Człowiek zalękniony. Moja podróż do źródeł lęku - Daan Heerma van Voss

-
Proszę czekać

1

Kwiaty

Daję D. kwiaty, a ona zaczyna płakać. Łzy płyną powoli. Stoimy w naszej kuchni, moja dziewczyna - od ponad pięciu lat - i ja, w scenografii, którą wspólnie budowaliśmy, deska po desce i szafka po szafce. Przyjmuje bukiet i z pochlipywaniem odcina końcówki łodyg. Stuknięcia noża o deskę są delikatne, ale zdecydowane. Zdjęty strachem przed tym, co zaraz się wydarzy, gapię się na lodówkę: na zdjęcia naszych wspólnych znajomych, którzy w ostatnich latach wzięli ślub, na kartki z okazji narodzin dzieci, które zdążyły już poznać nasze imiona, na losy, których częścią jesteśmy. (Czasami wyobrażamy sobie, że kiedyś też wylądujemy na czyjejś lodówce).

D. mówi, że od kilku tygodni czuje się bezradna. Co prawda nie obwinia mnie wprost, ale nie ulega wątpliwości: to przeze mnie. Ze wstydem słucham krótkich zdań opisujących moje zachowanie; nikt nie stworzy równie przejrzystej i bolesnej anamnezy co ukochana osoba. Źle sypiam, często trzeba mnie uspokajać, wzdragam się na myśl o każdym spotkaniu poza domem. Gdy wychodzę na dwór, naciągam kaptur bluzy na czoło. W nocy szczękam zębami, a rano budzę się spłoszony i zlany potem. Kiedy D. wstaje, zawsze próbuję ją nakłonić, żeby jeszcze chwilkę poleżała, tylko trochę, chwileczkę. Robi mi się lepiej wyłącznie wieczorem, ponieważ udało mi się wytrzymać kolejny dzień i najwidoczniej oczekuję za to jakiegoś medalu.

Ale chyba FUNKCJONUJĘ?

Jej zdaniem nie.

"Przecież przychodzę na umówione spotkania".

"Codziennie na schodach masz atak paniki".

"Słyszysz to?"

D. przewraca oczami. Wiem, że słyszy moje dyszenie, a ona wie, że ja wiem. Być może za każdym razem mam nadzieję, że wyjrzy na klatkę schodową, może po prostu nie potrafię inaczej. Może po prostu dramatyzuję?

"Coś mi się zdaje, że boisz się nawet usiąść do pisania".

D. ma rację. Zbyt długo żyłem swoją pracą. Euforia, zastrzyk dopaminy po dotrzymaniu terminu kazał mi ciągle brać nowe zlecenia. Kiedy dostrzegłem ten schemat, postanowiłem, że nie zrezygnuję zbyt szybko, i natychmiast przyjąłem kilka kolejnych. Efekt był taki, że któregoś dnia - minęło od niego już parę miesięcy - całkowicie mnie odcięło. Od wszystkiego. Nie miałem żadnych nowych planów ani pomysłów, ale nie odczuwałem też spokoju czy choćby znudzenia. Zero skupienia, ale też zero odprężenia. Rozedrgana inercja, nerwowe nicnierobienie, które tylko mnie wykańczało. Przyjaciele, którzy ułożyli sobie życie, mamrotali pod nosem coś o różnych hobby w rodzaju rąbania drewna albo majsterkowania i patrzyli na mnie wyczekująco. Nie chciałem ciągle opowiadać o swoich uczuciach, a każdy inny temat wydawał mi się banalny lub nawet fałszywy, więc mało się odzywałem w towarzystwie. D. coraz bardziej żałowała, że inni nie widzą, "jaki jestem fajny". W pewnym momencie przestała tak mówić.

Zaszywałem się w swoim pokoju, który nie zasługiwał już na miano "pokoju do pisania". Włączałem podcasty i wiadomości, otaczałem się mgłą miłych, nigdy niemilknących głosów o wybranym przeze mnie natężeniu.

Dopóki rozbrzmiewał głos, nie musiałem się bać.

Dopóki trwał wieczór, nie musiałem się bać.

Dopóki była ona, nie musiałem się bać.

Poznaliśmy się przypadkowo, w jakiejś kawiarni. Tego pierwszego wieczoru rozmawiała ze mną, ale na mnie nie patrzyła, jej brak zainteresowania graniczył z wrogością. Naśladując tę agresywność, poprosiłem ją o numer telefonu. Zakochałem się w niej jak nigdy dotąd - gwałtownie, bezwarunkowo. Zakochałem się w tym, jak wyglądała, w jej stanowczości, w tym, jak imitowała dopiero co poznanych ludzi, jak nie umiała wymówić słowa "flanela", w jej wysokich standardach, które czasem mnie przytłaczały, ale pozwalały wierzyć, że jeśli zdołam ją uszczęśliwić, to nie okażę się nieudacznikiem. A ona - jak mi opowiedziała - przede mną nigdy jeszcze nie kochała żadnego mężczyzny. Na Sycylii, na naszych pierwszych wakacjach, codziennie stawialiśmy to drugie przed wyborem: jeszcze dziesięć dni czy dziesięć lat? Mogliśmy pozwolić sobie na tę grę, bo zawsze znaliśmy odpowiedź. To jedna strona naszej opowieści.

Druga wiąże się z czymś, co opisałem w swoim dzienniku na krótko przed poznaniem D. "Są okresy, kiedy nie jestem w stanie prowadzić normalnej, sensownej rozmowy - zbyt przybity, za bardzo wystraszony itd.", pisałem. "Czuję, jaki to ciężar dla innych. A potem mam już tylko nadzieję, że nie zauważą mojego milczenia, że przez chwilę nie będą mnie widzieć, że stanę się niewidzialny. Najbardziej się boję, że w końcu unieszczęśliwię osobę, która kocha mnie najbardziej". Takie okresy, kiedy moja skłonność do lęku przeradzała się w panikę, trwały po kilka tygodni, a do tego dochodziły jeszcze pojedyncze dni rozrzucone w całym roku. Problemem nie była jednak ich łączna długość - nie żeby pomiędzy nimi brakowało lekkości, bo i ona istniała - ale nieprzewidywalność.

Zdaniem D. czasem wyglądało to tak, jakbyśmy się chowali przed burzą, której nadejścia nie widzieliśmy. Aż nagle stawała się nieunikniona i nie mogliśmy przed nią uciec.

A D.? "Nie jestem z tych troskliwych". Powiedziała mi tak chyba w pierwszym miesiącu naszego związku. Był chłodny, niedzielny poranek, orzechy na placu straciły wszystkie liście, chmury wisiały nisko. Przestraszyłem się tej rzuconej mimochodem uwagi. Czy coś przeczuwała?

"To dobrze, bo ja nie z tych, o których trzeba się troszczyć", odpowiedziałem więc po chwili.

Miałem ogromną nadzieję, że mówię prawdę.

Dziś w kuchni zarzuciłem D. fatalistycznymi pytaniami - "Poprawi mi się?", "Czy to kiedyś się skończy?" - oczekując od niej uspokajających odpowiedzi, których udzielała machinalnie.

D. długo mi się przygląda i z widocznym trudem mówi, że mnie nie poznaje. Nie jestem już tym, w kim się zakochała.

"Ale nadal tym, którego kochasz?"

"Oczywiście. Tylko czy miłość wystarczy?"

Miesiąc temu wynajęła biurko do pracy, żebyśmy za dnia nie byli jednocześnie w domu. Tyle że kiedy wracała wieczorem, zastawała mnie w takim samym stanie, w jakim byłem, gdy wychodziła rano. Eksperymentowaliśmy na małą skalę, żeby tylko nie rozważać wielkich zmian kursu.

Dzisiaj D. nosi czerwoną, sportową bluzę, którą kupiliśmy razem w Berlinie, i dżinsy. Obserwowałem, jak spiera się z nich kolor. Mógłbym oznaczyć datą i komentarzem każdy element jej postaci. Łzy jednak mnie zaskakują. Owszem, widziałem je wcześniej. Podążają za mną. Moje poprzednie dziewczyny płakały dokładnie tak samo. Te łzy są związane ze mną, w pewnym sensie wciąż na nowo je wypożyczam, nieświadomie, nie umiejąc się przed tym powstrzymać, samemu nie płacząc.

D. proponuje, że na jakiś czas się wyprowadzi. Opadam na próg oddzielający salon od kuchni i zaczynam głęboko oddychać, dwie sekundy na wdech, trzy na wydech, tak jak mnie uczono. "Tak będzie lepiej, naprawdę", mówi. "W ten sposób będę mogła znów odnaleźć siebie".

Kładę dłoń na drewnianej podłodze, jakbym szukał bicia serca, dowodu, że nasz dom nadal jest w stanie przeżyć. Przez moment wydaje mi się, że czuję ten specyficzny zapach rozgrzanego drewna, opadających trocin z pierwszych tygodni remontu. "Czyli się zagubiłaś? Bo ja dalej wiem, gdzie jesteś".

D. kręci głową, mówi teraz ciszej, a może po prostu jej zdania już do mnie nie docierają, rozumiem tylko pojedyncze słowa: "obolała", "pustka", "zmęczenie".

Wiem, jak wygląda osoba, która chce mnie zranić, znam brzmienie słów, które mają zadać ból - ale to coś innego. Ona odchodzi, żeby ratować siebie. Mówię, że choć ta wiadomość jest dla mnie okropna, to D. musi zapewnić sobie tyle przestrzeni, ile potrzebuje. Wbrew zdrowemu rozsądkowi mam nadzieję, że moja zgoda wystarczy, by D. odetchnęła, że domniemana wspaniałomyślność zadziała na moją korzyść. Że D. jednak zostanie.

"Ciągle jesteś taki wystraszony", odzywa się.

"Jak bardzo wielu innych", odpowiadam. "Na całym świecie".

"Tym bardziej powinieneś dowiedzieć się, czego się tak boją. Musisz coś zrobić, bo inaczej nic z tego nie będzie". Długo patrzy mi w oczy, dostrzegam błysk współczucia. "Pomyśl o tym jak o podróży".

"Wiesz, że nie lubię podróżować sam. Ludzie dziwnie na mnie patrzą".

"No to wymyśl sobie towarzyszy".

"Ale wrócisz?"

"Mam nadzieję. Za jakiś czas".

"Dziesięć dni czy dziesięć lat?"

D. się uśmiecha.

Regularnie wyobrażałem sobie koniec naszego związku. Scenariusze, które odtwarzam - najczęściej po ciemku, przed zaśnięciem - są jak zaklęcia. Jak trucizna, którą zażywam w małych ilościach, by się uodpornić. Ten wyimaginowany koniec, ta ostatnia scena zerwania najczęściej rozgrywa się w domu, w łóżku albo w drzwiach, tylko czasami na ulicy; wymachujemy gwałtownie ramionami. Wspólny mianownik moich fantazji: to ja nie potrafię zapanować nad łzami. Teraz chcę jeszcze coś jej powiedzieć, coś miłego, coś czułego, ale ściska mnie w gardle. Obejmujemy się długo, dużo dłużej niż zazwyczaj, niemal koleżeńsko.

Nazajutrz pomysł staje się planem, a dzień później D. wynajmuje piętro domu od koleżanki. Zmuszam się do zaakceptowania jej poczynań bez dyskusji. Szczerze mówiąc, podziwiam to, że w ogóle obrała jakiś kierunek.

Rano w dniu jej odejścia ustalamy, że się spotkamy: za jakiś czas, we właściwej chwili (nie dopowiadamy kiedy), w naszej ulubionej restauracji. D. odjeżdża na rowerze, zaczyna się obracać, ale zmienia zdanie i patrzy prosto przed siebie. Zostaję sam. Sam, ale w towarzystwie pozostawionej mi przez D. idei podróży. Podróży w poszukiwaniu istoty lęku, jego źródeł, tego, czego może nas nauczyć i jak powinniśmy do niego podejść.

Natychmiast zdaję sobie sprawę, że przyjrzenie się własnym obawom jest badaniem szerzej pojmowanego lęku - choćby dlatego, że to słowo ma wiele znaczeń. Na przykład przytłaczający, przesłaniający wszystko nagły przypływ strachu, który nazywamy paniką. Bardziej stałe, obecne w tle zatroskanie, czyli niepokój. Bardzo konkretny lęk - najczęściej przed jakimś obiektem - okrzyknięty przez nas fobią. Trochę mniej konkretna obawa przed kontaktami międzyludzkimi: fobia społeczna. Wszystkie te zjawiska mają własną historię i były badane przez różnych ludzi. Strachem reaguje każdy organizm, nawet najmniejszy, przed obawą nie ucieknie żaden olbrzym. Czym zatem jest lęk: emocją, stanem świadomości, zagadnieniem filozoficznym, chorobą? To właśnie ta nieuchwytność zawsze mnie fascynowała i frustrowała, ponieważ skutki lęku są rzeczywiste i nieuniknione.

Czeka mnie długa podróż prowadząca do filozofów, artystów, superbohaterów, do osób cierpiących na zaburzenia lękowe i lekarzy, do specjalistów i ekspertów, przez różne miejsca i czasy. Uważam bowiem, że wytyczone ścieżki, liczne analizy i napisane już książki o lęku nie wystarczają - wyodrębniają pojedyncze aspekty zjawiska, które z definicji jest wielogłowe i nieuchwytne. Nie są błędne, lecz niepełne. Podczas własnych poszukiwań spróbuję połączyć te aspekty i stopniowo wyrysować nową mapę, która odda sprawiedliwość ogromowi tego fenomenu. Niewiele będzie na niej prostych dróg. Cel podróży ciągle się zmienia, podobnie jak prowadząca do niego trasa. Trzeba będzie zbaczać na manowce i podążać krętymi ścieżkami, a od czasu do czasu trafiać w ślepe zaułki.

Liczba możliwych do obrania kierunków sprawia, że początkowo trudno mi określić, jak powinien wyglądać pierwszy etap podróży. W pierwszych, cichych dniach po odejściu D. nie wiem, co ze sobą robić. Budzę się wcześnie, na długo przed wschodem słońca. Jest chłodno. D. nadal znajduje się w krwiobiegu naszego domu. Pokoje dalej pachną jej słodkimi, japońskimi perfumami. Robię pranie, składam jej bluzki i skarpetki, starannie, jakby się temu przyglądała. Choć cała przestrzeń należy teraz do mnie, dalej śpię po swojej stronie łóżka.

Któregoś dnia - może w poniedziałek, może w piątek, może rano, może wieczorem - zaprasza mnie do siebie przyjaciel. Niewiele wcześniej postanowił, że zostanie miłośnikiem spędzania czasu na dworze, skutkiem czego nabył dwie stojące na jakiejś francuskiej łące szopy, które nazywa chatkami z bali. Pyta, czy mam ochotę go odwiedzić, a jakby tego było mało, przebywa w regionie Vallée de Mis?re, "doliny nędzy". Innymi słowy, otrzymuję propozycję nie do odrzucenia. Upycham do dwóch walizek książki o lęku i wyruszam. W połowie drogi, w belgijskim przemysłowym Charleroi, gdzie poza widocznymi w oknie mojego rozklekotanego wagonu kłębami szarego dymu towarzyszy mi poczucie, że uciekam przed nieznanym zagrożeniem, zdaję sobie sprawę, że to wcale nie początek mojej podróży. Ta zaczęła się już dawno temu, choć wówczas nie byłem tego świadom.

2

Vallée de Mis?re

Żyje we mnie coś, co nie daje mi spokoju - w chatce z bali raz jeszcze zdaję sobie z tego sprawę, patrząc na spokojne, jednokolorowe łąki i ani na moment nie potrafiąc pogodzić się z ich harmonią. Tu, w Vallée de Mis?re, z wizytą u przyjaciela, nadal bezustannie odtwarzam w głowie czarne scenariusze. Zamartwiam się, źle śpię. Roztrzęsiony i zbity z tropu trzymam się jedynej zasady, jaką sobie wyznaczyłem: nie dzwonić do D. To, co czuję, wiąże się bowiem nie tylko z nią - jest dużo starsze. Odkąd sięgam pamięcią, gdzieś głęboko we mnie tkwi rozmyty, nieokreślony lęk. Zasypiam z nim i z nim się budzę. Jak się dowiedziałem, jestem jednym z wielu, a jednocześnie stanowię osobliwy przypadek.

Niedawno, chcąc przekonać się, ile kortyzolu krąży w moim mózgu, zmierzyłem sobie dwukrotnie poziom tego hormonu stresu. Najbardziej wiarygodną metodą pomiaru jest badanie włosów: ucięty kosmyk bada zespół lekarzy - w moim wypadku z Centrum Medycznego w Amsterdamie i Centrum Medycznego Erazma. Natężenie lęku u przeciętnego Holendra przekłada się na 2,7 pikograma kortyzolu na miligram włosów. Osoby z przewlekłymi problemami psychicznymi dochodzą do jakichś 15 pikogramów. U mnie wyglądało to inaczej.

W pierwszym teście, mierzącym poziom kortyzolu w okresie trzech miesięcy, uzyskałem 34,4 pikograma, czyli mniej więcej trzynaście razy więcej niż średnia. Już to mocno zdziwiło badaczy. Następny test sprawdzał zmiany w okresie kolejnych miesięcy: w tym miałem 74 pikogramy, w poprzednim 87, przedtem 132, a jeszcze wcześniej ponad 200, czyli siedemdziesiąt cztery razy więcej niż średnia. Owszem, z testem wszystko było w porządku - zaintrygowana kierowniczka badania wysłała do laboratorium próbkę własnych włosów. Wyszło jej 0,8. Badacze oniemieli - jeszcze nigdy nie widzieli wyników takich jak moje. Zasugerowali, że może cierpię na rzadkie schorzenie: guza, przez którego moje gruczoły produkują za dużo kortyzolu. Odrzuciłem taką możliwość; nie miałem żadnego guza. Przyjęli to, jako że nie miałem żadnych innych objawów, jakie dawałby guz, a testy zleciłem sam, z ciekawości. Usiłowali więc mnie uspokoić - wynik był tak dziwaczny, że może należało o nim po prostu zapomnieć, musiał się zdarzyć jakiś błąd. Następnie zaproponowali dalsze badania. Nie czułem takiej potrzeby. "Siedemdziesiąt cztery razy?", upewniłem się tylko. "Siedemdziesiąt cztery razy", potwierdzili.

Dziwaczność wyniku niewiele dla mnie zmieniała. Ten lęk istniał we mnie od zawsze, a moje ciało się do tego przystosowało. Przez dłuższy czas wszystko potrafi się układać. Wtedy podróżuję. Wtedy jestem dobrym przyjacielem dla swoich przyjaciół i dobrym ukochanym dla swojej ukochanej. Nic po mnie nie widać. Tyle że czasem, z powodu jakiegoś "zagrażającego" wydarzenia, moja skłonność do lęku nagle przybiera na sile, wyostrza się i konkretyzuje, skupia na jednej myśli, ponurej wizji, która zawłaszcza całą przestrzeń i tlen, a ja przekraczam punkt zwrotny, pewną krytyczną granicę. Wpadam w "to" cały.

Kiedy jestem w "tym", powodem do paniki jest wszystko, co widzę i słyszę. Unikam ulic z wysokimi drzewami, które odbierają światło. Nikt dookoła nie rozumie, co się ze mną dzieje; pogrążam się we własnych myślach. Mój świat ciągle się kurczy. Czas traci swój zwykły rytm, zegarki się zatrzymują. Nie potrafię zasnąć. Godziny się rozciągają, a gdy upłynie kolejny miesiąc, nie pamiętam żadnego dnia. Inni, i bliscy, i obcy, natychmiast zauważają, że tkwię w "tym" po uszy. To wówczas jestem blady i roztrzęsiony, siedzę zgarbiony, ze spiętymi barkami i z zaciśniętymi dłońmi.

Jako że nadejście lęku utrudnia myślenie i analizę sytuacji, potrzebowałem lat, by w ogóle nauczyć się odróżniać "zagrożenie" od natychmiastowej reakcji mojego ciała. Choć właściwie słowo "reakcja" jest nietrafne, bo przyczyna i odpowiedź występują niemal jednocześnie. Często myślałem, że być może sama porażka, nieprzyjemne zdarzenie, które uruchomiło tę reakcję łańcuchową, jest tak naprawdę całkowicie losowa. Może tak czy inaczej szukałbym tak długo, aż znalazłbym inny powód dla uczucia lęku.

O dziwo, gdy coś rzeczywiście może mi grozić, jestem zwykle stanowczy i nieulękniony. I tak na przykład w 2015 roku jako dziennikarz wojenny towarzyszyłem holenderskim żołnierzom Organizacji Narodów Zjednoczonych w Mali. W środku nocy rozległ się alarm powietrzny, wokół obozu zaczęły spadać bomby. Wybuchy rozbrzmiewały głucho, lecz donośnie. Innymi słowy, niebezpieczeństwo było jasne i konkretne, dzięki czemu łatwo mogłem je zaakceptować. Gdy wyjrzałem z namiotu, żołnierze biegli do schronienia. Spokojnie założyłem klapki i ruszyłem w stronę kryjówki, myjąc zęby. Można to porównać z ulgą, jaką czuje hipochondryk, u którego wykryto chorobę. Oczywiście coś mu grozi, ale przynajmniej nie musi już uważać się za wariata. Coś podobnego przytrafiło mi się na początku pandemii koronawirusa; w czasie tych postapokaliptycznych tygodni i miesięcy, kiedy zbiorowym stanem świadomości stały się strach i panika, ja zachowywałem dziwny spokój. Robiłem to, co było konieczne, i wspierałem innych, utrzymywałem nadzwyczajną koncentrację, prawie nie odczuwałem lęku. Działo się raczej coś odwrotnego: wydawało się, że świat dopasował się do mojego trybu kryzysowego.

Pierwszy atak paniki, który pamiętam, miałem w wieku sześciu czy siedmiu lat. Powód: kładka, po której musiałem przejść, by dotrzeć do domu letniskowego mojej mamy. Miała jakiś metr na półtora i leżała nad ciemnym strumykiem, którego głębokości nie potrafiłem oszacować. Jesienne listki z pobliskich lasów utknęły w porośniętych grzybem żłobieniach, drewno było spróchniałe. Pewnego dnia, gdy postawiłem pierwszy krok, kładka zaczęła trzeszczeć. Przeskoczyłem na drugą stronę. W samą porę, pomyślałem. Dzień mijał, a mój lęk opadał.

Jednak tamtego wieczoru, kiedy leżałem w łóżku, bicie mojego serca znów przyspieszyło. Zacząłem dyszeć i się krztusić. Wygramoliłem się spod swojej kołdry w dinozaury, zeskoczyłem z piętrowego łóżka i pobiegłem do lodowatej łazienki. Łzy w oczach zniekształcały obraz, mignął mi kran, bladawe kafelki, stara, podniszczona zasłona prysznicowa, kosiarka, wstawiana zawsze pod prysznic, żeby nie zardzewiała od deszczu. Mama zapukała zaniepokojona, raz, drugi, trzeci, i spytała, czy wszystko w porządku. Choć potwierdziłem, z trudem łapiąc oddech, nie rozumiałem, co się ze mną dzieje.

Duszności i lęk zawsze były dla mnie blisko powiązane.

W pierwszych latach mojego życia problemy z oddychaniem najpierw zaprowadziły mnie do inkubatora, a później regularnie trafiałem przez nie do szpitala. Chorowałem na astmę, pseudokrup, zapalenie krtani i wszelkie inne dolegliwości dróg oddechowych. Nocami często budziłem się wystraszony, rzężący. Mama odkręcała wtedy kran z gorącą wodą, aż cała łazienka zaparowywała. W takiej mgle ponownie łapałem oddech. Jednak ten lekki, autobiograficzny falstart nie jest wystarczającym wyjaśnieniem moich lęków. Kto jeszcze cierpiał w dzieciństwie na duszności? David Blaine, "człowiek nieznający strachu". W trakcie swojej kariery iluzjonisty i kaskadera Blaine, zagorzały wielbiciel Houdiniego, pozwolił się pogrzebać żywcem, spędził ponad sześćdziesiąt godzin w lodowym kokonie i czterdzieści cztery dni bez jedzenia zamknięty w przezroczystej kabinie nad Tamizą. Dlaczego zajął się kaskaderstwem? Postanowił przezwyciężyć duszności. Nawiasem mówiąc, "człowiek nieznający strachu" obecnie już czegoś się boi - że jego córeczka, sprawiająca wrażenie równie nieulęknionej, nie będzie potrafiła dostrzec grożącego jej niebezpieczeństwa.

Mocne powiązanie między dusznościami a lękiem przejawia się także w języku. Niderlandzkie słowo angst (którego warianty występują w niemieckim, duńskim, szwedzkim i norweskim), jak i angielskie anxiety (z wariantami w niemal wszystkich językach romańskich) oznaczające "lęk" wywodzą się z indoeuropejskiego rdzenia angh oznaczającego "zwężanie" lub "zaciskanie". Pochodzi od niego greckie anchein, "dusić", a pierwotne słowo oznaczające "lęk" można rozpoznać także w łacińskim angor, czyli "dławieniu" lub "zwężeniu".

W ostatnich latach zacząłem coraz więcej czytać o lęku, chcąc lepiej zrozumieć samego siebie. Stosy książek rosły, wypełniając mój pokój, podczas gdy ja chwytałem się faktów. Wielkich, takich jak ten, że lęk występuje na całym świecie, i małych, jak ten, że istnieją także obawy specyficzne dla danych kultur. Weźmy chińskie koro - lęk przed kurczeniem się genitaliów i wreszcie zniknięciem ich w brzuchu. Albo japońską chorobę taijin kyofusho - lęk danej osoby, że jej styl lub fizyczna obecność są uciążliwe dla innych. Osobiście lubię inuicki "kajakowy lęk egzystencjalny" - serię napadów paniki wywołaną przez długotrwały brak bodźców podczas wyprawy kajakowej. Jednak żaden odnaleziony fakt nie uwolnił mnie od niepokoju.

Odkryłem za to, że nie jestem sam.

Nad ranem - w dolinie nadal jest ciemno - wyrywa mnie ze snu rozpaczliwy ryk samotnego osła. Natychmiast sprawdzam pogodę w telefonie. Chcę wiedzieć, jak jest w Amsterdamie, czy dni D. są deszczowe, czy słoneczne. Mam nadzieję na to drugie; zapach olejku do opalania, gdy przyciskam nos do jej ramienia.

Po południu wędruję po gęstych lasach, które złowrogo parują po ulewie, wędruję, aż zmęczą mi się stopy. Gdy zapada zmrok, ptaki się chowają, krzewy i zarośla wydają się śpiewać. Mój przyjaciel przyrządza paluszki rybne, które można opisać jednocześnie jako przypalone i niedosmażone, a potem zasiadamy na krzesełkach wędkarskich, palimy cygara i rozmawiamy o minionym dniu, który nie przyniósł nam niczego szczególnego. W weekendy pozwalamy sobie na rozrywkę: udajemy się do knajpy w pobliskiej wiosce, gdzie oglądamy klasyczne wyścigi kolarskie w towarzystwie gościa, który ma pięć zębów i postrzępioną koszulkę z Johnnym Hallydayem. Z rzadka przyjaciel zagaduje mnie o D. Odpowiadam wówczas: "Za wcześnie".

Moje biurko - a tak naprawdę stół piknikowy - jest zarzucone artykułami, publikacjami i książkami o lęku. Podzieliłem książki ze względu na gatunek, następnie każdy gatunek ułożyłem alfabetycznie, po czym posortowałem je chronologicznie - zbudowałem sobie papierowy labirynt, w którym nikt inny nie znajdzie drogi. Ale w myślach nie jestem sam.

Przybyłem tu zaraz po wyjeździe kuzyna mojego przyjaciela, który w okresie tygodnia kilkakrotnie doznał załamania nerwowego i napadów lęku. Roztrzęsiony gorączkowo tworzył plany, które nigdy nie miały się urzeczywistnić. Odmówił spania głową na wschód, potem także na zachód. W końcu całkiem przestał spać. Dużo pił, łykał pigułki, które nie działały. Wyjazd też nie był prostą sprawą, bo autostrady go przerażały i absolutnie nie miał odwagi jechać szybciej niż siedemdziesiątką. Oznaczało to, że musiałby powoli sunąć polnymi drogami, a dotarcie do domu w Koblencji zajęłoby mu prawie cały dzień. Prawie cały dzień w samochodzie, w tym stanie! W przeddzień mojego przyjazdu lekarz z wioski zrobił mu zastrzyk z valium, po czym wreszcie spłynęło na niego coś w rodzaju spokoju.

Szacuje się, że 7,3 procent globalnej populacji cierpi na zaburzenia lękowe. (Takie statystyki nie są w pełni wiarygodne; instrumenty pomiarowe są dość zróżnicowane, podobnie jak stosowane definicje. Nie dysponujemy jednak innymi danymi. Dotyczy to wszystkich dalszych szacunków epidemiologicznych). Określa się to za pomocą DSM, Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, czyli standardowego podręcznika do klasyfikacji zaburzeń psychicznych, który można znaleźć w każdym gabinecie lekarskim1. Powstał on w 1952 roku, a definicja zaburzeń lękowych w 1980 roku. W którymś momencie swojego życia jeden na pięciu Holendrów doświadczy takich zaburzeń, opisywanych w DSM jako "nadmierny niepokój i obawy (oczekiwanie pełne obaw), występujące przez większość dni w okresie co najmniej sześciu miesięcy, dotyczące kilku zdarzeń lub aktywności"2. W chwili, gdy czytasz te słowa, około miliona Holendrów ma zaburzenia lękowe.

Kiedy spojrzymy szerzej, obraz nie będzie lepszy. Według szacunków łącznie 18,5 miliona Europejczyków od osiemnastego do sześćdziesiątego piątego roku życia ma jakąś fobię, a 6,7 miliona doświadcza fobii społecznej. Przoduje jednak Ameryka - aż jedna trzecia mieszkańców USA będzie w pewnym momencie cierpieć na zaburzenia lękowe. Każdego roku doświadcza ich około 18 procent ludności tego kraju, czyli dwukrotnie więcej niż depresji; w 2017 roku oznaczało to blisko 40 milionów ludzi, a obecnie niemal 60 milionów. Jeżeli te dane napawają cię zbyt silnym lękiem, istnieje spora szansa, że masz arytmofobię - lęk przed cyframi, liczbami i numerami. Bez obaw - według podręczników medycyny pomoże na to połączenie leków i terapii.

Około południa, kiedy zaczyna mi się kręcić w głowie od opowieści o lęku, uciekam z papierowego labiryntu na spacer po okolicznych lasach i łąkach z przypominającymi zrolowane jęzory belami siana. Rozmyślam o krokach, które mnie tu doprowadziły, i kolejnych, które muszę jeszcze postawić, by zbliżyć się do koncepcji lęku, a może nawet do jego sedna.

Uświadamiam sobie, że lęk przed lękiem odgrywa ważną rolę we wszystkich moich decyzjach życiowych. Niezależnie od tego, na co się zdecyduję, nie wolno mi obudzić potwora. Po wszystkich tych latach czasem nie potrafię stwierdzić, gdzie kończą się moje obawy, a zaczyna intuicja. Można to wyjaśnić neurologią - zauważenie niebezpieczeństwa wpływa na fizjologię mózgu. Wydzielają się hormony związane z lękiem, takie jak serotonina i dopamina, co zwiększa czujność i wyostrza zmysły, ale sprawia także, że rośnie wrażliwość na bodźce. Osoby cechujące się lękliwością potrafią dostrzec zagrożenia znacznie szybciej niż osoby bez takich skłonności. Zarazem jednak charakterystyczne jest dla nich wrogie zniekształcenie atrybucji (odbieranie pozytywnych lub neutralnych bodźców jako groźnych) i błąd poznawczy polegający na spodziewaniu się negatywnych wydarzeń w przyszłości oraz założeniu, że ich skutki będą niewspółmiernie poważne. Wyobraź sobie, że nie umiesz odróżnić lęku od intuicji. W takiej sytuacji prawdziwa może się wydawać każda myśl, choćby najokropniejsza i zbijająca z tropu. Człowiek, który nie wie, czy może zaufać własnej intuicji, jest w pełni zależny od swojej wyobraźni, przez co jeden lęk napędza drugi. Następnie strach w okamgnieniu rozsiewa się na wszystkie strony i skaża każdą myśl.

Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że strach po części mnie ukształtował i w dużej mierze określił mój stosunek do innych, zarówno przyjaciół, jak i nieznajomych. Przez niego kończyły się moje przyjaźnie i spłycały więzi. Czasami myślę, że to, co ludzie uważają za mój charakter, jest zaledwie zestawem cech, który powstał w odpowiedzi na moje lęki. Za każdym razem, gdy zjawia się potwór, jestem przekonany, że jego nadejście to w istocie wyznanie poczynione przez moje prawdziwe "ja".

Potwór. Właśnie tego słowa użyły moja matka i moja babcia. Ale czym on właściwie jest?

Pewnego dnia po powrocie z kolejnego popołudniowego spaceru otwieram w swojej chatce nowelę Roberta Louisa Stevensona Doktor Jekyll i pan Hyde (z 1886 roku). Główny bohater, Henry Jekyll, jest wiktoriańskim lekarzem, który usiłuje się przekonać, czy można rozdzielić znajdujące się w człowieku siły dobra i zła. Eksperymentując, Jekyll odkrywa eliksir uwalniający jego ciemną stronę. Tak powstaje jego druga połówka, brutalny Edward Hyde, który w pełni podąża za swoimi pragnieniami (w tym czasem za żądzą krwi). Potwór może zamienić się z powrotem w dobrotliwego doktora tylko dzięki eliksirowi. Która z tych dwóch postaci cierpi bardziej? Moim zdaniem nie pan Hyde, lecz doktor Jekyll - ten, który obawia się potwora i bezustannie czeka w napięciu, kiedy bestia da o sobie znać i co zniszczy tym razem. Lęk przed kolejnym atakiem paniki jest bardziej dławiący niż sam atak.

Chroniąc samego siebie, ograniczyłem swoje życie do minimum. W moim pokoju w akademiku nie mogło być Internetu, a telefon zostawiałem na korytarzu. W tamtym czasie zajmowałem się głównie zaklinaniem wyobrażonych niebezpieczeństw, unikaniem ich i obłaskawianiem. W przerwach między zajęciami uciekałem do toalety, gdzie usiłowałem przetrwać napad lęku w taki sposób, żeby inni mnie nie usłyszeli. Zacząłem żywić silną sympatię do kabiny, w której niejaki René wyznał miłość pewnej Marze, wydrapując na ścianie serduszko.

Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia moje obawy są absurdalne - nie zetknąłem się z prawdziwymi niebezpieczeństwami. Pochodzę z bezpiecznej, zamożnej dzielnicy bezpiecznego, zamożnego miasta w bezpiecznym, zamożnym kraju; miliony ludzi miały ciężej niż ja. Wychowali mnie kochający rodzice, którzy chcieli (i chcą) dla mnie jak najlepiej. Nawet gdy było ze mną źle, miałem sieć wsparcia. Bezpieczeństwo i uprzywilejowanie, których zaznałem, bardzo mi pomogły. Co prawda nie uchroniły mnie przed lękiem i poczuciem nieszczęścia, ale sprawiły, że nigdy się nie poddałem ani nie dokonałem nieodwracalnych złych wyborów. Miałem wiernych przyjaciół i bliskich, w ważnych chwilach uzyskiwałem pomoc i zawsze mogłem liczyć na to, że ktoś powie: nie bój się. Setki tysięcy Holendrów i miliony innych ludzi nie otrzymało szans, z których ja skorzystałem. Dlatego tam, gdzie mnie "się udało", wielu załamało się, zrezygnowało lub w inny sposób trafiło na margines społeczeństwa.

Umiejscowienie na marginesie wiąże się z faktem, że na Zachodzie lęk uległ silnej medykalizacji. ("Zachód" oznacza dla mnie z grubsza Europę Zachodnią, USA, Wielką Brytanię i Australię). W czasach starożytnych uważano go w dużej mierze za przypadłość fizyczną, w średniowieczu za przejaw obecności demonów, z kolei w XIX wieku za zagadnienie filozoficzne. Obecnie lęk postrzega się jako chorobę, zaburzenie, które należy zaklinać terapiami i tabletkami.

To jednak ostatnia faza historii lęku.

A gdzie zaczyna się ta opowieść?

Czy zaczyna się od greckiego boga lasów Pana, drobnego, niepozornego mężczyzny, którego krzyk wywoływał przerażenie u ludzi i bogów, od protoplasty naszej "paniki"? A może od Fobosa, syna boga wojny Aresa i bogini miłości Afrodyty, uosobienia strachu przed wojną, czczonego z tego powodu przez żołnierzy, tego, w którego imieniu dostrzegamy słowo "fobia"? Albo od opisywanych przez Hipokratesa Nikanora i Demoklesa, być może pierwszych postaci z historii, które oficjalnie miały zaburzenia lękowe? Nikanor panicznie bał się dźwięku fletu, a Demokles cierpiał na paraliżujący lęk wysokości. Jak pisał Hipokrates, "Demokles [...] nie był w stanie zbliżyć się do przepaści ani przejść po moście, ani iść wzdłuż choćby najwęższego kanału"3.

Szeleszczę papierami, wertuję je wściekle, od początku do końca i z powrotem. W chatce długo świeci się światło.

W spokojnej Vallée de Mis?re, gdzie ustalony porządek wiejskiego życia zapewnia mi oparcie i przez to nie pozwala pogubić się w tekście, mogę bez końca czytać, zastanawiać się i rozmyślać. Dni mijają tu wolno, a tygodnie szybko. Z kolei ja zaczynam czuć się coraz swobodniej z całą tą materią - z pojęciem lęku. Powoli staję się kimś, kto obejmuje panowanie nad czymś, co tak długo panowało nad nim. Właśnie wtedy, pewnego zwykłego dnia w środku tygodnia, pojmuję, że bardzo ważny rozdział tej opowieści zaczyna się od statku i kotwicy.

1 W Polsce obecnie oficjalnie obowiązują kryteria klasyfikacji ICD-11 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Kryteria diagnostyczne zaburzeń psychicznych DSM-5?, red. wyd. pol. P. Gałecki i in., Edra Urban & Partner, Wrocław 2018, s. 270.
3 Przekład własny za: Hippocrates, Epidemics 2, 4-7, vol. VII, ed. and transl. W. Smith, Harvard University Press, Cambridge 1994, s. 207.

3

Przypadek Karola Darwina i lęk u człowieka

Siedemnastego września 1835 roku Karol Darwin zarzucił kotwicę okrętu Beagle w małym, malowniczym porcie w zatoce Bahía Stephens na San Cristóbal, wysepce na południu Oceanu Spokojnego. Zaraz po zejściu na ląd zauważył ogromną różnorodność biologiczną. Jak zanotował w swoim dzienniku, "niewielkie ptaki oddalone o trzy, cztery stopy cicho skakały w krzakach i nie bały się ciskanych w ich stronę kamieni. Pan King zabił jednego kapeluszem, a ja końcem strzelby zepchnąłem sporego myszołowa z gałęzi"4. Jak uznał przyrodnik, naiwne ptaki miały tak niewielu naturalnych wrogów, że w niewystarczającym stopniu wykształciły najważniejszy mechanizm obronny: reagowanie strachem. Wniosek: dobór naturalny działał na ich niekorzyść, gdyż miały wymrzeć z powodu braku lęku. Jak napisał Darwin w innej pracy, "niemniej jednak i wielki strach działa często początkowo jak silny środek pobudzający"5.

Opierając się na przesłankach biologicznych, badacz potwierdził zatem prostą definicję strachu, sformułowaną wcześniej przez Arystotelesa: jest on (istotnym) nieprzyjemnym doznaniem fizycznym odczuwanym w reakcji na zagrażające niebezpieczeństwo6. Takie reakcje występują u każdego organizmu - nawet jednokomórkowy pierwotniak pantofelek odpływa, gdy ukłuje się go miniaturową igiełką.

Przejdźmy do ludzi. Ludzkie płody wykonują gest zasłaniania oczu na widok mocnego światła. Jeszcze przed narodzinami przejawiamy zatem zachowania, które można nazwać lękowymi. Także pierwsze lata naszego życia zdecydowanie nie są wolne od strachu. Jesteśmy w pełni niezdolni do samodzielnego przeżycia, raczkujemy, bezbronni i potrzebujący, otoczeni przez niebezpieczeństwa i zagrożenia, których nie potrafimy dostrzec, a tym bardziej zrozumieć. W dużej mierze tracą one na znaczeniu, gdy rośniemy i uczymy się odpowiednio na nie reagować. Czasem jednak coś w tej nauce idzie nie tak. Dlatego prosta definicja Arystotelesa jest zdradliwa - dla współczesnego człowieka "niebezpieczeństwo" i "zagrażające" to rozmyte pojęcia; jedna osoba będzie się czuła bardziej zagrożona niż druga, a to, co stanowi niebezpieczeństwo dla niektórych, dla pozostałych jest niczym.

Aby zrozumieć, skąd bierze się tak ogromne zróżnicowanie w sposobie przeżywania lęku, warto odróżnić lęk ludzki (czyli rodzaj strachu, który mogą przeżywać wyłącznie ludzie) od strachu zwierzęcego. Z grubsza biorąc, strach zwierzęcia jest odruchem, a lęk odczuwany przez człowieka - doświadczeniem. W tym momencie zamykam dzieła Darwina i książki o nim, by przejść do opasłych podręczników biologii i neurologii, które przytargałem ze sobą do chatki w dolinie. Łączy je wszystkie wyjątkowe zainteresowanie szczurem.

Szczurzy mózg jest w zasadzie uproszczonym i zmniejszonym modelem mózgu ludzkiego. (To dlatego naukowcy często prowadzą badania na myszach i szczurach). Ciało migdałowate szczura sprawdza każdy bodziec zewnętrzny pod kątem zagrożenia. Jeśli niebezpieczeństwo wydaje się rzeczywiste, podwzgórze szybko zwiększa wydzielanie adrenaliny, przełączając organizm w tryb walki, ucieczki lub zamrożenia. To tryb kryzysowy, stan pobudzenia fizycznego, który jako ludzie znamy z życia codziennego - na przykład gdy przy kasie odkrywamy, że zapomnieliśmy karty płatniczej, albo gdy obawiamy się spóźnienia na pociąg. Ma on swoje zalety. Ze współczesnych badań wynika, że lekki stres pomaga ludziom wykonywać zadania lepiej niż w stanie całkowitego rozluźnienia. Za mało napięcia skutkuje słabszymi wynikami, a zbyt wiele lęku - zamknięciem się w sobie. Jest to prawo Yerkesa-Dodsona.

Ciało migdałowate, czyli niewielka struktura w kształcie migdała znajdująca się u podstawy mózgu, odgrywa kluczową rolę w wykrywaniu zagrożeń. Szczury, u których je usunięto, nie reagowały strachem. Podobnie jest w wypadku osób z uszkodzonym ciałem migdałowatym. Na Uniwersytecie Iowa prowadzono wieloletnie badania kobiety o inicjałach "SM", której ciało migdałowate zostało zniszczone wskutek choroby. Jest ona jedyną osobą w historii świata, o której wiadomo na pewno, że nie odczuwa strachu. Także u psychopatów ciało migdałowate często nie działa prawidłowo, przez co sami niemal nie odczuwają strachu i nie dostrzegają albo nie rozumieją go u innych.

Jeśli tryb kryzysowy trwa trochę dłużej, szczur zaczyna wydzielać kolejną substancję: kortyzol, czyli hormon stresu, ten sam, który - jak się okazało - występuje u mnie w tak ogromnych ilościach. Kortyzol jest potrzebny do fizycznego zareagowania na strach, faktycznego podjęcia walki lub rzucenia się do ucieczki. Po ustaniu zagrożenia poziom adrenaliny powoli spada aż do momentu, kiedy ciało dojdzie do zwykłego, "bezpiecznego" stanu. Jeśli szturchnie się szczura, odskoczy. Ucieknie. Po kilku kolejnych powtórzeniach zaatakuje. Zacznie walczyć. Ale jeśli będzie szturchany odpowiednio długo, w końcu wykopie dołek, z którego już nie wyjdzie, nawet jeśli po jakimś czasie ataki ustaną. Kortyzol uszkodził jego komórki mózgowe i osłabił układ odpornościowy. Strach szczura stał się chroniczny.

Ten system reakcji fizycznych możemy nazwać systemem strachu, choć trafniej byłoby powiedzieć "system wykrywający zagrożenie". Ludzie, jak każdy gatunek, mieli dawniej naturalnych wrogów - na przykład tygrysy szablozębne czy żmije - a przez to dysponujemy podobnym układem wykrywania zagrożenia co szczur. Niemniej to, co nazywam ludzkim lękiem, jest czymś innym - nie tyle biologicznym odruchem, ile wielowarstwowym doświadczeniem. Moim zdaniem dwie ważne różnice między człowiekiem a zwierzęciem sprawiły, że nasz lęk jest bardziej złożony niż strach odczuwany przez szczura.

Jako sześcio- czy siedmiolatek zaraz po zgaszeniu lampki nocnej w formie roześmianego księżyca obsesyjnie starałem się pojąć, na czym będzie polegać moja śmierć. Trwające przez wiele tygodni próby zawsze kończyły się tak samo: traciłem kontrolę nad swoimi myślami, zaczynałem panikować, czułem się, jakbym spadał bez końca. Tak trudno było mi przyjąć ideę śmierci, a dokładniej tego, że kiedyś całkiem zniknę, jakbym nigdy nie istniał. Koledzy w szkole tłumaczyli, że ich dziadkowie i babcie patrzą na nich z nieba. Nie rozumiałem, jak to działa. To na czym siedzieli? Czy gawędzili sobie z przelatującymi astronautami i eksploratorami kosmosu? Jeśli tak, to w jakim języku? I najważniejsze: kto im gotował? Raz spytałem tatę, jak sobie radzi ze świadomością śmierci, a on odparł: "Wcale". Doszedłem do wniosku, że dorośli nigdy nie wspominają o śmierci i sprawiają wrażenie, jakby o niej nie myśleli. Wszyscy przyjęli strategię Woody'ego Allena, który powiedział kiedyś, że nie boi się umrzeć - po prostu nie chciałby być w pobliżu, kiedy to się stanie. Cień śmierci jest zawsze z nami, tyle że go ignorujemy.

Oto pierwsza różnica między strachem zwierzęcym a ludzkim: inaczej niż zwierzęta człowiek od najmłodszych lat zdaje sobie sprawę z własnej nieuniknionej przemijalności. Zawdzięczamy to naszemu mocno rozwiniętemu układowi limbicznemu, odpowiadającemu za emocje, i większej korze przedczołowej, dzięki której możemy myśleć abstrakcyjnie i posługiwać się językiem. Bez języka niemożliwa byłaby konceptualizacja świata, podobnie jak tworzenie i rozumienie pojęć abstrakcyjnych. Inne naczelne także przejawiają wiele oznak świadomości - nie mają jednak języka, w którym mogłyby wyrażać abstrakcyjne myśli i idee. Jesteśmy jedynym gatunkiem, który żyje z absurdalną świadomością własnej śmierci. Już od czasów rzymskiego poety i filozofa Lukrecjusza strach przed nią uważa się za pierwotny lęk, z którego wywodzą się wszystkie inne7. Ja jestem zdania, że powinniśmy być nieco dokładniejsi: być może śmierć jest źródłem pierwotnej trwogi, ale w rzeczywistości obawiamy się bezsilności, bycia skazanymi na ostateczną przegraną, podczas gdy starość i śmierć będą wiecznie na nas czyhać. Powstaje więc osobliwa sytuacja, w której jako ludzie cieszymy się większym bezpieczeństwem niż niemal wszystkie inne gatunki zwierząt, a mimo to boimy się mocniej, ponieważ zawsze w tle towarzyszy nam świadomość, że nasze życie jest skończone, kruche i względne.

A teraz druga różnica. Pomyśl o tym, jak jako mały chłopiec próbowałem zrozumieć własną śmierć, o tym, co wszyscy robimy każdego dnia: używamy naszej wyobraźni i próbujemy wyrazić słowami swoje myśli lub uczucia. Także to zawdzięczamy naszej silnie rozwiniętej korze przedczołowej. Kotawce mają cały zestaw sygnałów ostrzegawczych, bogatki stworzyły krzyk alarmowy oznaczający, że zbliża się do nich wąż. Ten konkretny rodzaj "użycia języka" ogranicza się jednak do tu i teraz. Zwierzęta nie potrafią formułować ani przekazywać pojęć abstrakcyjnych - nie są w stanie podzielić się nawet najprostszymi informacjami o wydarzeniach z przyszłości lub przeszłości. Podczas gdy ciało migdałowate zajmuje się głównie wykrywaniem zagrożeń i wytwarzaniem hormonów umożliwiających optymalną reakcję fizyczną, kora przedczołowa bezustannie interpretuje nasze zachowanie, myśli i wspomnienia, aby następnie stworzyć z nich zrozumiałą całość, pozwalającą nam przetrwać dzień. Bez kory przedczołowej nie ma świadomości.

Co to ma wspólnego z lękiem?

Liczne badania wykazały, że ciało migdałowate może reagować na zagrażające bodźce - na przykład przyspieszyć pracę serca lub zwiększyć wydzielanie potu - nawet jeśli badana osoba nie zdaje sobie z tego sprawy, a zatem nie odczuwa lęku. Można więc wprowadzić rozróżnienie zachowań lękowych (strach zwierzęcia) i doświadczenia lęku (lęk człowieka). Możliwe do zmierzenia objawy strachu nie są wyróżnikami lęku ludzkiego, bo występują także u szczura. Ludzki lęk cechuje świadome ich przeżywanie i późniejsza chęć zrozumienia lub scharakteryzowania tego doświadczenia. Możemy wywnioskować zatem, że nie istnieje coś takiego jak "nieświadomy lęk" czy "nieuświadomiona lękliwość". W chwili zauważenia u siebie lęku lub lękliwości albo określenia w ten sposób rozmytych negatywnych odczuć zaczyna się świadomie go doznawać.

Dzięki swoim zdolnościom językowym i świadomości my, ludzie, możemy wyobrazić sobie wiele wydarzeń, które nas czekają (albo nie) - od chorób, które mogą nas dotknąć, po wielkie miłości, które moglibyśmy spotkać, a z którymi może się minęliśmy. Świadomie albo nieświadomie, bezustannie tworzymy symulacje tego, co może się zdarzyć, jeśli podejmiemy daną decyzję, albo tego, co mogłoby się zdarzyć, gdybyśmy postąpili inaczej; zawsze przemieszczamy się między równoległymi przyszłościami i przeszłościami, dręczymy się nieskończonymi możliwościami. Przerażającym problemem człowieka jest zatem to, że jego wyobraźnia zakłóca zdolność oceny, kiedy naprawdę zbliża się coś złego, a kiedy zło jest wyimaginowane.

W dolinie zapada zmrok, deszcz bębni wściekle o porzuconą na łące zgrabiarkę do siana. W kącie pokoju leżą nowe książki o lęku i teksty mojego pradziadka, które dziś przyniósł listonosz o pociągłej twarzy pełnej zmarszczek i bruzd. W kapciach (podłoga jest lodowato zimna) podchodzę do okna. Pięć krów człapie w stronę szpaleru drzew po prawej stronie łąki w poszukiwaniu schronienia. Niebo rozświetlają niezliczone, jaśniejące błękitno gwiazdy. Deszcz szumi coraz głośniej, chatka trzeszczy w zrębach. Stawiam na gazie zardzewiałą kawiarkę - to będzie kolejna długa noc - odsuwam na bok książki o neurologii i sięgam po te o filozofii.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

4 Przekład własny za: The Beagle Record. Selections from the Original Pictorial Records and Written Accounts of the Voyage of H.M.S. Beagle, ed. R. Keynes, Cambridge University Press, Cambridge 1980, s. 299.
5 K. Darwin, Wyraz uczuć u człowieka i zwierząt, tłum. K. Dobrski, MG, [Warszawa] 2020, s. 82.
6 Por.: "Przyjmijmy, że lęk jest to przykrość i niepokój wywołane wyobrażeniem o grożącym nieszczęściu, które niesie zgubę lub cierpienie". Arystoteles, Retoryka. Retoryka dla Aleksandra. Poetyka, tłum. H. Podbielski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, ks. II, cz. 5 Lęk i odwaga, s. 116.
7 Zob.: Lukrecjusz, O rzeczywistości. Ksiąg sześć, tłum. A. Krokiewicz, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1958, s. 125-126.