Człowiek w futerale - Anton Czechow

Kup ebooka

6.49 zł
5.32 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZŁOWIEK W FUTERALE

Na samiutkim końcu wsi Mironosicze w stodole sołtysa Prokopa zanocowało dwóch zapóźnionych myśliwych: weterynarz Iwan Iwanowicz i nauczyciel gimnazyalny Burkin. Iwan Iwanowicz nosił dość osobliwe nazwisko - Czymsza Himalajski, ale że zgoła doń nie pasowało, więc cała gubernia nazywała go poprostu Iwanem Iwanowiczem; mieszkał pod miastem przy stajni zarodowej, a teraz przyjechał na polowanie dla odpoczynku i świeżego powietrza. Burkin zaś każde wakacye gościł u hrabstwa P. i był w tej okolicy, jak u siebie w domu.

Nie spali. Iwan Iwanowicz wysoki szczupławy jegomość z długimi wąsami siedział na progu i ćmił fajkę - księżyc go oświecał. Burkin leżał wewnątrz na sianie i niktby go po ciemku nie zobaczył. Gawędzili po trochu o tem i o owem, że naprzykład, Marta, sołtysowa, tęga i wcale nie głupia baba przez całe życie nie przestąpiła granic swej wsi, nigdy nie widziała ani miasta, ani kolei żelaznej, a ostatnie lat dziesięć stale spędzała za piecem, zaledwie nocami wychodząc na świat Boży. Cóż w tem dziwnego! - powiedział Burkin. Masę mamy ludzi, coby chcieli, jak rak­-pustelnik, albo ślimak zamknąć się w swojej skorupie. Może to nawet zjawisko atawizmu, powrót do tej epoki, kiedy przodek człowieka nie był jeszcze zwierzęciem towarzyskiem i samotnie pędził żywot w swoim barłogu; a może to tylko jedna z modyfikacyj ludzkiego charakteru - któż to może wiedzieć? Nie jestem przyrodnikiem i co mi tam do tego: to nie moja rzecz. Chcę tylko powiedzieć, że tacy ludzie jak Marta - to zjawisko nie rzadkie. Po co daleko szukać! Dwa miesiące temu umarł w naszem mieście niejaki Bielibow, nauczyciel języka greckiego, mój kolega. Słyszał pan o nim naturalnie, znany był z tego, że zawsze, choćby w najpiękniejszą pogodę wychodził w kaloszach i z parasolem i z zasady w palcie zimowem, na wacie. A parasol musiał mieć w futerale, zegarek w futerale zamszowym szarym, a gdy wyjmował scyzoryk, aby zatemperować ołówek - to i scyzoryk miał w futeraliku, i twarz zdawało się także nosi w futerale, gdyż ją wiecznie chował w podniesiony kołnierz od palta. Nosił ciemne okulary, koszulkę trykotową, uszy zatykał watą a wsiadając do doróżki, niezmiennie wydawał dyspozycye podniesienia budy. Słowem ten człowiek okazywał konsekwentne i niezachwiane dążenie do otoczenia się jakąś błonką, do stworzenia sobie rodzaju futerału, któryby go izolował, zabezpieczył od działań zewnętrznych. Rzeczywistość drażniła go, straszyła, utrzymywała w ciągłej bojaźni i być może dlatego, aby umotywować tę swoją bojaźliwość wiecznie chwalił to co już było, lub czego nigdy nie było, a języki starożytne, które wykładał, były dlań w istocie rzeczy tak samo kaloszami i parasolem, dokąd się skrywał od życia realnego. - O jakże dźwięcznym, jakże pięknym jest język grecki, mówił ze słodkim wyrazem twarzy; następnie przymróżał oczy, podnosił palce i wymawiał: Antropos. I myśli swe starał się Bielibow także pochować do futerałów, Dla niego były jasnemi tylko rozporządzenia i artykuły w gazetach, w których cokolwiek zakazywano. Gdy cyrkularz zakazywał uczniom wychodzić po dziewiątej na ulicę, albo gdy artykuł zakazywał miłości cielesnej - to ten fakt był dla niego jasny, zdecydowany; - nie wolno i basta. W akceptacyi, przyzwoleniu odczuwał zawsze jakiś pierwiastek wątpliwy, coś niedopowiedzianego, niezdrowego. Gdy w mieście zezwolono urządzić teatr amatorski, albo czytelnię lub choćby kawiarnię, to on kiwał głową i cicho rozumował: - Naturalnie, że to niby ładnie - ale żeby to tylko z tego co nie wypadło. Wszystko, co naruszało paragraf, odstępowało od reguły, przyprowadzało go do rozpaczy, znękania, choćby to nic nie miało z nim wspólnego. Jeżeli ktoś z kolegów spóźnił się na nabożeństwo, albo rozeszła się pogłoska o awanturach gimnazyalistów, albo gdy zobaczono damę klasową późno wieczorem z oficerem, to nasz Bielibow drżał cały, aby też Broń Boże, co z tego nie wypadło. A na konferencyach pedagogicznych poprostu nas gniótł swoją ostrożnością, wahaniem się i swoimi poglądami futerałowymi naprzykład na to, że młodzież w gimnazyach żeńskich i męskich źle się prowadzi, że dokazują w klasach, ach żeby to nie doszło do władzy, ach żeby, aby co z tego nie wypadło - a żeby to tak jeszcze z klasy drugiej wypędzić Pietrowa, a z czwartej Jegorowa, toby było bardzo dobrze. I cóż? Swoimi jękami, swoimi ciemnemi okularami na bladej, małej jak tchórza twarzy dusił nas kompletnie i myśmy ustępowali, obcinaliśmy za sprawowanie noty Pietrowowi i Jegorowowi, pakowaliśmy ich do kozy - a koniec końcem usuwaliśmy ze szkoły i Pietrowa i Jegorowa. Miał dziwny zwyczaj łażenia po naszych mieszkaniach. Przyjdzie, siądzie i milczy, i napozór wypatruje czegoś. Posiedzi tak w milczeniu ze dwie godziny i odchodzi. On to nazywał "podtrzymywaniem stosunków zażyłości z kolegami". Oczywiście, że dla niego nie było przyjemnością chodzić do nas i siedzieć - ale chodził wytrwale, bo uważał to za obowiązek poczucia koleżeńskiego. My, nauczycielowie baliśmy go się. A nawet i sam dyrektor. No i pomyśl pan, nasi nauczycielowie - toć to przecie ludzie myślący, zupełnie porządni, wychowani na Turgieniewie i Szczedrinie..., a pomimo to ten człowieczek w kaloszach i z parasolem trząsł całem gimnazyum przez piętnaście lat. Ale co gimnazyum! Całem miastem. Nasze damy nie urządzały domowych widowisk w soboty, bo się bały, żeby się nie dowiedział. Duchowieństwo krępowało się przy nim jeść mięso i grać w karty. Pod wpływem takich ludzi jak Bielikow nasze miasto przez przeciąg ostatnich lat dziesięciu zaczęło się wszystkiego obawiać. Obawiano się głośno mówić, listów posyłać, zaznajamiać się, czytać książki, obawiano się wspomagać biedaków, uczyć analfabetów... Iwan Iwanowicz, chcąc coś powiedzieć, zakaszlał, ale z początku zapalił fajkę, popatrzył na księżyc i dopiero potem wyrzekł z rozwagą: Tak. Myślący, porządni, czytają Szczedryna i Turgieniewa, rozmaitych tam Bucklów i innych - a jednak poddawali się, cierpieli... Tak, proszę ja pana, tak to bywa... Bielibow mieszkał w tym samym domu, co i ja - ciągnął dalej Burkin - na tem samem piętrze vis a vis, częstośmy się spotykali, więc znałem jego stosunki domowe. I tutaj to samo: szlafrok, szlafmyca, okiennice, siatki - cały systemat różnych ograniczeń, odgraniczeń i zakazów i ach - żeby tylko co z tego nie wypadło. Jeść z postem - nie zdrowo, jeść mięso nie wypada, bo powiedzą potem, że Bielkow nie pości. Służącej nie trzymał, bo by może o nim źle sądzili - więc trzymał kucharza Afanasija, starego wygę, kretyna i pijaka. Afanasij przed wiekami służył w wojsku za lokaja u oficera i w przybliżeniu umiał cokolwiek spitrasić. Ten Afanasij zazwyczaj stał we drzwiach, ręce w krzyż i nie wyraźnie mruczał. Bardzo już dużo ich dziś mamy! Sypialnię miał Bielikow maleńką, jak pudełko. Nad łóżkiem ma się rozumieć gruba firanka. Spał zawsze starannie zawinięty wraz z głową w kołdrę. - Duszno mu było, gorąco, w piecu huczało, wiatr głucho uderzał do drzwi, a z kuchni biegły jakieś odgłosy, straszne odgłosy... A Bielikow drżał w kołdrze­-futerale. Bał się, żeby przypadkiem co nie wypadło, żeby Afanasij go nie zarżnął, aby złodziej się nie dostał do pokoju, a potem w nocy śniły mu się przeraźliwe sceny. Rano idąc do gimnazyum, widziałem go zmęczonego, wybladłego. Widać było, że ludne gimnazyum, dokąd dążył działa mu wprost na nerwy, męczy, zabija jego istotę i że tej naturze odludnej przykrem jest i to nawet, że musi iść razem z kimkolwiek. Zabardzo już krzyczą u nas w klasach - mówił, jakby się starał usprawiedliwić swe uczucie ciężkości - Do niczego to nie jest podobne. Aby tylko... I ten nauczyciel języka greckiego, ta jaźń w futerale, niech sobie pan wystawi - omało się co już raz nic ożenił. Iwan Iwanowicz szybko popatrzył w głąb stodoły. - Nie kpij pan! - Nie! Tak jest, chciał się żenić, choć to dziwne, nie prawda? Przysłano nam nowego nauczyciela do historyi i geografii, niejakiego Kowalenkę, Michała Sawicza, chochoła. Przyjechał nie sam, bo ze siostrą Basią. Wysoki był chłop, młody, smagły, z olbrzymiemi łapami, a z twarzy biło, że napewno mówi basem, no i w rzeczywistości głos miał jak z beczki: bu­-bu­-bu... A ona zaś była już nie młoda, miała koło trzydziestki, ale tak samo wysoka, na okaz zbudowana, brwi czarne, policzki czerwone, słowem nie panna, a marmulada, a do tego dziewucha z rozmachem, śmiała. Cały dzień spiewała szumki ukraińskie, albo się zaśmiewała. Z byle czego, wybucha stepowym śmiechem i ciągnie bez końca cha, cha, cha! A potem znów szumka... Pierwszy raz poznaliśmy się oficyalnie z Kowalenkami na imieninach u dyrektora. Wśród morderczo poważnych twarzy pedagogów, którzy i na zabawę chodzą z urzędu, patrzymy, naraz Afrodyta wyłania się z piany: idzie w pozie do kozaka, chichocze, śpiewa i przytupuje... Zaśpiewała z uczuciem: " Wijut Wichri" potem jeszcze romanzę, potem jeszcze coś, i wszyscy byli oczarowani. - Wszyscy nawet Bielikow. Przysiadł się do niej i ze słodkim uśmiechem wyrzekł:

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI