PRZEDMOWA
Miałem piętnaście lat, gdy w ostatnim dniu przed wakacjami nasz
nauczyciel języka angielskiego przedstawił nam listę około czterdziestu
książek. "Chcę, żebyście latem przeczytali niektóre z nich -?oznajmił. -
Nie będę was potem z nich odpytywał, nie interesuje mnie, którą
wybierzecie, i nie będę wam zadawał żadnych wypracowań na ich temat.
Jednak każda stanowi wyjątkowe dzieło literackie, które odegrało w moim
życiu ważną rolę. Jeśli tylko dacie im szansę, dopuścicie do siebie te
historie i wsłuchacie się w opowiadające je głosy, być może inaczej
spojrzycie na świat. Te książki mogą was odmienić".
Większość tytułów była mi nieznana, bo choć osiągnąłem w swoim życiu
etap, na którym zaczynałem odkrywać literaturę dla dorosłych i podchodzić do niej bardziej poważnie, niemal wszystko jeszcze było dla
mnie nowe. Jako nastolatek zafascynowany zarówno czytaniem, jak i pisaniem uznałem jednak pomysł z listą lektur za ekscytujący; nazajutrz
z samego rana wskoczyłem na rower i pognałem do pobliskiej księgarni,
gotów podjąć rzucone nam przez nauczyciela wyzwanie. Długo rozmyślałem,
od czego zacząć tę czytelniczą przygodę, i ostatecznie zdecydowałem się
na Czy to jest człowiek Prima Leviego.
Książka ta wywarła na mnie głęboki wpływ. Dziś może się to wydać dziwne,
ale w Irlandii połowy lat osiemdziesiątych nie uczyliśmy się w szkole o Holokauście. Nie licząc oglądanych w telewizji filmów wojennych i poświęconych drugiej wojnie światowej powieści dla młodzieży, które
zdarzało mi się wypożyczać z biblioteki, po raz pierwszy zetknąłem się
wówczas z tematem, który przez kolejne lata miał mnie tyleż fascynować,
co przerażać. Tematem, który stał się nieodłączną częścią mojej własnej
historii, mimo że urodziłem się ponad ćwierć wieku po wyzwoleniu
ostatniego z obozów śmierci.
Jak to często z książkami bywa, pierwsza, która mi się spodobała,
sprawiła, że sięgnąłem po kolejną, a potem po następną; wkrótce lista
nauczyciela poszła w kąt, ja zaś pozwoliłem, aby to pisarze i ich
opowieści dyktowali mi, w którym kierunku mam pójść. Pochłonąłem
większość autobiograficznych pism Prima Leviego, a także dziennik Anny
Frank i wspomnienia Eliego Wiesela, dorzuciwszy do tego kilka książek
historycznych i -?ciekawostka -?biografię Hitlera. Wakacje zbliżały się
ku końcowi, zdjęto ze mnie miarę na nowy mundurek szkolny, aż nagle
pewnego dnia odkryłem książkę Viktora E. Frankla Człowiek w poszukiwaniu sensu. Jej tytuł mnie onieśmielił, wydała mi się jednak
naturalną kontynuacją mojej edukacji i próby zrozumienia tego
najstraszniejszego okresu w historii ludzkości, gdy zdawało się, że
człowiek osiągnął szczyty okrucieństwa.
Książka Frankla, podobnie jak wcześniej dzieła Leviego, Wiesela czy Anny
Frank, zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, zarówno po pierwszej lekturze
w 1986 roku, jak i trzydzieści lat później, gdy przeczytałem ją
ponownie, przygotowując się do napisania tej przedmowy. Uderzyła mnie w niej przenikliwość analizy doznań więźniów poddanych najbardziej
dehumanizującemu z doświadczeń -?zaskakująco pozbawiona wszelkiej
goryczy, a zarazem pouczająca w opisach szoku, dezorientacji i strachu
ofiar wyrwanych z rodzinnych domów i przewiezionych do nieznanego,
przerażającego miejsca. Frankl pisze o zachodzących w umysłach
procesach, dzięki którym więźniowie byli w stanie przystosować się do
egzystencji za podłączonymi do prądu ogrodzeniami z drutu kolczastego, o podstawowych instynktach zmuszających ludzi do uczynienia absolutnie
wszystkiego, co w ich mocy, aby po prostu pozostać przy życiu, a także o niszczącym wpływie obozów na psychikę tych, którzy przeżyli piekło, a po
wyzwoleniu odnaleźli się w nowym, innym świecie i nieraz potrzebowali
dziesięcioleci, żeby pogodzić się z tym, co ich spotkało.
Każe nam także zastanowić się nad tym, co właściwie znaczy "przeżyć".
Czy ktoś rzeczywiście "przeżył" obóz koncentracyjny? Nie jestem tego
taki pewien: doświadczenie to okazało się dla wielu tak przytłaczające,
wspomnienia tak makabryczne, a żałoba po utraconych bliskich tak
wszechogarniająca, że w ich świadomości musiał to być ciężar nie do
udźwignięcia.
Każde świadectwo osoby ocalałej z obozu jest inne i subiektywne, lecz u Frankla najbardziej zaskoczyło mnie jego głębokie przekonanie, że każda
chwila ludzkiej egzystencji -?szczęśliwa, smutna, szlachetna czy okrutna
-?składa się na nasze życiowe doświadczenie i jako taka powinna zostać
zaakceptowana. U podstaw tej koncepcji leży stoicyzm, który wymaga
czasu, aby go w pełni pojąć -?myślę wręcz, że w tym celu trzeba by
najpierw przejść przez to wszystko, co było udziałem Frankla -?jednak to
właśnie dzięki stoickiej postawie autor miał odwagę przetrwać
codzienność obozu, a następnie wykorzystać swoje doświadczenia dla dobra
innych. Tym samym dołączył do grona niezwykłych mężczyzn i kobiet
gotowych bez lęku zagłębić się w największy mrok po to, by móc podzielić
się ze światem swoimi przeżyciami -?bez goryczy i użalania się nad sobą,
a jedynie z gorącym pragnieniem, abyśmy coś zrozumieli i w przyszłości
zapobiegli podobnym wydarzeniom.
Viktor Frankl wyprzedził swoje czasy, głosząc kontrowersyjną tezę, że
nieodłącznym elementem życia więźnia jest wolność wyboru. W najbardziej
ekstremalnych sytuacjach utrata nadziei oznaczała według niego poddanie
się siłom ciemności. Jego analiza różnych typów ludzi -?czy to
strażników obozowych, czy więźniów -?również zaskakuje; w swoich
badaniach klinicznych obu tych grup wykazał się prawdziwą odwagą, która
musiała szokować, a może nawet razić niektórych czytelników w 1946 roku,
gdy wspomnienia Frankla ukazały się drukiem po raz pierwszy.
Dla mnie jednak najbardziej fascynującym wątkiem jego książki jest
zgłębianie losów ofiar obozów po ich wyzwoleniu -?osobiście wolę słowo
"ofiara" niż "więzień", to drugie sugeruje bowiem zasłużoną karę,
podczas gdy "ofiara" podkreśla niewinność osoby maltretowanej. Nikt z mojego pokolenia i środowiska nie jest w stanie wyobrazić sobie emocji,
jakie musiały walczyć ze sobą w umyśle kogoś takiego: poczuciu ulgi
towarzyszyły dezorientacja i gniew. Myślę, że nikt z nas już tego nie
zrozumie. Emocje i osobowość tych ludzi złamano w takim stopniu, że po
traumie obozu czerpanie przyjemności z jakiegokolwiek aspektu życia
stanowiło ogromne wyzwanie. Jak żyć wśród ludzi, gdy było się świadkiem
najpodlejszych ludzkich zachowań? Każda z ofiar musiała się z tym
zmierzyć; jednym udawało się to lepiej, innym gorzej, Frankl natomiast
poradził sobie z tym na swój własny sposób: pisał.
Viktor Frankl zmarł, kiedy byłem dzieckiem, lecz jako autor podejmujący
w swoich książkach próby zrozumienia Holokaustu miałem przywilej należeć
do ostatniego bodaj pokolenia pisarzy, którzy mogli osobiście zetknąć
się z ocalałymi z obozów. Podczas wieloletnich podróży odbyłem bardzo
dużo takich spotkań. Chwile, gdy w domach kultury, salach, teatrach i na
scenach festiwalowych na całym świecie różne osoby z widowni wstawały,
aby podzielić się z innymi swoimi wspomnieniami, należą do najbardziej
pouczających doświadczeń w moim życiu zawodowym. Na zawsze zachowam w pamięci późniejsze rozmowy w cztery oczy z takimi osobami, zaszczyt
obcowania z nimi oraz lekkie poczucie zażenowania na myśl, że podczas
gdy ja piszę, odwołując się tylko do wyobraźni, ich historie są
prawdziwe, o wiele bardziej autentyczne i wstrząsające. W rozmowach
tych, obok autorów innych dzieł, które pomagają nam zachować pamięć
tamtych czasów, raz po raz przewijało się nazwisko Viktora Frankla oraz
tytuł jego książki: Człowiek w poszukiwaniu sensu. I tak już
pozostanie -?to przecież jego spuścizna.
"Dlaczego wciąż tyle się o tym pisze?" To pytanie zdaje się często
powracać. Myślę, iż dzieje się tak dlatego, że choć wszystkie wielkie
dzieła beletrystyki, literatury faktu i pamiętniki wywołują dyskusje,
emocje, a nawet krytykę, piękno literatury, w przeciwieństwie zwłaszcza
do polityki czy religii, polega na tym, że akceptuje ona odmienne
poglądy, zachęca do debaty i pozwala nam prowadzić ożywiony dialog z przyjaciółmi i najbliższymi. Nikomu nie dzieje się przy tym krzywda,
nikt nie traci życia ani dachu nad głową. Viktor Frankl musiał to
rozumieć, bo jego Człowiek w poszukiwaniu sensu jest właśnie taką
książką: można ją czytać, cenić, można o niej dyskutować, a przede
wszystkim dzięki niej pamięć o ofiarach pozostaje wiecznie żywa.
John Boyne
John Boyne jest autorem kilku powieści dla dorosłych i pięciu książek
dla młodszych czytelników, w tym Chłopca w pasiastej piżamie.
PRZEDMOWA DO WYDANIA Z 1992 ROKU
Niniejsza książka może się już poszczycić niemal setką wydań w języku
angielskim -?nie licząc przekładów, które ukazały się w dwudziestu jeden
językach. Same zaś wydania anglojęzyczne rozeszły się w liczbie ponad
trzech milionów egzemplarzy.
Takie są suche fakty; nie powinno zatem dziwić, że dziennikarze
amerykańskich gazet, a zwłaszcza amerykańskich stacji telewizyjnych,
wymieniwszy uprzednio owe imponujące liczby, z reguły rozpoczynają
wywiady ze mną od pytania: "Doktorze Frankl, pańska książka to absolutny
bestseller; co pan sądzi o tak spektakularnym sukcesie?", na co zwykle
stwierdzam, że nie traktuję powodzenia swojej książki jako osobistego
sukcesu ani osiągnięcia, lecz raczej jako potwierdzenie duchowej nędzy
naszych czasów; skoro setki tysięcy ludzi sięgają po książkę, której
tytuł wyraźnie nawiązuje do kwestii sensu życia, musi to być dla nich
niezwykle aktualny i palący problem.
Jeszcze coś może tłumaczyć skalę oddźwięku mojej publikacji, a mianowicie fakt, że jej druga, teoretyczna część ("Podstawy
logoterapii") zawiera poniekąd te same wnioski, do których czytelnik
może dojść samodzielnie po lekturze poprzedzającej ją autobiograficznej
relacji ("Moje przeżycia w obozie koncentracyjnym"), która z kolei jest
niczym innym jak egzystencjalną podbudową mojej teorii. Tym samym obie
części uwiarygodniają się wzajemnie.
Powyższe kwestie nie zaprzątały jednak mej głowy, gdy w 1945 roku
zasiadałem do pisania tej książki. A napisałem ją w ciągu dziewięciu
dni, wielce zdeterminowany, aby ukazała się anonimowo. Tak też się stało
i na okładce pierwszego, oryginalnego niemieckiego wydania nie widnieje
moje nazwisko, chociaż w ostatniej chwili, tuż przed publikacją, uległem
presji przyjaciół nalegających, aby autor został przynajmniej wymieniony
na stronie tytułowej pierwszego wydania. Bez wątpienia pisałem ją jednak
z głębokim przekonaniem, iż jako dzieło anonimowe nigdy nie przyniesie
mi sławy literackiej. Zależało mi przede wszystkim na tym, aby
posługując się konkretnym przykładem, przekazać czytelnikom, że życie ma
sens w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej nieludzkich.
Sądziłem, że jeśli przedstawię swoje przemyślenia w kontekście sytuacji
tak skrajnej, jaką jest pobyt w obozie koncentracyjnym, zyskam dodatkowy
posłuch. Czułem, że moim obowiązkiem jest wierne odtworzenie swoich
doświadczeń, uważałem bowiem, że może to pomóc ludziom skłonnym do
depresji.
Jest więc dla mnie czymś zaskakującym i wyjątkowym zarazem, że wśród
kilkudziesięciu książek, które wyszły spod mego pióra, właśnie ta jedna,
którą zamierzałem wydać anonimowo, aby za jej ewentualnym sukcesem nie
stała konkretna osoba autora -?że to właśnie ona stała się bestsellerem.
Raz za razem pouczam więc swoich studentów, zarówno w Europie, jak i w Ameryce: "Nie gońcie za sukcesem -?im bardziej ku niemu dążycie, czyniąc
z niego swój jedyny cel, tym częściej on was omija. Do sukcesu bowiem,
tak jak do szczęścia, nie można dążyć; musi on z czegoś wynikać i występuje jedynie jako niezamierzony rezultat naszego zaangażowania w dzieło większe i ważniejsze od nas samych lub efekt uboczny całkowitego
oddania się drugiemu człowiekowi. Szczęście po prostu musi samo do nas
przyjść i dotyczy to też sukcesu: sukces "przydarza się" nam, kiedy o niego nie zabiegamy. Trzeba słuchać, co nam podpowiada sumienie, a następnie realizować jego nakazy zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą.
Dopiero wtedy przekonacie się, że na dłuższą metę -?powtarzam: na
dłuższą metę! -?sukces przychodzi właśnie do tych, którzy o nim nie
myśleli".
Czytelnicy mogą być ciekawi, dlaczego nie próbowałem uciec przed
wszystkim, co zgotował mi los -?i to zaraz po zajęciu Austrii przez
Hitlera. Pozwólcie, że w odpowiedzi przytoczę w tym miejscu pewną
historię. Na krótko przed przystąpieniem Stanów Zjednoczonych do drugiej
wojny światowej zostałem zaproszony do konsulatu amerykańskiego w Wiedniu po odbiór wizy wjazdowej. Moi rodzice -?starsi ludzie -?byli w siódmym niebie; sądzili, że wkrótce uda mi się wyjechać z Austrii. Nagle
jednak ogarnęły mnie wątpliwości. Szczególnie jedno pytanie nie dawało
mi spokoju: czy rzeczywiście mogę dopuścić, aby rodzice samotnie stawili
czoła czekającej ich przyszłości, groźbie, że -?prędzej czy później -
zostaną wywiezieni do obozu koncentracyjnego, a może nawet do tak
zwanego obozu zagłady? Co jest moim obowiązkiem? Czy powinienem w pierwszej kolejności zatroszczyć się o swoje intelektualne dziecko,
logoterapię, wybrać emigrację i żyzny grunt do pisania książek? A może
raczej powinienem skupić się na obowiązkach, które jako syn miałem wobec
swoich rodziców, i zrobić wszystko, co w mojej mocy, aby ich ochronić?
Rozważałem wszystkie argumenty za i przeciw, lecz mimo to nie byłem w stanie podjąć decyzji; dylemat, z jakim miałem do czynienia, wprost
wołał o "znak z nieba", jak to się czasami mówi.
Pewnego dnia zauważyłem leżący na stole kawałek marmuru. Kiedy zapytałem
ojca, skąd się tam wziął, odparł, że znalazł go w miejscu, gdzie
narodowi socjaliści spalili największą synagogę w Wiedniu. Zabrał go ze
sobą do domu, ponieważ był to fragment tablicy z dziesięcioma
przykazaniami. Na marmurze widniała wyryta złocona hebrajska litera;
ojciec wyjaśnił mi, że symbolizuje ona jedno z przykazań. Natychmiast
zapytałem:
-?Które?
On zaś odparł:
-?Czcij ojca swego i matkę swoją, abyś długo żył na Ziemi.
W tej samej chwili postanowiłem pozostać razem z rodzicami, na tej
ziemi, i zapomnieć o amerykańskiej wizie.
Viktor E. Frankl
Wiedeń 1992
MOJE PRZEŻYCIA W OBOZIE KONCENTRACYJNYM
Niniejsza książka nie aspiruje do tego, aby być wiernym zapisem
historycznych faktów i wydarzeń; stanowi raczej zbiór osobistych
doświadczeń -?doświadczeń, które swego czasu stały się udziałem milionów
więźniów. To naoczna relacja z pobytu w obozie koncentracyjnym, spisana
przez jednego z ocalałych z pogromu. Jej celem nie jest uwypuklanie
największych koszmarów obozowego życia, ponieważ te były nader często
opisywane (choć o wiele rzadziej uznawane za prawdziwe), lecz
przedstawienie niezliczonych drobnych udręczeń. Innymi słowy, książka ta
spróbuje odpowiedzieć na pytanie: w jakim stopniu codzienna
rzeczywistość obozu koncentracyjnego znajdowała odbicie w umyśle
przeciętnego więźnia?
Do większości opisanych tutaj wydarzeń nie dochodziło w wielkich, dobrze
znanych obozach, lecz właśnie w tych mniejszych, w których głównie
dokonywano masowej eksterminacji. Niniejsza historia nie traktuje o kaźni wielkich bohaterów i męczenników, nie opowiada też o wszechwładnych kapo -?zaufanych więźniach obdarzonych szczególnymi
przywilejami -?ani o postaciach znanych osób, które trafiły do niewoli.
Nie koncentruje się zatem na cierpieniach wielkich tego świata, ale na
poświęceniu, męce oraz śmierci olbrzymiej armii nikomu nieznanych i przez nikogo nieodnotowanych ofiar. To właśnie ci zwykli więźniowie, na
których rękawach brak było rozpoznawalnych emblematów, byli obiektem
największej pogardy kapo. Podczas gdy zwykli więźniowie jadali niewiele
lub prawie wcale, kapo nigdy nie chodzili głodni; prawdę mówiąc, wielu
kapo wiodło się w obozie lepiej niż na wolności. W traktowaniu
podległych sobie więźniów przewyższali surowością niemieckich
strażników, a okrucieństwem w biciu -?esesmanów. Rzecz jasna, byli oni
wybierani do sprawowania tej funkcji wyłącznie spośród więźniów o odpowiednich skłonnościach i charakterze i jeśli nie wypełniali tego,
czego od nich oczekiwano, czekała ich natychmiastowa degradacja. Wkrótce
też upodabniali się do esesmanów i strażników obozowych, można więc
powiedzieć, że ich psychikę należy oceniać w tych samych kategoriach.
Osobie z zewnątrz łatwo jest wyrobić sobie mylny obraz obozowego życia -
obraz zniekształcony przez sentymenty i współczucie. Ktoś taki niewiele
wie na temat toczonej przez więźniów brutalnej walki o przeżycie. Był to
bezlitosny bój o kawałek codziennego chleba i przetrwanie, o dobro swoje
lub najbliższego przyjaciela.
Za przykład niech posłuży nam przypadek transportu, który -?jak
oficjalnie ogłoszono -?miał przewieźć pewną liczbę więźniów do innego
obozu; łatwo się jednak było domyślić, że celem tej podróży będą komory
gazowe. Wybrani podczas selekcji chorzy i osłabieni więźniowie jako
niezdolni do pracy mieli zostać przeniesieni do jednego z wielkich
zbiorczych obozów wyposażonych w komory gazowe i krematoria. Selekcja
stanowiła sygnał do bezpardonowej walki między więźniami -?jednostka
przeciw jednostce, grupa przeciw grupie. Liczyło się jedynie to, aby
nasze własne nazwisko i nazwisko naszego przyjaciela nie znalazło się na
liście ofiar, choć wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że miejsce jednego
ocalonego musi zająć inna ofiara.
Każdy transport zabierał określoną liczbę więźniów. Nie było ważne,
których konkretnie, bo i tak każdy z nich był niczym więcej jak tylko
numerem. W dniu przyjazdu do obozu (przynajmniej taką metodę stosowano w Auschwitz) wraz z innymi rzeczami osobistymi odbierano więźniom wszelkie
dokumenty. Każdy miał zatem możliwość podszyć się pod dowolne nazwisko i zawód -?i z różnych powodów wielu tak właśnie robiło. Władze obozowe
interesowały wyłącznie numery przetrzymywanych. Numery te były zwykle
wytatuowane na skórze, musiały być także naszyte w określonych miejscach
na spodnie, kurtkę lub kapotę więźnia. Chcąc oskarżyć kogoś o jakieś
wykroczenie, strażnikowi wystarczył tylko rzut oka na numer (jakże
obawialiśmy się tych spojrzeń!) -?nigdy nie pytał nikogo o nazwisko.
Powróćmy jednak do mającego wyruszyć konwoju. W takich chwilach
brakowało czasu i chęci, aby roztrząsać kwestie moralne czy etyczne.
Każdy więzień opętany był tylko jedną myślą: utrzymać się przy życiu
przez pamięć czekającej na niego rodziny i ocalić najbliższych. Był
zatem gotów na wszystko, by inny więzień -?inny "numer" -?zajął jego
miejsce w transporcie.
Jak już wspomniałem, proces wyboru kapo opierał się na selekcji
negatywnej; tylko najbardziej brutalni mogli sprawować tę funkcję
(szczęśliwie z kilkoma wyjątkami). Jednak wraz z wyborem kapo,
dokonywanym przez esesmanów, wśród więźniów przez cały czas trwała swego
rodzaju autoselekcja. Przy życiu pozostawali z reguły tylko ci, którzy
po latach przebywania w różnych obozach w swojej walce o przetrwanie
porzucili wszelkie skrupuły; imali się oni najróżniejszych uczciwych i nieuczciwych sposobów, aby ratować własną skórę, uciekając się nawet do
brutalnej siły, kradzieży i zdrady przyjaciół. My, którzy wróciliśmy z piekła, zawdzięczając to wielu szczęśliwym zbiegom okoliczności lub
wręcz cudom -?jakkolwiek by to brzmiało -?my wiemy: najlepsi z nas
stamtąd nie powrócili.
Obecnie dostępnych jest wiele faktograficznych relacji dotyczących
obozów koncentracyjnych. W przypadku tej książki fakty będą jedynie o tyle istotne, o ile będą stanowiły część ludzkiego doświadczenia.
Niniejszy esej ma być właśnie próbą opisania natury owych doświadczeń.
Tym, którzy przeżyli obóz koncentracyjny, spróbuję wyjaśnić ich
przeżycia w świetle współczesnej wiedzy; ci zaś, których to ominęło, być
może łatwiej dzięki temu ogarną, a przede wszystkim zrozumieją
doświadczenia tej jakże nielicznej grupy więźniów, którzy przeżyli i teraz nie potrafią odnaleźć się w życiu. Byli więźniowie często
powtarzają: "Nie lubimy mówić o tym, czego doświadczyliśmy. Tym, którzy
byli tam razem z nami, niepotrzebne są żadne wyjaśnienia, inni zaś nie
są w stanie pojąć ani tego, jak się wówczas czuliśmy, ani tego, jak się
czujemy teraz".
Próba metodycznego uporządkowania tak szerokiego tematu stanowi wielkie
wyzwanie, jako że psychologia z natury wymaga swego rodzaju naukowej
bezstronności. Czy jednak człowiek, który odnotowuje swoje obserwacje,
samemu będąc w niewoli, jest w stanie zdobyć się na bezstronność? Osoba
spoglądająca na problem z zewnątrz zdobędzie się na nią bez trudu, lecz
nieunikniony dystans odbierze jej spostrzeżeniom jakąkolwiek autentyczną
wartość. Tylko ten, kto sam był w obozie, naprawdę wie. Jego sądy mogą
być nieobiektywne, a oceny przesadne; to nieuchronne. Należy zatem
podjąć świadomy wysiłek, aby uniknąć jakiejkolwiek stronniczości, i na
tym właśnie polega prawdziwa trudność napisania książki takiej jak ta.
Czasami autor musi mieć odwagę opisania szczególnie osobistych
doświadczeń. Dlatego też początkowo zamierzałem wydać tę książkę
anonimowo, podpisując ją jedynie swoim numerem obozowym. Gdy jednak
rękopis był już gotowy, zrozumiałem, że jako anonimowa publikacja straci
ona połowę swojej wartości i że muszę zdobyć się na odwagę, aby otwarcie
przedstawić swoje poglądy. Podjąłem wówczas decyzję, by nie usuwać
żadnego fragmentu swojej relacji, pomimo głębokiej niechęci do
wszelkiego ekshibicjonizmu.
Moim czytelnikom pozostawiam swobodę analizowania treści tej książki i przekładania jej na suchą teorię. Być może wniesie to coś nowego do
psychologii życia więziennego, badanego tak intensywnie wkrótce po
pierwszej wojnie światowej, która dostarczyła nam wiedzy na temat
"choroby drutów kolczastych". Drugiej wojnie światowej zawdzięczamy
natomiast wiedzę o "psychopatologii mas" (jeżeli mogę w ten sposób
sparafrazować znane powiedzenie, a zarazem tytuł książki Le Bona), wojna
przyniosła nam bowiem wojnę nerwów oraz obozy koncentracyjne.
Ponieważ opowieść ta dotyczy moich osobistych przeżyć w roli zwykłego
więźnia, powinienem w tym miejscu zaznaczyć, nie bez dumy, że z wyjątkiem ostatnich kilku tygodni pobytu w obozie nigdy nie byłem tam
zatrudniony jako psychiatra ani nawet jako lekarz. Kilku moich kolegów
po fachu miało szczęście pracować w kiepsko ogrzewanych ambulatoriach, w których opatrywali rany za pomocą bandaży zrobionych z kawałków
makulatury. Ja jednak byłem numerem 119 104 i większość czasu spędziłem,
kopiąc i układając tory pod linię kolejową. Pewnego razu miałem za
zadanie samodzielnie wykopać pod drogą tunel pod główny wodociąg. Za
jego wykonanie zostałem sowicie wynagrodzony: tuż przed Bożym
Narodzeniem 1944 roku otrzymałem w prezencie tak zwane bony premiowe.
Wydawało je przedsiębiorstwo budowlane, w którym pracowaliśmy na
zasadzie niewolników; firma płaciła władzom obozu ustaloną stawkę
dzienną od każdego więźnia. Bony zaś kosztowały ją pięćdziesiąt fenigów
za sztukę i mogły zostać wymienione na sześć papierosów, często dopiero
wiele tygodni później, chociaż zdarzało się, że traciły już wówczas swą
ważność. Stałem się zatem dumnym posiadaczem bonów stanowiących
równowartość dwunastu papierosów. Lecz co bardziej istotne, owe
dwanaście papierosów można było wymienić na dwanaście porcji zupy, a dwanaście porcji zupy stanowiło często realny ratunek przed śmiercią
głodową.
Przywilej palenia papierosów zarezerwowany był dla kapo, którzy co
tydzień otrzymywali stały przydział bonów; zdarzało się także, że
więzień pracujący jako kapo w magazynie czy w warsztacie mógł liczyć na
kilka papierosów w zamian za wykonywanie bardziej niebezpiecznych prac.
Jedyny wyjątek od tej reguły stanowili ci, którzy utracili już wszelką
wolę walki i chcieli "cieszyć się" swoimi ostatnimi dniami. Widząc zatem
palącego papierosa współwięźnia, wiedzieliśmy, że nie ma on już siły
dalej żyć; zdawaliśmy sobie też sprawę, że raz utracona wola przeżycia
rzadko kiedy powraca.
* * *
Analizując olbrzymią ilość materiałów dotyczących obserwacji i świadectw
niezliczonych więźniów, można wyraźnie określić trzy etapy psychicznych
reakcji człowieka na pobyt w obozie: faza następująca tuż po przybyciu,
stadium głębokiego wejścia w rutynę życia obozowego i okres następujący
po wyzwoleniu z obozu.
Symptomem charakterystycznym dla pierwszego etapu jest szok. W pewnych
warunkach wstrząs może być odczuwany jeszcze przed oficjalnym przyjęciem
więźnia do obozu. Przykładem takiej sytuacji mogą być okoliczności
towarzyszące mojemu własnemu przyjazdowi do Auschwitz.
Kilka dni i nocy półtora tysiąca ludzi podróżowało bez przerwy w zamkniętym pociągu, po osiemdziesiąt osób w każdym wagonie. Trzeba było
leżeć na swoim bagażu, tych kilku osobistych drobiazgach, które
pozwolono nam ze sobą zabrać. Wagony były do tego stopnia przepełnione,
że tylko przez górną część okien wpadało do środka szare światło świtu.
Wszyscy spodziewali się, że pociąg zmierza do jakiejś fabryki
uzbrojenia, w której zostaniemy zatrudnieni w charakterze robotników
przymusowych. Nie wiedzieliśmy, czy wciąż jeszcze znajdujemy się na
terenie Śląska, czy też jesteśmy już w Polsce. Przenikliwy dźwięk
gwizdka lokomotywy sprawiał upiorne wrażenie; był niczym wołanie o pomoc, wyraz współczucia maszyny dla nieszczęsnego ładunku, jaki
przyszło jej wieźć na zatracenie. W pewnym momencie pociąg zwolnił,
najwyraźniej zbliżając się do jakiejś stacji. Wśród zaniepokojonych
pasażerów podniósł się krzyk: "Widać tablicę, jesteśmy w Auschwitz!".
Serca wszystkich zamarły na ułamek sekundy. Auschwitz -?ta nazwa
zawierała w sobie wszystko, co najgorsze: komory gazowe, krematoria,
masowe mordy. Pociąg nadal się poruszał, wolno, niemal z wahaniem, jakby
chciał jak najdłużej oszczędzić swoim pasażerom bolesnej prawdy: to
rzeczywiście było Auschwitz!
W świetle wstającego dnia oczom naszym ukazały się zarysy olbrzymiego
obozu: ciągnące się w kilku rzędach ogrodzenie z drutu kolczastego,
wieże wartownicze, reflektory, a w tle długie kolumny wynędzniałych
ludzkich postaci, szarych w szarym świetle poranka, zdążających dokądś
po prostych, opustoszałych drogach, dokąd -?tego nie wiedzieliśmy. Od
czasu do czasu dobiegały nas pojedyncze okrzyki i natarczywe gwizdy. Nie
znaliśmy jeszcze ich znaczenia. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy szubienic
z ciałami wisielców. Byłem przerażony, ale to nie miało większego
znaczenia, bo odtąd każdy dzień miał nas przyzwyczajać do coraz
większych i bardziej przerażających potworności.
W końcu wjechaliśmy na stację. Początkową ciszę szybko przerwały głośno
wykrzykiwane komendy. Od tego dnia mieliśmy już stale słyszeć te
szorstkie, nieprzyjemne głosy rozlegające się raz za razem we wszystkich
kolejnych obozach. Brzmiały zupełnie jak ostatnie wołanie ofiary,
istniała jednak pewna różnica. Głosy te były zgrzytliwe, ochrypłe, jakby
wydobywały się z gardeł ludzi nawykłych do krzyku, ludzi mordowanych raz
za razem. Drzwi wagonów stanęły otworem i natychmiast do środka wpadł
niewielki oddział więźniów. Mieli na sobie pasiaki, a ich głowy były
ogolone, wyglądali jednak na dobrze odżywionych. Mówili wszystkimi
możliwymi językami europejskimi, dość żartobliwie, co wydawało się
groteskowe w zaistniałych okolicznościach. Jak tonący chwyta się
brzytwy, tak mój wrodzony optymizm (który często decydował o moich
odczuciach nawet w najbardziej rozpaczliwych sytuacjach) kazał mi
trzymać się kurczowo jednej myśli: "Ci więźniowie całkiem dobrze
wyglądają, wydają się mieć dobry humor, nawet się śmieją. Kto wie? Może
mi też się tak poszczęści".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki