Człowiek ze złotym amuletem - Simon R. Green

Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Simon R. Green COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2012 COPYRIGHT ? FOR TRANSLATION BY Dominika Schimscheiner, 2012
TYTUŁ ORYGINAŁU The Man with the Golden Torc
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-836-9
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka, "Grafficon" Konrad Kućmiński
GRAFIKA NA OKŁADCE Patryk Olejniczak
REDAKCJA Lidia Stanisława Dębska
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD Dariusz Haponiuk
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWE
Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWO
Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Rozdział pierwszy
W tajnej służbie zdrowia
Z początku zadanie wydawało się całkiem zwyczajne. Pewien Bardzo Ważny Polityk, którego twarz oraz nazwisko z pewnością skojarzylibyście bez trudu, udał się w wielkim sekrecie na londyńską Harley Street, stanowiącą skupisko najznamienitszych fachowców, a zarazem najdroższych specjalistycznych usług medycznych na świecie. Polityk ów, nazwijmy go panem Prezydentem - i nie, nie chodzi o tego, o którym myślicie - zgłosił się pod zmyślonym nazwiskiem do Kliniki Świętego Bafometa z objawami nadprzyrodzonej choroby wenerycznej, którą złapał w Tajlandii, gdzie wybrał się z dyplomatyczną misją dobrej woli. Wykazując wyjątkową głupotę, urwał się ochronie i powędrował labiryntem uliczek Bangkoku, szukając rozrywki na tyłach podrzędnych barów. Pech chciał, że natrafił na piekielnicę, agenta mroku w postaci femme fatale, i w rezultacie w prezydenckim łonie nosił teraz coś, co bynajmniej nie było błogosławionym owocem miłości. Otrzymałem rozkaz, by w sposób ostateczny wyeliminować ten efekt pokalanego poczęcia. Według wytycznych miałem nie dopuścić do przyjścia potomka na świat, a w razie porażki zrobić wszystko, by długo na tymże świecie nie pozostał.
Zaopatrzono mnie w broń, której zamierzałem użyć.
(Skąd w ogóle dowiedzieliśmy się o zaistniałej sytuacji? Otóż moja rodzina wie wszystko. Taka praca. W ciągu tylu wieków walki, chcąc nie chcąc, dorobiliśmy się rozległej siatki źródeł oraz informatorów).
Swobodnym krokiem przemierzałem Harley Street, pilnując, by nie rzucać się w oczy. Nikt nie poświęcił mi uważniejszego spojrzenia, jak zwykle zresztą. Zostałem wyszkolony, aby umiejętnie wtapiać się w otoczenie, z łatwością wmieszać w tłum. Miałem na sobie stonowany trzyczęściowy garnitur, wystarczająco kosztowny, by wpasować się w styl ulicy, ale nie na tyle ekstrawagancki, by zwracał uwagę. Szedłem przez Harley Street tak, jakbym miał pełne prawo przebywać w tym miejscu, więc przechodnie przyjmowali moją obecność jako całkowicie naturalną. Wszystko zależy od postawy. Właściwa umożliwia asymilację w każdym środowisku. W dodatku mam twarz, która zawsze robi wrażenie skądś znajomej - przeciętną, sympatyczną, niewyróżniającą się. Twarz tajnego agenta.
To kwestia praktyki. Można nauczyć się przybierania na zawołanie wyglądu szaraka.
Lato zwlekało z opuszczeniem Londynu. Niebo zachwycało czystym błękitem, panowało przyjemne ciepło, łamane jedynie delikatnym wietrzykiem. Z oddali dobiegał szum samochodów, ale sama ulica była w miarę cicha i spokojna. Przystające tu i ówdzie taksówki, przysadziste, czarne landary, wypluwały i połykały zabieganych ludzi. Jak również istoty, których do kobiet, mężczyzn czy choćby człekopodobnych zaliczyć niepodobna. Bylibyście zdumieni, ile potworów chodzi sobie swobodnie w pełnym świetle dnia, ukrywając się przed wzrokiem śmiertelników pod cieniutkimi iluzjami. Mnie jednak takie pozory nie zwodzą. Jestem Droodem i noszę na szyi złoty amulet z funkcją Wzroku. Pozwala mi zobaczyć świat takim, jakim jest naprawdę. Kilka kroków ode mnie z taksówki wysiadł wysoki elf o królewskiej postawie, w mieniących się szatach. Miał szpiczaste uszy, czarne, pozbawione białek oczy i minę znamionującą pogardę dla człowieczego rodu. Zapłaciwszy kierowcy banknotem o wysokim nominale, wielkopańskim gestem zbył należną resztę. Szczęście taksówkarza miało trwać raczej krótko, bo zetknięcie z żelazem przemieni pieniądz z powrotem w liść lub coś podobnego. Misją życiową elfów było dokuczanie ludziom. Tylko to im pozostało...
Po chodnikach snuły się duchy, przenikające przez ściany domów, które nie istniały za ich życia. Echa fal czasu, uwięzione w zaklętym kręgu powtarzalności niczym owady w bursztynie. Demony przemieszczały się na plecach niczego niepodejrzewających ludzi, wbijając ostrogowate wyrostki na piętach w ramiona i boki wierzchowców, nieprzerwanie szepcząc coś do nich. Już na pierwszy rzut oka widać było, kto słucha owych podszeptów. Karmione ludzką uwagą demony były spasione. Nad jednym z przechodniów jaśniały zaczątki nimbu. Szedł w towarzystwie stygmatyka. Takie widoki napełniają wiarą i nadzieją. Szaroskóry obcy o wielkich czarnych oczach pojawił się znikąd, ściskając w trzypalczastej dłoni przewodnik po Londynie. Sława Harley Street sięgała dalej, niż można by się spodziewać.
Żadna z tych istot nie zwróciła na mnie uwagi. Jak wspominałem, zostałem świetnie wyszkolony.
Czasami zastanawiałem się, jak by to było żyć normalnie, mierzyć się ze zwykłymi troskami, zobowiązaniami, nie wiedzieć tego, co wiem. Nie dostrzegać snującego się po świecie mroku. Być jedną z owiec, nie pasterzem. Jednakże z drugiej strony mam świadomość tego, co dzieje się naprawdę, kto należy do tych złych, i tym ostatnim mogę spuszczać regularne manto. To wiele rekompensuje.
Mimo upływu czasu na Harley Street nadal przeważają szeregowe gregoriańskie kamieniczki o ekskluzywnie mdłych, anonimowych fasadach. Niewiele z nich zaopatrzono w wizytówki - w tym miejscu albo wiesz, dokąd kierujesz swe kroki, albo nie masz tu czego szukać. Ciężkie, tajemnie wzmocnione drzwi otwierają się tylko po wypowiedzeniu odpowiednich Słów, nieprzeniknione okna strzegą prywatności mieszkańców, a wiele z tych sędziwych przybytków chronionych jest sposobami, o których wolelibyście nie wiedzieć.
Ja chciałem je poznać.
Obserwowałem budynek Kliniki Świętego Bafometa z bezpiecznej odległości, udając pochłoniętego tym, co słyszę w trzymanym przy uchu telefonie komórkowym. Fantastyczny wynalazek, swoją drogą, dzięki niemu można stanąć gdzie bądź z pustym wyrazem twarzy. Okazało się, że nie ma sensu nawet zbliżać się do frontowych drzwi kliniki. Dzięki Wzrokowi bariery broniące dostępu nie stanowiły dla mnie przeszkody. Były to zabezpieczenia, po zetknięciu z którymi intruza nie dałoby rady zidentyfikować. Wyobraźcie sobie ogromne, magiczne potrzaski na człowieka, zaopatrzone w wielkie zęby oraz inne elementy tnąco-miażdżące. Właśnie takich zabezpieczeń można oczekiwać w klinice specjalizującej się w leczeniu nienaturalnych i koszmarnych przypadłości, chorób, których istnienie nie powinno wyjść na światło dzienne.
Postanowiłem włamać się do sąsiedniego budynku, mieszczącego gabinety fachowców z jeszcze węższej dziedziny. "Dr De i Synowie oraz Synowie" zajmowali się egzorcyzmami agresywnymi - ze wszech miar agresywnymi. Ich hasło reklamowe brzmiało: "Skuteczna eksmisja - gwarantowany przepadek sił nieczystych". Osłony tego lokalu były bardzo mocne, jednak nastawione bardziej na zatrzymanie gości wewnątrz niż uniemożliwienie im wejścia, co opierało się na logicznym skądinąd założeniu, iż tylko wariat pchałby się w takie miejsce z własnej woli. Większość wrzeszczących i opierających się pacjentów zaciągano tam przemocą. Z drugiej strony, ja nie należę do większości. Schowałem telefon, rozejrzałem się po ulicy, ale zajęci własnymi sprawami przechodnie nie mieli czasu zwracać uwagi na takiego nikogo jak ja. Przemknąłem w wąski, wyludniony zaułek przy lecznicy doktora De i uaktywniłem żywy pancerz.
Zwykle pozostaje w stanie uśpienia jako mój amulet - celtycki naszyjnik w formie obręczy. Nie widzi go nikt poza członkami naszej rodziny oraz siódmymi synami siódmych synów. (Tych ostatnich nie ma zbyt wielu w obecnych czasach. Skutek złej polityki prorodzinnej, moim zdaniem). Wyrecytowałem bezgłośnie aktywujące Słowa, a żywy metal z ozdoby rozlał się po ciele, okrywając mnie od stóp do głów. To bardzo przyjemne uczucie - jakbym zakładał ulubiony ciepły płaszcz. Gdy warstwa złota pokrywa moją głowę wraz z twarzą, od razu lepiej widzę, także rzeczy kryjące się przed wzrokiem nawet szczególnie wyczulonych ludzi, do których sam należę. Czułem się silniejszy, miałem wyostrzone zmysły, byłem pełen sił witalnych, jakbym z przyjemnego rozleniwienia przeszedł w stan gotowości. Jakbym mógł stawić czoła całemu cholernemu światu i sprawić, by rozbeczał się jak dziecko.
Zbroja jest tajemną bronią rodziny Droodów. Umożliwia nam wykonywanie obowiązków. Każdy członek rodu dostaje po narodzinach swój własny amulet, który na zawsze wiąże się z naszym systemem nerwowym i duszą. W pancerzu jesteśmy nietykalni, chroni nas przed atakami zarówno fizycznymi, jak i magicznymi. Dzięki niemu zyskujemy siłę, szybkość, a także stajemy się niewykrywalni. W każdym razie zazwyczaj.
W zbroi przypominam żywy posąg, złoty i wspaniały, pozbawiony ruchomych połączeń, odrębnych elementów, o gładkiej, litej powierzchni bez jednego słabego punktu. Nawet w masce nie ma otworów na oczy, usta czy nos. Nie potrzebuję ich. Pancerz stapia się ze mną w jedność, jest mną. Niczym druga skóra chroni mnie przed niebezpieczeństwami świata zewnętrznego.
Osłona pozwoliła mi zobaczyć wielkiego demonicznego psa strzegącego tylnych drzwi lecznicy. Kruczoczarna, wielka jak autobus góra mięśni leżała rozciągnięta na brukowanym podwórzu, od czasu do czasu podejrzliwie lustrując okolicę płonącymi piekielnym ogniem ślepiami, osadzonymi w płaskim, dzikim pysku. Bestia obgryzała leniwie ludzką kość udową, na której brunatniły się jeszcze resztki mięsa. Wokół leżało więcej gnatów, w większości rozłupanych i wylizanych ze szpiku. Na ułamek sekundy naszła mnie ochota, by podnieść jedną z kości i rzucić ją z komendą "aport!". Ot tak, żeby zobaczyć, co się stanie. Ale zwalczyłem pokusę. W końcu jestem zawodowcem.
Podszedłem do demonicznego brytana. Nie mógł mnie zobaczyć, usłyszeć ani wyczuć. Całe szczęście, bo nie szukałem zwady. W każdym razie nie z czymś tak wielkim i piekielnie groźnym. Przemknąłem obok ostrożnie, by go nie dotknąć. Nawet pancerz ma swoje ograniczenia. Przyjrzałem się zamkniętym drzwiom. Bardzo stare, zaopatrzone w złożone zabezpieczenia. Bułka z masłem. Sięgnąłem złotą ręką za złotą pazuchę. Przeszła przez zbroję, jakby była z wody. Wydobyłem Dłoń Chwały, przygotowaną dla mnie specjalnie na tę okazję przez rodowego Zbrojmistrza. Dłoń Chwały to odcięta ręka wisielca, poddana różnym nieprzyjemnym zabiegom, tak aby palce stały się swego rodzaju świecami. Po podpaleniu opuszków, oczywiście w odpowiedni sposób oraz wypowiadając właściwe Słowa, Dłoń Chwały umożliwia otwarcie każdego zamka, a także odkrycie każdego sekretu. Nasza rodzina pozyskuje materiał na artefakty z ciał pokonanych wrogów. Zwłoki takie wykorzystujemy także do innych okropieństw, co stanowi kolejny powód, aby unikać zatargów z nami.
Zapaliwszy palce, wyrecytowałem bezgłośnie Słowa. Demoniczny pies uniósł łeb, niuchając podejrzliwie. Zamarłem w bezruchu, aż bestia uspokoiła się i powróciła do obgryzania kości. Zamek był już otwarty, pchnąłem więc skrzydło. Brytan nie mrugnął nawet. Wszedłem do środka, delikatnie zamykając za sobą drzwi. Usłyszawszy szczęk zapadki zamka, odetchnąłem z ulgą. Dzięki zbroi prawdopodobnie dałbym radę demonicznej bestii, ale nie zamierzałem tego sprawdzać bez potrzeby. Demoniczne psy są tresowane do atakowania dusz.
Schowałem artefakt i rozejrzałem się wokół. Lecznica była ciemna, ponura, a gołe ściany korytarza znaczyły zacieki wilgoci oraz różnych płynnych substancji. W nagą kamienną posadzkę wmontowano kratki ściekowe. Idąc korytarzem, czułem się jak w rzeźni dusz. Bez wątpienia było to miejsce, gdzie nagminnie działy się różne złe rzeczy. Czyli po prostu zwyczajne miejsce pracy.
Przemknąłem korytarzem aż do łagodnego zakrętu, za którym otwierał się przestronny hol. Wzdłuż ścian stały rzędy klatek, z których każda mogła pomieścić mężczyznę, kobietę lub dziecko. Pręty, podobnie jak sztaby, wykonano ze srebra. Jedyne światło pochodziło z paleniska znajdującego się na odległym końcu holu. Tkwiące w żarze specjalistyczne narzędzia o długich trzonkach roztaczały wokół czerwonawą poświatę. Podążyłem wąskim przejściem pomiędzy klatkami, nie rozglądając się na boki. Nie było tu niewinnych istot. Nawiedzonych, marionetki piekieł, przyprowadzano tutaj w celu uzdrowienia. A cel uświęcał środki.
Większość lokatorów klatek nie dostrzegała mnie i nie reagowała. Jednakże jedna z ciemnych sylwetek uniosła zdeformowaną głowę i wpiła we mnie spojrzenie oczu złotych niczym moja zbroja. Wzdrygnąłem się, kiedy przemówiła. Brzmiała jak anioł-syfilityk, jak róża toczona rakiem, jak panna młoda o waginie uzbrojonej w kły. W zamian za uwolnienie kusiła obietnicami rzeczy cudownych, a zarazem strasznych. Nie zatrzymałem się. Zza pleców dobiegł mnie jej śmiech. Śmiech małego dziecka.
Zaznajomiwszy się wcześniej z rozkładem pomieszczeń, skierowałem kroki wprost na piętro, gdzie znajdowały się pokoje, w których ozdrowieńcy wracali do siebie. Wszędzie widziałem zarysy ukrytych systemów bezpieczeństwa, gotowych uaktywnić się na najmniejszy ślad obecności intruza. Tylko pancerz zapobiegał włączeniu się alarmów, a co za tym idzie - nieprzyjemnym reperkusjom. Budynek upstrzony był kamerami, w tym na podczerwień, połączonymi z systemem dysz rozpylających wodę święconą. Ale moja zbroja redefiniuje słowo "niepostrzeżenie". Nikt nie mógł mnie zobaczyć, chyba że bym tego chciał.
Szybko odnalazłem ścianę dzielącą lecznicę doktora De i klinikę. Teraz wystarczyło wyciągnąć spod pancerza przenośne przejście. Przyłożone do muru, natychmiast zmieniło się w normalne drzwi zaopatrzone w mosiężną klamkę. Przekroczywszy próg, zerwałem przejście ze ściany po drugiej stronie. Skurczyło się błyskawicznie, przyjmując formę gumowej kuli materii, której natura przechodziła możliwości mojego pojmowania. W takiej postaci bez trudu mieściło się w kieszeni. Nasza rodzina posiada najlepsze gadżety. Pozostawało mi już tylko kierować się zapamiętaną z planów drogą do pokoju, gdzie przebywał Prezydent.
Nie, nie ten prezydent, o którym myślicie. Absolutnie nie. Musicie wierzyć mi na słowo.
Jasno oświetlone pomieszczenia pomalowano na wesołe kolory, jednak poziom zabezpieczeń nie ustępował tym z lecznicy doktora De. Także i tu rozmieszczono wszędzie kamery. Niewielkie urządzenia obracały się we wszystkie strony, a na wysokości kostek błyskały czerwone światełka czujników ruchu. Ja jednak byłem dla nich duchem, systemy nie rejestrowały mojej obecności. W ośrodku unosił się zapach środków dezynfekcyjnych oraz zgnilizny, nie do końca udanie zamaskowany luksusowym kwiatowym odświeżaczem.
Dotarłem na najwyższe piętro, gdzie umieszczano wyjątkowo ciekawe przypadki. Bezszelestnie pokonałem jaskrawo oświetlony korytarz, zatrzymując się tu i ówdzie, by ciekawie kuknąć przez szybki w drzwiach pokojów. Cóż, kto by nie zajrzał? Zapoznałem się wcześniej z historiami chorób przebywających tu ludzi i nie mogłem się powstrzymać przed zerknięciem.
Znany kucharz prowadzący w telewizji własny program znalazł się tu w celu usunięcia nieudanego tatuażu. Ręka tatuażysty omsknęła się w najmniej odpowiednim momencie, zmieniając starą chińską inskrypcję mającą zapewniać szczęście w klątwę wiecznego pecha. W rezultacie szef kuchni znanej restauracji na West Endzie doznał publicznego upokorzenia z powodu zatrucia pokarmowego. Podczas programu na żywo padł ofiarą gwałtownego ataku rozwolnienia, jego sekretne przepisy wyciekły do Internetu, a na dodatek został siedemnastokrotnie trafiony piorunem. We własnej kuchni. Tego rodzaju tatuażu nie da się usunąć laserem. Czekał go długi proces zdzierania skóry z pleców, warstwa po warstwie. Aktualnie sławny kuchmistrz leżał na brzuchu, szlochając w poduszkę. Następnym razem poprzestanie na deklaracji miłości synowskiej lub haśle popierającym ulubioną drużynę futbolową.
W sąsiednim pokoju leżała kobieta cierpiąca na fatalny przypadek braku ciążenia. Musiała zostać przypięta pasami do łóżka, a jej długie włosy unosiły się wokół twarzy. Kolejną salę zajmował jakiś pechowy biedak, który nieopatrznie poszedł na seans spirytystyczny z bardzo otwartym umysłem, w rezultacie czego opętało go tysiąc jeden demonów. Zakutany w kaftan bezpieczeństwa, miotał się po pokoju, obijając o wyściełane ściany, podczas gdy w jego głowie demony walczyły o palmę pierwszeństwa. Najwyraźniej nie przejmowały się, że przy okazji wykańczają swojego gospodarza. Ten pacjent powinien znaleźć się raczej w lecznicy doktora De. Cóż, dostajesz to, za co płacisz.
Inne sale zajmowali: odcięta ręka, która usiłowała wyhodować sobie nowe ciało, Agent Czasu po nieudanej terapii regeneracyjnej, w wyniku której przenicował się na lewą stronę, oraz parchaty wilkołak. Choroba wyznaje zasadę równouprawnienia.
Zajrzałem ostrożnie za zakręt korytarza, gdzie znajdował się pokój Prezydenta. Wejścia pilnował uzbrojony strażnik, aktualnie zaczytany bez reszty w magazynie kulturystycznym. Sprawdziłem ponownie, z tym samym wynikiem. Jeden ochroniarz. Nawet nie udawali, że się starają. Podszedłem do mężczyzny, ucisnąłem szczególny nerw na jego szyi i usnął jak niemowlę. Odsunąłem fotel zagradzający drzwi i usadziłem go w nim. Zerknąłem przez wizjer. Pan Prezydent spał niespokojnie na plecach, a pościel na jego łonie wybrzuszała się wyraźnie. Ciąża może być męcząca, przynajmniej tak mi mówiono. Pani prezydentowa pochrapywała na krześle obok łóżka. Żywy przykład intropatii i wspomagania.
Sięgnąłem pod pancerz do zawieszonej na biodrze kabury. Przez te wszystkie lata Zbrojmistrz zaopatrywał mnie w różnego rodzaju broń, jednak ta, którą miałem przy sobie teraz, była wyjątkowa. Pneumatyczny pistolet igłowy, strzelający pociskami z zamrożonej wody święconej. Cichy i skuteczny.
Nie zawracałem sobie głowy używaniem Dłoni Chwały. Po prostu kopnąłem złotą stopą w drzwi. Otworzyły się z hukiem, a Prezydent usiadł gwałtownie, patrząc wprost na mnie. Nadprzyrodzony płód musiał wyostrzyć jego zmysły. Jednym spojrzeniem ogarnął moją złotą zbroję oraz pistolet i natychmiast zaczął wrzeszczeć, że usiłują go zamordować. Wycelowałem, strzelając do przebudzonej prezydentowej, zanim zdążyła zerwać się z krzesła. Igła trafiła dokładnie w tętnicę szyjną, w której rozpuściła się, mieszając z krwią. Pierwszą damą wstrząsnęły konwulsje, kiedy woda święcona bezpardonowo wypychała z jej ciała demona.
To żona była moim głównym celem. Demon wstąpił w nią, kiedy szanowny małżonek zabawiał się w klaskanki z piekielnicą. Przyczajony, czekał na cesarskie cięcie z zamiarem opętania nadnaturalnego noworodka, dzięki któremu zyskałby materialną formę odporną na wszelkie zabiegi egzorcystyczno-eksmisyjne. Kto wie co planował później. Rodzina nie miała ochoty czekać, by się o tym przekonać.
Widzieliśmy "Omen".
Prezydentowa padła na czworaka wstrząsana drgawkami, a jej mąż oniemiał zszokowany. Z ust, nosa i oczu kobiety polały się strumienie czarnej mazi, ściekając po twarzy niczym smoliste łzy. Substancja wypływała z niej coraz obficiej i szybciej, tworząc na podłodze kałużę. Ciemna plama ektoplazmy wybrzuszyła się, nabierając kształtów. To demon podjął ostatnią, desperacką próbę uformowania postaci w materialnym świecie.
Z mazi wychynęła przysadzista sylwetka o długich, atletycznych ramionach, szerokich barkach, mocnym torsie oraz rogatym łbie i czarnych jak węgiel ślepiach. Wystrzeliłem igłę, ale choć bestia zaryczała okropnie, nie przestała nabierać cielska. Uparty stwór. Wyłonił się w całości z kałuży, górując nade mną. Strzepnął uzbrojone w szpony ręce i rozwarł paszczę w uśmiechu ukazującym rzędy ostrych kłów. Wyglądał na to, czym był - na okrutnego, złego i potężnego potwora. Odłożyłem broń, formując na opancerzonych knykciach grube, złote kolce. Czasami sprawę trzeba załatwić niedelikatnie.
Demon skoczył ku mnie, zamierzając się szponiastą łapą. Spod zsuwających się po zbroi pazurów sypnęły iskry, ale atak nie wyrządził mi krzywdy. Grzmotnąłem potwora w łeb. Kolce przeorały ektoplazmatyczną czaszkę, rozbryzgując wokół maź. Uderzałem raz za razem, siejąc spustoszenie w cielsku bestii i zmuszając ją do cofania się, podczas gdy najmocniejsze ciosy przeciwnika odbijały się od mojego pancerza. Chwyciłem jedno z młócących czarnych ramion, napiąłem mięśnie i z całej siły szarpnąłem. Demon zawył, niezdolny powstrzymać dalszego rozpadu okaleczonego ciała. Czarna masa straciła kształt, przemieniając się na powrót w smoliste kałuże gnijącej ektoplazmy, a wrzeszczący demon został wessany do piekła.
Łapiąc oddech, strząsnąłem z pięści resztki mazi. Zaletą eliminowania piekielnych istot jest brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Poszukałem wzrokiem Prezydenta. W trakcie zamieszania wyskoczył z łóżka i teraz kulił się przerażony w kącie pokoju. Jęknął ze strachu, napotykając moje spojrzenie. Sięgnąłem po broń i wystrzeliłem w niego igłę. Woda święcona dawała gwarancję, że cokolwiek wyciągną z jego łona, będzie to martwe i nie zagrozi naszemu światu. Stęknął, a jego oczy rozszerzyły się w reakcji na zachodzące w organizmie zmiany. Odwrócił wzrok, przeklinając mnie bezsilnie. Przywykłem do tego.
- Naprawdę myślał pan, Prezydencie, że można się przed nami ukryć? - rzekłem. - Następnym razem proszę schować dumę do kieszeni i od razu się do nas zgłosić. A najlepiej niech pan nie grzeszy z diablicami.
Rozdział drugi
Kamera! Akcja! I nogi za pas
Materializacja demona uruchomiła wszelkiego rodzaju alarmy. Syreny, migające światła i całą resztę. Zatrzymałem się tylko na moment, żeby sprawdzić stan żony Prezydenta (nieprzytomna, ubabrana ektoplazmatycznym glutem, ale poza tym w porządku, biedna krowa), a potem kopniakiem otworzyłem drzwi i wypadłem na korytarz. Syreny wyły ogłuszająco, a światła migały gwałtownie w rytmie elektronicznej kakofonii. Gdzie się podziały miłe dla ucha alarmy z dzwoneczkami? To samo z karetkami. I wozami strażackimi. Takie i podobne myśli przychodzą mi nieraz do głowy. Czasem mnie to martwi. W chwili gdy pojawiłem się na korytarzu, w ścianach otworzyły się ukryte ambrazury, z których wysunęły się lufy ciężkiego kalibru. Rzuciłem się do biegu.
Karabiny wystrzeliły jednocześnie. W tak ograniczonej przestrzeni od huku kanonady pękały uszy, a błyski oślepiały. Długie serie pocisków dziurawiły przeciwległe ściany za moimi plecami. Moja zbroja nadal działała w trybie niewidzialności, więc broń mnie nie namierzała. Kamery ochrony nie wykrywały mojej obecności, pokazywały pusty korytarz, jednak strzelcy wiedzieli, że ktoś musi tam być, bo widzieli otwarte drzwi. Dlatego użyli całego arsenału i walili na ślepo. Lufy przesuwały się, plując nieprzerwanym ogniem, ale przypadkowe kule odbijały się od mojego pancerza. W ogóle nie czułem tych trafień.
Wbiegłem w zakręt w momencie, gdy z sufitu opadła gruba żelazna krata, zagradzając mi drogę. Nie zwolniłem, uderzając w nią ramieniem i zatrzymując się gwałtownie, bo choć wygięła się, to nie puściła. Chwyciłem pręty złotymi rękami i rozdarłem kratę jak koronkę. Żelazo rozeszło się z głośnym zgrzytem. Przecisnąłem się przez otwór i pognałem w kolejny korytarz. Zbroja przydaje mi nadludzkiej siły, kiedy takowa jest potrzebna. Ten żywy metal to fantastyczna rzecz. Zostawiłem za sobą karabiny i syreny, ale już słyszałem tupot nóg i gniewne głosy przybliżające się do mnie z wielu kierunków. Czas ukryć się w jakiejś sali i przeczekać, aż rozwrzeszczana tłuszcza przebiegnie dalej.
Pognałem schodami na kolejne piętro i wybrałem drzwi na chybił trafił. Sforsowałem zamek jednym pchnięciem opancerzonej dłoni i wślizgnąłem się do ciemnego pomieszczenia, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Na sali panowała cisza. Znieruchomiałem, otoczony mrokiem, wsłuchując się w hałas, jaki powodowali ludzie przebiegający korytarzem najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Rozległo się wiele chaotycznych okrzyków. Uśmiechnąłem się pod złotą maską. Pierwsza zasada dobrego agenta - zdezorientuj przeciwnika. Teraz wystarczyło zaczekać, aż wszystko się trochę uspokoi, a potem wyjść, minąć strażników niepostrzeżenie dzięki trybowi niewidzialności pancerza i nikt nigdy nie dowie się, że tu byłem. Nagle włączyło się światło. Odwróciłem się, zaskoczony. Pacjent siedział na łóżku prosto jak struna, wpatrując się wprost we mnie.
Przecież to niemożliwe. Owszem, Prezydent mnie widział, ale tylko dlatego, że nosił w sobie demona. Jednak dwa takie wypadki jednej nocy to rzecz niesłychana. Przyskoczyłem do łóżka, unosząc ostrzegawczo złotą pięść. Pacjent odsunął rękę od przycisku alarmowego. Oniemiałem, rozpoznając, kogo mam przed sobą, gapiąc się spoza złotego wizjera. Nic dziwnego, że mnie widział. Pacjentem bowiem okazał się Karma Katecheta.
Żywa legenda, Karma Katecheta wiedział wszystko, co wiedzieć można o systemach magicznych, rytuałach i formach mocy. Był chodzącym ucieleśnieniem każdego źródła na temat mistyki, każdej zakazanej księgi, mrocznego i tajnego traktatu o tym, jak w siedmiu prostych krokach wyrządzić drugiemu człowiekowi straszne rzeczy. Został ukształtowany w ten sposób jeszcze w łonie matki przez odrażające byty. Jego postać, sposób funkcjonowania i przeznaczenie ustalili z wyprzedzeniem potężni magowie i mistrzowie numerologii. Miał w pamięci wszystko, od kabały po "Necronomicon", od Ewangelii Judasza po "Kantyki Heroda". Każde zaklęcie, każde dzieło, każde pojęcie.
Mój ród od lat pragnął dostać Karmę w swoje ręce, ale całe dekady minęły, odkąd ktoś go widział ostatni raz. Przechodził z rąk do rąk ludzi marzących o władzy, wykradany, porywany, sprzedawany i kupowany, bo żadne z ugrupowań nie było w stanie zatrzymać go na dłużej. Problem w tym, że za dużo wiedział, a trzeba było zadać odpowiednie pytanie, by otrzymać oczekiwaną odpowiedź. Chodząca encyklopedia straszliwej wiedzy. Encyklopedia, ale nie indeks. A teraz miałem go w garści. Gdybym tylko mógł go ze sobą zabrać... Nie, za dużo kłopotu. Jego talent mógł zakłócić działanie trybu niewidzialności zbroi. Przez niego zostałbym zauważony, spowalniałby ucieczkę... Nie, powiem tylko, że tu jest, i zostawię rodzinie decyzję, co z tym zrobić.
Gdyby to ode mnie zależało, zrzuciłbym bombę taktyczną na Harley Street tylko po to, by się go pozbyć ostatecznie. Istnieje coś takiego jak nadmiar wiedzy. Karma Katecheta znał setki sposobów, by zniszczyć świat, nie mówiąc o zakłóceniu rzeczywistości, jednak rodzina nigdy nie pozbyłaby się czegoś tak wartościowego. Pragnęli informacji, które posiadał, tak samo, jak pragnęli tego inni.
Mógłbym go po prostu zabić, nie bacząc na konsekwencje, ale... z bliska nie wyglądał przerażająco. Przeciętny, drobny facet w średnim wieku, który już stracił większość włosów. Miał miękkie rysy, miłą twarz, nieobecny wyraz oczu i nieśmiały uśmiech. Niedopięta koszula klasycznej piżamy w pasy ukazywała kępkę białych włosów na torsie. Wyglądał na zmęczonego, smutnego i całkiem bezbronnego. Wzbudzał współczucie - niewiele miał z życia, i to nie na własne życzenie. Nie jego wina, że był żywym zapalnikiem apokalipsy.
- Nie rób mi krzywdy - poprosił z nieomal dziecinną biernością.
- Ciii. Trzymaj język za zębami, a zaraz sobie pójdę. Dlaczego tu jesteś, tak swoją drogą?
- Bo nie potrafię trzymać języka za zębami - oświadczył ze smutkiem. - Zostałem uwarunkowany, przeprogramowany, a moje parametry działania zmienione i coś poszło nie tak. Teraz, jeśli ktoś zada mi pytanie, muszę odpowiedzieć bez względu na to, czy pytający zna hasło dostępu, czy nie. Stałem się potencjalnym zagrożeniem. - Nagle jego oczy rozszerzyły się z przerażenia. - Dowiedzą się, że rozmawialiśmy! Dowiedzą się, że pytałeś mnie o przyszłość! Nic ci nie powiem! Nie powiem!
Zacisnął zęby tak, że zazgrzytały. Wstrząsnęły nim drgawki, wygiął się, wytrzeszczył oczy, a potem opadł bezwładnie na materac i znieruchomiał, wydając jedno smutne tchnienie. Sprawdziłem puls. Był martwy. Trucizna w zębie, jak rany. Myślałem, że przestano tego używać w latach sześćdziesiątych. Właśnie na moich oczach zabił się człowiek, a ja nawet nie wiedziałem dlaczego. Uważał, że mogę go o coś zapytać, a ja nie miałem pojęcia, o co. Ucieczka winnym czyni i tak dalej.
Przyszło mi do głowy, że masa ludzi się zdenerwuje, iż tak cenne źródło informacji, jakim był Karma Katecheta, zostało utracone. I że stało się to przeze mnie. Doszedłem do wniosku, że lepiej pominąć ten incydent w raporcie.
Wsłuchałem się w odgłosy za drzwiami. Syreny nadal dzwoniły swymi elektronicznymi sercami, ale gorączkowy tupot zniknął w oddali. Uchyliłem skrzydło i wymknąłem się na korytarz. Poruszenie drzwiami natychmiast wzbudziło reakcję karabinów, które wysunęły się i otworzyły ogień. Popędziłem z nadnaturalną prędkością, której przydawała mi zbroja, śmiejąc się z deszczu kul szkodzącego mi nie bardziej niż zwykły deszcz.
Dotarłem do końca korytarza i jednym susem pokonałem schody na niższe piętro. Moje opancerzone nogi ugięły się, niwelując impet lądowania, a ja nie mogłem przestać się śmiać. Czasami ta robota jest naprawdę cholernie fajna. Pognałem kolejnym korytarzem, poruszając się tak szybko, że broń ukryta w ścianach nie zdążyła się uaktywnić. Dotarłem do kolejnych schodów i zatrzymałem się, bo na górę biegł oddział uzbrojonych i opancerzonych strażników. Zawróciłem. Mógłbym przedrzeć się przez nich. Nawet nie wiedzieliby, co ich atakuje. Mógłbym zabić bez zadyszki, ale nie robię takich rzeczy. Jestem agentem, nie zabójcą. Ci strażnicy nie należeli do kręgu zła. Byli tylko najemnikami. Pewnie nie wiedzieli nawet, co dzieje się na najwyższych piętrach, objętych zakazem wstępu. Prawdopodobnie uważali Klinikę Świętego Bafometa za jedną z wielu klinik dla bogatych dziwaków.
Zabijam, kiedy muszę. Ale zazwyczaj nie muszę. Więc tego nie robię.
Znalazłem windy, opancerzonymi rękami rozsunąłem oporne drzwi i skoczyłem do szybu. Spadałem, przytrzymując się tylko złotą dłonią kabla, żeby lecieć prosto. Iskry spod mojej ręki rozjaśniały mrok kanału jak fajerwerki. Na dole wylądowałem z wielkim hukiem, ale nie poczułem niczego. Ponownie siłą rozsunąłem drzwi, wyszedłem do holu... wprost na czekającego tam na mnie dowódcę straży Świętego Bafometa. Odkąd ujrzałem jego nazwisko w dokumentach misji, miałem nadzieję, że uniknę spotkania. Nie byłoby pierwsze.
Zakląłem. Oczywiście w duchu, nie na głos. To mogłoby zostać odczytane jako słabość, a Droodowie nie okazują słabości. Wszystko zależy od postawy, pamiętacie?
Dlatego też ostentacyjnie rozluźniłem się i powitałem go swobodnym skinieniem głowy. Wiedziałem, kto to jest, wiedziałem, kto to być musi, choć jego twarz i sylwetka nie były mi znajome. Mój długoletni przeciwnik, Archibald Odrzyskóra, w swojej nowej postaci - wielkiej, muskularnej i uzbrojonej po zęby. Rozpoznałem go tylko po Amulecie Kandariańskim, który wisiał mu na szyi. Kawał kamienia z wyrytymi znakami, pozostałość po rasie zmiecionej z powierzchni ziemi tysiące lat temu, całkiem zasadnie zresztą. Amulet pozwalał Odrzyskórze przenosić swoją duszę z ciała do ciała. Wieść niosła, że facet trzymał w zapasie kilkanaście ciał pozostających w czymś w rodzaju letargu, na wypadek gdyby aktualnie wykorzystywane odniosło zbyt dużo obrażeń i nie nadawało się do użytku.
Archibald był seryjnym nawiedzaczem, spirytystycznym gwałcicielem i nie obchodziło go, co dalej dzieje się z ciałami, które porzuca. A mnie owszem, obchodziło, tyle że nie zawsze mogłem coś na to poradzić. Zabijałem już Odrzyskórę w razie absolutnej konieczności, ale ciała okazywały się puste. Nie wiem, jak wyglądał pierwotnie, wątpię, by sam to pamiętał po tylu zmianach. Ujrzawszy mnie dzięki temu przeklętemu amuletowi, zmarszczył groźnie brwi. Dostrzeżono mnie trzy razy w ciągu nocy... Zaczynałem się czuć odrobinę zbyt eksponowany.
- Tu nie wolno wchodzić nikomu - rzekł Archibald sucho. - Nawet potężnym i wspaniałym Droodom.
Nie mogłem się nie uśmiechnąć.
- My możemy wchodzić wszędzie, Archie, wiesz o tym.
- Co tu robisz, Drood? Już nawet szpitale nie są od was bezpieczne?
- Zabawne, szczególnie w twoich ustach, Archie. Od kiedy to przejmujesz się bezpieczeństwem niewinnych? Droodowie wchodzą wszędzie, gdzie wejść muszą, by zrobić to, co zrobić muszą. Zmieniłeś image, Archie? Wielki brutal na sterydach to coś nowego. Zwykle wybierasz młodszych i... ładniejszych.
- Jest trochę za długi w rękach - wzruszył ramionami Archie - ale świetnie nosi ciężary. Poza tym ostatnio tak szybko się zużywają...
Z rozmysłem postąpiłem krok w przód. Nie drgnął.
- Odsuń się, Archie. Wykonałem swoje zadanie, nie ma sensu robić kłopotów.
- Zawsze przejmowałeś się ciałami, które noszę - rzekł, uśmiechając się kradzionymi ustami. - To twój słaby punkt.
- Odsuń się. Bo cię uszkodzę.
- Nie ma mowy. Zawsze chciałem zabić Drooda.
Otworzył ogień z karabinu maszynowego, zasypując mnie gradem kul, które odbijały się od mojej piersi i twarzy. Podszedłem spokojnie i wytrąciłem mu broń z ręki. Zaatakował mnie jarzącym się sztyletem, ale zaklęcia nałożone na klingę zdziałały tyle, że gdy przesunęła się po moim gardle, poszły iskry. Próbowałem chwycić jego amulet, ale w ostatniej chwili wysmyknął mi się z ręki. Musiał mieć naprawdę silną ochronę.
Archie z całej siły uderzył mnie w głowę. Usłyszałem trzask łamanych knykci. Nawet nie drgnąłem. Złapałem go za ramiona i cisnąłem o najbliższą ścianę. Grzmotnął tak mocno, że aż jęknęło i posypały się kawałki tynku. Myślałem, że już po wszystkim, i chciałem przejść obok niego, ale nadwyrężając niebezpiecznie swoje ciało, wstał, a w jego rękach pojawiła się lepka substancja, rodzaj bardzo silnie przylegającego plastiku. Cisnął nim w mój opancerzony tors i plastik przykleił się natychmiast. Zaśmiał się chrapliwie, obserwując, jak bezskutecznie usiłuję pozbyć się lepkiej substancji. Szyderczo pomachał mi przed oczyma detonatorem.
Na piersi miałem kawał plastiku zdolny wysadzić w powietrze większość piętra. Zbroja wytrzymałaby, ale siła wybuchu niemal na pewno spowodowałaby zawalenie się wyższych kondygnacji. Setki ofiar śmiertelnych, może nawet więcej, w większości prawdopodobnie niewinnych. Archiemu było to obojętne, po prostu przeskoczyłby do kolejnego ciała. Zabiłby tylu ludzi, żeby się potem chwalić zgładzeniem Drooda. Ich los był mu obojętny. Ale mnie nie.
Chwyciłem Archiego za ramiona i przycisnąłem do piersi. Wyrywał się, ale z łatwością przytrzymałem go złotym ramieniem. Zrozumiawszy, co zamierzam zrobić, wrzasnął w bezsilnej złości, a ja tymczasem zacisnąłem wolną rękę na trzymanym przez niego detonatorze i nacisnąłem guzik.
Mój wizjer pociemniał na moment, chroniąc oczy przed rozbłyskiem, a maska osłoniła narażone na huk uszy. Kiedy znów mogłem widzieć normalnie, otaczały mnie dym, gruz i ochłapy kradzionego ciała Archibalda Odrzyskóry. Moja zbroja i jego ciało przyjęły na siebie większość impetu eksplozji, więc choć ściany były podniszczone, ich konstrukcja nie została naruszona. Szpital się ostał. Archiego oczywiście nie było, jego dusza wraz z amuletem uciekła do następnej kryjówki. Nie wątpiłem, że pewnego dnia ujrzę ponownie i Archibalda, i jego amulet.
I znów usłyszałem zbliżający się ku mnie szybko tupot stóp. Tutejsi strażnicy nie dawali za wygraną. Wyjąłem z kieszeni przenośne przejście i rzuciłem je na posadzkę, gdzie natychmiast zmieniło się w klapę. Uniosłem ją, wskoczyłem do piwnicy i zdjąłem przejście z sufitu. Pozostawiając strażnikom przekopywanie gruzów w poszukiwaniu moich szczątków, spokojnie wyminąłem ich, kierując się ku najbliższemu wyjściu.
Okazały się nim tylne drzwi. Wymknąłem się cichutko na podwórko, którego pilnował piekielny pies doktora De. Głośny alarm w sąsiednim budynku zwrócił jego uwagę. W potężnym gardle wibrował głuchy warkot, niczym grzmot, bliski i groźny. Pies rozwarł szczęki, ukazując kły w takiej ilości, że wydawało się to fizycznie niemożliwe. Wpatrywał się w drzwi, które uchyliłem, ale nie mógł mnie zobaczyć, usłyszeć czy wyczuć. Przytrzymałem więc skrzydło, pozwalając demonicznemu psisku wbiec do budynku kliniki. Strażnicy na pewno zadbają, by go czymś zająć. Staram się bardzo, ale nie zawsze jestem miły. Zamknąłem ostrożnie drzwi za psem i ruszyłem przed siebie.
Wyłączyłem zbroję, która natychmiast stała się złotą obrożą. I znów byłem tylko człowiekiem, podlegającym ludzkim ograniczeniom. Czasami to naprawdę ulga. Opuściłem zaułek, wychodząc niespiesznie na Harley Street. Ulicą przechodzili ludzie, nie domyślając się nawet, że właśnie za ich plecami zmieniły się losy świata. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Znowu stałem się anonimowym sobą. Nikt nigdy nie ujrzał twarzy Drooda, czasami niektórym udaje się zobaczyć złotą zbroję. Wystarczy, że świat jest bezpieczny; ludzie nie muszą wiedzieć, kto stoi na straży.
Mogliby nie pochwalać niektórych z naszych metod.