Czort - Karol Górski

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (37,58 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

8 lutego 2022, Lidka

- Co tam, stara, szcze­kasz? Nie dosły­sza­łam, bo wieje. Aha, że cia­steczko. No się wie, że cia­steczko. Buźka wyj­ściowa, klata kosior. Innych nie biorę. W ogóle, jak ty śmiesz­nie, mordko, mówisz... Jak to że co? No że cia­steczko. Kto tak gada? Ale dobra, obczaj, co on wła­śnie odwa­lił. Od rana mówię do chłopa, że jest mood na balet. No i ten do mnie oczy­wi­ście, że git, git, mor­dziata, coś się wykmini. Przed dwu­na­stą wyszedł robić ruchy. Mnie naszło na Smolną albo, nie wiem, Luz­z­tra jakieś, te kli­maty. Odpa­li­łam sobie butlę pro­se­czio dla zabi­cia czasu, ale z tyłu bańki śmieszne sło­dy­cze, wiesz, o co cho­dzi. Ochota na lot, nor­mal­nie, jak­bym drugi tydzień cią­gnęła wira. A tu cały dzień bąbelki i pacyna. Taka chan­dra, że łyk­nę­łam "Sex Edu­ca­tion" trójkę na raz. Zaje­bi­ste, mówię ci, obej­rzyj koniecz­nie. Na czym to ja...? A, dobra. No więc stary wraca jakoś po osiem­na­stej. Od razu piłuję do niego ryja, żeby zała­twił nam wbitkę pre­mium, loża jakaś, coś w tym stylu. Prze­cież zna pół mia­sta podobno. On na to, że innym razem, bo na dzi­siaj mamy już plany. Sto­lik na dzie­wiątą w Kapa­do­cji, to plac Kon­sty­tu­cji, koja­rzysz, kicia, prawda? Ja do niego: no koja­rzę, co mam nie koja­rzyć, melina par­szywa, syf naj­gor­szy. A tam melina, odpo­wiada on, bar jak bar, zresztą chuj w lokal. Poznasz moich kum­pli, wpły­wo­wych ludzi. Będą inne dziew­czyny, polu­bi­cie się, misia, bez kitu. No to ja pytam, czy nie ma szans na zmianę planu. Uparty był. Obie­cał, że jutro po mojemu. Dobra, co zro­bić. Przed dzie­wiątą wcho­dzimy do tej Kapa­do­cji. Tamci już przy sto­liku. Pię­ciu chłopa, wszy­scy wiel­kie schaby. Mój to przy nich patyk, a prze­cież coś tam tyra. Starsi, tacy bli­żej czter­dziestki. Z nimi dwie laski, raczej w moim wieku. Od razu kumam, że zamia­stowe. Wali od nich słomą przy poda­niu łapy, hahaha, no bez kitu, Jaj­ko­wice Dolne welcome to. Na stole butelki i dwie szi­sze. Co? Jakie butelki? No wódzia, wia­domka. Weź nie prze­ry­waj. Sia­dam mię­dzy sta­rym a jedną z wiej­skich sare­nek. Ada chyba miała, mniej­sza z tym. Zama­wiam sobie drina. Sie­dzę i obcza­jam. Jeden schab się wyróż­nia. Egzo­tyczny, przy­ciem­niana skórka, włosy za ramiona, broda gęsta jak jakaś, kurwa, Ama­zo­nia, cały w dziar­kach. Latino albo ara­bo­waty. Plus size. Gadał coś, że w muzie działa i zna każ­dego. Że bez jego zgody nikt w tym kraju kariery nie zrobi. Gene­ral­nie roz­mowa się kręci wokół inte­re­sów. Mój dziwny, nie­mrawy taki. Zero gadki, przy­ta­kuje tylko i się głu­pio szcze­rzy. Nawet go o to pod­py­ta­łam. Zbył mnie, że niby wydaje mi się. Ten ciem­niej­szy przy­ciął, że szep­czemy. Zamie­nił się miej­scami z tą Adą, usiadł przy mnie. Zaje­chało turec­kim tar­giem, sza­fra­nem jakimś czy innym imbi­rem. Nawet nie zauwa­ży­łam, jak posy­pał mi kre­skę. Słu­cha­łam aku­rat jego koleżki. Coś o nie­ru­cho­mo­ściach pie­przył. Nagle ten ciemny łapie mnie za brodę. Cza­isz? Co tam? Ej, bez beki, klej dziurę. Słu­chaj. Chłop mnie z par­ty­zanta bie­rze za mordę. Ja od razu go po łapach. Ten się śmieje i obli­zuje, tak oble­śnie, że ja pier­dolę. Odwra­cam się do sta­rego. Liczę, że coś powie cho­ciaż, jakieś ej, gościu, bez takich, to moja laska, no. Ale on wzrok już wle­piony w stół. Żło­pie drina. Sztur­cham go kola­nem. Odpy­cha je, czuję, jak się trzę­sie. Ciemny znowu chwyta moją szczenę. Pospi­nało mnie tak dziw­nie jakoś, nie reago­wa­łam. Facet poka­zuje na talerz. Tam pasior. Białe bym siorb­nęła na luzie. Tylko że ta jego kre­cha cała fio­le­towa. Typ widzi, że się waham. Tusi, tłu­ma­czy, dwa ce be, młoda, taki faj­niej­szy kok­sik. Tunin­go­wane jesz­cze ketą i emą, tema­cik pro­sto z Medellín. Całe Miami już tym zawa­lone, w Mar­belli też prze­rzu­cają się na fio­let. No, kotek, zapo­daj se na klimpę. Słowo w słowo powta­rzam, stara, zapo­daj se na klimpę, z takim tek­stem wysko­czył. Otrzeź­wiło mnie to. Sam sobie, mordo, zapo­daj, mówię. To ciemny mnie łapie za nad­gar­stek. Od razu się wyry­wam, wywa­lam talerz z tym syfem na śro­dek stołu. Szybko wstaję, odska­kuję do tyłu. Ciemny znowu w śmiech. Stary zerka po koleż­kach. Serio, gościu, pytam go, oblech z łapami do two­jej laski, a ty mu nawet nie powiesz, że bastuj, ziom? I wiesz, co on na to? Słu­chaj, kurwa, bo to naj­lep­sze. Uspo­kój się, Liduś, mówi, usiądź, na spo­koj­nie poga­damy. No prze­sada. Mela na pysk, druga dla loso­wego schaba, i się stam­tąd ukrę­cam. Na początku tro­chę w płacz, pew­nie sły­chać, ale szybko się ogar­nę­łam. Lezę teraz wzdłuż trasy, w stronę Legii. Wkur­wiona opór. Cycki przed okre­sem bolą, pęcherz ciśnie, bo się tam nawet nie zdą­ży­łam odlać. O, jakaś brama. Idę sikać. Co? Nie, nie roz­łą­czaj się. Pocze­kasz sekundę, to ci jesz­cze tro­chę pona­wi­jam. Bo to się nie zaczęło dziś, te jego pazio­wate jazdy. Cze­kaj, wbi­jam w bramę. Ej...

- No?

- Co ty odpier­dalsz? Ej, serio...

- Jak to? Lidka, nie czaję.

- Ty, bez takich. Weź to...

- Lidka, halo? Co to za hałas? Jesteś?

- ...

- Lidka? Jesteś? Halo?

Naj­pierw Lidka myśli, że to żul. Nawet nie dyga, bo zawod­nik ewi­dent­nie waga kogu­cia. Ale natręt to natręt. Wysko­czy do niej zaraz z łapami, będzie trzeba ucie­kać albo drzeć japę. Kie­dyś nosiła w torebce gaz, ale ostat­nio rzadko buja się po mie­ście solo. No nic, jak coś, to z czuba w jajo i sprin­tem na ulicę.

Postać w bra­mie wycho­dzi z cie­nia. Nie wygląda na klo­szarda. Na twa­rzy ma komi­niarkę, łeb zakryty kap­tu­rem. Fatal­nie. Lidka coś tam do nie­zna­jo­mego krzy­czy, ten nie reaguje. Wyciąga rękę z kie­szeni. Staje w wąskim pasku świa­tła latarni. Widać, że zaci­ska palce na kamie­niu. Lidka jesz­cze raz z nawijką, wpada w pojed­naw­czy ton. Odpo­wie­dzi znowu brak. Potem akcja przy­spie­sza. Nie­zna­jomy ude­rza ją w głowę - raz, drugi, trzeci. Kamień roz­bija czaszkę. Lidka już cała we krwi, jesz­cze kon­tak­tuje. Jęczy pod nosem, ale sama te swoje jęki led­wie sły­szy. Ple­cami dotyka ściany, powoli osuwa się na glebę, odpływa. Mię­dzy mrocz­kami dostrzega ostrze. Napast­nik łapie ją za szyję, całym cia­łem przy­gniata do muru.

Cię­żar jest zaska­ku­jąco nie­wielki, więc Lidka podej­muje walkę. Odpy­cha nie­zna­jo­mego, mimo wszystko za lekko. Ten zaczyna cia­chać ostrzem, tro­chę na oślep. Pierw­sze cię­cie led­wie muska poli­czek. Przy dru­gim nóż wcho­dzi głę­biej, rana powstaje tuż pod okiem. Przed trze­cim cio­sem Lidce udaje się uchy­lić, nie­stety tak nie­far­tow­nie, że kosa ląduje w jej szyi. Krwawy squ­irt, farba try­ska jak ropa na pustyni. Ostrze grzęź­nie w gar­dle. Napast­nik siłuje się ze swoim sprzę­tem. Trwa to kil­ka­na­ście sekund. Każdy ruch roz­sze­rza ranę. Wszę­dzie krew, pełno krwi. Tego Lidka już nie widzi, choć oczy wciąż ma otwarte.

Nóż w końcu wyśli­zguje się spo­mię­dzy tka­nek. Nie­zna­jomy wrzuca go do kie­szeni. Na chwilę zastyga nad bez­wład­nym cia­łem. Kilka razy prze­jeż­dża ostrzem po twa­rzy nie­ru­cho­mej dziew­czyny. Potem wstaje, rusza w stronę podwórka. Nie zdej­muje kap­tura. Roz­gląda się po oknach. W kilku świa­tła są poza­pa­lane, ale nie widać żad­nych ludz­kich kształ­tów. Zama­sko­wana postać znika w bra­mie po dru­giej stro­nie dzie­dzińca.

Obok ciała Lidki leży jej tele­fon, ekra­nem do dołu. Latar­nia oświe­tla różowy case, na nim błysz­czą bro­ka­towe ini­cjały: LW. Pra­wie jak LV. Ale to nie to. Lidia Warecka. Tele­fon na­dal działa. Połą­cze­nie trwa.

- Haaalooo? Liduś, mordko? Sik­nę­łaś już? Co to za hałasy? Haaalooo?

2018-2021, Sandra

To już nie te czasy, że wpada klientka z pro­win­cji do sto­licy i na widok Pałacu Kul­tury szczena zjeż­dża jej na pod­łogę. Są dziew­czyny, co w momen­cie prze­pro­wadzki znają War­szawę lepiej niż rodo­wite. No, przy­naj­mniej tę War­szawę, którą naprawdę warto znać. Latają prze­cież na gościnne występy od mało­lata. Mia­sto już tak nie przy­tła­cza. Ale kiedy San­dra po raz pierw­szy spoj­rzała z góry na mgłę spo­wi­ja­jącą Śród­mie­ście, utwier­dziła się w prze­ko­na­niu, że ame­ri­can dream śmiało można reali­zo­wać po naszej stro­nie oce­anu. To był jej debiu­tancki pora­nek na Zło­tej. Pierw­szy w roli rezy­dentki. Apar­ta­ment nie nale­żał oczy­wi­ście do niej. W mode­lingu kasa potrafi być kon­kretna, ale bez prze­sady. Parę mie­sięcy w branży nie zrobi z cie­bie Heidi Klum. Zresztą nawet gdyby San­drę było stać tam na wyna­jem, i tak by podzię­ko­wała. Ona nie z głu­pich lafi­rynd, co trzy czwarte wypłaty prze­pusz­czają na fleks. Są lep­sze spo­soby na wkle­je­nie się pod czter­dziestkę czwórkę niż bule­nie trzy­dzie­stu koła mie­sięcz­nie za sto parę­dzie­siąt metrów.

W przy­padku San­dry tym spo­so­bem był Pablo. Tak wtedy o tym myślała - że to on był spo­so­bem, jakąś tram­po­liną. Oj, z tym to prze­strze­liła fest, przy­znaje się teraz do tego bez bicia. Pablo zapew­niał, że cha­wir jest jego. Za gotówkę bra­łem, kicia, nie wkrę­cam. San­dra do dziś nie wie, czy wkrę­cał. Lubił wkrę­cać, to na pewno. No i dobry w tym był, trzeba mu oddać. Mogła poła­pać się szyb­ciej. Roz­cza­ro­wała samą sie­bie. Myślała, że jest bystrzej­sza. Oka­zała się naiwną mało­latą. A tak z nich lała in her rising star era. Ale po kolei.

Do War­szawy San­dra przy­je­chała z Łomży. W swo­ich stro­nach ucho­dziła za mode­leczkę. Sprzy­jała temu nie­wielka kon­ku­ren­cja. Od dzie­ciaka zawsze była tą naj­ład­niej­szą z towa­rzy­stwa. Laski patrzyły na nią spode łba. Do chłop­ców jej nie cią­gnęło. Może i by do niej star­to­wali, ale na cho­lerę uga­niać się mie­sią­cami za sfo­cho­waną wan­nabe Emratki, jak wokół pełno faj­nych dżag, co ci zro­bią dobrze ręką po dwu­setce piw­nicz­nego bim­berku. Nie­liczne kum­pele nama­wiały San­drę, żeby zgło­siła się na jakiś casting. Ona odma­wiała. Uwa­żała, że jest za niska. Fak­tycz­nie, trudno robić karierę na wybiegu, jak nie prze­kra­czasz metra sie­dem­dzie­się­ciu. Na początku liceum pogo­dziła się z tym, że tak jej już zosta­nie. Zasko­czyło tuż po szes­na­stych uro­dzi­nach. W nie­cały rok uro­sła sie­dem cen­ty­me­trów. Bolało jak skur­wy­syn. Leka­rze prze­cie­rali oczy ze zdu­mie­nia. Wyja­śniali, że u chło­pa­ków takie skoki zda­rzają się nawet po osiem­na­stce, ale prze­cież mówimy o dziew­czy­nie, a zatem mamy praw­dziwy ewe­ne­ment. San­dra uznała to za znak. Od Boga, od losu, od wła­snego ciała - kwe­stia dru­go­rzędna. Liczył się efekt.

Zaczęła cho­dzić na sesje i castingi. Kilka tygo­dni przed osiem­nastką wygrała kon­kurs Miss Nasto­la­tek Ziemi Łom­żyń­skiej. Wsty­dziła się tego tytułu. Kon­ku­rentki wyglą­dały na ode­rwane od pługa. Teraz się to tro­chę pozmie­niało, ostat­nio spraw­dzała. Lau­re­atki mają po kil­ka­dzie­siąt tysięcy obser­wu­ją­cych na Insta, na Tik­Toku cztery razy tyle wyświe­tleń. Cał­kiem wyj­ściowe lale. Skró­cił się ten dystans mię­dzy Pod­la­siem a War­szawą, nie ma co. A minęło prze­cież led­wie parę lat. San­drę, kiedy koro­no­wano ją na kró­lową pro­win­cji, na Insta­gra­mie śle­dziły nie­całe trzy tysiące. Ciu­chy kupo­wała w Vene­dzie, od święta w Juro­wiec­kiej, jak sta­rzy mieli jakiś inte­res w Bia­łym. W Łomży i tak zali­czała się do ści­słej czo­łówki.

Ale już na regio­nal­nym castingu do "The Model", naj­więk­szego w Pol­sce mode­lin­go­wego reality show, bia­ło­stoc­kie gwiaz­deczki patrzyły na nią z góry. Była tam naj­młod­sza, nie miała jesz­cze skoń­czo­nych dzie­więt­na­stu lat. Na roz­sta­wiony przed Pała­cem Bra­nic­kich wybieg wraz z nią weszły drgawki i dusz­no­ści. Była pewna, że juro­rzy skre­ślili ją już na star­cie. Chciała znik­nąć, tak ją stre­sik prze­trze­pał. Dopiero póź­niej, na zdję­ciach i nagra­niach, zoba­czyła, że z boku wcale nie wyglą­dało to tak źle. Roz­krę­cała się z każ­dym kro­kiem. Przy trze­cim przej­ściu trema wypa­ro­wała.

Po ogło­sze­niu wyni­ków San­dra miała wra­że­nie, że rywalki wydra­pią jej gały. Nie kusiła losu, nie poże­gnała się z żadną. Zawi­nęła z szatni torbę, wybie­gła tyl­nym wyj­ściem. Do PKS-u wle­ciała w szpi­lach. Był pra­wie pusty. Gru­bawy nerd śli­nił się do niej przez całą drogę. Raz mu nawet uśmiech ode­słała. Myślała o tym, co usły­szała od juro­rów. Że jest nie­oszli­fo­wa­nym dia­men­ci­kiem, że jak Pol­ska długa i sze­roka, takiego talentu jesz­cze nie widzieli, że oni już zadbają o to, aby nie prze­pa­dła. Całą czwórkę znała z tele­wi­zji. Dwie byłe modelki, dwaj czo­łowi pro­jek­tanci. Zasta­na­wiała się, czy mówią tak każ­dej, która jako tako wyróż­nia się na tle zahu­ka­nych pind. Kogoś prze­cież wybrać muszą.

Następ­nego dnia o swoim suk­ce­sie poin­for­mo­wała rodzi­ców. Wcze­śniej nie mówiła im nawet, że bie­rze udział w castingu. Nie liczyła na zwy­cię­stwo. Co by to zmie­niło? Wyśmia­liby ją i tyle. Miała rację. Na wieść o wej­ściu córki do finału ogól­no­pol­skiego kon­kursu pięk­no­ści ojciec San­dry nie pod­niósł nawet wzroku znad gazety. Par­sk­nął tylko śmie­chem i prze­wró­cił stronę. Zachlany dureń. Coun­try Billy z Pod­la­sia. San­dra ni­gdy za nim nie prze­pa­dała. Matka pod­ła­pała temat kon­kursu. Prze­że­gnała się, zaczęła drzeć na córę ryja. Że w sto­licy "sodo­mia i gomo­ria", że, ola­boga, jaki to wstyd przed sąsia­dami, dziecko jej wła­sne świe­cące dupą na oczach całej Pol­ski. Posta­wiła San­drze ulti­ma­tum: jeśli poje­dziesz na ten finał, nie poka­zuj się wię­cej w rodzin­nych stro­nach. Say no more, mum.

San­dra prze­bim­bała u sta­rych jesz­cze kilka tygo­dni. Wła­ści­wie nie roz­ma­wiali. Raz do domu wpadł jej brat. Zbli­żał się już wtedy do trzy­dziestki, od dawna był na swoim. Miesz­kał w Suwał­kach. Żona, dwójka dzieci, trze­cie w dro­dze. Pro­wa­dził firmę trans­por­tową, roz­sy­łał busia­rzy po całej Euro­pie. Jak na gościa mówią­cego "dla jego" not bad. San­dra opo­wie­działa bratu o kon­kur­sie i reak­cji rodzi­ców. Zgry­wał wspie­ra­ją­cego, ale koniec koń­ców nama­wiał ją, żeby została. Za kilka dni miała pisać maturę. Zapew­nił, że jeśli pój­dzie na stu­dia w Bia­łym, już w waka­cje znaj­dzie jej posadę w swo­jej fir­mie. Admi­ni­stra­cja, księ­go­wość, logi­styka, coś się zawsze wymy­śli. "Będziesz miała pracę biu­rową" - powie­dział to takim tonem, jakby uchy­lał przed nią bramy raju. Temp­ting as fuck, stary, ale dzięki.

Matury ustne pousta­wiała sobie tak, żeby obsko­czyć wszystko przed star­tem pro­gramu. Ostatni egza­min zali­czyła dzień przed wyjaz­dem. Nie spo­dzie­wała się żad­nych prób zatrzy­ma­nia córeczki w domu, ale na wszelki wypa­dek na noc poszła do kum­peli. Wcze­śniej poin­for­mo­wała mamę o wyjeź­dzie. Ta nie ode­zwała się ani jed­nym sło­wem. Nie zare­ago­wała na "Cześć", nie pro­siła o żaden sygnał z War­szawy. Jej strata. San­dra była już w miarę samo­dzielna. Przez cały poprzedni rok pra­co­wała wie­czo­rami jako kel­nerka. Miała na kon­cie kilka insta­gra­mo­wych współ­prac. Cztery tysiące fol­lo­wer­sów, zawsze coś. Rekla­mo­wała głów­nie kosme­tyki. Raz wysłali jej do pod­pro­mo­wa­nia jakieś ciu­chy na siłow­nię. Kilka stó­wek za post, lep­sze to niż nic. Kupiła jesz­cze ethe­reum, było aku­rat w dołku. Zna­la­zła kanał począt­ku­ją­cego youtu­bera od krypto. Radził, żeby zdy­wer­sy­fi­ko­wać port­fel inwe­sty­cyjny. Musiała googlo­wać, co to zna­czy. Potem prze­rzu­ciła tro­chę eth na bit­co­ina i mniej­sze pro­jekty. Wszystko rosło ele­gancko. Wypła­ciła na górce. Łącz­nie odło­żyła pra­wie czter­dzie­ści kafli.

Z pro­gramu przy­słali po nią furę. Po cichu liczyła na powiew Medio­lanu już na łom­żyń­skim dworcu. Myślami odle­ciała: merol, przy­ciem­niane szyby, szo­fer w peł­nym smo­kingu, asy­stentka, która rów­nie dobrze sama mogłaby star­to­wać w kon­kur­sie. Błę­kitna skoda zapar­ko­wana przy torach przy­po­mniała jej, że do speł­nia­nia marzeń na­dal długa droga. Obok fury stał chu­dziutki oku­lar­nik, nie­wiele od San­dry star­szy. Przed­sta­wił się jako Łukasz. Wyglą­dał na typa z poli­budy. Był miły, choć mało wyga­dany. San­dra usnęła, zanim wyje­chali z Łomży. Obu­dziła się, gdy mijali Ikeę na Tar­gówku. Trudno w to uwie­rzyć, ale wjeż­dżała do War­szawy dopiero po raz czwarty. Kiedy miała sześć lat, przy­je­chała do sto­licy na week­end z rodziną. Potem były jesz­cze dwie wycieczki szkolne. Zawsze tylko Pałac Kul­tury, sta­rówka i Łazienki. Ewe­ne­ment, pod­la­ska ska­mie­lina. Miała zna­jome, co kilka razy w mie­siącu śmi­gały do Wawki na balety.

Łukasz zawiózł San­drę pro­sto do Pod­kowy Leśnej. Tam znaj­do­wał się dom, w któ­rym uczest­niczki finału miały spę­dzić kolejny mie­siąc. Powiało LA albo innym Miami. San­dra nie miała świa­do­mo­ści, że w Pol­sce budują cha­łupy z tej ligi. Juro­rzy cze­kali na nią przy base­nie. San­dra witała się z nimi wil­gotną dło­nią. Cała czwórka ocie­kała lukrem. Ostrze­gali, że przed kame­rami nie zawsze będą tacy milusi.

Uczest­niczki zakwa­te­ro­wano w podwój­nych poko­jach. San­dra zamiesz­kała z Magdą, zwy­cięż­czy­nią castingu w Zachod­nio­po­mor­skiem. Magda była od niej rok star­sza. Pocho­dziła z Polic, a więc jesz­cze więk­szej dziury niż Łomża. Tylko że miała dzia­nych sta­rych. Dużo podró­żo­wała, od roku stu­dio­wała w Pozna­niu. Nie trak­to­wała San­dry jak zahu­ka­nej wie­śniaczki. Miło, że cho­ciaż ona jedna. Pozo­stałe uczest­niczki na każ­dym kroku czę­sto­wały ją zdzi­ro­wa­tymi spoj­rze­niami. Prym wio­dła w tym Jula, dwu­dzie­sto­dwu­latka z War­szawy, samo­zwań­cza fawo­rytka do koń­co­wego triumfu i wyjąt­kowa bad bitch. Przy­je­chała do Pod­kowy z pro­stym pla­nem: wywę­szyć ofiarę i nisz­czyć jej życie. Padło na San­drę, ryko­sze­tem obry­wało się Mag­dzie. Wspólna rola sza­rych myszek szybko sce­men­to­wała ich kum­pel­stwo.

Zasady pro­gramu były nastę­pu­jące: dziew­czyny rywa­li­zo­wały ze sobą w kon­ku­ren­cjach takich jak spa­cery po wybiegu w róż­nego rodzaju obu­wiu, pozo­wa­nie w tema­tycz­nych sty­li­za­cjach czy aktor­skie występy przez kamerą. Po godzi­nach w ramach wolon­ta­riatu odwie­dzały chwy­ta­jące za serce miej­sca, schro­ni­ska dla psów, dzie­cięce hospi­cja albo oddziały onko­lo­giczne. Oczy­wi­ście jeź­dziła tam z nimi kamera. San­drę i Magdę wysłano aku­rat do pie­sków. Bar­dzo ucie­szył je ten przy­dział. Raz, że słod­kie futrzaczki, wia­domka, a dwa, że obie wolały unik­nąć nie­zręcz­nych roz­mów z umie­ra­ją­cymi kil­ku­lat­kami.

Bio­rące udział w pro­gra­mie dziew­czyny nagry­wane były wła­ści­wie bez prze­rwy. Kamera towa­rzy­szyła im w sto­łówce, przy base­nie, cza­sami nawet w poko­jach. Każda uczest­niczka codzien­nie odpo­wia­dała na kilka pytań repor­terki - doty­czą­cych pro­gramu i życia poza nim. Deli­katne zby­cie tematu rodziny kosz­to­wało San­drę wiele słow­nej gim­na­styki. Na szczę­ście nie puścili tego frag­mentu na wizji. Stała obec­ność kamer miała swoje plusy. Wrogo nasta­wione do niej siksy cho­wały pazurki. Włą­czały tryb sugar coated lies. Zgry­wały sio­strzyczki. Nawet ta Jula ogar­niała się, gdy tylko zauwa­żała czer­wone świa­tełko przy obiek­ty­wie.

Pro­gram podzie­lony był na sie­dem odcin­ków. W sze­ściu pierw­szych cała akcja toczyła się na tere­nie willi. W każ­dym odcinku z pro­gra­mem żegnały się dwie dziew­czyny. Decy­do­wali juro­rzy. Wielki finał orga­ni­zo­wano w stu­diu tele­wi­zyj­nym. Trans­mi­to­wano go na żywo w ante­no­wym prime time. Brały w nim udział cztery naj­lep­sze uczest­niczki. W finale, oprócz ocen juro­rów, liczyły się też głosy widzów. Zwy­cięż­czyni otrzy­my­wała sto tysięcy zło­tych i kon­trakt z wybraną przez sie­bie agen­cją mode­lin­gową. Za dru­gie miej­sce przy­zna­wano połowę tej kwoty i umowę z któ­rąś z agen­cji pomi­nię­tych przez trium­fa­torkę.

Podob­nie jak na castingu, do swo­ich wystę­pów San­dra pod­cho­dziła z pesy­mi­zmem. Nie miała luzu przed kamerą. Była pewna, że odpad­nie już w pre­mie­ro­wym odcinku. Na wybiegu i przy pozo­wa­niu nie zali­czyła żad­nej wpadki, ale na kilo­metr zala­ty­wało od niej tremą. Inne laski spra­wiały wra­że­nie bar­dziej oby­tych. Pod­czas ogła­sza­nia nazwisk pierw­szych wyeli­mi­no­wa­nych nawet nie czuła stresu. Nie miała złu­dzeń, ze spo­ko­jem cze­kała na wyrok. A tu pro­szę. Nie wyko­pali jej. Nie­spo­dzie­wany obrót spraw napę­dził San­drę. Coraz lepiej radziła sobie w towa­rzy­stwie obiek­ty­wów. Wię­cej się uśmie­chała, zaczęła nawet żar­to­wać. W trzech kolej­nych odcin­kach przed ogło­sze­niem wer­dyktu była pra­wie pewna pozo­sta­nia w pro­gra­mie. I słusz­nie. W odcinku pią­tym - zawie­ra­ją­cym kon­ku­ren­cję koronną, czyli przej­ście wybie­giem w szpi­lach i kostiu­mach kąpie­lo­wych - wypa­dła jesz­cze lepiej. Bez trudu prze­szła dalej.

Z pro­gra­mem poże­gnała się za to Magda. San­drze zro­biło się naprawdę przy­kro. Polu­biła ją, liczyła, że obie dotrą do finału. Madzia nie wyglą­dała na zała­maną, co naj­wy­żej lekko roz­cza­ro­waną. Na odchodne stwier­dziła, że i tak zaszła dalej, niż się spo­dzie­wała. Obie­cy­wały sobie z San­drą, że zła­pią się po pro­gra­mie. Szó­sty odci­nek wyma­gał od uczest­ni­czek demon­stra­cji aktor­skich umie­jęt­no­ści. Miały ode­grać scenki wymy­ślone przez reży­sera reklam. San­dra wypa­dła bez­na­dziej­nie. Jury to wyła­pało. Przed ogło­sze­niem wer­dyktu jedna z byłych mode­lek wzięła ją na bok. Powie­działa jej wprost, że powinna odpaść. Juro­rzy mieli jed­nak do niej sła­bość. Poza tym nie podo­bał im się pomysł prze­słu­chań aktor­skich w przed­ostat­nim odcinku. Uznali, że to San­drze należy się bilet do finału, tak za cało­kształt. Do domu ode­słali Julę. Wybie­gła z willi z pła­czem, olała inne uczest­niczki. Poże­gnała się tylko z San­drą. Poże­gnała się z nią sło­wami: "Dopro­wa­dzę cię do samo­bój­stwa, ty wio­skowa dziwko". Wszystko nagrały kamery. Nie­stety, na wizji ta scena nie poszła.

Po odpad­nię­ciu samicy alfa kon­ku­rentki zła­god­niały. Przy­go­to­wa­nia do ostat­niego odcinka prze­bie­gły w przy­ja­ciel­skiej atmos­fe­rze. W dniu finału pew­ność sie­bie San­dry wró­ciła do punktu wyj­ścia. Nogi ugi­nały się pod cię­ża­rem pięć­dzie­się­ciu dwóch kilo­gra­mów, cia­łem tar­gały dresz­cze, czer­wień policz­ków prze­bi­jała się przez ostry maki­jaż. Na pró­bie gene­ral­nej zanie­mó­wiła, nie była w sta­nie odpo­wia­dać na pyta­nia jury. Na back­stage'u podali jej leki uspo­ka­ja­jące. Tro­chę pomo­gły. W trak­cie pro­gramu ustrze­gła się kom­pro­mi­tu­ją­cych momen­tów. Była jed­nak drę­twa, w jej roz­mo­wach z juro­rami bra­ko­wało bły­sko­tli­wo­ści czy humoru. Pierw­szy raz wystę­po­wała w tele­wi­zji na żywo. Pró­bo­wała zająć myśli czymś innym. Zasta­na­wiała się, czy rodzice ją oglą­dają. Zna­jomi oglą­dali na pewno. Po pozo­sta­łych fina­list­kach też widać było tremę, tylko tro­chę mniej­szą. Kiedy kon­kur­sowa część odcinka dobie­gła końca, San­dra wyczi­lo­wała. Wisiał jej wynik. Nie miała żad­nych ocze­ki­wań. Cie­szyła się, że już po wszyst­kim.

Zakrę­ciło jej się w gło­wie, kiedy ogło­szono, że to ona wygrała w gło­so­wa­niu widzów. Zdo­była miaż­dżącą prze­wagę, ponad 70 pro­cent gło­sów. Wystra­szona dziew­czynka z zaru­mie­nioną buźką roz­ko­chała w sobie Pol­skę. Juro­rzy tym razem byli bar­dziej surowi. Osta­tecz­nie pierw­sze miej­sce zajęła opa­lona ślicz­notka z Łodzi. San­dra była druga. Wygrała pięć­dzie­siąt kafli i kon­trakt z agen­cją. Zna­jomi, któ­rych nie koja­rzyła, prze­ści­gali się w gra­tu­la­cjach. Dostała też ese­mesa od brata. Rodzice mil­czeli. Spły­nęło to po niej.

Czuła, że wszystko się zmieni, ale nie, że do tego stop­nia. Pod­czas pro­gramu fol­lo­wer­sów przy­by­wało jej lawi­nowo. Ich liczba potra­fiła sko­czyć o parę tysięcy w ciągu dnia. Wrzu­ciła kilka postów spon­so­ro­wa­nych. Stawki na­dal nie powa­lały, zwłasz­cza teraz, gdy cze­kała na prze­lew od sta­cji. W Pod­ko­wie juro­rzy powta­rzali San­drze, że potrze­buje mene­dżerki, sam kon­trakt z agen­cją to za mało. Skon­tak­to­wali ją z Niną. Miała już pod skrzy­dłami kilka dziew­czyn. San­dra koja­rzyła nawet część z nich z Insta­grama. Alter­na­tywy nie było, bez więk­szego waha­nia nawią­zała współ­pracę. Brała pod uwagę, że okaże się ona sca­mem. Bez­li­to­sny biz­nes, ryzyko wkal­ku­lo­wane.

Nina krę­ciła się koło pięć­dzie­siątki, trak­to­wała dziew­czyny jak wła­sne córki. Nie ogra­ni­czała się do dzia­łal­no­ści wyni­ka­ją­cej z zapi­sów w umo­wie. Od razu zabrała San­drę na wycho­waw­czą poga­wędkę. Nakre­śliła jej mapę zagro­żeń czy­ha­ją­cych na takie mode­leczki. Mówiła o bana­łach, jak nie­uczciwe agen­cje czy foto­gra­fo­wie ze ślinką spły­wa­jącą po bro­dzie, ale też sze­rzej, o poku­sach noc­nej odsłony sto­licy.

San­dra zapew­niła, że nie kręci jej melanż. Nina par­sk­nęła. To wywo­łało przy­pływ szcze­ro­ści. San­dra wyznała, że ni­gdy nie spała z chło­pa­kiem. Nina par­sk­nęła jesz­cze gło­śniej. Pogła­dziła dłoń nowej pod­opiecz­nej, zmie­niła temat. Kazała San­drze iść na stu­dia. Wyniki matur przy­szły kilka dni wcze­śniej. Nie było tra­ge­dii. San­dra nie miała żad­nego pomy­słu na kie­ru­nek, pro­gram zepchnął edu­ka­cję na dal­szy plan. Nina nale­gała na prawo. Czemu nie, brzmiało przy­dat­nie. Z jed­nym roz­sze­rze­niem (angiel­ski) pań­stwowe uczel­nie odpa­dały. Został Koź­min. Wtedy przyj­mo­wali jesz­cze więk­szość kan­dy­da­tów. San­dra zała­pała się na koń­cówkę listy.

Nina pomo­gła jej wyna­jąć miesz­ka­nie. Pod­sy­łała oferty i cho­dziła z nią oglą­dać lokale. Nale­gała na coś odda­lo­nego tro­chę od cen­trum. San­drze wyjąt­kowo spodo­bał się apar­ta­ment na Grzy­bow­skiej. Dwu­na­ste pię­tro. Sześć­dzie­siąt pięć metrów w for­mie jed­nego, ogrom­nego pomiesz­cze­nia. Łóżko wbu­do­wane w antre­solę pod­wie­szoną tuż pod sufi­tem. Latem pew­nie tro­chę sauna, ale co tam. Desi­gner­skie meble, wszę­dzie czerń i biel. Pano­ra­miczne okna, dwu­war­stwowy widok: dachy wol­skich kamie­nic, za nimi wie­żowce. San­dra chciała od razu pod­pi­sy­wać umowę. Nina krę­ciła nosem. Twier­dziła, że jak już młoda wkręci się w War­szawę, z tej świą­tyni desi­gnu zrobi się impre­zowa melina. Dla San­dry to była jakaś abs­trak­cja. Balety na­dal omi­jała sze­ro­kim łukiem. Ale Nina nie odpusz­czała. Zwra­cała uwagę na cenę. Fakt, tanio nie było. To prze­ko­nało San­drę. Podej­ście do pie­nią­dza miała wtedy bar­dzo zacho­waw­cze. Podzię­ko­wały wraz z agentką lukro­wa­nej pośred­niczce, poje­chały na Żoli­borz. Dwu­po­ko­jowe miesz­ka­nie przy Mic­kie­wi­cza było znacz­nie mniej efek­towne, ale przy­jemne i urzą­dzone z klasą. Wysta­wiono je w dobrej cenie. Nina dała accept. San­dra wzru­szyła ramio­nami i pod­pi­sała roczną umowę.

Wcze­śniej, w pierw­szych dniach po zakoń­cze­niu pro­gramu, miesz­kała w hotelu. Miała ze sobą tylko dwie walizki: tę, którą wzięła z Łomży, i drugą, wypchaną ubra­niami, które zostały jej po sesjach w ramach pro­gramu. Do nowego miesz­ka­nia potrze­bo­wała wię­cej rze­czy. Coś tam pew­nie z rodzin­nego domu mogłoby się nadać, ale nie zamie­rzała do niego wra­cać. Nawet na parę chwil, tylko po bibe­loty. Nie. Nie po tym, jak sta­rzy zlali ją po pro­gra­mie. Rodzi­ców już nie miała. Zadzwo­niła więc do brata. Spy­tała, czy nie pod­rzu­ciłby jej do War­szawy ciu­chów, kosme­ty­ków i paru innych pier­dół. A tam­ten zdzi­wiony. Myślał, że po pro­gra­mie San­dra zaba­luje parę dni w sto­licy i wróci na Pod­la­sie. Naci­skał na powrót. W pew­nym momen­cie zaczął na nią krzy­czeć. Od razu rzu­ciła słu­chawką. Dopi­sała brata do listy osób zapo­mnia­nych w try­bie natych­mia­sto­wym.

W trak­cie swo­ich pierw­szych tygo­dni na Żoli­bo­rzu San­dra była praw­do­po­dob­nie naj­spo­koj­niej­szą dziew­czyną z pię­cio­cy­frową liczbą insta­gra­mo­wych obser­wa­to­rów w całej War­sza­wie. Gdyby wie­rzyła w Boga, mogłaby zostać chrze­ści­jań­ską influ­en­cerką. Nina kazała jej roz­krę­cić Tik­Toka. San­dra nie miała na to siły. Żyła jak pustel­nik. Oglą­dała seriale, dużo goto­wała, zaczęła uczyć się fran­cu­skiego. Codzien­nie upra­wiała jog­ging, cho­dziła na siłow­nię. Kupiła sobie rower. Jeź­dziła do Kam­pi­nosu albo wzdłuż Wisły, do Wila­nowa. Popo­łu­dniami spa­ce­ro­wała samot­nie po Żoli­bo­rzu ze słu­chaw­kami w uszach. Pra­co­wała nad swoim gustem muzycz­nym. W Łomży zapusz­czała sobie eskowe hity. Cza­sami Drake'a, The Weeknda albo G-Eazy'ego. Pod­czas spa­ce­rów wkrę­cała się w Maca Mil­lera, Franka Oce­ana, Bita­minę i star­sze płyty Lany. Pró­bo­wała prze­ko­nać się do jazzu, ale śred­nio jej pod­cho­dził.

Kariera modelki roz­krę­cała się powoli. San­dra wzięła udział w kilku sesjach dla nowej agen­cji. Nagrała fil­mik, w któ­rym opo­wiada o sobie, na stronę i pro­file w socia­lach. Wystą­piła w rekla­mie odży­wek biał­ko­wych. Została twa­rzą kam­pa­nii rekla­mo­wej nowo otwar­tego baru na Świę­to­krzy­skiej. Udzie­liła wywiadu Pudel­kowi, poroz­ma­wiała też z dzien­ni­karką lokal­nego łom­żyń­skiego por­talu. Co jakiś czas na jej kon­tach poja­wiały się posty spon­so­ro­wane. Innych pra­wie nie doda­wała. Szybko zorien­to­wała się, że wcale nie jest insta­gra­mową bestią.

Z całą pew­no­ścią nie była bestią impre­zową. Ole­wała zapro­sze­nia na domówki i do klu­bów, które prze­sy­łały jej obce typy. Było tego mnó­stwo. Nikt nie wzbu­dził zain­te­re­so­wa­nia San­dry. Raz dała się wycią­gnąć na mia­sto Mag­dzie, tej, z którą jako tako trzy­mała się w Pod­ko­wie. Myślała, że to kole­żeń­stwo dla picu, ewen­tu­al­nie z braku laku. Szare myszki z tym­cza­sową sztamą. A tu pro­szę, laska sama do niej zaga­dała. Spo­tkały się w mod­nym lokalu na Solcu. Fajne miej­sce, ogró­dek przy­le­gał do parku. San­dra wolała taki luźny moodzik od prze­peł­nio­nych testo­ste­ro­nem i botok­sem mor­downi w ści­słym cen­trum.

Gadka kle­iła się umiar­ko­wa­nie, co nie prze­szka­dzało Mag­dzie w intym­nych wyzna­niach. Nocne życie sto­licy zdą­żyło ją już prze­czoł­gać. Po odpad­nię­ciu z pro­gramu wró­ciła do domu po rze­czy, następ­nego dnia znów zamel­do­wała się w War­sza­wie. Zamiesz­kała z kum­pelą. Od mie­siąca toczyła opo­rowy melanż. Rzadko bywała trzeźwa. Prze­stała liczyć gachów, z któ­rymi lądo­wała w wyrze. Szybko wypłu­kała się z floty. Prze­le­ciała paru sta­ru­chów za hajs. Odkuła się. Poszła w białe. Waliła kre­ski daily. Miała nawet tro­chę przy sobie. Zapro­po­no­wała San­drze wycieczkę do toa­lety na niu­cha. Ona oczy­wi­ście odmó­wiła. Nie pod­ła­pała też pomy­słu wkle­je­nia się do Cosmo na balet z typ­kami z neta. Cały wie­czór prze­sie­działa nad jed­nym por­n­star mar­tini. Magda wal­nęła ze trzy takie. Stwier­dziła, że i tak wbije się na apart do influ. San­dra zamó­wiła sobie tak­sówkę do domu. Mag­dzie gały wywa­liło z orbit. Spy­tała kole­żankę, czy nie sły­szała o Ube­rze. Sły­szeć sły­szała, ale nie zgłę­biała tematu. Rzadko wypusz­czała się poza Żolkę. Wystar­czył jej rower.

Wizyta kole­ża­nek z liceum była miłą odmianą. Przy­je­chały we trzy. San­dra cały dzień opro­wa­dzała je po mie­ście. Poszły nawet do Muzeum Naro­do­wego. Po dro­dze zatrzy­mały się na sesyjkę przed Vit­ka­cem. San­dra robiła zdję­cia. Pozo­wać nie chciała. Siara opór, zwłasz­cza że kum­pele sty­lówki przy­odziały raczej mało­mia­stecz­kowe. Wie­czo­rem miały iść na kluby. San­dra pro­po­no­wała Ske­czyka, ale została prze­gło­so­wana. Padło na Cubano. Bifo­rek nie­źle je poskła­dał. Pięć pół­słod­kich na cztery laski, butle w obieg. Wino poszło w jakieś dwa­dzie­ścia minut. Led­wie doczoł­gały się do klubu. Sprawy nie uła­twiały szpile. Na szczę­ście wpu­ścili je bez kolejki. Na wej­ściu jesz­cze welcome drink, cuba libre, rum i cola. San­dra była już kon­kret­nie zawiana. Na par­kie­cie zgu­biła zio­malki. Krę­ciła tył­kiem do "Taki Taki". W obroty wziął ją alvaro w obci­słej koszuli. Dała mu się ogar­nąć. To był jej pierw­szy poca­łu­nek. Ni­gdy nikomu o tym nie mówiła, i tak by nie uwie­rzyli. Alvaro chciał brać San­drę do sie­bie. Grzecz­nie odmó­wiła. Na szczę­ście jej nie roz­po­znał, popro­sił o kon­takt. Insta­grama, Face­bo­oka, numer, cokol­wiek. Zaśmiała się i ode­szła.

Pod­czas kaco­wa­nia w miesz­ka­niu San­dry padł pomysł zagra­nicz­nego wyjazdu. Dwa tygo­dnie póź­niej cała czwórka wygrze­wała się na last minute pod Ali­cante. Wyjazd był kosz­ma­rem. Dziew­czyny trak­to­wały San­drę jak ban­ko­mat. Zaczęło się od żar­tów. Że "The Model" sta­wia, że za hajs z tv baluj, że wczasy, więc who cares, kto buli. Taka szy­dera niby. Ale do odda­wa­nia żadna się nie kwa­piła. W dodatku wyszły z nich skoń­czone wie­śniary. Rzu­cały się na Hisz­pa­nów, same zacią­gały ich do miesz­ka­nia. Przez jęki nie dało się spać. Od rana wle­wały w sie­bie prze­sło­dzone driny i gadały o fiu­tach. Na Okę­ciu San­dra miała ochotę cało­wać glebę jak papież. Od razu zablo­ko­wała numery całej trójki. Na wszelki wypa­dek zmie­niła też swój. Te laski były jej ostat­nimi zna­jo­mymi z Łomży. Świa­tową sto­licę prawa jazdy zosta­wiła za sobą.

W paź­dzier­niku San­dra zaczęła stu­dia. Już pierw­szego dnia zna­la­zła się w spo­tli­ght. Laski koja­rzyły ją z pro­gramu. Cie­ka­wostka: nie miała nawet naj­wię­cej fol­lo­wer­sów na roku. Wyprze­dzała ją jakaś począt­ku­jąca youtu­berka, uczest­ni­cząca w czymś na wzór "Big Bro­thera". Ale tele­wi­zja to jed­nak tele­wi­zja. San­dra była gwiazdką numer jeden. Nie minął tydzień, a ude­rzyło do niej czte­rech typów. Wszy­scy pod­jeż­dżali pod uczel­nię betami albo audi, nosili Ple­ina i Balen­ciagę. Jej to nie inte­re­so­wało. Odpu­liła każ­dego. Szybko zna­la­zła za to nowe psiap­sióły - też przy­jezdne, też gwiaz­deczki. Codzien­nie po zaję­ciach wycią­gały ją na szamę i winko. Prze­sia­dy­wały na Zba­wik­sie albo we Fla­mingu. Na bifor przed stu­denc­kim inte­gra­lem zapro­siła je do sie­bie. Piły wódkę z colą. Miały już brać Ubera do cen­trum, gdy jedna z nich wycią­gnęła z torebki małe pigułki. San­dra bała się nar­ko­ty­ków. Kole­żanka spy­tała, czy chce wziąć z nią na pół. Ona przy­tak­nęła. Wło­żyła swoją połówkę pod język, napiła się coli. Poszła do toa­lety. Wypluła tabsę do zlewu.

Inte­gral robili na Nowo­grodz­kiej. Ta od piguł sku­mała się z jed­nym z tych, co wypi­sy­wali do San­dry. Spra­wiał wra­że­nie szefa. Zapro­wa­dził je do loży. Sie­działo tam trzech pozo­sta­łych ado­ra­to­rów, z nimi kilka dziew­czyn. Towa­rzy­stwo waliło szoty. San­dra wcze­śniej rzadko pijała czy­stą. Jak już, to kie­li­szek, mak­sy­mal­nie dwa. Teraz szła łeb w łeb z resztą. Oba­lili ze cztery litrowe butle, musiała wypić przy­naj­mniej ćwiartkę. Krę­ciło jej się w gło­wie. Nie zrzu­cała nawet z uda dłoni chło­paka, który od początku imprezy się do niej kleił. Zatrzy­my­wała go tylko, gdy pró­bo­wał prze­su­nąć ją wyżej.

Przed trze­cią lider grupy zarzą­dził ewa­ku­ację na jego kwa­drat. San­dra chciała wra­cać do domu. Kum­pele nie­mal siłą zacią­gnęły ją na after. Wylą­do­wała na Powi­ślu. Okna miesz­ka­nia wycho­dziły na BUW. Meble nie wyglą­dały na kupione w Ikei. Stała w kuchni z orga­ni­za­to­rem, wywią­zał się small talk. Spy­tała, gdzie rodzice. Odparł, że u sie­bie, w Ani­nie. Nie cze­kał na dal­sze pyta­nia, od razu dodał, że chata jest jego. Potem, już przy całym towa­rzy­stwie, powtó­rzył tę infor­ma­cję z dzie­sięć razy. W ruch poszła butelka Belve­dere. San­dra wypiła jesz­cze jeden kie­li­szek, potem odma­wiała. I tak miała już dość. Sie­działa na kana­pie, przy­my­kały jej się oczy.

Kiedy się ock­nęła, towa­rzy­stwo aku­rat wycho­dziło. Jedna z kole­ża­nek chciała pod­nieść ją z kanapy. Ona led­wie kon­tak­to­wała. Gospo­darz zapro­po­no­wał, żeby prze­spała się u niego jesz­cze parę godzin. Mówił, że w tym sta­nie nie puści jej nawet do Ubera. Mach­nęła ręką, została. Poszła do sypialni. Od razu poło­żył się obok niej. Wcze­śniej wsko­czył w dresy. Poczuła wbi­ja­jący się w pośladki wzwód. Chło­pak wsu­nął dłoń mię­dzy jej uda. Nie sta­wiała opo­rów. To było nawet przy­jemne. Ogar­nęła ją obo­jęt­ność. On wstał i przy­su­nął fiuta do jej twa­rzy. Wyobra­żała sobie, że będzie znacz­nie więk­szy. Przy­ja­zny roz­miar osta­tecz­nie ją uspo­koił. Nawil­żyła go, a potem w nią wszedł. Bolało tylko tro­chę, krwi było nie­wiele. Przy­jem­no­ści nie czuła jed­nak wcale. Chło­pak miał taką banię, że nie odno­to­wał nowi­cjuszki. Zoba­czył zakrwa­wioną pre­zer­wa­tywę i spy­tał San­drę, czy ma okres. Odpo­wie­działa, że na to wygląda.

Obu­dziła się pierw­sza. Naj­pierw ją zmro­ziło. Para­liż jakiś, led­wie poru­szała koń­czy­nami. Wszystko pamię­tała, ale nie umiała wyja­śnić, jak to się stało. Na prze­ście­ra­dle, w oko­li­cach swo­jego kro­cza, zauwa­żyła krew. Czyli to nie był sen. Leżała, gapiła się w sufit jak Kon­drat w "Dniu Świra". Gospo­darz cią­gle kimał, koł­dra falo­wała na jego napom­po­wa­nej kla­cie. Pościel prze­sią­kła zapa­chem wymie­sza­nych per­fum. Nagle San­drze wje­chała pod­nieta. Zafun­do­wała chło­pa­kowi pobudkę z gatunku tych przy­jem­niej­szych. Było jej znacz­nie lepiej niż parę godzin wcze­śniej, choć oczy­wi­ście bez szczy­to­wa­nia. Po wszyst­kim typ zabrał ją na śnia­da­nie do SAM-u. Mówił głów­nie o sobie, słu­cha­czem oka­zał się śred­nim. Ale gene­ral­nie pełna kul­turka, odwiózł ją nawet na Żoli­borz, chyba głów­nie po to, żeby przy­szpa­no­wać nową tetetką. Na poże­gna­nie zazna­czył, że no strings atta­ched, żad­nych zobo­wią­zań.

San­dra prze­kro­czyła gra­nicę, zza któ­rej nie było powrotu. Chciała nad­ra­biać stra­cony czas. Zaczęła prze­glą­dać DM-ki zale­ga­jące w fol­de­rze "inne". Dawno tam nie wcho­dziła. Zatrzy­mała się na eta­pie "99+ nie­od­czy­ta­nych". Że stała się pożą­da­nym towa­rem, to wie­działa, no bez prze­sady, głu­pia nie była. Ale skala zja­wi­ska znów ją zasko­czyła. W skrzynce cze­kało około tysiąca wia­do­mo­ści. Pisali do niej prze­różni goście. Aktor, któ­rego koja­rzyła z dru­go­pla­no­wej roli w serialu o psie-poli­cjan­cie. Syn lidera rynku dewe­lo­per­skiego. Nasto­la­tek wcho­dzący do pierw­szej dru­żyny Legii. Kilku począt­ku­ją­cych youtu­be­rów i rape­rów. Biz­nes­meni z ofer­tami spon­so­ringu i tatuś­ko­wa­nia. Mnó­stwo cre­epów. Naj­więk­szą sławą wśród nowych absz­ty­fi­kan­tów był popu­larny dzien­ni­karz, gość po czter­dzie­stce. Jego wia­do­mość róż­niła się od pozo­sta­łych. Była znacz­nie dłuż­sza, tro­chę filo­zo­ficzna. Po co dru­gim sło­wie sta­wiał kropkę. Życzył jej, by umiała "odróż­nić zło od dobra". Cie­kawe, czy mówił tak też swo­jej żonie.

W toku uważ­nej selek­cji San­dra wybrała dzie­się­ciu naja­trak­cyj­niej­szych. Tylko takich przed trzy­dziestką, star­szych z auto­matu odrzu­cała. Odpi­sała na wia­do­mo­ści. Nie miała doświad­cze­nia, nie umiała cią­gnąć roz­mowy. Robili to na szczę­ście za nią. Wkrę­ciła się w gadkę z tym chło­pa­kiem z Legii. Był rok młod­szy od niej, zasy­py­wał ją kom­ple­men­tami. Spo­tkali się na kawie. Na żywo nie był taki do przodu. Plą­tał mu się język. Nad­uży­wał zwrotu "no to dobrze". Buziak w poli­czek i każdy w swoją stronę. A potem dalej bom­bar­do­wał ją wia­do­mo­ściami. Dru­gie spo­tka­nie, znów na trzeźwo. Wziął głę­boki oddech, zapro­po­no­wał pokój w hotelu. Zgo­dziła się. Skoń­czył w kil­ka­na­ście sekund. San­drze to nie prze­szka­dzało. Poło­żył głowę na jej brzu­chu i powie­dział, że mogłaby rodzić mu dzieci. Na noc nie została. No strings atta­ched.

Wzięła ją ochota na moc­niej­sze dozna­nia. Zga­dała się z rape­rem, któ­rego ksywy wcze­śniej nie koja­rzyła. Imię Seba paso­wało do niego tak bar­dzo, że aż trudno było uwie­rzyć w jego praw­dzi­wość. Star­szy od niej, miał dwa­dzie­ścia sześć lat. Wyglą­dał na ulicz­nika. Sze­roki, wydzia­bany, na ple­gar wrzu­cone trzy­na­ście dwa­na­ście. Musiała spraw­dzać, co to zna­czy. On nie chciał pisać, od razu zapro­sił ją do sie­bie.

Pod­je­chała na Grzy­bow­ską. Gdyby nie Nina, byliby sąsia­dami. Miesz­kał kilka pię­ter nad kwa­dra­tem, który miała brać. Już na wej­ściu zaje­chało zio­łem. Przy­jął ją pra­wie na waleta, w samych sli­pach do spa­nia, takich tro­chę szer­szych. Kop­cił bata. Podał jej, chwilę się zawa­hała. Ni­gdy nic nie brała, nic nie jarała, nawet szluga. Nie­zdar­nie wcią­gnęła dym do płuc. Ona w kaszel, on w śmiech. Wzięła jesz­cze dwa buchy, tro­chę mniej­sze. Usie­dli na kana­pie. Chwilę poga­dali, wcią­gnął ją na kolana. San­dra poczuła, jak zle­piają jej się zwoje. Wszystko zwol­niło, scho­wało się za przy­jemną mgiełką. Wal­nęli parę luf czy­stej dla rów­no­wagi. Zaczęli się cało­wać. Zrzu­cił z niej majtki, wje­chał w nią jęzo­rem. Dobry był, sku­bany. Miała orgazm, swój pierw­szy. Potem chciał brać ją od tyłu. Nie mógł stward­nieć. Wyja­śnił, że sie­dział wcze­śniej w stu­diu, nawcią­gał się z koleż­kami koksu. No trudno, stwier­dził, chwilę sobie pocze­kamy. Zjadł kama­grę w żelu. Cze­ka­jąc, aż zadziała, pusz­czał San­drze swoje klipy. Twier­dził, że robił pierw­szy w Pol­sce rap z Kazem i Mali­kiem, choć nie miał z nimi kawał­ków. Nic jej to wtedy nie mówiło. Sam poczuł, że przy­nu­dza. Znik­nął w sypialni, wró­cił z pisto­le­tem. San­drę trzy­mała faza, roz­ba­wił ją ten widok. Ćwi­czyli strze­la­nie na pustym maga­zynku. Byli nadzy. Sie­działa oparta o jego klatę. Kiedy żelik wje­chał, wsu­nął się w nią bez ostrze­że­nia. Jesz­cze dwa razy miała wyso­kie loty. Chciała u niego spać. Pokrę­cił głową. Mówił, że od rana musi szpon­cić. Wypchnął ją za drzwi. Skle­iła, że jechali bez zabez­pie­cze­nia. Na wszelki zarzu­ciła tabsę dwa cztery po. Z takim to naprawdę lepiej nie wpa­dać.

W ciągu następ­nych dwóch tygo­dni San­dra dymała się z trzema typami: pił­ka­rzem, kolegą z Powi­śla i jedną posta­cią wcze­śniej nie­odblo­ko­waną, kryp­to­wa­lu­to­wym milio­ne­rem, który zacze­pił ją na Insta­gra­mie. Każ­dej takiej ustawce towa­rzy­szył alko­hol. Nawet spor­to­wiec się napił, pew­nie w oba­wie przed kolej­nym szyb­kim spu­stem.

San­dra polu­biła nie­trzeź­wość. Z tym od krypto wino zmie­szała z zio­łem. Spa­lili dwa jointy, była bli­sko wymio­tów. Ale spodo­bał się jej ten lekki odlot po jara­niu. Bez pyta­nia powi­nęła sztukę z chaty nowego zna­jo­mego. Zaczęła palić solo. Pró­bo­wała krę­cić baty, nie wycho­dziło. Cią­gnęła więc buchy z tuby. Zioło zapi­jała bąbel­kami. Oduczyła się zasy­pia­nia na trzeźwo. Kiedy skoń­czyła się pacyna od kryp­to­wa­lu­cia­rza, zaga­dała Sebę. Zro­bił jej dowóz. Przy oka­zji opier­do­lił ją od góry do dołu, że mu w pry­wat­nej wia­do­mo­ści wprost z takim tema­tem wyjeż­dża. Twier­dził, że jest obser­wo­wany. Pod­nie­cił ją ten wkurw. Dała mu się prze­ru­chać w łazience. Przed wyj­ściem rzu­cił jej jesz­cze krą­żek ecstasy. Na koszt firmy, młoda.

W week­endy San­dra leciała na grubo. Noc z piątku na nie­dzielę stała się jej nowym zwy­cza­jem. Zwy­kle kluby, cza­sem jakaś domówka w cen­trum. Na jed­nej z imprez ktoś pod­su­nął jej pod nos ścieżkę bia­łego. Już nie miała w zwy­czaju odma­wia­nia. Stała się bad gyal. Wtedy można było jesz­cze tak mówić.

Roc­ko­wemu try­bowi życia sprzy­jał zastój zawo­dowy. Pod koniec roku San­dra wystą­piła na poka­zie. Została twa­rzą kam­pa­nii rekla­mo­wych dwóch kolej­nych knajp. A tak to same insta­gra­mowe współ­prace za parę stów. Tro­chę mało. Nina zaczy­nała dzia­łać San­drze na nerwy. Zero kon­kre­tów, same mora­li­za­tor­skie gadki. Zresztą nie­sku­teczne, nigh­tlife wcią­gnął prze­cież jej pod­opieczną, a ta nawet o tym nie wie­działa. San­dra miała dość bez­czyn­no­ści agentki. Koń­czyła jej się kasa. Wzięła sprawy w swoje ręce. Zaga­dała Sebę, który już regu­lar­nie dowo­ził jej pale­nie, czy nie szuka laski do klipu. On nie szu­kał, ale spik­nął ją z kum­plem. Szybko się doga­dali. Parę dni póź­niej San­dra była już na pla­nie. Powy­gi­nała się tro­chę w latek­so­wym kostiu­mie, dała sprze­dać sobie kilka klap­sów. Zaro­biła za to pięć koła.

Nina dowie­działa się o tej roli, dopiero gdy chło­paki wypu­ścili tele­dysk. Odcho­dziła od zmy­słów. Zafun­do­wała San­drze rekor­dową poga­dankę. Pie­przyła coś o koniecz­no­ści dba­nia o wize­ru­nek. San­dra nie słu­chała. Nie zdjęła z nosa ciem­nych oku­la­rów, choć sie­działy w środku, a na zewnątrz padało. Na roz­mowę przy­szła skuta jak sado­ma­so­chi­sta kaj­da­nami. Do połu­dnia skop­ciła ze dwa giety glona. Poprzed­niego dnia była na rele­ase party. Potem zawi­nęła na Grzy­bow­ską, wia­domo z kim. Do szó­stej rano dynks, kre­ski i dymanko. Bolał ją łeb. Na uczelni nie bywała już pra­wie wcale. Jak tam wpa­dała, to tylko na plotki. Odpu­ściła sobie stu­dia. Prze­cież była modelką na full time. No, teo­re­tycz­nie.

Z melan­żo­wego ciągu nie­ocze­ki­wa­nie wycią­gnął ją ten mało­lat z Legii. Niby cały czas coś tam do niej stu­kał na Insta i Mesie, ale raczej bez wczuty. Wyda­wało jej się, że sobie pociup­ciał i zmie­nił kwia­tek. A tu pew­nego dnia wyje­chał z pro­po­zy­cją week­endu we dwoje w Nar­vilu. San­dra nie miała żad­nych pla­nów, tele­pało ją jesz­cze po syl­we­strowo-nowo­rocz­nym wirze, zero ciśnie­nia na kluby czy ostrą jazdę.

Poje­chali nad Zegrze. Kozak apart im ogar­nął, dwu­pię­trowy, nad samym jezio­rem, with the view. Wła­ści­wie nie wycho­dzili spod koł­dry, jedze­nie zama­wiali do pokoju. Pił­ka­rzyk, Patryk miał na imię, roz­krę­cił się łóż­kowo, czuć było, że spor­to­wiec, car­dio fun­do­wał jej lep­sze niż per­so­nalny w "The Model". Kom­ple­men­to­wał do porzygu. Pro­sty chłop, ale z dobrym ser­cem. Chciał się zaraz haj­tać. Walił fra­ze­sami, cza­sami San­drze trudno było powstrzy­mać śmiech. Ale miało to swój urok. Pierw­szy raz czuła się uwiel­biana. On twier­dził nawet, że ją kocha. Tego na razie wolała nie sły­szeć. Po powro­cie do mia­sta zaczęli spo­ty­kać się regu­lar­nie. Two­rzyli coś w rodzaju pary. Coraz czę­ściej spała u niego na Wila­no­wie. Też był przy­jezdny, ze Ślą­ska, klub opła­cał mu najs miesz­kanko, metraż sie­dem­dzie­siąt plus. San­dra nie chwa­liła się nowym gachem w socia­lach. Patryk chciał ją ozna­czać, ona na to, że hola, hola, wszystko po kolei.

Na pierw­szy mecz rundy wio­sen­nej poszła jako jego laska. Wjazd oczy­wi­ście miała za darmo, strefa silver. Poznała peł­no­prawne wagsy. Dziew­czyna innego mało­lata koja­rzyła ją z pro­gramu. Też była nowa na Łazien­kow­skiej, prze­ga­dały pół meczu. Pod koniec dosia­dły się do nich Por­tu­galka i Hisz­panka, part­nerki zagra­nicz­nych pił­ka­rzy. Im San­dra wspól­nej fotki z ozna­cze­niem nie odmó­wiła. Hisz­panka miała ponad trzy­sta tysięcy obser­wu­ją­cych, modela pełną gębą. Znała ludzi z "Elite", net­flik­so­wego serialu, który San­dra obej­rzała na kacu parę tygo­dni wcze­śniej. Na pro­filu hisz­pań­skiego wagsa wisiało wspólne zdję­cie z Ester Expó­sito. Patryk cały mecz spę­dził na ławce. Potem cho­dził struty. Miał czutkę, że zapa­kuje sztukę i pokaże San­drze ser­duszko.

Do końca lutego San­dra sie­działa na Wila­no­wie czę­ściej niż w swoim miesz­ka­niu. Kom­plet­nie odsta­wiła roślinę. Patryk w trak­cie sezonu nie pił, więc wspólne win­ko­wa­nie odpa­dało. Solo pić nie chciała, nie czuła aż takiej potrzeby. Dwa tygo­dnie prze­je­chała cał­ko­wi­cie na sucho, nie miała tak od lata. Rzu­ciła stu­dia, odda­liła się tro­chę od zio­ma­lek z Koź­mina. Prze­stały wycią­gać ją na kluby. Week­endy spę­dzała na kana­pie. Była lojalna wobec Patryka, zle­wała innych typów. Seba sam pro­po­no­wał dowóz, odma­wiała. Niczego jej nie bra­ko­wało. Patryk woził ją po gale­riach i knaj­pach bmw dwójką. Co kilka dni kupo­wał jej biżu­te­rię, ciu­chy albo buty. Sobie też nie żało­wał, kurtka Balr, tiszer­ciki Gucci albo Balen­ciagi, pasek LV z wielką klamrą, na sto­pach napom­po­wane trampy od McQu­eena. San­dra myślała, że jest opór dziany. Zamu­ro­wało ją, gdy wyznał, że w pod­sta­wie nie ma nawet pięt­na­staka na łapę. W ogóle nie oszczę­dzał. Sam leasing zabie­rał mu jedną trze­cią pen­sji. Czę­sto dosta­wał fajne pre­mie, ale od razu prze­wa­lał je w Vit­kacu. San­drze to nie prze­szka­dzało. Chciał, to wyda­wał. Nie była jego matką. Pre­zenty przyj­mo­wała chęt­nie. On miał pierw­sze objawy obse­sji, ona trze­cią kurtkę La Manii. Nama­wiał, żeby wpro­wa­dziła się do niego. Roz­wa­żała pod­na­ję­cie Mic­kie­wi­cza na czarno. Kto by ją tam kon­tro­lo­wał.

Przy­szedł prze­łom w mode­lingu. Agen­cja zała­twiła San­drze serię jakichś sesji i poka­zów. Miała wystą­pić w Ber­li­nie, Kopen­ha­dze i Medio­la­nie. Do Niny zgło­siła się duża marka stre­etwe­arowa. Pła­cili zaska­ku­jąco dobrze. San­dra czuła, że odku­cie jest tuż, tuż.

A potem, ostat­niego dnia lutego, wszystko poszło się jebać. Patryk popro­sił ją o poważną roz­mowę. Do tej pory tego nie robił. Oba­wiała się oświad­czyn. Nie­słusz­nie. Chło­pak, bo tak już o nim mówiła, wró­cił do domu i oznaj­mił, że wła­śnie pod­pi­sał kon­trakt z Ter­ma­liką Nie­cie­cza. Wypo­ży­cze­nie do końca sezonu, z opcją prze­dłu­że­nia o pół roku. Tłu­ma­czył, że w Legii nie ma szans na regu­larną grę. Sama widzia­łaś, kotek, przy­jeż­dża Korona Kielce, trójkę im do prze­rwy ładu­jemy, a ja i tak przy­spa­wany do ławki. San­dra pomy­ślała, że to zerwa­nie. Ale nie, Patryk zaraz dodał, że chciałby zabrać ją ze sobą. Od razu spraw­dziła tę Nie­cie­czę w necie. Pod­kar­pa­cie, gmina Żabno, sze­ściu­set miesz­kań­ców. Jaja sobie, gościu, robisz. Patryk wyja­śnił, że miesz­ka­liby w Tar­no­wie. A nie, no to sorry, stary, Tar­nów wszystko zmie­nia. Jadę w ciemno. Her­mes i Loewe tam butiki zaraz otwie­rają. Już tak na poważ­nie, posta­wiła sprawę jasno: nie wyje­dzie do żad­nego Tar­nowa. Za daleko do Gal­moku. Była wście­kła na Patryka. Mógł ją cho­ciaż ostrzec. Bro­nił się, że przy­szła oferta last minute przedostat­niego dnia okienka. Spró­bujmy pocią­gnąć zwią­zek na odle­głość, zachę­cał. Jej to nie prze­ko­ny­wało, no ale dobra, spró­bujmy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki