w kompletnym chaosie, który tylko ona potrafiła opanować. Mimo niskiego wzrostu emanowała wyjątkową pewnością siebie. Był jeszcze brat Matyldy - Rysiek. Wysoki, o ciemnych, kręconych włosach i niebieskich oczach. Łobuziak pełną gębą. Dziewczynka była zafascynowana starszym o dziesięć lat chłopakiem i robiła wszystko, co jej powiedział, chociaż czasem dostawała za to w skórę od rodziców.
Któregoś parnego lata Rysiek zawołał siostrę za dom. Poszła zaciekawiona, stąpając po nierównych betonowych płytkach okalających budynek. Na leśnej działce, w większości porośniętej trawą, znajdowały się też wypełniona mnóstwem niepotrzebnych szpargałów szopa oraz studnia. Chłopak stał przy ujęciu wody i podbródkiem wskazywał drewniane zamknięcie betonowych kręgów.
- Co jest, Rysiu, co kombinujesz? - zapytała Matylda, ściskając rąbek spódnicy i ostrożnie zbliżając się do brata. Nigdy nie mogła być pewna, czy nie zastawił na nią jakiejś pułapki.
- Matyldzia, mam świetny pomysł! - rzucił wyraźnie rozemocjonowany chłopak, opierając się nonszalancko o krawędź drewnianej obudowy. Jego postawa wskazywała, że czuł się dysponentem niezwykłego sekretu.
- Dawaj! - odparła z ekscytacją dziewczynka, wpatrując się w brata jak w bóstwo i bezwiednie bawiąc się swoim długim warkoczem.
- Pamiętasz, kiedyś mówiłem ci o skarbie zatopionym w studni? - zapytał z władczą miną Rysio, krzyżując ręce na piersiach.
- Pamiętam. I co, on tam jest naprawdę?
- No jest, dzisiaj go wyciągniemy! - Rysiek pokazał dziewczynce prymitywną wędkę, zmajstrowaną z deski, ze sznurka i z końcówki wieszaka na ubrania. Do konstrukcji przywiązany był kamień pełniący funkcję obciążenia.
- Tym chcesz to wyciągnąć? - zapytała Matylda z powątpiewaniem, nie potrafiąc ukryć lekkiego uśmiechu.
- A co, nie da się? Da się! Tylko musisz mi pomóc!
- Dobrze!
Nie bez trudu otworzyli drewnianą klapę z zardzewiałymi zawiasami. Z betonowego wnętrza powiało chłodem i wilgocią. Matylda wychyliła się, chcąc zobaczyć swoje odbicie w wodzie, jednak nie zdążyła nic dostrzec, ponieważ brat błyskawicznie odciągnął ją od studni.
- Oszalałaś?! Chcesz wlecieć do środka?! Matka by mnie zabiła!
- Dobrze, już dobrze, przecież uważałam! - odpowiedziała dziewczynka, lekko speszona gwałtowną reakcją brata, a może też zdziwiona jego autentyczną troską.
- W porządku. To teraz popatrz! - Rysiek zarzucił swoją dziwną wędkę do środka, a w zasadzie opuścił kamienny spławik z haczykiem z wieszaka. Po dłuższym czasie usłyszeli lekki plusk. Dopiero po kilku próbach podjęcia tajemniczego skarbu sznurek się naprężył.
- Uwaga, ciągniemy! Razem! - krzyknął Rysiek.
Przez kilka minut szarpali się z mokrym szpagatem, aż coś ciężkiego oparło się o krawędź studni, wydając metalowy zgrzyt. Chłopak sięgnął ręką i wytaszczył coś na kształt długiego łańcucha wykonanego z poprzecznie ułożonych elementów połączonych mosiężnymi klamerkami. Wszystko było mokre i pokryte szlamem. Rzucili znalezisko na trawę, aby przyjrzeć mu się dokładniej.
- Rysiu, co to jest? - zapytała dziewczynka, przestępując z nogi na nogę.
- To jest taśma nabojowa. Niemiecka!
- Boże, to pewnie jest niebezpieczne! - zareagowała natychmiast Matylda, mając w pamięci przestrogi rodziców na temat wszelkiego wojennego żelastwa.
- A skąd! Wy baby to zawsze! Przecież to stare już jest i mokre! Nie wybuchnie! - odparł Rysiek z miną rasowego eksperta od broni i amunicji, jakim w owych czasach czuł się niemalże każdy chłopak w jego wieku.
- Nigdy nie wiadomo! - powiedziała Matylda niepewnie, skubiąc zawzięcie skórkę przy paznokciu.
- Co ty tam możesz wiedzieć, mała jesteś jeszcze!
- Nie jestem mała!
- No dobrze, to pokaż, że nie jesteś mała i zanieś to do kuchni! - Rysiek zrobił chytrą minę, co jednak uszło uwadze Matyldy.
- Wszystko? Nie dam rady!
- Pomogę ci trochę! - odparł wspaniałomyślnie brat i schylił się, żeby chwycić żelastwo.
- Ale po co do kuchni? - zapytała nagle dziewczynka, gdzieś podskórnie czując, że to niekoniecznie dobry pomysł.
- Podłożymy pod węglową kuchnię i sprawdzimy, czy na pewno nie wybuchnie!
- Boję się trochę...
- No nie mówiłem - mała jesteś!
- Nie jestem! Idziemy! - odparła Matylda z powagą, gotowa do działania.
Wspólnie dźwignęli mokre żelastwo i zanieśli do kuchni znajdującej się na parterze budynku. Upchnęli całość pod węglową kuchenką, akurat wygaszoną, ponieważ do pory obiadowej było jeszcze daleko. Zadowoleni z siebie, wrócili na podwórko, a po jakimś czasie właściwie zapomnieli o całej akcji. Kilka godzin później do domu wróciła pani Genowefa i zabrała się do przygotowywania obiadu. Najpierw musiała rozpalić ogień pod płytą, więc wzięła trochę papieru, połamane drewienka i wiadro czarnego jak smoła węgla. Szło jakoś wyjątkowo ciężko, ale wreszcie ogień chwycił i kuchnia zaczęła się nagrzewać. Matka wyszła z pomieszczenia i zaczęła krzątać się po domu. Kiedy rozwieszała pranie na rozciągniętych pomiędzy dwiema jabłonkami drutach, Matylda z Rysiem obserwowali ją ukradkiem, siedząc na karłowatej sośnie tuż za ogrodzeniem działki.
Wtem z wnętrza domu dobiegł huk. Potem kolejny, jeszcze jeden, a następnie rozległa się cała kanonada, tak jakby wojna znów się zaczęła. Pani Genowefa instynktownie rzuciła się na ziemię, obserwując przedpole, lecz wtedy nastała cisza. Po chwili wszyscy pobiegli kuchni, gdzie ich oczom ukazał się przerażający widok. Murowany piec wyglądał niczym zbombardowana kamienica, a połączony z nim do tej pory żeliwny blat leżał pod ścianą. Na suficie widniały liczne osmalenia, w centrum rumowiska zaś żarzyły się węgle zmieszane z jakimś żelastwem...
***
Teraz Matylda była już trochę starsza, a jej brat miał swoje "dorosłe sprawy". Dziewczynka wracała właśnie ze szkoły w Sulejówku, do której codziennie dojeżdżała kolejką. Była jesień, więc zmrok zapadał dość szybko. Jedynie kilka latarni wydobywało z gęstniejącego mroku lśniące plamy asfaltu. Wystarczyło przejść już tylko przez jedną ulicę i znów zagłębić się w las porastający okolicę domu. Gruntowa droga tłumiła kroki Matyldy, a gdzieś od strony remizy strażackiej dało się słyszeć wycie syren. Jeszcze kilka lat temu bardzo się bała tego sygnału, teraz jednak wiedziała, co oznacza, i że jest to jedynie element wpisany w koloryt miejsca. Dziewczynka nie spieszyła się, szła noga za nogą, kopiąc przy okazji małe kamienie.
W domu czekały na nią liczne obowiązki. Wspierała tatę, który miał coraz większe problemy z codziennymi czynnościami, pomagała mamie w kuchni, sprzątała i zajmowała się małym Marcinem, czyli synem przyjaciółki pani Genowefy, która opiekowała się nim w ciągu dnia. W domu na Groszówce chłopiec spędzał więc dużo czasu i Matylda traktowała go już trochę jak młodszego brata.
Tymczasem szła wśród szumiących sosen. Ich brązowe pnie tworzyły zaczarowany klimat, a rozłożyste korony ograniczały dopływ światła. W oddali majaczył już czerwony, mansardowy dach z dwoma oknami w wykuszach. Wreszcie dotarła do domu.
Od razu wpadła w wir obowiązków, które pochłonęły ją bez reszty. Po cichu marzyła jednak, aby kiedyś wyrwać się z tego miejsca i stworzyć własny, uporządkowany świat. W krnąbrnej, nastoletniej głowie snuła plany buntu wobec stanowczej, czasem wręcz apodyktycznej matki. Ojciec stał zawsze gdzieś z boku i - ślepo zakochany w żonie - nie potrafił zdobyć się na obiektywizm. Matylda uwielbiała go bezgranicznie, dlatego tym bardziej bolały ją kolejne razy wymierzane skórzanym paskiem na polecenie matki. Przysięgała sobie wtedy, że nigdy nie uderzy swojego dziecka. Marzyła o chłopcu z niebieskimi oczami, który z uśmiechem zarzucałby jej ręce na szyję, wykrzykując: "Mama!". Dziewczynka nie wiedziała, że pani Genowefa nieporadnie próbowała uniknąć błędów popełnionych podczas wychowania syna. Rysiek, urodzony dwa lata przed wybuchem wojny, w ramach rekompensaty otrzymał bowiem całkowicie bezstresowe dzieciństwo. Dostawał wszystko, na co miał ochotę, oczywiście w miarę skromnych możliwości rodziców. Był obiektem nieustających zachwytów i pochwał, co spowodowało, że nie potrafił zaakceptować trudów prawdziwego życia. Dlatego plan był taki, aby córkę odpowiednio przygotować do ciężkiej egzystencji. Jednak u Matyldy ta jawna dysproporcja wywoływała bolesne poczucie niesprawiedliwości, prowadząc do młodzieńczego buntu.
Pierwszym jego przejawem była decyzja o ścięciu warkoczy. Pewnego dnia stanęła przed mocno już wysłużonym lustrem w małej łazience, ważąc w ręku gruby splot ciemnych włosów. W drugiej ręce trzymała ciężkie krawieckie nożyce. Było trochę duszno i wilgotno, lecz ona cieszyła się chwilą, kiedy mogła wreszcie o czymś zdecydować, choćby o swoim wyglądzie. Podniosła toporne narzędzie i zaczęła mozolnie ciąć gruby warkocz. Włosy niechętnie ustępowały tępemu ostrzu. Wreszcie jednak dwa ciemne węże ozdobione kolorowymi wstążkami wylądowały w białej umywalce. Dziewczynka pokręciła głową na wszystkie strony, niczym koń uwolniony z uprzęży, pozwalając, aby krótkie włosy zafalowały w powietrzu. Z lustra patrzyła na nią zupełnie inna twarz. Mimo że satysfakcja była ogromna, konsekwencje czynu okazały się bolesne. Przez miesiąc Matylda musiała chodzić do szkoły w obciachowej chustce na głowie, narażając się na docinki i żarty rówieśników. Nie było przy tym mowy o oszukiwaniu pani Genowefy, ta bowiem - znając się doskonale z wychowawczynią córki - miała pełną kontrolę nad jej poczynaniami w szkole.
Z tym większą satysfakcją podczas dłuższej nieobecności rodziców Matylda pomogła Ryśkowi wymienić starą kuchenną komodę. Wiedziała, że to ulubiony mebel matki, dlatego zastąpienie go nowoczesnym wyrobem drewnopodobnym miało być wyrafinowaną zemstą ukrytą pod zasłoną dobrych chęci. Czuli z bratem pewien rodzaj ulgi, kiedy na bujającej się furmance odjeżdżał przedwojenny mebel z drzwiczkami otwartymi niczym w geście niemego krzyku. Jednak krzyk matki, niosący się po całej okolicy, nie był już wyimaginowany. Okazało się, że w ukrytej szufladzie komody zostały schowane kosztowności zgromadzone na czarną godzinę. W efekcie, kilka lat później, rodzice musieli sprzedać połowę leśnej działki pod budowę nowoczesnego domu dla przyszłych sąsiadów. Jednak Matylda, niczym niezrażona, nie przestała opracowywać szczegółów wojny podjazdowej z matką.
Tymczasem stan ojca konsekwentnie się pogarszał. Z roku na rok coraz trudniej było mu funkcjonować. Podstępna choroba neurologiczna o dźwięcznej nazwie "Parkinson" odbierała mu zdolność wykonywania nawet najprostszych czynności. Zatrzymywał się w połowie drogi do toalety i patrzył błagalnie, z nadzieją, że ktoś mu pomoże. Początkowo wystarczyło delikatnie pchnąć go do przodu, lecz z czasem potrzebne mu było coraz większe wsparcie. Rola Matyldy, która od początku najwięcej zajmowała się tatą, stała się naprawdę trudna. Od jakiegoś czasu pan Zdzisław miał już poważne problemy nawet z mówieniem i połykaniem śliny. Ogrom obowiązków zaczynał przytłaczać dziewczynę. Patrząc na umęczone ciało ojca, zaczynała coraz śmielej dopuszczać do siebie myśl, że jedynym wybawieniem od bezmiaru cierpienia będzie dla niego śmierć. Obserwacja powolnego odchodzenia taty, który z dnia na dzień właściwie przestawał być sobą, było dla dziewczyny bardzo bolesnym doświadczeniem. I chociaż ojciec zawsze zgadzał się z wolą matki, również w kwestii wymierzania Matyldzie kar, to jednak był obecny, a teraz miało go zabraknąć. Do tego działo się to na jej oczach.
Śmierć przyszła którejś nocy, litościwie zabierając Zdzisława tam, skąd jeszcze nikt nie wrócił. Rodzina pogrążyła się w smutku, lecz to Matylda, w swoim odczuciu, najbardziej przeżyła odejście ojca, z którym przez ostatnie kilka lat bardzo się związała. Pozostała jej tylko matka, z którą nie miała wspólnego języka. A ponieważ brat żył już własnym życiem, cała uwaga pani Genowefy skupiła się na córce.
Robienie wszystkiego na przekór i nieustanne udowadnianie sobie oraz innym różnych racji całkowicie weszło Matyldzie w krew. Dlatego któregoś dnia, kiedy jej najlepsza przyjaciółka rozmarzonym głosem opowiadała o swoim ukochanym, zaproponowała, że sprawdzi autentyczność jego uczuć. Dziewczyna nieopatrznie przystała na ten szalony pomysł. Matylda miała swoje sposoby, więc skutecznie uwiodła Andrzeja - studenta Wydziału Leśnego SGGW. Dopięła swego, lecz tym samym straciła przyjaciółkę oraz zyskała nieustępliwego i niekoniecznie chcianego adoratora. Nie było to łatwe doświadczenie, ale po namyśle postanowiła obrócić sytuację na swoją korzyść. Kiedy zakochany młody człowiek się jej oświadczył, dostrzegła realną szansę ucieczki od apodyktycznej matki. Pani Genowefa bardzo polubiła przyszłego zięcia i z przyjemnością gościła go w domu. Nie do końca było to w smak Matyldzie, lecz cierpliwie czekała na swój moment. W pewnym sensie stała się bardziej niezależna, choć prosto spod matczynych skrzydeł wpadła pod kontrolę mężczyzny. Jednak jeszcze nie widziała w tym zagrożenia.
Po ślubie zamieszkali w małym pokoiku na parterze jej rodzinnego domu. Wszystko powoli się normowało, choć trzeba przyznać, że małżeństwo miało bardzo bogate życie towarzyskie. Imprezy w Warszawie, wraz z bratem i jego narzeczoną oraz grupą znajomych ze studiów Andrzeja, pozostały we wspomnieniach Matyldy na lata. Jednak ona chciała czegoś więcej. Jakaż była zatem jej radość, kiedy odkryła, że jest w ciąży! Teraz, gdy sama zostanie matką, jej własna przestanie ją wreszcie kontrolować!
Siedziała podekscytowana na tapczanie w malutkim pokoiku, kiedy usłyszała odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Rozpoznała męża po krokach i niecierpliwie czekała na moment, w którym przekaże mu wspaniałą wiadomość. Dom był pusty, gdyż brat z narzeczoną balowali na mieście, a matka siedziała na zebraniu jednego ze swoich licznych stowarzyszeń. W powietrzu unosił się zapach starego drewna, kurzu i świeżo ugotowanego rosołu. Skrzypnięcia drewnianej podłogi zdradzały, że Andrzej jest coraz bliżej. W końcu nacisnął ciężką, mosiężną klamkę i wszedł do pokoju, z trudem łapiąc równowagę. Oczy miał trochę zamglone, ale usta śmiały się do Matyldy, tak jak lubiła najbardziej. Otworzył szeroko ramiona, a ona przytuliła się do jego klatki piersiowej. Poczuła ciepło męskiego ciała i wyraźną woń alkoholu. Andrzej odsunął żonę delikatnie i pocałował ją w usta.
- Czczcześć, skarbie!
- Najdroższy, mam dla ciebie wspaniałe nowiny! - Matylda nie mogła już dłużej czekać.
- Tttaaak? - zapytał mechanicznie. Teraz jego jedynym marzeniem było położyć się do łóżka.
- Wiesz, jestem w ciąży, będziemy mieli dziecko!
- Dzidzieckoooo...? - Andrzej zmarszczył czoło i popatrzył na żonę z lekko przymrużonym jednym okiem. Wyglądał jak nauczyciel, zastanawiający się nad sensem usłyszanej od ucznia odpowiedzi.
- Tak, byłam dziś u lekarza i wiem już na pewno! Czy to nie wspaniałe?! - Matylda próbowała zarazić ukochanego swoim szczęściem. Przecież dotyczyło ono ich obojga!
- Wwwsppaniale...?
- No tak! - odparła, czując już lekkie zniecierpliwienie postawą ukochanego, który nie przyjął nowiny tak, jak to sobie przez cały dzień wyobrażała.
- Aaaale... Przecież... Studia, mmmoje studia, kkariera, mmieszkanie, kurczę, nie tak ttto mmiało być!
- Wszystko się ułoży, zobaczysz, Andrzejku, najważniejsze jest nowe życie! - Dziewczyna próbowała rozwiać te obawy, w nadziei, że jej Andrzej wróci i zastąpi tego dziwnego człowieka, z którym nie mogła dojść do porozumienia.
- Nowe życie!? - Mężczyzna otrzeźwiał w okamgnieniu, stając na baczność.
- Tak!
- Kurczę, nie tak się umawialiśmy, przecież to jest koniec dotychczasowego życia, za wcześnie! Co ty sobie wyobrażasz, że pójdę pracować na budowę czy co? Cholera, Matylda, co to ma znaczyć? Kurwa, nie tak sobie to wyobrażałem, ja pierdolę! No nie, cholera! Nie, żebym miał coś przeciwko dzieciom, ale nie teraz! Pójdziesz na zabieg!
- Coooo, o czym ty mówisz?! Chyba coś ci się pomieszało w tym pijanym łbie! - Poirytowana Matylda uświadomiła sobie, jak bardzo zawiodła się reakcją męża. Napięła wszystkie mięśnie, przyjmując bojową postawę.
- Nie denerwuj mnie, Matylda, bo ledwo nad sobą panuję!
- Ledwo nad sobą panujesz?! Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz!? - odparła ironicznym tonem i poczuła, że właśnie przekroczyła granicę, poza którą może się wydarzyć dosłownie wszystko.
- Kobieto, nie drażżżżnij mnie!
- Ja mam cię nie drażnić?! Ty samolubny ćwoku, niech cię cholera! - Mówiąc to, Matylda wzięła się pod boki.
- No nie, tego już za dużo, zaraz oberwiesz!
- Tylko spróbuj mnie dotknąć!
W tym momencie Matylda poczuła na twarzy mocne uderzenie otwartą dłonią. Zatoczyła się lekko, lecz po chwili wyprostowała, wyniośle patrząc na męża. Nie przewidziała jednak, że alkohol pozbawił go zarówno poczucia realizmu, jak i wszelkich hamulców. Swoją postawą rozjuszyła mężczyznę, który rzucił się na nią, cały czerwony ze złości. Kolejne silne uderzenie spowodowało, że upadła z impetem na stolik pod oknem. Utrata przytomności zabrała ją do krainy zapomnienia. Świat skurczył się do rozmiarów małej kropki, a następnie wyparował, zastąpiony przez błogą ciszę i wszechogarniające światło. Zobaczyła dwa uciekające małe cienie. Nie bardzo wiedziała, gdzie jest i co to wszystko oznacza. Przepełniał ją tylko bezgraniczny, niewysłowiony smutek...
Obudziła się w szpitalu z potwornym poczuciem pustki. Otaczała ją nijaka przestrzeń, wzmagając wrażenie wyobcowania. Dziewczyna wpatrywała się w białe metalowe pręty łóżka. Gdzieś za oknem śpiewały ptaki, świeciło słońce, a ludzie cieszyli się z coraz cieplejszych dni. Wiedziała już wszystko. Słowa lekarza tłukły się w jej głowie niczym betonowa kula. Bliźniaki. Podwójna strata. Podwójny ból nie do zniesienia. Zamknęła się w sobie, przekreślając małżeństwo z Andrzejem. Czuła, jak jej dziewczęca wrażliwość umiera pod naporem tego, co się wydarzyło. Nie powiedziała matce, że to mąż ją pobił, bojąc się komentarzy i mądrych rad na przyszłość. W ten sposób sprawiła, że niczego nieświadoma pani Genowefa stała się rzecznikiem Andrzeja, który przez kolejne trzy lata podejmował próby odzyskania względów żony. Matylda jednak nie chciała mieć już z nim do czynienia, poza jednym koniecznym wyjątkiem.