Człowiek w Cywilizacji. Tom 3 - Krzysztof Miedzik

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (30,29 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział III

Na widok obcych osada tubylców wyległa na spotkanie. Nie mieli się czego obawiać - przybyszy było czterech, a przy nich zagubiony myśliwy bez trofeów, teraz zgarbiony, jakby przytłoczony ciężarem wstydu. Stanęli na środku placu. W oczach ludzi widać było ostrożność, ale nie strach - raczej ciekawość zmieszaną z dumą tych, którzy od wieków żyją z wiatrem i słońcem, na ziemi nieprzyjaznej, a jednak własnej.

Okrągłe namioty z końskich skór lub grubego filcu z owczej wełny stały w kilku półkolach. W środkowej części górował największy - namiot wodza, tak duży, że wewnątrz znajdował się plac i miejsce wspólnego ognia, przeznaczone do obrad i rytuałów. Wokół namiotów kłębiły się konie, kozy i owce w zagrodach, a dzieci biegały boso po suchym piasku, z włosami rozrzuconymi przez wiatr.

Wtedy do młodego myśliwego podbiegła trójka najbliżej bawiących się dzieci i przywarła do jego nóg. Reakcja czujnych matek była natychmiastowa - jedne chwytały swoje dzieci za rękę, inne za kołnierz koszuli i chowały je za siebie.

Wreszcie leniwie wyszedł wódz. Był mężczyzną o ciężkim spojrzeniu, z włosami splecionymi w długi warkocz i kożuchem zarzuconym na ramiona mimo ciepła. Jego ruch był spokojny, pełen pewności. Gdy zbliżył się, uniósł rękę w geście powitania - otwartą, bez broni - i powiódł przybyszów za sobą do namiotu.

Rytuał

Wewnątrz panował półmrok. W centrum płonął ogień, a nad nim wisiał szeroki kocioł, z którego unosił się tłusty, mleczny zapach. Kobieta w długim, barwnym płaszczu mieszała zawartość drewnianą chochlą, a wódz usiadł na niskim siedzisku pokrytym skórami. Wskazał przybyszom miejsca naprzeciw.

Rozmowa zaczęła się gestami. Varen uniósł dłonie w otwartym geście pokoju, potem wskazał na chłopaka i lekko pochylił głowę. Wódz spojrzał na młodego myśliwego, po czym wydał z siebie krótki, twardy dźwięk - jakby rozkaz, który w jego języku brzmiał ostrzej niż słowa. Chłopak natychmiast zbliżył się do niego, przyklęknął i położył rękę na ziemi.

Varen nie wiedział, czy to kara, czy rytuał. Milczał. Wiedział tylko, że każde słowo mogłoby zburzyć kruche porozumienie.

Wódz sięgnął po dzban z ciemnego rogu i napełnił cztery miski mlecznym płynem. Zapach był ostry, kwaśny, z nutą czegoś, co przypominało sfermentowane owoce. Wskazał im, by pili.

Ben pierwszy uniósł miskę. Powąchał ostrożnie, po czym upił łyk. Twarz mu drgnęła - nie ze wstrętu, raczej z zaskoczenia. Napój był chłodny, pienisty, lekko musujący, z gorzkawym posmakiem. Wódz patrzył uważnie, a gdy Ben skinął z uznaniem, w namiocie rozległ się pomruk aprobaty.

- Kumys - powiedział wódz powoli, jakby uczył dziecko. Potem uniósł własną miskę i pociągnął długi łyk.

Varen powtórzył ostrożnie:

- Kumys.

Wódz uśmiechnął się po raz pierwszy. Jego twarz rozjaśniła się, a w oczach błysnęło coś, co mogło być sympatią. Wskazał na Varena, potem na siebie i uderzył się pięścią w pierś.

- Torgan - wymówił wyraźnie, po czym dotknął dłonią serca.

Varen powtórzył gest. - Varen.

Przez chwilę w namiocie panowała cisza. Tylko ogień strzelał iskrami, a kobieta podała im po misce gęstej strawy z mięsem i ziarnami. Była tłusta, ciężka, pachniała dymem i mlekiem.

Zwiadowcy jedli powoli, nie wiedząc, czy to posiłek, czy ceremonia. Wódz mówił coś, gestykulując szeroko - raz wskazywał na północ, raz na zachód, a jego dłonie kreśliły w powietrzu linie przypominające góry i rzeki. Varen starał się zrozumieć sens. Gdy Torgan wskazał ich kierunek i uniósł dwa palce, Varen odczytał to po swojemu: pozwolenie na dalszą drogę - lub ostrzeżenie, że dwie noce, nie więcej, mogą tu zostać.

Wieczór przyniósł spokój. Na zewnątrz śpiewano, dzieci biegały wokół ognia, a kumys krążył w kolejnych czarach. Varen siedział w milczeniu, wsłuchując się w język, którego nie rozumiał, ale który zaczynał brzmieć znajomo jak rytm ziemi - miękki, urywany, pełen oddechu wiatru i szumu stepu.

Wtedy pojął, że nie przyszli tu po drogę, lecz po zrozumienie - że dalej mogą iść nie jako obcy, lecz ci, którzy przeszli przez ogień i zostali przyjęci przez ziemię.

Torgan wiedział, że za zwiadowcami wkrótce pojawi się cała karawana. Obserwatorzy już dawno przekazali mu, że przybysze są dobrze uzbrojeni, a ich konie błyszczą metalem i bogactwem. To nie była biedna, wędrowna grupa - to był lud, który znał cel i miał siłę, by go osiągnąć. Wódz wiedział też, że jeśli będą szukać miejsca na odpoczynek, wybiorą dolinę wzdłuż rzeki, tam, gdzie woda płynie szeroko, a brzegi porastają trawy. Tam mogli zbudować obóz, nie wiedząc, że to ziemia, którą tubylcy uważali za własną.

Ich plan był zawsze ten sam - pozwolić obcym odpocząć, ale nie tam, gdzie chcieli, by nie psuć wypasu własnych zwierząt; a potem sprawić, by zniknęli tak, jak przyszli - sprytem lub siłą, jeśli trzeba.