Człowiek w kasku - Jon Gordon

-
Proszę czekać

Rozdział 1ZAPISANE W PAMIĘCI

Kiedy widzi się coś pierwszy raz, nigdy się tego nie zapomina. Pisząc te słowa, wciąż mam przed oczyma półfinał meczu w Międzyuczelnianych Mistrzostwach Lacrosse Mężczyzn w 2007 roku, rozgrywany między drużynami Cornella i Duke. W trzeciej kwarcie Duke prowadziła 10 do 3 i wszystko wskazywało na to, że porażka Cornella jest już przesądzona. Jednak dzięki niespotykanej determinacji drużyna Cornella wróciła do gry i doprowadziła do remisu na 17 sekund przed końcem meczu. Zespół Duke ostatecznie wygrał, zdobywając bramkę na trzy sekundy przed zakończeniem spotkania i manifestując niezwykły hart ducha, ale to właśnie ten nieoczekiwany zryw i ofiarność Cornella wzbudziły mój podziw.

Grałem w lacrosse na Uniwersytecie Cornella we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, widziałem też tysiące spotkań w innych dyscyplinach sportu, ale nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim duchem walki, pasją, charakterem, wytrwałością i determinacją, jakie zaprezentowała drużyna Cornella w drugiej połowie tego pamiętnego meczu. Ponieważ na co dzień pracuję z zawodowymi i uczelnianymi drużynami sportowymi, a także z amatorskimi zespołami w korporacjach, szkołach i organizacjach non profit, czułem, że muszę dowiedzieć się, co zainspirowało chłopców z Cornella, by grać z tak godnym podziwu zapałem. Jako trener motywacyjny, ciągle zgłębiający tajemnice ludzkich pobudek, wiedziałem, że to musiało być coś więcej niż żądza wygranej. Kierowało nimi coś znacznie potężniejszego, i dręczony ciekawością postanowiłem odkryć, co to było.

Udałem się więc w podróż do miejsca, w którym spędziłem moje studenckie lata, miejsca, które ukształtowało mnie na rozmaitych poziomach. W samolocie lecącym na północ stanu Nowy Jork zdałem sobie sprawę, jak bardzo doświadczenia, które wtedy zdobyłem, pomagają mi mierzyć się z obecnymi wyzwaniami zawodowymi. Uprawianie sportu podczas studiów na zawsze zmieniło moje życie, nauczyło mnie ciężkiej pracy, pokonywania przeciwności, odrzucenia, strachu i zwątpienia w swoje możliwości, a także pokazało, że zawsze warto dążyć do spełnienia marzeń. Opuściłem to miejsce jako student, wracałem jako nauczyciel, a stanąwszy na płycie lotniska w Ithace, byłem gotów ponownie stać się uczniem. Nie widziałem kampusu od ponad 10 lat. Gdy dotarłem na miejsce, poczułem znajomy chłód październikowego powietrza. Byłem przygotowany na zupełnie nową lekcję o przywództwie i pracy zespołowej.

PRZEDMOWA

Pamiętam moment, w którym dotarła do mnie ta druzgocąca wiadomość. Kapitan drużyny lacrosse[1] Uniwersytetu Cornella zmarł na polu gry, uderzony piłką w klatkę piersiową. Pomyślałem: "Co za koszmar, co za potworna tragedia i okrucieństwo losu". Bo jak inaczej to ująć? Jako absolwent Uniwersytetu Cornella, ściśle związany z jego programem lacrosse, prawdopodobnie odczuwałem wszystko dużo dotkliwiej niż większość osób, które przeczytały o tym, co się stało, w gazecie czy internecie lub usłyszały o tym w wiadomościach. W pewnym sensie ta śmierć wydała mi się dużo realniejsza, bo dorastałem, przyglądając się środowisku lacrosse w Cornellu, znałem tamtejszych zawodników i rozumiałem, jak zwarta była społeczność, którą stanowili.

Dwa lata wcześniej, w ramach pracy dla ESPN[2], oddałem hołd pamięci innego kapitana drużyny lacrosse w Cornellu, który odszedł zbyt wcześnie, choć nie tak młodo jak George Boiardi. Eamon McEneaney, jedna z największych gwiazd w historii lacrosse, zginął 11 września 2001 roku w World Trade Center, gdzie pracował jako finansista. Emocje, których byłem świadkiem na jego pogrzebie w New Canaan w stanie Connecticut, tkwią we mnie do dziś. Richie Moran, wieloletni trener drużyny Cornella, człowiek, którego znałem całe życie, był tak przejęty, że szlochając, z wielkim trudem przebrnął przez swoje przemówienie ku czci McEneaneya. Nigdy wcześniej nie widziałem dorosłego człowieka tak pogrążonego w żalu. Jego ból był tak prawdziwy, że mogli go poczuć wszyscy zgromadzeni w kościele żałobnicy. To było z jednej strony piękne, a z drugiej okropne - pamiętne zwieńczenie najtragiczniejszego tygodnia w historii Nowego Jorku. Zachowanie Morana wiele mówi też o rodzinnym charakterze relacji między członkami kadry lacrosse w Cornellu. McEneaneya żegnali aktualnie grający zawodnicy, dawni koledzy z zespołu, a także liczni przyjaciele i znajomi, z którymi zetknął się w swojej karierze sportowej.

A potem w 2004 roku, w Dzień Świętego Patryka[3], zmarł George. To było straszne - zwłaszcza że Moran, McEneaney i tak wielu innych członków tej społeczności miało irlandzkie korzenie. Nigdy nie poznałem George'a. Nie wydaje mi się też, żebym kiedykolwiek wcześniej o nim słyszał, to znaczy do dnia jego śmierci, choć zakładam, że wspólnie uczestniczyliśmy w pogrzebie McEneaneya. Jednak przez kilka następnych lat stopniowo go poznawałem dzięki jego przyjaciołom i członkom rodziny. Opowiadali mi o George'u w trakcie licznych imprez charytatywnych organizowanych, by oddać hołd jego pamięci i zebrać pieniądze na wsparcie celów, które uważał za ważne.

Każdej zimy setki przyjaciół George'a, zarówno tych pochodzących z jego rodzinnej miejscowości, jak i tych poznanych w Cornellu, przyjeżdżają do Nowego Jorku, by wziąć udział w uroczystej kolacji z cyklu "21 Dinner"[4]. W założeniu spotkanie to nie miało być niczym nadzwyczajnym. Bliscy George'a po prostu szukali sposobu na uczczenie jego pamięci. Wkrótce okazało się jednak, że "21 Dinner", początkowo organizowane głównie przez Jessego Rothsteina, studenta Cornella i przyjaciela George'a, przekształciło się w bezprecedensowe wydarzenie, o którym można powiedzieć wiele, ale z pewnością nie to, że jest zwyczajne. Aktywni zawodowo i pochłonięci obowiązkami codziennego życia znajomi George'a niezawodnie stawiają się każdej zimy - mam wrażenie, że spotkanie zawsze wypada w najmroźniejszą noc w roku - by go wspominać.

Wcześniej uczestniczyłem już w wielu inicjatywach, mających na celu pielęgnowanie pamięci przyjaciół, którzy odeszli. Zwykle bywa tak, że frekwencja i zainteresowanie są duże w pierwszych latach po czyjejś śmierci, po czym stopniowo słabną - wspomnienia blakną, a ludzie przechodzą nad stratą do porządku dziennego. W tym przypadku było jednak inaczej. Wydawało się wręcz, że z każdym mijającym rokiem przyjaciele George'a byli coraz bardziej zdeterminowani, by zachować jego osobę w żywej pamięci.

Zacząłem niecierpliwie wyczekiwać tych spotkań - rozmów z rodzicami George'a, jego siostrami, przyjaciółmi i kolegami z drużyny, a także reprezentantami kręgów edukacyjnych, do których George zamierzał dołączyć po ukończeniu studiów jako wolontariusz organizacji Teach For America[5]. W jednym z takich uroczystych spotkań uczestniczyli przedstawiciele rezerwatu Indian. Przyjechali, by oddać cześć młodemu mężczyźnie, który dorastał w świecie pełnym przywilejów, a jednak był gotów zamieszkać w skrajnie odmiennych warunkach i poświęcić przynajmniej dwa lata życia, by pomagać innym.

Być może zabrzmi to trywialnie, ale te spotkania zawsze przywracały moją wiarę w człowieczeństwo. Ponadto miały dla mnie bardzo osobiste znaczenie, bo organizatorzy oddawali hołd również mojemu ojcu, który jako student Cornella grał w lacrosse z numerem 21, tak jak George. Ojciec zmarł 21 grudnia 2001 roku w Nowym Jorku w wyniku komplikacji po operacji stawu biodrowego. Odszedł w wieku 67 lat - zbyt wcześnie, ale wystarczająco późno, by móc powiedzieć, że żył pełnią życia, której George nie mógł doświadczyć. Obserwując, z jaką czułością i wylewnością wspominano George'a podczas tych uroczystych kolacji - rokrocznie pełniłem zaszczytną, choć w moim odczuciu zbędną funkcję mistrza ceremonii - zrozumiałem, dlaczego znaczył tak dużo dla tak wielu. Sposób, w jaki o nim mówiono, dawał precyzyjny obraz tego, jakim był wspaniałym młodym człowiekiem - bezinteresownym, szlachetnym, życzliwym, taktownym oraz kompletnie pozbawionym arogancji i jakichkolwiek roszczeń. Był kimś, kto zasługiwał na bezwarunkowy szacunek - kimś, kogo zarówno Eamon McEneaney, mój ojciec, ja czy ktokolwiek inny chciałby mieć w gronie przyjaciół. Nie zmienia to jednak faktu, że nie znałem George'a osobiście i wciąż pozostawało wiele rzeczy, których o nim nie wiedziałem. Ta książka wypełnia tę lukę. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że George był kimś, kogo warto było znać.

Jeremy Schaap

[1] Gra zespołowa, której celem jest umieszczenie piłki w bramce przeciwnika za pomocą specjalnego kija zakończonego siatką. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

[2] Akronim Entertainment and Sports Programming Network, amerykańskiej całodobowej stacji telewizyjnej poświęconej tematyce sportowej.

[3] Święto patrona Irlandii obchodzone 17 marca.

[4] Doroczne uroczyste spotkania organizowane w Nowym Jorku na cześć George'a Boiardiego. Liczba 21 upamiętnia numer, z którym Boiardi grał w drużynie Cornella.

[5] Teach For America (pol. Ucz dla Ameryki) to organizacja non profit, rekrutująca wybitnie uzdolnionych młodych ludzi do dwuletniej pracy edukacyjnej na rzecz biedniejszych społeczności Stanów Zjednoczonych.