ROZDZIAŁ I
Spokojny człowiek
Wtwierdzeniu, że przygody zdarzają się tylko tym, którzy ich szukają, tkwi niewątpliwie brutalna prawda. Każdemu jednak mogą się i bez tego wyjątkowo wydarzyć dziwne rzeczy. Na przykład trudno sobie wyobrazić człowieka bardziej spokojnego jak podpułkownik John Strickland, ostatnio z Coldstream Guards. Przypłynął statkiem rzecznym do Thabeikkyinu
, a następnie samochodem przez dżunglę i góry dotarł do Birmańskich Kopalni Rubinów w Mogoku
w wielce romantycznym celu zakupienia pięknego kamienia dla ukochanej kobiety. I w tym to odosobnionym miejscu podczas sześćdziesięciu godzin pobytu wydarzyła mu się pierwsza fantastyczna przygoda z całej serii przygód, które później spotkały go za oceanem w gorączce rozjaśnionych światłami miast.
W południe dotarł do pensjonatu położonego na stoku góry powyżej miasta, zjadł lunch, a teraz wyciągnięty w fotelu żuł w zębach birmańskie cygaro, rozkoszując się spokojem popołudnia. Jednak nie był pisany mu spokój. Jakby spod ziemi na werandzie pojawiło się trzech miejscowych handlarzy, podsuwając mu tace pełne kamieni - odłamki szafirów, kawałki ametystów i topazów, niezliczoną ilość turmalinów i spineli, wszelkiego śmiecia z kopalni rubinów. Odrzucił ich ofertę, z początku łagodnie, później stanowczo. Jednak natarczywość była ich prawdziwym towarem, dlatego oferowali na sprzedaż raczej swoją spokojną obecność niż kamienie; oddalili się na kilka jardów w dół ogrodu i kucnęli, kołysząc się z boku na bok, jak sępy czyhające na jeszcze żywą ofiarę.
Strickland znów zamknął oczy i w tym momencie usłyszał zgrzyt ogrodowej furtki. Na ścieżce, pomiędzy wypielęgnowanymi grządkami kwiatów, ukazał się oficer w mundurze. Był wysoki, dobrze zbudowany, o ogorzałej twarzy, z małym przystrzyżonym wąsikiem. Skierował się w stronę werandy i zasalutował.
- Pozwoli pan, że się przedstawię, sir - powiedział służbowo. - Jestem kapitan Thorne, okręgowy superintendent miejscowej policji.
Pułkownik Strickland wstał i skłonił się, skrywając rozdrażnienie.
- Miło mi pana poznać - powitał gościa. - Proszę usiąść ... chociaż to raczej pan tu jest gospodarzem, a nie ja!
- Niezupełnie - odparł kapitan Thorne. Usiadł jednak i zdjął kask tropikalny. Przez chwilę panowało milczenie, które przerwał Strickland, podając gościowi papierośnicę.
- Zapali pan?
- Dziękuję, wolę fajkę.
Pułkownik westchnął zawiedziony. Zaczął zastanawiać się, ile papierosów może zastąpić jedna fajka, tym bardziej że ta właśnie została świeżo nabita. Kapitan Thorne był mężczyzną lat około trzydziestu pięciu, ale poruszał się jak człowiek dużo starszy.
- Dwa dni temu był pan w Bhamo - stwierdził bezceremonialnie.
- Przekroczyłem góry od strony Yunnan - odparł Strickland.
- Tak - rzekł Thorne.
- Tak - powtórzył Strickland i znów obu mężczyzn otoczyła cisza. Thorne wodził wzrokiem po ogrodzie. Ciężar odpowiedzialności ugiął mu ramiona niczym wór z kamieniami. Strickland prawie to widział - Thorne sprawiał wrażenie człowieka dźwigającego ciężki tornister. Wolno odwrócił wzrok od ogrodu, skierował go na twarz pułkownika i znów zagaił:
- Przez rok i trzy miesiące wędrował pan po Chinach?
- Istotnie.
- Opowiadał pan o tym mojemu koledze w Bhamo.
- A tak, rzeczywiście.
- To długa podróż.
- Nie tak znów uciążliwa - odrzekł łagodnie Strickland.
- Oczywiście - przyznał poważnie Thorne.
- No właśnie.
- No właśnie - powtórzył Thorne i znów zapadła cisza jak próżnia, i jeszcze raz oczy Thorne'a powędrowały w ogród, jakby rozważając jakieś ważne pytanie. Te wszystkie najbłahsze pytania były zawsze jego stałym zmartwieniem, aczkolwiek niewinne, dla niego były ważne i do tego musiał zadawać je oględnie. Odwiedził Stricklanda, ponieważ potrzebował pomocy pułkownika, ale w jego naturze nie leżało mówić o tym wprost.
- Polował pan? - spytał.
Strickland wzruszył ramionami.
- Jeśli nadarzyła się okazja. Miałem ze sobą broń i sportowego manlichera.
Thorne był wyraźnie rozczarowany.
- Sporządzał pan mapy?
- Tak, kilka - Strickland odwrócił się. - Ale nie miałem takiego polecenia.
- Nie? - zdziwił się Thorne.
- Nie - odparł.
Przygnębienie okręgowego superintendenta dosięgnęło szczytu. Doszedł do wniosku, że ma przed sobą nie tego człowieka, którego potrzebował. Poruszył się w fotelu i wypalił z determinacją:
- Pułkowniku Strickland, czy wybaczy mi pan niegrzeczność?
Pułkownik rzucił chłodne spojrzenie na niewygodnego gościa.
- Proszę zaryzykować - rzekł spokojnie.
Kapitan Thorne znów poruszył się, lecz tym razem trochę żywiej.
- Wobec tego zaryzykuję - zdecydował. - Czy to nie jest trochę dziwne, że tak młody mężczyzna jak pan, z pańską pozycją, prezencją, niewątpliwie również z pewną sumą pieniędzy, jednym słowem, mając za sobą te wszystkie plusy, które pozostawiła wojna, taki człowiek wędruje pieszo przez bezludne rejony naszego globu z jednym lub dwoma tubylcami w charakterze służących i mając przy sobie ekwipunek, którym pogardziłby każdy przydrożny kupiec? Czy nie jest to raczej niezwykłe?
Pytanie nie było uprzejme, ale nie zostało zadane z intencją obrazy. Ton głosu Thorne'a brzmiał przepraszająco, jego zachowanie było uległe i pełne szacunku, mimo to opalona twarz Stricklanda poczerwieniała i pułkownik ociągał się z odpowiedzią.
Mógł podać nie mniej niż dwadzieścia powodów, a każdy z nich posiadałby cechy prawdopodobieństwa. Ślad cygańskiej krwi w jego żyłach, świadomość przemijającego czasu, nie pozwalająca mu tkwić bezczynnie, utrata przyjaciół, bolesna nuda, uczucie, że on i jemu współcześni zajmowali się zasilaniem armii w młodych ludzi przekonanych, że ich poprzednicy spowodowali straszliwe zniszczenia w minionej epoce, cyniczna chęć przyjrzenia się z pozycji obserwatora, czy nowa generacja zrobi coś lepszego - każdy z tych powodów był wystarczający. Lecz ostatecznie prawdziwa przyczyna, causa causans jego wędrówki - nie, to nie były wyżej wymienione powody.
Wybrał więc w końcu jeszcze inny powód, i ten również bliski był prawdy.
- Nie tylko ja w moim regimencie odbywałem piesze wyprawy - rzekł i wymienił kilka nazwisk. - Jeden z nich nie tak dawno umarł w Yunnanie.
- Pamiętam - odparł Thorne.
- Otóż wszystkich nas łączy jedna wspólna rzecz - kontynuował Strickland. - Zwykle w życiu takich ludzi, jakich był pan przed chwilą łaskaw opisać, ludzi tego pokroju, co ja, znaczące miejsce zajmują konie. Uprawianie jazdy konnej otwiera drzwi do połowy domów w kraju i czyni lato piękniejszym, tworząc wspaniałą uwerturę dla zimy, czy nie tak?
- Tak przypuszczam. - W tonie Thorne'a zabrzmiało zaskoczenie tym nieoczekiwanym dla niego wywodem.
- Otóż łączy nas wszystkich to mianowicie - mówił dalej Strickland - że żaden z nas nie lubi koni.
Thorne przyjął to stwierdzenie do wiadomości i nie zadawał już pytań. Jego twarz spochmurniała. To ostatnie wyjaśnienie potwierdziło jeszcze raz, że Strickland nie był człowiekiem, nie należał nawet do tego typu ludzi, jakich on potrzebował.
- Przykro mi - rzekł, odkładając fajkę. - Kiedy telegrafowano do mnie z Bhamo, iż płynie pan w dół Irawadi, miałem nadzieję, że wysiądzie pan w Thabeikkyin i przyjedzie do Mogoku.
- Istotnie tak też zrobiłem! - potwierdził Strickland.
- I że przybędzie pan tu w określonym celu.
- Istotnie tak też zrobiłem - powtórzył Strickland, ale tym razem z rozbawieniem. Nigdy nie mógł zdobyć się na to, aby brać poważnie tych wszystkich tajemniczych ludzi. W brygadach i dywizjach wojna rozmnożyła ich jak u bakteriologa mnożą się mikroby - ludzi, którzy nigdy nie zaproszą cię na obiad, zanim zawczasu przy pomocy okrężnych pytań nie wysondują, czy zaakceptujesz ich propozycję. Człowiek taki mówi o "określonych celach" i zwykłe sprawy przyobleka w aurę tajemniczości. Tu miał wyraźnie do czynienia z jednym z asów takiej metody. - Tak też zrobiłem. Przyjechałem do Mogoku kupić rubin.
Thorne, który był dobrym obserwatorem, mógłby dostrzec, że czoło pułkownika Stricklanda powtórnie poczerwieniało. Nie dostrzegł tego jednak, zajęty własnymi myślami. Wstał z fotela z miną oznaczającą zakończenie spotkania i wziął kask i laskę.
- Niewątpliwie otrzyma pan to, co pan chce, w biurze kopalni. Przykro mi, że pana niepokoiłem. Do widzenia! - I skierował się do wyjścia.
Takie bezceremonialne odejście było nawet dla Stricklanda zaskakujące. Stopa Thorne'a stanęła już na pierwszym stopniu werandy, gdy zabrzmiał całkowicie nowy i niespodziewany głos, który go zatrzymał:
- Proszę tego nie robić, kapitanie Thorne.
Głos należał do pułkownika Stricklanda. Był cichy, lecz brzmiał dobitnie i stanowczo. Arogancja Thorne'a rozwiała się. Odwrócił się.
- Niech pan wróci i usiądzie - polecił Strickland i palcem wskazał fotel, który Thorne opuścił przed chwilą.
Szef policji w Mogoku posłuchał i usiadł powoli, nie dlatego, żeby się wahał, ale dlatego, że przez chwilę próbował zrewidować swój sąd o pułkowniku. Strickland miał niewątpliwie zdolność komenderowania ludźmi. W ostatnim roku wojny dowodził brygadą, gdy tymczasem on, Thorne, nigdy nie miał do czynienia z taką liczbą wojska.
- Przed chwilą pytał mnie pan, czy wybaczę panu niegrzeczność. Nie ma o czym mówić. Już panu wybaczyłem. Ale zadał mi pan tyle pytań, że z pewnością poczytam panu za niegrzeczność, jeśli wyjdzie pan stąd bez słowa wyjaśnienia, w jakim celu mi je pan zadawał.
Thorne spojrzał z uwagą na mówiącego. Odłożył kask i laskę na poprzednie miejsce, na stół stojący obok. Sytuacja, w jakiej znaleźli się obaj mężczyźni, była teraz całkowicie odmienna, i to właśnie przez ten autorytatywny ton głosu pułkownika.
- Myliłem się, sir - przyznał kapitan, cały czas zastanawiając się, czy faktycznie nie pomylił się w swojej opinii o pułkowniku. Przecież mimo wszystko mógł to być człowiek, jakiego potrzebował. - Sądziłem, że wiele pan polował w czasie tych piętnastu miesięcy - wyjaśnił. - Miałem nadzieję, że wysiądzie pan w Thabeikkyinie i przyjedzie do Mogoku, aby tu zapolować.
Wreszcie zdecydował się wyjaśnić, o co mu chodzi. W pobliżu tubylczej wioski ukrytej wśród dżungli, jednej z tych, które znajdują się o cztery godziny marszu od Mogoku, pojawił się tygrys-morderca. Pożarł kilka sztuk bydła, porwał w jasny dzień kobietę i uniósł ją do dżungli oraz zabił w chacie mężczyznę w czasie snu.
- W wiosce panuje panika - kontynuował Thorne. - Posłali do nas delegację z prośbą o pomoc. Jednak znajdujemy się w kłopocie: wszyscy moi podwładni przebywają na dalekich posterunkach, a ja muszę pozostać na miejscu. I chociaż na służbie kopalni jest znany myśliwy, to nie może nic pomóc, gdyż leży tam ... - Thorne wskazał biały dom u podnóża wzgórza - ze złamaną nogą. A zatem, jak pan widzi, miałem nadzieję, że szczęśliwy los przysłał nam pana, aby nas wyzwolił od tej krwiożerczej bestii.
Strickland popatrzył na swego gościa i westchnął.
- Chce pan powiedzieć, że zadając mi te wszystkie pytania, dotyczące mojego życia i tak dalej, miał pan nadzieję dowiedzieć się w ten sposób, czy jestem zdolny pójść i zabić tego tygrysa dla pana? - spytał z dezaprobatą. - Dziwię się, że nie chciał pan wiedzieć, czy studiowałem w Eton.
- Nie, nie, sir, to nie było konieczne - zaprzeczył poważnie Thorne. Nie był ani impertynencki, ani speszony. Faktycznie czuł teraz, że rozmawia z pułkownikiem jak równy z równym.
- Nigdy nie zaskoczyłyby pana moje pytania, sir, gdyby przesiedział pan samotnie długie noce na gałęzi drzewa w sercu dżungli w oczekiwaniu na tygrysa ludojada. Czułby się pan wtedy tak jak człowiek pozostawiony samotnie w nawiedzonym domu. Zapewniam pana, że trzeba mieć na to stalowe nerwy.
Kapitan Thorne był wyraźnie przejęty. Ta obrazowa metafora, która narodziła się w jego pozbawionej wyobraźni głowie, trochę zaskoczyła Stricklanda, obudziła jego ciekawość, a nawet coś więcej niż ciekawość - wzbudziła ducha walki.
- Z pewnością nie mam takiego doświadczenia - przyznał. Ale przypuszczam, że mógłbym się tego podjąć.
Thorne spojrzał na Stricklanda z powątpiewaniem, mierząc go wzrokiem od stóp do głów. Pułkownik był szczupły, nie więcej niż średniego wzrostu, o żywych i sprężystych ruchach - bez wątpienia dobrze zbudowany. Tylko twarz miał może zbyt subtelną, a oczy zbyt zamyślone. Patrząc na niego, można było dostrzec w nim coś mistycznego - coś, co cechuje samotnych mężczyzn. Thorne, będąc z natury człowiekiem praktycznym, patrzył na to z nieufnością. Ale z drugiej strony wojenna przeszłość Stricklanda ... Tak, o tym nie wolno zapominać.
Thorne nagle wstał, wskazał w kierunku białego domu u stóp wzgórza.
- Pójdziemy porozmawiać z Wingrovem - powiedział. - Teraz czuje się lepiej i możemy go odwiedzić.
Obaj mężczyźni udali się w dół, do bungalowu znanego myśliwego.
__________