Rozdział I
Minęło raptem pół godziny, odkąd wysiadła z pociągu na Dworcu Centralnym, a już wiedziała, że nie polubią się z Warszawą. Było tu zdecydowanie za głośno i za ciasno. Nawet w tak zimny dzień chodniki zapełniły się ludźmi, między którymi lawirowała niczym narciarz pokonujący slalom na stoku, podczas gdy kierowcy nieustannie trąbili, jakby od tego miały się udrożnić ulice. To nie tak, że w Toruniu nie ma korków, ale ludzie traktują się jakby nieco uprzejmiej.
Zastanawiało ją, czy zawsze tak tu było. Z poprzedniej wizyty w stolicy Sara pamiętała tylko McDonalda, o którym w Toruniu wówczas mogła jedynie pomarzyć, i cztery wypite cole. Przez większość dnia bolał ją brzuch, ale za to na pamiątkę przywiozła ze sobą puste puszki, których później zazdrościły jej inne dzieciaki. Wycieczka należała więc do udanych.
To jedno nie uległo zmianie, policjantka uśmiechnęła się do własnych myśli, otwierając puszkę coli. Wciąż uwielbiała słodzone napoje, zdarzało jej się też zjeść nieco za dużo i później cierpiała z tego powodu. Tyle dobrego, że fast foody omijała szerokim łukiem, jeśli można uznać, że nie są nimi namiętnie pochłaniane przez nią burgery z podwójnym serem.
Lekko zdyszana, spojrzała na imponujący budynek kurii metropolitalnej. Według aplikacji w telefonie trasę z dworca miała pokonać w trzydzieści minut, nie wzięła jednak pod uwagę oblodzonych chodników i zacinającego wiatru. Mniej więcej w połowie drogi zaczęła żałować, że nie wsiadła do autobusu lub tramwaju. Wprawdzie nie lubiła komunikacji miejskiej, no i chciała przewietrzyć się po podróży, ale przydługi spacer przy minus piętnastu stopniach okazał się średnim pomysłem. Głupio powitać biskupa ze skostniałymi dłońmi i czerwonym od mrozu nosem, z którego zaczynało jej kapać.
Dopadł ją stres. W pociągu zagłuszyła go audiobookiem Jo Nesb?, a w trakcie spaceru była zbyt skupiona na szukaniu ulic, by rozważać powody zaproszenia przez arcybiskupa, teraz jednak nie miała dokąd uciec myślami. Od jednego z ważniejszych ludzi w polskim Kościele dzieliły ją tylko mury wznoszącego się przed nią budynku. Czego mógł od niej chcieć? Dlaczego musiała stawić się osobiście? Przez telefon powiedziano jej tylko o konieczności zachowania tajemnicy oraz włożenia ciemnych spodni i zasłonięcia ramion. Nie było mowy o obuwiu, ale na wszelki wypadek zrezygnowała z wysokich kozaków na rzecz prostych półbutów, przez co teraz miała wrażenie, że jej stopy zmieniły się w dwie pozbawione czucia bryłki lodu.
Wzięła głęboki wdech i nacisnęła klamkę potężnych drzwi. Od progu uderzyła ją fala ciepłego powietrza. Poczuła się, jakby otworzyła nagrzany do dwustu stopni piekarnik, a gorąca para buchnęła jej prosto w twarz. Weszła do środka, zdjęła czapkę i szalik, po czym rozpięła guziki pomarańczowego płaszcza. Zdawała sobie sprawę, że do metropolity nie wypada przychodzić w tak jaskrawym stroju, ale nie miała pieniędzy na nowy płaszcz. Ten kupiła w poprzednim sezonie i była do niego bardzo przywiązana, choć z jego powodu koledzy z komendy nazywali ją Mandaryną. Ksywka niestety się przyjęła, przez co podczas każdego wieczornego wyjścia chłopcy męczyli ją, by zaśpiewała jeden z hitów byłej żony Michała Wiśniewskiego. Niestety, zazwyczaj po kilku piwach ulegała ich namowom.
Trzymając płaszcz w ręku, Sara rozejrzała się po przestronnym holu. Chętnie oddałaby go do szatni, lecz siedząca za wysokim drewnianym kontuarem recepcjonistka sprawiała wrażenie, jakby chciała ją wyprosić. Policjantka uśmiechnęła się i podeszła do starszej kobiety z przypiętą do ciemnogranatowej garsonki miedzianą broszką w kształcie ryby. Sama też miała słabość do tego rodzaju biżuterii, ale na spotkanie wolała ograniczyć się do skromnych kolczyków z perłami. Wciąż uśmiechnięta, przywitała się najmilej, jak potrafiła:
- Dzień dobry, Sara Bednarek, jestem umówiona z arcybiskupem Żywieckim.
Kobieta wyprostowała się jak struna. Jej mina wyrażała tyleż zdziwienie, co zdegustowanie.
- Doprawdy? - spytała chłodnym tonem. - Niby w jakim celu?
- Sama chciałabym wiedzieć - odparła starsza aspirantka. - Proszę mi wierzyć, jestem równie zaskoczona tym zaproszeniem, co pani. Może chodzi o anulowanie mandatu?
Kończąc zdanie, zdała sobie sprawę, że to nie był właściwy moment na żart, bo recepcjonistka i tak patrzyła na nią jak na śmiertelnego wroga, który swoimi stopami kala budynek kurii. Poprawiając przyklapnięte od czapki włosy, dodała:
- Miałam stawić się na jedenastą.
Kobieta zrobiła minę jak po ugryzieniu cytryny, a wokół ust utworzyły jej się zmarszczki.
- Pani z policji? - upewniła się podejrzliwie.
Sara skinęła głową.
- Komenda Miejska Policji w Toruniu.
- Proszę poczekać.
Recepcjonistka założyła zwisające na łańcuszku okulary, zmrużyła oczy i przybliżyła twarz do ekranu komputera. Nie sprawiała przy tym wrażenia zadowolonej z tego rodzaju usprawnienia w pracy. Sary wcale by nie zdziwiło, gdyby równolegle prowadziła zapiski w zeszycie. Sama nie była lepsza, ale przynajmniej miała wymówkę, że od pracy przed komputerem woli działanie w terenie.
Zniecierpliwiona przestąpiła z nogi na nogę. Powoli odzyskiwała czucie w palcach stóp i dłoni, niemniej mrowienie kończyn nie było niczym przyjemnym.
Kobieta przeniosła na nią wzrok i nieznoszącym sprzeciwu tonem powiedziała:
- Dowód osobisty.
Przewieszony przez rękę płaszcz nie ułatwiał poszukiwań, ale na szczęście starsza aspirantka dbała o porządek w torebce, dzięki czemu szybko wyjęła czerwony portfel, wyciągnęła z niego dokument i go pokazała.
- Zgadza się - skomentowała kobieta, po czym z niesmakiem obrzuciła wzrokiem policjantkę. - Lubi pani kolorowe fatałaszki, co?
Ten komentarz zbił Sarę z tropu. Do tej pory próbowała być miła dla zgorzkniałej kobiety, ale ta najwyraźniej nie miała najlepszego dnia.
- Fatałaszki? - powtórzyła. - Po prostu nie lubię szarości. Zimą świat jest taki smutny, grzechem byłoby nieskorzystanie z możliwości nadania mu radośniejszych barw.
- Grzechem?
- Skrót myślowy. Spokojnie, zaraz oddam płaszcz do szatni. Jak sama pani widzi, mam na sobie nudne spodnie i jeszcze nudniejszą koszulę. Możemy przybić sobie nudną piątkę. Proszę mi powiedzieć, gdzie mam się udać?
Kobieta patrzyła na nią bez słowa, w końcu po dłuższej chwili odparła sucho:
- Do szatni. Dalej pójdziemy razem.
***
- Baba? - warknął mecenas Żarski, jakby zapomniał, kto oprócz niego znajduje się w pomieszczeniu.
Nadinspektor Leon Bugajski rzucił mu gniewne spojrzenie. Delikatnie mówiąc, nigdy za nim nie przepadał. Od ich pierwszego spotkania minęło ponad dwadzieścia lat, a chudy jak szkapa prawnik wciąż potrafił go zniesmaczyć. Może i był kompetentny, ale ktoś taki nie powinien reprezentować Kościoła. Przebiegłość, wiedza i znajomości, dzięki którym był skuteczny, to jedno, nie zmieniało to jednak faktu, że stosowane przez niego metody nie miały nic wspólnego z etyką ani moralnością. Bardziej nadawał się do bronienia mafiosów niż niesłusznie oskarżonych księży.
- Owszem, kobieta - odparł spokojnie. - W doborze odpowiedniego człowieka nie kierowałem się płcią. Mam nadzieję, że to nie problem? - Spojrzał pytająco na milczącego do tej pory arcybiskupa.
Sam tak naprawdę nie był przekonany, czy angażowanie Bednarek jest dobrym pomysłem. Wszyscy naokoło trąbili o równouprawnieniu i parytetach, ale w rzeczywistości była to tylko teoria. W pewnych kręgach wciąż dominowali mężczyźni myślący średniowiecznymi kategoriami. Żarski był tego najlepszym przykładem.
- Można jej zaufać? - spytał metropolita.
- Nie ma odpowiedniego doświadczenia - wtrącił mecenas. - Tu trzeba wyczucia, a nie kierowania się emocjami. Powie taka o jedno słowo za dużo i sprowadzi nam na głowę kłopoty. Baby już tak mają.
Arcybiskup zignorował słowa adwokata. Wyczekująco wpatrywał się w Bugajskiego, więc ten szybko odparł:
- Ufam jej w stu procentach. Owszem, podzielałem wątpliwości mecenasa co do doświadczenia starszej aspirantki Sary Bednarek, ale jej wiedza przechyliła szalę. Poza tym spełnia główny warunek: jest głęboko wierząca i w pełni oddana Kościołowi. A w dzisiejszych czasach takie podejście jest rzadkością.
Kątem oka spojrzał na Żarskiego. Niezadowolenie na jego twarzy dało mu poczucie satysfakcji. Nie był z tego dumny, ale pstryczek w nos adwokata wprawił go w dobry nastrój. Obaj wiedzieli, że zaufanie jest kwestią drugorzędną, bo mecenas przygotował rozległy dokument jasno określający kompetencje policjantów, których można przydzielić do sprawy makabrycznego morderstwa. Sama klauzula poufności liczyła osiem stron drobnym druczkiem.
- Ona będzie musiała tam spać - odparł arcybiskup Żywiecki. - To nie zrodzi plotek?
- Nie sądzę. O okolicznych mieszkańców byłbym spokojny, jeśli już, to obawiałbym się reakcji pensjonariuszy.
Duchowny pokiwał głową w zadumie.
- Racja - odparł cicho. - Ksiądz Krzysztof nie miałby z tym problemu, ale jego następca ma nieco inny charakter i bardziej konserwatywne poglądy.
Bugajski potarł zmęczone oczy. Całą noc ślęczał nad teczkami funkcjonariuszy wstępnie wytypowanych do śledztwa w Kolnie. Instynkt zdecydowanie wskazywał na Bednarek, ale nadinspektor zbyt długo zajmował swój stołek, by łudzić się, że w tego typu sprawach najważniejsza jest wiedza merytoryczna. Długo rozważał kandydaturę zdecydowanie bardziej doświadczonego komisarza, który poza dłuższym stażem w policji mógł się pochwalić posiadaniem penisa. Niewiele brakowało, a ten atrybut zaważyłby na decyzji. Nieważne, że Bednarek biła konkurenta na głowę pod względem kompetencji. To nic, że miała wzorową kartotekę i jako jedyna na komendzie osiągnęła niemal stuprocentową skuteczność, a jej przełożony od dwóch lat domagał się dla niej awansu. Wszyscy na górze wiedzieli, że starsza aspirantka marnowała się w Toruniu i dawno już zasłużyła na szansę, ale głęboka wiara, z którą się nie kryła, do tej pory zamykała przed nią drzwi do kariery. Zdeklarowani katolicy nie mieli ostatnio najlepszego PR-u, o czym Bugajski niejednokrotnie przekonał się na własnej skórze, i właśnie dlatego o czwartej rano dokonał najsłuszniejszego wyboru, co było równoznaczne z włożeniem głowy pod topór. Do emerytury pozostały mu już tylko trzy lata - najwyższy czas, by zrezygnować z politycznych przepychanek, które dotąd go zajmowały, i wziąć się do prawdziwej pracy.
- Może zamiast gdybać, po prostu z nią porozmawiamy? - zaproponował. - Bednarek na razie nic nie wie o sprawie. Celowo jej w nią nie wprowadzałem, żeby nie zdążyła się przygotować. Potraktujmy to jako test.
***
Drogę do gabinetu metropolity Żywieckiego pokonały w milczeniu. Przewodniczka Sary pędziła do przodu jakby w obawie, że ktoś ze współpracowników zobaczy ją w towarzystwie ubranej po cywilnemu policjantki. Przyspieszony oddech i kilka głośniejszych chrząknięć zdradzały, że nie przywykła do tak szybkiego tempa. Sarze nawet zrobiło się żal starszej kobiety, zwłaszcza że wysoka temperatura w budynku nie ułatwiała wspinaczki po schodach.
- Niech pani poczeka - burknęła recepcjonistka, po czym stanęła przed wejściem do gabinetu i wygładziła dłońmi garsonkę.
Stała tak dłuższą chwilę, wpatrując się w drzwi, jakby w oczekiwaniu, że arcybiskup szóstym zmysłem wyczuje jej obecność i sam zaprosi ją do środka. Być może chciała uspokoić oddech, uznała Bednarek, gdy kobieta wreszcie chwyciła za klamkę i delikatnie uchyliła drzwi. Nie usłyszała sprzeciwu, więc nieśmiało weszła do środka, zostawiwszy niewielką szparę, przez którą aspirantka usłyszała jej słowa:
- Księże arcybiskupie, przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszła ta policjantka.
- W samą porę - odpowiedział miękki męski głos, jakby ktoś mówił z uśmiechem na twarzy.
- Czyli mam ją wpuścić?
- Oczywiście, pani Renato. Dziękuję za pomoc.
Po chwili drzwi uchyliły się szerzej, a w progu stanęła rozpromieniona recepcjonistka. Widok uśmiechniętej od ucha do ucha kobiety wprawił Sarę w osłupienie. Opadające kąciki ust i wąskie oczy, sugerujące wcześniej, że jest niezdolna do uśmiechu, zniknęły. Szybki marsz spowodował, że broszka przesunęła się nieco w górę. Sprawiało to wrażenie, jakby ryba chciała na własne oczy zobaczyć przemianę na twarzy swojej właścicielki.
- Proszę wejść - powiedziała serdecznie.
Policjantce cisnęło się na usta pytanie, skąd ta zmiana tonu, ale tylko uprzejmie podziękowała i skorzystała z zaproszenia.
Błyskawicznie zapomniała o pozostawionej na korytarzu kobiecie. Jej uwagę całkowicie zaprzątnął bowiem widok bogato wyposażonego pomieszczenia. Na wprost drzwi wisiał ogromny portret w złotej ramie, przedstawiający arcybiskupa z poczciwą miną witającego gości, a także krzyż wysadzany szlachetnymi kamieniami. Znajdowały się tam też przeszklona gablota ze złotymi i srebrnymi kielichami, pokaźnych rozmiarów biurko rzeźbione w motywy florystyczne i co najmniej dziesięć wazonów ze świeżymi kwiatami - już tylko na podstawie tego wystroju można by wyciągnąć wnioski o ludzkich słabościach metropolity.
Nie to jednak zdumiało aspirantkę. Nie mogła oderwać wzroku od umieszczonego w osobnej gablocie przedmiotu. Nie miała pojęcia, jak długo tak stała, walcząc z pokusą, by podejść bliżej i przyjrzeć się uważniej. Dopiero czyjeś chrząknięcie wyrwało ją z zamyślenia.
- Jezu, przepraszam - rzuciła bez namysłu, po czym przeskoczyła wzrokiem po siedzących mężczyznach. - Po prostu nie wierzę własnym oczom.
Po jednej stronie biurka zasiadał arcybiskup ubrany w charakterystyczne czarno-fioletowe barwy. Sara kojarzyła ciepłą, zazwyczaj uśmiechniętą twarz z kilku wystąpień w telewizji. Nie znała jego przeszłości, ale wydawał się inteligentnym i pogodnym człowiekiem. Tego samego nie można było powiedzieć o siedzących naprzeciwko duchownego mężczyznach. Obaj nabzdyczeni, jakby razem z recepcjonistką byli świeżo po kursie strojenia srogich min, wpatrywali się w nią z rozdziawionymi ustami.
- To autentyk? - spytała.
- Oczywiście - odparł duchowny.
- Niesamowite. Jak w ogóle do tego doszło?
- Trafiła tu miesiąc po pożarze katedry Notre Dame. To tylko krótki przystanek na jej bardzo długiej drodze. Nie dziwię się pani fascynacji, niemniej zaproszono tu panią z innego powodu.
Zdawała sobie sprawę, że właśnie łamie zasady dobrego wychowania, ale zamiast przedstawić się i przeprosić za swoje zachowanie, odwróciła się i ponownie spojrzała na umieszczony w gablocie przedmiot, który przyciągał ją do siebie, hipnotyzował wręcz. Kto jak kto, ale arcybiskup powinien to zrozumieć.
- Korona cierniowa - powiedziała, stojąc przed jedną z ważniejszych zachowanych relikwii. - Podobno odnalazła ją matka Konstantyna Wielkiego. To niesamowite, że Francuzi pozwolili na jej transport. Jeśli pamięć mnie nie myli, znajdowała się w skarbcu katedry nieprzerwanie od tysiąc osiemset szóstego roku.
- Aż tak dokładną wiedzą nie dysponuję, niemniej...
- Do tej pory miałam okazję podziwiać jedynie pojedyncze ciernie z korony - przerwała arcybiskupowi. - Wiecie, panowie, że w Polsce, a dokładniej w sanktuarium Świętego Antoniego Padewskiego w niewielkiej wsi Boćki, znajduje się jeden cierń? Podobno Józef Franciszek Sapieha podczas wizyty w Paryżu przekonał strażnika, by pozwolił mu pocałować relikwię. Legenda głosi, że odgryzł kawałek korony wraz z cierniem, który następnie przemycił do Polski.
Trochę wbrew sobie odwróciła się do rozmówców. O ile wyraz twarzy arcybiskupa pozostał taki, jak chwilę wcześniej, o tyle postawa jednego z towarzyszących mu mężczyzn uległa zmianie. W jego oczach widziała teraz uznanie i zaciekawienie. Siedzący obok chudzielec, wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej się zacietrzewił, jakby próbował w ten sposób wyrazić oburzenie i za siebie, i za kolegę.
- Jego Ekscelencja sam widzi, co tu się wyprawia - wypalił. - Ktoś taki nie nadaje się do zadania, o którym rozmawialiśmy. Tu już nawet nie chodzi o płeć, choć nadal uważam, że policja popełnia błąd, podążając ślepo za trendami i obsadzając kobietami wysokie stanowiska. Nadinspektor gwarantował głęboką wiarę protegowanej, a ta na dzień dobry popełniła grzech, wzywając imię Pana Boga nadaremno.
- To prawda - odparł arcybiskup. - Odrobinę się pani zapędziła. Spodziewałem się też kogoś starszego. - Spojrzał na milczącego do tej pory trzeciego z mężczyzn.
Sara miała dziwne wrażenie, że powinna go skądś znać. Elegancki, dobrze dopasowany garnitur z drogiej wełny nie pasował jej do policjantów, ci zazwyczaj chodzą w marynarkach bądź luźnych sztruksowych ciuchach. Ale ta twarz, a zwłaszcza oczy... Bednarek znała to puste spojrzenie. Widziała je wielokrotnie u starszych kolegów, którzy zbyt dużo przeżyli, by szczerze się uśmiechać. Czuła też, że swoim zachowaniem może sprowadzić mu na głowę kłopoty.
- Przepraszam - rzuciła, bardziej z przekonania, że tak wypada, niż z wewnętrznej potrzeby. - Zachowałam się niestosownie.
Arcybiskup zaśmiał się, po czym z szerokim uśmiechem odparł:
- Wcale pani nie przeprasza. Mam uwierzyć, że gdyby miała pani możliwość, by wejść tu jeszcze raz i zacząć od nowa, wyglądałoby to inaczej?
- Słuszna uwaga. W takim razie odwrócę pytanie: czy gdyby Jego Ekscelencja wiedział, jak się zachowam, zaprosiłby mnie tu jeszcze raz?
- Bezczelność - parsknął chudzielec. - Zakończmy tę farsę. Nadinspektor Bugajski przeszacował kompetencje protegowanej. Żadna wiedza nie rekompensuje braku ogłady.
Bugajski, powtórzyła w myślach. Kojarzyła to nazwisko. Oszołomienie spowodowane widokiem jednej z najważniejszych relikwii Kościoła powoli ustępowało miejsca innym emocjom. Konus wprawdzie mógł użyć innego określenia, ale nie mogła odmówić mu racji. Nie codziennie przy jednym stole zasiadał arcybiskup metropolita warszawski oraz nadinspektor policji. Całowanie pierścienia duchownego byłoby przesadą, ale wypadałoby chociaż się przywitać, a nie jak nawiedzona ślinić się do eksponatu. Z drugiej strony to nie był pierwszy lepszy święty przedmiot, tylko najprawdziwsza korona cierniowa! Jak można było przejść obok niej obojętnie?
- Sam zachowałem się podobnie - odparł arcybiskup Żywiecki, chichocząc jak dziecko. - Jesteśmy tylko ludźmi, mamy swoje słabości. Pan, panie Żarski, tego nie zrozumie.
Mężczyzna w jasnym garniturze spuścił głowę.
- Oczywiście - odparł co najmniej o dwa tony ciszej.
- Tak po prawdzie, to nie widzę powodu, by dłużej pana zatrzymywać. Nie wątpię, że wszystko pan uwzględnił w dokumentach. Proszę zostawić je na biurku. Kiedy skończymy, pani Bednarek złoży podpisy.
- Ale ja...
- Dziękuję za profesjonalne wsparcie i rzetelną opinię. Bez pana pogrążylibyśmy się w chaosie. Będziemy w kontakcie.
Bugajski zasłonił usta dłonią. Aby w pełni ukryć poczucie satysfakcji, musiałby zasłonić sobie również oczy, bo te, gdyby tylko mogły, wyskoczyłyby z oczodołów i odtańczyły triumfalny taniec. Najwidoczniej nie tylko Sara nie przepadała za niezdrowo chudym mężczyzną.
***
Z trudem powstrzymał się przed trzaśnięciem drzwiami. Co za bezczelność. Jak Żywiecki mógł go tak potraktować? I to przy świadkach! Bugajskiego jeszcze rozumiał, pewnie durna dupa regularnie rozkłada przed nim nogi, ale dlaczego stary pierdziel tak się nią zauroczył? Wspomniał młode lata? Miał nadzieję, że skoro nie może już ruchać, to przynajmniej sobie popatrzy?
Żarski przeciął korytarz szybkim krokiem. Czuł się poniżony i potraktowany jak śmieć. Nie mieściło mu się w głowie, jak po tylu latach współpracy Żywiecki mógł zrobić coś podobnego. Cholerny ramol. Szybko zapomniał, jak adwokat ratował przed odsiadką i linczem jego zboczonych księżulków. Banda pieprzonych degeneratów. Wszyscy powinni gnić w pierdlu, a nie śmiać się w twarz wymiarowi sprawiedliwości z cieplutkiego klasztoru w Kolnie. Nie ma co, będą mieli z Bednarek używanie. Otoczą ją i zrobią sobie bukkake. Pewnie suka przywykła do tego na swojej komendzie.
- Płaszcz! - warknął do ślęczącej nad gazetą szatniarki. - Nie mam całego dnia.
Stara raszpla leniwie ruszyła tłuste dupsko. Nie raczyła nawet przeprosić za opieszałość. Żarski wyrwał jej z dłoni płaszcz i niedbale zarzucił na plecy. Zawsze irytowało go gorąco panujące w budynku kurii, ale teraz miał wrażenie, że ktoś jeszcze bardziej podkręcił termostat.
Pchnął potężne drzwi i wyszedł na zewnątrz. Z ulgą zaczerpnął świeżego powietrza. Kilkunastostopniowy mróz nie ostudził jednak jego emocji. Mecenas znał siebie aż za dobrze i wiedział, że tylko starannie wymierzona zemsta pomoże mu odzyskać spokój.
Z wewnętrznej kieszeni wyjął telefon i wybrał numer swojego najlepszego człowieka.
- Tak, szefie? - usłyszał już po drugim sygnale.
- Sara Bednarek. Wyryj sobie to nazwisko w pamięci. Chcę wiedzieć o niej wszystko. Kto ją dupczy, komu obciąga, a komu tylko dobrze robi ręką. Interesuje mnie każdy szczegół, każdy zajebany na szkolnej przerwie baton ze sklepiku. Rozumiemy się?
*
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI