Człowiek z Sankt Petersburga - Ken Follett

Kup ebooka

27.00 zł
20.79 zł (20,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Lon­dyn był nie­wia­ry­god­nie bo­ga­ty. Fe­liks wi­dy­wał wiel­kie for­tu­ny w Ro­sji i do­bro­byt w Eu­ro­pie, ale nig­dy na taką ska­lę. Tu­taj nikt nie cho­dził w łach­ma­nach. Prze­ciw­nie, mimo że nie było zim­no, każ­dy miał na so­bie kil­ka warstw cie­płej odzie­ży. Fe­liks przy­glą­dał się fur­ma­nom, ulicz­nym sprze­daw­com, za­mia­ta­czom, ro­bot­ni­kom i po­słań­com - wszy­scy no­si­li przy­zwo­ite, fa­brycz­ne ubra­nia, na któ­rych nie było ani jed­nej dziu­ry czy łaty. Nie było dziec­ka, któ­re cho­dzi­ło­by bez bu­tów. Wszyst­kie ko­bie­ty mia­ły na gło­wie ka­pe­lu­sze, i to ja­kie! Były to ol­brzy­mie przed­mio­ty o ron­dach sze­ro­kich jak koła po­wo­zu, ozdo­bio­ne wstąż­ka­mi, pió­ra­mi, kwia­ta­mi i owo­ca­mi. Na uli­cach pa­no­wał nie­ustan­ny ruch. W cią­gu pierw­szych pię­ciu mi­nut zo­ba­czył tu­taj wię­cej au­to­mo­bi­li niż w ca­łym swo­im do­tych­cza­so­wym ży­ciu. Było ich bo­daj tyle samo, co po­jaz­dów kon­nych. Na ko­łach czy na wła­snych no­gach, wszy­scy po­dą­ża­li do­kądś w po­śpie­chu.

Na Pic­ca­dil­ly Cir­cus sta­nę­ły wszyst­kie po­jaz­dy. Przy­czy­na za­to­ru była taka sama jak w każ­dym in­nym mie­ście: koń upadł na bruk, a cią­gnię­ty prze­zeń fur­gon prze­wró­cił się na bok. Gru­pa męż­czyzn sta­ra­ła się pod­nieść zwie­rzę i wóz z zie­mi, pod­czas gdy sto­ją­ce na chod­ni­ku kwia­ciar­ki i pa­nie o wy­ma­lo­wa­nych twa­rzach stro­iły so­bie żar­ty i za­grze­wa­ły ich do czy­nu okrzy­ka­mi.

Nie­co da­lej na wschód to wra­że­nie wiel­kie­go bo­gac­twa, ja­kie Fe­liks po­cząt­ko­wo od­niósł, tro­chę osła­bło. Mi­nął zwień­czo­ną ko­pu­łą ka­te­drę pod we­zwa­niem świę­te­go Paw­ła. Imie­nia pa­tro­na do­wie­dział się z mapy, któ­rą ku­pił na dwor­cu Vic­to­ria. Za ka­te­drą cią­gnę­ły się uboż­sze dziel­ni­ce. Wspa­nia­łe fa­sa­dy ban­ków i urzę­dów ustą­pi­ły na­gle miej­sca ma­łym, na ogół za­nie­dba­nym, sto­ją­cym sze­re­go­wo dom­kom. Mniej było tu au­to­mo­bi­li, wię­cej koni, te ostat­nie zaś wy­da­wa­ły się o wie­le mi­zer­niej­sze od tych ze śród­mie­ścia. Han­del od­by­wał się w więk­szo­ści na ulicz­nych stra­ga­nach. Nie doj­rzał już ani jed­ne­go po­słań­ca. W oczy ci­snę­ło się te­raz mnó­stwo bo­sych dzie­ci - ale nie prze­jął się tym zbyt­nio, gdyż w tym kli­ma­cie i tak, jego zda­niem, nie po­trze­bo­wa­ły bu­tów.

Im głę­biej za­pusz­czał się w dziel­ni­cę East End, tym bar­dziej po­nu­re roz­ta­cza­ły się przed nim wi­do­ki. Mi­jał roz­pa­da­ją­ce się ka­mie­ni­ce, brud­ne po­dwór­ka i śmier­dzą­ce alej­ki. Odzia­ni w łach­ma­ny wy­ko­le­jeń­cy grze­ba­li w ster­tach śmie­ci, po­szu­ku­jąc resz­tek po­ży­wie­nia. Po­tem zna­lazł się na­gle na Whi­te­cha­pel High Stre­et i uj­rzał zna­jo­me bro­dy, pej­sy i tra­dy­cyj­ne cha­ła­ty or­to­dok­syj­nych Ży­dów, małe skle­pi­ki, w któ­rych moż­na było ku­pić wę­dzo­ną rybę i ko­szer­ne mię­so: miał wra­że­nie, jak­by zna­lazł się z po­wro­tem w Ro­sji, z tą tyl­ko róż­ni­cą, że tu­taj Ży­dzi nie wy­da­wa­li się za­stra­sze­ni.

Szedł da­lej, szu­ka­jąc nu­me­ru 165 przy Ju­bi­lee Stre­et; taki ad­res po­dał mu bo­wiem Ulrich. Był to dwu­pię­tro­wy bu­dy­nek o ar­chi­tek­tu­rze lu­te­rań­skie­go zbo­ru. Ta­blicz­ka na ze­wnątrz in­for­mo­wa­ła, że In­sty­tut i Klub Przy­ja­ciół Ro­bot­ni­ka otwar­ty jest dla wszyst­kich pra­cu­ją­cych bez wzglę­du na ich po­glą­dy po­li­tycz­ne, inna zaś ta­blicz­ka wi­szą­ca obok niej wy­ja­wia­ła praw­dzi­wy cha­rak­ter tej pla­ców­ki, stwier­dza­jąc, że zo­sta­ła ona otwar­ta w roku 1906 przez Pio­tra Kro­pot­ki­na. Fe­liks za­sta­na­wiał się, czy tu, w Lon­dy­nie, uda mu się spo­tkać le­gen­dar­ne­go księ­cia anar­chi­stów.

Wszedł do środ­ka. W sie­ni zo­ba­czył stos ga­ze­tek w ję­zy­ku ji­dysz, któ­rych ty­tuł przy­po­mi­nał na­zwę klu­bu: Der Ar­be­ter Fra­int, Przy­ja­ciel Ro­bot­ni­ka. Ogło­sze­nia na ścia­nach do­ty­czy­ły lek­cji an­giel­skie­go, szkół­ki nie­dziel­nej, wy­ciecz­ki do Ep­ping Fo­rest i wy­kła­du na te­mat Ham­le­ta. Fe­liks wszedł do głów­nej sali. Jej wy­strój po­twier­dzał jego wcze­śniej­sze przy­pusz­cze­nia: z pew­no­ścią była to nie­gdyś nawa ko­ścio­ła dy­sy­denc­kie­go. Z jed­nej stro­ny do­bu­do­wa­no tam sce­nę, z dru­giej zaś bar. Na sce­nie gru­pa męż­czyzn i ko­biet przy­go­to­wy­wa­ła, zda­je się, ja­kieś przed­sta­wie­nie. Być może tym wła­śnie zaj­mo­wa­li się anar­chi­ści w An­glii, po­my­ślał Fe­liks; to wy­ja­śnia, dla­cze­go wol­no im tu­taj za­kła­dać wła­sne klu­by. W ba­rze nie było wi­dać żad­nych na­po­jów al­ko­ho­lo­wych, ale na kon­tu­arze zo­ba­czył fi­le­ty ryb­ne, ma­ry­no­wa­ne śle­dzie i - o ra­do­ści! - praw­dzi­wy sa­mo­war.

Dziew­czy­na za ladą spoj­rza­ła na nie­go.

Nu, czto? - za­py­ta­ła.

Fe­liks uśmiech­nął się.

Ty­dzień póź­niej, tego sa­me­go dnia, kie­dy ksią­żę Or­łow miał przy­być do Lon­dy­nu, Fe­liks za­ja­dał lunch we fran­cu­skiej re­stau­ra­cji w Soho. Przy­szedł wcze­śnie i za­jął sto­lik tuż przy wej­ściu. Zjadł zupę ce­bu­lo­wą, stek i ka­wa­łek bryn­dzy, wy­pi­ja­jąc do tego pół bu­tel­ki czer­wo­ne­go wina. Za­ma­wiał po­tra­wy po fran­cu­sku. Kel­ne­rzy ob­słu­gi­wa­li go z wiel­ką es­ty­mą. Kie­dy skoń­czył, w re­stau­ra­cji za­czął się naj­więk­szy ruch. W chwi­li gdy trzej kel­ne­rzy znaj­do­wa­li się aku­rat w kuch­ni, a po­zo­sta­li dwaj od­wró­ce­ni byli do nie­go ple­ca­mi, spo­koj­nie wstał, pod­szedł do drzwi, za­brał swój płaszcz i ka­pe­lusz, po czym wy­szedł, nie pła­cąc ra­chun­ku.

Idąc uli­cą, uśmie­chał się. Kra­dzież spra­wia­ła mu przy­jem­ność.

Szyb­ko na­uczył się, jak prze­żyć w mie­ście pra­wie za dar­mo. Na śnia­da­nie ku­po­wał w ulicz­nej bud­ce sło­dzo­ną her­ba­tę i krom­kę chle­ba za dwa pen­sy. Było to je­dy­ne po­ży­wie­nie, za któ­re pła­cił. W po­rze lun­chu kradł ja­kiś owoc albo ja­rzy­nę z ulicz­ne­go stra­ga­nu. Wie­czo­rem szedł do or­ga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej, gdzie w za­mian za wy­słu­cha­nie nie­zro­zu­mia­łe­go ka­za­nia i od­śpie­wa­nie hym­nu do­sta­wał ta­lerz dar­mo­we­go ro­so­łu i tyle chle­ba, ile tyl­ko chciał. Miał pięć fun­tów go­tów­ką, ale oszczę­dzał je na czar­ną go­dzi­nę.

Za­miesz­kał w Dun­stan Ho­uses w Step­ney Gre­en, w pię­cio­pię­tro­wej ka­mie­ni­cy. Gnieź­dzi­ła się w niej po­ło­wa zna­nych lon­dyń­skich anar­chi­stów. Fe­liks spał na roz­ło­żo­nym na pod­ło­dze ma­te­ra­cu w miesz­ka­niu Ru­dol­fa Roc­ke­ra, cha­ry­zma­tycz­ne­go Niem­ca o blond wło­sach, któ­ry re­da­go­wał Der Ar­be­ter Fra­int. Cha­ry­zma Roc­ke­ra nie dzia­ła­ła na Fe­lik­sa, był od­por­ny na ta­kie rze­czy, po­dzi­wiał jed­nak­że bez­brzeż­ne po­świę­ce­nie tego czło­wie­ka. Roc­ker i jego żona Mil­ly przez cały dzień i do póź­nej nocy pro­wa­dzi­li dom otwar­ty dla anar­chi­stów. Bez prze­rwy zja­wia­li się tam go­ście i po­słań­cy, od­by­wa­ły się dys­ku­sje i spo­tka­nia róż­nych ko­mi­te­tów, po­pi­ja­no her­ba­tę i pa­lo­no pa­pie­ro­sy. Fe­liks nie pła­cił za miesz­ka­nie, ale każ­de­go dnia przy­no­sił coś do wspól­nej spi­żar­ni - funt pa­ró­wek, pacz­kę her­ba­ty albo kil­ka po­ma­rań­czy. Wszy­scy my­śle­li, że ku­pu­je te rze­czy, ale po­cho­dzi­ły oczy­wi­ście z kra­dzie­ży.

In­nym anar­chi­stom po­wie­dział, że przy­je­chał tu­taj, aby w Mu­zeum Bry­tyj­skim zbie­rać ma­te­riał do książ­ki, któ­rą pi­sał na te­mat na­tu­ral­ne­go anar­chi­zmu w spo­łe­czeń­stwach pier­wot­nych. Uwie­rzy­li mu. Byli przy­jaź­nie na­sta­wie­ni, peł­ni po­świę­ce­nia i nie­szko­dli­wi: szcze­rze wie­rzy­li, że re­wo­lu­cji moż­na do­ko­nać przez roz­wój oświa­ty i związ­ków za­wo­do­wych, przez dru­ko­wa­nie ulo­tek i or­ga­ni­zo­wa­nie wy­cie­czek do Ep­ping Fo­rest. Fe­liks wie­dział, że tacy wła­śnie byli w więk­szo­ści anar­chi­ści poza Ro­sją. Nie nie­na­wi­dził ich, ale w skry­to­ści du­cha nimi po­gar­dzał, w isto­cie rze­czy byli bo­wiem ludź­mi o za­ję­czym ser­cu.

Nie­mniej, i wśród ta­kich lu­dzi tra­fi się cza­sem kil­ka od­waż­nych jed­no­stek. Od­naj­dzie ich, kie­dy za­ist­nie­je taka po­trze­ba.

Tym­cza­sem nie da­wa­ło mu spo­ko­ju py­ta­nie, czy Or­łow rze­czy­wi­ście przy­bę­dzie i w jaki spo­sób naj­le­piej bę­dzie do­ko­nać nań za­ma­chu. Ta­kie my­śli nie przy­no­szą na ogół żad­ne­go po­żyt­ku i Fe­liks sta­rał się ich po­zbyć, pra­cu­jąc nad udo­sko­na­le­niem swe­go an­giel­skie­go. Na­uczył się go tro­chę w ko­smo­po­li­tycz­nej Szwaj­ca­rii. W cza­sie dłu­giej po­dró­ży po­cią­giem przez Eu­ro­pę prze­glą­dał ro­syj­ski pod­ręcz­nik an­giel­skie­go dla dzie­ci i an­giel­ski prze­kład swej ulu­bio­nej po­wie­ści Pusz­ki­na, Cór­ki ka­pi­ta­na. Po ro­syj­sku znał ją pra­wie na pa­mięć. Te­raz każ­de­go ran­ka czy­tał Ti­me­sa w czy­tel­ni klu­bu przy Ju­bi­lee Stre­et, a po po­łu­dniu prze­cha­dzał się po uli­cach, wsz­czy­na­jąc roz­mo­wy z pi­ja­ka­mi, włó­czę­ga­mi i pro­sty­tut­ka­mi - ludź­mi, któ­rych naj­bar­dziej lu­bił, ludź­mi, któ­rzy byli na ba­kier z pra­wem. Sło­wa wy­czy­ta­ne w książ­kach szyb­ko utoż­sa­miał z dźwię­ka­mi, któ­re sły­szał wo­kół sie­bie, i wkrót­ce mógł do­ga­dać się w każ­dej pro­stej spra­wie. Spo­dzie­wał się, że nie­dłu­go bę­dzie w sta­nie dys­ku­to­wać po an­giel­sku na do­wol­ny te­mat po­li­tycz­ny.

Po wyj­ściu z re­stau­ra­cji skie­ro­wał się na pół­noc, prze­ci­na­jąc Oxford Stre­et i za­głę­bia­jąc się w dziel­ni­cę nie­miec­ką na za­chód od To­ten­ham Co­urt Road. Wśród Niem­ców nie bra­ko­wa­ło re­wo­lu­cjo­ni­stów, ale byli to w więk­szo­ści ko­mu­ni­ści, nie anar­chi­ści. Fe­liks po­dzi­wiał dys­cy­pli­nę pa­nu­ją­cą wśród ko­mu­ni­stów, ale wąt­pli­wo­ści bu­dził w nim ich au­to­ry­ta­ryzm, poza tym, ze swo­im tem­pe­ra­men­tem, nig­dy nie nada­wał­by się do pra­cy par­tyj­nej.

Prze­ciął Re­gents Park i zna­lazł się na pół­noc­nych przed­mie­ściach, gdzie miesz­ka­ła kla­sa śred­nia. Włó­czył się wzdłuż wy­sa­dza­nych drze­wa­mi alei i za­glą­dał do ogród­ków ota­cza­ją­cych ele­ganc­kie wil­le z czer­wo­nej ce­gły. Roz­glą­dał się za ro­we­rem. Na­uczył się jeź­dzić na ro­we­rze w Szwaj­ca­rii i uznał, że był­by to po­jazd do­sko­na­le na­da­ją­cy się do śle­dze­nia in­nej oso­by. Nie rzu­cał się w oczy, ła­two było nim ma­new­ro­wać, a w ru­chu ulicz­nym po­ru­szał się rów­nie szyb­ko jak au­to­mo­bil czy po­jazd kon­ny. Nie­ste­ty, miesz­cza­nie w tej czę­ści Lon­dy­nu trzy­ma­li, jak się zda­je, wszyst­kie swo­je ro­we­ry pod klu­czem. Zo­ba­czył ja­dą­ce­go uli­cą ro­we­rzy­stę i przez chwi­lę za­sta­na­wiał się, czy nie zrzu­cić go z sio­deł­ka, w po­bli­żu jed­nak było jesz­cze trzech pie­szych i wó­zek pie­ka­rza, a Fe­liks nie chciał wy­wo­ły­wać zbie­go­wi­ska. Tro­chę póź­niej za­uwa­żył chłop­ca wio­zą­ce­go ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze, ale jego ro­wer zbyt rzu­cał się w oczy - z przo­du miał wiel­ki kosz, a do kie­row­ni­cy przy­cze­pio­na była me­ta­lo­wa ta­blicz­ka z na­zwi­skiem skle­pi­ka­rza. Fe­liks za­czął się już za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie zmie­nić swo­jej stra­te­gii, kie­dy na­resz­cie zo­ba­czył to, cze­go po­trze­bo­wał.

Z jed­ne­go z ogród­ków wy­szedł, pro­wa­dząc ro­wer, męż­czy­zna koło trzy­dziest­ki. Na gło­wie miał słom­ko­wy ka­pe­lusz i ubra­ny był w opię­tą na brzu­chu kurt­kę w pa­ski. Oparł ro­wer o mur ogro­du i po­chy­lił się, żeby za­ło­żyć spin­ki na spodnie.

Fe­liks bły­ska­wicz­nie zbli­żył się do nie­go.

Męż­czy­zna do­strzegł nad sobą jego cień i ob­ró­cił gło­wę.

- Dzień do­bry - mruk­nął.

Fe­liks sil­nym cio­sem po­wa­lił go na zie­mię. Męż­czy­zna ob­ró­cił się na ple­cy i spoj­rzał z bez­gra­nicz­nym zdu­mie­niem na na­past­ni­ka.

Ro­sja­nin sko­czył na nie­go, ce­lu­jąc ko­la­nem w środ­ko­wy gu­zik kurt­ki. Męż­czy­zna sap­nął głę­bo­ko i bez­sku­tecz­nie sta­rał się zła­pać po­wie­trze.

Fe­liks wstał i rzu­cił okiem na dom. W oknie sta­ła, pa­trząc na nie­go, mło­da ko­bie­ta. Dłoń unio­sła do ust, oczy mia­ła sze­ro­ko roz­war­te ze stra­chu.

Po­now­nie spoj­rzał na le­żą­ce­go męż­czy­znę: mi­nie mi­nu­ta albo dwie, za­nim doj­dzie do sie­bie na tyle, żeby pró­bo­wać dźwi­gnąć się z zie­mi.

Wsiadł na ro­wer i bły­ska­wicz­nie od­je­chał.

Czło­wiek, któ­ry ni­cze­go się nie boi, może do­ko­nać wszyst­kie­go, cze­go tyl­ko za­pra­gnie, prze­szło mu przez myśl. Do­wie­dział się o tym przed je­de­na­stu laty na bocz­ni­cy ko­le­jo­wej nie­da­le­ko Omska. Pa­dał wte­dy śnieg.

Pa­dał śnieg. Fe­liks sie­dział na bry­le wę­gla w otwar­tym wa­go­nie ko­le­jo­wym. Po­wo­li za­ma­rzał na śmierć.

Było mu zim­no przez cały rok, od­kąd wy­rwał się z kaj­dan, któ­ry­mi przy­ku­ty był do in­nych więź­niów w ko­pal­ni zło­ta. W tym cza­sie prze­mie­rzył całą Sy­be­rię - z mroź­nej pół­no­cy do­tarł pra­wie do zbo­czy Ura­lu. Od cy­wi­li­za­cji i cie­plej­sze­go kli­ma­tu dzie­li­ło go te­raz za­le­d­wie ty­siąc mil. Więk­szość dro­gi prze­był pie­szo, choć cza­sa­mi uda­wa­ło mu się pod­je­chać ka­wa­łek w wa­go­nie to­wa­ro­wym. Wo­lał je­chać ra­zem z by­dłem, bo zwie­rzę­ta da­wa­ły mu cie­pło i mógł ży­wić się ich kar­mą. Czuł nie­ja­sno, że sam nie­wie­le się róż­ni od zwie­rzę­cia. W ogó­le się nie mył, a za okry­cie słu­ży­ła mu kra­dzio­na koń­ska der­ka, we wło­sach miał wszy, po­dar­te ubra­nie ro­iło się od pcheł. Jego przy­smak sta­no­wi­ły su­ro­we pta­sie jaja. Kie­dyś ukradł ku­cy­ka, za­jeź­dził go na śmierć i zjadł na su­ro­wo jego wą­tro­bę. Stra­cił po­czu­cie cza­su. Wie­dział, że jest te­raz je­sień, bo wska­zy­wa­ła na to po­go­da, nie orien­to­wał się jed­nak, któ­ry to mie­siąc. Czę­sto ła­pał się na tym, że nie pa­mię­tał, co ro­bił po­przed­nie­go dnia. W chwi­lach kie­dy my­ślał ja­śniej, uświa­da­miał so­bie, że jest na pół obłą­ka­ny. Nig­dy nie roz­ma­wiał z ludź­mi. Kie­dy na­tra­fiał na wio­skę lub mia­stecz­ko, omi­jał je z dala; zbli­żał się tyl­ko do wy­sy­pisk śmie­ci, żeby w nich grze­bać. Wie­dział jed­no: musi iść na za­chód. Tam bę­dzie cie­plej.

Ale po­ciąg z wę­glem od­sta­wio­no na bocz­ni­cę i Fe­liks miał wra­że­nie, że chy­ba umie­ra. W po­bli­żu był straż­nik, tęgi po­li­cjant w fu­trze, któ­ry pil­no­wał, żeby chło­pi nie kra­dli wę­gla do swo­ich pa­le­nisk... W mo­men­cie gdy ta myśl przy­szła Fe­lik­so­wi do gło­wy, zdał so­bie spra­wę, że wła­śnie tro­chę oprzy­tom­niał i być może jest to jego ostat­ni prze­błysk świa­do­mo­ści. Za­sta­na­wiał się, co wy­wo­ła­ło ten prze­błysk, i wte­dy po­czuł za­pach pod­grze­wa­ne­go przez po­li­cjan­ta obia­du.

Po­li­cjant był po­tęż­ny, zdro­wy i miał przy so­bie broń.

Nie dbam o to, po­my­ślał Fe­liks, i tak nie­dłu­go umrę.

Wstał, pod­niósł naj­więk­szą bry­łę wę­gla, jaką zdo­łał udźwi­gnąć, po czym, sła­nia­jąc się, zbli­żył do sto­ją­cej przy to­rach bud­ki, wszedł do środ­ka i ude­rzył za­sko­czo­ne­go po­li­cjan­ta pro­sto w gło­wę.

Na pa­le­ni­sku stał gar­nek, a w garn­ku gu­lasz, zbyt go­rą­cy, by go jeść. Fe­liks wy­niósł gar­nek na ze­wnątrz, wy­rzu­cił za­war­tość na śnieg, padł na ko­la­na i ły­kał gu­lasz zmie­sza­ny ze śnie­giem. Były tam po­kro­jo­ne ziem­nia­ki i rze­pa, gru­ba mar­chew i ka­wał­ki mię­sa. Po­ły­kał je w ca­ło­ści. Z bud­ki wy­biegł po­li­cjant i zdzie­lił go z ca­łej siły pał­ką po ple­cach. Fe­lik­sa ogar­nę­ła dzi­ka wście­kłość. Ten czło­wiek usi­ło­wał od­cią­gnąć go od je­dze­nia. Pod­niósł się i rzu­cił na po­li­cjan­ta, ko­piąc go i dra­piąc. Ten co­fał się, wa­ląc go pał­ką, ale Fe­liks nie czuł ra­zów. Zła­pał go pal­ca­mi za gar­dło i za­ci­snął chwyt. Nie pusz­czał. Po ja­kimś cza­sie oczy tam­te­go za­mknę­ły się, twarz sta­ła się nie­bie­ska, a z ust wy­su­nął się ję­zyk. Fe­liks mógł do­koń­czyć swój gu­lasz.

Zjadł po­si­łek w bud­ce, ogrzał się przy ogniu i prze­spał noc w łóż­ku po­li­cjan­ta. Kie­dy rano się obu­dził, był zdrów. Wło­żył buty i płaszcz za­bi­te­go i ru­szył w kie­run­ku Omska. Po dro­dze od­krył w so­bie coś bar­dzo waż­ne­go: nie od­czu­wał już stra­chu. Coś sta­ło się w jego umy­śle, jak­by prze­su­nę­ła się ja­kaś za­pad­ka. Nie wy­obra­żał so­bie, co mo­gło­by go te­raz prze­ra­zić. Je­śli po­czu­je głód, ukrad­nie coś do je­dze­nia. Je­śli ktoś bę­dzie go ści­gał, ukry­je się. Je­śli ktoś mu za­gro­zi, za­bi­je go. Ni­cze­go nie pra­gnął. Nic nie mo­gło go już wię­cej zra­nić. Mi­łość, duma, po­żą­da­nie i li­tość - to były uczu­cia, o któ­rych za­po­mniał.

Po­tem wszyst­kie wró­ci­ły, wszyst­kie oprócz stra­chu. Kie­dy do­tarł do Omska, sprze­dał fu­tro po­li­cjan­ta i ku­pił so­bie za nie spodnie, ko­szu­lę, kurt­kę i płaszcz. Spa­lił swo­je łach­ma­ny i za jed­ne­go ru­bla za­mó­wił go­rą­cą ką­piel i go­le­nie w ta­nim ho­te­lu. Zjadł obiad w re­stau­ra­cji, uży­wa­jąc za­miast pal­ców noża i wi­del­ca. Spoj­rzał na pierw­szą stro­nę ga­ze­ty i przy­po­mniał so­bie, że po­tra­fi czy­tać; w tym mo­men­cie do­tar­ło do nie­go, że wró­cił do ży­cia.

Sie­dział na ław­ce na sta­cji przy Li­ver­po­ol Stre­et, ro­wer oparł o mur. Za­sta­na­wiał się, jak wy­glą­da Or­łow. Znał je­dy­nie jego ty­tuł i cel mi­sji, z któ­rą przy­je­chał, nic wię­cej. Ksią­żę mógł być nie­cie­ka­wym, ogra­ni­czo­nym i lo­jal­nym słu­gą cara albo sa­dy­stą i roz­pust­ni­kiem, albo też sym­pa­tycz­nym sta­rusz­kiem o si­wych wło­sach, któ­ry naj­bar­dziej w ży­ciu lubi bu­jać swo­je wnu­ki na ko­la­nie. To nie było waż­ne: Fe­liks i tak go za­bi­je.

Pe­wien był, że roz­po­zna Or­ło­wa, po­nie­waż Ro­sja­nie z jego sfe­ry nie po­tra­fią po­dró­żo­wać, nie rzu­ca­jąc się w oczy, na­wet je­śli ce­lem tej po­dró­ży jest taj­na mi­sja.

Czy Or­łow przy­je­dzie? Je­śli tak, i to tym wła­śnie po­cią­giem, któ­rym miał przy­być we­dług Jo­se­fa, je­śli na­stęp­nie, zgod­nie z tym, co po­wie­dział Jo­sef, spo­tka się z lor­dem Wal­de­nem, to nie bę­dzie naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że in­for­ma­cje jego przy­ja­cie­la z Ge­ne­wy są ści­słe.

Na kil­ka mi­nut przed przy­jaz­dem po­cią­gu na pe­ron wje­chał kry­ty po­wóz za­przę­żo­ny w czwór­kę wspa­nia­łych koni. Na koź­le sie­dział stan­gret, z tyłu stał fo­ryś w li­be­rii. Do po­wo­zu pod­biegł ko­le­jarz w po­dob­nym do woj­sko­we­go mun­du­rze z błysz­czą­cy­mi gu­zi­ka­mi. Po­wie­dział coś do stan­gre­ta i skie­ro­wał go na sam ko­niec pe­ro­nu. Na­stęp­nie po­ja­wił się ubra­ny w sur­dut i cy­lin­der za­wia­dow­ca sta­cji z bar­dzo waż­ną miną. Wy­cią­gnął z kie­szon­ki ze­ga­rek i krę­cąc gło­wą, po­rów­nał czas z ze­ga­rem dwor­co­wym. Za­raz też otwo­rzył drzwi po­wo­zu przed pa­sa­że­rem.

Kie­dy ko­le­jarz prze­cho­dził obok ław­ki Fe­lik­sa, ten po­cią­gnął go za rę­kaw.

- Prze­pra­szam, sir - po­wie­dział, przy­bie­ra­jąc minę na­iw­ne­go cu­dzo­ziem­skie­go tu­ry­sty - czy to może król An­glii?

- Nie, przy­ja­cie­lu, to tyl­ko lord Wal­den. - Ko­le­jarz uśmiech­nął się i od­szedł.

A więc Jo­sef miał ra­cję.

Fe­liks przy­glą­dał się Wal­de­no­wi okiem za­bój­cy. Był wy­so­ki, mniej wię­cej tego sa­me­go wzro­stu co Fe­liks, i dość do­brze umię­śnio­ny. Miał oko­ło pięć­dzie­się­ciu lat. Uty­kał lek­ko, ale poza tym wy­glą­dał zdro­wo: mógł ucie­kać, choć nie­zbyt szyb­ko. No­sił wi­docz­ny z da­le­ka ja­sno­sza­ry sur­dut i cy­lin­der tego sa­me­go ko­lo­ru. Pod ka­pe­lu­szem miał pro­ste, krót­kie wło­sy, a czwo­ro­kąt­na bród­ka przy­po­mi­na­ła tę, któ­rą no­sił nie­ży­ją­cy król Edward VII. Stał na pe­ro­nie, pod­pie­ra­jąc się la­ską - mógł jej użyć jako bro­ni - i da­jąc od­po­cząć le­wej no­dze. Stan­gret, fo­ryś i za­wia­dow­ca sta­cji uwi­ja­li się wo­kół nie­go jak psz­czo­ły wo­kół kró­lo­wej. On sam był roz­luź­nio­ny. Nie spo­glą­dał na ze­ga­rek. Nie zwra­cał uwa­gi na ota­cza­ją­ce go lo­kaj­stwo. Jest przy­zwy­cza­jo­ny, po­my­ślał Fe­liks, by koło nie­go ska­ka­no. Przez całe ży­cie był naj­waż­niej­szą oso­bą w tłu­mie.

Po­ja­wił się po­ciąg. Z ten­dra lo­ko­mo­ty­wy wy­do­by­wa­ły się ob­ło­ki pary. Mógł­bym za­bić Or­ło­wa te­raz, po­my­ślał Fe­liks; i w tym mo­men­cie po­czuł dreszcz, któ­ry prze­szy­wa zbli­ża­ją­ce­go się do zwie­rzy­ny łow­cę; ale już wcze­śniej po­sta­no­wił, że nie zro­bi tego dzi­siaj. Był tu­taj, żeby ob­ser­wo­wać, nie dzia­łać. Wszyst­kie za­ma­chy do­ko­ny­wa­ne przez anar­chi­stów nie uda­wa­ły się jego zda­niem dla­te­go, że były albo im­pro­wi­zo­wa­ne, albo przy­go­to­wy­wa­ne w zbyt wiel­kim po­śpie­chu. Wie­rzył w wy­klę­te przez wie­lu anar­chi­stów pla­no­wa­nie i or­ga­ni­za­cję; nie zda­wa­li so­bie oni spra­wy, że czło­wiek może i po­wi­nien pla­no­wać wła­sne uczyn­ki - do­pie­ro gdy za­czął or­ga­ni­zo­wać ży­cie in­nych, stał się ty­ra­nem.

Po­ciąg za­trzy­mał się, wy­pusz­cza­jąc ob­fi­te kłę­by pary. Fe­liks wstał i zbli­żył się do pe­ro­nu. Na sa­mym koń­cu skła­du znaj­do­wał się wa­gon, któ­ry wy­glą­dał na sa­lon­kę. Róż­nił się od in­nych błysz­czą­cą, świe­żą far­bą. Za­trzy­mał się do­kład­nie tam, gdzie stał po­wóz Wal­de­na. Do drzwi pod­sko­czył żwa­wo za­wia­dow­ca sta­cji i otwo­rzył je.

Fe­liks wle­pił oczy w ocie­nio­ny skra­wek pe­ro­nu, tam gdzie po­ja­wić się mia­ła jego ofia­ra.

Przez chwi­lę wszy­scy cze­ka­li, a po­tem w drzwiach po­ka­zał się Or­łow. Za­trzy­mał się na se­kun­dę i wte­dy jego ob­raz utrwa­lił się Fe­lik­so­wi na siat­ków­ce. Był to ni­ski męż­czy­zna, ubra­ny w kosz­tow­nie wy­glą­da­ją­cy ro­syj­ski płaszcz z fu­trza­nym koł­nie­rzem i czar­ny cy­lin­der. Miał ró­żo­wą, mło­dzień­czą, nie­mal chło­pię­cą twarz. Nie no­sił bro­dy, tyl­ko mały wą­sik. Nie­śmia­ło się uśmie­chał. Nie wy­glą­dał na trud­ne­go prze­ciw­ni­ka. Jak wie­le zła wy­rzą­dza­ją lu­dzie o nie­win­nych twa­rzach, po­my­ślał Fe­liks.

Or­łow wy­siadł z po­cią­gu. Ob­ję­li się po bra­ter­sku z Wal­de­nem, na mo­dłę ro­syj­ską, ale szyb­ko; na­stęp­nie obaj wsie­dli do po­wo­zu.

Ra­czej im się spie­szy, po­my­ślał Fe­liks.

Lo­kaj i dwóch tra­ga­rzy za­czę­ło ła­do­wać ba­gaż do po­wo­zu. Wkrót­ce sta­ło się ja­sne, że nie po­miesz­czą wszyst­kie­go, i Fe­liks uśmiech­nął się na myśl o wła­snej w po­ło­wie pu­stej wa­liz­ce.

Po­wóz za­wró­cił. Wy­glą­da­ło na to, że zo­sta­wi­li lo­ka­ja, aby za­opie­ko­wał się po­zo­sta­łym ba­ga­żem. Tra­ga­rze po­de­szli do okna. Uka­za­ła się w nim dłoń w sza­rym rę­ka­wie, syp­nę­ła mo­ne­ta­mi i po­wóz ru­szył. Fe­liks wsko­czył na ro­wer i po­dą­żył w ślad za nim.

Na za­tło­czo­nych lon­dyń­skich uli­cach jaz­da w bli­skiej od­le­gło­ści za po­wo­zem nie spra­wia­ła mu żad­nych trud­no­ści. Prze­je­chał Stran­dem przez całe City, po­tem prze­ciął park św. Ja­ku­ba. Po dru­giej stro­nie par­ku po­wóz wje­chał w bie­gną­cą jego skra­jem ale­ję, po­ko­nał kil­ka­dzie­siąt jar­dów, po czym na­gle skrę­cił na ogro­dzo­ny mu­rem dzie­dzi­niec.

Fe­liks ze­sko­czył z ro­we­ru i po­pro­wa­dził go przez traw­nik aż na ko­niec par­ku, żeby zo­ba­czyć, co dzie­je się za bra­mą. Uj­rzał, jak po­wóz za­trzy­mu­je się przed wspa­nia­łym wej­ściem do oka­za­łe­go domu. Nad da­chem po­wo­zu uka­za­ły się dwa cy­lin­dry, je­den czar­ny, dru­gi sza­ry, i szyb­ko znik­nę­ły w środ­ku bu­dyn­ku. Po­tem drzwi się za­mknę­ły i Fe­liks nie zo­ba­czył już nic wię­cej.

Li­dia przy­glą­da­ła się cór­ce kry­tycz­nym okiem. Char­lot­te sta­ła przed wiel­kim lu­strem, przy­mie­rza­jąc swą pierw­szą ba­lo­wą suk­nię. Mia­ła ją wło­żyć w dniu, kie­dy zo­sta­nie przed­sta­wio­na na dwo­rze kró­lew­skim. Ma­da­me Bo­ur­don, szczu­pła, ele­ganc­ka kraw­co­wa, krzą­ta­ła się wo­kół niej ze szpil­ka­mi, tu i ów­dzie ro­biąc za­kład­kę albo marsz­cząc ko­ron­ki.

Char­lot­te wy­glą­da­ła pięk­nie i nie­win­nie za­ra­zem - do­kład­nie tak, jak po­win­na wy­glą­dać de­biu­tant­ka. Suk­nia z bia­łe­go tiu­lu spły­wa­ła pra­wie do sa­mej pod­ło­gi i czę­ścio­wo za­kry­wa­ła pan­to­fel­ki ze spi­cza­stym czu­bem. Się­ga­ją­cy aż do ta­lii sta­nik wy­sa­dza­ny był gór­ski­mi krysz­ta­ła­mi. Dłu­gi na czte­ry jar­dy tren z bla­do­ró­żo­we­go, prze­ty­ka­ne­go sre­brem szy­fo­nu koń­czył się wiel­ką srebr­no­bia­łą ko­kar­dą. Na wy­so­ko upię­te ciem­ne wło­sy na­ło­żo­ny mia­ła dia­dem na­le­żą­cy do po­przed­niej lady Wal­den, mat­ki Ste­phe­na. Poza tym, zgod­nie ze zwy­cza­jem, we wło­sy wpię­to jej dwa bia­łe pió­ra.

Moje dziec­ko jest już pra­wie do­ro­słe, po­my­śla­ła Li­dia.

- Suk­nia jest bar­dzo ład­na, ma­da­me Bo­ur­don - po­chwa­li­ła kraw­co­wą.

- Dzię­ku­ję, lady Wal­den.

- Jest okrop­nie nie­wy­god­na - po­skar­ży­ła się Char­lot­te.

Li­dia wes­tchnę­ła. Tego wła­śnie mo­gła się spo­dzie­wać po swo­jej cór­ce.

- Wo­la­ła­bym, że­byś była mniej fry­wol­na - po­wie­dzia­ła.

Char­lot­te przy­klę­kła, żeby pod­nieść tren.

- Nie po­trze­bu­jesz klę­kać - po­wie­dzia­ła Li­dia. - Spójrz, po­ka­żę ci, jak to się robi. Na­śla­duj mnie. Ob­róć się w lewo.

Char­lot­te ob­ró­ci­ła się i tren zwi­nął się sam po jej le­wej stro­nie.

- Zbierz go lewą ręką i jesz­cze raz lek­ko ob­róć się w lewo.

Te­raz cały tren zna­lazł się z przo­du, przed Char­lot­te.

- Idź na­przód i cały czas pra­wą ręką przy­trzy­muj tren na le­wym ra­mie­niu.

- Rze­czy­wi­ście, tak jest do­brze. - Char­lot­te uśmiech­nę­ła się.

Kie­dy się uśmie­cha, od razu robi się ja­śniej, po­my­śla­ła Li­dia. Przez całe dzie­ciń­stwo była wła­śnie taka. Za­wsze wie­dzia­łam, co dzia­ło się w jej ma­łej głów­ce. Doj­rze­wa­nie to ucze­nie się sztu­ki oszu­stwa.

- Kto na­uczył cię tych wszyst­kich rze­czy, mamo? - za­py­ta­ła Char­lot­te.

- Za­nim zo­sta­łam przed­sta­wio­na na dwo­rze, lek­cji udzie­la­ła mi pierw­sza żona wuj­ka Geo­r­ge'a, mat­ka Be­lin­dy.

- Wie­dzę tego ro­dza­ju prze­ka­zać jest bar­dzo ła­two, chcia­ła po­wie­dzieć, naj­trud­niej­szych rze­czy mu­sisz jed­nak na­uczyć się sama.

Do po­ko­ju we­szła gu­wer­nant­ka Char­lot­te, Ma­ria. Była ener­gicz­ną, po­zba­wio­ną sen­ty­men­tów ko­bie­tą w sta­lo­wo­sza­rej suk­ni, je­dy­ną oso­bą ze służ­by, któ­rą Li­dia przy­wio­zła ze sobą z Sankt Pe­ters­bur­ga. Jej wy­gląd nie zmie­nił się spe­cjal­nie w cią­gu tych dzie­więt­na­stu lat. Li­dia nie mia­ła po­ję­cia, ile ona może mieć lat: pięć­dzie­siąt? sześć­dzie­siąt?

- Przy­był ksią­żę Or­łow, pro­szę pani - po­wie­dzia­ła Ma­ria.

- No, no, Char­lot­te, wy­glą­dasz wspa­nia­le!

Nad­szedł chy­ba czas, by Ma­ria za­czę­ła ty­tu­ło­wać moją cór­kę "lady Char­lot­te", po­my­śla­ła Li­dia.

- Zejdź na dół, jak tyl­ko się prze­bie­rzesz - po­wie­dzia­ła. Char­lot­te na­tych­miast za­czę­ła roz­wią­zy­wać pa­ski przy­trzy­mu­ją­ce tren. Li­dia wy­szła z po­ko­ju.

Za­sta­ła Ste­phe­na w ba­wial­ni, po­pi­ja­ją­ce­go sher­ry. Do­tknął jej na­gie­go ra­mie­nia.

- Uwiel­biam oglą­dać cię w let­nich suk­niach - po­wie­dział.

- Dzię­ku­ję. - Uśmiech­nę­ła się. On sam pre­zen­to­wał się jej zda­niem cał­kiem nie­źle w sza­rym sur­du­cie i srebr­nym kra­wa­cie. W jego bro­dzie snu­ły się srebr­ne nit­ki. Mo­gli­by­śmy być tacy szczę­śli­wi, ty i ja... Na­gle po­czu­ła, że ma ocho­tę po­ca­ło­wać go w po­li­czek. Ro­zej­rza­ła się: przy kre­den­sie stał lo­kaj i na­le­wał sher­ry. Mu­sia­ła po­wstrzy­mać swój od­ruch. Usia­dła, lo­kaj po­dał jej kie­li­szek.

- Jak znaj­du­jesz Alek­sa?

- Nic się nie zmie­nił - od­parł Ste­phen. - Zo­ba­czysz sama, zej­dzie do nas za mi­nu­tę. Jak suk­nia Char­lot­te?

- Jest uro­cza. To, co mnie nie­po­koi, to jej na­sta­wie­nie. Ostat­nio ni­cze­go nie chce już przyj­mo­wać za do­brą mo­ne­tę. Nie znio­sła­bym, gdy­by sta­ła się cy­nicz­na.

Ste­phen nie za­mie­rzał się tym wca­le kło­po­tać.

- Po­cze­kaj, aż za­in­te­re­su­je się nią ja­kiś przy­stoj­ny ofi­cer gwar­dii. Szyb­ko zmie­ni wte­dy swo­je na­sta­wie­nie.

Ta uwa­ga zi­ry­to­wa­ła Li­dię. Mó­wił tak, jak­by wszyst­kie dziew­czę­ta były nie­wol­ni­ca­mi swo­jej ro­man­tycz­nej na­tu­ry. Cza­sa­mi wy­ga­dy­wał ta­kie rze­czy, kie­dy nie chcia­ło mu się po­my­śleć. Spra­wiał wte­dy wra­że­nie po­czci­we­go, pro­win­cjo­nal­ne­go je­go­mo­ścia o pu­stej gło­wie, a prze­cież wca­le taki nie był. Prze­ko­na­ny, że Char­lot­te ni­czym się nie róż­ni od swo­ich ró­wie­śni­czek, nie chciał sły­szeć ni­cze­go, co nie zga­dza­ło­by się z tym mnie­ma­niem. Li­dia jed­nak­że wie­dzia­ła, że Char­lot­te ma we krwi coś dzi­kie­go, nie­an­giel­skie­go, coś, co na­le­ży stłu­mić.

Wła­śnie ze wzglę­du na Char­lot­te Li­dia po­czu­ła na­gle ir­ra­cjo­nal­ną wro­gość do Alek­sa. Choć nie było w tym jego winy, re­pre­zen­to­wał jed­nak to wszyst­ko, co wią­za­ło się z Sankt Pe­ters­bur­giem, nie­bez­pie­czeń­stwo, któ­re cza­iło się w prze­szło­ści. Nie­spo­koj­nie unio­sła się z krze­sła i zda­ła so­bie spra­wę, że Ste­phen ob­ser­wu­je ją spod zmru­żo­nych po­wiek.

- Chy­ba nie de­ner­wu­jesz się tym, że przy­ję­li­śmy pod nasz dach ma­łe­go Alek­sa?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Ro­sja­nie są tacy nie­obli­czal­ni.

- Nie jest ty­po­wym Ro­sja­ni­nem.

Uśmiech­nę­ła się do męża, ale mo­ment, w któ­rym po­czu­ła się mu bli­ska, mi­nął i te­raz mia­ła w ser­cu tyl­ko nor­mal­ne, let­nie uczu­cie.

Drzwi otwo­rzy­ły się. Za­cho­waj spo­kój, po­wta­rza­ła so­bie Li­dia.

Wszedł Aleks.

- Cio­ciu Li­dio! - po­wie­dział i po­chy­lił gło­wę nad jej dło­nią.

- Jak się masz, Alek­sie­ju An­drie­je­wi­czu - od­par­ła sztyw­no. Po­tem zmie­ni­ła ton i do­da­ła: - No, no, wy­glą­dasz, jak­byś wciąż miał osiem­na­ście lat.

- Chciał­bym, żeby tak było - od­parł i za­mru­gał oczy­ma. Za­py­ta­ła go, jak mi­nę­ła po­dróż. Kie­dy od­po­wia­dał, za­czę­ła ją nur­to­wać myśl, dla­cze­go się do­tąd nie oże­nił. Sam jego ty­tuł mógł pod­bić ser­ca wie­lu dziew­cząt - nie mó­wiąc o ich mat­kach; a co naj­waż­niej­sze, był bar­dzo przy­stoj­ny i bar­dzo bo­ga­ty. Pew­na je­stem, że zła­mał nie­jed­no ser­ce, po­my­śla­ła.

- Twój brat i sio­stry prze­sy­ła­ją ci wy­ra­zy mi­ło­ści - mó­wił Aleks. Pro­szą, że­byś się za nich mo­dli­ła. - Zmarsz­czył brwi.

- Sankt Pe­ters­burg bar­dzo się te­raz zmie­nił. To nie jest już to mia­sto, któ­re kie­dyś zna­łaś.

- Do­tar­ły do nas słu­chy o tym mni­chu - po­wie­dział Ste­phen.

- Ra­spu­tin. Ca­ry­ca wie­rzy, że prze­ma­wia przez nie­go Bóg, a jej wpływ na cara jest ol­brzy­mi. Ale Ra­spu­tin to tyl­ko je­den z ob­ja­wów cho­ro­by. Bez prze­rwy nę­ka­ją nas straj­ki, cza­sa­mi za­miesz­ki. Lud prze­stał już wie­rzyć, że car jest bo­żym po­ma­zań­cem.

- Co na­le­ży za­tem ro­bić? - py­tał Ste­phen.

- Wszyst­ko. Po­trze­bu­je­my pra­cu­ją­cych wy­daj­nie farm, wię­cej fa­bryk, funk­cjo­nu­ją­ce­go we wła­ści­wy spo­sób, jak w An­glii, par­la­men­tu, re­for­my rol­nej, związ­ków za­wo­do­wych, wol­no­ści sło­wa...

- Na two­im miej­scu nie spie­szył­bym się tak bar­dzo z za­kła­da­niem związ­ków za­wo­do­wych - wtrą­cił Ste­phen.

- Być może. Ro­sja musi jed­nak wkro­czyć wresz­cie w dwu­dzie­sty wiek. Albo zro­bi­my to my, szlach­ta, albo lud znisz­czy nas i zro­bi to sam.

Li­dia po­my­śla­ła, że Aleks prze­ma­wia z więk­szym ra­dy­ka­li­zmem niż praw­dzi­wi ra­dy­ka­ło­wie. Jak da­le­ce mu­sia­ła zmie­nić się sy­tu­acja w kra­ju, sko­ro ksią­żę mówi w ten spo­sób!

Jej sio­stra Ta­tia­na, mat­ka Alek­sa, wspo­mi­na­ła co praw­da w swo­ich li­stach o "kło­po­tach", ale ani razu nie na­po­mknę­ła, że szlach­cie gro­zi praw­dzi­we nie­bez­pie­czeń­stwo. Cóż, Aleks był, tak jak i jego oj­ciec, po­li­ty­kiem z krwi i ko­ści. Gdy­by żył dzi­siaj sta­ry ksią­żę Or­łow, na pew­no prze­ma­wiał­by w tym sa­mym du­chu.

- Ist­nie­je jesz­cze trze­cia moż­li­wość - po­wie­dział Ste­phen.

- Po­su­nię­cie, dzię­ki któ­re­mu lud i ary­sto­kra­cja mogą się zjed­no­czyć.

Aleks uśmiech­nął się, jak­by wie­dział, do cze­go zmie­rza Ste­phen.

- Co to za po­su­nię­cie?

- Woj­na.

Aleks z po­wa­gą ski­nął gło­wą. My­ślą w ten sam spo­sób, po­my­śla­ła Li­dia, Aleks za­wsze był za­pa­trzo­ny w Ste­phe­na. Kie­dy zmarł sta­ry ksią­żę, jej mąż w pew­nym sen­sie za­stą­pił mu ojca.

We­szła Char­lot­te i Li­dia spoj­rza­ła na nią za­sko­czo­na. Mia­ła na so­bie suk­nię, któ­rej Li­dia nig­dy przed­tem nie wi­dzia­ła, z kre­mo­wej ko­ron­ki i cze­ko­la­do­wo­brą­zo­we­go je­dwa­biu. Li­dia nig­dy by ta­kiej sama nie wy­bra­ła - była ra­czej wy­zy­wa­ją­ca - ale nie­wąt­pli­wie Char­lot­te wy­glą­da­ła w niej za­chwy­ca­ją­co. Gdzie ją ku­pi­ła? Li­dia po­czu­ła ukłu­cie nie­po­ko­ju. Od­kąd to wy­bie­ra się na za­ku­py beze mnie? Kto jej po­wie­dział, że te ko­lo­ry har­mo­ni­zu­ją z jej ciem­ny­mi wło­sa­mi i piw­ny­mi oczy­ma? Czy nie uma­lo­wa­ła się tro­chę? I dla­cze­go nie nosi gor­se­tu?

Ste­phen tak­że wpa­try­wał się w Char­lot­te. Li­dia spo­strze­gła, że wstał z krze­sła, i omal nie wy­buch­nę­ła śmie­chem. Było to dość dra­ma­tycz­ne po­twier­dze­nie fak­tu, że ma oto do­ro­słą cór­kę, wy­ra­żo­ne, co za­baw­ne, w spo­sób cał­kiem mi­mo­wol­ny. Za chwi­lę po­czu­je się głu­pio, zda so­bie spra­wę, że uno­sze­nie się z krze­sła na wi­dok wcho­dzą­cej do po­ko­ju cór­ki jest wy­ra­zem kur­tu­azji, któ­ry trud­no mu bę­dzie oka­zy­wać we wła­snym domu.

Na Alek­sie Char­lot­te wy­war­ła jesz­cze więk­sze wra­że­nie.

Ze­rwał się na nogi, ob­le­wa­jąc so­bie rękę sher­ry, i za­czer­wie­nił się po uszy. Jaki on nie­śmia­ły, po­my­śla­ła Li­dia. Prze­ło­żył ocie­ka­ją­cy wi­nem kie­li­szek z pra­wej dło­ni do le­wej, tak że nie mógł te­raz po­dać na po­wi­ta­nie żad­nej, i stał bez­rad­nie w miej­scu. Był to nie­zręcz­ny mo­ment, mło­dy ksią­żę bo­wiem naj­wy­raź­niej chciał się przy­wi­tać z Char­lot­te, a nie mógł po­dać jej ręki, do­pó­ki nie do­pro­wa­dzi się do po­rząd­ku. Li­dia mia­ła wła­śnie za­miar wtrą­cić ja­kąś nie­win­ną uwa­gę, żeby roz­ła­do­wać mil­cze­nie, kie­dy ini­cja­ty­wę prze­ję­ła Char­lot­te.

Wy­cią­gnę­ła z kie­szon­ki na pier­si Alek­se­go je­dwab­ną chust­kę i wy­tar­ła nią jego pra­wą dłoń.

- Jak się pan mie­wa, Alek­sie­ju An­drie­je­wi­czu - ode­zwa­ła się doń po ro­syj­sku. Uści­snę­ła te­raz już su­chą pra­wą rękę Or­ło­wa, wy­ję­ła kie­li­szek z jego le­wej dło­ni, wy­tar­ła go, wy­tar­ła lewą rękę, na­stęp­nie wrę­czy­ła mu z po­wro­tem kie­li­szek, wsa­dzi­ła chust­kę do kie­szon­ki i za­pro­si­ła ge­stem, żeby usiadł.

- Te­raz, kie­dy prze­stał pan roz­le­wać na wszyst­kie stro­ny sher­ry - po­wie­dzia­ła, sia­da­jąc - pro­szę opo­wie­dzieć mi coś o Dia­gi­le­wie. Po­dob­no to dziw­ny czło­wiek. Czy po­znał go pan oso­bi­ście?

- Tak, mia­łem tę przy­jem­ność - uśmiech­nął się Aleks.

Pod­czas gdy Aleks opo­wia­dał, Li­dia nie mo­gła wyjść z po­dzi­wu dla swo­jej cór­ki. Po­ra­dzi­ła so­bie w nie­zręcz­nej sy­tu­acji bez chwi­li wa­ha­nia, a po­tem za­da­ła spryt­ne py­ta­nie - praw­do­po­dob­nie mia­ła je przy­go­to­wa­ne już wcze­śniej - któ­re po­zwo­li­ło Or­ło­wo­wi za­po­mnieć o wła­snej nie­zgrab­no­ści i po­czuć się nie­co swo­bod­niej. Wszyst­ko to po­szło jej tak gład­ko, jak­by mia­ła dwu­dzie­sto­let­nią prak­ty­kę. Kto ją tego na­uczył?

1

Wal­den uwiel­biał ta­kie le­ni­we, nie­dziel­ne po­po­łu­dnia. Stał przy otwar­tym oknie i spo­glą­dał na park. Na roz­le­głym, pła­skim traw­ni­ku ro­sły dwa po­tęż­ne dęby, szkoc­ka so­sna, kil­ka kasz­ta­nów i wierz­ba przy­po­mi­na­ją­ca dziew­czę­cą gło­wę z roz­pusz­czo­ny­mi wło­sa­mi. Słoń­ce sta­ło wy­so­ko, do­rod­ne drze­wa rzu­ca­ły ciem­ny, chłod­ny cień. Pta­ki umil­kły, tyl­ko z kwit­ną­ce­go przy oknie po­wo­ju do­cho­dzi­ło bu­cze­nie sy­tych psz­czół. W domu rów­nież pa­no­wa­ła ci­sza. Więk­szość służ­by mia­ła wol­ne po­po­łu­dnie. Je­dy­ny­mi go­ść­mi tego week­en­du byli brat Wal­de­na Geo­r­ge, jego żona Cla­ris­sa i ich dzie­ci. Geo­r­ge po­szedł na spa­cer, Cla­ris­sa po­ło­ży­ła się, a dzie­ci były gdzieś poza za­się­giem wzro­ku. Wal­den od­prę­żył się. W na­bo­żeń­stwie uczest­ni­czył oczy­wi­ście w sur­du­cie, a za go­dzi­nę lub dwie miał prze­brać się do obia­du we frak i bia­ły kra­wat, tym­cza­sem jed­nak świet­nie czuł się w twe­edo­wym gar­ni­tu­rze i ko­szu­li z mięk­kim koł­nie­rzy­kiem. Je­śli tyl­ko Li­dia za­gra dziś wie­czo­rem na for­te­pia­nie, po­my­ślał, to bę­dzie na­praw­dę wspa­nia­ły dzień.

Ob­ró­cił się ku żo­nie.

- Za­grasz po obie­dzie?

- Je­śli tyl­ko so­bie tego ży­czysz - od­par­ła z uśmie­chem.

Wal­den usły­szał ha­łas i zno­wu wyj­rzał przez okno. U szczy­tu alei, w od­le­gło­ści kil­ku­set me­trów, zo­ba­czył au­to­mo­bil. Ogar­nę­ła go iry­ta­cja, po­dob­na do do­skwie­ra­ją­ce­go mu przed bu­rzą, zło­śli­we­go kłu­cia w pra­wej no­dze. Dla­cze­go przej­mu­ję się au­to­mo­bi­lem? - po­my­ślał. Nie miał nic prze­ciw­ko au­to­mo­bi­lom - sam po­sia­dał lan­che­ste­ra i uży­wał go re­gu­lar­nie, jeż­dżąc do Lon­dy­nu - la­tem jed­nak sta­no­wi­ły one dla miesz­kań­ców wio­ski praw­dzi­wą udrę­kę, pę­dzi­ły bo­wiem z ry­kiem, wznie­ca­jąc tu­ma­ny ku­rzu. Od ja­kie­goś cza­su Wal­den no­sił się z za­mia­rem wy­as­fal­to­wa­nia pa­ru­set me­trów dro­gi. Nor­mal­nie nie wa­hał­by się ani chwi­li, ale od roku 1909, kie­dy Lloyd Geo­r­ge po­wo­łał Za­rząd Dróg, spra­wa ta nie na­le­ża­ła już do jego kom­pe­ten­cji. To wła­śnie, uświa­do­mił so­bie, było po­wo­dem jego iry­ta­cji. Ty­po­wy przy­kład sta­no­wie­nia pra­wa przez li­be­ra­łów: bio­rą od czło­wie­ka pie­nią­dze, żeby wy­ko­nać coś, co rów­nie do­brze zro­bił­by sam, a na­stęp­nie sie­dzą z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi. Przy­pusz­czam, że w koń­cu sam wy­as­fal­tu­ję tę dro­gę, po­my­ślał, de­ner­wu­ją­cy jest tyl­ko fakt, że dwa razy trze­ba bę­dzie pła­cić za to samo.

Au­to­mo­bil skrę­cił na wy­sy­pa­ny żwi­rem pod­jazd. Kle­ko­cąc i ha­ła­su­jąc, za­trzy­mał się na­prze­ciw­ko wej­ścia po­łu­dnio­we­go. Spa­li­ny z rury wy­de­cho­wej do­le­cia­ły aż do okna i Wal­den wstrzy­mał na chwi­lę od­dech. Kie­row­ca, ubra­ny w kask, go­gle i cięż­ki płaszcz do jaz­dy, otwo­rzył drzwi przed pa­sa­że­rem. Z au­to­mo­bi­lu wy­siadł ni­ski męż­czy­zna w czar­nym płasz­czu i czar­nym fil­co­wym ka­pe­lu­szu. Wal­den po­znał go i za­mar­ło mu ser­ce: spo­koj­ne let­nie po­po­łu­dnie do­bie­gło koń­ca.

- To Win­ston Chur­chill - po­wie­dział.

- Ja­kież to krę­pu­ją­ce - żach­nę­ła się Li­dia.

Ten czło­wiek po pro­stu nie daje się spła­wić. W czwar­tek wy­słał li­ścik, któ­ry Wal­den zwy­czaj­nie zi­gno­ro­wał. W pią­tek za­dzwo­nił do lon­dyń­skie­go domu Wal­de­na, gdzie po­in­for­mo­wa­no go, że ear­la nie ma w domu. A te­raz, w nie­dzie­lę, prze­był dłu­gą dro­gę aż do Nor­fol­ku. Zo­sta­nie po­now­nie od­pra­wio­ny. Czy wy­obra­ża so­bie, że jego upór wy­wrze na kimś wra­że­nie? - py­tał sam sie­bie Wal­den.

Nie lu­bił być nie­grzecz­ny, ale ten czło­wiek w peł­ni na to za­słu­gi­wał. Rząd li­be­ra­łów, w któ­rym Chur­chill peł­nił funk­cję mi­ni­stra, w spo­sób ha­nieb­ny wy­stą­pił prze­ciw­ko fun­da­men­tom an­giel­skie­go spo­łe­czeń­stwa, opo­dat­ko­wu­jąc wiel­ką wła­sność ziem­ską, osła­bia­jąc zna­cze­nie Izby Lor­dów, usi­łu­jąc od­dać Ir­lan­dię w ręce ka­to­li­ków, prze­trze­bia­jąc Kró­lew­ską Ma­ry­nar­kę Wo­jen­ną i ustę­pu­jąc przed szan­ta­żem związ­ków za­wo­do­wych i prze­klę­tych so­cja­li­stów. Nie, Wal­den i jego przy­ja­cie­le nig­dy nie uści­sną ręki lu­dziom ta­kie­go po­kro­ju.

Drzwi otwo­rzy­ły się i do po­ko­ju wszedł Prit­chard, wy­so­ki męż­czy­zna o na­sma­ro­wa­nych bry­lan­ty­ną czar­nych wło­sach. Wy­wo­dził się z lon­dyń­skie­go przed­mie­ścia i mało kogo mógł oszu­kać do­stoj­ną miną, jaką przy­bie­rał na uży­tek go­ści. Jako mło­dy chło­pak uciekł na mo­rze i zszedł ze stat­ku we wschod­niej Afry­ce. Wal­den, prze­by­wa­ją­cy tam wów­czas na sa­fa­ri, wy­na­jął go do pil­no­wa­nia miej­sco­wych tra­ga­rzy. Od tej pory sta­li się nie­roz­łącz­ni. Obec­nie Prit­chard był u Wal­de­na ma­jor­do­mu­sem i to­wa­rzy­szył mu za­rów­no w domu w Lon­dy­nie, jak i w re­zy­den­cji na wsi. Byli przy­ja­ciół­mi, oczy­wi­ście na tyle, na ile pan może się przy­jaź­nić ze słu­gą.

- Przy­był Pierw­szy Lord Ad­mi­ra­li­cji, mi­lor­dzie - oznaj­mił Prit­chard.

- Nie ma mnie w domu - od­parł Wal­den.

Prit­chard wy­da­wał się lek­ko za­kło­po­ta­ny. Nie przy­wykł do wy­rzu­ca­nia za drzwi człon­ków ga­bi­ne­tu. Lo­kaj mo­je­go ojca po­ra­dził­by so­bie z tym bez zmru­że­nia oka, po­my­ślał Wal­den; sta­re­mu Thom­so­no­wi po­zwo­lo­no jed­nak ła­ska­wie odejść na eme­ry­tu­rę i ho­do­wał te­raz róże w ogród­ku przy swo­im domu we wsi. Prit­chard nie mógł so­bie ja­koś przy­swo­ić jego nie­wzru­szo­ne­go do­sto­jeń­stwa.

Prit­chard za­czął po­ły­kać spół­gło­ski, co było ozna­ką, że albo jest bar­dzo roz­luź­nio­ny, albo bar­dzo spię­ty.

- Pan Chur­chill po­edział, że pan, mi­lor­dzie, po­wie, że nie ma pana w domu. I po­edział, żeby od­dać panu ten list. - Po­dał na tacy ko­per­tę. Wal­den nie zno­sił lu­dzi na­chal­nych.

- Od­daj mu go - po­wie­dział zde­ner­wo­wa­ny.

Na­gle za­trzy­mał się i przyj­rzał po­now­nie cha­rak­te­ro­wi pi­sma na ko­per­cie. Było coś zna­jo­me­go w tych du­żych, wy­raź­nych, lek­ko po­chy­łych li­te­rach.

- O, mój Boże - wy­szep­tał.

Wziął ko­per­tę, otwo­rzył ją i wy­jął po­je­dyn­czą, zło­żo­ną na pół kart­kę gru­be­go bia­łe­go pa­pie­ru. Na gó­rze wid­nia­ła czer­wo­na pie­częć kró­lew­ska. Wal­den prze­czy­tał:

Pa­łac Buc­kin­gham, 1 maja 1914 roku

Mój dro­gi Wal­de­nie

Przyj­mij mło­de­go Win­sto­na.

Je­rzy R. V.

- To od kró­la - po­in­for­mo­wał Li­dię.

Był tak za­że­no­wa­ny, że aż się za­czer­wie­nił. Wcią­gać kró­la w coś ta­kie­go było po pro­stu strasz­li­wym nie­tak­tem. Czuł się jak uczeń, któ­re­go wy­tar­ga­no za uszy i ka­za­no za­jąć się lek­cja­mi. Przez mo­ment ku­si­ło go, żeby od­mó­wić kró­lo­wi. Ale kon­se­kwen­cje... Li­dii nie przy­ję­to by już wię­cej u kró­lo­wej, lu­dziom nie by­ło­by wol­no za­pra­szać Wal­de­nów na przy­ję­cia, na któ­rych mo­gli­by być obec­ni człon­ko­wie ro­dzi­ny pa­nu­ją­cej i - co naj­gor­sze ze wszyst­kie­go - cór­ka Wal­de­na, Char­lot­te, nie zo­sta­ła­by przed­sta­wio­na na dwo­rze. Ży­cie to­wa­rzy­skie ca­łej ro­dzi­ny le­gło­by w gru­zach. Rów­nie do­brze mo­gli­by się spa­ko­wać i wy­je­chać do in­ne­go kra­ju. Nie, nie spo­sób było sprze­ci­wić się woli kró­la.

Wal­den wes­tchnął. Chur­chill po­ko­nał go. Przy­jął to po­nie­kąd z ulgą: te­raz mógł wy­ła­mać się z sze­re­gu i nikt nie po­wi­nien mieć mu tego za złe. List od kró­la, sta­rusz­ku, mógł się uspra­wie­dli­wiać, nic się nie dało zro­bić, sam ro­zu­miesz.

- Po­proś tu­taj pana Chur­chil­la - po­wie­dział do Prit­char­da.

Po­dał list Li­dii. Li­be­ra­ło­wie na­praw­dę nie mają po­ję­cia, jak po­win­na funk­cjo­no­wać mo­nar­chia.

- Król jest po pro­stu za mało sta­now­czy w sto­sun­ku do tych lu­dzi - mruk­nął.

- To sta­je się okrop­nie nud­ne - za­uwa­ży­ła Li­dia.

Nie jest ani tro­chę znu­dzo­na, po­my­ślał Wal­den. W rze­czy­wi­sto­ści uwa­ża pew­nie tę sy­tu­ację za rzecz cał­kiem eks­cy­tu­ją­cą; po­wie­dzia­ła tak, bo tak wła­śnie wy­ra­zi­ła­by się an­giel­ska dama, a po­nie­waż nie była An­giel­ką, lecz Ro­sjan­ką, lu­bi­ła mó­wić w spo­sób ty­po­wy dla An­gli­ków, po­dob­nie jak ktoś, kto świe­żo na­uczył się fran­cu­skie­go, bę­dzie wszę­dzie wtrą­cał hein?alors.

Wal­den pod­szedł do okna. Au­to­mo­bil Chur­chil­la wciąż war­czał i dy­mił na pod­jeź­dzie. Kie­row­ca stał przy nim, jed­ną ręką przy­trzy­mu­jąc drzwi, jak­by miał do czy­nie­nia z ko­niem, któ­ry w każ­dej chwi­li może się wy­rwać i po­gnać na pa­stwi­sko. Kil­ku słu­żą­cych przy­glą­da­ło się ma­szy­nie z bez­piecz­nej od­le­gło­ści.

Prit­chard wszedł i za­po­wie­dział:

- Pan Win­ston Chur­chill.

Chur­chill miał czter­dzie­ści lat, do­kład­nie dzie­sięć mniej niż Wal­den. Był ni­skim, szczu­płym męż­czy­zną, ubra­nym, we­dług ear­la, nie­co zbyt ele­ganc­ko jak na praw­dzi­we­go dżen­tel­me­na. W szyb­kim tem­pie prze­rze­dza­ły mu się wło­sy - zo­sta­ła mu tyl­ko kęp­ka na czub­ku gło­wy i dwa loki na skro­niach, co w po­łą­cze­niu z krót­kim no­sem i nie­ustan­nym iro­nicz­nym bły­skiem w oku, nada­wa­ło mu zło­śli­wy wy­gląd. Nie­trud­no było zro­zu­mieć, dla­cze­go ka­ry­ka­tu­rzy­ści re­gu­lar­nie przed­sta­wia­li go w po­sta­ci pod­stęp­ne­go che­ru­ba.

- Dzień do­bry, lor­dzie Wal­den - po­wie­dział we­so­ło Chur­chill, ści­ska­jąc mu rękę. Ukło­nił się Li­dii. - Lady Wal­den, wi­tam pa­nią.

Co jest ta­kie­go w tym czło­wie­ku, że gra mi na ner­wach? - za­sta­na­wiał się Wal­den. Po­pro­sił go, żeby usiadł, a Li­dia za­pro­po­no­wa­ła her­ba­tę. Nie wsz­czy­nał luź­nej po­ga­węd­ki; chciał szyb­ko do­wie­dzieć się, o co ten cały ha­łas.

- Przede wszyst­kim chciał­bym, rów­nież w imie­niu kró­la, prze­pro­sić pana za naj­ście - za­czął Chur­chill.

Wal­den kiw­nął gło­wą. Nie miał za­mia­ru uła­twiać tam­te­mu sy­tu­acji, twier­dząc, że nic się nie sta­ło.

- Chciał­bym do­dać, że nig­dy bym się do cze­goś ta­kie­go nie po­su­nął, gdy­by nie spra­wy naj­wyż­szej wagi pań­stwo­wej.

- Le­piej niech mi je pan przed­sta­wi.

- Czy wie pan, co dzie­je się na ryn­ku fi­nan­so­wym?

- Owszem. Pod­nio­sła się sto­pa dys­kon­to­wa.

- Z jed­ne­go i trzech czwar­tych do pra­wie trzech pro­cent. Jest to ol­brzy­mi wzrost i na­stą­pił w cią­gu kil­ku ostat­nich ty­go­dni.

- Spo­dzie­wam się, że pan wie dla­cze­go.

Chur­chill ski­nął gło­wą.

- Fir­my nie­miec­kie za­dłu­ża­ją się na wiel­ką ska­lę, wy­co­fu­jąc go­tów­kę i ku­pu­jąc zło­to. Jesz­cze kil­ka ty­go­dni i Niem­cy, kosz­tem in­nych kra­jów, ścią­gną do sie­bie wszyst­ko. Będą mie­li nie­spła­co­ne dłu­gi i re­zer­wy zło­ta wyż­sze niż kie­dy­kol­wiek w ich hi­sto­rii.

- Przy­go­to­wu­ją się do woj­ny.

- W ten i na sze­reg in­nych spo­so­bów. Pod­nie­śli po­dat­ki o mi­liard ma­rek w sto­sun­ku do ich po­przed­niej wy­so­ko­ści, aby wzmoc­nić ar­mię, któ­ra i tak jest już naj­sil­niej­sza w Eu­ro­pie. Pa­mię­ta pan, że kie­dy w roku ty­siąc dzie­więć­set dzie­wią­tym Lloyd Geo­r­ge pod­niósł bry­tyj­skie po­dat­ki o pięt­na­ście mi­lio­nów fun­tów szter­lin­gów, o mało nie do­pro­wa­dzi­ło to do re­wo­lu­cji. Cóż, mi­liard ma­rek sta­no­wi w przy­bli­że­niu rów­no­war­tość pięć­dzie­się­ciu mi­lio­nów fun­tów. To naj­wyż­sze po­dat­ki w hi­sto­rii Eu­ro­py.

- Tak, rze­czy­wi­ście - prze­rwał Wal­den. Oba­wiał się, że Chur­chill zno­wu za­cznie swo­je ora­tor­skie po­pi­sy. Nie ży­czył so­bie, żeby tam­ten wy­gła­szał przed nim mowę. - My, kon­ser­wa­ty­ści, od dłuż­sze­go już cza­su za­nie­po­ko­je­ni by­li­śmy roz­wo­jem nie­miec­kie­go mi­li­ta­ry­zmu. Te­raz, za pięć dwu­na­sta, oznaj­mia mi pan, że mie­li­śmy ra­cję.

Chur­chill nie dał się zbić z tro­pu.

- Niem­cy za­ata­ku­ją Fran­cję, to pra­wie pew­ne. Py­ta­nie brzmi: czy przyj­dzie­my Fran­cji z po­mo­cą?

- Ależ skąd - od­parł ze zdu­mie­niem Wal­den. - Mi­ni­ster spraw za­gra­nicz­nych za­pew­nił nas prze­cież, że nie mamy żad­nych zo­bo­wią­zań wo­bec Fran­cji...

- Sir Edward, oczy­wi­ście, uczy­nił to ze szcze­re­go prze­ko­na­nia - przy­tak­nął Chur­chill. - Ale był w błę­dzie. Na­sze po­ro­zu­mie­nie z Pa­ry­żem jest tego ro­dza­ju, że nie mo­że­my stać z boku i pa­trzeć, jak Fran­cja pada w wal­ce z Niem­ca­mi.

Wal­den był wstrzą­śnię­ty. Li­be­ra­łom uda­ło się prze­ko­nać wszyst­kich, jego nie wy­klu­cza­jąc, że nie wcią­gną An­glii do woj­ny; a te­raz je­den z ich naj­waż­niej­szych mi­ni­strów twier­dzi coś wprost prze­ciw­ne­go. Dwu­li­co­wość po­li­ty­ków może do­pro­wa­dzić do sza­łu, ale Wal­den ry­chło o niej za­po­mniał, kie­dy za­czął za­sta­na­wiać się, ja­kie kon­se­kwen­cje po­cią­gnie za sobą ta woj­na. My­ślał o zna­nych mu mło­dych lu­dziach, któ­rzy będą mu­sie­li pójść na front: o nie­mra­wych, opie­ku­ją­cych się jego par­kiem ogrod­ni­kach, o bez­czel­nych, krę­cą­cych się po jego domu lo­ka­jach, o ogo­rza­łych na twa­rzy pa­rob­kach z fol­war­ku, o nie­sfor­nych stu­den­tach, o próż­nia­kach za­bi­ja­ją­cych czas w klu­bach przy St. Ja­mes's. a po­tem ta myśl od­pły­nę­ła, ustę­pu­jąc miej­sca na­stęp­nej, o wie­le bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cej.

- Czy je­ste­śmy w ogó­le w sta­nie wy­grać tę woj­nę? - za­py­tał.

Chur­chill przy­brał po­waż­ną minę.

- Są­dzę, że nie.

Wal­den wle­pił w nie­go oczy.

- Na miły Bóg, co­ście naj­lep­sze­go na­ro­bi­li?

- W na­szej po­li­ty­ce kie­ro­wa­li­śmy się za­wsze chę­cią unik­nię­cia woj­ny - za­czął się bro­nić Chur­chill - a nie moż­na pro­wa­dzić ta­kiej po­li­ty­ki i rów­no­cze­śnie zbro­ić się po zęby.

- Ale nie uda­ło wam się unik­nąć woj­ny.

- Wciąż się o to sta­ra­my.

- Ale są­dzi­cie, że to się wam nie uda.

Wy­da­wa­ło się, że Chur­chill chce się sprze­ci­wić, ale prze­łknął tyl­ko śli­nę.

- Nie­ste­ty tak.

- Więc co te­raz bę­dzie?

- W sy­tu­acji, kie­dy An­glia i Fran­cja nie są w sta­nie po­ko­nać Nie­miec wspól­ny­mi si­ła­mi, mu­si­my mieć jesz­cze jed­ne­go so­jusz­ni­ka: trze­cie pań­stwo, któ­re znaj­dzie się po na­szej stro­nie. Tym pań­stwem jest Ro­sja. Kie­dy Niem­cy po­dzie­lą swo­je siły i zmu­sze­ni będą wal­czyć na dwa fron­ty, wów­czas mo­że­my wy­grać. Ar­mia ro­syj­ska jest nie­udol­na i sko­rum­po­wa­na, jak wszyst­ko inne w tym kra­ju, ale nie gra to żad­nej roli, do­pó­ki jest w sta­nie ścią­gnąć na sie­bie część sił nie­miec­kich.

Chur­chill do­sko­na­le wie­dział, że Li­dia jest Ro­sjan­ką. Lek­ce­wa­żą­ce mó­wie­nie o Ro­sji w jej obec­no­ści świad­czy­ło o ty­po­wym dla nie­go bra­ku tak­tu, ale Wal­den pu­ścił mu to pła­zem, tak był za­in­try­go­wa­ny tym, co usły­szał.

- Ro­sja za­war­ła prze­cież przy­mie­rze z Fran­cją - po­wie­dział.

- To nie wy­star­cza - od­parł Chur­chill. - Roz­strzy­gnię­cie, czy Fran­cja jest ofia­rą agre­sji, czy agre­so­rem, po­zo­sta­wia się w każ­dym przy­pad­ku Ro­sji. Kie­dy wy­bu­cha woj­na, każ­da ze stron twier­dzi na ogół, że zo­sta­ła na­pad­nię­ta. Dla­te­go to przy­mie­rze zo­bo­wią­zu­je Ro­sję do wal­ki wy­łącz­nie wte­dy, kie­dy ta ma na to ocho­tę. Do ni­cze­go wię­cej. Chce­my, żeby Ro­sja na nowo i sta­now­czo opo­wie­dzia­ła się po na­szej stro­nie.

- Nie mogę so­bie was wy­obra­zić, jak wy­mie­nia­cie uścisk dło­ni z ca­rem.

- W ta­kim ra­zie, wca­le nas pan nie zna. Żeby oca­lić An­glię, go­to­wi je­ste­śmy pak­to­wać z sa­mym dia­błem.

- Nie spodo­ba się to wa­szym zwo­len­ni­kom.

- Nie będą o ni­czym wie­dzie­li.

Wal­den do­my­ślał się, do cze­go to wszyst­ko pro­wa­dzi. Per­spek­ty­wa była eks­cy­tu­ją­ca.

- Co pan ma na my­śli? Taj­ny trak­tat? Czy nie­pi­sa­ne po­ro­zu­mie­nie?

- Jed­no i dru­gie.

Wal­den przyj­rzał się Chur­chil­lo­wi przez zmru­żo­ne po­wie­ki. Ten mło­dy de­ma­gog ma ro­zum nie od pa­ra­dy, po­my­ślał, i może go wy­ko­rzy­stać prze­ciw­ko mnie. A za­tem li­be­ra­ło­wie pra­gną za­wrzeć taj­ny trak­tat z ca­rem - nie ba­cząc na nie­na­wiść, jaką na­ród an­giel­ski żywi do bru­tal­ne­go, pa­nu­ją­ce­go w Ro­sji re­żi­mu - ale dla­cze­go zdra­dza­ją mi swo­je za­my­sły? Chcą mnie ja­koś zwią­zać z tą spra­wą, to ja­sne. W ja­kim celu? Po to, żeby je­że­li coś się nie po­wie­dzie, mieć pod ręką ko­zła ofiar­ne­go, kon­ser­wa­ty­stę na do­da­tek? Żeby zwa­bić mnie w taką pu­łap­kę, po­trzeb­ny był­by in­try­gant bar­dziej sub­tel­ny niż Chur­chill.

- Pro­szę da­lej - po­wie­dział.

- Roz­po­czą­łem z Ro­sja­na­mi roz­mo­wy na te­mat ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, przy oka­zji na­szych woj­sko­wych ne­go­cja­cji z Fran­cją. Przez ja­kiś czas uczest­ni­czy­li w nich urzęd­ni­cy dość ni­skiej ran­gi, te­raz jed­nak ro­ko­wa­nia na­bie­ra­ją ru­mień­ców. Do Lon­dy­nu ma przy­być mło­dy ro­syj­ski ad­mi­rał. To ksią­żę Alek­sy An­drie­je­wicz Or­łow.

- Aleks! - krzyk­nę­ła ci­cho Li­dia.

Chur­chill rzu­cił jej spoj­rze­nie.

- Zda­je się, że to pani krew­ny, lady Wal­den.

- Tak - przy­zna­ła Li­dia. Coś, o czym Wal­den nie miał naj­mniej­sze­go po­ję­cia, naj­wy­raź­niej wy­trą­ci­ło ją z rów­no­wa­gi.

- Jest sy­nem mo­jej star­szej sio­stry, co ozna­cza, że jest moim. ku­zy­nem?

- Sio­strzeń­cem - pod­po­wie­dział Wal­den.

- Nie wie­dzia­łam, że zo­stał ad­mi­ra­łem - mó­wi­ła da­lej.

- Mu­sie­li go nie­daw­no mia­no­wać.

Wy­da­wa­ła się te­raz jak zwy­kle do­sko­na­le opa­no­wa­na i Wal­den nie wie­dział, czy nie przy­śni­ło mu się to, cze­go świad­kiem był przed chwi­lą. Rad był, że Aleks przy­jeż­dża do Lon­dy­nu: bar­dzo lu­bił tego chło­pa­ka.

- Jest mło­dy jak na tak wy­so­ką szar­żę - stwier­dzi­ła Li­dia.

- Ma trzy­dzie­ści lat - od­parł Chur­chill i Wal­den uświa­do­mił so­bie, że czter­dzie­sto­let­ni Chur­chill jest rów­nież bar­dzo mło­dy jak na funk­cję, da­ją­cą mu wła­dzę nad całą Kró­lew­ską Ma­ry­nar­ką Wo­jen­ną. Pierw­szy Lord wy­dął dum­nie war­gi, jak­by chciał po­wie­dzieć: "Świat na­le­ży do ge­nial­nych mło­dych lu­dzi, ta­kich jak ja i Or­łow".

A jed­nak i mnie do cze­goś po­trze­bu­je­cie, po­my­ślał Wal­den.

- Po­nad­to - kon­ty­nu­ował Chur­chill - Or­łow jest przez swe­go ojca, nie­ży­ją­ce­go już księ­cia, sio­strzeń­cem sa­me­go cara i, co jesz­cze waż­niej­sze, jed­nym z nie­wie­lu lu­dzi spo­za krę­gu Ra­spu­ti­na, któ­rych car lubi i któ­rych ob­da­rza za­ufa­niem. Je­że­li w do­wódz­twie ro­syj­skiej ma­ry­nar­ki wo­jen­nej jest ktoś, kto po­tra­fi prze­cią­gnąć cara na na­szą stro­nę, to tą oso­bą jest Or­łow.

- A mój udział w tym wszyst­kim? - Wal­den za­dał py­ta­nie, któ­re cały czas cho­dzi­ło mu po gło­wie.

- Chcę, żeby re­pre­zen­to­wał pan An­glię pod­czas tych roz­mów. i chcę, żeby przy­niósł mi pan Ro­sję na ta­le­rzu.

Ten fa­cet nig­dy nie może się oprzeć po­ku­sie, żeby nie za­cho­wy­wać się jak w ta­nim me­lo­dra­ma­cie, po­my­ślał Wal­den.

- Chce pan, aby­śmy ra­zem z Alek­sem wy­ne­go­cjo­wa­li an­giel­sko-ro­syj­ski trak­tat woj­sko­wy?

- Tak.

Wal­den na­tych­miast po­jął, jak trud­ne, śmia­łe i obie­cu­ją­ce by­ło­by to za­da­nie. Stłu­mił ogar­nia­ją­ce go pod­nie­ce­nie i po­ku­sę, aby wstać i przejść się po po­ko­ju.

- Zna pan oso­bi­ście cara - mó­wił Chur­chill. - Zna pan Ro­sję i mówi pan płyn­nie po ro­syj­sku. Jako mąż lady Wal­den jest pan wu­jem Or­ło­wa. Już raz przed­tem skło­nił pan cara do opo­wie­dze­nia się po stro­nie An­glii prze­ciw Niem­com, w roku ty­siąc dzie­więć­set szó­stym, kie­dy pań­ska in­ter­wen­cja za­po­bie­gła ra­ty­fi­ka­cji trak­ta­tu z Bjor­ko. - Chur­chill prze­rwał.

- Mimo to po­cząt­ko­wo nie bra­li­śmy pod uwa­gę pań­skiej kan­dy­da­tu­ry jako na­sze­go re­pre­zen­tan­ta w tych ne­go­cja­cjach. W West­min­ste­rze spra­wy mają się w ten spo­sób...

- Tak, tak - Wal­den nie chciał roz­po­czy­nać dys­ku­sji na ten te­mat. - Jed­nak coś spo­wo­do­wa­ło, że zmie­ni­li­ście zda­nie.

- Isto­ta spra­wy po­le­ga na tym, że pań­ską kan­dy­da­tu­rę wy­su­nął car. Wy­glą­da na to, że jest pan je­dy­nym An­gli­kiem, do któ­re­go ma ja­kie­kol­wiek za­ufa­nie. Wy­słał te­le­gram do swe­go ku­zy­na, a na­sze­go kró­la, do­ma­ga­jąc się, żeby Or­łow pro­wa­dził roz­mo­wy wła­śnie z pa­nem.

Wal­den mógł so­bie wy­obra­zić kon­ster­na­cję, jaka za­pa­no­wa­ła wśród ra­dy­ka­łów, kie­dy do­wie­dzie­li się, że będą mu­sie­li do­pu­ścić do swo­ich taj­nych kom­bi­na­cji sta­re­go, za­sia­da­ją­ce­go w Izbie Lor­dów kon­ser­wa­ty­stę.

- Są­dzę, że wpa­dli­ście w tym mo­men­cie w prze­ra­że­nie - po­wie­dział.

- Nie­zu­peł­nie. W spra­wach za­gra­nicz­nych na­sza po­li­ty­ka nie róż­ni się tak bar­dzo od wa­szej. Poza tym za­wsze uwa­ża­łem, że na­sze we­wnętrz­ne po­li­tycz­ne nie­po­ro­zu­mie­nia nie po­win­ny stać na prze­szko­dzie, aby pań­skie ta­len­ty wy­ko­rzy­sta­ne zo­sta­ły w służ­bie rzą­du Jego Kró­lew­skiej Mo­ści.

Te­raz po­chleb­stwa, po­my­ślał Wal­den. Mu­szę być im bar­dzo po­trzeb­ny.

- Jak uda się to wszyst­ko utrzy­mać w ta­jem­ni­cy? - za­py­tał gło­śno.

- Ma to wy­glą­dać na zwy­kłą to­wa­rzy­ską wi­zy­tę. Je­śli się pan zgo­dzi, Or­łow bę­dzie pań­stwa go­ściem. Wpro­wa­dzi go pan w lon­dyń­skie to­wa­rzy­stwo. Cór­ka pań­stwa roz­po­czy­na w tym se­zo­nie ży­cie to­wa­rzy­skie, nie mylę się chy­ba?

- Chur­chill spoj­rzał na Li­dię.

- Tak, to praw­da - od­po­wie­dzia­ła.

- Więc przy oka­zji mo­że­cie pań­stwo ubić cał­kiem inny in­te­res. Or­łow jest, jak wie­cie, ka­wa­le­rem, z pew­no­ścią sta­no­wi świet­ną par­tię, mo­że­my więc roz­pu­ścić za gra­ni­cą po­gło­ski, że przy­je­chał do An­glii w po­szu­ki­wa­niu żony. Nic się nie sta­nie, je­śli rze­czy­wi­ście ją znaj­dzie.

- Świet­ny po­mysł. - Na­gle Wal­den zdał so­bie spra­wę, że wszyst­ko to wpra­wia go w do­sko­na­ły hu­mor. Peł­nił kie­dyś, za cza­sów kon­ser­wa­tyw­nych rzą­dów Sa­lis­bu­ry'ego i Bal­fo­ura, funk­cję pół­ofi­cjal­ne­go dy­plo­ma­ty, jed­nak już od ośmiu lat nie uczest­ni­czył w żad­nym cha­rak­te­rze w po­li­ty­ce mię­dzy­na­ro­do­wej. Te­raz miał oka­zję po­ja­wić się z po­wro­tem na sce­nie i przy­po­mniał so­bie, jak ab­sor­bo­wa­ły i fa­scy­no­wa­ły go nie­gdyś ta­kie mi­sje: ota­cza­ją­ca je aura ta­jem­ni­czo­ści, po­ke­ro­we za­gra­nia pod­czas ne­go­cja­cji, zma­ga­nia się róż­nych oso­bo­wo­ści, umie­jęt­ne po­słu­gi­wa­nie się per­swa­zją, na­ci­skiem, na­wet groź­bą woj­ny. Z Ro­sja­na­mi, jak pa­mię­tał, roz­mo­wy nie były ła­twe. Byli ka­pry­śni, upar­ci i aro­ganc­cy. Ale z Alek­sem nie bę­dzie tak źle. Kie­dy Wal­den brał ślub z Li­dią, Aleks był obec­ny na we­se­lu. Dzie­się­cio­let­ni brzdąc w ma­ry­nar­skim ubran­ku. Po­tem stu­dio­wał kil­ka lat na uni­wer­sy­te­cie w Oks­for­dzie i od­wie­dzał Wal­den Hall pod­czas wa­ka­cji. Nie żył już wte­dy jego oj­ciec i Wal­den po­świę­cał mło­dzień­co­wi tro­chę wię­cej cza­su, niż czy­nił­by to w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach. Zy­skał dzię­ki temu go­rą­cą przy­jaźń mło­de­go, ob­da­rzo­ne­go ży­wym umy­słem Ro­sja­ni­na.

To sta­no­wi­ło świet­ną pod­sta­wę do ne­go­cja­cji. Są­dzę, że je­stem w sta­nie do­pro­wa­dzić je do po­myśl­ne­go za­koń­cze­nia, po­my­ślał. Cóż to był­by za suk­ces!

- Mogę za­tem uwa­żać, że pan się zga­dza? - za­py­tał Chur­chill.

- Na­tu­ral­nie - od­parł Wal­den.

Li­dia unio­sła się z krze­sła.

- Nie, pro­szę nie wsta­wać - po­wie­dzia­ła, kie­dy męż­czyź­ni po­wsta­li wraz z nią. - Zo­sta­wiam pa­nów, że­by­ście mo­gli po­roz­ma­wiać o po­li­ty­ce. Czy zo­sta­nie pan na obie­dzie, pa­nie Chur­chill?

- Nie­ste­ty, mam pil­ne spra­wy w mie­ście.

- W ta­kim ra­zie już te­raz że­gnam pana. - Po­da­ła mu rękę.

Wy­szła z po­ko­ju ośmio­kąt­ne­go, gdzie za­wsze pili her­ba­tę, prze­cię­ła duży i mały hall i otwo­rzy­ła drzwi do po­ko­ju kwia­to­we­go. W tym sa­mym mo­men­cie je­den z po­moc­ni­ków ogrod­ni­ka - nie zna­ła jego imie­nia - wszedł tam przez pro­wa­dzą­ce z ogro­du drzwi z na­rę­czem ró­żo­wych i żół­tych tu­li­pa­nów, prze­zna­czo­nych do przy­stro­je­nia sto­łu przy obie­dzie. Jed­ną z rze­czy, któ­re Li­dia po­ko­cha­ła w An­glii, a zwłasz­cza w Wal­den Hall, było bo­gac­two kwia­tów. Co rano i co wie­czór za­wsze ści­na­no dla niej świe­że kwia­ty, na­wet w zi­mie, kie­dy trze­ba je było ho­do­wać w szklar­ni.

Ogrod­nik do­tknął czap­ki pal­ca­mi - nie mu­siał jej zdej­mo­wać bez wy­raź­ne­go po­le­ce­nia, po­nie­waż po­kój kwia­to­wy był w za­sa­dzie czę­ścią ogro­du - po­ło­żył kwia­ty na mar­mu­ro­wym sto­le i wy­szedł. Li­dia usia­dła i ode­tchnę­ła chłod­nym, pach­ną­cym po­wie­trzem. To było od­po­wied­nie miej­sce do tego, żeby dojść do sie­bie po szo­ku. Roz­mo­wa o Sankt Pe­ters­bur­gu wy­trą­ci­ła ją z rów­no­wa­gi. Pa­mię­ta­ła Alek­se­go An­drie­je­wi­cza ze swo­je­go we­se­la jako nie­śmia­łe­go, ma­łe­go, ślicz­ne­go chłop­ca, pa­mię­ta­ła rów­nież, że był to naj­niesz­czę­śliw­szy dzień w jej ży­ciu.

To z mo­jej stro­ny praw­dzi­wa per­wer­sja, po­my­śla­ła, że wła­śnie z po­ko­ju kwia­to­we­go uczy­ni­łam swo­je sank­tu­arium. Ten dom miał spe­cjal­ne po­miesz­cze­nia na pra­wie każ­dą oka­zję: w jed­nym po­ko­ju ja­da­ło się śnia­da­nie, w in­nym lunch, w ko­lej­nym obiad, osob­ne po­ko­je prze­zna­czo­ne były na pi­cie her­ba­ty, na grę w bi­lard, prze­cho­wy­wa­nie bro­ni, pra­nie bie­li­zny, pra­so­wa­nie, ro­bie­nie prze­two­rów, czysz­cze­nie sre­ber, szczot­ko­wa­nie ubrań, na skła­do­wa­nie win i przy­bo­rów do gier. Jej wła­sny apar­ta­ment skła­dał się z sy­pial­ni, gar­de­ro­by i sa­lo­nu. Mimo to, gdy po­trze­bo­wa­ła spo­ko­ju, przy­cho­dzi­ła wła­śnie tu­taj. Sia­da­ła na twar­dym krze­śle i wpa­try­wa­ła się w pro­sty ka­mien­ny zlew i że­liw­ne nogi, na któ­rych spo­czy­wał mar­mu­ro­wy blat sto­łu. Za­uwa­ży­ła, że jej mąż ma tak­że swo­je pry­wat­ne sank­tu­arium: kie­dy coś wy­pro­wa­dzi­ło go z rów­no­wa­gi, szedł do zbro­jow­ni i tam czy­tał książ­ki o po­lo­wa­niach.

Aleks bę­dzie za­tem w Lon­dy­nie jej go­ściem. Będą roz­ma­wiać o ro­dzin­nych stro­nach, o za­śnie­żo­nych ulicz­kach Sankt Pe­ters­bur­ga, o ba­le­cie i o za­ma­chach bom­bo­wych; a ona, pa­trząc na Alek­sa, bę­dzie my­śla­ła o in­nym mło­dym Ro­sja­ni­nie, o męż­czyź­nie, za któ­re­go nie wy­szła kie­dyś za mąż.

Dzie­więt­na­ście lat mi­nę­ło, od­kąd wi­dzia­ła tego czło­wie­ka po raz ostat­ni, ale wciąż naj­drob­niej­sza wzmian­ka o Sankt Pe­ters­bur­gu spra­wia­ła, że sta­wał jej przed oczy­ma jak żywy, a skó­ra jej cier­pła pod je­dwab­ną suk­nią. Miał wte­dy dzie­więt­na­ście lat, tyle samo co ona: głod­ny, chu­dy jak pa­tyk stu­den­ci­na z dłu­gi­mi, czar­ny­mi wło­sa­mi, twa­rzą wil­ka i oczy­ma spa­nie­la. Miał bla­dą cerę, mięk­kie, ciem­ne wło­sy na pier­siach i zręcz­ne, bar­dzo zręcz­ne ręce. Dziś jesz­cze ob­le­wa­ła się ru­mień­cem, nie na myśl o nim, ale o swo­im wła­snym, zdra­dza­ją­cym ją, osza­la­łym z roz­ko­szy cie­le, o sro­mot­nym krzy­ku, któ­ry wy­dzie­rał się jej z gar­dła. By­łam nik­czem­na, my­śla­ła, i wciąż je­stem nik­czem­na, bo nadal tego pra­gnę.

Po­czu­ła się win­na i po­my­śla­ła o swo­im mężu. Rzad­ko kie­dy my­śla­ła o nim bez po­czu­cia winy. Kie­dy za nie­go wy­cho­dzi­ła, wca­le go nie ko­cha­ła, mi­łość przy­szła do­pie­ro póź­niej. Był czło­wie­kiem o sil­nej woli i do­brym ser­cu i uwiel­biał ją. Jego uczu­cie do niej było sta­łe, de­li­kat­ne i cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ne de­spe­rac­kiej na­mięt­no­ści, któ­rej kie­dyś do­świad­czy­ła. Był szczę­śli­wy tyl­ko dla­te­go, my­śla­ła, po­nie­waż nig­dy nie za­znał, że mi­łość może być sza­lo­na i wy­głod­nia­ła.

Nie po­żą­dam już wię­cej ta­kiej mi­ło­ści, po­wie­dzia­ła so­bie, na­uczy­łam się bez niej żyć i przez wszyst­kie te lata ży­cie sta­ło się ła­twiej­sze. I tak wła­śnie po­win­no być - mam już pra­wie czter­dzie­ści lat!

Nie­któ­re z jej przy­ja­ció­łek wciąż jesz­cze ule­ga­ły po­ku­sie. Nie opo­wia­da­ły jej o swo­ich ro­man­sach, bo czu­ły, że ich nie po­chwa­la; ale plot­ko­wa­ły o so­bie na­wza­jem i Li­dia wie­dzia­ła, że pod­czas nie­któ­rych przy­jęć w wiej­skich re­zy­den­cjach mają miej­sce licz­ne... po­wiedz­my, sto­sun­ki po­za­mał­żeń­skie. Lady Gi­rard zwró­ci­ła się kie­dyś do niej z miną do­świad­czo­nej star­szej ko­bie­ty, któ­ra udzie­la do­brych rad mło­dej go­spo­dy­ni: "Moja dro­ga, je­śli go­ścisz tej sa­mej nocy wi­cek­sięż­nę i Char­lie­go Stot­ta, mu­sisz umie­ścić ich w przy­le­ga­ją­cych do sie­bie sy­pial­niach". Li­dia roz­lo­ko­wa­ła ich w po­ko­jach na dwóch prze­ciw­nych krań­cach domu i wi­cek­sięż­na już nig­dy wię­cej nie od­wie­dzi­ła Wal­den Hall.

Lu­dzie mó­wi­li, że nie­mo­ral­ność roz­ple­ni­ła się z winy zmar­łe­go kró­la, ale Li­dia w to nie wie­rzy­ła. To praw­da, że przy­jaź­nił się z Ży­da­mi i śpie­wa­ka­mi, ale to nie czy­ni­ło z nie­go jesz­cze roz­pust­ni­ka. Dwu­krot­nie go­ścił w Wal­den Hall - raz jako ksią­żę Wa­lii, po­tem jako król Edward VII - i za­wsze za­cho­wy­wał się bez za­rzu­tu.

Za­sta­na­wia­ła się, czy od­wie­dzi ich kie­dyś nowy pa­nu­ją­cy. Wi­zy­ta mo­nar­chy wią­za­ła się z ol­brzy­mi­mi wy­dat­ka­mi i na­pię­ciem, ale z dru­giej stro­ny ja­kąż wspa­nia­łą rze­czą było de­ko­ro­wa­nie domu na jego cześć, przy­go­to­wy­wa­nie naj­bar­dziej wy­szu­ka­nych, ja­kie moż­na so­bie wy­obra­zić, po­traw i spra­wia­nie so­bie dwu­na­stu su­kien tyl­ko na je­den week­end. Po wi­zy­cie w Wal­den Hall król przy­znał­by im być może po­żą­da­ny przez wszyst­kich przy­wi­lej spe­cjal­ne­go en­tree do pa­ła­cu Buc­kin­gham - pra­wo do wjaz­du pod­czas spe­cjal­nych oka­zji przez bra­mę ogro­do­wą. Nie mu­sie­li­by wów­czas ocze­ki­wać w ko­lej­ce wzdłuż alei The Mall wraz z dwie­ma set­ka­mi in­nych po­wo­zów.

Po­my­śla­ła o go­ściach, któ­rych przyj­mo­wa­li tego week­en­du. Geo­r­ge był młod­szym bra­tem Ste­phe­na; miał jego urok, ale ani tro­chę jego po­wa­gi. Cór­ka Geo­r­ge'a, Be­lin­da, mia­ła osiem­na­ście lat, tyle samo co Char­lot­te. Obie roz­po­czy­na­ły w tym se­zo­nie ży­cie to­wa­rzy­skie. Mat­ka Be­lin­dy zmar­ła kil­ka lat temu i Geo­r­ge dość szyb­ko oże­nił się po­now­nie. Jego dru­ga żona Cla­ris­sa była od nie­go znacz­nie młod­sza i cał­kiem po­nęt­na. Uro­dzi­ła mu dwóch bliź­nia­ków. Je­den z nich odzie­dzi­czy Wal­den Hall po śmier­ci Wal­de­na, je­że­li Li­dia nie bę­dzie mia­ła syna. Mo­gła­bym uro­dzić, po­my­śla­ła; czu­ję, że je­stem do tego zdol­na, ale po pro­stu na ra­zie się na to nie za­no­si.

Na­de­szła pora, żeby przy­go­to­wać się do obia­du. Wes­tchnę­ła. Czu­ła się wy­god­nie i na­tu­ral­nie w swo­jej suk­ni, z luź­no upię­ty­mi wło­sa­mi; te­raz bę­dzie mu­sia­ła dać się po­ko­jów­ce za­sznu­ro­wać w gor­set i ucze­sać w wy­so­ki kok. Mó­wi­ło się, że nie­któ­re mło­de ko­bie­ty w ogó­le prze­sta­ły no­sić gor­se­ty. Moż­na so­bie na to po­zwo­lić, my­śla­ła Li­dia, kie­dy ma się fi­gu­rę jak ósem­ka. Ale ona była szczu­pła we wszyst­kich nie­wła­ści­wych miej­scach.

Wsta­ła i wy­szła na dwór. Po­moc­nik ogrod­ni­ka stał przy drzew­ku ró­ża­nym i roz­ma­wiał z po­ko­jów­ką. Li­dia po­zna­ła ją. To była An­nie, ład­na, zmy­sło­wa dziew­czy­na o pu­stej gło­wie i sze­ro­kim uśmie­chu, któ­rym ob­da­rza­ła każ­de­go, kto się aku­rat tra­fił. Sta­ła z rę­ka­mi w kie­sze­niach far­tu­cha, ob­ra­ca­jąc za­czer­wie­nio­ną twarz ku słoń­cu i śmie­jąc się z cze­goś, co po­wie­dział ogrod­nik. To jest wła­śnie dziew­czy­na, któ­ra nie po­trze­bu­je gor­se­tu, po­my­śla­ła Li­dia. An­nie po­win­na pil­no­wać Char­lot­te i Be­lin­dy, bo gu­wer­nant­ka mia­ła aku­rat wol­ne po­po­łu­dnie.

- An­nie! Gdzie są mło­de pa­nien­ki? - za­py­ta­ła ostro Li­dia.

An­nie prze­sta­ła się uśmie­chać i dy­gnę­ła.

- Nie mogę ich zna­leźć, ja­śnie pani.

Ogrod­nik prze­zor­nie ulot­nił się.

- Nie wy­da­je mi się, że­byś ich szu­ka­ła - po­wie­dzia­ła Li­dia. - Już cię nie ma.

- Do­brze, pro­szę pani.

An­nie znik­nę­ła za na­roż­ni­kiem pa­ła­cu. Li­dia wes­tchnę­ła - z pew­no­ścią nie znaj­dzie tam dziew­cząt, zbyt nu­żą­ce by­ło­by jed­nak po­now­ne wzy­wa­nie jej i udzie­la­nie re­pry­men­dy.

Prze­szła przez traw­nik, my­śląc o rze­czach przy­jem­nych i swoj­skich, spy­cha­jąc Sankt Pe­ters­burg głę­bo­ko w mrok nie­pa­mię­ci. Oj­ciec Ste­phe­na, siód­my earl Wal­den, ob­sa­dził za­chod­nią część par­ku ro­do­den­dro­na­mi i aza­lia­mi. Li­dia nig­dy nie mia­ła oka­zji go po­znać, zmarł bo­wiem, za­nim spo­tka­ła Ste­phe­na, ale są­dząc z tego, co o nim mó­wio­no, mu­siał być jed­nym z tych, na któ­rych wiel­ko­ści opie­ra­ła się epo­ka wik­to­riań­ska. Za­sa­dzo­ne przez nie­go krza­ki ob­sy­pa­ne były prze­pięk­ny­mi, w peł­ni roz­wi­nię­ty­mi, ko­lo­ro­wy­mi kwia­ta­mi; bi­ją­cy od nich ogień nie miał w so­bie jed­nak wie­le z wik­to­riań­skie­go du­cha. Mu­si­my za­mó­wić u ko­goś nowy ob­raz przed­sta­wia­ją­cy Wal­den Hall, po­my­śla­ła. Po­przed­ni na­ma­lo­wa­no, kie­dy park nie był jesz­cze w peł­nym roz­kwi­cie.

Obej­rza­ła się do tyłu, na pa­łac. W pro­mie­niach po­po­łu­dnio­we­go słoń­ca sza­ry ka­mień ścia­ny fron­to­wej wy­glą­dał pięk­nie i do­stoj­nie. W sa­mym środ­ku wid­nia­ło wej­ście po­łu­dnio­we. Od­da­lo­ne skrzy­dło wschod­nie mie­ści­ło ba­wial­nię, kil­ka ja­dal­ni oraz kuch­nie, spi­żar­nie i pral­nie cią­gną­ce się w przy­pad­ko­wym ze­sta­wie­niu aż po od­le­głe staj­nie. Bli­żej, po stro­nie za­chod­niej, znaj­do­wał się po­kój po­ran­ny, po­kój ośmio­kąt­ny i w sa­mym na­roż­ni­ku bi­blio­te­ka. Za na­roż­ni­kiem zaś sala bi­lar­do­wa, zbro­jow­nia, po­kój kwia­to­wy Li­dii, pa­lar­nia i biu­ra po­sia­dło­ści. Na pię­trze sy­pial­nie ro­dzin­ne wy­cho­dzi­ły w więk­szo­ści na po­łu­dnie, po­ko­je go­ścin­ne na za­chód, a po­miesz­cze­nia dla służ­by na nie­wi­docz­ną stąd stro­nę pół­noc­no-wschod­nią. Jesz­cze wy­żej za­czy­na­ła się ir­ra­cjo­nal­na fe­eria wież, wie­ży­czek i man­sard. Cała fa­sa­da zgod­nie z naj­lep­szy­mi wzo­ra­mi wik­to­riań­skie­go ro­ko­ka sta­no­wi­ła za­sty­głą w ka­mie­niu or­gię naj­prze­róż­niej­szych or­na­men­tów. Były tu kwia­ty, mo­ty­wy geo­me­trycz­ne i wy­rzeź­bio­ne w ka­mie­niu spi­ra­le, da­lej smo­ki, lwy i che­ru­bi­ny, blan­ki mu­rów obron­nych i bal­ko­ny, masz­ty z fla­ga­mi, ze­ga­ry sło­necz­ne i chi­me­ry. Li­dia uwiel­bia­ła to miej­sce i dzię­ko­wa­ła lo­so­wi, że Ste­phe­na - w prze­ci­wień­stwie do wie­lu przed­sta­wi­cie­li sta­rej ary­sto­kra­cji - stać było na to, by utrzy­my­wać dom w na­le­ży­tym sta­nie.

Uj­rza­ła Char­lot­te i Be­lin­dę wy­ła­nia­ją­ce się zza ży­wo­pło­tu. An­nie oczy­wi­ście ich nie od­na­la­zła. Obie mia­ły na so­bie ka­pe­lu­sze z sze­ro­kim ron­dem, let­nie su­kien­ki, czar­ne szkol­ne poń­czo­chy i czar­ne trze­wi­ki bez ob­ca­sów. Po­nie­waż Char­lot­te mia­ła w tym roku za­cząć by­wać na ba­lach, po­zwa­la­no jej od cza­su do cza­su cze­sać się w wy­so­ki kok i ubie­rać w dłu­gą suk­nię do obia­du. Na ogół jed­nak Li­dia trak­to­wa­ła ją jak dziec­ko, któ­rym prze­cież nadal była. Nie jest do­brze, gdy dzie­ci doj­rze­wa­ją zbyt szyb­ko. Dwie ku­zyn­ki po­grą­żo­ne były w roz­mo­wie, któ­rej te­ma­tu Li­dia próż­no sta­ra­ła się do­my­ślić.

O czym roz­my­śla­łam, gdy mia­łam osiem­na­ście lat? - za­py­ta­ła samą sie­bie. I wte­dy sta­nął jej przed oczy­ma mło­dy czło­wiek o mięk­kich wło­sach i zręcz­nych dło­niach. Boże, po­my­śla­ła, po­zwól mi za­cho­wać moją ta­jem­ni­cę.

- Czy są­dzisz, że po­czu­je­my się in­a­czej, kie­dy za­cznie­my by­wać w to­wa­rzy­stwie? - py­ta­ła Be­lin­da.

Char­lot­te my­śla­ła o tym już wcze­śniej.

- Nie, nie są­dzę.

- Bę­dzie­my wte­dy do­ro­słe.

- Nie ro­zu­miem, w jaki spo­sób przy­ję­cia, bale i pik­ni­ki mogą spra­wić, że ktoś sta­je się bar­dziej do­ro­sły.

- Bę­dzie­my mu­sia­ły no­sić gor­se­ty.

Char­lot­te za­chi­cho­ta­ła.

- Czy mia­łaś kie­dyś na so­bie gor­set?

- Nie, a ty?

- Przy­mie­rza­łam swój w ze­szłym ty­go­dniu.

- No i co?

- Jest okrop­ny. Nie moż­na w nim cho­dzić pro­sto.

- Jak wy­glą­da­łaś?

Char­lot­te po­ka­za­ła przed sobą rę­ka­mi ol­brzy­mi biust. Obie za­czę­ły po­kła­dać się ze śmie­chu. Char­lot­te pod­chwy­ci­ła spoj­rze­nie mat­ki i przy­bra­ła po­kor­ny wy­raz twa­rzy w ocze­ki­wa­niu re­pry­men­dy; ale mama wy­glą­da­ła, jak­by my­śla­ła o czym in­nym, i tyl­ko uśmiech­nę­ła się nie­wy­raź­nie, od­wra­ca­jąc się do nich ple­ca­mi.

- Mimo to bę­dzie faj­nie, zo­ba­czysz - stwier­dzi­ła Be­lin­da.

- Kie­dy za­cznie­my cho­dzić na bale? No, może - z po­wąt­pie­wa­niem od­par­ła Char­lot­te. - Ale o co w tym wszyst­kim cho­dzi?

- O to, żeby spo­tkać od­po­wied­nich mło­dych lu­dzi, oczy­wi­ście.

- Masz na my­śli, zna­leźć so­bie męża.

Do­szły do wiel­kie­go, ro­sną­ce­go na środ­ku traw­ni­ka dębu i Be­lin­da usia­dła na ław­ce pod drze­wem. Była tro­chę na­dą­sa­na.

- Uwa­żasz, że to wszyst­ko jest bar­dzo głu­pie, praw­da? - za­py­ta­ła.

Char­lot­te usia­dła obok niej i po­pa­trzy­ła na wzno­szą­cą się nad tra­wia­stym ko­bier­cem po­łu­dnio­wą fa­sa­dę Wal­den Hall. W wy­so­kich go­tyc­kich oknach mi­go­ta­ły w pro­mie­niach słoń­ca szy­by. Z tego miej­sca dom wy­glą­dał tak, jak­by w środ­ku był urzą­dzo­ny w spo­sób sen­sow­ny i prze­my­śla­ny, w rze­czy­wi­sto­ści jed­nak za tą fa­sa­dą krył się uro­czy ba­ła­gan.

- Głu­pie jest to - po­wie­dzia­ła - że trze­ba cze­kać tak dłu­go. Wca­le mi nie spiesz­no do cho­dze­nia na bale, zo­sta­wia­nia po po­łu­dniu li­ści­ków mło­dym lu­dziom i spo­ty­ka­nia się z nimi... nie dbam o to i do­sko­na­le mogę się bez tego obejść, ale je­stem zła, kie­dy wciąż trak­tu­je się mnie jak dziec­ko. Nie­na­wi­dzę jeść ko­la­cji z Ma­rią, ona jest kom­plet­ną igno­rant­ką albo tyl­ko taką uda­je. W ja­dal­ni pod­czas ko­la­cji przy­najm­niej się o czymś roz­ma­wia. Papa opo­wia­da o in­te­re­su­ją­cych rze­czach. Kie­dy się nu­dzę, Ma­ria mówi, że­by­śmy za­gra­ły w kar­ty. Ja nie chcę w nic grać. Całe moje ży­cie to gra. - Wes­tchnę­ła.

Mó­wie­nie o tym zde­ner­wo­wa­ło ją. Spoj­rza­ła na spo­koj­ną, oto­czo­ną au­re­olą ru­dych lo­ków, pie­go­wa­tą bu­zię Be­lin­dy. Jej wła­sna twarz była owal­na, z na­da­ją­cym jej wy­raz pro­stym no­sem i wy­sta­ją­cy­mi ko­ść­mi po­licz­ko­wy­mi. Mia­ła buj­ne, ciem­ne wło­sy. Po­czci­wa Be­lin­da, po­my­śla­ła, ona wca­le się nie przej­mu­je tymi spra­wa­mi, wła­ści­wie to ni­cze­go nie prze­ży­wa zbyt głę­bo­ko.

- Prze­pra­szam. - Do­tknę­ła ra­mie­nia Be­lin­dy. - Nie chcia­łam się uno­sić.

- W po­rząd­ku - Be­lin­da uśmiech­nę­ła się wy­ro­zu­mia­le.

- Za­wsze wście­ka­ją cię rze­czy, któ­rych nie mo­żesz zmie­nić. Pa­mię­tasz, jak upar­łaś się, że chcesz iść do szko­ły w Eton?

- Nie, nig­dy w ży­ciu!

- Mu­sisz pa­mię­tać, na pew­no. Zro­bi­łaś strasz­ną awan­tu­rę.

Papa cho­dził do szko­ły w Eton, po­wie­dzia­łaś, więc dla­cze­go ja nie mia­ła­bym tam cho­dzić?

Char­lot­te nie pa­mię­ta­ła tego, ale nie była w sta­nie za­prze­czyć, że istot­nie mo­gła tak wła­śnie po­wie­dzieć, ma­jąc dzie­sięć lat.

- Czy na­praw­dę my­ślisz - za­py­ta­ła - że te rze­czy nie mogą wy­glą­dać in­a­czej? Ży­cie to­wa­rzy­skie, bale w mie­ście, za­rę­czy­ny, a po­tem mał­żeń­stwo...

- Za­wsze mo­żesz jesz­cze wy­wo­łać skan­dal. Nie po­zo­sta­nie ci wów­czas nic in­ne­go, jak wy­emi­gro­wać do Ro­de­zji.

- Nie bar­dzo wiem, w jaki spo­sób moż­na wy­wo­łać skan­dal.

- Ja też nie.

Przez chwi­lę mil­cza­ły. Cza­sa­mi Char­lot­te chcia­ła­by być tak samo bier­na jak Be­lin­da. Ży­cie by­ło­by wte­dy o wie­le prost­sze - ale z dru­giej stro­ny sta­ło­by się strasz­nie nud­ne.

- Za­py­ta­łam Ma­rię - po­wie­dzia­ła - co będę ro­bić, kie­dy wyj­dę za mąż. Wiesz, co mi od­po­wie­dzia­ła? "Ro­bić?"

- Char­lot­te prze­drzeź­nia­ła gar­dło­wy ak­cent swo­jej gu­wer­nant­ki. - "Cóż, moje dziec­ko, nie bę­dziesz ro­bić nic".

- Och, ja­kie ona wy­ga­du­je głu­po­ty - wes­tchnę­ła Be­lin­da.

- Na­praw­dę? A co robi moja mat­ka albo two­ja?

- Na­le­żą do do­bre­go to­wa­rzy­stwa. Urzą­dza­ją przy­ję­cia, sie­dzą w swo­ich do­mach na wsi, jeż­dżą do ope­ry...

- To wła­śnie mia­łam na my­śli. Nie ro­bią nic.

- Ro­dzą dzie­ci...

- To tro­chę inna spra­wa. Trzy­ma­ją w wiel­kiej ta­jem­ni­cy, jak to jest z tymi dzieć­mi.

- Dla­te­go, że to... ta­kie wul­gar­ne.

- Dla­cze­go? Co jest w tym wul­gar­ne­go? - Char­lot­te zda­ła so­bie spra­wę, że zno­wu jest pod­eks­cy­to­wa­na. Ma­ria za­wsze jej mó­wi­ła, żeby się nie eks­cy­to­wa­ła. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i zni­ży­ła głos. - Ty i ja mamy prze­cież ro­dzić te dzie­ci. Nie uwa­żasz, że mo­gli­by nam coś o tym po­wie­dzieć, wy­ja­śnić, jak to się od­by­wa? Ale nie, im o wie­le bar­dziej za­le­ży, że­by­śmy wie­dzia­ły wszyst­ko o Mo­zar­cie, Szek­spi­rze i o Le­onar­dzie da Vin­ci.

Be­lin­da wy­glą­da­ła na spe­szo­ną, ale i bar­dzo za­cie­ka­wio­ną. Na pew­no my­śli to samo co ja, po­my­śla­ła Char­lot­te. Cie­ka­we, czy przy­pad­kiem nie wie cze­goś na ten te­mat.

- Zda­jesz so­bie spra­wę, że one doj­rze­wa­ją u cie­bie w brzu­chu? - rzu­ci­ła.

Be­lin­da kiw­nę­ła gło­wą.

- Ale jak to się za­czy­na? - za­py­ta­ła na­gle. - Och, my­ślę, że po pro­stu same za­czy­na­ją doj­rze­wać, kie­dy ko­bie­ta ma oko­ło dwu­dzie­stu je­den lat. To dla­te­go trze­ba za­cząć by­wać na ba­lach, spo­ty­kać się z mło­dy­mi ludź­mi: wszyst­ko po to, żeby mieć już męża, za­nim za­cznie się ten pro­ces. - Char­lot­te za­wa­ha­ła się na mo­ment. - Tak przy­najm­niej mi się zda­je - do­da­ła.

- No do­brze, a któ­rę­dy one wy­cho­dzą? - za­py­ta­ła Be­lin­da.

- Nie wiem. A ja­kiej są wiel­ko­ści?

Be­lin­da roz­su­nę­ła dło­nie mniej wię­cej na pół me­tra.

- Ta­kiej wiel­ko­ści były bliź­nia­ki, kie­dy mia­ły je­den dzień.

- Po­my­śla­ła chwi­lę i zmniej­szy­ła tro­chę od­stęp. -No, może ta­kie.

- Kie­dy kura zno­si jajo - po­wie­dzia­ła Char­lot­te - ono wy­cho­dzi jej... z tyłu. -Nie pa­trzy­ła Be­lin­dzie w oczy. Nig­dy jesz­cze nie roz­ma­wia­ła z ni­kim na tak in­tym­ny te­mat. - Jajo wy­da­je się za duże, a jed­nak wy­cho­dzi.

Be­lin­da po­chy­li­ła się ku niej.

- Wi­dzia­łam kie­dyś, jak ocie­li­ła się Da­isy - po­wie­dzia­ła pół­gło­sem. - Da­isy to kro­wa na na­szym fol­war­ku. Pa­rob­cy nie wie­dzie­li, że się przy­glą­dam. Tak wła­śnie to na­zy­wa­ją: ocie­lić się.

Char­lot­te była za­fa­scy­no­wa­na.

- Jak to wy­glą­da­ło?

- To było strasz­ne. Wy­glą­da­ło, jak­by się jej otwo­rzył brzuch, było mnó­stwo krwi i in­nych rze­czy. - Be­lin­da wzdry­gnę­ła się.

- Bar­dzo mnie to nie­po­koi - po­wie­dzia­ła Char­lot­te.

- Boję się, że mi się to przy­tra­fi, za­nim od­kry­ję całą praw­dę.

Dla­cze­go oni nic nam o tym nie mó­wią?

- Nie po­win­ny­śmy roz­ma­wiać o ta­kich rze­czach.

- Mamy, do cho­le­ry, świę­te pra­wo o tym roz­ma­wiać.

Be­lin­da otwo­rzy­ła usta.

- Prze­kleń­stwa tyl­ko po­gar­sza­ją spra­wę.

- Nie dbam o to. - Char­lot­te do­pro­wa­dza­ło do sza­łu, że nie było skąd się do­wie­dzieć ani kogo spy­tać, ani też żad­nej książ­ki, w któ­rej moż­na by o tym prze­czy­tać... Na­gle przy­szedł jej do gło­wy po­mysł. - W bi­blio­te­ce jest za­mknię­ta szaf­ka. Za­ło­żę się, że tam wła­śnie są książ­ki o wszyst­kich tych spra­wach. Chodź­my zo­ba­czyć!

- Ale je­że­li jest za­mknię­ta...

- To nic, już od kil­ku lat wiem, gdzie są klu­cze.

- Jak nas zła­pią, do­sta­nie­my nie­złą burę.

- Wszy­scy prze­bie­ra­ją się te­raz do obia­du. Mamy je­dy­ną szan­sę. - Char­lot­te wsta­ła.

Be­lin­da za­wa­ha­ła się.

- Bę­dzie awan­tu­ra.

- Nie ob­cho­dzi mnie to. Ja w każ­dym ra­zie za­mie­rzam zo­ba­czyć, co jest w tej szaf­ce. Je­śli chcesz, mo­żesz pójść ze mną. - Char­lot­te ob­ró­ci­ła się i ru­szy­ła w stro­nę domu. Po chwi­li, jak się tego spo­dzie­wa­ła, do­go­ni­ła ją Be­lin­da.

Prze­szły mię­dzy ko­lum­na­mi por­ty­ku do chłod­ne­go, wy­so­kie­go, roz­le­głe­go hal­lu. Idąc w lewo, mi­nę­ły po­kój po­ran­ny i po­kój ośmio­kąt­ny, i zna­la­zły się w bi­blio­te­ce. Char­lot­te po­wta­rza­ła so­bie, że jest prze­cież ko­bie­tą i ma pra­wo coś wie­dzieć, ale jed­no­cze­śnie czu­ła się jak nie­sfor­na mała dziew­czyn­ka.

Po­ło­żo­na w na­roż­ni­ku bu­dyn­ku wid­na bi­blio­te­ka była jej ulu­bio­nym miej­scem w domu. Świa­tło do­sta­wa­ło się tu przez trzy duże okna. Obi­te skó­rą fo­te­le pach­nia­ły sta­ro­ścią i były za­dzi­wia­ją­co wy­god­ne. W zi­mie przez cały dzień pa­lo­no tu w ko­min­ku. Znaj­do­wa­ły się tu­taj plan­sze do gier, ukła­dan­ki, a tak­że dwa albo trzy ty­sią­ce ksią­żek. Nie­któ­re z nich były sta­re, prze­cho­wy­wa­ne tu­taj od cza­su, gdy zbu­do­wa­no dom, wie­le jed­nak było no­wych, mama bo­wiem czy­ta­ła po­wie­ści, a papa in­te­re­so­wał się mnó­stwem róż­nych rze­czy - che­mią, rol­nic­twem, po­dró­ża­mi, astro­no­mią i hi­sto­rią. Char­lot­te lu­bi­ła tu przy­cho­dzić, zwłasz­cza kie­dy Ma­ria mia­ła wy­chod­ne i nie mo­gła wy­rwać jej z rąk Z dala od zgieł­ku i wrę­czyć za­miast tego Wod­nych dzie­ci. Cza­sa­mi papa był tu ra­zem z nią. Sie­dział przy wik­to­riań­skim biur­ku, czy­ta­jąc ka­ta­log ma­szyn rol­ni­czych albo rocz­ny bi­lans ame­ry­kań­skich ko­lei że­la­znych, i nig­dy nie prze­szka­dzał jej w swo­bod­nym wy­bo­rze ksią­żek.

W bi­blio­te­ce nie było te­raz ni­ko­go. Char­lot­te po­de­szła do biur­ka, otwo­rzy­ła małą, kwa­dra­to­wą szu­fla­dę i wy­ję­ła z niej klucz.

Przy ścia­nie za biur­kiem sta­ły trzy szaf­ki. W jed­nej mie­ści­ły się gry, w dru­giej pa­pier li­sto­wy i ko­per­ty z wy­tło­czo­nym her­bem Wal­de­nów. Trze­cia była za­mknię­ta. Char­lot­te wsa­dzi­ła klucz do dziur­ki i otwo­rzy­ła szaf­kę.

We­wnątrz było dwa­dzie­ścia albo trzy­dzie­ści ksią­żek i stos sta­rych cza­so­pism. Char­lot­te rzu­ci­ła okiem na jed­no z nich. No­si­ło ty­tuł The Pean. Nie wy­glą­da­ło za­chę­ca­ją­co. W po­śpie­chu wy­cią­gnę­ła na chy­bił tra­fił dwie książ­ki. Za­mknę­ła drzwicz­ki szaf­ki, prze­krę­ci­ła klucz w zam­ku i scho­wa­ła go z po­wro­tem do szu­fla­dy.

- Mamy! - oznaj­mi­ła z trium­fem.

- Do­kąd pój­dzie­my, żeby to obej­rzeć? - spy­ta­ła szep­tem Be­lin­da.

- Pa­mię­tasz na­szą kry­jów­kę?

- Och, tak!

- Dla­cze­go mó­wi­my szep­tem?

Obie za­chi­cho­ta­ły.

Char­lot­te po­de­szła do drzwi. Na­gle usły­sza­ła głos w hal­lu wo­ła­ją­cy: "Lady Char­lot­te... Lady Char­lot­te...".

- To An­nie, szu­ka nas - po­wie­dzia­ła Char­lot­te. - Jest miła, ale strasz­nie nie­roz­gar­nię­ta. Wyj­dzie­my dru­gi­mi drzwia­mi, szyb­ko.

Wy­bie­gły z bi­blio­te­ki do po­ko­ju bi­lar­do­we­go, z któ­re­go moż­na się było do­stać do zbro­jow­ni; ale w zbro­jow­ni ktoś był. Chwi­lę na­słu­chi­wa­ły.

- To mój papa - wy­szep­ta­ła Be­lin­da, wy­raź­nie prze­stra­szo­na. - Był na spa­ce­rze z psa­mi.

Na szczę­ście z po­ko­ju bi­lar­do­we­go moż­na było wyjść bez­po­śred­nio na ta­ras za­chod­ni. Char­lot­te i Be­lin­da chył­kiem wy­śli­zgnę­ły się na dwór i ostroż­nie za­mknę­ły za sobą drzwi. Za­bar­wio­ne na czer­wo­no słoń­ce sta­ło ni­sko nad ho­ry­zon­tem, rzu­ca­jąc na tra­wę dłu­gie cie­nie.

- Jak się te­raz do­sta­nie­my z po­wro­tem? - spy­ta­ła Be­lin­da.

- Po da­chu. Chodź za mną!

Char­lot­te obie­gła dom z tyłu i prze­szła przez ogród ku­chen­ny aż do staj­ni. We­pchnę­ła książ­ki pod sta­nik su­kien­ki i za­ci­snę­ła pa­sek, żeby nie wy­pa­dły.

Ze skra­ju po­dwór­ka przy staj­ni mo­gła się z ła­two­ścią wspiąć na dach tej czę­ści bu­dyn­ku, w któ­rej znaj­do­wa­ły się po­miesz­cze­nia dla służ­by. Naj­pierw wdra­pa­ła się na kla­pę ni­skie­go że­la­zne­go skła­dzi­ku, w któ­rym prze­cho­wy­wa­no drew­no, a stam­tąd na dach z fa­li­stej bla­chy, któ­rym kry­ta była przy­bu­dów­ka z na­rzę­dzia­mi. Przy­bu­dów­ka przy­le­ga­ła do wo­zow­ni, ta z ko­lei do pral­ni. Char­lot­te sta­nę­ła na pal­cach i pod­cią­gnę­ła się w górę na po­kry­ty płyt­ka­mi spa­dzi­sty dach pral­ni. Obej­rza­ła się do tyłu: Be­lin­da po­dą­ża­ła w ślad za nią.

Char­lot­te prze­su­wa­ła się po­wo­li wzdłuż da­chu, chwy­ta­jąc się pal­ca­mi i opie­ra­jąc obu­ty­mi sto­pa­mi o kant da­chów­ki, aż do­tar­ła do szczy­to­wej ścia­ny głów­ne­go bu­dyn­ku. Wte­dy wczoł­ga­ła się na samą górę i usia­dła okra­kiem na da­chu pral­ni.

Po chwi­li zna­la­zła się tam rów­nież Be­lin­da.

- Czy to nie jest nie­bez­piecz­ne? - spy­ta­ła.

- Wcho­dzę tędy od dzie­wią­te­go roku ży­cia.

W ścia­nie szczy­to­wej, tuż nad nimi znaj­do­wa­ło się okno sy­pial­ni, któ­rą wspól­nie za­miesz­ki­wa­ły dwie po­ko­jów­ki. Okno się­ga­ło pra­wie sa­me­go szczy­tu opa­da­ją­ce­go stro­mo na obie stro­ny da­chu głów­ne­go bu­dyn­ku. Char­lot­te wy­pro­sto­wa­ła się i zaj­rza­ła do środ­ka. W po­ko­ju nie było ni­ko­go. Wdra­pa­ła się na pa­ra­pet i sta­nę­ła na nim.

Prze­chy­li­ła się w lewo, prze­rzu­ci­ła rękę i nogę przez skraj da­chu i wspię­ła się na górę. Ob­ró­ci­ła się i po­mo­gła Be­lin­dzie zro­bić to samo. Przez mo­ment le­ża­ły nie­ru­cho­mo, pró­bu­jąc zła­pać od­dech. Char­lot­te przy­po­mnia­ła so­bie po­wta­rza­ne w jej obec­no­ści in­for­ma­cje: da­chy Wal­den Hall zaj­mo­wa­ły łącz­nie po­wierzch­nię czte­rech akrów. Trud­no było w to uwie­rzyć, do­pó­ki nie we­szło się tu na górę i nie zo­ba­czy­ło, jak ła­two moż­na za­błą­dzić wśród po­kry­tych da­chów­ką gór i do­lin. Z punk­tu, w któ­rym się zna­la­zły, moż­na było do­trzeć do każ­de­go miej­sca na da­chu, ko­rzy­sta­jąc ze spe­cjal­nych przejść, dra­bin i szy­bów prze­zna­czo­nych dla ekip kon­ser­wa­tor­skich, któ­re każ­dej wio­sny po­ja­wia­ły się tu­taj, aby wy­czy­ścić i po­ma­lo­wać ryn­ny oraz wy­mie­nić po­ła­ma­ne da­chów­ki.

Char­lot­te wsta­ła.

- Chodź, da­lej jest już cał­kiem ła­two - po­wie­dzia­ła.

Na na­stęp­ny dach wcho­dzi­ło się po dra­bi­nie, po­tem była kład­ka, a na­stęp­nie kil­ka drew­nia­nych stop­ni pro­wa­dzą­cych do ma­łych, kwa­dra­to­wych drzwi­czek umiesz­czo­nych w ścia­nie. Char­lot­te otwo­rzy­ła je i wczoł­ga­ła się do środ­ka. Zna­la­zła się w swo­jej kry­jów­ce.

Było to ni­skie po­miesz­cze­nie bez okien, o po­chy­łym stro­pie i pod­ło­dze z nie­he­blo­wa­nych de­sek. Do­ty­ka­jąc jej nie­ostroż­nie ręką, moż­na było so­bie wbić drza­zgę. We­dług ro­ze­zna­nia Char­lot­te to po­miesz­cze­nie wy­ko­rzy­sty­wa­no kie­dyś jako skła­dzik, te­raz w każ­dym ra­zie wszy­scy o nim za­po­mnie­li. Drzwicz­ki z dru­giej stro­ny pro­wa­dzi­ły do nie­uży­wa­nej od lat gar­de­ro­by przy po­ko­ju dzie­cin­nym. Char­lot­te od­kry­ła to miej­sce, kie­dy mia­ła osiem albo dzie­więć lat. Przy­da­wa­ło jej się od cza­su do cza­su, gdy dla za­ba­wy kry­ła się przed pil­nu­ją­cy­mi ją opie­ku­na­mi - za­ba­wy, w któ­rą, jak się jej zda­wa­ło, mu­sia­ła się ba­wić przez całe swo­je ży­cie. Na pod­ło­dze le­ża­ły po­dusz­ki i pu­deł­ko za­pa­łek, w sło­ikach sta­ły świecz­ki. Na jed­nej z po­du­szek le­żał znisz­czo­ny i sfla­cza­ły plu­szo­wy pie­sek, któ­re­go scho­wa­ła tu­taj osiem lat temu, kie­dy Ma­ria, gu­wer­nant­ka, za­gro­zi­ła, że wy­rzu­ci go na śmiet­nik. Na ma­łym, wy­trza­śnię­tym nie wia­do­mo skąd sto­li­ku stał pęk­nię­ty wa­zon wy­peł­nio­ny kred­ka­mi, a obok le­żał czer­wo­ny skó­rza­ny piór­nik. W Wal­den Hall co roku prze­pro­wa­dza­no in­wen­ta­ry­za­cję i Char­lot­te świet­nie pa­mię­ta­ła, jak och­mi­strzy­ni, pani Bra­ith­wa­ite, skar­ży­ła się, że z domu giną naj­prze­róż­niej­sze rze­czy.

Be­lin­da wci­snę­ła się do środ­ka i Char­lot­te za­pa­li­ła świecz­ki. Wy­ję­ła książ­ki zza sta­ni­ka i spoj­rza­ła na ich ty­tu­ły. Pierw­szy z nich brzmiał Le­karz do­mo­wy, dru­gi Hi­sto­ria po­żą­da­nia. Książ­ka me­dycz­na wy­da­wa­ła się bar­dziej obie­cu­ją­ca. Sia­dła na po­dusz­ce i otwo­rzy­ła ją. Be­lin­da przy­sia­dła obok niej z wi­docz­nym po­czu­ciem winy. Char­lot­te czu­ła się, jak­by za chwi­lę mia­ły od­kryć wiecz­ną ta­jem­ni­cę ży­cia.

Prze­kart­ko­wa­ła książ­kę, któ­ra naj­wy­raź­niej za­wie­ra­ła peł­ne i szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje na te­mat reu­ma­ty­zmu, zła­mań ko­ści i prze­bie­gu odry. Kie­dy jed­nak Char­lot­te do­szła do roz­dzia­łu o ro­dze­niu dzie­ci, książ­ka sta­wa­ła się na­gle nie­ja­sna i bar­dzo nie­wie­le moż­na było z niej zro­zu­mieć. Pi­sa­no tam o ja­kichś ta­jem­ni­czych skur­czach, o odej­ściu wód i pę­po­wi­nie, któ­rą po­win­no się za­wią­zać w dwu miej­scach, a na­stęp­nie prze­ciąć wy­go­to­wa­ny­mi w wo­dzie no­życz­ka­mi. Naj­wy­raź­niej roz­dział ten na­pi­sa­ny zo­stał dla lu­dzi nie­co już zo­rien­to­wa­nych w spra­wie. Był tam tak­że ry­su­nek na­giej ko­bie­ty. Char­lot­te za­uwa­ży­ła, że nie mia­ła ona wło­sów w miej­scu, w któ­rym u niej ro­sło ich do­syć spo­ro. Wsty­dzi­ła się jed­nak po­wie­dzieć o tym Be­lin­dzie. Zna­la­zła poza tym sche­ma­tycz­ny ry­su­nek dziec­ka tkwią­ce­go w brzu­chu ko­bie­ty, żad­nej na­to­miast wska­zów­ki co do dro­gi, któ­rą mo­gło­by się ono wy­do­stać na ze­wnątrz.

- Na pew­no dok­tor prze­ci­na mat­ce brzuch - stwier­dzi­ła Be­lin­da.

- W ta­kim ra­zie jak ro­bio­no to daw­niej, kie­dy nie było le­ka­rzy? - dzi­wi­ła się Char­lot­te. - Tak czy owak, ta książ­ka jest do ni­cze­go. - Otwo­rzy­ła na chy­bił tra­fił dru­gą i prze­czy­ta­ła gło­śno pierw­sze zda­nie, któ­re wpa­dło jej w oczy.

- "Opusz­cza­ła się co­raz ni­żej, lu­bież­nie i po­wo­li, aż prze­szy­łem ją na wskroś drzew­cem swej piki i jęła się mia­ro­wo ko­ły­sać ru­chem peł­nym roz­ko­szy". - Char­lot­te zmarsz­czy­ła brwi i spoj­rza­ła na swą to­wa­rzysz­kę.

- Cie­ka­we, co to może zna­czyć? - ode­zwa­ła się Be­lin­da.

Fe­liks Krze­siń­ski sie­dział nie­ru­cho­mo w prze­dzia­le, cze­ka­jąc na od­jazd po­cią­gu. Sta­li na dwor­cu w Do­ver. W prze­dzia­le pa­no­wał ziąb. Na ze­wnątrz było ciem­no i Fe­liks wi­dział w szy­bie tyl­ko swo­je od­bi­cie: spo­glą­dał nań wy­so­ki męż­czy­zna z ele­ganc­kim wą­si­kiem, ubra­ny w czar­ny płaszcz i me­lo­nik. Na pół­ce nad jego gło­wą le­ża­ła nie­wiel­ka wa­liz­ka. Mógł­by od bie­dy ucho­dzić za po­dró­żu­ją­ce­go przed­sta­wi­cie­la szwaj­car­skiej fa­bry­ki ze­gar­ków, gdy­by nie to, że każ­dy, kto przyj­rzał­by mu się uważ­niej, zo­ba­czył­by, że jego płaszcz jest tan­det­ny, wa­liz­ka tek­tu­ro­wa, a twarz nie przy­po­mi­na twa­rzy czło­wie­ka sprze­da­ją­ce­go ze­gar­ki.

Roz­my­ślał o An­glii. Pa­mię­tał, jak w cza­sach swo­jej mło­do­ści uwa­żał an­giel­ską mo­nar­chię kon­sty­tu­cyj­ną za ide­al­ną for­mę rzą­dów. To wspo­mnie­nie uba­wi­ło go, a pa­trzą­ca na nie­go z szy­by pła­ska, bla­da twarz wy­krzy­wi­ła się w upior­nym uśmie­chu. Od tam­te­go cza­su jego po­glą­dy na te­mat ide­al­nej for­my rzą­dów dia­me­tral­nie się zmie­ni­ły.

Po­ciąg ru­szył i w kil­ka mi­nut póź­niej Fe­liks uj­rzał słoń­ce wscho­dzą­ce nad plan­ta­cja­mi chmie­lu i sa­da­mi hrab­stwa Kent. Eu­ro­pa była taka ład­na. Nig­dy nie prze­sta­wa­ło go to zdu­mie­wać. Kie­dy zo­ba­czył ją po raz pierw­szy, prze­żył głę­bo­ki szok. Po­dob­nie jak ro­syj­scy chło­pi nie był w sta­nie wy­obra­zić so­bie, że świat może tak wy­glą­dać. Pa­mię­tał jak dziś, je­chał wte­dy po­cią­giem. Prze­mie­rzał set­ki mil sła­bo za­lud­nio­nych gu­ber­ni na pół­noc­no-za­chod­nich kre­sach Ro­sji, mi­jał kar­ło­wa­te drze­wa, nędz­ne, za­ko­pa­ne w śnie­gu wio­ski, krę­te, błot­ni­ste dro­gi; na­gle, pew­ne­go ran­ka po prze­bu­dze­niu od­krył, że znaj­du­je się w Niem­czech. Uj­rzał za­dba­ne zie­lo­ne pola, po­kry­te twar­dą na­wierzch­nią szo­sy, ele­ganc­kie domy w czy­stych wio­skach, skrzyn­ki z kwia­ta­mi na za­la­nym słoń­cem pe­ro­nie, i wy­da­wa­ło mu się, że na­gle tra­fił do raju. Póź­niej, w Szwaj­ca­rii, sie­dział na we­ran­dzie ma­łe­go ho­te­li­ku, wy­grze­wa­jąc się w słoń­cu i pa­trząc na po­kry­te śnie­giem góry, jadł świe­ży, chru­pią­cy ro­ga­lik, po­pi­jał go kawą i my­ślał: jacy szczę­śli­wi mu­szą być tu­taj lu­dzie.

Kie­dy te­raz, wcze­snym ran­kiem, oglą­dał bu­dzą­ce się do ży­cia an­giel­skie far­my, przed oczy­ma sta­nął mu świt w jego ro­dzin­nej wio­sce: sza­re, roz­my­te nie­bo, po­ry­wi­sty wiatr, ścię­te mro­zem ba­gni­ste pola, na któ­rych tu i ów­dzie ja­śnia­ły za­mar­z­nię­te ka­łu­że i oszro­nio­ne kępy traw; zo­ba­czył sie­bie sa­me­go w zno­szo­nej, płó­cien­nej blu­zie, ze skost­nia­ły­mi sto­pa­mi w za­ło­żo­nych na wa­lon­ki cho­da­kach, idą­ce­go u boku swe­go ojca, odzia­ne­go w wy­świech­ta­ną su­tan­nę bied­ne­go, wiej­skie­go popa, któ­ry sta­ra się go prze­ko­nać, że Bóg jest jed­nak do­bry. Jego oj­ciec uko­chał na­ród ro­syj­ski, po­nie­waż na­ród ten zo­stał uko­cha­ny przez Boga. Na­to­miast dla Fe­lik­sa za­wsze było oczy­wi­ste, że Bóg nie­na­wi­dzi tego na­ro­du. Gdy­by było in­a­czej, nig­dy nie po­trak­to­wał­by go z ta­kim okru­cień­stwem.

Ten spór stał się po­cząt­kiem dłu­giej po­dró­ży, po­dró­ży, któ­rą od­był Fe­liks, po­cząw­szy od chrze­ści­jań­stwa, po­przez so­cja­lizm aż do anar­chi­zmu i ter­ro­ry­zmu, i któ­ra z gu­ber­ni tam­bow­skiej po­przez Sankt Pe­ters­burg i Sy­be­rię za­wio­dła go aż do Ge­ne­wy. W Ge­ne­wie pod­jął de­cy­zję, któ­ra za­pro­wa­dzi­ła go tu­taj, do An­glii. Przed oczy­ma sta­nę­ło mu tam­to ze­bra­nie. Omal się na nie nie spóź­nił...

O mało nie spóź­nił się na ze­bra­nie. Wra­cał z Kra­ko­wa, gdzie pro­wa­dził roz­mo­wy z pol­ski­mi Ży­da­mi, któ­rzy prze­rzu­ca­li do Ro­sji, przez zie­lo­ną gra­ni­cę, pi­smo jego gru­py, Bunt. Przy­był do Ge­ne­wy po zmro­ku i od razu po­spie­szył do ma­łej, po­ło­żo­nej w za­uł­ku dru­kar­ni Ulri­cha. Trwa­ło wła­śnie ko­le­gium re­dak­cyj­ne; czte­rej męż­czy­zni i dwie ko­bie­ty sie­dzie­li na za­ple­czu dru­kar­ni wo­kół jed­nej je­dy­nej świecz­ki, obok błysz­czą­cej pra­sy dru­kar­skiej. Wdy­cha­li za­pach far­by i sma­ru do ma­szyn i ra­dzi­li, jak do­pro­wa­dzić do wy­bu­chu re­wo­lu­cji w Ro­sji.

Ulrich za­po­znał krót­ko Fe­lik­sa z te­ma­tem dys­ku­sji. Nie­daw­no wi­dział się z Jo­se­fem, agen­tem Ochra­ny, ro­syj­skiej taj­nej po­li­cji. Jo­sef skry­cie sym­pa­ty­zo­wał z re­wo­lu­cjo­ni­sta­mi, więc za­opa­try­wał Ochra­nę w fał­szy­we in­for­ma­cje. Cza­sa­mi anar­chi­ści prze­ka­zy­wa­li mu garść praw­dzi­wych, lecz nie­szko­dli­wych in­for­ma­cji, a on w re­wan­żu ostrze­gał ich przed ak­cja­mi swych mo­co­daw­ców.

Tym ra­zem wia­do­mo­ści do­star­czo­ne przez Jo­se­fa były sen­sa­cyj­ne.

- Car chce za­wrzeć so­jusz woj­sko­wy z An­glią - oznaj­mił Ulrich. - Wy­sy­ła na roz­mo­wy do Lon­dy­nu księ­cia Or­ło­wa. Ochra­na do­wie­dzia­ła się o tym, po­nie­waż ma za za­da­nie chro­nić księ­cia pod­czas jego po­dró­ży przez Eu­ro­pę.

Fe­liks zdjął ka­pe­lusz i usiadł, roz­wa­ża­jąc w du­chu, czy to wszyst­ko praw­da. Jed­na z dziew­cząt, smut­na Ro­sjan­ka w po­strzę­pio­nej suk­ni, przy­nio­sła mu w szklan­ce her­ba­tę. Fe­liks wy­jął z kie­sze­ni nad­gry­zio­ną kost­kę cu­kru, wło­żył ją so­bie mię­dzy zęby i sior­ba­jąc, po­pi­jał her­ba­tę przez cu­kier, na mo­dłę ro­syj­skich chło­pów.

- Rzecz w tym - mó­wił da­lej Ulrich - że dys­po­nu­jąc ta­kim so­ju­szem, An­glia może przy­stą­pić do woj­ny z Niem­ca­mi i wcią­gnąć do niej Ro­sję.

Fe­liks kiw­nął gło­wą.

- A w oko­pach nie będą wca­le gi­nąć ksią­żę­ta i hra­bio­wie - po­wie­dzia­ła dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni - ale pro­sty ro­syj­ski lud.

Ma ra­cję, po­my­ślał Fe­liks. Na woj­nie będą wal­czy­li chło­pi. Spę­dził wśród nich więk­szość swo­je­go ży­cia. Byli twar­dzi, or­dy­nar­ni i ogra­ni­cze­ni, ale ich głup­ko­wa­ta wiel­ko­dusz­ność i zda­rza­ją­ce im się cza­sem wy­bu­chy ży­wio­ło­wej ra­do­ści da­wa­ły po­ję­cie, kim mo­gli­by stać się w uczci­wym spo­łe­czeń­stwie. Je­dy­ny­mi rze­cza­mi, któ­re ich in­te­re­so­wa­ły, były po­go­da, zwie­rzę­ta go­spo­dar­skie, cho­ro­ba, na­ro­dzi­ny dziec­ka i to, jak prze­chy­trzyć dzie­dzi­ca. Przez kil­ka krót­kich lat, za­nim osią­gnę­li wiek doj­rza­ły, cho­dzi­li wy­pro­sto­wa­ni i z pod­nie­sio­ną gło­wą, po­tra­fi­li się śmiać, szyb­ko bie­gać i flir­to­wać, ale po­tem szyb­ko zgi­na­li kark, sta­wa­li się po­sęp­ni, sza­rzy i po­wol­ni. A te­raz ksią­żę Or­łow weź­mie tych mło­dych, wkra­cza­ją­cych do­pie­ro w wio­snę swo­je­go ży­cia męż­czyzn i po­pro­wa­dzi pod ogień ar­mat, żeby ro­ze­rwał ich na strzę­py albo uczy­nił ka­le­ka­mi do koń­ca ży­cia. I wszyst­ko to, bez wąt­pie­nia, po­zo­sta­wać bę­dzie w naj­lep­szej zgo­dzie z za­sa­da­mi mię­dzy­na­ro­do­wej dy­plo­ma­cji.

To wła­śnie ta­kie rze­czy spra­wi­ły, że Fe­liks stał się anar­chi­stą.

- Co po­win­ni­śmy zro­bić? - za­py­tał Ulrich.

- Mu­si­my tę wia­do­mość za­mie­ścić na pierw­szej stro­nie Bun­tu - za­pro­po­no­wa­ła dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni.

Za­czę­li mó­wić o tym, jak na­le­ża­ło­by zre­da­go­wać całą hi­sto­rię. Fe­liks przy­słu­chi­wał się jed­nym uchem. Spra­wy re­dak­cyj­ne mało go ob­cho­dzi­ły. Kol­por­to­wał pi­smo, pi­sał do nie­go ar­ty­ku­ły o tym, jak spo­rzą­dzać bom­by, i po­pa­dał w co­raz głęb­sze nie­za­do­wo­le­nie. Strasz­nie się ucy­wi­li­zo­wał w tej Ge­ne­wie. Pił piwo za­miast wód­ki, no­sił kra­wat z koł­nie­rzy­kiem i uczęsz­czał na kon­cer­ty mu­zy­ki sym­fo­nicz­nej. Miał pra­cę w księ­gar­ni. Tym­cza­sem w Ro­sji pa­no­wa­ło wrze­nie. Gór­ni­cy z szy­bów naf­to­wych wal­czy­li z Ko­za­ka­mi, par­la­ment był bez­sil­ny, straj­ko­wał mi­lion ro­bot­ni­ków. Car Mi­ko­łaj II oka­zał się naj­bar­dziej nie­kom­pe­tent­nym i głu­pim wład­cą, ja­kie­go jest w sta­nie spło­dzić zde­ge­ne­ro­wa­na ary­sto­kra­cja. Cały kraj przy­po­mi­nał becz­kę pro­chu cze­ka­ją­cą tyl­ko na iskrę. Fe­liks chciał stać się tą iskrą. Ale nie mógł wró­cić do Ro­sji. Wró­cił tam Jó­zef Sta­lin i kie­dy tyl­ko po­sta­wił sto­pę na oj­czy­stej zie­mi, uję­to go i ze­sła­no na Sy­be­rię. Taj­na po­li­cja dys­po­no­wa­ła do­kład­niej­szy­mi in­for­ma­cja­mi o re­wo­lu­cjo­ni­stach ży­ją­cych na emi­gra­cji ani­że­li o tych, któ­rzy wciąż po­zo­sta­wa­li w kra­ju.

Fe­lik­sa uwie­ra­ły jego skó­rza­ne buty, sztyw­ny koł­nie­rzyk i wa­run­ki, w ja­kich przy­szło mu żyć.

Spoj­rzał na sie­dzą­cą wo­kół nie­go grup­kę anar­chi­stów. Oto Ulrich, przed­wcze­śnie po­si­wia­ły dru­karz w po­pla­mio­nym far­tu­chu, in­te­lek­tu­ali­sta, po­ży­cza­ją­cy Fe­lik­so­wi książ­ki Pro­udho­na i Kro­pot­ki­na, ale tak­że czło­wiek czy­nu, któ­ry po­mógł mu kie­dyś w na­pa­dzie na bank; Olga, dziew­czy­na w po­strzę­pio­nej suk­ni, któ­ra pod­ko­chi­wa­ła się w Fe­lik­sie, aż któ­re­goś dnia zo­ba­czy­ła, jak zła­mał rękę po­li­cjan­to­wi, i za­czę­ła się go bać; Wie­ra, pusz­cza­ją­ca się na pra­wo i lewo po­et­ka; Jew­no, stu­dent fi­lo­zo­fii, mó­wią­cy bez prze­rwy o oczysz­cza­ją­cej rze­ce krwi i ognia; Hans, ze­gar­mistrz, za­glą­da­ją­cy jak przez szkło po­więk­sza­ją­ce w ludz­kie du­sze; i Piotr, wy­dzie­dzi­czo­ny ksią­żę, au­tor bły­sko­tli­wych trak­ta­tów eko­no­micz­nych i bu­dzą­cych re­wo­lu­cyj­ny za­pał wstęp­nia­ków. Wszy­scy byli od­da­ny­mi spra­wie, cięż­ko pra­cu­ją­cy­mi ludź­mi, nie bra­ko­wa­ło im ole­ju w gło­wie. Fe­liks zda­wał so­bie spra­wę z wagi tego, co ro­bią. Bę­dąc w Ro­sji, prze­by­wał wśród do­pro­wa­dzo­nych do roz­pa­czy lu­dzi, któ­rzy nie­cier­pli­wie cze­ka­li na nie­le­gal­ne ga­zet­ki i ulot­ki, a po­tem prze­ka­zy­wa­li je so­bie z rąk do rąk, aż po­rwa­ły się na strzę­py. A jed­nak to wszyst­ko było za mało. Trak­ta­ty eko­no­micz­ne nie osło­nią przed po­ci­ska­mi po­li­cji, a od pło­mien­nych ar­ty­ku­łów nie zaj­mą się ogniem pa­ła­ce moż­nych tego świa­ta.

- Ta wia­do­mość musi uzy­skać szer­szy roz­głos - mó­wił Ulrich - niż ten, któ­ry osią­gnie­my, pu­bli­ku­jąc ją w Bun­cie. Pra­gnę, aby każ­dy ro­syj­ski chłop do­wie­dział się, że ksią­żę Or­łow chce wy­słać go na bez­sen­sow­ną i krwa­wą woj­nę to­czo­ną o spra­wy, któ­re nic a nic go nie ob­cho­dzą.

- Naj­waż­niej­sze jest to - stwier­dzi­ła Olga - czy lu­dzie uwie­rzą w to, co mó­wi­my.

- Naj­waż­niej­sze jest to - ode­zwał się Fe­liks - czy cała hi­sto­ria jest praw­dzi­wa.

- Mo­że­my spraw­dzić - po­wie­dział Ulrich. - To­wa­rzy­sze z Lon­dy­nu mogą po­twier­dzić, czy Or­łow przy­był zgod­nie z za­po­wie­dzią i czy spo­tkał się z tymi, z któ­ry­mi miał się spo­tkać.

- Nie wy­star­czy nadać roz­głos tym kno­wa­niom - po­wie­dział z prze­ję­ciem Jew­no - mu­si­my je uda­rem­nić!

- Jak? - za­py­tał Ulrich, spo­glą­da­jąc na mło­de­go Jew­no znad dru­cia­nych opra­wek oku­la­rów.

- Po­win­ni­śmy na­wo­ły­wać do zgła­dze­nia Or­ło­wa. Jest zdraj­cą, za­prze­dał swój na­ród i po­wi­nien zo­stać stra­co­ny.

- Czy to za­sto­pu­je roz­mo­wy?

- Praw­do­po­dob­nie tak - po­wie­dział ksią­żę Piotr.

- Zwłasz­cza je­śli za­bój­cą oka­że się anar­chi­sta. Pa­mię­taj­cie, że An­glia udzie­la azy­lu po­li­tycz­ne­go anar­chi­stom i że do­pro­wa­dza to cara do bia­łej go­rącz­ki. Je­śli ro­syj­ski ksią­żę zo­sta­nie zgła­dzo­ny w An­glii przez jed­ne­go z na­szych to­wa­rzy­szy, cara może to roz­wście­czyć do tego stop­nia, że ze­rwie całe ne­go­cja­cje.

- Cóż to bę­dzie za hi­sto­ria - roz­ma­rzył się Jew­no.

- Bę­dzie­my mo­gli na­pi­sać, że Or­łow zo­stał zgła­dzo­ny przez jed­ne­go z na­szych to­wa­rzy­szy za to, że zdra­dził na­ród ro­syj­ski.

- Będą o tym pi­sa­ły ga­ze­ty na ca­łym świe­cie - stwier­dził w za­my­śle­niu Ulrich.

- Po­my­śl­cie o efek­cie, jaki wy­wo­ła to w kra­ju. Wie­cie prze­cież, jak chło­pi ro­syj­scy trak­tu­ją po­wo­ła­nie do woj­ska. To dla nich to samo co wy­rok śmier­ci. Chłop­cu, któ­ry idzie do ar­mii, wy­pra­wia się po­grzeb. Je­śli do­wie­dzą się, że car za­mie­rza wy­słać ich na wiel­ką eu­ro­pej­ską woj­nę, rze­ki spły­ną krwią...

Ma ra­cję, po­my­ślał Fe­liks. Jew­no za­wsze mó­wił o rze­kach krwi, ale tym ra­zem miał ra­cję.

- Oba­wiam się, że bu­jasz w ob­ło­kach, Jew­no - za­opo­no­wał Ulrich. - Mi­sja Or­ło­wa jest taj­na, nie bę­dzie jeź­dził po Lon­dy­nie w otwar­tym po­wo­zie i po­zdra­wiał tłu­mów. Poza tym znam na­szych to­wa­rzy­szy w Lon­dy­nie: nig­dy nie do­ko­na­li po­waż­ne­go za­ma­chu. Nie wi­dzę, w jaki spo­sób mo­gło­by im się to te­raz udać.

- Ja to zro­bię - ode­zwał się Fe­liks. Wszy­scy spoj­rze­li na nie­go. Po ich twa­rzach peł­za­ły cie­nie rzu­ca­ne przez mi­go­czą­cy pło­mień świe­cy. - Wiem, jak to zro­bić. - Jego głos wy­dał im się zmie­nio­ny, jak­by mó­wił przez ści­śnię­te gar­dło. - Po­ja­dę do Lon­dy­nu. Za­bi­ję Or­ło­wa.

W po­ko­ju za­pa­dło na­głe mil­cze­nie. Wszyst­kie te sło­wa o śmier­ci i znisz­cze­niu sta­ły się na­raz re­al­ne i kon­kret­ne. Pa­trzy­li na nie­go zdu­mie­ni i tyl­ko Ulrich uśmie­chał się, jak­by wie­dział o wszyst­kim wcze­śniej, jak­by prze­wi­dział, że spra­wa przy­bie­rze taki wła­śnie ob­rót.