Człowiek z gazu. 12 sekretów Aleksandra Gudzowatego - Mirosław Cielemęcki

Kup ebooka

41.83 zł
34.72 zł (35,56 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

"Republice (albo jakiejkolwiek innej instytucji stworzonej przez ludzi) nie uda się nigdy żyć w pokoju i cieszyć się wolnością w obrębie swoich szczupłych posiadlości. Jeżeli bowiem nie napadnie ona na swoich sąsiadów, to ci napadną na nią; napaść taka sprawi, że podboje wydadzą się jej wskazane, a nawet konieczne. Jeśli zaś nie będzie ona miała wrogów zewnętrznych, to znajdzie ich w obrębie własnych murów (...)".

Niccolo Machiavelli

Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem

historii Rzymu Liwiusza

"Jeśli nie walczysz, zostaniesz zdominowany przez przeciwników. Lepiej samemu być zwycięzcą (...)".

Michael A. Ledeen

Machiavelli. Nowoczesne przywództwo

"Jak zwyciężyć w biznesie? Łatwo. Potrzebna jest tylko wiedza, bardziej praktyczna niż teoretyczna, uczciwość, intuicja. No i szczęście... Tylko tyle..."

Aleksander Gudzowaty

Prolog

Jak odkryłem Aleksandra Gudzowatego

Był początek 1994 roku. We "Wprost" (tym dawnym, przez wiele lat największym polskim tygodniku opiniotwórczym), jak co roku, przystąpiliśmy do pracy nad Listą 100 najbogatszych Polaków. Spotkałem się wtedy z jednym z pretendentów do tej listy, warszawskim biznesmenem X, "wycenianym" przez nas na około 300 milionów obecnych złotych. To był bardzo trudny partner. Stale przekonywał nas, że nie kwalifikuje się na Listę, że ma przez nią same kłopoty. Nachodzą go bowiem potem urzędnicy skarbowi szukający zakopanych w ogrodzie oszczędności, obcy ludzie pokazują go sobie na ulicy, musi zwiększyć ochronę swojej rodziny i tak dalej.

Prawie każdy ze znajdowanych przez nas wówczas milionowych krezusów powtarzał to jak mantrę. Niektórzy z nich polecali swoim sekretarkom w okresie od lutego do maja (wtedy powstaje Lista) na słowo "Wprost" odkładać słuchawkę lub mówić, że szef wyjechał. Na długo, bardzo długo, w interesach rzecz jasna, a wróci być może na początku czerwca. Inni straszyli nas swoimi adwokatami i w konsekwencji - sądem. Inni wreszcie, gdy orientowali się, że przed umieszczeniem na Liście nie obroni ich ani sekretarka, ani agencja public relations, ani sąd, próbowali nawet wykupić się z Listy.

Biznesmen X zaskoczył mnie jednak. Zaproponował specyficzną formę wykupu.

- A jeśli podam panu trzy nazwiska i kontakty do ludzi o wiele bogatszych ode mnie? Dacie mi spokój, usuniecie mnie z Listy?

Hmm... Propozycja ciekawa, business is business. Lista zyska trzy nowe nazwiska. Ale... Ktoś może zapytać, co się stało z biznesmenem X? Zbankrutował? To dlaczego jego firmy coraz lepiej radzą sobie na rynku? I zaraz padnie pytanie: a może była jakaś koperta, jakaś superpromocja?

Biznesmen X przekazał mi kartkę ze swoimi "nominacjami". Znaleźli się na niej: Marian Błędniak (z dopiskiem "król bawełny"), Aleksander Gudzowaty (z dopiskiem "król gazu") i trzecie nazwisko, które z kilku powodów pominę (był przy nim dopisek "król przewałów").

Dwa pierwsze nazwiska okazały się niezwykle atrakcyjne. Gdziekolwiek o nie pytaliśmy, a sprawdzaliśmy w kręgach biznesowych i okołobiznesowych, najpierw słyszeliśmy ciszę, a potem szepty: to setki milionów złotych, ale nie zdobędziecie konkretów, zwłaszcza, jeśli chodzi o Gudzowatego. W przypadku trzeciego nazwiska sprawa w kontekście kryteriów Listy 100 najbogatszych Polaków szybko się wyjaśniła. Biznesmen trafił do więzienia, a jego domniemany majątek gdzieś się rozpłynął. W związku z tym poczułem się zwolniony z układu, który próbował narzucić mi ów tak nielubiący Listy biznesmen (notabene jest na niej do dziś i nawet się z tym pogodził, nie próbując już zawierać ze mną żadnych transakcji wymiennych).

Z Marianem Błędniakiem nie było większych problemów. Odszukał go w Łodzi nasz korespondent, opisał jego biznes, podliczył majątek. Błędniak znalazł się na szóstej pozycji Listy w 1994 roku. Jego losy zaczęły się potem splatać z losami Aleksandra Gudzowatego. Obaj pochodzili z Łodzi, obaj pracowali w epoce socjalizmu w centralach handlu zagranicznego. Błędniak w połowie lat 90. ubiegłego wieku chciał zająć miejsce Gudzowatego w gazowym interesie. Słał na niego donosy. Gudzowaty nie dał się jednak przechytrzyć. Po kilku latach biznes Błędniaka rozleciał się w dziwnych okolicznościach.

Dzwoniłem wiele razy do Bartimpeksu - firmy Gudzowatego. Jej siedziba mieściła się wówczas w wynajmowanych pokojach kamienicy przy ulicy Marszałkowskiej w Warszawie. Ciągle słyszałem:

- Nie mamy nic do powiedzenia, jesteśmy maleńką firemką. Może za rok, za dwa...

W archiwach też prawie niczego nie znalazłem. Jakieś szczątkowe informacje, że Gudzowaty sprzedaje na Wschód polską żywność, że wcześniej pracował na państwowych posadach, że za jakieś nieprawidłowości został zwolniony z pracy w centrali handlu zagranicznego, że jest obwiniany o rozpoczęcie budowy bizantyjskiego biurowca. Ale żadnych konkretów o jego obecnej działalności, żadnych liczb. Z drugiej strony dochodziły do mnie szepty: trafiliście Gudzowatego, szukajcie lepiej, znajdziecie.

Po kolejnym telefonie do Bartimpeksu usłyszałem:

- Czego pan chce? Kim pan jest?

Gdy wspomniałem o Liście 100 najbogatszych Polaków, zapadła trwająca wiele sekund cisza. W słuchawce słyszałem tylko ciężki oddech. Potem powiedział:

- Niech pan przyjdzie. Pogadamy.

Zjawiłem się następnego dnia. Pamiętam obskurną bramę kamienicy przy Marszałkowskiej oraz zupełnie do niej niepasującą nowoczesną windę, która zawiozła mnie na piąte piętro dawnej przychodni lekarskiej. Pamiętam jeszcze sekretariat, w którym wisiały dwa zegary wskazujące czas w Warszawie i Moskwie. Pamiętam gabinet szefa Bartimpeksu i siedzącego za biurkiem przysadzistego, trochę misiowatego mężczyznę, który kończył z kimś telefoniczną rozmowę po rosyjsku. Pamiętam także jego przenikliwy wzrok.

- Jak pan mnie znalazł?

- Szukałem.

- Czy pan zdaje sobie sprawę, że gdy mnie umieścicie na waszej liście, to stracę ja i straci Polska? Dużo, bardzo dużo stracimy.

Opowiadałem mu jakieś banały. że to moja powinność dziennikarska, że jak nie ja, to odnajdzie go ktoś inny, że w Polsce mamy już prawie taki sam kapitalizm, jak na Zachodzie, że tam są listy podobne do naszej, że bycie na takiej liście to zaszczyt i tak dalej.

Przerwał mi - powiedział coś w stylu: "Pieprzy pan". Ale poprosił sekretarkę o przyniesienie dokumentów finansowych firmy. Dostałem wszystko - kontrakty, bilanse... Tak mi się wtedy przynajmniej wydawało. Po podsumowaniu wyłoniły się bajońskie sumy, jakich nie miał w swoim dorobku żaden z dotychczasowych bohaterów Listy 100 najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost".

- Niech pan sobie notuje, skoro już pan mnie znalazł - powiedział. - Ale to może być praca na marne. Być może nieprędko skorzysta pan z tych informacji...

Notowałem. Dziesiątki transakcji z Rosją, Białorusią, z państwami Zachodu, żywność za gaz, żywność dla Moskwy, długa lista innych wyrobów, których nie potrafiły sprzedać tkwiące jeszcze jedną nogą w socjalizmie polskie firmy, udział w projekcie budowy wielkiego transgranicznego gazociągu. W sumie jakieś 400 milionów dolarów obrotu.

Nie miałem złudzeń, że mój rozmówca pokazał mi wszystko. Poinformowałem redakcję "Wprost" (mieściła się ona wówczas w Poznaniu; w Warszawie przy Nowym Świecie funkcjonował tylko oddział zamiejscowy), że znalazłem naprawdę najbogatszego Polaka. Moi przełożeni nie uwierzyli. Za kilka dni do stolicy przyjechał jeden z ówczesnych redakcyjnych prominentów.

- Widziałem - mówi - twoją notkę o Gudzowatym. Jest bardzo ciekawa. Ale wiesz, zaczęło się dziać coś dziwnego. Dzwonią do nas różni ważni, najważniejsi, z Warszawy, z ośrodków rządzących, z ministerstwa... Wiesz, tego ważnego, specjalnego. Żeby dać sobie spokój z Gudzowatym. Dla czyjegoś tam, w tym także Polski, dobra. Gudzowaty też nas beszta, że wchodzimy z butami w jego interesy.

- Czy podjęto już decyzję, żebym dał sobie "spokój"?

- Nie, tym bardziej nie. Wciągamy go na Listę. Tylko sprawdź wszystko, bo możemy mieć kłopoty.

Sprawdziliśmy razem. Nasze ustalenia potwierdziły się.

W czerwcu 1994 roku ukazała się kolejna Lista 100 najbogatszych Polaków. Z Aleksandrem Gudzowatym na drugim miejscu. Jeszcze w środę (tygodnik "Wprost" ukazywał się wówczas w środy) zadzwonił do mnie Gudzowaty.

- Postawił pan na swoim. Wie pan, ile stracę?

- Ile?

- Tyle, ile pana gazeta nie zarobi przez lata. Ale jakoś odbiję to sobie. Kiedyś panu wszystko opowiem.

Dzwoniłem wielokrotnie, kiedy chciałem się czegoś dowiedzieć. Gdy chciał, mówił, ale, jestem tego pewien, mówił tylko to, co chciał. Nie we wszystko wierzyłem. Gdy nie chciał mówić, a tak było najczęściej - ustępowałem. Stale powtarzał:

- Kiedyś to panu opowiem.

Za trzy lata był na pierwszym miejscu Listy. Nigdy, nawet gdy Bartimpeksem i innymi jego firmami miotały burze (głównie polityczne), nie wypadał z pierwszej dziesiątki. Nigdy jednak nie wiedziałem, czy trafnie oceniliśmy jego majątek. To on raczej nami manipulował. Był w tym naprawdę dobry.

Piętnaście lat później

Zadzwonił do mnie dyrektor wydawnictwa Regan Press. Chce stworzyć serię wydawniczą o rekinach polskiego biznesu. O tym, jak powstawały, ale i jak upadały najbardziej znane polskie prywatne firmy. Jakie błędy popełniali ich twórcy, czy nadal je popełniają, czy potrafią budować globalne przedsiębiorstwa, jak walczą z konkurencją, jak omijają zagraniczne i polskie rafy w biznesie i tak dalej.

Jednym z pierwszych bohaterów ma być Aleksander Gudzowaty. Między innymi dlatego, że teraz znowu wszyscy o nim mówią. Zwłaszcza w kontekście gazowych interesów, gdy okazało się, że w 2009 roku jesteśmy nie mniej uzależnieni od rosyjskiego gazu niż kilkanaście lat wcześniej. Czyli wtedy, gdy słowo "dywersyfikacja" dopiero zaczęło pojawiać się w publicznych dyskusjach.

Wówczas, bez owej dywersyfikacji, gazu nie brakowało (gospodarka co prawda mniej niż teraz go potrzebowała), tylko nie było nań pieniędzy. Dzięki Gudzowatemu płaciliśmy za niego tym, czego też mieliśmy pod dostatkiem - polskimi towarami, których ciągle nie chciał kupować Zachód.

Wydawcę mniej interesują sprawy poboczne dziejące się wokół Gudzowatego. Mniej interesuje go jego słynna walka z "Lożą minus pięć", z tym, co on nazywa mafią gazową, prawie nie interesują go nagrania Oleksego czy Michnika. Tylko kwestie biznesowe... Skąd brały się pomysły Gudzowatego? Co wygrał, a co przegrał? I zawsze - dlaczego?

Zdaniem wydawcy to powinna być biografia biznesowa Gudzowatego. Bez, używając słów biznesmena, "zbędnego pieprzenia".

U Gudzowatego w Mariewie

Pamiętam jedną z rozmów z Aleksandrem Gudzowatym. Stoimy nieopodal najsłynniejszej polskiej rezydencji w Mariewie na skraju Puszczy Kampinoskiej. Gudzowaty przymyka jedno oko i patrzy wzdłuż słupków ogrodzenia prywatnego ośrodka jeździeckiego położonego kilkaset metrów dalej, najpiękniejszego w Polsce, a być może w Europie (formalnie należącego do jego syna Tomasza).

- Niech pan spojrzy, jak równiutko, żaden słupek nie odchyla się nawet o pół centymetra. Tu w Mariewie nie ma żadnej fuszerki. Wszystko udało się zrobić jak należy.

- A w biznesie? - zapytałem.

Chciał mnie swoim zwyczajem zbesztać. Ale powstrzymał się i zamyślił.

W tygodniku "Wprost" 22 września 2003 roku, w dziale biznesowym, którym przez wiele lat kierowałem, ukazał się tekst o Gudzowatym. Na jego biurko trafił następnego dnia, we wtorek, akurat w sześćdziesiątą piątą rocznicę jego urodzin. Na okładce tygodnika znalazła się zdeptana skóra białego niedźwiedzia z głową Gudzowatego. I wielki tytuł: Koniec świata Gudzowatych.

Tekst był o tym, że w cień odchodzą ci, którym udało się na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku przeskoczyć z socjalizmu do kapitalizmu. Tacy, jak Aleksander Gudzowaty, Zofia Gaber (wieloletnia szefowa Agrosu), Andrzej Skowroński (szef Elektrimu) i inni "socimperatorzy". Wtedy Gudzowaty miał kłopoty w biznesie, zwłaszcza biopaliwowym, odsunięto go od wielkich interesów gazowych, nie miał już banku i towarzystwa ubezpieczeniowego. Artykuł ten dotknął go do żywego przede wszystkim dlatego, że ukazał się w jego okrągłe urodziny, gdy przyjmował wielu gości z życzeniami i kwiatami. To był jednak zupełny przypadek; nie wiedzieliśmy o tym we "Wprost".

Na dodatek, cztery lata później, w marcu 2007 roku dziennikarze mojego działu jako pierwsi ujawnili "taśmy Gudzowatego" z nagraniem Józefa Oleksego opowiadającego o degrengoladzie polskiej lewicy. Przed wydrukowaniem zapisu słynnej alkoholowej biesiady rozmawiałem wtedy z Oleksym, aby zweryfikować prawdziwość nagrania. Do dziś pamiętam jego zaskoczenie, a potem wypowiedziane słowa:

- To prowokacja, manipulacja, niegodziwość Gudzowatego.

Aleksander Gudzowaty nie obraził się na mnie. Zgodził się teraz na rozmowę, być może jedną z ostatnich długich rozmów w swoim życiu z dziennikarzem.

- Myliliście się. Mój świat się wtedy nie kończył. Teraz też się nie kończy. W życiu prawie wszystko mi się udało. Mam wspaniałą partnerkę życiową, wspaniałych synów, mam wszystko, o czym można sobie tylko pomarzyć. Mój biznes istotnie wygląda gorzej niż to ogrodzenie hipodromu, wiele spraw biegnie nie tak, jak myślałem, wiele elementów biznesowych się poodchylało. I to nie o milimetry... Ale nie można mówić o moim końcu, choć dopadły mnie ciężkie choroby. Buduję nie tylko nowy dom - także nowy biznes, na miarę nowych czasów.

Przypomniałem mu teraz jego słowa sprzed piętnastu lat, że kiedyś wszystko opowie. Zaczęliśmy rozmawiać. Trochę w Mariewie, trochę w siedzibie Bartimpeksu w alei Szucha w Warszawie. Rozmowy trwały wiele godzin. Tak starałem się nimi kierować, aby w ich rezultacie powstała biznesowa biografia Aleksandra Gudzowatego, z całą pewnością mistrza Polski, jeśli za kryterium przyjąć wartość zdobytego majątku w stosunku do liczby pracujących nań ludzi.

Nie udało się, choć obaj bardzo tego chcieliśmy, rozmawiać wyłącznie o biznesie. Bo wielokroć w biznesową opowieść Gudzowatego wplątywały się nie tylko wątki osobiste, intymne, współgrające z całością opowieści, ale także i rozmaite dysonanse. O chcącej go zgładzić mafii, o "Loży minus pięć", o draństwie niektórych polityków i niektórych ludzi z jego otoczenia, o pracownikach służb specjalnych, którzy albo lgnęli do niego, albo chcieli go zniszczyć. Na koniec rozmów doszliśmy zgodnie do wniosku, że to też były fragmenty jego biznesu. Na skutek których jego interesy okazały się być o wiele gorzej poukładane niż elementy owego płotu otaczającego rezydencję w Mariewie. W ich następstwie mniej przejrzysta i zrozumiała stała się również osobowość Gudzowatego.

Biografia biznesowa Aleksandra Gudzowatego? Czy jest to skłaniająca niekiedy do podziwu, niekiedy wyciskająca łzy, opowieść o szlachetnym "człowieku z gazu", czy też trochę podretuszowana kreacja? Czy Gudzowaty to prawdziwy kapitalista, kierujący się etyką tudzież niezawodną intuicją, czy też ostatni polski "socimperator"?

Z pewnością jest to pasjonująca historia o człowieku wielu sukcesów i porażek dwóch epok: socjalizmu i kapitalizmu. O jego sekretach. Podczas spotkań kilkakrotnie nabierałem wątpliwości, czy mówił prawdę, czy też mnie zwodził, gdy na przykład opowiadał o etyce, o tym, że nie opłacał się żadnym mafiom ani politykom (za wyjątkiem słynnej, wielokrotnie opisywanej darowizny na kampanię wyborczą Lecha Wałęsy). A może nie zwodził, tylko prawda miała różne wymiary, które nie zawsze można mierzyć normami etyki?

W trakcie pisania książki dochodziło do zaskakujących zmian sytuacji. A to pokazana w programie telewizyjnym sprawa tajemniczych pieniędzy, które ni to dostał, ni to ich nie dostał Sojusz Lewicy Demokratycznej, a to sprawa agentów zatrudnianych w jego firmach, a to nowe fakty dotyczące dywersyfikacji dostaw gazu do Polski, a to tajemnicze wyprawy biznesowe Aleksandra Gudzowatego do Ameryki czy Izraela... Udało mi się także zobaczyć prawie w całości to, co uważa on za najważniejsze dzieło swojego życia i co dotąd widziało w ostatecznym kształcie niewiele osób, a mianowicie "republikę Mariew".

Po wielu godzinach rozmów z Aleksandrem Gudzowatym zrozumiałem, że jest on przedziwnym człowiekiem, w którym nic nie pasuje do powszechnie obowiązujących, a przynajmniej za takich uznawane, wzorców.

W jaki sposób szkolny nieuk mógł zdobyć miliardy złotych? Jakim trafem człowiek, którego rodzinę ojca wymordowali bolszewicy, zbudował doskonałe relacje najpierw w komunistycznej, a potem w postkomunistycznej Moskwie? Jak biznesmen, zatrudniający często na najważniejszych stanowiskach miernoty, zbudował firmę przynoszącą miliardy złotych zysku? Czy to prawda, że Aleksander Gudzowaty jest pierwszym Polakiem, który dowiedział się o planach budowy przez Polskę największego gazociągu Europy? Czy słowa "nieskazitelna etyka w biznesie" w jego ustach to prawda, czy fałsz? Czy polskim biznesem ostatniego dwudziestolecia rządziły prawa ekonomiczne, czy też służby specjalne? Czy kiedykolwiek uniezależnimy się w kwestiach energetycznych od Rosji?

Na wiele z tych pytań znalazłem już odpowiedzi, na niektóre jeszcze nie. Zapraszam do pasjonującej, moim zdaniem, opowieści o sekretach, nie tylko biznesowych, jednej z najbardziej tajemniczych i zarazem rozpoznawalnych postaci polskiego biznesu.

Autor

Sekrety Aleksandra Gudzowatego

Sekret pierwszy

W szkole byłem nieukiem

Jest koniec lat 40. ubiegłego wieku. Łódź. Po schodach czynszowej kamienicy przy ulicy już nie Senatorskiej, jak przed wojną, lecz Strzelczyka, wspina się dwunastolatek Alik. Otwiera drzwi mieszkania na pierwszym piętrze, rzuca tornister i komunikuje:

- Nie chcę chodzić do szkoły.

Matka patrzy na niego i nic nie mówi. Szklą się jej oczy. Alik to jedynak. Nie mogła mieć więcej dzieci, dostała zakażenia przy porodzie. Dla niej i dla jej męża jest wszystkim. Już wiele razy po powrocie ze szkoły mówił jej to samo. Złe opinie na wywiadówkach, jedne z gorszych w całej klasie oceny, żadnego zaangażowania.

- Niewiele z niego będzie - mówią niektórzy nauczyciele.

Alik to dziś ponadsiedemdziesięcioletni Aleksander Gudzowaty, jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, ikona polskiego biznesu przełomu wieków.

- Mama często pochlipywała, że jesteśmy biedni, że nie mamy pieniędzy na lepsze ubrania, na buty, że ojciec, filozof i religioznawca po zagranicznych studiach, zamiata magazyny w Wifamie... Ale płakała także i z tego powodu, że miała ze mną wiele kłopotów. Nie pamiętam dokładnie, ale rzadko w klasie zdarzał się nieuk większy ode mnie. Nie znosiłem szkoły tak, jak ona nie znosiła mnie. Z czasów nauki najlepiej pamiętam to, czego najbardziej w niej nie lubiłem - a nie lubiłem wszystkiego. Trochę jedynie przypadła mi do gustu matematyka, ale dopiero w dziesiątej klasie.

Najlepiej szkoła nauczyła go - jak dziś przyznaje - umiejętności dekowania się. Umiejętności, owszem przydatnej, jak mówi, ale tylko wtedy, gdy chodził do szkół - podstawowej, średniej, na studia. Potem ta umiejętność stała się balastem, którego musiał się pozbyć.

Do szkoły chodził ze swoim żyjącym do dziś kuzynem Bogdanem. On również jej nie znosił, ale do nauki przykładał się więcej od Alika. Więc razem dekowali się, jak tylko mogli. Bogdan, dzięki trochę większej wiedzy, pomagał Alikowi (a propos, w okresie socjalizmu Bogdan był bankowcem, dziś jest zgorzkniałym emerytem, który nie potrafił sobie znaleźć miejsca w kapitalizmie). Dzięki niemu, mimo kłopotów, Alik przechodził z klasy do klasy.

- Ale żaden nauczyciel nie potrafił mnie niczym, dosłownie niczym, zainteresować. Tyle lat przesiedziałem w szkolnych ławach i niczego wartościowego z tego nie pamiętam. Strata czasu - opowiada po sześćdziesięciu latach od pierwszych swoich szkolnych doświadczeń on - miliarder i człowiek sukcesu. Idol wielu, którzy też pragną miliardów.

Aleksander Gudzowaty nie chce zmieniać opinii o sobie i swojej edukacji tylko dlatego, żeby lepiej to wyglądało z dydaktycznego punktu widzenia.

- Byłem w szkołach co prawda akuratny, robiłem, co mi kazali - stara się teraz trochę złagodzić swoje oceny.

- Ale bez większych efektów - zaraz dodaje.

- Wtedy nawet nie wiedziałem, dlaczego tak się działo. Teraz już wiem. Byłem naprawdę nieukiem - powtarza uparcie. - Traktując szkołę tak, jak ją traktowałem, zaoszczędziłem jednak dużo życiowej siły. Później miałem więcej energii niż inni - i mogłem ją spożytkować na ważniejsze sprawy, przede wszystkim na zgłębianie matematyki i filozofii. A potem głównie na poznawanie tajników biznesu.

O profesjonalnym, ugruntowanym nauką i prowadzącym do dużych zysków, zarządzaniu firmą piszą niemal wszyscy teoretycy biznesu. Nie ma mowy o odnoszeniu sukcesów w biznesie bez posiadania specjalistycznej wiedzy. Obecnie mamy do czynienia ze zjawiskiem kształtowania się "społeczeństwa i gospodarki bazujących na wiedzy i wykształconych ludziach, dla których środkiem pracy jest wiedza, a nie umiejętności manualne czy siła fizyczna" - tak twierdzi Peter F. Drucker, największy chyba guru nowoczesnego zarządzania [Zawód menedżer, Wydawnictwo MT Biznes, Warszawa 2004]. Drucker, pisząc o wykształceniu, miał na myśli zarówno menedżerów, jak i otoczenie, w jakim działają, czyli bardzo dobrze wyedukowanych konsumentów. "Edukacja jest chyba naszym największym i najszybciej rozwijającym się rynkiem - rynkiem obejmującym nie tylko szkoły podstawowe i średnie, ale również przemysł z niezliczonymi programami szkoleniowymi (...)" [ibidem].

- Slogany, w których owszem jest sporo prawdy, ale nie jest to prawda absolutna - pozostaje przy swoim Gudzowaty.

Jednak Drucker broni swoich racji, choć w jego myślenie wkradają się niekiedy wątpliwości. "Dyskusyjne wydaje się pytanie, co było pierwsze - eksplozja edukacyjna na przestrzeni ostatnich 100 lat czy zarządzanie, dzięki któremu możemy pozytywnie wykorzystać tę wiedzę. Nowoczesne zarządzanie i nowoczesne przedsiębiorstwo na pewno nie może istnieć bez wiedzy, którą zbudowały rozwinięte społeczeństwa" [ibidem].

Drucker obstaje przy swoich tezach o wszechwładzy edukacji biznesowej. W końcu z tego żył...

- Ma sporo racji, ale w jego ocenach jest dużo uproszczeń. Nie ma recept absolutnie słusznych - uważa Gudzowaty. - Owszem, są ludzie o niebo lepiej ode mnie wykształceni. W praktyce jednak niewielu z nich osiąga wielki sukces. Działają na ogół zgodnie z jakimś tam wzorem, wykorzystując uniwersalne recepty na sukces.

- Ale jednocześnie w swoich zachowaniach są ograniczeni właśnie tym wzorem - w ten sposób Aleksander Gudzowaty odpowiada na pytanie, dlaczego tak mało zatrudniał młodych wilków biznesu, których zwłaszcza pod koniec lat 90. ubiegłego wieku było w Polsce coraz więcej. Legitymowali się oni wszakże dyplomami renomowanych zachodnich uniwersytetów ekonomicznych czy studiów MBA.

Konosuke Matsushita, założyciel legendarnej japońskiej korporacji Matsushita (od 2008 roku działa jako Panasonic Corporation) opowiadał, jak także czuł na plecach oddech "młodych wilków": "Każdy młody biznesmen bez doświadczenia, który podejmuje studia menedżerskie, myśli, że może wejść w biznes tylko na podstawie wiedzy książkowej. Nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś chce używać takiej wiedzy, żeby doskonalić swój biznes, poprawić zarządzanie. Niemniej praktyka daje dużo więcej bezpośrednich lekcji" [Zarządzanie z pasją, Wydawnictwo Forum, Poznań 2004].

Szkołą podstawową Matsushity był warsztat rzemieślniczy w Osace, do którego przyjęto go jako ucznia, gdy miał dziesięć lat. Potem, gdy miał szesnaście lat, zaczął pracować w fabryce. W wieku dwudziestu czterech lat rozpoczął "studia" na "uniwersytecie" - w firmie Matsushita Electric Co., którą sam założył. Oddał władzę "młodym wilkom", ale dopiero wtedy, gdy dojrzeli. Matsushita miał już wtedy blisko siedemdziesiąt lat.

Wróćmy do powojennej Łodzi.

- Najważniejszego szkoły nie zdołały mnie pozbawić - mówi Aleksander Gudzowaty.

- Czego? - pytam.

- Patriotyzmu, honoru i godności - odpowiada.

Tego, jak z całą mocą zaznacza, nauczono go nie w szkole, lecz w domu. Nauczycielem i mentorem był ojciec Eliasz (filozof, który skończył włoski uniwersytet; prawdopodobnie najlepiej wykształcony w ówczesnej Łodzi robotnik magazynowy). Mały Alik, gdy wracał do domu nabuzowany niechęcią do szkoły, dużo czytał. Ojciec, mimo biedy i stalinowskich uwarunkowań, dbał o zawartość domowej biblioteki.

- Nie były to szkolne podręczniki; nie było prawie niczego z zestawu obowiązujących wówczas lektur szkolnych. Była w niej natomiast niemal cała literatura klasyczna, cała Młoda Polska. A także klasyka dziecięca i młodzieżowa. Na przykład Karol May.

- Winnetou ze swoją szlachetnością, prawdomównością, odwagą to był prawdziwy wzór do naśladowania, zwłaszcza na tle postaci pokroju Pawlika Morozowa, o których opowiadano nam w szkołach (Pawlik Morozow to chłopak, który zadenuncjował sowieckiej bezpiece swoich rodziców). Wódz Indian zupełnie nie pasował do retoryki Związku Młodzieży Polskiej. I skutecznie przeszkadzał we wbijaniu do mojej głowy przez ówczesną szkołę lekcji indoktrynacji i nienawiści do innego świata.

- Gdy umarł Stalin, jedna z koleżanek, córka przodownicy pracy, z płaczem czytała żałobny tren. To ja ją pociągnąłem za warkocz, żeby się zamknęła. Zrobiła się chryja polityczna. Na szczęście jeden z nauczycieli starej daty załagodził incydent i uratował mnie przed poważniejszymi konsekwencjami. A żartów wówczas nie było - wspomina Aleksander Gudzowaty.

Pamięta również, jak niegdyś na ulicy rzucali się śnieżkami. Spisał ich milicjant. Szkoła, liceum imienia Stefana Żeromskiego, ostro ich zachowanie potępiła. Potem musieli stawić się przed kolegium orzekającym, ponieważ uznano, że stworzyli zagrożenie dla socjalizmu. Mógł przecież w pobliżu przechodzić robotnik i oberwać w oko. A wtedy mogłaby ucierpieć produkcja. Bez wyroku obyło się tylko dlatego, że absurd całej sytuacji dostrzegł jakiś mądry sędzia.

W szkole Gudzowaty, oprócz tego, że był uznawany za nieuka, zyskał także wśród niektórych nauczycieli opinię chuligana. Był też samotnikiem. Nie miał prawie żadnych kolegów. Jeśli już kogoś znajdował, to zwykle starszego od siebie.

- Uczyłem się od starszych kolegów o wiele więcej niż w szkole. I tak mi już zostało na dziesiątki lat. Przeszło to teraz na moje dzieci. Tomek, dziś dorosły, też miał zazwyczaj starszych przyjaciół. Michał, teraz dwunastolatek, również lgnie do starszych. Zamęcza pytaniami kierowców, ochroniarzy... - mówi Gudzowaty.

Jakoś zrobił maturę.

- Raczej dzięki uprzejmości nauczycieli - mówi całkiem serio...

Na studia na politechnice dostał się jednak bez problemów. Dzięki matematyce, zwłaszcza trygonometrii, a także dzięki temu, że szkoła nauczyła go swoistego cwaniactwa. Po skończeniu szkoły podstawowej i liceum wiedział, co ma robić, aby w najtrudniejszych sytuacjach zawsze spaść na cztery łapy. Wtedy też mama przestała pochlipywać z powodu niedostatku jego szkolnych osiągnięć.

- Ze szkoły tak naprawdę wyniosłem tylko znajomość matematyki. I trochę znajomości życia. - opowiada.

Przed maturą nieźle także poznał filozofię, ale tej nauczyła go nie szkoła, lecz ojciec - na pozaszkolnych kompletach.

W podręcznikach edukacji biznesowej często pomija się biograficzne szczegóły o wykształceniu wielu ikon współczesnego biznesu. Gudzowaty zwraca na to uwagę. I ma rację.

Ot, choćby Henry Ford; z wykształcenia był tylko mechanikiem samochodowym. Frank Lloyd Wright, sława architektury XX wieku, ukończył zaledwie szkołę podstawową, nie miał matury. Co prawda dostał się potem na uniwersytet w Wisconsin, ale boczną furtką, i tylko dlatego, że zaczęło się o nim robić głośno w Ameryce. Studiował zaledwie dwa semestry. Walt Disney był wyjątkowo złym uczniem; porzucił szkołę w wieku szesnastu lat. Z kolei Gabrielle Bonheur Chanel (czyli słynna Coco Chanel) nigdy nie zdobyła żadnego akademickiego dyplomu. Do pracy w warsztacie kosmetycznym udała się wprost z sierocińca, w którym nie otrzymała prawie żadnej edukacji. Wreszcie Sheldon Adelson (król hazardowego biznesu, z majątkiem wycenianym na blisko 30 miliardów dolarów) nigdy nie skończył City College of New York. Szkołę porzucił również jeden z największych w świecie rekinów branży jubilerskiej, Brytyjczyk Gerald Ratner [Zrobić Ratnera! Sukces i upadek w biznesie, Regan Press, Gdańsk 2009].

Takie zadziwiające, choć jak zaznacza Gudzowaty tylko na pozór, przypadki miały miejsce w wielu gałęziach biznesu. Także w tych wymagających najwyższych kwalifikacji, jak informatyka, lotnictwo, media. Przykłady? Bill Gates, mistrz świata w skuteczności operacji biznesowych i założyciel Microsoftu, owszem rozpoczął w 1973 roku studia matematyczne w Harvard University, ale szybko je porzucił, uznając za stratę czasu. Jedyny posiadany przez niego dokument naukowy to akademicki dyplom honorowy za osiągnięcie praktycznych sukcesów i za zarobienie miliardów dolarów. Steve Jobs, założyciel Apple, konkurenta Microsoftu, po wysłuchaniu kilku wykładów porzucił w pierwszym semestrze Reed College w Portland. I już nigdy więcej nie poszedł do żadnej szkoły. Michael Dell też porzucił college w wieku dziewiętnastu lat. Zaraz po tym założył PC Limited, poprzedniczkę dzisiejszego Della. Awersji do szkoły nie ukrywa także Richard Branson, twórca koncernu Virgin. Ukończył zaledwie szkołę średnią [Des Dearlove, Biznes w stylu Richarda Bransona. 10 tajemnic twórcy megamarki, Regan Press, Gdańsk 2009].

- Co mądrzejsze wilki biznesu nowej generacji rozumieją, że obecnie najlepsze nawet szkoły to za mało, by odnosić wielkie sukcesy. Zdają sobie sprawę z tego, że swoje wykształcenie muszą uzupełniać wiedzą takich, jak ja praktyków - tych, którym naprawdę się udało - zauważa Aleksander Gudzowaty.

- Powodzenie w wielkim biznesie to nie tylko następstwo nabytej wiedzy. To przede wszystkim intuicja i wielkie samozaparcie. Tego nie nauczy żadna szkoła. To także charakter, czyli kolejna wartość nieakademicka i niewynoszona ze studiów MBA. Wykształcenie okazuje się być przydatne, ale dotyczy to głównie tej wiedzy, która uczy "obsługi" intuicji. Nie ma podręczników porządkujących tę akurat wiedzę. Tylko niektóre, nieszablonowe, nieskażone akademickim rygoryzmem umysły będą w stanie pojąć to, o czym teraz mówię. W moim przypadku intuicja zaczęła się liczyć dopiero w prywatnym biznesie. W tym państwowym nie było miejsca ani na intuicję, ani na jakiekolwiek inne wartości użyteczne w prawdziwej ekonomii. Tyle się wyprodukuje, tyle samo się sprzeda, wiadomo po jakiej cenie... Czy intuicja kiedyś mnie zawiodła? Może raz, gdy kupiłem bank - mówi Gudzowaty.

O banku będzie mowa trochę później...

Aleksander Gudzowaty politechniki też nie znosił; zamiast całek i metod wytopu żelaza wolał poezję. Czytał dużo, ale nie strofy o szlifierzach, traktorzystkach i budowniczych Nowej Huty.

- W Teatrze Nowym w Łodzi wystawiano obowiązkową wręcz dla uczniów i studentów sztukę Brygada szlifierza Karhana. Wyreżyserował ją Kazimierz Dejmek. Szlifierze i tokarze siedzieli za stołem i rozpaczali, że nie wykonali planu. A myśmy musieli to oglądać. To było ogłupiające - wspomina po latach.

Ale wtedy u niektórych hartowała się stal, a u innych - przyzwoitość. Były, co stale przypomina, trzy języki: oficjalny, obiegowy i rodzinny. Gdyby nie ojciec i jego język rodzinny, przedwojenny, na pewno zostałby wielkopiecowym inżynierem, posługującym się językiem oficjalnym, potem trochę skorygowanym i dostosowanym do innych czasów. I nie byłoby dzisiejszego Aleksandra Gudzowatego - miliardera, patrioty (jak zawsze o sobie mówi) i ekscentryka...

Podczas studiów na politechnice skierowano go na pierwszą praktykę produkcyjną do fabryki kotłów w Łodzi.

- Twarz robiła się ogorzała od wielkiego żaru. Całe ciało pokrywał pot. Jakoś to wszystko przestawało mi się podobać - mówi teraz.

Trochę nauczył się mechaniki, wytrzymałości materiałów, metaloznawstwa. Ale więcej - gry w brydża. Bliżej mu było, jeśli chodzi o grono znajomych, nie do kolegów z politechniki, lecz z akademii medycznej czy szkoły filmowej. W połowie lat 50. nastała polityczna odwilż. Gudzowaty założył kabaret Agawa. Wtedy znalazł się jeszcze dalej od politechniki.

Koniec lat 50. Znów kamienica przy ulicy Strzelczyka. Mama Gudzowatego, Aleksandra, słyszy pukanie do drzwi. Ojciec wrócił już z pracy. Odkłada książkę, idzie za matką do drzwi. Z drugiego pokoju wychyla głowę zaciekawiony Alik. Kompletne zaskoczenie. Przyszedł dziekan wydziału!

- Czy państwo wiedzą, że syn oddał indeks w dziekanacie i porzuca studia?

Rodzice nie wiedzieli.

- Czyś ty zwariował? - zwraca się dziekan do Aleksandra.

- Nie zwariowałem. Nie chcę być metalurgiem, nie chcę już studiować.

Wtedy wszystkie przedmioty miał zaliczone. Wszystkie wpisy znajdowały się w indeksie. Rodzicom już się nawet wydawało, że Alik zmienił się i że przestał być uczelnianym abnegatem. Nawet ze względu na dobre wyniki w nauce wybrano go starostą roku.

- Niech pani go przekona, żeby zmienił decyzję. Jest bardzo zdolny - zwraca się dziekan do mamy Alika.

Mama patrzy na niego błagalnie załzawionymi oczami. Ojciec milczy. A on swoje:

- Rzucam studia. Nie będę obsługiwać pieców ani kontrolować cięcia i zginania metali.

- Kim ty chcesz być? - pytają rodzice.

- Chcę zarabiać pieniądze - odpowiada. - Większe niż w fabryce kotłów, większe niż w Nowej Hucie.

- Dziekan, mądry człowiek, nie był w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Mama również nie zrozumiała. Ojciec chyba też nie.

Po dwóch latach znów jednak zaczął studiować. Zaocznie handel zagraniczny na Uniwersytecie Łódzkim. Nie był przekonany, czy mu się to do czegoś przyda. Ale chciał zrobić przyjemność rodzicom i pewnej kobiecie.

- Zamknęła mnie na miesiąc w swoim domu, przynosiła książki i kazała się uczyć. I ja, permanentny nieuk, tak byłem w niej zakochany, że postanowiłem dostać się na te studia. A handel zagraniczny w latach 60. XX wieku to było naprawdę coś. To była droga za granicę, do Bułgarii, Rumunii, a nawet do Związku Radzieckiego - wspomina Aleksander Gudzowaty.

Na egzaminie wstępnym z matematyki nie miał kłopotów, studiował przecież na politechnice. Ale geografia była nudna, a ponadto wcześniej nigdy się jej nie uczył.

- Stoję przed komisją egzaminacyjną. Pada pierwsze pytanie o bogactwa naturalne Świdnicy. Świdnica, gdzie to w ogóle jest, co oni tam mają pod ziemią? Całkowita pustka w głowie. Ale jak paść, to z fasonem - myśli. I decyduje się odburknąć:

- Wojska radzieckie.

Zrywa się jakiś człowiek. Przerywa egzamin, wpisuje mu piątkę. Ściska rękę, odprowadza do drzwi i mówi:

- Brawo, młody człowieku!

- Do dziś nie wiem, czy był komunistycznym baranem, czy też docenił mój żart. Raczej był jednak swoistym patriotą w komunistycznej tonacji - kończy opowieść Gudzowaty.

Tym sposobem znów stał się studentem. Przyszłym, jak się wtedy mówiło, działaczem gospodarczym.

Manfred Kets de Vries, jeden z najbardziej liczących się dziś teoretyków zarządzania, profesor wielu renomowanych uczelni ekonomicznych, nieco przewrotnie, ale nie bez przyczyny, przytacza w swojej książce Mistyka przywództwa [Studio Emka, Warszawa 2008] słowa Marka Twaina: "Nigdy nie pozwoliłem, aby szkolna edukacja wpłynęła na moje wykształcenie".

- Szkoły wpłynęły na moją życiową i biznesową edukację w niewielkim stopniu; to jeden z moich sukcesów - wydaje się, że na serio powtarza Aleksander Gudzowaty.

W przerwie między studiami, a także w ich trakcie, pracował w spółdzielni studenckiej Puchatek. W Puchatku zarabiał duże jak na owe czasy pieniądze, większe niż ojciec z matką razem i większe, niżby po skończeniu studiów dostał w fabryce kotłów. Też się tam jednak uczył.

- Prawdziwszego biznesu - jak powie po latach.

Uniwersytet ukończył z przekonaniem, że nie nauczył go on czegokolwiek pożytecznego.

- Bez glejtu z uniwersytetu trudniej byłoby jednak o posadę w centrali handlu zagranicznego. Tylko w tym celu zrobiłem dyplom - przyznaje.

I taki był koniec jego formalnej edukacji biznesowej.

Przebiegnijmy w tym miejscu myślami kilkadziesiąt lat do przodu. W marcu 1997 roku rozpoczęła działalność założona przez Aleksandra Gudzowatego, "szkolnego nieuka", fundacja Crescendum Est Polonia - dla najzdolniejszych polskich studentów i uczniów. Zasilił ją kwotą miliona dolarów.

- Bo Polsce potrzebne są wykształcone elity - mówi.

Ot, cały Aleksander Gudzowaty. Jego pierworodny syn Tomasz skończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Drugi syn Michał chodzi do elitarnej szkoły podstawowej, następnie pójdzie do elitarnego gimnazjum, potem do elitarnego liceum, wreszcie na elitarne studia.

- Ale nie pozwolę, żeby jakakolwiek szkoła go ogłupiła, tak jak nie ogłupiła mnie - mówi z głębokim przekonaniem.

Inny czynnik, czyli góra złota

Krzysztof Pawłowski, założyciel Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu:

Wiele razy pytano mnie, co jest najważniejszym czynnikiem sukcesu w biznesie. Staranne wykształcenie, talent, szczęście, korzystne układy personalne czy też jeszcze coś innego? Jako założyciel szkoły biznesu powinienem odpowiadać - nauka, nauka, staranne wykształcenie. Jednak wiele przypadków osób z całego świata, które nie osiągały, tak jak Aleksander Gudzowaty, sukcesów w szkołach, często wręcz nie kończyły żadnych szkół, a uzyskały nadzwyczajny sukces w biznesie, nie daje podstaw do kategorycznych stwierdzeń, że najważniejsze jest właściwe wykształcenie.

Aleksander Gudzowaty jest dobrym przykładem, że właśnie te "inne czynniki" mogą mieć w biznesie wręcz zasadnicze znaczenie. Bardzo często osoba, która tworzy nową firmę, ma tylko genialny pomysł - i niewiele więcej. Jedną z cech prawdziwego przedsiębiorcy - kreatora firmy jest absolutna niewiedza, że to, co zamierza zrobić, z teoretycznego punktu widzenia jest niemożliwe do zrobienia. A ponieważ nie wie, że to, co chce zrobić, jest nierealne, to łatwiej mu przejść przez pierwszy okres budowy firmy.

U podstaw wielkiego sukcesu leży zwykle świetny pomysł na biznes. I to pomysł powstały w odpowiednim czasie, wsparty szczęściem i właściwymi znajomościami. To jest właśnie przypadek Gudzowatego.

I jeszcze jedno - spoglądając na ludzi biznesowego sukcesu, widzi się głównie wielką górę pieniędzy, a nie dostrzega, że wokół tych osób stopniowo rozszerza się najpierw małe, a później coraz większe "rozlewisko" zamożności, że coraz większa grupa współpracowników przedsiębiorcy się bogaci, że korzysta na tym budżet państwa (choćby poprzez podatek od wynagrodzeń). Dlatego należy cenić każdego, kto potrafi "robić" pieniądze. W żaden sposób nie wolno mu szkodzić... W Polsce nadal zbyt często o tym się zapomina.

Warto życzyć wszystkiego najlepszego tym nielicznym, którzy we właściwym momencie dostrzegli to, czego nie zdołali dostrzec inni. I potrafią to coś zamienić w góry złota...

Sekret drugi

Moja etyka, czyli geny przedwojenne

Aleksander Gudzowaty długo nie chciał mnie wypuścić z wojennej i powojennej Łodzi. Mieszkanie w kamienicy przy Senatorskiej (Strzelczyka), Piotrkowska, mama, ojciec, nauczyciele... Stale powtarzał, że wydarzenia z tego okresu są bardzo ważne dla zrozumienia wyboru jego drogi życiowej oraz motywów jego działania w biznesie. Właśnie w starej Łodzi ukształtowały się jego etyka i moralność. W rozmowach o etyce nadawał specjalne znaczenie swoim przedwojennym genom, których nie zmieniła powojenna rzeczywistość - ani socjalistyczna, ani kapitalistyczna.

"Moralność musi być ta sama w stosunku do wszystkich, w przeciwnym razie staje się niesprawiedliwa, a więc niemoralna". Tymi słowami Witolda Gombrowicza Aleksander Gudzowaty polecił otworzyć Kodeks etyki i zasad postępowania grupy Bartimpex. Powstał on w 2003 roku.

Kodeks to licząca dwadzieścia stron książeczka w fioletowej okładce. "Członkowie grupy Bartimpex stwierdzają, że fundamentalną zasadą ich działania jest etyka biznesu" - to pierwsze zdanie. Potem dziesiątki podobnych słów: uczciwość, etyczne postępowanie, etos biznesowy, spokój społeczny, atmosfera dobrej woli, wszechstronna służba społeczeństwu...

- W rozwiniętych, kapitalistycznych korporacjach, w których w końcu najbardziej liczy się ostateczny wynik finansowy, taki kodeks to standard - zauważa założyciel Bartimpeksu.

- W Polsce razi - mówi mój znajomy, właściciel większej niż Bartimpex korporacji. Korporacji, tak się przynajmniej wydaje, nie mniej etycznej od Bartimpeksu.

- Pracownicy śmialiby się ze mnie, gdybym co roku wręczał im taką książeczkę i kazał wypełniać ankietę dotyczącą moralności - mówi. Nie zgadza się na podanie swojego nazwiska.

Aleksander Gudzowaty nie ma takich dylematów.

- Kodeks to mój pomysł - podkreśla.

"Pytaj o system wartości. Nie angażuj nikogo, kto jest przywiązany do systemu wartości odmiennego niż panujący w twojej firmie. Osoba utalentowana, ale wyznająca inne wartości, może się nie dostosować i nie będzie realizować waszych wspólnych celów" - to słowa Colina Powella, czterogwiazdkowego generała amerykańskiego, dowodzącego operacją "Pustynna burza", uznawanego za jednego z najbardziej skutecznych w świecie przywódców [Oren Harari, Ten charyzmatyczny Colin Powell. 24 lekcje przywództwa legendarnego generała, Studio Emka, Warszawa 2005].

Gudzowaty podziwia Powella.

- Rozumie pan, dlaczego tyle mówię o etyce? Po co mi w ogóle ten kodeks? - pyta.

- Tu nie chodzi tylko o wielkie słowa, ale o skuteczność w biznesie. Bez etyki nie będzie skutecznego biznesu, nawet prowadzonego w Rosji - mówi.

To prawda - nawet w Rosji trzeba przestrzegać pewnych zasad biznesowych.

- Polscy przedsiębiorcy zbyt często o tym zapominali - dodaje.

Cóż to jest ta etyka w biznesie? Gudzowatemu podoba się to, co o niej mówina przykład Jack Welch. Welch niemal całe dorosłe życie przepracował w General Electric, głównie na najwyższych stanowiskach. Uczynił GE jedną z największych korporacji na świecie. Miał znakomite pomysły biznesowe, a jednocześnie wręcz zanudzał swoich pracowników propagowanymi przez siebie zasadami moralnymi.

"Propaguj wartości. Wierz mi, że w ten sposób łatwiej się zwycięża" - powtarzał komu mógł. Przekonywał przez czterdzieści lat swojej pracy w GE do walki z biurokracją, marnotrawstwem, zachęcał do mądrego oszczędzania, szanowania klientów... "Proponuj klientom dobrą, uczciwą transakcję. Doskonałe relacje z klientem wymagają czasu. Nie przedkładaj jednorazowego zysku nad budowanie trwałych relacji" [Winning znaczy zwyciężać, Studio Emka, Warszawa 2005].

Gudzowaty w swoim wykładzie o etyce wygłoszonym dla studentów w Krakowie powiedział między innymi: "Pora zdefiniować poprawnie w naszym społeczeństwie wszystkie normy etyczne i moralne oraz wzorce zachowań oparte na stosunku do siebie. Co powinno być wzorcem tych zachowań? Oczywiście Kościół, szkoła, dom, przywrócony ład medialny. Musi przy tym istnieć potrzeba zachowania etycznego - musimy chcieć być etyczni, musi nam to sprawiać przyjemność, bo inaczej staniemy się śmieszni".

Proste? Byłoby proste, gdyby nie to, że w przeszłości Gudzowatego jest wiele zachowań i działań dziś uznawanych za nieetyczne. Przypomnijmy na przykład członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, dyrektorską karierę w Polsce Ludowej ("ale byłem nie z nomenklatury, lecz z woli dyrektorów fabryk" - tłumaczy), słowa "towarzysz" i "towariszcz" obowiązujące w codziennych kontaktach w minionej epoce, obowiązek wykonywania dyrektyw partyjnych, konsultowania kontraktów z komitetami partyjnymi, a także z... konkurencyjnymi firmami z byłego Związku Radzieckiego, w co dziś trudno uwierzyć.

- Ja mam jednak przedwojenne geny, które nigdy nie pozwalały mi zapomnieć o etyce - ucina Gudzowaty.

I opowiada o tym, jak kształtowały się jego zasady.

Urodził się 22 września 1938 roku w Łodzi.

- Wszystkie moje geny są więc przedwojenne - przypomina kolejny raz niby żartem, a jednak serio, Aleksander Gudzowaty.

Ulica Senatorska (po wojnie, przypomnijmy, przemianowano ją na Strzelczyka, potem w III Rzeczypospolitej znów stała się Senatorską) 32, mieszkania 6. Tuż przy Piotrkowskiej. Czynszowa kamienica, dwa pokoje na pierwszym piętrze, żadnych wygód, wanna w kuchni. Z czasów wojny prawie nic nie pamięta, tylko pojawiające się i znikające obrazy. Rozświetlające nocne niebo race, gdy ogłaszano naloty. I jeszcze pomruk przelatujących samolotów, może alianckich, może radzieckich... Pamięta zabitego żołnierza niemieckiego; leżał na placu przy katedrze. Pamięta pędzonych przez Niemców jeńców włoskich, którym dzieciaki rzucały chleb.

- Ojciec Eliasz pochodził spod Lwowa - opowiada.

Po wybuchu rewolucji bolszewicy w pół godziny zabili mu siedemnaścioro członków rodziny. Ojciec uciekł do Berlina, potem tułał się po świecie, studiował we Włoszech...

- To on od dziecka uczył mnie etyki, wpajał mi określone wartości, choć długo tego nie dostrzegałem. Nienawidził komunizmu. Ale głośno tego nie mówił. Milczał. Oddawanie milczeniem szacunku zabitym i wyrażanie nienawiści oprawcom też milczeniem jest wielką sztuką. On to potrafił. I ja czułem, co myśli - wspomina Gudzowaty.

Po zakończeniu wojny ojciec miał konflikty z władzą. Nie lubił jej; ona zresztą jego też nie lubiła. Wtedy nikomu w Łodzi nie była potrzebna do szczęścia jego uniwersytecka filozofia. Wyrzucili go ze szkoły, w której uczył języka włoskiego.

- Zszedł w cień, zajmował się tylko sobą, a jeszcze bardziej mną i mamą. Niezwykle ciepły człowiek. Nigdy potem nie spotkałem takiej czułości, jaka była w mojej rodzinie. Gdy zjadł obiad, podchodził do matki, całował ją w rękę i mówił: dziękuję. To były moje pierwsze lekcje wartości etycznych - mówi Aleksander Gudzowaty.

Mama Aleksandra była czternaście lat młodsza od ojca. Laborantka - badała w Sanepidzie zarazki tyfusu w laboratorium przy ulicy Piotrkowskiej.

- Klepaliśmy biedę, jak niemal wszyscy wtedy w Polsce. Mama często popłakiwała, gdy widziała, że choć ojciec pracuje w magazynach Wifamy uczciwie, a ona godzinami dorabia po pracy, to prawie na nic nie wystarcza nam pieniędzy. Stale dorabiała, tak że głodni nie byliśmy. Nawet starczało pieniędzy na skromne wyjazdy nad morze albo do Zakopanego. Ale pamiętam, że suszyła skórki z jabłek. I z nich mieliśmy potem namiastkę herbaty. A na tych naszych wczasach pieniędzy na trochę lepsze jedzenie starczało tylko dla mnie - opowiada Gudzowaty.

W domu mieli dwa kaflowe piece. Zimą węgla starczało na jeden. Więc ojciec przenosił wieczorem szuflą żar z jednego pieca do drugiego, do pokoju, w którym spał Alik. Aleksander Gudzowaty do dziś pamięta hałas powodowany przenoszeniem żaru i jego specyficzny zapach. I pamięta, że bieda to okropne doświadczenie.

Gdzie w tym biednym powojennym życiu w czynszowej kamienicy jest miejsce na kształtowanie etycznych postaw? Gudzowaty twierdzi, że znoszona z godnością bieda to grunt dla etyki. Później bieda znika, a zasady pozostają. W normalnym człowieku nic ich potem nie zniszczy.

Opowiada o swoim ówczesnym psie, sznaucerze olbrzymie Mijusie. W domu przemiły, poza domem dla niektórych złośliwiec. W czasie okupacji przyniósł tak zwanego kogutka - czapkę niemieckiego policjanta. Skoczył na niego z tyłu, zerwał mu z głowy kogutka i uciekł do domu. Za nim popędził wściekły policjant. Matka oddała mu czapkę, uspokoiła go - z Niemcami dawała sobie radę. Aż pewnego dnia, gdy już z Łodzi wygnano Niemców, na pierwsze piętro kamienicy przy Senatorskiej weszło dwóch czerwonoarmistów - wyzwolicieli. Szukali cukru na bimber. Mijus zaszczekał. Jeden z nich wyjął pistolet i zastrzelił psa.

- Do dziś widzę na podłodze kałużę krwi. I pamiętam cichy szloch mamy, bo się bała głośno płakać. Ja płakałem.

- Bez Boga, czy raczej Stwórcy, nie ma etyki. Komunizm, a właściwie realny socjalizm, obywał się bez Boga, czyli bez etyki. Oprócz ojca zasady etycznego postępowania wpajali mi niektórzy przedwojenni nauczyciele, ale jakby mimochodem, konspiracyjnie - opowiada.

Gudzowaty akceptuje myśli zachodnich teoretyków wartości w biznesie. Choćby taką: "Twoje zdrowie psychiczne zależy od twojej zdolności przebaczania i zapominania urazów" [Brian Tracy, Maksimum osiągnięć, Muza, Warszawa 1998]. Mówi, że sam przebaczał i zapominał o urazach.

Chwila refleksji. Bolszewicy wybili rodzinę ojca, żołnierze Armii Czerwonej zastrzelili na oczach małego Alika jego ulubione zwierzę. A dorosły Aleksander robił z Rosjanami interesy, które uczyniły go jednym z najbogatszych Polaków...

To wszystko, twierdzi, pamiętał. Wtedy, gdy pracował jako handlowiec państwowej firmy w Moskwie, gdy biesiadował z Rosjanami, gdy pił z nimi wódkę w saunie, gdy ich gościł w Polsce i w swojej rezydencji we Francji, także wtedy, gdy wysyłał im wagony paczek z żywnością, jak wpadli na początku lat 90. w biedę.

Teraz też o tym pamięta. Ale jego zdaniem nie ma to większego znaczenia w biznesie. Liczy się teraźniejszość. To jest element jego wartości. Nie bądź małostkowy, pamiętliwy, wybaczaj. W jego domu zawsze szanowało się sekrety, nie wykorzystywało się ich w sprawach pozadomowych. O tej lwowskiej masakrze rodziny czy o zabitym Mijusie nie wiedzieli zatem ani Rem Wiachiriew (wieloletni szef Gazpromu), ani żaden z radzieckich i potem rosyjskich ministrów, z którymi się przyjaźnił, ani mer Moskwy Jurij Łużkow, ani żaden ze zwykłych Rosjan uczestniczących w jego licznych interesach. Ojciec nauczył go tego, czego teraz uczy Tracy: etyka to także sztuka wybaczania.

Czy tak pojmowana etyka to nie jest wyrachowanie? Czy to jest element wartości?

- To nie tak - ożywia się Gudzowaty.

- Ojciec zawsze nienawidził "czerwonych" za to, że wymordowali mu rodzinę. Zawsze o tym pamiętał i chciał, żebym i ja o tym pamiętał. Ale nie żądał ode mnie zemsty. Więc pamiętałem, ale na własny użytek - dodaje po chwili.

- Niccolo Machiavelli, Książę, cel uświęca środki? - pytam.

- A niech pan sobie myśli, że Machiavelli. Ale ja naprawdę przestałem nienawidzić. Nie z wyrachowania. Dlatego, że czasy się zmieniły. Nie można kipieć, jak wielu współczesnych polityków, nienawiścią.

A członkostwo w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej od czasów studenckich aż do wyprowadzenia sztandaru? Bagatelizuje ten długi epizod swojego życia. Tłumaczy, że zapisał się do partii już w 1962 roku w Puchatku. Jego kolega z tej spółdzielni studenckiej chciał robić karierę i musiał założyć podstawową komórkę partyjną. Ale znalazł tylko jednego chętnego; tymczasem musiało być ich co najmniej trzech. Więc poprosił o zapisanie się Gudzowatego.

- Płaciłem tylko składki, nie brałem udziału w żadnych zebraniach, miałem złą opinię partyjną. Ale ojciec przez wiele miesięcy się do mnie nie odzywał. Nie wypieram się tego, dałem się zapisać do partii. Niewiele z tego miałem korzyści. A na początku lat 90. wyłącznie same kłopoty.

Usłużność wobec "radzieckich"? Denerwuje się, twierdzi, że nic nie wiem i nic nie rozumiem. Opowiada:

- Wtedy, w państwowych centralach handlowych, mieliśmy poczucie wielkiej niesprawiedliwości. Polska i inne "bratnie kraje" były wyzyskiwane przez "wielkiego brata". W ludziach, którzy to widzieli, kształtowała się jednak duma narodowa. Nie wszyscy dziś w to uwierzą? Ich sprawa, ale tak było. Formalnie w rozmowach handlowych w ramach ówczesnej Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej nie było możliwości wygrania z "radzieckimi". Miało być tak, jak oni chcą. Ale często było inaczej. Handel to był swoisty teatr z wcześniej rozpisanymi rolami i dialogami. Było jednak i miejsce na subtelną improwizację. To była prawdziwa sztuka - zrobić coś poza scenariuszem. Zagrać "radzieckim" na nosie.

Przykład? Jeszcze przed przemianami ustrojowymi Kolmex miał do przeprowadzenia wielki kontrakt z Chinami. Polska chciała tam sprzedać około 1500 wagonów.

- Wiedziałem, że podobny kontrakt przygotowywali "radzieccy". Nawet nie zdziwiłem się, że na lotnisku w Pekinie przywitała mnie delegacja biura handlowego ambasady Związku Radzieckiego.

- To powitanie tak z przyjaźni do mnie? - pytam. Patrzą na mnie podejrzliwie, jakbym czegoś nie rozumiał. Podpytują o szczegóły naszego kontraktu, o terminy, o ceny... Odpowiadam żartami. Podpisałem potem ten bardzo dla nas korzystny kontrakt z Chińczykami. "Radzieccy" przychodzą do mnie do hotelu, wódka, znów podpytują o kontrakt. Odpowiadam coś wymijająco. Oni znów się dziwią... O szczegółach kontraktu nadal nic im nie mówię. Tymczasem telefonuje do mnie radca handlowy z polskiej ambasady. Straszy mnie, że powiadomi kraj o tym, że nie chcę przedstawić szczegółów kontraktu przyjaciołom ze Związku Radzieckiego. Zrugał mnie, że jestem nastawiony anty-, że nie rozumiem sytuacji... że jest taki zwyczaj, że przyjaciele wymieniają się informacjami o warunkach kontraktów. Pokazałem im więc nie wynegocjowany kontrakt, lecz jego projekt przygotowany w Warszawie. Ten ostatecznie podpisany przez Chińczyków miałem w teczce. Oni, zadowoleni, mówią, że do polskiej ambasady dostarczą w zamian swój kontrakt. Łaskawcy...

W samolocie koledzy z delegacji patrzą na mnie krzywo i wypominają: pokazałeś im jednak nasz kontrakt. Nic jeszcze nie mówię. Lądujemy w Moskwie; oczekując na przesiadkę mamy trochę czasu, więc dzwonimy do Pekinu do polskiej ambasady i pytamy, czy Rosjanie przesłali swój kontrakt.

- Nie - pada odpowiedź.

W samolocie do Warszawy przyznaję się moim współpracownikom, że naprawdę ujawniłem Rosjanom niewiele warty świstek papieru. Wszyscy w śmiech, że wyprowadziłem w pole "radzieckich".

A komunistyczna obłuda, udział w komunistycznych rytuałach, ci wszyscy towarzysze i towariszczi? Aleksander Gudzowaty ma na wszystko gotowe wytłumaczenie. Brian Tracy wyjaśnia: "Nie mów nic, co umniejsza twoje wartości. Nie pozwól nikomu manipulować tobą za pomocą poczucia winy" [ibidem].

Gudzowaty mówi, że ma w nosie książkowe mądrości i nie retuszuje pod nie swojej przeszłości:

- Mogę opowiedzieć o wszystkim, co wydarzyło się w moim życiu. Nie ma tam niczego, co umniejszyłoby moją wartość - koryguje myśl Tracy'ego, który napisał ponad 40 książek o zarządzaniu i osiąganiu sukcesów i któremu wierzy prawie cały świat. Gudzowaty opowiada także różne historie, dziś nie dla wszystkich zrozumiałe. Wtedy podobno dużo mówiące. Na przykład taką:

- Moskwa. Byłem tam z pierwszą żoną, kilkuletnim Tomkiem i jego babcią, czyli moją mamą. Któregoś dnia Tomek wraca z radzieckiego przedszkola dla moskiewskich VIP-ów i zwraca się do babci: "Słowo Lenina, że nie kłamię". Babcia dostaje spazmów. Co oni sobie myślą, krzyczy, co wyprawiają z moim wnukiem? Mnie też szlag trafia. W moim domu nigdy nie było odwoływania się do Lenina ani innych podobnych dyrdymałów. Poszedłem do przedszkola i mówię wychowawczyni:

- Nie rób tego więcej.

Pogadaliśmy. Nikomu nie doniosła, a Tomek już nigdy więcej nie zaklinał się na wodza rewolucji.

- Ciągle pyta pan o te wartości... W kapitalizmie etyka ma wyjątkowe znaczenie. To nie truizm. Ważne są wszystkie obszary etyki. Na przykład w biznesie trzeba, tak jak o sobie, pamiętać o innych. Gdy podpisywałem kontrakty na setki milionów złotych, zawsze cieszyłem się, że zdobędę pieniądze nie tylko na finansowanie moich rezydencji we Francji i w Mariewie oraz na inne moje ekstrawagancje, ale też z tego, że inni również coś zyskali. Niech pan sobie myśli o tym, co chce, ale to szczera prawda. Proszę zatem dokładnie zapisać kolejną moją zasadę etyczną. Pracuj dla siebie, ale nigdy nie zapominaj o innych. Wszyscy chcą godnie żyć. Gdy zauważą to, będą lepiej dla ciebie pracować. Wtedy zarobisz jeszcze więcej - i inni też.

- Etyki i innych wartości nie można po prostu się nauczyć. W najlepszych szkołach MBA tylko przekazują dziesiątki definicji i formuł. Zasady albo się ma, albo nie ma. To taka cecha genetyczna. Ją się nabywa, jeśli nie w łonie matki, to na pewno w pierwszych kilku, może kilkunastu latach życia- twierdzi Aleksander Gudzowaty.

Z fioletowej książeczki Bartimpeksu:

"Żaden pracownik nie powinien angażować się w żadne transakcje, które mają na celu wprowadzenie w błąd klienta lub sprzedającego. Powinien oferować i sprzedawać produkty i usługi, opierając się na ich istocie, a nie poprzez umniejszanie jakości produktów i usług konkurencji. (...) Uczciwość jest niezbędna dla sukcesu i stabilności grupy Bartimpex. Przedsiębiorstwa wchodzące w skład grupy będą dostarczać produkty i usługi pełnowartościowe, dobrej jakości, bezpieczne dla zdrowia i środowiska. Pracownicy grupy nie będą podawać niepełnych informacji oraz wprowadzających w błąd opisów dotyczących oferowanych usług i działania produktów. W przedsięwzięciach reklamowych i innych formach przekazu grupa będzie wystrzegać się podawania niepełnych, nieprawdziwych, ukrytych lub przesadzonych informacji. Grupa nie będzie szkodzić reputacji konkurencji ani bezpośrednio, ani poprzez insynuacje czy też używanie instrumentów tak zwanego negatywnego PR".

W Bartimpeksie funkcjonuje dwunastopunktowa ankieta. Trzeba się w niej szczegółowo odnieść do pytań na temat zachowań biznesowych własnych i współpracowników. Na przykład poinformować o przyjmowaniu prezentów przez któregokolwiek pracownika firmy, mogących wpłynąć na decyzje biznesowe. O jakichkolwiek kwotach pieniędzy, usługach, gratyfikacjach, przysługach, łapówkach lub upominkach otrzymanych w związku z prowadzeniem transakcji. O sytuacjach, w których pieniądze, własność lub usługi firmy służyły do wsparcia lub w inny sposób zostały udostępnione partiom politycznym lub jej kandydatom, albo zostały użyte do zasilenia osób prywatnych w celu uzyskania takiego wsparcia.

- Co roku tę ankietę musi wypełnić i podpisać każdy pracownik Bartimpeksu. Kto złamie choć jeden z punktów kodeksu i nie potrafi tego wytłumaczyć, traci pracę - deklaruje Gudzowaty.

Na ile skuteczny jest firmowy kodeks etyki?

- Jest skuteczny - twierdzi Gudzowaty. - Jak bardzo? W firmie już nie ma większości zatrudnionych polityków, którzy nie sprostali nie tylko regułom biznesu, ale i etyki.

- Nie ma też na przykład pana S., który "na boku" robił interesy z inną firmą dotyczące sprzedaży naszego sektora biopaliwowego. Nie ma Marcina Kosska, szefa ochrony, który wbrew mojej woli i wiedzy doprowadził do wycieku taśm z zapisem rozmowy z Józefem Oleksym i do innych draństw.

- Ale czy etyczne było skryte nagrywanie prywatnych rozmów? - pytam.

- Ono służyło mojej samoobronie - mówi Gudzowaty.

Michael A. Ledeen, miłośnik Machiavellego (i etyki w biznesie), napisał: "Jeśli nie walczysz, zostaniesz zdominowany przez przeciwnika. Lepiej samemu być zwycięzcą" [Machiavelli. Nowoczesne przywództwo, Helion, Gliwice 2009]. Gudzowaty uważa, że zwyciężył, także moralnie.

Nie byłem do końca przekonany, czy powinienem w książce o biznesie umieścić rozdział o etyce, tak jak chciał mój wydawca. Zdecydowałem się ulec. Jednakże granica między banałem a wielkim słowem bywa bardzo cienka. Rozdział o etyce jest więc krótki, jeden z najkrótszych w książce, aby nie otrzeć się o banał.