Człowiek z aspiracjami - Hans Fallada

Kup ebooka

37.00 zł
29.60 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERWSZARika Busch

4. Podróż kolejką

Machająca Minna zniknęła już z oczu, więc Karol Siebrecht mógł usiąść w kącie przestronnego wagonu i osuszyć łzy. Tak, jednak płakał przy pożegnaniu, podobnie jak stara Minna. Rozstanie z małym miasteczkiem wcale nie było takie łatwe, jak mu się wydawało.

Wyprostował się i wyjrzał przez okno. Lecz widok mieściny ze strzelistą czerwoną wieżą kościoła zasłonił już las, a on naprawdę jechał w świat, zostawiwszy za sobą wszystko, co do tej pory stanowiło jego życie. Znów musiał poszukać chusteczki, nie znalazł jej jednak od razu, tylko natrafił na paczuszkę, którą Minna dała mu w ostatniej chwili w pociągu. Rozwiązał czerwoną wstążeczkę i odkrył w pudełeczku gruby srebrny zegarek ojca, a pod nim, pod warstewką waty, dziesięć złotych monet!

Dwieście marek! Wpatrywał się w nie z niedowierzaniem, ale były tam, na dnie pudełeczka, i to właściwie pasowało do Minny, że ta wręczyła mu swoje oszczędności w taki sposób, że ani nie mógł odmówić ich przyjęcia, ani nie był w stanie podziękować! Ile lat staruszka musiała oszczędzać, żeby zgromadzić te dwieście marek? Przecież zarabiała tak niewiele, a przez ostatnie lata ojciec na pewno nie płacił jej regularnie. "Jak tylko dotrę do Berlina, odeślę jej te pieniądze z powrotem" - pomyślał. Ale od razu sobie uświadomił, że tylko by ją w ten sposób uraził. "Poślę jej pieniądze, gdy tylko znajdę stałą pracę i cokolwiek oszczędzę, wtedy bardziej się ucieszy!" Ostrożnie zamknął monety w pudełku. Bądź co bądź posiadał teraz dwieście marek. Przybędzie do Berlina jako bogaty człowiek! Zegarek ojca ostrożnie umieścił w kieszonce kamizelki, ustawi go od razu na najbliższej stacji. Po raz pierwszy w życiu miał zegarek!

Pociąg zaczął mocno kołysać, więc Karol pośpiesznie wyciągnął z kieszonki zegarek. Przejeżdżali teraz przez skrzyżowanie tuż przed miejscowością Priestitz, wkrótce się tam zatrzymają, a on będzie mógł ustawić godzinę. Był tym tak zajęty, że dopiero czyjeś głośne besztanie przypomniało mu o innym obowiązku.

- No, drągalu! - zabrzmiał donośny głos spod przypominającego kaptur czepka. - Nie widzisz, co przez tyn kosz nabawie sie przepukliny? Nie gap mi sie tutej, tylko chytaj!

Karol natychmiast się zerwał i wciągnął ciężki kosz do wagonu.

- Przepraszam bardzo - powiedział pośpiesznie. - Myślałem...

- Od myślenia tylko łeb boli. Chyć no sie jeszcze raz, popchnij dalij. Widzisz, tośmy już... No, to tera podnieś Tilde! - A do drącego się dziecka: - Nie rycz, Tilda! Ten pan nic ci nie zrobi, to zresztą żaden pan, a taki jest nierozgarnięty, bo pierwszy raz w życiu wyjechał ze swojej zabitej dechami dziury. No, to teraz podej mi rączkie, kawalierze! Posuń sie! Co za przeklnięte łachy!

Gdy Karol Siebrecht wciągnął energiczną damę do środka wagonu - a zadarła przy tym spódnicę nieprzyzwoicie wysoko, wciskając ją sobie między kolana - po raz pierwszy spojrzał jej w twarz. Sądząc po głosie, musiała być młoda, nawet bardzo młoda. A teraz ze zdumieniem stwierdził, że to dziecko, dziewczynka trzynasto- czy czternastoletnia, jak ocenił, w o wiele za luźnym ubraniu jakiejś starszej kobiety, za to z bezczelną i zadowoloną buzią przypominającą pyszczek myszki. Całkiem ładną, z długim, cienkim nosem, bystrymi oczami i wąskimi, ale bardzo ruchliwymi ustami.

- No, co się tak szczerzysz? - zapytała od razu. - Ach, myślałeś, że jestem jakąś babcią! Nie, nie jestem. Zakład, że nie zgadniesz, ile mam lat? No, ile mam lat? - i nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: - Czego wciąż stoim w tej dziurze?! Jak dla mnie, to możem już jechać. Gdyby nie ja i Tilda, to w ogóle nie musiałby się tu zatrzymywać. Niech coś zrobią, żeby pojechał, bo jeszcze się spóźnimy na połączenie w Prenzlau1!

- Muszą najpierw załadować bańki z mlekiem - wyjaśnił Karol. - One też jadą do Berlina.

- Ach, rozumim. A skąd wiesz? Jesteś stąd? Ale ja żem cie tu nigdy nie widziała! Jestem tu już od trzech dni, znam w tej dziurze już wszystkich.

- Nie, jestem z poprzedniej stacji. Ale orientuję się, bo mój ojciec budował ten dworzec. A u kogo tutaj pani... U kogo tutaj byłaś?

- No nie, dworzec? Coś takiego nazywacie tutaj dworcem? Toż to wygląda jak bluzka na lato, z przodu otwarte, a i z tyłu niewiele. Twój ojciec może się z tym czymś wypchać!

Karol nie potrafił się powstrzymać:

- Mój ojciec umarł w poniedziałek.

- Och nie, bardzo mi przykro! Dlatego żeś cały czarny jak gawron, a ja żem myślała, że sie uczysz na jakiego pastora. No cóż, wszyscy musimy kiedyś opuścić dom, nie ma wyjścia! U nas zmarło sie matce, od tamty pory zastępuje ją bachorowi. Tilda, jak jeszcze raz rzucisz smoczek, to ci przyłoże! Widzisz, jak słucha? Najważniejszy jest respekt, słucha mnie, jakbym nie była jej siostrą, tylko matką. A ty matkie jeszcze masz?

- Nie, moja matka nie żyje już od dawna.

- Ach, sierota jesteś? To może nie być takie złe, wiesz, my mamy jeszcze ojca, ale czasem myśle se, że bez ojca byłoby lepij. Jest murarzem, ale głównie pije. Zwykle to porządny człowiek, wszystko jak należy, łagodny, szkoda, że tak go ciągnie do wódki. No cóż, każdy ma jakiś feler...

Pociąg znów mocno zakołysał. Jechali przez pola. Młoda, energiczna osóbka usiadła na koszu podróżnym, wyjęła z kieszeni sukienki jabłko i zaczęła łapczywie jeść. Nie zapomniała przy tym o siostrze, której pozwoliła odgryźć kawałek, a jej bystre oczy zerkały to na okno, to na chłopaka. Teraz skupiła wzrok na jego bagażu. Karol Siebrecht miał wrażenie, że tej dziewczynie absolutnie nic nie umknie. Nigdy dotąd nie spotkał tak żywego i bystrego dziecka. I tak gadatliwego!

- Jabłka są dobre - zaczęła na nowo. - Chcesz jedno? Mam pół koszyka! Nie, nie chcesz? No dobrze, nie bede cie zmuszać, widocznie żeś niegłodny. Dziwi cie pewnie, co żem robiła w takiej dziurze? Chyba żeś zauważył, żem nie wsiowa? Nie, ochrzcili mnie wodą ze Szprewy, a raczej z Panke, jestem przecie z Wedding2, z okolic Pankstrasse. Wiesz, gdzie to jest?

- Tak, domyśliłem się już, że jesteś z Berlina! - roześmiał się rozbawiony Karol Siebrecht. Nie wiedział, jak to się stało, ale ta mała osóbka sprawiła, że zapomniał o wszystkich swoich troskach i tęsknocie. Stanowiła nieprawdopodobną mieszankę dziecka i dorosłej! Doświadczona życiowo, a jednak taka dziecinna!

Ona też się roześmiała.

- A, chodzi ci o to, jak mówie? No cóż, nie wszyscy śpiewają na te same nute. Byłoby nudno. A tak w ogóle to jestem Fryderyka Busch.

- Karol Siebrecht - przedstawił się młodzieniec.

- Bardzo mi miło, Karolu! - I podała mu drobną, poszarzałą i bardzo spracowaną rękę. - Mój kuzyn tyż ma na imie Karol, mieszka w tej dziurze, z której jadę, w Priestitz. Ale jest okropnie nudny, nawet słowa nie można z nim zamienić, a z tobą dobrze sie gada, Karolu!

- Z tobą również!

- No widzisz! A po co byłam w Priestitz? Tam mieszka tyż siostra mamy, ciotka Berta. Póki matka żyła i jeszcze rok po tym, jak jej się zmarło, to zawsze przesyłała nam paczkie po świniobiciu. Ale w zeszłym roku nic. No to w tym roku powiedziałam do ojca: tak nie może być, jak sie na to zgodzim, to przez całe życie bedziem się musieli obejść smakiem. Jade tam! Cóż, stary oczywista cóś tam pomamrotał, ale ja żem sie nie przejęła. Zostawiłam mu kartkie, spakowałam Tilde i jazda!

- A co na to ciotka, jak się tak nagle zjawiłaś? Bo pewnie jej nie uprzedziłaś, prawda, Fryderyko?

- Mów mi Rika, Fryderyka to tak urzędowo albo jak dostaje lanie, ale ja już batów nie zbieram, na mnie już nikt nie podniesie ręki! Jakie gały na mnie wytrzeszczyła, mówie ci. Czego tutaj chcesz? - pyta mnie. I do tego jeszcze z bachorem?! Pozwól, ciociu Berto, mówie do niej, ten bachor to twoja rodzona chrześnica i jest do ciebie podobna jak dwie krople wody. Więc chyba pozwolisz, że spytam, czy twoje świnki se były padły na krztusiec? No to roześmiała sie i już było w porządku. Wyrównała nam za poprzedni rok, nawet z nawiązką. A w następnym mam znowu przyjechać, z wysyłką ma za duży kłopot. Cóż, nie najlepiej jej idzie pisanie, rozumiesz? Trza zaadresować paczkie i tak dalij! Ta sukienka to od nij! Piękna wełna, nie zmieściła sie już do kosza, ale przecie żem nie mogła jej zostawić. No to żem ją narzuciła na swoje łachy, zauważyłeś?

Lecz Karol Siebrecht nie mógł odpowiedzieć, bo lokomotywa zaczęła dziko gwizdać, hamulce zapiszczały, mocno szarpnęło i pociąg nagle się zatrzymał. Zakołysało nimi, a Tilda spadła z ławki.

- No, tego już za wiele! - wykrzyknęła Rika Busch. - Żeby zrzucić dziecko z ławki! Normalnie bandyci!

Karol Siebrecht wyjrzał przez okno. Pociąg, choć właściwie była to tylko kolejka wąskotorowa, zatrzymał się na otwartym polu. Wzdłuż pojazdu biegł konduktor, wysoki, ciemny i bardzo w tym momencie zdenerwowany mężczyzna, który wpadał do wszystkich wagonów po kolei...

- Coś się stało - powiedział Karol Siebrecht do Riki Busch, która starała się uspokoić płaczące dziecko.

Natychmiast wylała na niego swój gniew.

- Co sie niby stało? Tutaj nigdy nic sie nie dzieje! Tutaj przecie tylko kury mówią dobranoc, i tyla! Przecie to śmieszne! Żeby mi dziecko zrzucić z ławki, co za dranie! Przecie mogło se krzywde zrobić! Słuchaj no, człowieku - zwróciła się bez ogródek do konduktora, który właśnie wpadł do ich przedziału przeznaczonego dla podróżujących z większym bagażem. - Co sie dzieje z tą waszą ciuchcią? Mało nas ten wasz maszynista nie poprzewracał! Zrzuciliście mi dziecko z ławki!

Nie zwracając uwagi na oburzoną dziewczynę, konduktor ruszył do pomalowanego na czerwono-biało hamulca awaryjnego. A potem zwrócił się do nich obojga.

- Pociągnęliście za hamulec! - wrzasnął. - Kto z was dwojga go pociągnął? Musi zapłacić karę, i to dziesięć talarów3! - Zaczął przeszukiwać podłogę. - Tu leży drut! A tu plomba! Od razu widać, że to wy go pociągnęliście! Dziesięć talarów, jeśli nie zapłacicie, traficie do więzienia!

- Przepraszam bardzo - powiedział Karol Siebrecht - ale my na pewno nie pociągnęliśmy za hamulec! Spokojnie sobie tutaj rozmawialiśmy...

Lecz jego towarzyszka nie zamierzała się grzecznie tłumaczyć.

- Pan jest komiczny! - zawołała najgłośniej jak mogła. - I to jak! Najpierw zrzucacie dziecko z ławki, a potem przychodzicie z takie gadkie?! Pan mi powie, czy pan w ogóle ma oczy? Widzi pan może, jakiego jestem wzrostu? Nie jestem takim drągalem jak niektórzy, nawet nie dostałabym do tego waszego durnego hamulca! Prosze, przyjrzyjta mi sie tymi swoimi czarnymi, kaprawymi oczkami, nie dostane tam, nawet jak stane se na koszu...

- Ale ten chłopak... - zaczął protestować konduktor.

- Ten pan, chcieliśta powiedzieć? To kształcony młody człowiek, nie jest taki jak niektórzy, co to biegają i wrzeszczą na ludzi, że wsadzi ich do ciupy. Dopiero co zmarł mu ktoś z rodziny, nie w głowie mu jakieś hamulce, a wy tu tak bezczelnie wpadacie!

- Przecież wyraźnie widać, że to on zerwał drut - zaczął znowu kolejarz.

- To niby widać? Widać tylko kawałek drutu! A widzieliśta, jak go zrywał? Przecie mógł sam se odpaść. Ja tego nie wiem, ale wy wiecie na pewno, że drut nigdy sam nie odpada, tylko zawsze któś go zrywa! No, może któś tu ma olej w głowie, ale na pewno nie wy, panie, nie wy!

Stała w tym swoim groteskowym odzieniu, z oczami skrzącymi się gniewem i jasną, nieustraszoną twarzą przed mężczyzną, który mógłby ją zmiażdżyć jednym ciosem. Ale wcale o tym nie myślał, wprawiła go w zakłopotanie. Przyjrzał się jeszcze raz drutowi i plombie, ale już bez przekonania.

- I tak zgłoszę to na dworcu w Prenzlau! - rzucił jeszcze groźnie, ale nie zabrzmiało to zbyt poważnie. - Już ja wam pokażę! Żeby tak sobie ciągnąć za hamulec!

Z tymi słowami wytoczył się z wagonu. Widzieli, jak idzie wzdłuż pociągu, wciąż trzymając w dłoni drut i plombę. Potem stanął obok lokomotywy i zaczął rozmawiać z maszynistą. Wydawało im się, że słyszą:

- Ktoś go musiał zerwać, przecież to widać!

A potem pociąg sapnął, zagwizdał i ruszył.

- Potrafisz komuś przygadać! - powiedział nie bez podziwu w głosie Karol Siebrecht do Riki Busch. - Nie bałaś się, że on po prostu cię zdzieli?

- Jużem tyle razy dostała w życiu baty, że już sie niczego nie boje! A gadki to sie człowiek uczy sam, tam gdzie mieszkam. Bo tam, jak sie nie obronisz, to cie zaraz załatwią. No, ty żeś nie musiał, o ciebie to zawsze ktoś dbał, to widać.

- Ale może teraz powinienem. Jadę do Berlina, na zawsze.

- No i co? Pewnikiem masz tam jakiego wujka albo pójdziesz do dobry szkoły?

- Nie. Nikogo tam nie mam. I sam muszę na siebie zarobić.

- Co tyż nie powiesz? Ale masz już umówioną jaką posade? Z takiem sztywnem kołnierzykiem to pewnie będziesz subiektem czy cóś?

Karol Siebrecht mimowolnie sięgnął do wysokiego, sztywnego kołnierzyka, który wbijał mu się w szyję. Minna się uparła, żeby założył to narzędzie tortur, w końcu chciał zrobić w Berlinie dobre wrażenie! Ale zanim zdołał wyjaśnić Rice Busch, że wybiera się tam zupełnie w ciemno, lokomotywa znów zaczęła natarczywie gwizdać. Znów nimi szarpnęło, ale nie było tak źle jak za pierwszym razem - Tilda pozostała na ławce - i pociąg po raz drugi stanął.

- No, i co teraz powiesz? - wykrzyknęła z oburzeniem Rika Busch. - W Berlinie takie rzeczy sie nie zdarzają! Uważaj, zaraz wpadnie tu znowu ten czarny pacan!

I rzeczywiście, drzwi otwarły się gwałtownie, do środka wpadł konduktor, rzucił się do hamulca, nie zaszczycając ich obojga nawet spojrzeniem, przyjrzał mu się, podniósł rączkę do góry... Do tej pory Rika Busch milczała, ale teraz rzuciła scenicznym szeptem:

- Całe szczęście, że tera nie ma już tam drutu! Bez drutu niczego nam nie udowodnią, Karolu! Bo najsamprzód trza go zerwać i wtedy trafilibyśmy do kicia!

Konduktor rzucił jej wściekłe spojrzenie, wyciągnął drut z kieszeni i obwiązał nim mocno hamulec bezpieczeństwa.

- No prosze! - powiedziała zadowolonym tonem Rika Busch. - Teraz jeszcze tylko plomba! Bardzo mi zależy na plombie, bo bez plomby to żadna frajda!

Konduktor zrobił krok w jej stronę, przemyślał jednak sprawę i pośpiesznie opuścił wagon.

- Widziałeś go? - roześmiała się Rika Busch. - Prawie mi przyłożył! Mało żem nie pękła ze śmiechu! Komiczni są ludzie, co sie tak od razu wściekają. Lubie ich drażnić.

- A ty nigdy się nie wściekasz?

- I to jak! Umiem sie złościć, możesz być pewien! Jak chcą mnie naciągnąć, jak mi straganiarz ciągle podtyka zgniłe warzywa albo jak brykietów węglowych wchodzi mi osiemdziesiąt w centnar4, a innym dziewięćdziesiąt cztery, albo jak ojciec znów sie upił, chociaż w domu nie ma już nic piniędzy, to wtedy sie złoszczę. Bierze mnie, jak śniedź srebrną łyżkie. Ale dać to po sobie poznać, pokazać ludziom, nigdy w życiu. Wtedy robie sie wytworna, prawie tak wytworna jak pastor na kazaniu. "Nie, moja pani! - mówię. - O, nie! To nie jest tak, jak pani sobie myśli, moja pani. Moje piniądze nie śmierdzą, tak samo jak piniądze innych, to dlaczego moja kapusta miałaby śmierdzieć?"

Tyle zdążyła Rika Busch opowiedzieć o swoim charakterze, a już lokomotywa po raz trzeci zagwizdała, pociąg po raz trzeci gwałtownie zahamował i się zatrzymał.

- To sie już robi nudne! - wykrzyknęła Rika Busch. I szybko zerknęła na hamulec bezpieczeństwa. - Widzisz, drut znowu sie urwał! Tera już na pewno nas zapuszkują!

Wychyliła się przez okno. Zawołała do zbliżającego się konduktora:

- I co pan teraz powie? Drut znowu sie oderwał!

Tym razem konduktor przyprowadził ze sobą maszynistę. Ale nawet nie spojrzał na Rikę Busch. Maszynista powiedział:

- Musimy po prostu odciąć powietrze, Franek! - I zabrali się do odczepiania rurek ze sprężonym powietrzem. Pasażerowie wagonu, podobnie jak wiele innych roześmianych, drwiących czy oburzonych twarzy, przyglądali się im z zainteresowaniem.

Gdy jednak mężczyźni ruszyli z powrotem do lokomotywy, Rika Busch zawołała:

- Hej, Franek, posłuchaj no! - Konduktor niechętnie przystanął i rzucił dziewczynie wściekłe spojrzenie. - Gdybym była na twoim miejscu - powiedziała z naciskiem - tobym przeprosiła. Co ty na to?

Po twarzy czarniawego konduktora widać było, że nie wie, czy się gniewać, czy roześmiać. W końcu rozbawienie zwyciężyło.

- Ty kanalio! - powiedział. - Ty mała berlińska kanalio ze śliczną buzią! Gdybyś była moją córką...

- A ty moim ojcem... - roześmiała się pewna siebie. - To by dopiero było!

- No, dawaj buziaka - powiedział konduktor. - W końcu dziecko z ciebie.

Bez skrępowania przesłała mu całusa przez okno przedziału.

- A teraz dodaj trochie pary, Franek - powiedziała. - Żebymy na czas dotarli do Prenzlau! A potem pomożesz mi z koszem, jasne? Jesteś mi to winien, Franek!

Pociąg już ruszył, gdy oznajmiła Karolowi:

- Wiesz, on powinien zostać moim mężem! Ale takim prawdziwym, nie jakimś pantoflarzem. Kobiety są w większości głupie. Nie tak głupie jak faceci, ale ogólnie głupie, zwłaszcza gdy chodzi o mężczyzn! A co ty będziesz robił w Berlinie, Karolu?

5. W podróży

I rzeczywiście nie zdążyli na połączenie w Prenzlau, czego nikt nie żałował bardziej niż całkiem sympatyczny, jak się okazało, konduktor Franek. Ale co można zrobić ze zwariowanym hamulcem bezpieczeństwa?

Mimo że musieli siedzieć trzy godziny na dworcu w Prenzlau i mimo że nieustanna paplanina Tildy nie ułatwiała im życia, Karolowi Siebrechtowi wcale się nie nudziło. Jeśli chodzi o Rikę Busch, to wyglądało na to, że ona nigdy nie traciła ani minuty, zawsze była niczym żywe srebro, zainteresowana wszystkim wokół. Jej jasne oczy zerkały to tu, to tam, z każdym przechodziła zaraz na ty. W swoim małym rodzinnym miasteczku Karol Siebrecht wolałby nie pokazywać się z tak groteskowo odzianą i pyskatą dziewczyną. Natomiast w takim dużym mieście jak Prenzlau siedział obok niej w poczekalni drugiej klasy, jakby byli razem, pomagał uspokajać Tildę i z niestrudzoną uwagą słuchał jej opowieści. Niemniej Rika Busch umiała nie tylko opowiadać, lecz także zadawać pytania, i trudno było nie ulec jej dociekliwości. A Karol Siebrecht wcale nie chciał się opierać, chętnie opowiadał tej, jak się właśnie dowiedział, niespełna czternastoletniej dziewczynie o swojej zamkniętej już przeszłości i o wielkich planach na przyszłość. Nikt nie wydawał mu się lepszy do udzielania rad niż to dziecko o matczynej mądrości, zaradności i trzeźwym spojrzeniu na życie. Przede wszystkim musiał się jakoś wyżywić, a Rika potrafiła to sobie zapewnić. I to nie tylko sobie i swej siostrze Tildzie, ale często również niewylewającemu za kołnierz ojcu. Widoki Karola na przyszłość były dość mgliste, natomiast ona miała bardzo konkretne plany i była w stanie je zrealizować.

- Musze tylko urosnąć - powiedziała. - Jeszcze dwajścia centymeterów i będe mogła stanąć przy balii i tarze bez podstawiania skrzynki, i wtedy zostane praczką. I zacznę porządnie zarabiać, bo teraz służe tylko pół dnia, z powodu szkoły, i na nic nie starcza! Ale prać mogie, talar dziennie i do tego kanapki, najem sie wszyscy troje. I zaczne oszczędzać! Na co? Na maszyne do szycia, wtedy przestawie sie na krawiectwo, na tym można zarobić. Praca? Pracy jest dosyć, sam sie wkrótce przekonasz, tylko nie można sie wstydzić ani grymasić. Tylko te twoje ładne rączki, cóż, sam wiesz, że długo takie nie zostaną!

- Chętnie zająłbym się automobilami - powiedział Karol Siebrecht.

- Widzisz! - odpowiedziała dziewczyna, a w jej oczach pojawiła się kpina. - Już chcesz wybierać sobie pracę! Najpierw weź, co dadzą! Nawet jakby to miał być handel dziecięcymi wózkami, to automobile przyjdą potem! A tak w ogóle to przy autach są przecież ci wszyscy mechanicy i ślusarze, myślisz, że umiesz to wszystko, co oni się naumieli przez cztery lata terminowania?! Myśl tak dalej, to nawet nie będziesz musiał zaczynać, tylko możesz od razu wracać do tej swojej Minny!

Do diaska, nie przebierała w słowach ta mała mądrala! W głębi serca Karol Siebrecht żywił skryte marzenie, że jakiś bajecznie bogaty, szlachetny człowiek, któremu on zdoła w jakiś sposób pomóc - choćby ratując mu życie! - natychmiast dostrzeże wyjątkowe zdolności młodzieńca i będzie go wspierać, dopóki ten w krótkim czasie nie stanie się jego następcą i dziedzicem. Czasem marzył o czymś takim. Lecz Rika Busch nigdy o niczym nie marzyła, a jeśli tak, to o balii albo maszynie do szycia. Doskonale wyczuwała wygórowane oczekiwania.

- Jak sobie myślisz, że któś ci cokolwiek da - kontynuowała, a przecież Karol Siebrecht nawet słowem nie wspomniał o swoim marzeniu - to jesteś głupi! Nikt ci niczego nie da, dostaniesz tylko to, co sam se weźmisz. A to, co komuś zabierzesz, mocno trzymaj, bo zaraz ci odbiorą! Masz kupę piniędzy, jeszcze nigdy nie widziałam tyle naraz, ale jeśli nie będziesz ich pilnować, zostaniesz goły, zanim zdążysz gwizdnąć. A tak w ogóle, powinieneś jak najszybciej zostać robotnikiem i zacząć wyglądać jak robotnik. Wiesz, jak zaraz zaczną się natrząsać z tego twojego kołnierzyka i piękny fryzury? Otwórz swój kosz, zobacze, czy masz jakieś sensowne ciuchy, które można założyć do pracy. Jak nie, to opchniemy jutro te twoje bezużyteczne klamoty i kupisz sobie coś odpowiedniego. Roladki - brak mi słów! Ale manczestery są dobre. Co, za długie? Założe ci je, przecie musisz jakoś wyglądać, jak zaczniesz prace. Porozmawiam z moim starym, może wybiera sie na jaką budowe i może będą tam potrzebować pomocnika.

Tak, nie wsiedli nawet jeszcze do pociągu do Berlina, a już zostało ustalone, choć Karol Siebrecht nawet o to nie poprosił, że Rika oprócz siostry i ojca również jego weźmie pod swoje opiekuńcze skrzydła. Znalazła mu już nawet nocleg (Ale to nie samodzielny pokój, nie stać cię, jak myślisz, ile będziesz na początek zarabiać?), a pieniądze już następnego ranka miał zanieść do kasy oszczędnościowej! Karol Siebrecht godził się na takie dysponowanie swoją osobą nie dlatego, żeby ze słabości czy tchórzostwa chciał się znaleźć pod czyjąś komendą, tylko dlatego, że uznał, że w pierwszych tygodniach pobytu w Berlinie przewodnik bardzo mu się przyda. Później już sam się rozejrzy... A poza tym bardzo spodobała mu się Rika Busch, rządziła się nie z potrzeby władzy, tylko ze zwykłego rozsądku. Ona to wszystko wiedziała, a on nie miał o niczym pojęcia.

W pociągu do Berlina panował ścisk. Musieli postawić kosze jeden na drugim, ale dzięki bystrości Riki mimo wszystko znaleźli miejsca siedzące i już po chwili Rika zaczęła zabawiać cały przedział opowieściami o swojej podróży kolejką wąskotorową. Karol Siebrecht zapomniał o zmarłym ojcu, śmiał się do łez, gdy Rika Busch w za dużej sukni naśladowała wysokiego konduktora. Udawała, że trzyma w rękach kawałek drutu i powtarzała:

- Przecie widać, że jest zerwany! Przecie sam nie pękł, nie?

Gdy tylko zakończyła przedstawienie, ku zaskoczeniu Karola Siebrechta zaczęła otwarcie opowiadać o jego przeszłym i przyszłym życiu. Wyglądało na to, że dziewczyna nie zna pojęcia dyskrecji. Ponieważ w przedziale siedziało wielu berlińczyków, wybuchła ożywiona dyskusja. Siebrechta raz po raz mierzono wzrokiem, wypytywano o szkołę, umiejętności rachunkowe, kształt pisma, musiał nawet zdjąć marynarkę i napiąć muskuły. Wszystko to robił ochoczo i z radością. W przedziale siedzieli zupełnie przeciętni ludzie, ale naprawdę starali się coś doradzić i zastanawiali się, czy mogą mu jakoś pomóc.

Niestety szybko się okazało, że w tych zawodach, które znają współpasażerowie, potrzeba więcej siły, niż zdawał się mieć Karol.

- Żem pomyślał - powiedział jakiś prostoduszny wąsacz - że może mógłbyś popracować u nas w stajni, chłopcze. Pracuje w miejskich omnibusach, wiesz? Lakierowany kapelusz i wysoki kozioł, kapujesz? Nasz kwatermistrz potrzebuje pomocnika. Do sprzątania, karmienia i innych rzeczy, ale worki są ciężkie, każdy po półtora centnara, nie dasz rady, wykończyłbyś się.

- Nosiłem już po półtora centnara - oznajmił Karol Siebrecht.

- Ta, jeden raz! Ale wiesz, jeden raz to za mało. Jak będziesz musiał przenieść dwadzieścia worków jeden za drugim, to wymiękniesz. Bo ty miętki jesteś! Nie masz ciała robotnika, te twoje mięśnie to cielęcinka, wiesz? Chude to wszystko i już.

- Ale nabierze ciała! - wykrzyknęła Rika Busch. - Nie jest miętki!

- No, może i nie, ale dla nas się nie nada. Nasz kwatermistrz nie jest dobry, od razu leje.

- Może ja miałbym coś dla pana - odezwał się blady i chudy młodzieniec z pryszczami na twarzy. - Jeśli umiesz się pan przyłożyć do roboty, to sporo u mnie zarobisz.

- U pana? - odparła szybko Rika Busch, zanim Karol Siebrecht otworzył usta. Karol znał już ten przeciągły, wysoki ton jej głosu; zawsze tak brzmiał, gdy szykowała się do awantury. - U pana dobrze zarobi? - Zmierzyła młodzieńca spojrzeniem. - A na czym to pan niby zarabia?

- Jestem - odparł spokojnie młody człowiek - generalnym przedstawicielem na Berlin i Brandenburgię firmy Fifikus Oszczędne Palniki. Pozwalają zmniejszyć zużycie nafty o sześćdziesiąt procent...

- A, znam ten szmelc - wtrąciła szybko Rika. - Jak sie to włoży do lampy, to robi sie ciemno jak przy nowiu albo dymi, jakby sadza leciała. Przecież to do niczego, panie!

- Za przeproszeniem - zaprotestował młodzieniec. - Właśnie wracam z Prenzlau i okolic, gdzie sprzedałem sześćdziesiąt trzy sztuki.

- Dajmy już z tym spokój! Może w Prenzlau są tacy oświeceni, że wolą mieć trochie ciemniej. A ile pan zarabia na jednej sztuce?

- Dwadzieścia fenigów!

- No to nieźle! Całkiem nieźle! Dwanaście marek sześćdziesiąt, tacy jak my zarabiają tyle w tydzień! No, ale trzeba odliczyć bilet. Co prawda kolej nie jest droga. - I tak dalej, i tak dalej.

- Zastanawiam sie tylko nad tym - odezwała się znowu Rika Busch - że jak idzie pan do klejentów, to musi pan robić dobre wrażenie, prawda?

- Oczywiście!

- To nie rozumiem, dlaczego sie pan ubiera w takie stare łachy? W marynarce ma pan przecież dziurę! Ten świetny palnik panu wypalił? Przy dwunastu markach dziennie powinien pan mieć ciuchy jak prawdziwy hrabia!

- Ależ, droga pani - odparł wzburzony młodzieniec, nie dbając już o staranność swej wypowiedzi. - A pani to się niby przy tej pogodzie odstawiła?! Myśli se pani, że pozwoliłbym, coby mi przemokły najlepsze łachy?

- Ma pan racje! - wrzasnęła Rika Busch. - A że jest tak mokro, to żeś se pan założył dziurawe buty, coby sie woda dobrze wylewała, tak?

- Nie będę z panią w ogóle rozmawiać - odparł młodzieniec wytwornym tonem. - Będę rozmawiać tylko z tym panem. Przyuczę pana - powiedział przekonująco. - To łatwe, ten towar dobrze schodzi. I tak chciałem zatrudnić kilku pracowników. Dam panu palniki po dziewięćdziesiąt fenigów, jeśli weźmie pan pięćdziesiąt sztuk. Cena sprzedaży to jedna marka. Zysk bez żadnego ryzyka!

- Nie, naprawdę dziękuję!

- A sam kupuje pan po osiemdziesiąt! - wrzasnęła znowu Rika Busch. - To pan ma zysk bez żadnego rezyka! Nie, Karol, daj spokój. Nie słuchaj takich jak on. Jak ktoś przychodzi i mówi ci, że możesz zarobić dwanaście marek dziennie, właściwie nie pracując, a sam wygląda tak, jakby od tygodni nie widział nawet piętki chleba, to mów po prostu: spadaj, znam takich jak ty!

- Za pozwoleniem, młoda damo! Mogę pani udowodnić...

- Ale nie udowodnisz mi pan, że dziura w pańskiej marynarce to nie jest dziura i że buty panu nie przemakają. A to mi wystarczy! Nie, Karolu, porozmawiamy najpierw z moim ojcem. Jak będzie miał dobry dzień, to będzie dobrze. Ale obawiam sie, że znowu będzie pijany!

6. Przybycie na Wiesenstrasse

Była już ciemna noc, gdy pociąg dotarł na Dworzec Szczeciński5. Rika Busch z nieprawdopodobną elokwencją przekonała pewnego bagażowego, który właśnie miał kończyć pracę, żeby użyczył im wózka. Na jego pomarszczonej twarzy odmalowało się najpierw zdumienie, a potem zadowolenie.

- No, szanowny panie, nie jest pan zmęczony? - zapytała, kładąc dłoń na poręczy wózka tuż obok pokrytej starczymi plamami, zmęczonej ręki. - Chce sie pan jeszcze telepać z tym wózkiem do domu? Bez wózka chyba byłoby trochę lepij?

- Przecie nie przyprowadzisz mi wózka z powrotem, bezczelna gadzino - zajęczał starzec.

- A gdzie pan mieszka? Przy Müllerstrasse? O, piękna okolica! A ja mieszkam na Wiesenstrasse, znacie Wiesenstrasse, dziadku?

- Od razu żem zauważył, żeś z Wedding, ty paskudo!

- No widzisz! - roześmiała się Rika. - I od razu wiesz, jak sie nazywam. Paskuda! A wy jak sie nazywata, dziadku?

- Kürass jestem. Numer osiemdziesiąt siedem. Müllerstrasse. Nie zapomnij!

- Kürass - Rika wymówiła nazwisko jak "Kiras". - Kiras, myślałam, że to imię dla psa. Dobrze, dziadku, nie zapomnę na pewno, Müllerstrasse osiemdziesiąt siedem, Kiras. To do widzenia, dziadku. Słodkich snów!

- Co za bezczelna paskuda! - powtórzył staruszek i posłusznie odszedł, nie pytając nawet Riki o jej prawdziwe imię. Paskuda z Wiesenstrasse wystarczyła mu jako zastaw za wózek.

Karol i Rika załadowali wspólnie kosze na wózek, zaspaną Tildę posadzili między nimi tak, żeby nie spadła, i ruszyli. Karol między poręczami wózka, Rika raz za nim, raz obok niego, żeby wskazywać drogę. Zbyt długą suknię podwiązała sznurkiem na kształt wałka wokół bioder. Latarnie gazowe migotały w porywistym wietrze, pozamykane, milczące i ciemne domy spoglądały na nich z góry. Od czasu do czasu nagła mżawka zraszała ich twarze. Jeśli Karol Siebrecht w rodzinnym miasteczku wyobrażał sobie jakoś swoje przybycie do wielkiego cesarskiego miasta Berlina, to na pewno nie w taki sposób! Nigdy by nie przypuszczał, że będzie dreptał przez ciemne ulice przed załadowanym koszami podróżnymi wózkiem, za jedyne wsparcie mając rezolutną tutejszą dziewczynę, a w perspektywie miejsce noclegowe u boku jakiegoś piekarza.

- Całkiem porządny ten chłopak! Nie pije, pracuje, tylko dziewczynom nie umie sie oprzeć, za łatwo sie zakochuje - tak scharakteryzowała Rika jego kompana do spania. Przed południem był jeszcze w domu, pod opieką Minny, pośród starych ścian, pośród mebli, które towarzyszyły mu przez całe życie - ach, czy nie czuł wciąż na ustach rześkiego pocałunku Rii? - a teraz tak daleko, już na zawsze daleko, a jego usta smakowały jedynie berlińską mżawką, która tutaj wcale nie smakowała deszczem, tylko dymem i sadzą...

- Jak się nazywa ta ulica? - zapytał Rikę, nieśmiało zerkając na stojące wokół budynki.

- To Ackerstrasse! Jeszcze kawałek w górę i bedziem blisko!

- Ackerstrasse? A gdzie tu są jakieś role6? - Zatęsknił już za prawdziwymi polami, po których hula jesienny wiatr.

- Role? A, chodzi ci o pola, takie na których rosną ziemniaki? Już ich tu nie ma. Może kiedyś były. My przecie mieszkamy na Wiesenstrasse, ale łąki tam żadnej nie ma, za to mamy Palmę.

- Palmę? A co tam jest? Ogród botaniczny?

- Człowieku! Nie wiesz, co to Palma? To noclegownia, mamy ją dokładnie naprzeciwko! Tam śpią włóczęgi, jak nie mają sie gdzie podziać! Cóś takiego mamy, ale żadnej łąki. Pól tyż nie ma. Daj spokój - dodała pocieszającym tonem. - Skoro ziemniaków nie brakuje, to nie potrzebujemy pól!

W milczeniu szli dalej. W wielu oknach paliło się światło, czerwonawe od gazu, żółtawe od nafty, czasem jaskrawobiałe elektryczne, a za oknami poruszały się cienie, prześlizgiwały się śpiesznie przez ulicę, z lokalu za rogiem dobiegały wrzaski i śpiewy. Policjant w pikielhaubie, ze zwisającymi siwymi wąsami, podszedł do wózka, w milczeniu przyjrzał się bagażom, Karol automatycznie powiedział "dobry wieczór", a policjant bez słowa się odwrócił i poszedł dalej. Nikt nie znał Karola Siebrechta, nikt nie zwracał na niego uwagi, każdy miał swoją pracę, swój dom, coś bliskiego, nawet mała Rika. Tylko on kroczył samotnie, bez Riki też trafiłby do Palmy, miejsca dla bezdomnych. Przytłaczające uczucie ścisnęło go za gardło, jeszcze nigdy - nawet wtedy, gdy przy łóżku ojca zrozumiał, że ten nie żyje, że już nie oddycha - jeszcze nigdy nie czuł się tak samotny i opuszczony. Wciąż przypominała mu się ta przeklęta sentymentalna piosenka.

- Jestem samotny jak uliczny bruk... - zaczął nucić.

Czuł pod stopami setki, tysiące kamieni, rosły u jego boku niczym sięgające nieba mury; kamienie, same kamienie i niczego żywego... A on sam pośród nich, żywy, oddychający, z krwią płynącą w żyłach, z sercem, z uczuciami - a mimo to tylko kamień pomiędzy kamieniami, opuszczony, bezwartościowy. Nikt go nie znał, tak jak nikt nie znał kamieni, po których właśnie przeszedł!

- Tam za rogiem w lewo! - zakomenderowała Rika Busch. - Teraz Hussitenstrasse! Trzymasz się, Karol? Aż szczękasz zębami! Za pięć minut bedziem w domu, ugotuje ci cóś ciepłego!

- Chodzi o to, Riko - powiedział chłopiec - że tak tego wszystkiego dużo, te wszystkie domy, tyle kamienia i nikt nas tutaj nie zna...

- Musisz zadbać o to, by wkrótce cię znali! To zależy od ciebie! A jeśli chodzi o domy, to nie przejmuj sie, czy domy mają pięć pięter, czy to wiejskie chatki, jak u was, to ludzie żyją w nich tak samo, i jak sie nie dasz, to tutej tyż dasz se rade! No, a to już jest Wiesenstrasse. Nie pachnie tu kwiatami, ale śmiesznie, bo jak tu wracam, to czuje sie jak w domu. Ten zapach wydaje mi sie całkiem sympatyczny. Zatrzymaj sie, Karolu! Zostań przy wózku, ja zawołam ojca, niech przynajmniej zabierze kosz. I nie daj sie podejść, tutaj wszystkie kradną jak sroki, a przynajmniej włóczęgi. Daj mi Tilde, zaniose ją, powinna iść już do łóżka! Jest całkiem przemoknięta! Chodź, Tildo, idziem do domku!

I mała groteskowa postać zniknęła w ciemnej bramie, a Karol Siebrecht został sam na ulicy. Usiadł na wózku i trząsł się z zimna. Wsunąwszy ręce do kieszeni, zaczął sobie wyobrażać, jak pięknie będzie po takim długim dniu w końcu położyć się wygodnie do łóżka. Ale jak to jego łóżko będzie wyglądać? I jakim człowiekiem okaże się piekarz, który tak łatwo ulega kobiecym wdziękom? Ta dziewczynka, Rika Busch, wydaje się wiedzieć o życiu niemal wszystko, jakby była stara. Ale lepiej niech się pośpieszy, jest mu bardzo zimno. Z cienia budynku wysunęła się jakaś postać i już od chwili stała przed Karolem. Młody, widmowo blady chłopiec powiedział w końcu:

- No, facet?

- Tak? - zapytał wyrwany z zamyślenia Karol Siebrecht.

- No? - powtórzył chłopiec.

- Dobry wieczór! - odparł Karol Siebrecht, który nie wiedział, czego tamten od niego oczekuje.

- Ćmika? - zapytał chłopiec, podszedł krok bliżej i położył rękę na koszu.

- Zabierz łapy! - krzyknął ostro Karol. Gdy ręka natychmiast się cofnęła, dodał łagodniej: - Co to ćmik?

- Nie wiesz? No, facet! Dasz mi szluga, jak ci powiem, co to ćmik?

- Nie! - oznajmił zdecydowanie Karol Siebrecht. - Jakiego szluga?

- Ale zielony! - uśmiechnął się chłopiec. - Taki zielony, a to już przecie listopad! Pewnie żeś przyjechał prosto ze wsi?

- Rzeczywiście! Jestem w Berlinie dopiero od godziny.

- Facet! - rzucił chłopak gorączkowo, przysunął się do Karola i szepnął mu prosto w twarz: - Nie bądź głupi, wracaj, skąd jesteś. Tu nic nie ma, tylko głód i zimno! To będzie ostra zima, mówie ci!

- Pracy nie ma? - zapytał Karol.

- Praca? W zeszłym tygodniu żem zarobił tyle, ile mam brudu pod paznokciem! Można sobie podeszwy zedrzeć i nic! Człowieku! - Chłopiec przysunął się jeszcze bliżej. - No weź, daj mi jakiego grosza! Nawet nie mam tyle, żeby móc przenocować w Palmie. Wiesz, co to Palma?

- Tak, wspomniano mi o niej.

- Ostatnią noc żem przespał w skrzyni na piach w Tiergarten7. Facet, jak tam zimno! Ciasno, na mokrym piachu, żem sie czuł jak małpa. Tylko grosz, żebym sie mógł przekimać w cieple!

Chłopak, najwyżej dwa, trzy lata starszy od Karola, przemawiał do niego tak gorączkowo, z takim naciskiem, że ten się nie wahał. Pomyślał, jak źle oceniał przed chwilą swoje miejsce do spania, a ten musiał spać w skrzyni na piach... Wyciągnął z kieszeni portfel. - Dam ci ten grosz - powiedział...

I w tej samej chwili dostał pięścią w brzuch, aż zabrakło mu tchu i musiał się skulić. Portfel wyrwano mu z ręki.

- No, facet! - krzyknął triumfalnie chłopak. A zaraz potem zajęczał: - Puść mnie! Ja żem se tylko żarty robił! Oddam piniądze! To był tylko żart! Rika, powaga...!

Karol Siebrecht stęknął i wyprostował się. Tak, to była mała Rika Busch i jakiś młody, blady mężczyzna z kruczoczarną czupryną. Trzymali chłopaka, który lamentował:

- Naprawdę, Rika, to był tylko żart! Przecie bym nie obrobił twojego znajomka! Puść mnie, proszę! Rika, Ernest, nie mówcie mojemu staremu. On mnie zatłucze.

- I słusznie! - powiedziała wściekła Rika. - A i tak będzie za mało! Ty leniwy draniu, cały dzień sie wałkonisz, a w nocy kroisz ludzi! Powinieneś być na Aleksie8, w Plötze9, a nie wśród nas, robotników!

- Riko, kochana Riko - zaczął znowu chłopak.

- Zamknij się! Przelicz piniądze, Karol, zgadza się? A z ciebie osioł, Karolu, po tym wszystkim, co żem ci powiedziała, pokazujesz w nocy jakiemuś dryblasowi portfel! Nawet na chwilkie nie można cie zostawić samego, taki z ciebie dureń. To już Tilda jest mądrzejsza.

- Poprosił mnie tylko o grosz na Palmę. - Zawstydzony Karol próbował się jakoś usprawiedliwić. - Powiedział mi, że musiał spać w zoo w skrzyni z piachem...

Oboje, Rika i krucza czupryna, wybuchnęli gromkim śmiechem, nawet trzymany przez nich złodziejaszek słabo się uśmiechnął.

- A ty żeś uwierzył? - zawołała Rika. - Tobie wszystko można wmówić. Jak będziesz ludziom wierzył we wszystko, to zaraz zostaniesz bez piniędzy. Nieźle zaczynasz, Karolu. Wiesz, kto to jest? To jest potomek mistrza szewskiego Krulla z Pankstrasse, terminuje u swojego ojca, ma łóżko lepsze niż ty czy ja, a nie jakąś tam skrzynie z piachem, wiesz? Tyle że to śmierdzący leń, za nic nie chce mu sie pracować. Ojciec już nieraz nieźle go sprał, ale to nic nie pomaga. Myśle, że tobie pomogłoby tylko Plötze, wiesz?

- Puść mnie, Riko, ten jeden raz! Ja nie chce, żeby znowu... - błagał chłopak.

- Pewnie, że nie chcesz! Spadaj, Bogu dzięki, że nie jesteś moim synem. Już ja bym cie nauczyła, mówie ci! - I drobna istotka popatrzyła na dryblasa tak groźnie, że ten aż się cofnął o krok z pełnym zakłopotania uśmiechem. Od razu skorzystał z okazji i zniknął w ciemnościach. Wszyscy troje popatrzyli za nim w milczeniu.

- Tja, Fryc Krull! - powiedziała potem Rika. - Najważniejsze, że mamy go z głowy. I bez nas go dopadną. Karolu, to jest Ernest, o którym ci już opowiadałam, Ernest Bremer, tak? To jest ten piekarz, dobry chłopak, jak ci mówiłam, tylko lekkomyślny. Zadurza sie w każdej dziewczynie.

Piekarz Ernest Bremer, który miał tak jasną cerę, jakby był obsypany pszenną mąką, roześmiał się zadowolony.

- Nie wierz jej, Karolu - powiedział, podając rękę przybyszowi. - Nie taki wilk zły, jak go malują. Czy ja robiłem kiedykolwiek słodkie oczy do ciebie, Riko?

- No wiesz! - odparła oburzona Rika. - Na pewno bym na to pozwoliła! To by był ostatni dzień, w którym obnosiłbyś sie z tą swoją gładką facjatą! No, łap się za kosz, Karolu! Myślałam, że Ernest poniesie kosze, ale nie zostawie cie już samego na ulicy. Musisz najpierw lepiej poznać Berlin. To była dla ciebie przykra nauczka.

- Możemy obaj zanieść kosze na górę, a ty będziesz pilnować - zaproponował Karol Siebrecht, znowu zawstydzony.

- Dobra, jak tak chcecie, to ruszajcie! Ja sie stąd nie rusze.

Przeszli przez dwa czy trzy ciemne podwórza, coraz węższe, coraz bardziej cuchnące i ponure. Karola przeszedł dreszcz. Potem jeszcze wąskimi schodami na górę, wydeptaną i brudną klatką, w której powietrze było tak okropne, że zdawało się nieprawdopodobne, że błękitny płomień gazowej lampy może się tam w ogóle palić. Drzwi obok drzwi, korytarz przy korytarzu, hałas, rozmowy, huk, szczękanie garnków. Kobiety, które w milczeniu i, jak się zdało Karolowi, wrogimi spojrzeniami odprowadzały mijające je kosze. Wciąż coraz wyżej i wyżej. A powietrze stawało się coraz gorsze.

- Zrobimy sobie przerwę? - zapytał piekarz. - Nie jesteś przyzwyczajony.

- Nie, daj spokój, dam radę. Tu zawsze jest tak duszno?

- Ach, chodzi ci o ten smród? Tak, tu zawsze tak cuchnie, ale za to zimą jest ciepło. I oszczędzamy na węglu.

Karolem znów wstrząsnęły dreszcze.

- No to jesteśmy - powiedział piekarz i popchnął ramieniem drzwi, które były tylko przymknięte. - Odstawimy tylko kosz, żeby Rika nie była długo sama.

Karol rzucił pobieżne spojrzenie na oświetloną słabą lampą naftową kuchnię. Chwała Bogu wyglądała czysto i nie cuchnęło tu tak okropnie jak na klatce. Z jednego z pokoi dobiegły ich gniewne pomruki.

- To stary - wyjaśnił piekarz, gdy zaczęli schodzić po schodach. - Jest niezadowolony, bo Rika już wygłosiła mu kazanie, ale na razie go całkiem nie wybudziła.

Młodzieńcy jeszcze trzy razy musieli wnosić kosze po schodach, ponieważ Rika zarządziła, że bagaż Karola też trafi do niej.

- Weźmiesz sobie tylko to, czego potrzebujesz, a resztę będziesz sobie mógł odebrać, kiedy będziesz chciał. Trzeba na ciebie uważać. Nie żebym nie miała zaufania do twojej gospodyni, pani Brommen jest w porządku, ale z tobą to nic nie wiadomo... - Karol Siebrecht nie protestował.

Przy ostatnim nawrocie piekarz został na górze na straży.

- Tylko nie dopuszczaj do nich starego, Erneście! Sama wszystko rozpakuje. Zaraz będziem z powrotem, musim jeszcze tylko odprowadzić wózek na Müllerstrasse, niedaleko. A wózek pusty, to lekki.

7. Stary Busch

- Usiądź na wózku - powiedział Karol do Riki.

- Nie, będe ciągnąć z tobą. Za zimno, żeby siedzieć. Tobie tyż zimno, Karolu?

- Trochę.

- No, widać. Jak będziem wracać, wezme od razu wiadro węgla, zobaczysz, jak szybko nagrzejem. Zrobiłam ładny zapasik, zanim żem pojechała do ciotki Berty, ale stary wszystko spalił. On nie umie odłożyć na przyszłość. Tacy są mężczyźni.

- Nie chciał pomóc z koszami?

- Daj spokój. Dręczą go wyrzuty sumienia i właśnie przez nie jest taki okropny. Ale potem jest lepiej. Zobaczysz, jak teraz wrócimy, to zrobi dla mnie wszystko. Nie jest zły, inni są gorsi! A tak w ogóle... - Umilkła i zamyśliła się.

- Co tak w ogóle?

- Tak w ogóle... Cóż, kiedyś był całkiem w porządku, ale bardzo przeżył to z matką i od tamty pory taki jest.

- Odkąd twoja matka umarła?

- Można tak powiedzieć. Ale prawda jest taka, że wyrzucił matkie z domu, bo puszczała sie z innym. Tilda nie jest ojca, ale on nie daje jej tego odczuć, jest tak, jak należy. Bo potem ten Kaszub zostawił matkie i ona do nas wróciła, ale była już przy nadziei. Cóż, ojciec jej nie odtrącił, ale nigdy sie już do niej nie odezwał, nawet jak umierała, i teraz żałuje. Dlatego pije, ale tylko czasami.

Młody Karol Siebrecht milczał przygnębiony. Wstrząsnął nim sposób, w jaki trzynastoletnia Rika Busch o tym wszystkim mówiła, taki trzeźwy i pozbawiony żalu.

- I wszystko to traktujesz jak oczywistość, Riko? - zawołał i delikatnie położył rękę na jej małej spracowanej dłoni spoczywającej na poręczy wózka.

- A niby jak? Co niby miałabym zrobić? Przecie tak właśnie jest! Nikt nic na to nie poradzi! Ale jedno ci powiem, Karolu. Niech nikt mi nigdy nie gada o miłości. Ona przynosi tylko nieszczęścia. Jak już wspomniał Ernest, cóż, wszyscy to wiedzą, żem jest zimna jak sopel lodu!

- Riko, przecież ty nie masz jeszcze nawet czternastu lat! - wykrzyknął Karol Siebrecht.

- No to co? Myślisz, że tutej dziewczyny się nie obściskują? A u was to niby nie? Powiedz szczerze, Karolu, nigdy żeś sie jeszcze nie całował z dziewuchą?

- Tak, ale...

- No widzisz! Tu nie ma żadnego ale! Na pewno była młodsza od ciebie! Ale mówie ci, tutej musisz uważać! A jeśli i tak sie zabujasz, przyjdź do mnie! Już ja ci doradze! Znam tutejsze dziewczyny, a jakieś obcej sie przyjrze i od razu będe wiedziała. Zawsze przychodź do Riki, Karolu, Rika ci pomoże!

Karol Siebrecht się roześmiał.

- Riko, mówisz, jakbyś była moją babcią. A poza tym na pewno się tutaj nie zakocham.

- Nigdy nie wiadomo! Jesteś ładnym chłopcem i tutejsze dziewczyny szybko to zauważą. A ta z twojej wsi jest daleko.

- Na pewno się nie zakocham!

- Poczekaj, Karolu, tylko poczekaj!

Mimo że było już wpół do jedenastej, stary bagażowy czekał zaniepokojony przed budynkiem przy Müllerstrasse 87.

- No, dziadku - powiedziała Rika triumfalnym głosem - miałeś pietra, co? Masz tu swój wózek. A zobacz, co tutaj mam dla ciebie: kiełbasę. Ale nie od Aschingera10, nie myśl sobie, tylko prosto ze wsi, specjalnie dla ciebie, dziadku!

- Boże, dziewczyno - odpowiedział wzruszony staruszek. - Nie trzeba było. Boże, jak pięknie pachnie! Wędzona?

- Oczywiście, że wędzona, i to nie na sośnie, jak to robią tutejsze rzeźniki, nie, na prawdziwym buku. No to dobranoc, dziadku!

- Dobranoc, dziecko. Pięknie dziękuję.

- Nie ma za co! - zawołała Rika, odchodząc. - A wiesz, dziadku, za co żeś dostał te kiełbase?

- No, jak to za co? Za wózek przecie.

- E tam! - odkrzyknęła Rika. - Bo nazywasz sie jak pies, a wszystkie psy lubią kiełbase! - Zagwizdała przenikliwie, a potem zaczęła wołać: - Chodź, Kiras, chodź, pieseczku! Kiras, waruj!

Jeszcze dwie przecznice dalej słyszeli śmiech starego. Karol Siebrecht wyobrażał go sobie, jak stoi wymęczony, spracowany, z kiełbasą w dłoni, ponadsiedemdziesięcioletni, wdzięczny za każde dobre słowo.

Było po jedenastej, gdy przechodzili znowu przez wąskie, ciemne i cuchnące podwórza, prawdziwe studnie przy Wiesenstrasse. W oknach było już ciemno, zgaszono nawet gazowe oświetlenie na schodach. Rika musiała wziąć Karola za rękę i prowadzić go w ciemnościach, bo żadne z nich nie miało zapałek, żeby mogli sobie poświecić. A potem zaciągnęła go do kuchni.

- Gdzie Ernest? - zapytała natychmiast wysokiego, masywnego człowieka, który siedział przy stole przy małej lampce z głową między rękoma. - Przecież mu powiedziałam, że ma na nas poczekać!

Mężczyzna uniósł głowę. Karol był zdumiony, gdy zobaczył stosunkowo młodego człowieka, najwyżej przed czterdziestką. Wyobrażał sobie ojca Riki jako starca, a miał przed sobą silnego, wyglądającego niemal kwitnąco mężczyznę z krótką rudawą brodą, o wyjątkowo delikatnej mlecznej cerze i pięknym czole. Nie spodobały mu się tylko oczy, bardzo jasne oczy barwy rozmytego błękitu. Spojrzał na nich oboje, ale jakby ich nie widział, jakby nic nie widział.

- Ten Ernest? - zapytał. - Ten Ernest? Kazałem mu sobie pójść, córko, wiercił się strasznie. I poszedł sobie! Po co miał tu jeszcze siedzieć? Czy ja potrzebuje jakiegoś strażnika, dziecko?

- Nie, ojcze, nie potrzebujesz!

- Nie podchodziłem do koszy, nie. Ugotowałem ci zupę. Mąkę przyniósł mi Ernest od pani Brommen, pół funta, oddasz jej, córko.

- Tak zrobie, ojcze. Może jutro. Wiesz, jaką mam w koszu dobrą mąkie od ciotki Berty? Tutaj nie ma takiej nawet Tamaschke! Ojcze, to jest Karol, Karol Siebrecht. Szuka pracy w Berlinie. To mój przyjaciel, ojcze.

- Dobrze, córko. Usiądź sobie, Karolu. Jak tam ciotka Berta?

- W porządku, ojcze - odpowiedziała Rika, która już krzątała się przy piecu. - Poradziłam sobie z nią. Nie masz pojęcia, co mam w koszu, nawet całą szynkie! - Rika Busch aż promieniała dumą i radością.

Busch jakby tego nie widział.

- Tak, jesteś dzielna, córko - powiedział wciąż tym samym obojętnym i pozbawionym echa głosem. Słowa gasły, gdy tylko wychodziły z jego ust. - Jesteś dzielna, tak jak matka. Matka też była dzielna, wiesz o tym, córko, mówiłem ci to już z tysiąc razy.

- Tak, ojcze.

- Tak, tak mówiłem. Czy kiedykolwiek powiedziałem coś złego na twoją matkę, córko?

- Już dobrze, ojcze! Przecie wiem, już dobrze! Bądźże cicho, ojcze! Matka była najlepsza. Tilda śpi?

- Śpi, córko, położyłem ją do mojego łóżka. Wolała tam, bo ciepło. Dobrze ją przykryłem. Niech sobie tam pośpi, córko, ja wkrótce wyruszam w drogę, jutro idę do pracy. - Ostatnie słowa powiedział niemal z ożywieniem, z podszytym delikatnym lękiem naciskiem.

- Już dobrze, ojcze. Zrobisz, jak chcesz. Nikt ci nie zabroni.

- Ale ty już nie wyjeżdżasz, córko? Zostajesz tutaj?

- Oczywiście, ojcze. Chodź, Karolu, zjedz trochie zupy, jest gorąca. Potem zdejmij z siebie te mokre łachy i przebierz się. Rozepnij ten kołnierzyk, Karolu, już masz pewnie poranioną szyję. Ojcze, nie znalazłaby sie dla Karola jakaś robota?

- To dobrze, córko - powiedział ojciec, który chyba jej nie słyszał - że nie wyjeżdżasz. Nie umiem być sam. Co tam szynka, ważne, żebyś była ze mną!

- Już dobrze, ojcze. Dokąd miałabym jeszcze jechać? Zostaje tutaj.

Stary Busch przyłożył jedną rękę do policzka, a drugą wskazał na Rikę.

- Córko! - wykrzyknął, jakby był zdenerwowany, zabrzmiało to nerwowo na tle jego dotychczasowej obojętności. - Córko! Spójrz na mnie!

- Nie denerwuj sie, ojcze - powiedziała dziewczyna, odkładając łyżkę. Uważnie przyjrzała się ojcu. - Nie denerwuj sie, przyniose ci jeszcze flaszkie. Było aż tak źle?

- Źle? - zapytał. - Źle? Niby źle? Córko, czy to prawda, co mówił mi Ernest, że chciałaś mnie wyswatać z Brommen? - Ręka, która wskazywała na Rikę, drżała tak mocno, jakby mężczyzna miał dreszcze, lecz on siedział nieruchomo jak głaz, tylko dłoń mu się trzęsła.

- Zrobisz, jak będziesz chciał, ojcze. To prawda, rozmawiałam z panią Brommen. Dobrze do siebie pasujeta, a Brommen to porządna kobita. Robie, co mogie, ojcze, ale nie jestem dorosłą kobitą, chociaż wszyscy mnie za nią biorą. Ja wciąż jestem dzieckiem. A gdyby była tu prawdziwa kobita, mogłabym sie trochę więcej uczyć, jestem taka głupia. Ale zrobisz, jak zechcesz, ojcze. Powiesz: nie, to po sprawie i już. Zapominamy.

- Była u mnie, córko - powiedział mężczyzna, a jego dłoń zaczęła drżeć jeszcze mocniej. - Cały dzień przy mnie była, po pijaku. Tera już wiem, dlaczego tak naciskała, przez cały dzień, gdziekolwiek byłem, szeptała mi do ucha: nie śpij z żadną babą, stary, szeptała. Nie zrozumiałem jej, a tera rozumim. Jestem wobec niej bez grzechu, córko, pod tym względem jestem bez grzechu!

- Tak jest, ojcze! To tylko był mój pomysł, ojcze. Jeśli nie daje ci spokoju, to nie ma sprawy. Koniec!

- Załatwione, córko. Tak powiedziałaś i tak jest dobrze. - Dłoń opadła ciężko na stół i pozostała tam, jakby została zapomniana. Oczy niemal się zamknęły. - Coś ty włożyła, córko? Idź, przebierz sie w coś ładniejszego. Już po wszystkim, córko. Znowu mogie oddychać.

Mówił jak przez sen. Dziewczyna spojrzała na Karola, położyła palec na ustach i na palcach przemknęła do pokoju. Łyżka Karola wciąż tkwiła w niezjedzonym, wystygniętym barszczu. Jak zaczarowany wpatrywał się w mężczyznę, który zdawał się nie dostrzegać ani jego, ani niczego w swoim otoczeniu, ale po raz kolejny wymamrotał:

- Załatwione, powiedziała. - Jego ciało się rozluźniło. - Znowu da mi spokój...

Z pokoju wyszła Rika w białej sukience. Młodzieniec był zaskoczony, bo z niskiej, dziwacznej, wręcz groteskowej postaci przeobraziła się w ładną, delikatną dziewczynę, całkiem wysoką jak na swój wiek.

- Jesteś już, córko - odezwał się ojciec. - Usiądź mi na kolanach! Tak, właśnie tak. Obejmij mnie za szyje, podrap mnie troszkie po brodzie, tak jak robiła to twoja matka. Rika, jaka jesteś? - Po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu, ale nawet niezorientowany Karol Siebrecht wiedział, że nie zwraca się do córki.

- Najlepsza - odpowiedziała Rika.

- A kogo kochasz, Riko?

- Ciebie, Walterze, ciebie.

- Czy zrobiłem ci coś złego, Riko?

- Nie, nigdy, Walterze, zawsze byłeś dobry. Zawsze cierpliwy. Zawsze pracowity.

- Daj mi całusa, Riko. - I ona go pocałowała.

- A teraz śpij, Walterze - powiedziała dziewczyna, delikatnie zdejmując ramiona z jego szyi. - Chodź, położysz sie do łóżka - I zaprowadziła go niemal zataczającego się z niewyspania do pokoju obok.

Gdy wróciła, Karol Siebrecht stał przy oknie i wyglądał w noc. Dziewczyna stanęła obok niego i razem z nim, po raz pierwszy nic nie mówiąc, patrzyła przez szybę daleko w noc, ponad dachami, wokół których szalał listopadowy wiatr. Niebo całe zasłonięte było chmurami, ciemność zawisła nad miastem. Ani księżyca, ani żadnej gwiazdy, tylko blady poblask, który podkreślał ciemności. W końcu Rika powiedziała:

- Nie mogłam porozmawiać z ojcem o twojej pracy, rozumiesz?

- Oczywiście. - Odwrócił wzrok od ciemności, popatrzył na jej jasną twarz i powiedział: - Jak ty to wszystko wytrzymujesz, Riko? Ja bym nie dał rady. Podziwiam cię!

- A niby za co, Karolu? - zapytała. - Powiedz, za co? Z powodu pracy i ojca? Zostań z nami trochie, to dopiero zobaczysz, co to praca. A ojciec jest przecież dobry. Ojciec nikogo nie krzywdzi.

- A ty nigdy się go nie boisz?

- Ojca? Owszem, Karolu, czasami. Czasami jest jak nie z tej ziemi. Wtedy myśle se, że może narobić szkód. Dlatego chętnie bym go wyswatała, żeby któś go pilnował, ale skoro sie nie da, to trudno. Zaraz powiem pani Brommen, to rozsądna kobita, zrozumie. A ty, Karolu, rozpakuj sie i przebierz. Te łachy odłożymy na lepsze czasy. Na razie będziesz niewykształconym robotnikiem, więc tak powinieneś sie nosić.

Po półgodzinie wszystko było rozpakowane, a Karol miał na sobie szerokie manczestery ojca i kurtkę. Chciał oponować, ale Rika powiedziała:

- Musisz tak wyglądać, żeby od razu nie zaczęli sie z ciebie nabijać. I tak będą ci dokuczać ze względu na wymowe i te twoje delikatne łapki. Ale wytrzymaj, to minie, dasz se rade.

A teraz szedł z Riką przez ciemny, wciąż pełen hałasów budynek. Niosła małą lampkę naftową, słabe światło padało na wydeptane, brudne schody, a chwilami na jej drobne stopy, które musiały być bardzo, bardzo zmęczone.

- Kiedy położysz się spać, Riko?

- Już zaraz, jak o ciebie zadbam.

- A o której wstajesz?

- Jak ojciec wróci do pracy, to wpół do szósty. Nie bój sie, obudze cie w pore, jeśli ojciec cóś dla ciebie znajdzie.

- To nie pośpisz nawet pięciu godzin.

- Nie szkodzi, Karolu, pośpie trochie szybciej, to sie wyrówna.

Przeszli przez dwa podwórza, a potem weszli do budynku po skosie i znów zaczęli się wspinać po schodach.

- Pani Brommen to ma dobrze, ma takie ładne mieszkanie - powiedziała Rika. - Myślałam już, że będe mogła wprowadzić sie do niej z ojcem i Tildą. Cóż, znów nic z tego!

- Ale tutaj cuchnie tak samo, a klatka jest równie paskudna jak u was!

- Ale podwórze, Karolu! Nie zwróciłeś uwagi na podwórze?

- Podwórze? Jest tak samo ciemne jak u was.

- Ty to masz oko, Karolu, powinieneś zostać nadzorcą budowlanym. W zakresie mieszkań robotniczych! Podwórze tutaj jest prawie dwa razy większe niż u nas! Jak pani Brommen otwiera okno, to do środka wpada powietrze, a nie zaduch, a latem ma słońce, a my nie!

Dotarli do drzwi, Rika zastukała cicho i natychmiast się otworzyły. Pani Brommen okazała się dużą kobietą o nieco podejrzanie żywych kolorach na twarzy, otuloną w wełnianą dzianinę.

- Jesteście wreszcie! - powiedziała. - Ernest już mi powiedział. Łóżko jest pościelone i żebyś od razu wiedział: nocleg kosztuje cztery marki za tydzień, płatne z góry. Pościel zmieniam co cztery tygodnie. A jak chcesz także śniadanie, to dopłata wynosi półtorej marki, ale tylko chleb, jakbyście jedli bułki, poszłabym z torbami! Zrozumiano?

- To w porządku, Karol - powiedziała Rika. - Tak jest dobrze. Zgódź sie i od razu daj jej pieniądze za pierwszy tydzień! A jak sie będziesz stołować, to jeszcze pogadamy. Myśle, że powinieneś jeść u mnie i mnie płacić za wyżywienie! Pani Brommen, tu oddaje mąkie, którą pożyczył mój ojciec!

- No, aż tak nie musiałaś sie śpieszyć, Riko. U mnie tak nie ma, Riko, że sie będe od razu upominać o pół funta mąki.

- Przecież wiem, pani Brommen. To tylko tak dla porządku.

- Tak, ty lubisz porządek, Riko!

- Ale przyjrzyj no sie tej mące, pani Brommen, to jest dopiero mąka! Przywiozłam ją od ciotki Berty, takiej mąki nie dostaniesz nawet u Tamaschka!

I zaczęły rozprawiać o zaletach wiejskiej mąki, potem Rika opowiadała o tym, co jeszcze przywiozła od ciotki Berty, a Karol Siebrecht stał w milczeniu, trochę markotny i zmęczony. Nie miał jak się włączyć do rozmowy, to był dla niego obcy świat. Uważał jednak, że Rika powinna kończyć i iść spać, obojgu im potrzebny był sen. Tym samym jednak udowadniał, że jest naprawdę niczego nieświadomym chłopaczkiem. Nie wpada się do czyjegoś domu jak po ogień, czy to na wsi, czy w wielkim cesarskim mieście Berlinie. Rika doskonale wiedziała, jak się należy zachować, podobnie jak pani Brommen. Całkiem długo potrwało, zanim Brommen zapytała:

- A co na to twój ojciec, Riko? Ucieszył sie z tego całego jedzenia, które żeś zdobyła? Starczy wam chyba na całą zime!

- Dzisiaj jeszcze nie, pani Brommen - odpowiedziała Rika Busch. - Ale na pewno sie ucieszy.

Zapadła cisza, a potem pani Brommen powiedziała:

- No cóż, skoro sie ucieszy. Jesteśmy przyzwyczajeni do czekania, prawda, Riko?

- Prawda. Ale czasem czekamy nadaremnie, pani Brommen.

- O, nie? - I po namyśle: - Naprawdę?

- Naprawdę, pani Brommen. Tata nie chce.

- Ach, tak! - Zapadło głębokie milczenie. - A potem: - Ernest mi powiedział, że stary dzisiaj szaleje...

- To tyż, pani Brommen.

- To może jednak, Riko.

- Nie, pani Brommen, nie! Chodzi o to, że to ona mu zakazała!

- Czego mu zakazała? Mnie mu zakazała? Brak mi słów, Riko! A siebie to mu nie zakazała, tak?

- Nie, to nie tak! Pani Brommen, on to sobie wszystko wyobraża.

- To wybij mu te bzdury z głowy!

- Nie potrafię! On naprawdę ją widzi i słyszy, tego nie da mu sie przetłumaczyć.

- Ona naprawdę z nim rozmawia? No nie, cóś takiego!

- Nie wiem, czy on z nią rozmawia, myśle, że nie.

- No to co mu powiedziała?

- Tego tyż nie wiem dokładnie. Że ma nie dotykać żadnych bab czy cóś!

- A to ci dopiero! Chyba zwariowała? Jeśli on zwariował, to ona dziesięć razy bardzij. Przecie to niezdrowe, to mężczyzna w kwiecie wieku! Nie, o czymś takim jeszcze żem nie słyszała! Co tyż jej przychodzi do głowy w tym grobie! I to akurat jej!

Na to cierpliwy, zmęczony głos Riki:

- Przecież ojciec to sobie tylko wyobraża, pani Brommen!

- Nie mów tak! Nikt by sobie czegoś takiego nie wyobraził! To ona, to dla niej typowe!

- No cóż, pani Brommen, jeśli pani tak uważa, może pani mieć racje. Ale ja myśle, że powinniśmy zostawić ojca w spokoju. Niech odpocznie. On jest strasznie skołowany.

- Masz racje, Riko! Nie zrobimy jej tej przyjemności, nie damy jej powodu, żeby go bardziej straszyła. Niech zostanie tam, gdzie jest. To jej miejsce. A w niedziele wybiore sie do niej na cmyntarz i zaniose jej kwiaty, może to ją ułagodzi.

- Niech pani tak zrobi, pani Brommen, to dobry pomysł. Dobranoc, pani Brommen! Dobranoc, Karolu! Śpij dobrze!

- Ty także, Riko!

- To twoje łóżko, chłopcze! - powiedziała pani Brommen, gdy ze świecą w dłoni zaprowadziła Karola do mansardy, pod której stromym dachem stały dwa łóżka. Jedno umieszczono tuż pod skosem, więc nie będzie się dało na nim usiąść, od razu się domyślił. - Drugie łóżko jest Ernesta, jeszcze go nie ma. Ubrania połóż na łóżku, będzie ci cieplej. Troszkie ciągnie przez dach. No, młody jesteś, nic ci nie będzie. To dobranoc!

- Dobranoc, pani Brommen!

Łóżko było zimne i wilgotne. Karol Siebrecht myślał, że zaśnie od razu, ale aż się trząsł z zimna. Wiatr tak mocno uderzał o dach, że bez względu na to, jak ściśle otulał się kocem, zawsze znalazła się jakaś dziura, przez którą właziło lodowate zimno. W końcu jednak zasnął. Zasnął i zobaczył nad sobą białą, jakby obsypaną mąką twarz piekarza Ernesta, który jedną ręką niemal całkiem osłaniał płomień świecy, jednak wąski pasek światła raził go w oczy. Mocno zamrugał.

- Hej, ty! - szepnął piekarz. - Robiłeś już cóś z tą małą?

"Ja chcę tylko spać - pomyślał. - Czego on ode mnie chce?" Może nawet powiedział to głośno.

- Robiłeś cóś z Riką? - szepnął znowu piekarz. - Tak dziwnie na ciebie patrzyła, na mnie nigdy tak nie patrzy. - Szturchnął Karola. - Słyszysz, towarzyszu?

Ale pomimo szturchnięcia Karol Siebrecht był przekonany, że tylko śni. Obrócił się do ściany.

- Ostrzegłem cie - powiedział jeszcze tamten. - Jak cóś zauważe, to powiem staremu, a stary cie zabije! - Ale to był tylko sen, sen, sen. To nie działo się naprawdę.

A następnego ranka Karol Siebrecht niczego nie pamiętał. Tylko piekarza, którego jeszcze poprzedniego wieczoru całkiem lubił, jakoś nie mógł już strawić. Nie miał pojęcia dlaczego.

8. W poszukiwaniu pracy

Wydawało mu się, że dopiero co zasnął, a już Brommen zerwała z niego koc i zawołała:

- Wstawaj, masz iść do pracy ze starym Buschem! Rika tu była!

Karol Siebrecht zerwał się i uderzył o krokiew, aż zatrzeszczała mu czaszka. Przez małe wąskie okienko nie wpadało jeszcze światło dnia, ale łóżko piekarza było już puste. Karol w samych spodniach poczłapał do kuchni i obmył się w zimnej wodzie. Brommen odwróciła się do niego plecami.

- Nie wstydź sie i nie krępuj - powiedziała. - Nie będe patrzeć. Boziu, jeszcze zęby myjesz? Musze opowiedzieć Rice, takiego wytwornego lokatora to jeszcze nie miałam. Napij sie kawy, chłopcze, stary Busch musi być o ósmej na placu budowy, bo dopiero wtedy świta, ale musi być punktualnie.

Kawa smakowała inaczej niż ta przygotowywana przez Minnę, a masło nie było masłem, tylko margaryną, jednak Karol Siebrecht miał apetyt młodego człowieka i wszystko zjadł ze smakiem.

- No, miło jak któś ma apetyt! - powiedziała gospodyni. - A tera idź, drogie do Buschów chyba znajdziesz.

Wcale nie było tak łatwo odnaleźć drogę, którą szedł późną nocą. W słabym świetle nadchodzącego dnia podwórza wydawały się jeszcze ciemniejsze i jeszcze bardziej ponure. Liczba wejść skonfundowała Karola. Dopiero gdy wszedł po schodach na najwyższe piętro, zorientował się, że się pomylił; musiał zejść i wejść z powrotem. Gdy Rika otworzyła mu drzwi, dyszał ze zmęczenia. To znowu była ta inna, dziecinna Rika z tornistrem na plecach.

- Muszę do szkoły, bo inaczej znowu będziem musieli płacić kare. Tilda musi zostać sama, będzie ryczeć. Ale powiem naszej pani, że ja nie mam tyle czasu na szkołę co inni. Powodzenia, Karolu!

Podała mu rękę i już zbiegała po schodach. Karol Siebrecht popatrzył za nią. Nagle czekający go dzień wydał mu się bardzo szary bez tej małej, radosnej przyjaciółki.

Murarz Busch siedział przy stole, już w bielusieńkiej czapce na głowie, i karmił Tildę z talerza.

- No, Tildo - powiedział - to jest ten młodzieniec, dzień dobry, młodzieńcze! Połóż sie jeszcze do łóżeczka i pobaw sie laleczką.

Już przy pierwszych słowach dziewczynka zaczęła szlochać, a na koniec zapłakała na cały głos. Przez chwilę duży i silny mężczyzna stał niezdecydowany z rozgniewanym, rzucającym się dzieckiem na rękach i patrzył swymi jasnymi, mglistymi oczami na Karola, jakby prosząc o pomoc, a potem wymamrotał:

- To nic nie da, Tildo! Płacze nikomu z nas nie pomogą.

Zniknął z dzieckiem w pokoju, płacz stał się jeszcze głośniejszy. A potem stary Busch szybko wrócił, wziął swój plecak, w którym zabrzęczały murarskie narzędzia, i wcisnął chłopcu do ręki jakąś paczkę.

- To twoje kanapki, mały!

Wyciągnął go za drzwi. W samą porę, bo w drzwiach pokoju pojawił się rozwścieczony krasnal o imieniu Tilda i zaczął biec w ich stronę. Lecz Busch już zamknął drzwi i przekręcił klucz. Zdumiewające było, ile hałasu potrafi zrobić mała dziewczynka, wrzeszcząc i dobijając się do drzwi! Stary Busch znów ciężko westchnął i nie mówiąc ani słowa do towarzysza, zaczął schodzić po schodach. Karol Siebrecht w milczeniu ruszył za nim.

Jeśli chłopak sądził, że Busch powie mu choć słowo na temat tego, dokąd idą i na czym będzie polegać ich praca, to się mylił. Mężczyzna szedł spokojnym, jakby nieobecnym krokiem, jakby nogi niosły go same, bez udziału głowy, i nawet jeden raz się na niego nie obejrzał. I zatrzymał się tak niespodziewanie, że Karol wyprzedził go o kilka kroków. Busch dołączył do ludzi stojących na przystanku.

- Pojedziemy tramwajem, panie Busch? - zapytał Karol, któremu zależało na przerwaniu przytłaczającego milczenia.

Mężczyzna pogrzebał w plecaku, wyjął krótką fajkę, napełnił ją dokładnie tytoniem, zapalił, kilka razy pociągnął i kompletnie zapomniał o pytaniu i o pytającym. Stał jednak nadal na przystanku, więc Karol założył, że jednak pojadą tramwajem. I tak się stało. Jakiś tramwaj już odjechał, ale Busch wszedł na jezdnię, wsiadł do następnego zatrzymującego się pojazdu i przepchnął się na przednią, pełną ludzi platformę, więc Karol szybko wskoczył za nim. Mijali szare ulice, które chłopcu wydały się trudne do odróżnienia; tuziny, setki, tysiące domów, wszystkie całkiem szare w listopadowej mżawce, jeden tak podobny do drugiego. I ludzie też wszyscy szarzy, wszyscy zgorzkniali albo zawzięci, wszyscy milczący...

A wtedy murarz Busch wysiadł. Tutaj Berlin był odrobinę weselszy. Rzędy porządnych pięciopiętrowych czynszówek miały luki, w których mieściły się place budów, składowiska drewna lub węglowych brykietów, wysypiska gruzu, a od czasu do czasu nawet kawałek pola, które wyblakłe, jakby skazane na wymarcie, rozciągało się pod szarym listopadowym niebem. Murarz Busch wciąż nie powiedział do Karola ani słowa. Nadal szedł nieobecnym krokiem, nie pozdrawiał innych murarzy, którzy podobnie jak oni zmierzali na budowy. Wołali od czasu do czasu:

- To co, bumelujemy sobie, Walter?! - Lecz on patrzył na ziemię przed sobą i jakby ich nie słyszał.

Dwa czy trzy razy skręcili za róg i szli teraz niewybrukowaną, piaszczystą, rozjechaną drogą. Tutaj nic jeszcze nie wybudowano, były tam pola, były altanki, były piaskownie, znowu mnóstwo gruzu i śmieci, a nagle tuż przed nimi pojawił się całkiem spory kwartał domów w różnym stopniu zaawansowania budowy: wzniesione do połowy, do końca, ale bez dachu, albo już gotowe, z oknami i drzwiami. Stało tam już nawet parę nędznych wozów przeprowadzkowych, zapchanych używanymi meblami biedoty. W niektórych oknach świecił czerwony żar koksowników, które miały wysuszyć wciąż mokre ściany. To było miejsce pracy Buscha. Inni murarze weszli do długiej szopy, by odłożyć torby. Busch został, ze spuszczoną głową, obok mężczyzny z wąsami, który miał na sobie podobną kurtkę jak Karol Siebrecht. Chłopak się domyślił, że jest to ktoś w rodzaju majstra albo brygadzisty. Mężczyzna rozmawiał z kimś innym, kto trzymał w ręku bat, więc był pewnie woźnicą. W końcu się odwrócił i spojrzał na cierpliwie czekającego Buscha.

- Czego tam, Busch?! - zawołał.

Busch ani drgnął.

Brygadzista podszedł nerwowo o krok.

- Chyba dostaliście swoje papiery i swoje pieniądze, Busch?! - wrzasnął. - Znikajcie mi stąd! Tutaj nie ma już dla was żadnej pracy! - Murarz stał jak wcześniej, ze spuszczoną głową, ze wzrokiem wbitym w ziemię. Majster wrzasnął, zbliżywszy się o kolejny krok: - Nie dam wam się już więcej wodzić za nos, Busch! Tak, domyślam się, że teraz żałujecie! Ale to wam nic a nic nie pomoże. Znowu zostawicie mnie na lodzie, akurat gdy robota będzie nam się palić w rękach!

Busch uniósł wzrok, swój rozmyty wzrok, który zdawał się niczego nie dostrzegać. I stał tak, ucieleśnienie siły, z rudawą brodą, z różową cerą dziecka i tak samo jak dziecko niewinny.

- Znowu zostawicie mnie na lodzie, akurat gdy robota będzie nam się palić w rękach! - zawołał brygadzista.

A murarz Busch odpowiedział zupełnie bez sensu:

- Tak, proszę pana!

- Że też nie potraficie dać sobie spokoju z tym piciem, Busch! - wrzasnął znowu majster i podszedł o krok bliżej. - Taki facet jak wy, taki zdolny, ile wy moglibyście zarobić, gdybyście porządnie pracowali! Ale tak? - Bez słowa popatrzył na stojącego przed nim robotnika. A potem wzruszył ramionami. - Przykro mi, Busch, ale nie mogę was znowu zatrudnić. Szef urwałby mi głowę. Miłego dnia! - Odwrócił się i ruszył na budowę.

Karol Siebrecht stał pół kroku za zwolnionym. Wzrok brygadzisty przesunął się po nim, ale nie zatrzymał. W sercu młodzieńca mieszały się gniew i współczucie. Tego rodzaju sceny nie były mu obce. Jego ojciec też nieraz musiał obsztorcować na budowie leniwego albo pijącego pracownika. Ale to ogromna różnica, czy stoi się za besztanym, czy za besztającym! Tutaj, przy budowie, na której już wszędzie stukały młotki, żwir spadał na drewniane rusztowania, łopaty mieszały w wiadrach chlupoczącą zaprawę, tutaj, w obliczu pracy, która dawała chleb setkom ludzi, ale nie jemu, uświadomił sobie, jak nisko stoi, jak wysoko musi się wspiąć, jak dramatycznie zmieniło się jego życie w ciągu kilku dni.

Murarz Busch wciąż stał ze spuszczoną głową. Nawet nie drgnął, odkąd odszedł brygadzista. Ale młodzieniec zadarł głowę, spojrzał na ten ideał cierpliwości, a potem poszukał wzrokiem brygadzisty na rusztowaniu i zaczął się wspinać po drabinie. Umiał to, po rusztowaniach wspinał się już jako brzdąc, biegał po drabinach jak budowlaniec, szybciej i pewniej niż kot. Majster zauważył, że zbliża się ktoś obcy. Gdy Karol Siebrecht pojawił się na drabinie na czwartym piętrze, od razu powiedział:

- To nie ma sensu, chłopcze. Nie zatrudnię z powrotem twojego ojca.

- Ale może zatrudni pan mnie jako pomocnika, zrobię wszystko!

- Takimi rękoma?!

- Kiedyś trzeba zacząć. Znam się na budowie.

- To już zauważyłem po tym, jak się wspinasz. Skąd jesteś?

- Mój ojciec też był... brygadzistą. Ale nie żyje.

- Więc musisz pracować? Chodziłeś do szkoły?

- Tak.

- Chłopcze, to nie dla ciebie. Idź do jakiegoś biura.

- Gdzieś trzeba zacząć! Muszę zarabiać. Niech mi pan pozwoli zacząć tutaj!

Brygadzista się zastanowił.

- A skąd się wziąłeś u Buscha?

- Moja gospodyni mieszka w tym samym domu. Myśleliśmy, że będzie mógł załatwić mi pracę.

Majster obejrzał sobie chłopca jeszcze raz, od góry do dołu. Zawahał się.

- Z takimi delikatnymi młodzieńcami to zwykle są kłopoty...

- Nie jestem delikatnym młodzieńcem!

Wzrok brygadzisty spoczął, najpierw bez większej uwagi, na sztruksowych spodniach chłopaka.

- Po spodniach poznaję, że nie oszukujesz - powiedział ze śmiechem. - To są spodnie majstra.

- Tak, to spodnie ojca.

- Dobrze więc, idź tam, pod te drzwi, gdzie stoi wóz przeprowadzkowy, będę tam za pięć minut. Ale za pierwszy tydzień nie dam ci więcej niż dziesięć marek, najpierw muszę sprawdzić, ile jesteś wart.

"Dziesięć marek za tydzień na pewno jestem wart!" - pomyślał chłopak, mijając murarza Buscha, który wciąż cierpliwie i niewzruszenie stał na tym samym miejscu. Może to niewiele, ale zawsze jakiś początek, uznał.

- Chce mnie zatrudnić, panie Busch - powiedział, przechodząc obok.

Mężczyzna uniósł wzrok, w którym pojawiła się odrobina życia.

- Nic nie mów mojej córce o tym tutaj - szepnął.

- Oczywiście, że nie, panie Busch - odpowiedział Karol Siebrecht i podszedł do wozu przeprowadzkowego.

Zdejmowali z niego jakąś szafę, a potem komodę. Chłopak od razu się przydał. Był tam mężczyzna, wysoki, z zapadniętymi, szarymi policzkami, i kobieta, która wydawała się tak słaba, jakby się miała zaraz przewrócić. Cały czas kasłała. Przyjęli pomoc Karola bez słowa podziękowania z jakąś ponurą oczywistością. W pewnym momencie, gdy kobieta wstrząsana nieustającym kaszlem oparła się o ścianę, mężczyzna powiedział z zaciętym wyrazem twarzy:

- To jest dziewiąte mieszkanie, które osuszamy. Nie sądzę, żeby przeżyła dziesiąte.

- Co robicie? - zapytał Karol Siebrecht.

- No jak to co? Nie wiesz? Pewnie nie wiesz, z takiemi aksamitnemi łapkami. Żyjemy w mieszkaniach, żeby je osuszyć dla tych, co to płacą czynsz. My nic nie płacim, a suchoty dostajem gratis! Dlatego nazywają nas suszakami, bo ciągle siedzim w wilgoci!

- A to tak wolno!? - wykrzyknął Karol Siebrecht. - Przecież to was wykończy!

- Myślisz? - zapytał mężczyzna, a w jego szarych, pozbawionych nadziei oczach pojawiła się iskierka ponurej drwiny. - Jakbyś nie miał takich aksamitnych rączek, tobyś wiedział, że takim jak my to wolno tylko zdychać, chłopcze, i nic więcej! No, łap się, wniesiemy tę szafę!

Karol Siebrecht był pod takim wrażeniem, że od razu zapytał przybyłego brygadzistę, czy coś takiego jest dozwolone. Majster tylko rzucił okiem na jego młodą, zaczerwienioną z oburzenia twarz.

- To nie moja sprawa - powiedział szorstko. - Ja tu buduję, a co się potem dzieje z tymi budynkami, to nie moja sprawa. I twoja też nie. - I dodał już łagodniej: - Zatrudniłem Buscha z powrotem. Szef się wścieknie, ale nie mogę go tak po prostu zostawić!

- Bardzo dziękuję - powiedział Karol.

Weszli do świeżo ukończonego budynku. Wszystkie okna i drzwi były szeroko otwarte, a wiatr aż gwizdał po pomieszczeniach, w których stały wielkie kosze z żarzącym się i trzaskającym koksem.

- Osuszamy najpierw tutaj, dla suszaków - oznajmił majster z pochmurnym uśmiechem. Zagwizdał głośno na dwóch palcach. Po chwili przydreptał niski, garbaty mężczyzna w średnim wieku, czarno-szary od dymu i węglowego pyłu, ze zwisającymi, długimi rękoma. - Edwin, to jest chłopak, który będzie ci pomagał w noszeniu koksu. Każ mu robić, co trzeba. Powiedział, że może robić wszystko. I dopilnuj, żebyście szybko skończyli na piątym piętrze, w następnym tygodniu ma być już zamieszkane. No dalej, chłopcze, Edwin wszystko ci pokaże. I jeszcze jedno, Edwinie! Tylko żebyś z tym chłopakiem nie intrygował jak zwykle! Tym razem jeśli ktoś wyleci, to będziesz to ty! - I brygadzista odszedł.

9. Do roboty! I z roboty!

Mały garbus ze zwisającymi jak u goryla rękoma stał przed Karolem Siebrechtem i w milczeniu patrzył na niego z ukosa. Białka jego oczu zaznaczały się mocno, były to jedyne jasne punkty na jego poczernionej węglem twarzy, wyglądał przez to bardzo groźnie! Po chwili, gdy Edwin był już całkiem pewien, że majster sobie poszedł, zapytał:

- No, coś ty za jeden?

- Taki sam jak i ty! - roześmiał się Karol Siebrecht.

- Nie powiedziałbym! Jesteś krewnym majstra?

- Nie!

- To pewnie jakimś przyjacielem?

- Nic z tych rzeczy!

Garbus się zamyślił. A potem powiedział:

- W takim razie znasz szefa! Znasz szefa?

- Też nie. Na oczy go wcześniej nie widziałem.

- To kogo znasz na budowie?

- Nikogo. Oprócz starego Buscha.

- Przecież jego wywalił!

- Ale dziś znowu go przyjął!

- Przyjął go? Naprawdę?

- Przyjął! Naprawdę!

- I ciebie też przyjął? A skąd ty znasz majstra?

- Wcale go nie znam.

- Musisz go znać! Mam cię przecież łagodnie traktować, jeszcze o nikim tak nie powiedział.

- Wcale nie musisz mnie traktować inaczej niż innych!

- Nie powiedziałbym. Wcale bym tak nie powiedział. - Garbus westchnął. A potem dodał z naciskiem: - Chłopcze, powiedz mi, dlaczego on cię zatrudnił?

- Prawdopodobnie dlatego, że mu się zrobiło mnie żal, ponieważ jestem bez pracy.

- I jeszcze go łagodnie traktować! - Garbus westchnął, coraz bardziej zatroskany. - Widzę przecież, że jesteś lipny...

- Jaki jestem?

- Tylko nie chcesz się przyznać. Dobra, zostawmy to, ale mówię ci. Jak ktoś coś na mnie nagadał, to kłamał. - Coraz bardziej się denerwował. - Tutaj nic nie wywąchasz! Nie zwinąłem ani odrobiny koksu! Kto tak mówi, kłamie. Ani niczego innego.

- Nie jestem szpiegiem brygadzisty.

- A widzisz! Teraz się wydało! Jesteś szpiegiem szefa! Od razu rozpoznałem po twoich łapkach, jak tylko zobaczyłem te twoje łapki, pomyślałem sobie: "ten wygląda, jakby był z biura, ten przyszedł tu węszyć!".

- Ależ naprawdę nie! Nie wiem nawet, jak się ten szef nazywa!

- Nie powiedziałbym. Ja jestem uczciwy do szpiku kości! U mnie niczego nie wywęszycie! Chcecie sobie pobrudzić te piękne rączki?! Pokażę wam wszystko, a potem usiądziecie sobie gdzieś w cieple i powiecie szefowi: Edwin to uczciwy człowiek. I możecie to powiedzieć z czystym sumieniem, nie brudząc sobie łapek.

Karol Siebrecht zdjął kurtkę.

- Zacznijmy już z robotą. To wszystko twoje wymysły, Edwinie! Gdzie składujecie koks? Mieliśmy zacząć od piątego piętra... - Garbus patrzył na niego tak zrozpaczonym wzrokiem, że Karol się roześmiał. - Naprawdę! Ja pracuję. Za tydzień mam dostać dziesięć marek, a ty ile dostajesz, Edwinie?

Edwin westchnął ciężko.

- Nie wierzę ci! Ale jak się koniecznie chcesz pobrudzić! Tyle że i tak nic nie wyniuchasz!

I rzeczywiście zaczęli wnosić na górę kosze z koksem, przekładać żar z jednego kosza do drugiego, rozniecać go miechem, nosić z piwnicy opał do koksowników. To była właściwie przyjemna robota, majster mógł znaleźć dla Karola coś gorszego i trudniejszego. Koks miło trzaskał w koszach, czerwony żar przyjemnie rozświetlał i ogrzewał zimne listopadowe powietrze, skórzany miech sympatycznie trzeszczał i skrzypiał, a ciepły powiew gładził Karola po twarzy i rękach... A teraz z powrotem w lodowaty przeciąg klatek schodowych i korytarzy, obok otwartych okien, w dół, do ciemnej, wilgotnej piwnicy z koksem, napełnić kosz i z powrotem truchcikiem do ciepła, do delikatnego żaru, do przyjemnego skrzypienia.

Gdyby nie ten przeklęty karzeł, ten cały Edwin! Raz po raz, w samym środku roboty, w najlepszym momencie zaczynał:

- Powiedz mi w końcu, kto cię tu przysłał. No, żebym wiedział!

Aż Karol Siebrecht uznał, że ma dość tych bredni, i wrzasnął rozzłoszczony:

- Musisz mieć bardzo nieczyste sumienie, Edwinie, że tak ciągle o tym gadasz! Zamknij się wreszcie albo naprawdę powiem majstrowi, jak mnie tutaj męczysz tymi swoimi bredniami!

Od tej pory długoręki karzeł milczał. Rozdzielił się nawet z Karolem, wskazał mu piętro, którym miał się zająć sam, a mimo to Karol raz po raz przyłapywał go na tym, że stoi pod drzwiami i obserwuje go ze zwisającymi ramionami i wytrzeszczonymi oczami, jakby dzięki takiej obserwacji mógł rozgryźć, kim jest jego nowy pomocnik. Zaskoczył nawet karła w chwili, gdy wziął jego kurtkę. Przełożył ją sobie przez kolano i zaczął grzebać czarnymi łapskami w portfelu Karola.

To było po przerwie śniadaniowej. Karol wykorzystał ją, żeby zajrzeć szybko do suszaków, czy nie potrzebują jeszcze jakiejś pomocy. Potrzebowali, i to jak! Kobieta, już zupełnie wycieńczona, leżała w łóżku i trzęsła się cała, a mężczyzna próbował pozamykać wypaczone okna, rozpalić w piecu porąbaną skrzynką i ugotować dla żony coś ciepłego. Karol Siebrecht nie zastanawiał się długo. Odrobina drewna ze skrzynki dała błyskawiczny, ale szybko gasnący, papierowy ogień, przyniósł więc z piwnicy naręcze rozpałki i kosz węgla, nie zastanawiając się nawet, czy mu wolno. Uznał, że to słuszne, i było mu wszystko jedno, czy garbus to zauważy. Było mu też obojętne, że żadne z suszaków mu za to nie podziękowało, że mężczyzna powiedział nawet: "Wcale cię o to nie prosiłem, pamiętaj!". Karol Siebrecht nie zrobił tego dla podziękowań.

Gdy jednak wrócił spóźniony z przerwy śniadaniowej i zastał karła Edwina ze swoim portfelem w łapach - a w portfelu oprócz paru nieistotnych rzeczy znajdował się przecież aster Eryki Wedekind - ogarnął go gniew. Nie minęły nawet dwadzieścia cztery godziny, a małe miasteczko i niewinna młodość wydawały się już takie dalekie, takie odległe. Lecz Eryka Wedekind mocno w nim siedziała, z tą swoją ufną, na wpół otwartą buzią dziecka, jakże często podczas pracy jodłował na bawarską modłę "Riariatiritiro!" i wcale nie miał na myśli alpejskiego górala... Wyrwał Edwinowi portfel z ręki i wrzasnął na niego:

- Koniec z tym twoim węszeniem, Edwinie! Jeśli jeszcze raz cię na czymś takim przyłapię, pożałujesz!

Garbus w końcu chyba się przekonał, że jego nowy pomocnik to nikt inny, jak po prostu nowy pomocnik. Wcale niezakłopotany wstał i burknął:

- Niby kto pożałuje, młody? Przypilnuj lepiej swojego ognia, bo wszystko zadymi! A tak w ogóle już prawie kwadrans po śniadaniu. - I poszedł sobie, groźnie pomrukując.

Chłopak pracował dzielnie dalej, coraz głośniej podśpiewując sobie "Riariatiritiro!", nikt przecież nie mógł wiedzieć, o kim przy tym myśli. A im bliżej było pory obiadowej, im bardziej bolały go mięśnie od pracy, do jakiej nie przywykł, im bardziej paliły go stopy, tym szybciej pracował: nie podda się! Miał zarobić dziesięć marek za tydzień i zasłuży na nie!

Około dwunastej, tuż przed przerwą obiadową, w budynku podniósł się jakiś hałas. Mieli gości. To sam szef, ze sterczącym brzuchem, w futrze, głośny w mowie i zachowaniu. Ach, ojciec Karola Siebrechta był zupełnie innego rodzaju przedsiębiorcą, rozmawiał ze swoimi pracownikami tak, że można było wyczuć, że kiedyś też był zwykłym murarzem. Mówił ich językiem, nie zapomniał ich trosk. I dlatego też nigdy nie dorobił się futra ani całego kwartału budynków z setkami mieszkań. Pan Kalubrigkeit umiał tylko pomstować, cokolwiek by zrobiono, zrobiono źle.

- To jest ten chłopak, którego ściągnęliście mi na głowę, majstrze?! - rozdarł się. - Ja nie jestem instytucją dobroczynną! Co niby mam zrobić z takim chłoptasiem?

- Jest tani, panie Kalubrigkeit - odpowiedział obojętnie majster, który był przyzwyczajony. - A jak się wdroży, da radę zrobić tyle co dorosły.

- Ciągle z wami kłopoty! Najpierw Busch, a ja przecież wyraźnie zakazałem go zatrudniać, a teraz jeszcze ten chłystek! Nie gap się tak, młody! Nie widzisz, że ogień się nie pali?! Stoi i wytrzeszcza oczy! A tak w ogóle, co tu niby jeszcze trzeba suszyć? Mieszkanie jest suche! - Jakiś wysoki pan o ostrych rysach twarzy, ale ciemnych, przyjaznych oczach zauważył, że na ścianach wciąż są plamy wilgoci. - Też coś! Ściany się pocą. Tak już jest, jak wilgoć wychodzi. Od kiedy ogrzewacie to mieszkanie, mały? To wszystko kosztuje! Co?

- Jestem tu dopiero od dziś rana.

- Trzeba się było zapytać! Niech przyjdzie tutaj ten drugi, jak on się tam nazywa, ten czarny garbus! Napalone tutaj w cały świat, bez sensu. Majster!

- Ogrzewamy tu dopiero od wczoraj.

- Też coś, od wczoraj! Tak tylko mówicie! Bo koksu przecież dużo, oczywiście, Kalubrigkeit zapłaci za nowy! Niedługo zacznę ogrzewać cały Berlin! No, gdzie ten karzeł?

Edwin już dotarł. Ze zwisającymi ramionami i okrągłymi plecami stał przed szefem i wywracał oczami.

- No, od kiedy tu grzejecie, jak ty się tam nazywasz?

- Edwin! Edwin Raabe, panie szefie - zaskrzeczał garbus i rzucił okiem na brygadzistę. - Grzejemy tutaj...

- Nie patrz na majstra! Patrz na mnie. Od kiedy ogrzewacie tę część?

- Myślę, myślę, ja mam taką kiepską pamięć...

- To nie grzejecie tutaj dopiero od wczoraj? - zapytał nagle wykręcającego się od odpowiedzi garbusa wysoki pan o ciemnych oczach.

- Błagam cię, szwagrze! - wykrzyknął pan Kalubrigkeit. - Trzymasz po kryjomu z tą bandą? Oczywiście grzejecie tu pewnie od wtorku albo i od poniedziałku! Ale ja was przyłapię, a jak was przyłapię, to wywalę was wszystkich naraz, a pana pierwszego, panie majster!

- Już nieraz mnie pan wywalał, panie szefie! - odparł obojętnym tonem brygadzista. - A ściany są jeszcze mokre. Jak potem przyjedzie nadzór budowlany i będą problemy, to pan mnie znowu wyrzuci, ale tylko przed tamtymi panami, że niby za mało ogrzewałem.

- W końcu wywalę cię po raz ostatni - mruknął pan Kalubrigkeit. Obejrzał się i znalazł kogoś, na kim mógł wyładować swoją złość. - A ten przeklęty nicpoń jeszcze tam stoi! - wrzasnął. - Stoi i się gapi! Od dziesięciu minut stoi tutaj i się gapi! Za moje pieniądze! Co to ma być? - krzyknął do Edwina Raabe. - Patrz na mnie, nie na majstra! Ten nicpoń coś tu robi, czy tylko się gapi?

Garbus się obruszył.

- Robi, robi, panie szefie - powiedział i nagle jakby się zdecydował: - Ale z przerwy śniadaniowej wrócił kwadrans spóźniony, taka jest prawda, panie szefie, a ja jestem człowiek uczciwy!

- Ach tak, po śniadaniu kwadrans spóźniony, a teraz znowu dziesięć minut gapienia się! Wspaniałe miejsce pracy, Kalubrigkeit jest taki durny, że przecież zapłaci! Wszystko za moje pieniądze! Gdzieżeś był na tym śniadaniu?

- U tych suszaków obok - zaczął Karol Siebrecht, który już wyrobił sobie opinię o szefie. Od pierwszej chwili nienawidził przedsiębiorcy Kalubrigkeita.

- Lepiej o nich nie wspominaj, młody! - wrzasnął majster.

- A co z suszakami? - zapytał niemal łagodnym tonem pan Kalubrigkeit.

- Milcz, chłopcze!

- Hańba - odparł Karol niemal uroczystym tonem. - Hańba dla pana i śmierć dla tych ludzi! Ta kobieta właściwie jest martwa, a mężczyzna też długo nie pociągnie. Ściany są wilgotne, nie aż tak jak tutaj, gdzie jest już tak pięknie sucho, panie szefie, ale ręka jest mokra, gdy się nią przejedzie po ścianie. A okna są tak wypaczone, że nie da się ich ani otworzyć, ani zamknąć. Ta kobieta już nieraz zasłabła, a teraz wykasłuje sobie płuca.

- A on zatargał im cały kosz koksu i dwa naręcza rozpałki - zaskrzeczał karzeł.

- Tak zrobiłem! - wykrzyknął chłopak. - Ale zapłacę, panie, wcale nie chcę, żebyście wy im to dali! Proszę pana - Karol zwrócił się do wysokiego mężczyzny o ciemnych oczach. - Pan wygląda na innego człowieka, jak pan może patrzeć na to, jak ludzie umierają w tych wilgotnych norach?

- Mój miły przyjacielu - powiedział mężczyzna, nieco zakłopotany mimo całej swojej pewności siebie. - Obawiam się, że żaden z nas nie jest w stanie rozwiązać problemów społecznych...

Przerwał mu jego szwagier, przedsiębiorca Kalubrigkeit. Z głośnym wrzaskiem rzucił się na chłopaka.

- Toż to anarchista! Toż to czerwony podjudzacz! Wynocha! Wynocha z mojej budowy! Natychmiast wynocha z tej budowy! I jeszcze do tego złodziej! Trzeba to zgłosić na policję! Nie, lepiej nie! Nie chcę hałasu w gazetach. Ale niech go pan wyrzuci, majstrze! Spadaj stąd, nicponiu! Albo własnoręcznie zrzucę cię ze schodów!

- Ile - zapytał rozgniewany Karol Siebrecht lodowatym tonem - ile to kosztuje?

- Co? O czym on mówi? Czego on chce?

- Ile kosztują koks i drewno, chciałbym za nie zapłacić, panie Kalubrigkeit!

- Tego suszaka też wywal! Niech się przekona, co osiągnął swoją bezczelnością! I Buscha też pan zwolni, panie majstrze! A pana...

- Mnie też pan oczywiście zwolni, szefie!

- Nic takiego nie powiedziałem! Chcielibyście! W środku najpilniejszej roboty, tuż przed mrozami! Ten chłopak jeszcze tu jest?!

- Idź, synu - szepnął wysoki pan stojący obok Karola. - Tylko szkodzisz swoim przyjaciołom. Zajmę się nimi. A dziś po południu, o czwartej, Kurfürstenstrasse siedemdziesiąt dwa, von Senden. Zapamiętasz?

- Tak.

- No to zmykaj!

I tak Karol Siebrecht zakończył swoją pierwszą pracę.

10. Żal

- No i masz! - rzucił naprawdę rozzłoszczony majster, gdy Karol Siebrecht, już umyty i odziany w kurtkę, odchodził z budowy. - Buscha też wyrzuciłem, patrzył na mnie jak zarzynane cielę. Jak go znam, to siedzi w najbliższej knajpie i zostanie tam, aż wyda ostatni grosz. Jak możesz, to zabierz go ze sobą, ale pewnie ci się nie uda.

- A gdzie on jest? - zapytał Karol Siebrecht.

- Koło przystanku tramwajowego. W Zielonym Drzewie. Ale pewnie z tobą nie pójdzie. - Majster trochę się uspokoił. Nagle podał chłopakowi dłoń: - No to powodzenia, chłopcze! Nie myśl, że cię nie rozumiem. Rozumiem cię doskonale. Kalubrigkeit to drań! Jest teraz u suszaków. Cóż, zapomnij o nim, widzisz, co mogą zrobić tacy jak my!

- W takim razie muszę stać się kimś, kto może coś zrobić - odparł zdecydowanie Karol.

Majster się roześmiał, ale jakoś ponuro.

- Nie zapomnij o swoich zamiarach! To długa droga i łatwo o czymś zapomnieć.

- Ja również wam dziękuję, majstrze! - powiedział chłopak i opuścił budowę.

Obejrzał się na chwilę na nowe budynki, w których pan Kalubrigkeit pomstował teraz pewnie na suszaków. Siebrecht nadal był pełen energii, chętnie poszedłby tam i jakoś im pomógł. Tylko że teraz wiedział, że to jego "jakieś pomaganie" prędzej szkodzi, powinno być bardziej skuteczne. Wysoki pan z ciemnymi oczami obiecał mu zresztą, że się nimi zajmie. Co jednak oznaczała taka obietnica, szczególnie jeśli padła z ust szwagra pana Kalubrigkeita, nad tym Karol Siebrecht wolał się w tym momencie nie zastanawiać. Jego celem było teraz Zielone Drzewo z pijącym samotnie murarzem Walterem Buschem. Szybko odnalazł jedno i drugie, i Zielone Drzewo, i Buscha. W knajpie panował o tej porze spokój po przerwie obiadowej. Busch siedział sam przy drewnianym stole, na ławce obok niego leżał zakurzony plecak z narzędziami, a na stole przed nim stała wielka szklanka wódki. Lecz Busch jeszcze jej nie tknął.

Karol Siebrecht dotknął ramienia murarza.

- Panie Busch - powiedział. - Może pojedziemy razem do domu? Tilda na pewno się ucieszy, jak pan wróci, a Rika, to znaczy pańska córka, też już może jest w domu. - Za późno sobie przypomniał, że Rika to dla tego mężczyzny ktoś inny.

- Rika? - zapytał Busch i uważnie na niego popatrzył. - Naprawdę myślisz, że na mnie czeka?

- Oczywiście! - odparł chłopak.

- W takim razie! - powiedział murarz i wstał. Zapomniał i o plecaku, i o wódce. Lecz Karol Siebrecht już chwycił plecak. W drzwiach Busch zwrócił się do niego. - Jesteś pewien tego z Riką? - zapytał i popatrzył na chłopca, tym razem patrzył swoimi rozmytymi oczami prosto na niego.

A chłopcu znów spłatała figla jego szczerość. Wystarczyłoby, żeby powiedział "tak", i murarz pewnie by z nim poszedł. Ale wydało mu się podłe, żeby tak zwodzić tego zagubionego człowieka, więc powiedział:

- Tak, myślę, że pańska córka już wróciła ze szkoły, panie Busch.

- Ach tak - powiedział mężczyzna i jakby zgasł. Niewidzącym wzrokiem przesunął wokół. Nie zrobił ani kroku dalej.

- Chodźmy, panie Busch! - nalegał Siebrecht. - Chodźmy do domu. Jutro znajdziemy inną robotę.

Lecz mężczyzna, który zdawał się niczego nie widzieć, już spostrzegł porzuconą szklankę wódki na poplamionym blacie. Odsunął chłopca na bok, jakby ten nie był człowiekiem, tylko jakimś meblem, który znalazł się na jego drodze. Podszedł do stołu i na stojąco opróżnił szklankę do dna. Poszedł do baru, podał ją barmanowi. Gdy ten ją napełniał, Busch położył na kontuarze pieniądze. I znów stojąc, tym razem przy barze, wypił wszystko. I znowu podał ją barmanowi, znowu sięgnął po pieniądze... Chłopiec w milczeniu wyszedł z knajpy.

"To nie najlepszy początek - pomyślał. - To zdecydowanie nie jest najlepszy początek. Od wczorajszego wieczoru, od zajścia z szewcem Frycem Krullem wszystko robię na opak. Jak to możliwe, że taka Rika wszystko robi dobrze, a ja wszystko robię źle? Chyba jestem głupi. Nie rozumiem ludzi i nie rozumiem życia, wszystko robię na odwrót. Rika nie kłamie i nie pochlebia, a i tak wszystko jest u niej jak trzeba. Jak miałem wyciągnąć starego Buscha z knajpy, nie kłamiąc? I jak mogłem zrobić coś dla suszaków, nie wchodząc w konflikt z Kalubrigkeitem? Nie będę się płaszczyć, nigdy, a mimo to chcę coś osiągnąć! Tylko że źle zacząłem".

Tak myślał sobie chłopiec i bardzo chciał pójść do Riki Busch i wszystko jej opowiedzieć. Miał do tej małej takie zaufanie, ona na pewno mu powie, co zrobił nie tak, i wyjaśni, jak ona by to zrobiła. "Muszę się tego nauczyć - pomyślał. - Jeśli chcę iść do przodu, muszę się najpierw nauczyć, jak się obchodzić z ludźmi tutaj. Na razie nie umiem z nimi rozmawiać. Myślą, że jestem tylko chłopcem. Owszem, jestem tylko chłopcem, ale chcę stać się mężczyzną, prawdziwym mężczyzną. Rika musi mi powiedzieć".

Lecz choć pragnął pójść do Riki i porozmawiać z nią, nie pojechał tramwajem. Nie chodziło właściwie o opłatę za przejazd, bo wydał nawet więcej. Poszedł do najbliższego sklepu papierniczego i kupił mapę Berlina. Przecież musiał poznać to miasto, to szare, martwe, pomimo całego ruchu jakby zamarłe w listopadowej melancholii miasto. Chciał je zobaczyć, chciał je poznać do najmniejszego zakątka. Rozłożył więc mapę i ruszył od budowy w Pankow do Wedding, z plecakiem murarza Buscha na plecach. Szedł i szedł. Nie zatrzymywał się, ale uważnie rozglądał. Luźna zabudowa zagęszczała się wokół niego, wsysała go w siebie. Hałas narastał, domy zdawały się rosnąć coraz wyżej, ich fasady wydawały się coraz bardziej szare, ludzie pędzili coraz szybciej. Wydawało mu się, że idzie nie przez miasto, tylko przez mieszankę rozmaitych miast, niemal każda ulica miała odmienne oblicze, po szerokich ze lśniącym asfaltem wchodził w wąskie, po których kocim bruku turkotały ciężkie wozy.

Nieco smutny i przygnębiony Karol Siebrecht szedł przez wielkie miasto i ożywił się dopiero wtedy, gdy pod koniec wędrówki pośród samych kamieni odkrył zieloną plamę drzew i krzewów, zwaną Gajem Humboldta. I coś takiego znajdowało się w pobliżu Wiesenstrasse, prawdziwa pociecha, choćby dla stóp, które paliły go niemiłosiernie, nieprzyzwyczajone do miejskiego bruku. Powoli szedł miękkimi od deszczu ścieżkami, patrzył na wypłowiałą zieleń trawnika, jakby od lat nie widział czegoś równie pięknego, i w końcu przypomniał sobie o kanapkach, które wciąż wypychały mu kieszeń kurtki. Zjadł je, spacerując tam i z powrotem. Berlin nie był tak promienny, jak sobie wymarzył, ale nie był też aż tak zły, jak się wydawało w taki szary listopadowy dzień. Już on go zdobędzie! Gdy jednak musiał opuścić Gaj Humboldta, gdy skręcił w Wiesenstrasse, gdy szedł przez podwórza, gdy wchodził po schodach do mieszkania Buschów i uświadomił sobie, że zaraz trzeba będzie powiedzieć Rice, że nie ma pracy, że pozbawił pracy jej ojca, że ten znów siedzi w knajpie i pije - stracił cały zapał i znów był tylko chłopcem, który coś przeskrobał i wstydził się swoich uczynków, i pragnął tylko tego, by następne piętnaście minut było już za nim.

Lecz Riki wcale nie było, a to też mu się nie podobało. Drzwi do mieszkania były zamknięte, w środku słyszał dreptanie i paplaninę Tildy, na zewnątrz wisiała tabliczka z napisem "Będę spowrotem o czwartej", z której można było wywnioskować, że Rika nie chadzała do szkoły regularnie. Ostatnią nadzieją była więc gospodyni Brommen, lecz ta niewiele mogła mu pomóc.

- Klucze? Cóż, jeden ma Rika, a ona jest w pralni. Wpadnie tylko na chwilkie około czwarty, zajrzy do Tildy i da jej mleka. A potem idzie sprzątać do biura adwokata Schneidera i nie wróci przed siódmą. - A więc spowiedź i ulga muszą poczekać do wieczora, a wtedy pewnie i stary Busch wróci do mieszkania, tylko w jakim stanie? - A drugi klucz ma stary Busch. A czy ty właśnie nie z nim wyszedłeś, chłopcze?

- Tak, to prawda, tylko że...

- Z robotą nie wyszło, co? Tak sobie od razu pomyślałam! To co ty robiłeś całe rano? Nosiłeś koks? Widać po rękach. I co za to dostałeś? Nic? Ach, nic już nie mów, albo jesteś głupi, albo zmyślasz!

- Mam być o czwartej u jednego pana przy Kurfürstenstrasse - zaoponował Karol.

- Przy Kurfürstenstrasse? To aligancka okolica! Ja bym tam nie szła, to nie dla nas! Zostań lepiej tutej i zjedz cóś porządnego!

- Więc chętnie przebrałbym się w inne ubranie...

- Ach tak! To dlatego potrzebujesz klucza! Cóż, chłopcze, naprawdę nie mogie ci pomóc. Skoro nie możesz poczekać na Rikę do czwartej. Ubrania po moim świętej pamięci będą na ciebie za luźne. Ale piekarz Bremer leży na łóżku i drzemie, bo miał nocną zmiane, może on ci pożyczy jakieś łachy. Jesteśta tego samego wzrostu, tylko piekarz szerszy...

Piekarz Ernest Bremer rzeczywiście leżał na łóżku w roboczym ubraniu, które wydawało się tak samo obsypane mąką jak jego twarz, i z bosymi stopami; kapcie leżały przed łóżkiem. Ale nie spał, tylko patrzył na Karola swoimi ciemnymi oczami. Ten przedstawił mu, nieco się jąkając, swoją prośbę.

- Nie! - powiedział piekarz i odwrócił się do ściany. - Przecież ja cię w ogóle nie znam! No i w ogóle!

- I co w ogóle? - zapytał Karol Siebrecht pleców Bremera, skonfundowany szorstką odmową. Przecież jeszcze wczoraj wieczorem w miłej i przyjacielskiej atmosferze targali kosze podróżne. Nie uzyskał odpowiedzi.

- Cóż, nie to nie! - odpowiedział sam sobie i wiedział już, skąd to jąkanie przy przedstawianiu sprawy. Nie znosił piekarza Ernesta Bremera, i to od samego początku.

I Karol Siebrecht musiał się zadowolić porządnym myciem w kuchni.

11. Pan von Senden, szwagier Kalubrigkeita

W domu przy Kurfürstenstrasse 72 najpierw oczywiście portier brutalnie wyprowadził go z wykładanego marmurem i aksamitem wejścia i wysłał na klatkę schodową dla służby. Wszystko to były dla Karola Siebrechta nowe doświadczenia, w pierwszej chwili irytujące, lecz po zastanowieniu się do przyjęcia. Nie był już synem przedsiębiorcy budowlanego Siebrechta, choć nadal nim oczywiście pozostał, był robotnikiem Karolem Siebrechtem, poszukującym pracy Karolem Siebrechtem.

Tęgawa kucharka, która otworzyła mu tylne drzwi, też popatrzyła na niego nieufnie.

- Na pewno? - zapytała.

Karol Siebrecht zapewnił ją, że pan kazał mu przyjść na czwartą.

- No to niech czeka! - rzuciła i zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Pachniało bardzo przyjemnie pieczoną gęsią i czerwoną kapustą, pan Senden, pan von Senden, jak głosiła porcelanowa tabliczka na tylnych drzwiach, musiał być człowiekiem zamożnym. Pieczona gęś w zwykły dzień, na to Siebrechtów nie było stać nawet w najlepszych czasach. To zresztą mogła też być kaczka, a chłopcu przyszło do głowy, że tego dnia, chyba po raz pierwszy w życiu, nie zjadł ciepłego obiadu. Na tę myśl w brzuchu głośno i dobitnie mu zaburczało, pomimo zjedzonych kanapek.

Szeroko otworzył usta i kilka razy pod rząd połknął dużo powietrza, ponoć to skuteczny sposób na taką dolegliwość. Jednak wciąż odczuwalny zapach pieczeni gęsio-kaczej okazał się silniejszy, w brzuchu dalej mu burczało. Także gdy drzwi się znowu otworzyły i odziany w zieloną liberię chłopiec zmierzył przybysza wzrokiem od stóp do głów, a potem dość bezceremonialnie rzucił "Wejść!" i poprowadził Karola Siebrechta przez wypełnioną aromatycznymi zapachami kuchnię - burczenie w brzuchu nasiliło się niebezpiecznie - potem długim korytarzem, w którym głośnym echem odbijały się ich kroki oraz marsz grany przez kiszki Karola, a następnie pięknie rozświetlonym olbrzymim pokojem, jadalnią, prawdziwą berlińską jadalnią, w której jakaś dama w wielkim kapeluszu z dwoma długimi strusimi piórami siedziała sama przy niekończącym się, nakrytym na biało stole i jadła jakąś ciemną pieczeń - och, jak burczy! - aż w końcu doprowadził go do kolejnego wielkiego, lecz tym razem pogrążonego w półmroku pokoju, w którym pan von Senden siedział w fotelu, oświetlony czerwonawym ogniem gazowym w sztucznym kominku, opierając stopy w brązowych, zapinanych na guziki półbutach na kratce kominka.

- Oto ten młody człowiek, panie rotmistrzu! - oznajmił chłopiec w zielonej liberii.

- Wynocha! - odpowiedział von Senden, który okazał się na dodatek rotmistrzem. Chłopiec zniknął. Rotmistrz skinął długą, białą i upierścienioną dłonią, nie podnosząc wzroku.

- Usiądź, mój synu. Jesteś ten z budowy?

- Tak jest - odpowiedział Karol Siebrecht donośnym głosem, bo w brzuchu znów zaczęło mu burczeć. - A tak w ogóle nazywam się Karol Siebrecht.

- Bardzo mi przyjemnie - powiedział rotmistrz. - Usiądziesz?

- Chętnie postoję - odparł chłopak z pewną przekorą. Zniechęciło go takie przyjęcie. Jednak w brzuchu dalej mu burczało, a to, co leżało na talerzu damy w jadalni, z pewnością było gęsim udkiem.

- Ależ dlaczego?! - wykrzyknął zdumiony von Senden. - Przysuń sobie krzesło i usiądź. Po co stać, skoro można usiąść? No tak, rozumiem! Już po twoich dzisiejszych poczynaniach pomyślałem, że z ciebie urodzony buntownik!

- Wcale nie jestem buntownikiem! Nigdy nim nie byłem! - wyjaśnił ponurym tonem Karol. Wciąż nie był zadowolony z tej wizyty.

- A jaki byłeś? - zapytał gospodarz.

Chłopiec opowiedział o sobie tyle, ile się dało w kilku zdaniach.

- A więc - stwierdził rotmistrz von Senden - odkryłeś, że masz serce dla biednych nędzników, takich jak suszaki, dopiero gdy sam stałeś się biednym nędznikiem. Nie sądzisz, że to komiczne?

- Nie - odparł poirytowany chłopak. - W moich rodzinnych stronach tak nie jest. I to wcale nie jest komiczne.

- Och! Och! Och! - wykrzyknął z powątpiewaniem rotmistrz. - To ty chyba żyłeś w niebie, co? U was nie ma biedaków? Ani miejscowych głupków, których mili mieszkańcy o późnej godzinie upijają i wpychają do stawu? Naprawdę nie?

Chłopakowi natychmiast stanął przed oczami Długi Ludwik, jak go wszyscy nazywali, biedak cierpiący na padaczkę. Czy on sam, będąc małym chłopcem, nie biegał za nim pijanym i nie wrzeszczał bezmyślnie razem z pozostałymi:

Długi Ludwik

Szuka chałupy!

W lewo! W prawo!

I prosto w kupy!

- Coś ucichłeś, drogi Karolu - zauważył rotmistrz po dłuższej chwili.

- Tak - odparł cicho młodzieniec. - Ma pan rację. U nas też tak jest, a ja sam brałem udział w drwinach.

- Nie musisz się tego wstydzić - powiedział rotmistrz przyjaznym tonem. - Komiczne jest to, że my, ludzie, dopiero wtedy myślimy, jak komuś może być ciężko, gdy nam samym się nie powodzi.

- Ale panu na pewno się powodzi! - odparł z przekonaniem chłopiec i pomyślał o pachnącej kuchni, pięknej pani z piórami w jasno oświetlonej jadalni, pomyślał o gęsiej pieczeni i popatrzył na żarzący się czerwonawo kominek. - A mimo to wie pan, że innym może być ciężko!

- Myślisz? - zapytał zamyślony rotmistrz. I nagle się roześmiał: - Powiedz mi jednak, jak ci się podoba mój szwagier, pan Kalubrigkeit?

- Ach, pan nie ma z nim nic wspólnego!

- Błąd, mój synu! Bo to właśnie razem z nim buduję domy, jesteśmy wspólnikami. On wykonuje pracę, a ja zarabiam pieniądze.

- Nie lubię, jak pan tak mówi - odpowiedział chłopak po chwili. - Albo to wszystko napawa pana obrzydzeniem i wtedy powinien pan to rzucić i nic nie mówić, albo robi to pan dla pieniędzy, a wtedy... to już lepiej sobie pójdę!

Wstał. Jego kiszki zapomniały o graniu marsza, nie wiedział już sam, po co tutaj przyszedł, do tego człowieka, który tak wytwornie prychał przez nos.

- Ach, jakie proste jest życie, gdy ma się tyle lat co ty! - wykrzyknął pan von Senden. - Albo tak, albo tak! Albo pomogę suszakom, albo zostanę bez pracy! Usiądź. Poza tym twoi podopieczni uzyskali pomoc.

- Tak? - zapytał Karol i usiadł. Niechętnie, ale chciał dalej posłuchać.

- Na ile się dało. Kobieta miała krwotok i jest w szpitalu. A on ma teraz sucho i ciepło. Widzisz, coś takiego też mogę zrobić, nawet jeśli mnie to wszystko mierzi, jak mówisz.

- Co pana mierzi? Robienie tego?

- Wszystko!

- Co wszystko?

- Całe życie!

- Całe życie?! To dlaczego pan jeszcze żyje?! - wykrzyknął chłopak.

- Może z powodu takiej rozmowy jak ta teraz. Myślisz, że zawsze taki byłem? Ja też byłem kiedyś taki jak ty!

- A dlaczego stał się pan taki? Jak się to dzieje?

- Jaki ty chcesz się stać?

Chłopiec zawahał się przez chwilę. A potem wyprostował się i powiedział:

- Chcę zdobyć Berlin!

- W takim razie - odparł rotmistrz, także się prostując - jesteś na najlepszej drodze, żeby stać się taki jak ja!

- Nigdy! - powiedział Karol. - Ja nigdy!

- Ależ tak! Z całą pewnością! - upierał się rotmistrz.

Chłopiec zawołał:

- Nie dam się zastraszyć!

A pan von Senden:

- Jestem taki, że trzeba się mnie bać?

Na to Karol Siebrecht:

- Nigdy nie stanę się taki jak pan!

- A jaki ja jestem, synu?

- Jest pan cyniczny! Pełen obrzydzenia! Wątpi pan we wszystko i nie wierzy w nic! Śmieje się pan ze wszystkiego, a najgorsze w panu jest to, że śmieje się pan z samego siebie!

- Chwileczkę, drogi Karolu! - powiedział rotmistrz niemal z ożywieniem, zdjął stopy w fiołkowych skarpetkach z kraty kominka i przewiesił je przez boczne oparcie fotela, żeby zwrócić się twarzą do chłopca. - Tylko jedno pytanie, mój synu! Co zrobisz, gdy już zdobędziesz Berlin?

Chłopiec milczał przez moment zaskoczony, a rotmistrz sam sobie odpowiedział:

- Wtedy obrzydną ci te twoje zdobycze! Będziesz ich miał dość! Będziesz siedział z władzą w rękach, z bogactwem w dłoniach, i będziesz sobie zadawał pytanie: I na co to wszystko? Co mam teraz zrobić? To śmiertelnie nudne, wszystko. Byłem tysiąc razy szczęśliwszy wtedy, gdy byłem jeszcze nikim i miałem mnóstwo nadziei! Dziś mam wszystko i nie mam już żadnych marzeń.

- Ja... - zaczął chłopiec.

- Jeszcze chwileczkę, Karolu Siebrechcie. Jeszcze jedno pytanie! Czy wierzysz w Boga?

- Ja... ja nie wiem...

- Zawsze wyobrażaj go sobie gdzieś tam w kosmosie, wymierzającego tory gwiazd i kierującego losami ludzi. I od eonów lat gwiazdy poruszają się po swych świetlistych torach, od eonów lat ludzie się rodzą, marzą i umierają, kochają i nienawidzą, a potem umierają, prowadzą krwawe wojny i tworzą kultury, które przemijają - nie sądzisz, że Bóg od dawna już wie, że tak naprawdę nic się nie dzieje? Że wszystko jest obojętne? Ten cały Bóg to musi być najbardziej cyniczna, najbardziej wątpiąca i najbardziej pełna obrzydzenia istota we wszechświecie! I do tego najbardziej nieszczęśliwa!

- Dlaczego pan mi to wszystko mówi?! - zawołał wściekle chłopiec, zrywając się z miejsca. - Dlaczego kazał mi pan tu przyjść?! Dlaczego w takim razie pomógł pan suszakom?! Tylko po to, żeby mnie zgubić?! Chce mi pan odebrać moją nadzieję? Ja też się w szkole uczyłem, że wszystko to marność! Ale to hasło dla starych, którzy są syci! Ja jestem młody i jestem głodny...

Akurat gdy wykrzyknął te słowa w oburzeniu i złości, przypomniała mu się jedząca gęsią pieczeń dama z piórami, ogarnął go wilczy głód i w brzuchu głośno mu zaburczało. Chłopiec, pomimo całego swojego wzburzenia, zaczął się śmiać. Nie mógł przestać, jego śmiech zagłuszył nawet burczenie brzucha.

Rotmistrz też się roześmiał.

- Z czego ty się śmiejesz, człowieku?! - zawołał. - Powiedz, dlaczego tak się śmiejesz, żebym mógł się pośmiać z tobą! - Ale już się śmiał.

Chłopiec, ledwo łapiąc dech, wstrząsany kolejnymi atakami śmiechu, opowiedział mu, że tego dnia po raz pierwszy w życiu nie zjadł ciepłego obiadu, a u nich w mieszkaniu tak pięknie pachnie pieczoną gęsią...

- Kaczką - poprawił rotmistrz.

...I że gdy przed chwilą krzyczał, że jest młody i głodny, nagle zobaczył przed sobą pieczoną kaczkę, a brzuch natychmiast przypomniał mu, że jest pusty, i że go to rozśmieszyło, i to jak...

- Widzisz, mój synu - powiedział zadowolony rotmistrz. - Miałem nosa. Nie jesteś ani buntownikiem, ani zimnym karierowiczem, bo te dwa gatunki ludzi są pozbawione poczucia humoru. Ty jednak je masz i dlatego mi się podobasz. Powiedz mi więc, co mogę dla ciebie zrobić.

- A dlaczego chce pan cokolwiek dla mnie zrobić?

- Jaki ostrożny! - zawołał rotmistrz i ponownie usadowił się w swoim fotelu. Chłopiec po raz pierwszy poczuł do tego mężczyzny prawdziwą sympatię, bo ten wcale nie pomyślał o tym, żeby zaproponować mu pieczoną kaczkę. - Nieufny niczym młode dzikie zwierzę, które po raz pierwszy wyszło z lasu i nie ufa nawet kuszącemu łanowi owsa. Ale może troszkę rozjaśni to moją nudę, jeśli wesprę cię w drodze do zdobycia Berlina.

- Nie jestem tu po to, żeby walczyć z pańską nudą! - odparł niezłomnie chłopiec.

- I słusznie! Ale może mógłbyś pójść swoją drogą, nie poświęcając mi wiele uwagi? Ja i tak wyjdę na swoje. Taka pogawędka jak dziś wieczór raz na kwartał zupełnie mi wystarczy!

- Nie lubię z panem gawędzić! Nie lubię rozmawiać w taki sposób!

- Zbyt niebezpieczny?

- Też coś! Po prostu nie lubię takich cynicznych rozmów! Chcę coś osiągnąć, a nie gawędzić.

- A od czego zamierzasz zacząć? Zakładam, że noszenie koksu to było rozwiązanie tymczasowe.

- Oczywiście.

- A co wolałbyś robić?

- Najchętniej - powiedział chłopiec - zostałbym szoferem i prowadził jakieś pierwszorzędne auto!

- Co takiego?! - wykrzyknął nieco rozczarowany von Senden. - Tak sobie wyobrażasz początki zdobywania Berlina?! A jak to niby miałoby się dalej potoczyć?

- Tego nie wiem. To się okaże. Najpierw chciałbym zostać szoferem.

- No dobrze - powiedział rotmistrz. - Choć ja nie znoszę tych automobili. Hałasują i cuchną. Są nieeleganckie, tylko konie są eleganckie. Ale skoro nawet cesarz takim jeździ, proszę bardzo! A więc, mój synu, pojedziemy jutro z samego rana nabyć pierwszorzędne auto i zostaniesz moim szoferem.

- Co takiego? - zapytał chłopiec. - Naprawdę pan chce?

- Naprawdę!

- Ale takie dobre auto kosztuje mnóstwo pieniędzy, ponad dziesięć tysięcy marek!

- O to się nie martw. Pieniądze się znajdą. To zgoda, Karolu Siebrechcie? - I wyciągnął do niego swoją długą, białą i ozdobioną wieloma pierścieniami dłoń.

Chłopcu się wydawało, że śni. To, czego najmocniej pragnął, spełni się już pierwszego dnia jego pobytu w Berlinie! Tak do razu! Ale, pomyślał w duchu, życie to nie jest sen. Pieczone gołąbki, które same wpadają człowiekowi do gąbki, nie smakują tak jak te, które trzeba sobie wywalczyć. A tak w ogóle, czego chce ten człowiek? Chce odpędzić nudę, na pieniądzach mu nie zależy! Będzie się z rozbawieniem przyglądać, jak młodzieniaszek Karol Siebrecht się trudzi, a przy każdym niepowodzeniu, przy każdym rozczarowaniu będzie mówił albo chociaż myślał: "Wiedziałem, że tak będzie! Po co się starać?". W tym samym momencie chłopiec przypomniał sobie Rikę Busch. Ona z pewnością w siebie nie wątpiła i nie miała czasu na nudę. Codziennie przeżywała rozczarowania i niepowodzenia, przyjmowała je bez wygłaszania frazesów i harowała dalej. Nagle chłopiec uświadomił sobie niewyraźnie, że stoją przed nim dwie drogi, a on musi na resztę życia zdecydować, którą z nich pójdzie: gładką, wygodną i szeroką drogą, na której von Senden będzie jego przewodnikiem, czy też wyboistą ścieżką, po której obok niego będzie kroczyć Rika Busch, ścieżką, która natychmiast zginie w gęstwinie i ciemnościach... Jeszcze bardziej niewyraźnie ujrzał przed sobą trzecią drogę, chciał pomyśleć o Erice Wedekind, ale ku swojemu zaskoczeniu już usłyszał własny głos:

- Nie, dziękuję, panie rotmistrzu. Wolę pomóc sobie sam!

Usłyszał cichy śmiech rotmistrza.

- Tak sobie właśnie myślałem, mój synu - powiedział wielce zadowolony. - Rozczarowałbyś mnie, gdybyś zdecydował inaczej. W takim razie co teraz zrobimy?

- Teraz? - zapytał Karol Siebrecht. - Teraz pójdę do domu, a jutro spróbuję szczęścia gdzie indziej.

- Znowu na budowie?

- Jeszcze nie wiem.

- Albo coś przy automobilach?

- Może. Ale nie chcę, żeby pan mi pomagał!

- I nie będę! Powiedz, wspominałeś przecież, że jesteś synem majstra budowlanego.

- Tak, ale...

- To pewnie radzisz sobie z przykładnicą i cyrklem?

- Tak, ale...

- I na pewno umiesz też robić kopie rysunków budowlanych?

- Oczywiście. Ale...

- Co byś powiedział, gdybyś na początek zaczął pracować w kreślarni mojego szwagra, pana Kalubrigkeita? Tylko tak długo, aż się trochę zadomowisz w Berlinie? A tymczasem na boku będziesz mógł się rozglądać za czymś innym.

Chłopiec się uśmiechnął.

- Pan Kalubrigkeit mnie wyrzuci, jak tylko mnie zobaczy!

- Jak cię zobaczy? Ale mój szwagier nigdy nie zagląda do kreślarni! Myślisz, że to go interesuje? Kalubrigkeit nie jest majstrem budowlanym, Kalubrigkeit jest przedsiębiorcą budowlanym, jego interesują tylko pieniądze! Owszem, pojawia się na budowie, ale na budownictwie zupełnie się nie zna, chce tylko zaoszczędzić pieniądze, tylko na tym się zna! Nie, Kalubrigkeit nigdy cię nie zobaczy, to wykluczone!

- Nie chciałbym... - zaczął chłopiec z wahaniem.

- Nie bądź głupi, mój synu! - upomniał go delikatnie rotmistrz. - Teraz odmawiasz tylko dlatego, że ta propozycja wyszła ode mnie. Ale powtarzam ci, nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań. Możesz być spokojny. Wiem, że w kreślarni mają teraz nawał pracy, planują coś wielkiego w Dzielnicy Bawarskiej, wiesz, gdzie to jest?

- Nie.

- Musisz koniecznie zobaczyć, to coś naprawdę wyjątkowego. Pięciopiętrowe kamienice czynszowe z pierwszorzędną imitacją muru pruskiego i złotymi kopułami dachów! No, mojemu szwagrowi ambicja nie pozwala spać i on też musi coś takiego zbudować! Więc planują i rysują. Dlaczego nie miałbyś rysować złotych kopuł? Wystarczy, że zadzwonię!

- A po tygodniu albo po kwartale mam przyjść do pana i złożyć raport, prawda? A pan zepsuje mi wszystko, co sprawiło mi radość!

- Nie, nigdy w życiu! Jeśli nie będziesz miał ochoty, już nigdy nie musisz się pokazywać przy Kurfürstenstrasse siedemdziesiąt dwa. Mimo to ucieszyłbym się. Ale nie jesteś mi nic winien. Wręcz przeciwnie. Jeśli jutro o dziewiątej rano zjawisz się w biurze Kalubrigkeit i Spółka przy Krausenstrasse dwanaście - ta spółka to ja i jeszcze paru leniwych nicponi - to zobaczysz ogłoszenie na drzwiach: Zatrudnimy rysowników i kopistów. Widzisz więc, że nie stworzyłem ci tego miejsca. Zgoda?

- Zgoda! - odpowiedział Karol Siebrecht.

PROLOGMałe miasteczko

1. Prochy do prochów

- Prochy do prochów! Ziemia do ziemi! Popioły do popiołów! - wołał pastor i przy każdym przypomnieniu człowieczej znikomości wrzucał do grobu odrobinę ziemi dziecięcą łopatką. Zamarznięte bryłki bezlitośnie głośno uderzały o drewniane wieko trumny.

Młodzieniec, który stał za duchownym, trząsł się z rozpaczy i z zimna. Myślał, że pastor powinien delikatniej wrzucać ziemię do grobu. Lecz gdy sam rzucił kilka grudek na trumnę ojca, wydało mu się, że zadudniły jeszcze głośniej. Zebrało mu się na płacz. Nie chciał jednak płakać, nie chciał tutaj szlochać, przed tymi wszystkimi żałobnikami, chciał pokazać, że jest silny. Niemal błagalnym wzrokiem spojrzał na nagrobek z czerwonawego sjenitu, który wznosił się pionowo w głowach grobu. Napis głosił: "Klara Siebrecht, ur. 16 października 1867 r., zm. 21 lipca 1893 r.". Lecz kamień nie mógł mu pomóc. Złoty napis poczerniał ze starości, data śmierci matki była jednocześnie datą jego narodzin. Nigdy jej nie poznał. Wkrótce na tym kamieniu pojawi się imię ojca z datą: 11 listopada 1909.

"Prochy do prochów! Ziemia do ziemi! Popioły do popiołów!" - powtórzył w myślach. "Teraz jestem na tym świecie całkiem sam" - pomyślał i znów zachciało mu się płakać.

- Daj mi łopatkę, Karolu - szepnął wuj Ernest Studier, wyjmując mu ją z dłoni.

Zmieszany Karol Siebrecht wycofał się w pobliże pastora Wedekinda. Ten uścisnął jego rękę i popatrzył mu prosto w oczy.

- To dla ciebie ogromna strata, Karolu - powiedział. - Nie będzie ci łatwo. Ale uszy do góry i nie zapominaj, że Bóg w niebiesiech nie opuszcza sierot!

A potem wszyscy zaczęli do niego podchodzić, jeden za drugim, potrząsali jego ręką i mówili kilka słów, zwykle upominając go, żeby był dzielny; wszyscy, od pożółkłego wuja Studiera aż po grubego właściciela hotelu Fritza Adama. I nikt z nich nie powiedział choćby jednego dobrego słowa o ojcu, który zawsze przecież był wobec nich uprzejmy i pomocny. "Zbyt uprzejmy i zbyt pomocny - pomyślał gorzko szesnastolatek. - Ale ja nie będę taki dobroduszny jak ojciec - dodał. - Będę silny i twardy!"

Znów poczuł miękkość w sercu, gdy po tych wszystkich mężczyznach jako jedyna kobieta nad grobem stanęła Minna, stara Minna z twarzą jak wyciosaną w drewnie, która służyła już u jego matki i wychowywała go, opiekując się nim rok po roku. Aż zadrżał z czułości, gdy patrzył na nią stojącą nad grobem tak nieruchomo, bez śladu łez. "Biedna, stara Minna - pomyślał. - Co teraz z tobą będzie?"

Wzięła jego rękę w dłonie.

- Wracaj szybko do domu, Karolu - szepnęła. - Jesteś już prawie siny. Zaraz nastawię dla ciebie coś ciepłego!

Wszyscy już poszli. Karol Siebrecht widział biret duchownego niedaleko bramy cmentarza, w pewnej odległości za nim szedł pochód żałobników. Wszystkim się śpieszyło, by jak najszybciej schronić się gdzieś przed lodowatym listopadowym wiatrem.

- Pośpiesz się, Karolu! - ponaglił go wuj Ernest Studier. - Twojemu ojcu wcale nie pomożemy, jak będziemy tu stać i marznąć.

- Masz rację, Erneście! - zgodził się z nim właściciel hotelu Adam i ruszył u drugiego boku Karola Siebrechta. - Powinniśmy jak najprędzej znaleźć się w cieple!

Chłopak nie zwracał uwagi na ich nieczułe słowa. Wydało mu się, że coś przemknęło za jednym z nagrobków i skierowało się do grobu jego ojca. Rzeczywiście, to była Eryka, jego mała sąsiadka, czternastoletnia córka pastora Wedekinda. Przyszła ukradkiem na pogrzeb; po południu o tej porze powinna być na zajęciach z prac ręcznych! Dobra, mała Eryka, właśnie wrzuca do grobu kwiaty...

- Co z tobą, Karolu?! - zawołał wuj i podtrzymał chłopaka, który się potknął. - Gdzie ty masz oczy?

- Patrzcie, patrzcie - powiedział hotelarz, który aż zmrużył oczy z zadowolenia. - Czy to nie Eryka Wedekinda? Pastor powinien się o tym dowiedzieć. Ona raczej nie przyszła tutaj dla twojego ojca, Karolu.

- To nieładnie z twojej strony, Karolu! - Wuj Ernest Studier niemal przemocą przeprowadził chłopaka przez cmentarną furtę. - Podczas pochówku własnego ojca powinieneś mieć co innego w głowie! A tak w ogóle, masz dopiero szesnaście lat, a ona ma najwyżej czternaście...

- Nieważne, co sobie myślicie! - wykrzyknął Karol z gniewem. - My nie jesteśmy tacy, jak myślicie!

- Już my wiemy, co myśleć. Niestety! - odpowiedział surowym tonem wuj. - A poza tym córka pastora to dla ciebie za wysokie progi - oznajmił. - Powinieneś się cieszyć, jeśli ktokolwiek weźmie cię na naukę!

- Właśnie! - poparł go Adam. - Na terminatora jako szesnastolatek jesteś za stary, a na szkołę nie ma pieniędzy!

Lecz Karol Siebrecht nie zwracał już uwagi na ich gadanie, cieszył się, że przestali mówić o Eryce Wedekind. Z niechęcią popatrzył na surowe fasady z czerwonej cegły małego brandenburskiego miasteczka, na skromne wystawy małych sklepików, takich jak sklepik wuja Ernesta Studiera. Trzy razy był z ojcem w Berlinie, tylko na kilka dni, ale i tak wielkie miasto go oczarowało. Ojciec nawet niepotrzebnie mówił: "Nie zrób tak jak ja, Karolu, nie utknij w takiej norze. Tam wszystko jest takie małe i ciasne. Tutaj jest dużo miejsca, tutaj jest przestrzeń". Och, pragnął przestrzeni, nie zdołają go powstrzymać!

Przed hotelem Hohenzollern czekała cała gromada żałobników.

- Tak właśnie myślałem! - zawołał Fritz Adam. - Tak, wchodźcie wszyscy do środka, moja stara podgrzała już grog! Dobrze nam zrobi! Ciebie też zapraszam, Karolu! Dziś wyjątkowo wolno ci wypić szklaneczkę grogu.

- Nie, dziękuję! - odparł Karol Siebrecht. - Pójdę już do domu!

- Jak sobie chcesz! - odpowiedział nieco urażony hotelarz. - Przez najbliższe parę lat nikt ci raczej grogu nie zaproponuje.

A wuj Studier dodał:

- O piątej będziemy u ciebie i omówimy twoją przyszłość. Powiedz Minnie, żeby zrobiła dobrą kawę.

Za najbliższym rogiem Karol Siebrecht poczekał, aż wszyscy znikną w hotelu Adama. Potem pobiegł kłusem z powrotem na cmentarz. Ale choć bardzo się tam rozglądał, nikogo już nie było. Jego mała przyjaciółka zniknęła. Podszedł więc do grobu. Nic się tam nie zmieniło, grabarze jeszcze nie przyszli. Spojrzał w dół na trumnę. Na rozsypanej ziemi leżały trzy kwiaty, które przyniosła Eryka, trzy białe, późnojesienne astry. Rozdarty między pragnieniem i strachem ukląkł przy grobie ojca, pochylił się głęboko i zabrał jeden z kwiatów.

2. Przyszłość w kuchni

Dyskusja w pokoju stawała się coraz głośniejsza, wciąż nie mogli się porozumieć co do jego przyszłości. Chłopiec wyglądał przez kuchenne okno na wietrzną i mokrą listopadową noc. Za jego plecami krzątała się przy garnkach na piecu stara Minna. Właśnie przykręciła knot naftowej lampy, więc w kuchni zrobiło się bardzo ciemno. Powiedziała:

- Zaraz pora kolacji, zrobić ci kanapki, Karolu?

- Nie mogę jeść, przynajmniej dopóki nie zdecyduje się moja przyszłość!

- Niewiele tu do decydowania! Będziesz musiał zostać sprzedawcą u wuja Ernesta!

- Nigdy, Minno! Nigdy w życiu! Naprawdę myślałaś, że będę się płaszczyć przed wujem Ernestem, sprzedając mydło i powidło w jego kramie? Nigdy, nigdy, nigdy!

- Co w takim razie, Karolu? Wiesz przecież, że nie ma już ani feniga. Jeśli sprzedasz wszystko, wystarczy akurat na spłatę długów. I co wtedy poczniesz?

- Odejdę, Minno. Nie zdradź mnie, ale wyruszę do Berlina.

- Nigdy ci na to nie pozwolą!

- Pójdę bez pytania!

- Ale co ty poczniesz w Berlinie? Niczego nie umiesz, byłeś tylko w szkole, nie jesteś przyzwyczajony do fizycznej pracy.

- Jestem silny, jestem silniejszy od wszystkich, Minno. Chcę uciec z tej ciasnoty! Nienawidzę tutaj każdego kamienia, każdego domu, każdej twarzy, tylko nie twojej dobrej, starej twarzy, Minno! Chcę uciec od tego wszystkiego, co zepsuł ojciec, nie chcę skończyć tak samo!

- Nie masz pojęcia, Karolu, jak ciężkie jest życie człowieka, który jest zdany sam na siebie!

- Niech będzie ciężkie, Minno! - zawołał Karol Siebrecht donośnym głosem. - Wcale nie chcę łatwego życia. Chcę coś osiągnąć, czuję, że mam w sobie tę siłę!

Niewzruszona stara służąca kontynuowała:

- I do tego jeszcze życie w wielkim mieście! Ty, który nigdy nie możesz spokojnie usiedzieć, który każdą wolną chwilę spędzasz na zewnątrz, chcesz już zawsze tkwić w wysokich budynkach z kamienia, bez światła, bez słońca, będziesz tam do cna nieszczęśliwy, Karolu!

- Nawet jeśli będę tam nieszczęśliwy, Minno, to wiem, że warto. Tutaj też każdego dnia byłbym nieszczęśliwy. I po co, Minno, po co? Kim mogę się tutaj stać?!

- Wszędzie można zostać uczciwym człowiekiem, Karolu!

- To brzmi jak jeden z frazesów pastora Wedekinda. A mnie takie frazesy na nic. Czuję tu, w środku, Minno, że muszę stąd odejść, bo tu każda twarz i każde drzewo przypominają mi ojca, bo tu wszyscy szepczą za moimi plecami: to chłopak mistrza murarskiego Siebrechta, tego, który zbankrutował!

Położyła mu dłonie na ramionach i powiedziała:

- W takim razie idź, mój chłopcze, idź! Ja na pewno nie będę cię powstrzymywać, skoro musisz!

- Tak, muszę, Minno, bo chcę zostać kimś, chcę zostać prawdziwym mężczyzną! Oni się z tym pogodzą, wuj Studier, mój opiekun, i przyjaciel ojca, grubas Fritz Adam. Nie będę dla nich obciążeniem, nigdy ich o nic nie poproszę! Nie wrócę, dopóki czegoś nie osiągnę, dopóki nie osiągnę czegoś ważnego. A wtedy odwiedzę ciebie, Minno, wtedy zabiorę cię do siebie do Berlina, może nawet automobilem...

Minna popatrzyła w jego roziskrzone oczy. Nagle - sama nie wiedziała, jak to się stało - objęła go, przycisnęła do piersi, mocno do siebie przytuliła.

- Och, dziecko, och, dziecko - szepnęła, ciesząc się, że nie widzi w jej oczach łez, do których nie przywykła. - Och, ty duży mały chłopczyku! Chcesz już wylecieć z gniazda? Uważaj, jest tyle wielkich, złych ptaków, i są też burze, a ty masz takie słabiutkie skrzydła...! Ale leć, masz rację, lepiej lecieć, niż się płaszczyć!

3. Pożegnanie z młodością

Dzień był szary, nie chciało się przejaśnić. Przy oknie sypialni stał Karol Siebrecht i wyglądał na mały ogródek, w którym nagie drzewa kołysały się pod porywistymi uderzeniami listopadowego wiatru. Chłopiec przeniósł wzrok dalej, na tył domu Wedekindów... Za jego plecami Minna pakowała garnitury i bieliznę do podróżnego kosza. Podniosła żółtawe spodnie ze sztruksu i powiedziała:

- Są jeszcze manczestery ojca, całkiem dobre. Jak troszkę urośniesz, to będą pasować!

- Tylko nie pakuj za dużo, Minno! - zawołał niecierpliwie chłopiec, nawet się nie odwracając. - Po co mi tyle tego?

- Wcale nie jest tego dużo, Karolu! - odpowiedziała Minna pochmurnym tonem i włożyła spodnie do kosza. Sięgnęła do kupki z bielizną.

Chłopiec trzymał ukryte w dłoni okrągłe kieszonkowe lusterko. Raz po raz niecierpliwie przesuwał wzrok z nagiej, pustej tylnej ściany domu pastora na przedzimowe niebo, po którym pędziły szare, puszyste chmury. Modlił się o chwilę, małą chwileczkę słońca...

Pastor Wedekind stał przy pulpicie zajęty przygotowaniem niedzielnego kazania. Odbity w lusterku promień słońca zalśnił mu prosto w oczy.

- Ten podły nicpoń znowu bawi się lusterkiem! - wykrzyknął i zerwał się oburzony. - I to jeszcze w dzień pochówku własnego ojca!

Plamka słońca przetańczyła po suficie, obserwowana nieufnym spojrzeniem duchownego ześlizgnęła się po kaflowym piecu i przez chwilę zabawiła na czole żony pastora. Pacnęła ją, jakby to była natrętna mucha.

- Eryko! - zagrzmiał wzburzony pastor. - Eryko! Masz natychmiast iść...

Listopadowe słońce znów dopadło duchownego, który stanął między oknem a stołem, tym razem oświetlając jego mięsisty policzek. Potrząsnął głową, a złota plamka zsunęła się na blat stołu, tuż przed zajęte szydełkowaniem ręce Eryki. Promyk zadrżał, przesunął tu i tam, zbliżył się do jej dłoni i dotknął, ozłocił, zabawił się jej palcami...

- Masz natychmiast iść do domu Siebrechtów i powiedzieć temu podłemu nicponiowi, że zakazuję mu tak dokazywać! I to raz na zawsze! Jestem oburzony, że on akurat dzisiaj, w taki dzień, to znaczy pod koniec dnia...

- Oczywiście, papo! - powiedziała Eryka i z lekkim żalem zabrała ręce z zasięgu słonecznego pozdrowienia. Podeszła do drzwi.

- Ale za dwie minuty masz być tutaj z powrotem! - nakazała nie tak znowu nieświadoma niczego matka.

- Oczywiście, mamo!

- Albo nie, lepiej sama pójdę!

Lecz Eryka już wybiegła z pokoju. Cichutko i sprawnie zbiegła po schodach, weszła do targanego wiatrem ogrodu, zadzierając bez skrępowania długą spódnicę, przeskoczyła murek, który rozdzielał obie posesje, i przebiegła przez ogród Siebrechtów do szopy, w której przechowywano ogrodowe narzędzia. Gniazda i grzędy wskazywały na to, że szopa służyła także za kurnik.

Ale były tam nie tylko kury. Bo gdy rzuciła w półmrok pytanie: - Karol? - ten natychmiast jej odpowiedział: - Ria! - i pociągnął przyjaciółkę za rękę do taczek.

- Siadaj, Ria! Modliłem się właśnie o chwilę słońca! Nie wierzę w Boga, ale tym razem...

- Tym razem to rozwścieczyłeś mojego ojca! Mam ci powiedzieć...

- Daj spokój! To był ostatni raz, Ria! - Uroczystym tonem powtórzył: - To był ostatni raz. Wyjeżdżam, Ria! I to daleko!

- Ty, Karolu? Ale dlaczego...? Kto będzie ze mną odrabiał lekcje? Na pewno...! Zostań, Karolu, proszę!

- Muszę wyjechać, Ria! Jadę do Berlina!

- Ale, Karolu, dlaczego? Przecież tutaj jest pięknie, przynajmniej czasami...

- Chcę zostać kimś, Ria!

- A jak cię poproszę, Karolu? Zostań tutaj! Błagam cię!

- Nie da rady, Ria, tak musi być.

Przez chwilę milczała, przycupnąwszy na taczkach. On stał nachylony nad nią i wpatrzony w napięciu w jej zanurzoną w mroku, ale mimo wszystko jasną twarz. A potem ona tupnęła nogą.

- Idź więc, idź sobie do tego swojego Berlina! - zawołała z gniewem. - Dlaczego nie idziesz? Ucieszę się, jak cię już nie będzie. Jesteś tak samo okropny, jak wszyscy chłopcy.

- Ależ, Ria! - wykrzyknął wstrząśnięty. - Nie bądź taka! Zrozum, że ja muszę odejść! Tutaj nigdy nie zostanę kimś!

- Nic nie muszę rozumieć! Chcesz odejść, bo masz nas wszystkich dosyć, mnie też. A ja myślałam, że troszkę mnie lubisz... - Przy tych ostatnich słowach załamał jej się głos. Zeskoczyła z taczek i cofnęła się w mrok szopy, żeby nie widział jej łez. Wypłoszyła z gniazda jakąś kurę, która z głośnym gdakaniem uciekła przez drzwi.

Karol Siebrecht chwycił ją za rękę i niezręcznie pogłaskał.

- Ach, Ria, Ria - prosił. - Nie myśl tak! Ja naprawdę muszę odejść. Tutaj zostanę najwyżej służącym w hotelu Hohenzollern.

- Na pewno nie, Karolu, w żadnym razie!

- A ja chcę coś osiągnąć i potem wrócę.

- A długo potrwa, zanim wrócisz?

- Trochę potrwa, Ria. I to raczej długo.

- A potem, Karolu?

- A potem może cię o coś zapytam. Ria...!

Cisza. A potem dziewczyna powiedziała cicho:

- A potem o co mnie zapytasz, Karolu?

Nie odważył się.

- To odległa przyszłość, Ria! Najpierw muszę zostać kimś.

Na to ona cichym szeptem:

- Zapytaj już teraz, Karolu. Proszę!

Zawahał się. A potem ostrożnie wyjął coś z wewnętrznej kieszeni marynarki.

- Wiesz, co to jest?

- A co to jest?

- To jeden z tamtych kwiatów, Ria - powiedział uroczystym tonem - które rzuciłaś na grób mojego ojca. Zabiorę go do Berlina i będę go zawsze przy sobie nosił.

Wiatr wwiał przez drzwi śnieg wymieszany z deszczem. Przysunęła się do niego i szepnęła z lękiem:

- Przecież to kwiat umarłego, Karolu!

- Ale ja go mam od ciebie, Ria, na pewno przyniesie mi szczęście! A tutaj mam pierścionek po mamie, może chciałabyś go nosić, żeby zawsze o mnie pamiętać?

- Nie mogę nosić pierścionka od ciebie. Ojciec nigdy na to nie pozwoli!

- Możesz go nosić, jak ojciec nie będzie widział. Ja też noszę twój kwiat na sercu!

Milczeli przez chwilę. A potem ona szepnęła:

- Dziękuję ci za pierścionek, Karolu. Zawsze będę go nosić.

I znów milczenie. Patrzyli sobie z bliska w pobladłe twarze, a ich serca mocno waliły. Po chwili Siebrecht wyszeptał:

- Dasz mi całusa na pożegnanie, Ria?

Spojrzała na niego. A potem powoli uniosła ramiona i delikatnie objęła go za szyję.

- Tak - szepnęła.

Wiatr z hukiem zatrzasnął drzwi szopy, tuż przed nosem zbliżającego się pastora Wedekinda, który szukał córki pośród zawiei, deszczu i śniegu. Szarpnął za drzwi. Otworzył je z trudem pod naporem wiatru i zawołał w głąb ciemnej szopy:

- Jesteś tutaj, Eryko?

Chłopiec, który w ciemnościach trzymał dziewczynę w ramionach, szturchnął nogą kurze gniazda. Jedna z kur zerwała się z głośnym gdakaniem i wpadła prosto na duchownego. I tylko taką odpowiedź otrzymał od szopy pastor.