Człowiek z ołowiem w brzuchu. Ze śledztw Nicolasa le Flocha komisarza w Châtelet - Jean-François Parot


Reflow text when sidebars are open.
I
"Prawa w Europie są okrutne dla tych, którzy sami zadają sobie śmierć. Każą im, można by rzec, umierać po raz wtóry; włóczy się ich haniebnie po ulicach; piętnuje jako infamisów; zagarnia się ich mienie"2.
Montesquieu
Wtorek, 23 października 1761 roku
Rzeka pojazdów wypełniała ulicę Saint-Honoré. Nicolas Le Floch szedł ostrożnie po śliskim bruku. Pośród łoskotu powozów, pokrzykiwania woźniców i rżenia koni kareta wjeżdżająca z wielką szybkością o mało co nie wywróciła się tuż przy nim; jedno koło odpadło, a spod okucia trysnął snop iskier. Nicolas nie bez trudu przeszedł przez las pochodni i latarni, którymi poruszali w ciemności lokaje, chcąc jak najlepiej poświecić swoim panom.
Jak długo jeszcze - pomyślał - będzie się tolerować te ostentacyjne i niebezpieczne praktyki? Wosk spływał z fraków, a fryzurom, perukom i włosom groził pożar - zdarzyło się już wiele tego rodzaju śmiertelnych wypadków. Podobne sceny rozgrywały się na schodach Opery po skończeniu spektaklu, tyle że były jeszcze gwałtowniejsze, ponieważ możni spieszyli się, żeby dotrzeć do domu.
Podzielił się tymi refleksjami z panem de Sartine'em, lecz w odpowiedzi usłyszał tylko wykręt i ironiczną uwagę, że to nie do przyjęcia. Bez względu na to, jak bardzo sprawy dobra publicznego i porządku w stolicy leżały szefowi policji na sercu, nie chciał ściągać sobie na kark równocześnie dworu i miasta, ograniczając udogodnienia, z których niekiedy sam korzystał.
Młody człowiek torował sobie drogę pośród ścisku, który skutecznie utrudniał dostęp do stopni wielkich schodów. W wąskim foyer zabytkowej budowli, wzniesionej jeszcze przez kardynała de Richelieu, gdzie niegdyś na scenie stawał Molier, tłum był największy.
Nicolas, wchodząc do świątyni muzyki, zawsze odczuwał tę samą przyjemność. Wszyscy poszukiwali znajomych twarzy i kłaniali się. Wszyscy dopytywali się o program i namiętnie komentowali, w tych niepewnych wojennych czasach, prawdziwe lub fałszywe wiadomości.
Tego wieczoru równo były podzielone zdania na temat opinii, którą biskupi Francji mieli przedłożyć królowi w sprawie Towarzystwa Jezusowego3, a także podupadającego zdrowia Madame de Pompadour i niedawnych militarnych sukcesów generałów - zwłaszcza księcia de Caramana, którego dragoni we wrześniu odepchnęli Prusaków za Wezerę. Rozmawiano również o zwycięstwie księcia de Condé, lecz wiadomość nie była potwierdzona.
Wszyscy ci olśniewający satyną ludzie dreptali w pokrywającym ziemię błocie. Kontrast między przepychem strojów a brudzącą je paskudną breją z resztek wosku, ziemi i odchodów był zdumiewający.
Nicolas, ściśnięty w tłumie, jak zwykle odczuwał wstręt, gdy jego nozdrza atakował taki smród. Przy czym drażniąca woń ziemi połączona z zapachem szminek i oparów wydzielanych przez kiepskiej jakości świece nie mogła zamaskować mocnego i przenikliwego odoru niemytych ciał.
Kilka kobiet wyglądających na bliskie omdlenia energicznie poruszało wachlarzami albo wdychało z flakoników ożywcze wonności.
Nicolas zdołał się wydostać, prześlizgując się za plecami stojących na schodach gwardzistów4. Nie przyszedł do Opery dla przyjemności, lecz z nakazu służbowego. Pan de Sartine kazał mu nadzorować salę, ponieważ przedstawienie tego dnia nie było zwyczajne. Na widowni miała się pojawić Madame Adelajda, córka króla, ze swoją świtą.
Od czasu zamachu Damiensa nad rodziną królewską unosił się nieokreślony lęk. Szef policji, niezależnie od informatorów zapełniających parter i kulisy, chciał mieć na miejscu swojego człowieka, którego darzył pełnym zaufaniem. Rolą Nicolasa było wszystko słyszeć i wszystko widzieć, pozostając w zasięgu wzroku siedzącego w loży szefa. Ponadto stanowisko komisarza w Châtelet uprawniało go do wezwania publicznych sił porządkowych i natychmiastowego podejmowania wszystkich niezbędnych decyzji.
Żeby wykonać zadanie, Nicolas wybrał miejsce blisko sceny i orkiestry. Miał w ten sposób pewność, że widzi całą salę, a jednocześnie nie traci z oczu sceny, skąd również mogło nadejść niebezpieczeństwo. Ponadto było to najlepsze miejsce, żeby ocenić jakość muzyki wykonywanej przez orkiestrę, gry aktorów i skalę głosów, a także uniknąć robactwa, które roiło się w drewnie i pluszach foteli.
Ileż to razy po powrocie do domu musiał strzepywać ubrania nad miednicą, żeby pozbyć się tego skaczącego i kłującego plugastwa...
Zaledwie młody komisarz zajął swoje miejsce, powoli zaczął się unosić lont zapalający, niczym pająk połykający swoją pajęczynę. Kiedy dotarł do celu, zaczął krążyć nad knotami świec wielkiego żyrandola, zapalając jedną po drugiej. Nicolas lubił tę czarodziejską chwilę, kiedy jeszcze ciemna i szumiąca od szeptów widownia wyłaniała się z cienia. Jednocześnie człowiek od brudnej roboty przykładał ogień do oświetlenia rampy. Od podłogi po sufit złoto i purpura odradzały się w swoim blasku, podobnie jak błękit francuskiego godła, na którego tle uwagę przykuwały lilijki umieszczone nad sceną. Ukazały się wirujące kłęby kurzu przesiewające światło, które powoli prześlizgiwało się po frakach, sukniach, ozdobach, niby cichy prolog do magii spektaklu.
Nicolas strofował samego siebie. Czy uda mu się kiedyś zwalczyć skłonność do marzycielstwa? Musiał się trochę bardziej postarać i mieć na oku widownię, która właśnie się wypełniała, czemu towarzyszyło crescendo odgłosów i słów.
Pierwszym zadaniem Nicolasa w Operze było ustalenie, kto był, a kogo nie było, przy równoczesnym wyłuskaniu osób nieznanych lub obcokrajowców. Zaobserwował, że tego wieczoru, wbrew zwyczajom zblazowanej publiczności, prawie wszystkie loże już były zajęte. Nawet książę de Conti, który z wyniosłą obojętnością księcia krwi miał w zwyczaju przychodzić po rozpoczęciu spektaklu, siedział i rozmawiał ze swoimi gośćmi. Chwilowo jeszcze loża królewska była pusta, ale już krzątali się tam lokaje.
Nicolas pełnił służbę tylko wtedy, gdy członkowie rodziny królewskiej byli obecni na przedstawieniu. W pozostałe wieczory obowiązek ten należał do jego kolegów. Najważniejszym zadaniem policji było wykrywanie i śledzenie agentów podejrzewanych o werbowanie informatorów i szpiegowanie na rzecz państw toczących wojnę przeciwko Francji. Zwłaszcza Anglia zalewała Paryż płatnymi wysłannikami.
Ktoś lekko klepnął go w ramię. Nicolas odwrócił się i ku swojej radości ujrzał twarz hrabiego de La 'a, pierwszego kamerdynera króla, ubranego we wspaniały szaroperłowy frak obszyty srebrną nicią.
- Oto podwójnie pomyślny dzień, gdy spotykam mojego przyjaciela Nicolasa!
- Czy mogę spytać o sugerowany drugi powód do radości?
- Ha, ha! A to szelma... Czy przyjemność słuchania opery Rameau dla pana się nie liczy?
- Niewątpliwie, jednak pan jest tutaj, a pańska loża daleko - rzekł z uśmiechem Nicolas.
- Lubię zapach sceny i jej bliskość.
- Bliskość sceny? Czy raczej bliskość kogoś szczególnie urokliwego?
- Zgoda, przyznaję. Przychodzę podziwiać z bliska kogoś, kto cieszy moje oczy świeżością i wdziękiem. Przy okazji, Nicolasie, muszę panu powiedzieć, że uważamy pana za zbyt nieuchwytnego.
- To my też jest bardzo nieuchwytne.
- Niech pan nie będzie naiwny i nie odbija piłeczki! Jego Wysokość wielokrotnie dopytywał się o pana, zwłaszcza podczas ostatniego polowania w Compi?gne. Mam nadzieję, że nie zapomniał pan o zaproszeniu na polowanie w jego drużynie. Jeśli o niego chodzi, to nigdy niczego nie zapomina. Niechże się pan pokaże, do diabła! Bardzo dobrze pana pamięta i często wspominał pana opowiadanie o śledztwie. Ma pan w nim potężnego obrońcę, a dobra dama uważa pana za swojego anioła stróża. Niech mi pan wierzy i skorzysta z tego jakże rzadko spotykanego kredytu zaufania i nie odcina się od towarzystwa przyjaciół. Nieuchwytność jest tak wielkim grzechem przeciwko samemu sobie, że nawet przyjaciele nie będą jej u pana tolerować.
Wyjął z kieszeni fraka złoty zegarek, sprawdził godzinę i rzekł:
- Madame Adelajda zaraz powinna się zjawić.
- Myślałem, że nasza księżniczka nie rozstaje się ze swoją siostrą Wiktorią5 - powiedział Nicolas. - A jednak, o ile moi informatorzy się nie mylą, dzisiejszego wieczoru będzie na przedstawieniu sama.
- Słuszne spostrzeżenie. Cóż, między królem a drugą z jego córek doszło do niesnasek. Król odmówił jej jakiejś ozdoby, na co ta, urażona, wypaliła złośliwie prosto z mostu, że podobna prośba ze strony Madame de Pompadour nie zostałaby odrzucona. To, mój drogi, sekret dworu, ale pan jest jak grób... Niemniej Madame Adelajda nie będzie sama; będą jej towarzyszyć i czuwać nad nią hrabia i hrabina de Ruissec. Stara wojskowa szlachta, surowa, dewocyjna i nudna, jak tylko można sobie wyobrazić. Należą również do otoczenia królowej i delfina, to mówi wszystko. A do tego jeszcze hrabia...
- Ileż cięgów w kilku słowach!
- W Operze mam natchnienie, Nicolasie. Przypuszczam, iż nasz przyjaciel Sartine tu jest?
- Dobrze pan przypuszcza.
- Madame będzie dobrze strzeżona. W końcu pod okiem szefa policji nic nie może się wydarzyć. Nasze przedstawienia upływają w całkowitym spokoju! Trochę ożywienia wnoszą tylko intrygi i klaka. Paladyni naszego przyjaciela Rameau nie powinni wywołać burzy. Strona króla i strona królowej6 będą spokojne. "Mercure" donosi, że zgrabnie zmieszał styl włoski i francuski, aczkolwiek zachodzi obawa, czy nie obrazi to przyzwoitości.
- To nie posunie się za daleko, są tam tylko niewinne namiętności.
- Mój drogi, byłeś kiedyś w Londynie?
- Nigdy i w tym okresie, który przeżywamy, obawiam się, że prędko nie będę miał okazji.
- Tego nie byłbym taki pewien. Ale wracając do rzeczy, Francuz odwiedzający londyński teatr jest zdziwiony, ponieważ nie ma tam żadnego policyjnego nadzoru. Niemniej ceną wolności są tam wrzaski i awantury.
- Oto wymarzony kraj dla naszych przyjaciół filozofów, którzy, jak twierdzą, w naszych salach teatralnych oddychają "zepsutym powietrzem despotyzmu".
- Znam autora tego powiedzenia, które niezbyt się podobało królowi - odparł La Borde. - To bardzo taktowne, Nicolasie, nie wymienił pan nawet jego nazwiska. Teraz jednak proszę o wybaczenie, ponieważ muszę oddać honory Madame Adelajdzie. Spieszę się, albowiem przedmiot mojej uwagi pojawia się w prologu...
I lekkim krokiem przeszedł przez parkiet, rozrzutnie rozdając ukłony znajomym pięknościom. Spotkania z hrabią de La Borde'em niezmiennie sprawiały Nicolasowi przyjemność. Pamiętał ich pierwsze spotkanie i obiad, podczas którego La Borde pobłażliwie potraktował jego niezręczność. Pan de Noblecourt, stary prokurator, u którego Nicolas mieszkał, traktujący go jak syna, wielokrotnie podkreślał przywilej tak szczerego i - dodawał - jakże przydatnego dla Nicolasa przywiązania. Młody człowiek ponownie wrócił myślami do serii wydarzeń z początku roku. Postać pierwszego kamerdynera króla wiązała się z niezwykłym wydarzeniem, jakim była audiencja u króla. Poznał wtedy tajemnicę swojego szlachetnego urodzenia; dowiedział się, że nie był jedynie Nicolasem Le Flochem, lecz również naturalnym synem markiza de Ranreuila. Niemniej był przekonany, że jego pochodzenie w niczym nie ważyło na spontanicznej przyjaźni, która ich połączyła.
Wrzawa przywołała go do rzeczywistości. Na widowni wszyscy wstali i klaskali. W królewskiej loży właśnie pojawiła się kształtna i majestatyczna Madame Adelajda. Każdy się zgadzał, że o wiele przewyższała wszystkie Mesdames, swoje siostry. Miała profil i oczy króla. Uśmiechnęła się i pochyliła w dworskim głębokim ukłonie, co wywołało jeszcze większy aplauz. Księżniczka była bardzo lubiana; wszyscy znali jej uprzejmość i przystępność. Zdawało się, że czerpie przyjemność z tego, co oferował jej samotny wieczór, i przedłużała ukłony wdzięcznym skinieniem głowy. Nicolas dostrzegł pana de Sartine'a, wchodzącego do swojej loży po tym, jak odprowadził królewską córkę do jej loży.
Przed prologiem kurtyna poszła w górę. La Borde natychmiast dołączył do Nicolasa. Chór zagrzmiał tryumfalnie, akompaniując pojawieniu się na schodach antycznej świątyni bogini uosabiającej Monarchię. Małe dzieci trzymały ozdobiony królewskimi liliami tren bogini. Stojąc na wozie prowadzonym przez duchy wojny, ukazała się Wiktoria w pancerzu i hełmie, zeszła z niego po to, żeby ukoronować boginię laurem. Chór w coraz większym uniesieniu znów śpiewał refren:
Oddajmy mu cześć
Godną jego potęgi
Zwieńczenie czynów
Najmożniejszego z królów.
Boginie poruszały liśćmi palmowymi. Pan de La Borde ścisnął ramię Nicolasa.
- Widzi pan to blond dziewczę, po prawej... ta druga, w lewitce. To ona.
Nicolas westchnął. Z racji swojego zajęcia zbyt dobrze znał smutny los dziewcząt z Opery. Zaczynały swą karierę, śpiewając w chórze lub tańcząc, by wkrótce, choć były niemal dziećmi, zostać rzucone na łup swobody obyczajów i potęgi pieniądza. Jeśli nie były dość zręczne i ostrożne, żeby poradzić sobie na krętych ścieżkach libertynizmu i osiągnąć uprzywilejowany status utrzymanki, to gdy tylko czar wczesnej młodości pryskał, przyszłość nieuchronnie skazywała je na nędzę i najgorszą rozpustę. Chyba że ta mała z uroczą buźką przy takim dobrym chłopcu jak La Borde będzie umiała w porę się wycofać. Być może.
Nadal rozbrzmiewały wspaniałe pasaże wokalne prologu. Ta forma kompozycji dawno już wyszła z mody; sam Rameau ją porzucił i zastąpił tę obowiązkową figurę uwerturą nawiązującą do spektaklu. Nicolas dziwił się olśniewającemu otwarciu, które wysławiało monarchię i gloryfikowało jej militarne sukcesy, podczas gdy rzeczywistość, na którą składały się krótkotrwałe zwycięstwa i nieokreślone komplikacje, wcale nie nastrajała ani do uniesienia, ani do radości. Jednakże niesieni falą przyzwyczajenia wszyscy udawali zadowolonych. Nie była to zła polityka w oczach tych, którzy dyskretnie obserwowali przejawy osłabienia publicznego ducha. Kurtyna opadła, a pan de La Borde westchnął, gdyż jego bogini zniknęła.
- Pojawi się znów w trzecim akcie - rzekł z błyskiem w oku - w tańcu chińskich pagód7.
Przedstawienie się rozpoczęło, a wątek Paladynów biegł swą pokrętną i znaną drogą. Zawsze wrażliwy na muzykę Nicolas zauważył nakładające się wokalne formy, stosowane już w Zoroastrze8, ważną rolę towarzyszących recytatywów i wyraźne nawiązanie do włoskiej opery poprzez mnożenie arietek. Skupiwszy całą uwagę na orkiestracji, w ogóle nie zważał na intrygę, na perwersyjną miłość Anzelma do swojej wychowanki Argie, zakochanej w paladynie Atisie. W pierwszym akcie muzyka taneczna, której wesoły charakter podkreślała wirtuozowska partia rogów, napełniła go szczęściem. Pod koniec drugiego aktu, w momencie gdy wybrzmiała pełna przerażenia aria Umieram ze strachu, Nicolas, który nie spuszczał oka z sali, spostrzegł poruszenie w loży królewskiej. Wszedł tam właśnie jakiś mężczyzna i szeptał coś do ucha siedzącemu po prawej stronie za księżniczką starcowi o wojskowym wyglądzie, który musiał być hrabią de Ruissekiem. Stary szlachcic skłonił się z kolei starszej siwej damie w mantylce z czarnej koronki. Poruszyła się i młody człowiek zobaczył, jak zaprzecza, kręcąc głową. Z daleka cała ta scena zdawała się niema, lecz zaniepokojona córka króla odwróciła się, żeby poznać powód zamieszania.
W tym momencie opadła kurtyna, kończąc akt. Nicolas zobaczył wtedy, jak ten sam mężczyzna wchodzi do loży pana de Sartine'a i zwraca się do niego. Dygnitarz wstał, schylił się ku sali i gdy w końcu wypatrzył Nicolasa, dał mu nieznoszącym sprzeciwu gestem znak, żeby natychmiast do niego przyszedł. W loży królewskiej poruszenie narastało, a Madame Adelajda przykładała chusteczkę do skroni pani de Ruissec.
Później, wracając myślą do tych chwil, Nicolas przypomniał sobie, że był to moment, gdy uruchomił się wszechogarniający, gigantyczny mechanizm, który mógł się zatrzymać dopiero wtedy, gdy syty ruin i trupów osiągnął cel. Pożegnał pana de La Borde'a i jak najszybciej pobiegł do szefa policji, przedzierając się przez stojącą i rozmawiającą w małych zwartych grupkach publiczność.
Pana de Sartine'a nie było w jego loży. Pewnie poszedł do loży księżniczki. Nicolasowi udało się tam dostać, musiał jednak najpierw przekonać urzędników dworu. Madame Adelajda ściszonym głosem rozmawiała z szefem policji. Jej piękna pełna twarz spurpurowiała z wrażenia. Pan de Ruissec przyklęknął u stóp swojej półprzytomnej żony i wachlował ją. Mężczyzna w czerni, w którym Nicolas rozpoznał oficera z Châtelet, stał skamieniały, przyklejony do ścianki działowej, z twarzą przerażoną tym, co widział i słyszał. Nicolas zbliżył się i nisko pokłonił. Zdziwiona księżniczka odpowiedziała mu lekkim ruchem głowy. Ze wzruszeniem odnajdywał w jej młodej twarzy spojrzenie ojca. Pan de Sartine ponownie przemówił:
- Jej Wysokość może być pewna, że zrobimy wszystko, co trzeba, żeby towarzyszyć hrabiemu i hrabinie w drodze do ich domu, i postaramy się dyskretnie poprowadzić tę sprawę. Niemniej należy poczynić kilka ustaleń. Będzie mi towarzyszył komisarz Le Floch, oto on. Król go zna i wysoko ceni.
Spojrzenie księżniczki padło na Nicolasa, choć nie wydawało się go dostrzegać.
- Liczymy, że zrobi pan wszystko, co w pana mocy, żeby uspokoić naszych biednych przerażonych przyjaciół - powiedziała Madame Adelajda. - A przede wszystkim, panie, proszę się mną nie kłopotać i skupić na tym, co najważniejsze. Dworscy urzędnicy zajmą się naszą osobą, a ponadto paryżanie nas kochają, moje siostry i mnie.
Pan de Sartine skłonił się, a dwoje starych ludzi, przy czym hrabina wstrząsana nieopanowanym drżeniem, żegnało się z księżniczką. Trzeba było chwilę poczekać, zanim zebrano woźniców, którzy wyszli na parę kufelków. Zajechała dworska kareta, ponieważ państwo Ruissec przyjechali w orszaku wraz z księżniczką z Wersalu. Zaraz za nimi wyruszył pan de Sartine. Blask skwierczących pochodni rzucał cienie tańczące na fasadach domów przy ulicy Saint-Honoré.
Szef policji przez dłuższą chwilę milczał zatopiony we własnych myślach. Bezładnie zablokowane w korku pojazdy unieruchomiły karetę. Młody człowiek skorzystał z okazji, żeby zaryzykować spostrzeżenie:
- Panie, któregoś dnia należałoby wprowadzić zasady parkowania pojazdów przed drzwiami wejściowymi do teatru. Byłoby nawet słuszne narzucenie im jednego kierunku ruchu, co pozwoliłoby na odblokowanie naszych ulic i ułatwiło poruszanie się nimi9. Dodajmy do tego lepsze oświetlenie naszych dróg, a bezpieczeństwo tylko na tym zyska10.
Uwaga młodego człowieka nie wywołała żadnej reakcji. Za to dało się zauważyć u pana de Sartine'a pewne zniecierpliwienie, czego przejawem było szybkie bębnienie palcami w szybę. Odwrócił się do swojego podwładnego.
- Panie komisarzu Le Floch...
Nicolas zesztywniał. Doświadczenie nauczyło go, że gdy szef policji zwraca się do niego, używając jego tytułu, zamiast jak zwykle po imieniu, oznacza to, że humor mu nie dopisuje, a kłopoty blisko. Podwoił uwagę.
- Stoimy, jak sądzę, wobec sprawy, która będzie od nas wymagała szczególnego taktu i zręczności - ciągnął Sartine. - Zresztą wpadłem w pułapkę własnych obietnic złożonych Madame Adelajdzie. Czy ona myśli, że to łatwa sprawa? Nic nie wie ani o świecie, ani o życiu. Pozwala sobie działać z dobrego serca. Ale co ja mam zrobić z uczuciem smutku i litości? Nic pan nie odpowie?
- Panie, byłoby dobrze, gdyby zechciał pan mnie nieco oświecić.
- Spokojnie, Nicolasie. Nie odpowiada mi oświecanie pana. Zbyt dobrze wiem, do czego by nas to doprowadziło. Natychmiast pańska bujna wyobraźnia urwałaby się z łańcucha. Już widzieliśmy, co się dzieje, gdy powierzamy panu stery. Pan się zapala, daje się ponieść, ruszamy we wszystkich kierunkach i na każdym rogu ulicy zbieramy trupy. W pańskim działaniu jest oczywiście wiele przemyślności i serca, jeśli jednak ja nie skieruję pana na dobrą drogę... Chcę, żeby był pan wolny od jakichkolwiek sugestii i otwarty na pierwsze wrażenie. Nie należy mącić węchu psów gończych!
Dwa lata pracy pod jego rozkazami uwolniły Nicolasa od wszelkich złudzeń co do Sartine'a, który potrafił wznieść się na szczyty złośliwości. Tylko pan de Saujac, przewodniczący parlamentu, który w tej dziedzinie cieszył się zasłużoną sławą, mógł mu to wytknąć. Dlatego słowa, które kogoś innego mogłyby zranić, nie zrobiły na Nicolasie żadnego wrażenia. Świetnie znał niedobry błysk, który nagle pojawiał się w oku szefa, i niekontrolowane drżenie mięśni po prawej stronie ust. Pan de Sartine nie wierzył w to, co mówił, co najwyżej był to jemu właściwy sposób okazywania ludziom swojej władzy. Dawali się na to nabrać jedynie najmniej bystrzy, a on wszystkich traktował tak samo. Inspektor Bourdeau, pomocnik Nicolasa, twierdził, że to był jego sposób pociągania za sznurki swoich pajacyków, żeby sprawdzić, czy podwładni są mu dość posłuszni i czy zgadzają się z jego zdaniem, jakkolwiek dziwaczne by ono było. Najbardziej zadziwiały jego skłonność do uzewnętrzniania gniewu i niesnaski z najbliższymi, chociaż fama głosiła, że jest człowiekiem łagodnym, skrytym i nienagannie uprzejmym.
Teraz postawa pana de Sartine'a skrywała zmieszanie i maskowała niepokój. Co też mieli odkryć pod koniec nocnej podróży przez Paryż? Do jakiego dramatu zmierzali? Hrabina de Ruissec wyglądała na pogrążoną w rozpaczy...
Bez względu na to, jaki spektakl los przygotował im na ten wieczór, młody człowiek obiecał sobie, że nie zawiedzie szefa i będzie uważał na wszystko, co ich może spotkać. Pan de Sartine znów zastygł w ponurym milczeniu. Trudne myśli żłobiły zmarszczkami ostre rysy jego twarzy, która wyglądała, jakby młodość uleciała z niej bezpowrotnie.
Zatrzymali się przed bramą w kształcie półksiężyca, prowadzącą do niewielkiej rezydencji. Wielkie kamienne schody wychodziły na brukowany dziedziniec. Pan de Ruissec przekazał zrozpaczoną żonę w ręce pokojówki. Hrabina usiłowała protestować i starała się uczepić ramienia męża, ten jednak uwolnił się zdecydowanym ruchem. Stary służący oświetlał scenę trzymaną w ręku pochodnią. Nicolas nie potrafił wyobrazić sobie tego miejsca, całkowicie pogrążonego w ciemnościach. Zgadywał zaledwie istnienie skrzydeł głównego budynku.
Weszli na stopnie prowadzące do wyłożonego płytami korytarza, na którego końcu znajdowały się schody. Hrabia de Ruissec zachwiał się i musiał się oprzeć na tapicerowanym fotelu. Nicolas przyjrzał mu się dokładnie. Był wysoki, suchy i trochę przygarbiony, chociaż bardzo się starał trzymać prosto. Lewą skroń znaczyła zaczerwieniona z emocji szeroka blizna, prawdopodobnie pamiątka po cięciu szablą. Zaciśnięte usta zagryzały wewnątrz wargi. Krzyż Orderu Świętego Michała zawieszony na czarnym sznurku podkreślał surowość nienagannego ciemnego stroju, od którego odcinała się jedynie kolorowa nuta komandorii Orderu Świętego Ludwika, przymocowana do szkarłatnej wstęgi na lewym boku. Szpada, którą miał ze sobą, nie była bronią paradną, lecz solidną klingą z hartowanej stali. Młody człowiek znał się na tym i uświadomił sobie, że przecież hrabia eskortował Madame Adelajdę i mogło się zdarzyć, że musiałby jej bronić. Pan de Ruissec podniósł się i zrobił kilka kroków. Utykał z powodu starej rany lub dolegliwości związanych z wiekiem i starał się zamaskować kalectwo, unosząc przy każdym kroku całe ciało i rzucając nim do przodu. Posłał zniecierpliwione spojrzenie swojemu staremu słudze.
- Nie traćmy czasu. Prowadź nas do pokoju syna i przedstaw swój raport po drodze.
Rozkazujący głos był jeszcze młody, niemalże agresywny. Hrabia wysunął się na czoło grupki, opierając się ciężko o balustradę z brązu. Ochmistrz ze świszczącym oddechem zaczął opowiadać, co się zdarzyło tego wieczoru:
- Panie hrabio, około dziewiątej wieczorem przyszedłem podrzucić trochę drwa do pana apartamentu i zszedłem na dół. Czytałem książeczkę z godzinkami...
Nicolas uchwycił, jak pan de Sartine ironicznie zmrużył oczy.
- Przyszedł pan wicehrabia. Sprawiał wrażenie, jakby bardzo się spieszył, a jego płaszcz był mokry. Chciałem go od niego odebrać, ale mnie odsunął. Zapytałem, czy mnie potrzebuje. Pokręcił głową. Usłyszałem, jak trzasnęły drzwi w jego sypialni, potem już nic.
Na chwilę przestał mówić; zabrakło mu tchu.
- Ciągle ta cholerna kula, przepraszam, panie generale. Powiedziałem więc, że już nic, i wtedy padł strzał.
Szef policji zainterweniował.
- Strzał! Jest pan pewien?
- Ochmistrz jest byłym żołnierzem - rzekł hrabia. - Służył w moim regimencie. Wie, o czym mówi. Opowiadaj dalej, Picard.
- Pobiegłem, lecz drzwi były zamknięte od wewnątrz. Nie słyszałem żadnego hałasu, żadnego krzyku. Wołałem, ale nie dostałem odpowiedzi.
Orszak najpierw podążał korytarzem w głąb półpiętra, a teraz znalazł się przed ciężkimi dębowymi drzwiami. Pan de Ruissec nagle się zgarbił.
- Nie byłem w stanie ich sforsować - kontynuował Picard - nawet gdybym miał siekierę, nie miałbym siły. Zszedłem i zawołałem pokojówkę pani hrabiny, oczekującą niedaleko w gotowości, i wysłałem ją na najbliższy posterunek straży. Przybiegł oficer, ale mimo mojego błagania niczego nie chciał zrobić bez obecności wyższej władzy. Posłałem więc po pana do Opery.
- Panie komisarzu - powiedział Sartine - proszę znaleźć nam coś do otwarcia tych drzwi.
Wydawało się, że Nicolas nie spieszy się z wykonaniem rozkazu; z zamkniętymi oczami szperał dokładnie w kieszeniach swojego fraka.
- Czekamy na pana, Nicolasie - niecierpliwił się jego szef.
- "Słyszeć" znaczy "być posłusznym", właśnie znalazłem rozwiązanie. Nie ma po co szukać rozwiązań siłowych, ten przedmiot sobie poradzi.
Trzymał w ręku mały kawałek metalu przypominający scyzoryk, który po otwarciu ukazywał wybór haczyków różnej wielkości i różnego kształtu. Był to prezent od inspektora Bourdeau, który, gdy go skonfiskował bandycie, ofiarował Nicolasowi, sam już bowiem miał taki jeden. Sartine wzniósł oczy ku niebu.
- Złodziejski wytrych przychodzi z pomocą policji! Zamysły Wielkiego Architekta nierzadko podążają krętymi ścieżkami - wyszeptał.
Nicolas zaśmiał się w duchu ze słów zausznika Logosu, ukląkł i po starannym ustaleniu, który haczyk będzie najodpowiedniejszy, włożył go do zamka. Po chwili usłyszeli, jak klucz upada na parkiet sypialni. Znów przyglądał się swoim haczykom, wybrał z nich inny i rozpoczął cierpliwe dłubanie. Ciszę tej sceny zaburzały jedynie świszczące oddechy hrabiego i jego ochmistrza oraz skwierczenie świec. Po chwili dało się słyszeć zgrzyt mechanizmu zamka i Nicolas otworzył drzwi. Hrabia de Ruissec ruszył naprzód, ale szef policji natychmiast powstrzymał jego zapał.
- Panie - oburzył się starzec - nie pozwalam! Jestem w swoim domu, a mój syn...
- Panie hrabio, proszę pozwolić działać wymiarowi sprawiedliwości. Gdy tylko poczynione zostaną pierwsze ustalenia, obiecuję, że będzie mógł pan wejść i nic nie zostanie przed panem ukryte.
- Panie, czyżby zapomniał pan, co obiecał Jej Królewskiej Wysokości? Twierdzi pan, że może sobie pozwolić na niewypełnienie Jej rozkazów? Za kogo pan się ma, żeby mi się sprzeciwiać? Jest pan urzędniczyną, któremu jeszcze gnój nie obsechł na butach, a pańskie nazwisko zalatuje sklepikiem spożywczym!
- Nie będę tolerował niczego, co byłoby sprzeczne z prawem, a rozkazy przyjmuję tylko od Jego Wysokości - odpalił Sartine. - Zobowiązałem się, że otoczę tę sprawę dyskrecją, to jedyna obietnica, jaką złożyłem. Jeśli chodzi o pańskie słowa, panie hrabio, gdyby nie godność mojej funkcji i królewska dezaprobata, zażądałbym satysfakcji. Najlepsze, co pan może zrobić, to pójść do swoich apartamentów i poczekać, aż pana przywołam. Albo raczej sam po pana przyjdę.
Stary szlachcic z płonącym wzrokiem zrobił półobrót. Nigdy jeszcze Nicolas nie widział pana de Sartine'a tak bladego. Pod oczami pojawiły mu się fioletowawe cienie i z wściekłością kręcił puklem swojej peruki.
Młody człowiek zdjął świecę z kandelabra Picarda i ostrożnym krokiem wszedł do pokoju, a za nim jego szef. Pierwsze wrażenie zapadnie mu w pamięć na długo.
Najpierw nic nie widział, czuł tylko chłód, który panował w pokoju, następnie wyłowił zapach cuchnącej wody zmieszany z bardziej gryzącym zapachem prochu. Drżący płomień ledwo oświetlał olbrzymie pomieszczenie, którego ściany wyłożono na całej wysokości jasną boazerią. Posuwając się w głąb, zobaczył po lewej wielki kominek z granatowego marmuru, nad którym wisiało lustro. Po prawej z cienia wyłoniła się nisza wyłożona ciemnym adamaszkiem. Perski dywan i dwa fotele ukrywały przed ludzkim wzrokiem coś, co wydawało się biurkiem ustawionym w rogu naprzeciw wejścia. Tu i ówdzie dostrzegał skrzynie, na których leżała broń. Broń i nieporządek wskazywały na obecność młodego mężczyzny, a zarazem żołnierza.
Gdy Nicolas doszedł do biurka, spostrzegł na podłodze jakiś kształt. Mężczyzna leżał na plecach z nogami skierowanymi w stronę okna. Jego głowa wydawała się pomniejszona, jakby nie pasowała do rozmiarów ciała. Wielki pistolet używany przez kawalerzystów leżał obok. Pan de Sartine zbliżył się i odruchowo cofnął. W rzeczy samej widok, który miał przed oczami, przeraziłby najtwardszego człowieka.
Nicolas, któremu nawet nie drgnęła powieka, gdy pochylał się nad ciałem, nagle sobie zdał sprawę, że jego szef miał niewiele okazji, żeby zetknąć się ze śmiercią w jej najbardziej potwornych postaciach. Chwycił go pod ramię zdecydowanym ruchem i zmusił, żeby usiadł na jednym z foteli. Pan de Sartine pozwolił się poprowadzić jak dziecko i nie rzekł słowa; wyciągnął chusteczkę i wytarł czoło i skronie, cały czas machając peruką, żeby ją przewentylować, następnie zastygł wyczerpany z podbródkiem na piersiach. Nicolas zauważył z rozbawieniem, że jego blada twarz przybrała zielonkawy kolor. Widząc szefa w tym stanie, odczuł lekką satysfakcję - pozwalał sobie na takie drobne rewanże - i kontynuował badanie.
Tym, co przeraziło szefa policji, była twarz zmarłego. Wojskowa peruka ześliznęła się na czoło, robiąc groteskowe wrażenie. Podkreślała szkliste już oczy, jakby wytrzeszczone na widok śmierci. Tam jednak, gdzie oglądający spodziewałby się znaleźć otwarte usta, pasujące do naturalnego odruchu przerażenia lub bólu, były tylko zapadnięte policzki i podbródek uniesiony do nosa w dziwnie wykręconym grymasie. Twarz została tak bardzo zdeformowana, że nieuchronnie przywodziła na myśl bezzębnego starca lub konwulsje jakiegoś rzeźbionego potwora. Chociaż na temat tego zjawiska nie dało się jeszcze nic powiedzieć, rana będąca przyczyną śmierci nie krwawiła. Wydawało się, że kula z bliska trafiła w podstawę szyi, przypalając tkaninę koszuli i muślin krawata.
Nicolas uklęknął blisko ciała, żeby obejrzeć ranę. Była czarna, a otwór w skórze, szerokości kuli, wydawał się już zasklepiony naskórkiem; widać było odrobinę skrzepniętej krwi. Młody komisarz zapisał swoje obserwacje w małym notesie. Odtworzył ułożenie ciała, zauważył, że ofiara miała na sobie cywilne ubranie. Zafrapowały go zaciśnięte na sobie obie dłonie i ich stan. Modne buty były ubłocone, a cały dół ciała aż do pasa nasączony cuchnącą wodą, jakby młody człowiek przepłynął staw lub fontannę, po czym przyszedł do domu, żeby ze sobą skończyć.
Nicolas zrobił kilka kroków i zainteresował się oknami. Wewnętrzne dębowe okiennice były zamknięte na klamkę. Otworzył je i stwierdził, że okno również było zamknięte. Wszystko zamknął tak, jak było, wziął swój lichtarzyk i zapalił świece stojącej na biurku lampy. Głos za jego plecami sprawił, że się odwrócił.
- Panie, czy mogę w czymś pomóc?
Drzwi wejściowe były otwarte, a na progu stał młody jeszcze człowiek, w liberii, lecz bez peruki. Pan de Sartine nie odkrył jego obecności, oparcie fotela zasłaniało prawie całkowicie nieznajomego. Ubrany był jak należy, guziki zapięte, lecz Nicolas ze zdumieniem zauważył, że był bez pantofli domowych czy butów.
- Mogę wiedzieć, co pan tu robi? Jestem Nicolas Le Floch, komisarz policji z Châtelet.
- Nazywam się Lambert i jestem kamerdynerem oraz człowiekiem do wszelkich poruczeń pana wicehrabiego de Ruissec.
Lekko prowokacyjny ton uderzył Nicolasa. Nie przyznałby się, że jego płowe włosy i oczy każde innego koloru napełniały go niechęcią: pierwszego dnia swojego pobytu w Paryżu złodziejaszek o podobnym wejrzeniu ukradł mu zegarek11.
- Spałem u siebie w oficynie. Usłyszałem krzyki pani hrabiny, więc szybko się ubrałem i przybiegłem. Proszę mi wybaczyć. - Ruchem podbródka wskazał na swoje stopy. - W pośpiechu... chciałem być pomocny...
- Dlaczego przybiegł pan natychmiast tutaj?
- Spotkałem w korytarzu przy wejściu starego Picarda, wyjaśnił mi, co się stało, i powiedział, że niepokoi się o mojego pana.
Nicolas bardzo szybko rejestrował wszystko, co do niego mówiono. Jego umysł klasyfikował ewentualne sprzeczności i wrażenia, jakie wywoływały w nim słowa kamerdynera. Ton, jakim mówił, nie był wolny od lekko prześmiewczej drwiny, rzadkiej u ludzi jego stanu, gdy zwracali się do osób wyżej postawionych. Mężczyzna nie był kimś zwyczajnym, jak się zdawało na pierwszy rzut oka. Twierdził, że ubrał się w pośpiechu, choć przecież jego strój był nienaganny, włącznie z zawiązanym bawełnianym krawatem, a tymczasem zapomniał włożyć butów. Trzeba by sprawdzić drogę, jaką przebył, i zweryfikować u Picarda prawdziwość jego zeznań. Czy żeby dotrzeć do apartamentów wicehrabiego, konieczne było wyjście na zewnątrz i przejście przez dziedziniec, czy też istniała ukryta ścieżka, którą, schodami i korytarzami, można było krążyć po wszystkich budynkach rezydencji de Ruisseców? Wreszcie, mężczyzna w ogóle nie okazywał żadnych uczuć. Fakt, że mógł nie widzieć trupa skrytego za fotelami i Nicolasem. Jeśli chodzi o pana de Sartine'a, pozostawał niewzruszony i cichy, tylko wpatrywał się w zamyśleniu w tylną ścianę kominka. Nicolas postanowił zaatakować wprost.
- Wie pan o śmierci swojego pana?
Podszedł do kamerdynera, którego ospowatą twarz zmarszczył grymas mogący być zarówno reakcją na wieść o tym nieszczęśliwym wydarzeniu, jak i przejawem nagłego żalu.
- Biedny pan w końcu dotrzymał słowa!
Nicolas milczał, toteż służący kontynuował:
- Od wielu dni chodził załamany. Nic nie jadł i unikał przyjaciół. Zawód miłosny lub przegrana w karty, albo jedno i drugie, jeśli mam być szczery. Kto mógł jednak przypuszczać, że tak szybko to zrobi?
- Powiedział pan, że dotrzymał słowa?
- Jego obietnica była precyzyjna. Powtarzał, że będzie się o nim mówiło dobrze lub źle. Nawet wspominał o szafocie...
- Kiedy zaczął mówić takie dziwne rzeczy?
- Od spotkania ze swoimi kolegami w pewnej gospodzie w Wersalu jakieś dwadzieścia dni temu. Byłem tam, obsługiwałem ich i zajmowałem się butelkami. Ależ to była zabawa!
- Może pan wymienić tych kolegów?
- Nie wszystkich. Tak naprawdę znam tylko jednego: Truche de La Chaux, pałacowy gwardzista. Byli sobie z panem bliscy, chociaż Truche należał do drobnej szlachty.
Nicolas odnotował tę niechęć, jakże często spotykaną pośród lokajów, którzy przyjmują przesądy swoich panów. W ten sposób kaskada pogardy spływała po wszystkich szczeblach drabiny społecznej, od szlachty po służących.
- Kiedy widział pan swojego pana po raz ostatni?
- No przecież dzisiaj wieczorem!
Odpowiedź ta sprawiła, że szef policji podskoczył na fotelu; Lambert cofnął się zaskoczony widokiem bladego ducha, który wyskoczył niczym diabeł z pudełka, z głową w rozczochranej, niebezpiecznie zsuwającej się peruce.
- A zatem, panie, zechce mi pan dokładnie to opowiedzieć...
Lambert nie zapytał, z kim ma do czynienia, i opowiedział swoją historię.
- Wicehrabia pełnił poprzedniej nocy straż. Królowa wraz z wieloma osobami ze swego otoczenia grała w karty. Po skończonej służbie trochę odpoczywał do południa. Następnie wyszedł przejść się samotnie po pałacowym ogrodzie, a mnie kazał czekać z powozem o czwartej na dziedzińcu. Powiedział mi, że chce spać w Paryżu. Przyjechaliśmy bez przeszkód około dziewiątej dziś wieczorem. Dał mi więc wolne, ponieważ mnie nie potrzebował. Byłem zmęczony i poszedłem spać.
- Miał pan mieć służbę jutro rano?
- Oczywiście. O siódmej miałem panu wicehrabiemu przynieść ciepłą wodę.
- W Wersalu była ładna pogoda? - przerwał Nicolas pod gniewnym spojrzeniem pana de Sartine'a, który nie pojmował tej dygresji.
- Mgliście i ponuro.
- Padało?
Przypatrywał się kamerdynerowi.
- Panie, wcale. Ale być może to pytanie ma związek ze stanem ubrania mojego biednego pana. Pozwoliłem sobie zalecić mu przebranie się, zanim opuści Wersal. Zatopiony w myślach pośliznął się w czasie przechadzki i wpadł do małego rowu odwadniającego Wielkiego Kanału. Tak mi to tłumaczył, gdy zobaczyłem, że cały jest mokry.
Nicolas starał się zwalczyć nieufność, jaką wzbudzał w nim kamerdyner. Powtarzał sobie, że oceniając na podstawie pierwszego wrażenia, zawsze ryzykujemy popełnienie poważnego błędu. Przypominał sobie słowa inspektora Bourdeau. Gdy inspektor był młody, polegał zwykle na pierwszym wrażeniu. Starał się od tego odchodzić, ale w miarę jak się starzał, doświadczenie potwierdzało wartość tego pierwszego momentu, kiedy przemawiał sam instynkt, więc powrócił do zwyczajów swojej młodości jako pewniejszego źródła prawdy o człowieku.
Zirytowany tym analizowaniem samego siebie Nicolas postanowił odłożyć na później rozstrzygnięcie problemu. W aktualnym stanie rzeczy nic nie usprawiedliwiało, żeby uwziąć się na kamerdynera, zwłaszcza że samobójstwo wydawało się oczywiste. Należałoby tylko wyjaśnić okoliczności, żeby zrozumieć przyczyny, które doprowadziły nieszczęsnego młodzieńca do tak tragicznego czynu. Za pozwoleniem pana de Sartine'a Nicolas zwolnił Lamberta, przykazując mu, żeby pozostał na korytarzu; chciał najpierw przesłuchać ochmistrza. W tym momencie pojawili się funkcjonariusze policji. Poprosił ich, żeby zaczekali, aż skończy się wstępne badanie, i kazał im mieć oko na Lamberta, któremu nie wolno było z nikim rozmawiać.
Gdy wrócił do sypialni, Sartine znów opadł na fotel i sprawiał wrażenie pogrążonego w intensywnych rozważaniach. Nie chcąc zakłócać jego przemyśleń, Nicolas podszedł do ciała.
Ze świecznikiem w ręku zbadał miejsce, zaczynając od parkietu. Odkrył kilka świeżych zadrapań, które mogły być zrobione kamykiem wciśniętym w podeszwę butów lub czymś zupełnie innym.
Następnie jego uwagę przyciągnął spód biurka. Pod lampą biurkową znalazł kartkę papieru i przeczytał napisane pospiesznie wielkimi literami słowa: PRZEPRASZAM, ŻEGNAM. Po lewej stronie od kartki, obok kałamarza, leżało pióro. Pozycja fotela za meblem wskazywała, że ten, kto pisał tę wiadomość, potem wstał, odepchnął go i poszedł w prawo w kierunku ściany, bez wątpienia, żeby obejść biurko od frontu i znaleźć się tam, gdzie teraz spoczywało ciało.
Ponownie mu się przyjrzał, zwłaszcza rękom, i spróbował bezskutecznie zamknąć mu oczy. Szperając następnie w pokoju, dostrzegł po lewej stronie od drzwi wejściowych olbrzymią, sięgającą sufitu, pokrytą skomplikowanymi rzeźbieniami szafę. Była półotwarta. Pchnął jedne drzwi i zanurzył w niej głowę; była jak ciemna grota przypominająca lit-clos12 z jego bretońskiego dzieciństwa. Doszedł go mocny zapach skóry i ziemi. W dolnej części stała kolekcja butów, z których część prosiły się o czyszczenie. Zamknął woskowane drzwi mebla, a następnie na kartce swojego notesu narysował plan apartamentu.
Powróciwszy do poszukiwań, Nicolas zauważył szczelinę w listwach boazerii. Po lewej stronie alkowy znajdowały się drzwi prowadzące do wyłożonej do połowy wysokości sosnową boazerią toalety, za nią zaś garderoba oddzielona ścianką działową. Pomieszczenie wyłożono posadzką z twardego drobnoziarnistego wapienia i czarnego marmuru. Ściany pokrywała tapeta w egzotyczne ptaki. Wnętrze oświetlone było bawolim okiem, którego zamknięcie sprawdził. Długo stał zamyślony przed toaletką i miednicą z delikatnego fajansu, podziwiając golarki oraz przybory z masy perłowej i złoconego srebra, starannie ułożone na białej lnianej serwetce. Przyglądając się uważnie, zafascynowany tyloma wspaniałymi rzeczami, nie pominął również szczotek i grzebieni.
Kiedy powrócił do swojego szefa, ten przechadzał się po sypialni tam i z powrotem, starannie unikając zbliżania się do trupa. Peruka znów leżała równo, a na kościste policzki dygnitarza wróciły kolory.
- Mój drogi Nicolasie - rzekł Sartine - jestem w wyjątkowym kłopocie. Czy jest pan przekonany, tak jak ja, że młody człowiek targnął się na swoje życie?
Nicolas pilnował się, żeby nie odpowiedzieć, a szef policji, uznawszy to milczenie za potwierdzenie, nie omieszkał szybkim spojrzeniem w lustro sprawdzić, czy fryzura została dobrze ułożona.
- Wie pan dobrze, co w tej sytuacji nastąpi. Podejrzewa się samobójstwo, a więc uprzedzony komisarz zjawi się bez togi i sporządzi protokół bez żadnego szumu ani rozgłosu. Następnie, na prośbę zrozpaczonej rodziny, ale również żeby konwenansom stało się zadość, prokurator zobowiąże proboszcza parafii, lub przekaże to polecenie przez biskupa, żeby spełnił posługę pogrzebową za zmarłego i pochował go bez rozgłosu. Wie pan zapewne również...
- Że jeszcze do niedawna ciała samobójców traktowane były jak ciała zabójców samego siebie, stawiane były przed sądem i skazywane na wleczenie na ramie wielkiej drabiny, którą ciągnął wózek. Panie, wiem o tym.
- Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Mało tego, oprócz potwornego wystawienia na drabinie ciało było wieszane i nie mogło zostać pochowane w poświęconej ziemi. Na szczęście od niedawna, dzięki postępowej filozofii i bardziej wrażliwym czasom, oszczędza się ofierze i jej rodzinie tych szokujących i godzących w przyzwoitość okropności. Niemniej stoimy wobec takiego oto dramatu: najstarszy syn szlachetnego rodu, mający przed sobą świetlaną przyszłość, właśnie umarł. Jego ojciec należy do bliskiego otoczenia króla, czy raczej otoczenia delfina. Głupio się stało - nie powinno się mówić o śmierci członkom rodziny królewskiej - Madame Adelajda została powiadomiona o samobójstwie i ustąpiła błaganiom hrabiego de Ruisseca. Nie dość rozważnie wydała mi polecenia, a ja musiałem udać, że przyjmuję jej rozkazy, do których wydania jako księżniczka nie jest upoważniona. Skądinąd trudno mi ignorować jej pragnienia i muszę zająć się troskliwie rodziną, którą wspiera. Niemniej jednak...
- Niemniej jednak, panie?
- Teraz głośno myślę, Nicolasie. Niemniej jednak...
Powrócił cieplejszy i poufały ton, który zazwyczaj panował w ich wzajemnych kontaktach.
- Niemniej jednak w imieniu króla odpowiadam za porządek i prawo w Paryżu, co nie jest łatwe. Przesada w respektowaniu zasad może doprowadzić do większego dramatu. Najroztropniej będzie tak postąpić, żeby ten trup nie sprawiał kłopotów, znaleźć księdza i trumnę i rozpuścić plotkę, że młody porucznik zranił się śmiertelnie. Odprawiono by mszę, słowo dane księżniczce byłoby dotrzymane, rodzice zdruzgotani, ale chronieni, a ja bez problemów zadowoliłbym swoje otoczenie. Czy mogę z czystym sumieniem tak postąpić? Jakie jest pańskie odczucie? Ufam pana zdaniu, nawet jeśli czasem pańską wyobraźnią kierują pośpiech i chimery.
- Panie, sprawę należy starannie rozważyć. Musimy uwzględnić zarówno ideał prawa i sprawiedliwości, jak też mądrości i roztropności...
Sartine skinął głową na ten rozsądny wstęp.
- Na tym etapie śledztwa - kontynuował Nicolas - skoro uczynił mi pan zaszczyt, żeby mnie zapytać, należałoby zdefiniować nasz dylemat. Wiemy, że samobójstwo jest czynem sprzecznym z bożą moralnością, nieszczęściem, którego hańba plami szanowaną rodzinę. Trup, którego mamy przed sobą, nie należy do człowieka z ludu, to nie biedak, którego nadmiar nieszczęść doprowadził do tej ostateczności. To szlachcic, znakomicie wykształcony młody człowiek, który dobrze wie, co ten gest oznaczać będzie dla rodziców i bliskich, i niezależnie od wcześniejszych przemyśleń popełnia na sobie samym czyn nieodwracalny, nie dając swojej rodzinie żadnego sposobu uniknięcia hańby. Nie sądzi pan, że to dziwne, że nie napisał do pana, jak to czyni wielu, żeby uniknąć problemów po śmierci?13 Zostawił tylko to.
Wziął papier ze stołu i podał Sartine'owi.
- Ponadto, panie, proszę zauważyć, przemilczenie nowiny byłoby bardzo niewskazane. Plotka już krąży w Operze, na mieście; za chwilę dotrze na dwór. Księżniczka z pewnością o tym rozmawiała, wszyscy będą powtarzali jej słowa. Już z dziesięć osób o tym wie: policjanci, służba i ludzie z sąsiedztwa. Nikt nie jest w stanie jej powstrzymać, a wszystkie niejasności będą tylko wyolbrzymiane... Będą wodą na młyn dla plotkarzy.
Pan de Sartine rytmicznie stukał stopą o parkiet.
- A do czego zaprowadzi nas ta piękna przemowa i jak wydostaniemy się z tego labiryntu z tymi wszystkimi pańskimi zakrętami? Co pan mi zaproponuje?
- Sądzę, panie, że nie powinniśmy nic ujawniać i odrzucać hipotezy o wypadku ani chwilowym szaleństwie, a ciało powinno zostać zaniesione do Basse-Geôle14 w Châtelet w celu otwarcia i zbadania w największej tajemnicy. Na początek ta decyzja pozwoli nam zyskać na czasie.
- I za kilka dni znajdziemy się w tym samym punkcie, w atmosferze skandalu rozdętego setką bzdur. Nie wspominam już o roli, jaką mi pan bez wątpienia powierzy, żebym zaanonsował panu de Ruissecowi, że oddam ciało jego syna medykom. Litości, proszę mi podać bardziej przekonujący argument.
- Mam wrażenie, że nie uchwycił pan istoty mojej propozycji. Jeśli sugeruję otwarcie ciała wicehrabiego de Ruisseca, to właśnie dlatego, że chcę uchronić pamięć o nim i honor rodziny, ponieważ moim zdaniem badanie to wykaże, iż został zamordowany.
II
"Być może nie chcesz słyszeć prawdy; ale jeśli nie powiem ci jej dziś,
nie przyda ci się zupełnie, gdy ci ją wyjawię innym razem".
Kwintus Kurcjusz
Pan de Sartine nie odpowiedział natychmiast na to przedstawione spokojnym tonem stanowisko. Jego jedyną reakcją było złożenie warg w dziubek, co wyrażało zwątpienie. Nabrał powietrza, złączył dłonie, odchrząknął i wreszcie powiedział:
- Panie, to, co pan mówi, jest tak ważne, że mogłem poczuć się zupełnie zagubiony i nie kryję, że moją pierwszą reakcją była chęć odesłania pana do pańskiej zwykłej służby. Jednak zdałem sobie sprawę, że powodem pańskiej obecności u mego boku są właśnie sprawy nadzwyczajne. Ponadto pańskie podejrzenie wyjmuje mi kamień z buta. Jak zwykle niczego mi pan nie będzie wyjaśniał, dla siebie zachowa zwroty akcji, gdy pańska latarnia magiczna oświetli nagle prawdę, która do tej pory była widoczna tylko dla pana...
- Panie...
- Nie, nie, nie, nie słucham pana i nie pragnę dalej słuchać. Jest pan komisarzem i zarazem urzędnikiem państwowym i obu tym osobom powierzam tę sprawę! Zostawiam ją panu, opuszczam pana i przestaję się nią interesować! Proszę nie próbować mnie wciągnąć w pańskie mgliste wywody, w których pan jest mistrzem, ponieważ myśli pan, że dużo wie, i chce to udowodnić. W tej chwili nie ma znaczenia, czy ma pan rację, czy jest pan w błędzie. Opuszczam pana i pędzę do Wersalu, żeby zająć się tym, co najpilniejsze. Uprzedzę pana de Saint-Florentina15, żeby przeciwstawić słabe tamy mojego wpływu nawałnicy, którą bez żadnych wątpliwości rozpęta hrabia de Ruissec. Mamy jednak w naszej grze jeden atut. Madame Victoria nazwała niegdyś naszego ministra "głupcem"; jak to bywa na dworze, zostało mu to powtórzone i chociaż wydaje się łagodny i bojaźliwy, nie odmówił sobie pewnej przyjemności, jaką dało mu odsunięcie jej siostry Adelajdy i powiedzenie królowi, co trzeba. Otóż król ma do niego pełne zaufanie i nie spodoba mu się, jeśli ktoś będzie chciał podać w wątpliwość ocenę, do której przywykł. Nie, nie, proszę mi nie przerywać...
Nicolas zignorował rozkaz szefa policji.
- Pana de Saint-Florentina nie zastanie pan w Wersalu.
- Jak to, o kim pan mówi?
- O ministrze, panie.
- A zatem nie tylko rozstrzygnął pan sprawę samobójstwa, ale jeszcze twierdzi pan, iż wie, gdzie jest minister!
- Panie, jestem pana uczniem i pokornym sługą. Nic, co dzieje się w Paryżu, nie jest mi obce, gdyby było inaczej, dowodziłoby to, że zaniedbuję moje obowiązki, i wtedy mógłby mi pan zarzucić ignorancję i brak zapału. Otóż mogę panu powiedzieć, że dziś wieczór pani de Florentin jest u królowej, a jak pan wie, jest jej ulubioną powiernicą. Jeśli zaś chodzi o ministra, to biorąc za pretekst wizytę Madame Adelajdy w Operze, opuścił Wersal o godzinie trzeciej, żeby spotkać się z piękną Aglaé.
- Piękną Aglaé?
- Jego kochanką, Marie-Madelaine de Cusacque, żoną de Langeaca. W tym momencie składa jej wyrazy uszanowania w jej domu przy ulicy de Richelieu. Nie ma więc powodu, żeby gnał pan do Wersalu.
Pan de Sartine nie mógł powstrzymać się od śmiechu.
- Niech tak będzie, oszczędzi mi to białej nocy. Mam nadzieję, że minister wybaczy mi wtargnięcie i że w uroczym towarzystwie uważniej mnie wysłucha, i że perspektywa przeciwstawienia się księżniczkom zachęci go, by był mniej pobłażliwy dla zaangażowanych stron, do czego czasem jest zbyt skłonny.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Widam - francuski tytuł szlachecki, odpowiednik wicehrabiego. Wszystkie przypisy u dołu strony pochodzą od tłumaczy. [wróć]
Ch. Montesquieu, Listy perskie, przeł. T. Żeleński (Boy), Warszawa 1951, s. 129. [wróć]
Zostanie przekazany Ludwikowi XV w dniu 30 listopada 1761 roku. [wróć]
Regiment gwardii francuskiej, powołany w 1560 roku przez Katarzynę Medycejską, stanowił ochronę króla. [wróć]
Wiktoria [Ludwika Burbon] (1733-1799) - druga córka Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej. [wróć]
Tak nazywano przeciwległe strony sali, gdzie gromadzili się w okresie "sporu narożników" zwolennicy stylu francuskiego i stylu włoskiego [przyp. tłum.: inaczej zwany sporem buffonistów, zwolenników opery buffo, z antybuffonistami, zwolennikami tradycji francuskiej]. [wróć]
Komiczna sekwencja opery Paladyni, żywo krytykowana w tamtej epoce. [wróć]
Tragedia liryczna w pięciu aktach Jeana-Philippe'a Rameau, wystawiona 5 grudnia 1749 roku, w której autor, między innymi nowinkami, zastąpił prolog uwerturą. [wróć]
Ta sugestia Nicolasa rzeczywiście została wcielona w życie przez Sartine'a w 1764 roku. [wróć]
Lenoir, szef policji, poprawi oświetlenie w Paryżu, wprowadzając latarnie zastępujące latarnie na świece. [wróć]
Patrz: tom I: Tajemnica Białych Płaszczy. [wróć]
Lit-clos - tradycyjny bretoński mebel; łóżko umieszczone w głębokiej zamykanej szafie, chroniło przed chłodem, wilgocią, domowymi zwierzętami i wzrokiem innych domowników. [wróć]
W tamtej epoce powszechne było wysyłanie listów do szefa policji, dla ostrożności. [wróć]
Kostnica znajdująca się w podziemiach Châtelet (patrz: Tajemnica Białych Płaszczy). [wróć]
Louis Phélypeaux (1705-1777) - hrabia de Saint-Florentin, następnie książę de La Vrill?re. Sekretarz Stanu Domu Królewskiego, departamentu, który obejmował sprawy administracji oraz policji miasta Paryża. [wróć]