ROZDZIAŁ CZWARTY: Pytania.
Cóż to był ten rodzaj uciekającej bandy, która zostawiła poza sobą tego dzieciaka? Ci wymykający ludzie byliż comprachicosami? Przedstawiliśmy już poprzednio szczegóły środków, użytych przez Wilhelma III-ego i przeprowadzonych przez Parlament, przeciwko złoczyńcom, równie mężczyznom jak kobietom, zwanym comprachicos, zwanym comprapequenos, zwanym także cheylas.
Istnieją ustawy rozpraszające. Ten statut, godzący w comprachicosów, spowodował ucieczkę ogólną, nie samych tylko comprachicosów, ale zarazem i włóczęgów wszelkiego rodzaju. Wymykali się i znikali jeden przez drugiego. Comprachicosowie po większej części schronili się do Hiszpanji. Wielu z nich, jakeśmy to powiedzieli, było Baskami.
Prawo to, rozciągające opiekę nad wiekiem dziecięcym, wydało, zaraz od pierwszego razu, najdziwniejszy skutek; było nim nagłe opuszczenie dzieci.
Karne to rozporządzenie zrodziło niebawem niesłychaną mnogość podrzutków, czyli raczej wprost porzuconych dzieci. Nic się łatwiej nie tłomaczy. Wszelka wałęsająca się gromadka ludzi, wśród której znalezionoby dziecko, stawała się podejrzana; sam już ten fakt obecności dziecka wydawał ją w ręce sprawiedliwości.
- To są zapewne comprachicosowie.
Taka była zaraz pierwsza myśl szeryfa, wójta, pachołka.
Stąd uwięzienia i poszukiwania. Ludzie poprostu biedni, zmuszeni tem samem do błąkania się i żebrania, umierali ze strachu, żeby ich nie wzięto za comprachicosów, jakkolwiek nimi nie byli; wogóle ci, co nie są możni, mało mogą polegać na nieomylności wykonawców prawa. Zresztą, włóczędzy są prawie zawsze płochliwi. Comprachicosom robiono zarzut wyzyskiwania cudzych dzieci; a tu tymczasem niepodlegające żadnym stałym zasadom stosunki połączeń, w jakich żyje niedostatek i niedola, bywają naczęściej tej natury, że niekiedy byłoby niepodobnem niemal ojcu lub matce wykazać z dowodami w ręku, że ich dziecko jest ich własnem dzieckiem. Skądeś wziął to dziecko? Jak tu dowieść, że ci je Pan Bóg dał? Tym sposobem dziecię stawało się niebezpieczeństwem; więc też się go pozbywano. Uciec samym będzie nierównie łatwiej. W tych trudnościach nie pozostawało rodzicom nic innego, jak tylko zatracić dziecko, bądź to w lesie, bądź na pustem wybrzeżu, bądź wreszcie w studni.
W istocie, znajdowano po studniach potopione dzieci.
Dodajmy do tego, że comprachicosowie byli odtąd, za przykładem Anglji, ścigani obławą przez całą Europę. Uderzono na gwałt, żeby ich prześladować. Nic głośniejszego, jak przyczepiona do kogoś kołatka. Po wszystkich policjach świata ubiegano się odtąd, aby ich chwytać, i alguazil nie dawał się w tem wyprzedzić konstablowi. Jeszcze dwadzieścia trzy lata temu czytać było można na kamieniu u bramy Otero napis, nie do wytłomaczenia zresztą (tak dalece nieraz prawo w wyrażeniach swoich nie waha się obrazić skromności), gdzie, czyniąc różnicę zastosowania kary, użyto odcieni na rozróżnienie kupców dzieci od złodziei dzieci. Oto jest ten napis, w djalekcie kastylskim, nieco dzikim: Aqui quedan las orejas de los comprachicos, y las bolsas de los robanino, mientras que se ne van ellos altrabajo de mar. Jak widać z tego, uszy i tym podobne rzeczy, zabrane przestępcom, nie uwalniały ich jeszcze od kaźni na galerach. To tłomaczy ogólne hasło włóczęgów: Zmykaj, kto może! Wymykali się wystraszeni, przybywali drżący. Po wszystkich wybrzeżach Europy śledzono pilnie ukradkowych wylądowań. Dla garstki takiej siadać na statek z dzieckiem było niepodobieństwem, gdyż wysiadać z niego z dzieckiem groziło niebezpieczeństwem.
Zgubić dziecko było rzeczą najprostszą.
Ale przez kogo porzucony mógł być dzieciak, któregośmy widzieli snującego się w półcieniach samotni Portlandu?
Według wszelkiego podobieństwa, przez comprachicosów.
ROZDZIAŁ DRUGI: Comprachicosowie.
I
Jestże kto, coby dziś znał to słowo comprachicos, oraz jego znaczenie?
Comprachicosowie, inaczej comprapequenosowie, było to dziwne i ohydne bractwo koczujące, słynne w siedem nastym wieku, zapomniane w osiemnastym, dziś już całkiem nieznane. Comprachicosowie są poniekąd, jak ów słynny niegdyś proszek dziedzictwa, jednym z wydatniejszych szczegółów, cechujących stare społeczeństwo. Stanowią część odwiecznej brzydoty człowieczej. Wobec szerokiego poglądu dziejowego, ogarniającego całości, comprachicosowie wiążą się z olbrzymim faktem Niewoli. Józef, zaprzedany przez swych braci, jest jednym z licznych ustępów ich legendy. Comprachicosowie pozostawili liczne ślady w prawodawstwach karnych Anglji i Hiszpanji. Tu i owdzie, pośród ciemnej gmatwaniny praw angielskich, zdarza się napotkać potworny fakt ich istnienia, podobnie jak się napotyka ślad stopy dzikiego w nieprzebytej puszczy.
Comprachicos, równie jak comprapequenos, jest to wyraz hiszpański złożony, którego znaczenie jest: dzieciokupcy.
Comprachicosowie poprostu handlowali dziećmi.
Kupowali je i sprzedawali.
Nie kradli zaś, uchowaj Boże. Kradzież dzieci stanowi przemysł oddzielny.
A co też robili z tych dzieci?
Potwory.
A dlaczego potwory?
Dla śmiechu.
Lud musi śmiać się, królowie także. Potrzeba na rynku kuglarza, potrzeba w Luwrze trefnisia. Pierwszy nazywa się Turlupin, drugi Triboulet.
Wysiłki człowieka, upędzającego się za uciechą, zasługują niekiedy na uwagę mędrca.
Co kreślimy w tych kilku stronach wstępnych? Jeden z rozdziałów najstraszliwszy z księgi, którą możnaby nazwać: Wykorzystywanie nieszczęśliwych, przez szczęśliwych.
II
Dziecko przeznaczone na zabawkę dla ludzi, to istniało kiedyś. (Istnieje to jeszcze dzisiaj.) W epokach naiwnych i dzikich stanowiło to odrębny przemysł. Siedemnasty wiek, zwany wielkim wiekiem, był jedną z tych epok. Był to wiek bardzo bizantyński; miał naiwność zepsutą i dzikość delikatną, ciekawa odmiana cywilizacji. Tygrys składający buzię w ciup. Pani de Sevigne, mizdrząc się, mówi o stosie i łamaniu na kole. Wiek ten bardzo wykorzystywał dzieci; historycy, pochlebcy tego wieku, zasłonili ranę, ale pokazali lekarstwo, Wincentego a Paulo.
Ażeby z człowieka udała się zabawka, trzeba go na to wcześnie wziąć w obroty. Na karła należy urabiać od dziecka. Jako osobliwości poszukiwano wtedy drobnych kształtów, przypominających dzieci; ale znowu dziecko proste tak prędko powszednieje! Garbusek to zaraz rzecz weselsza.
Stąd zaraz sztuka osobna. Zjawili się urabiacze. Brano zwyczajnego człowieka, a wytwarzany z niego poczwarę; brano twarz, a robiono z niej pysk lub mordę. Przygnębiano wzrost, urabiano fizjonomję. To wytwarzanie sztuczne zjawisk teratologicznych miało swoje ścisłe zasady. Była o tem cała nauka. Proszę sobie wyobrazić ortopedję praktykowaną na opak. Tam, gdzie oko patrzało jak Bóg przykazał, wprowadzano przemocą zeza. Gdzie Bóg harmonję umieścił, tam stwarzano potworność, gdzie Bóg doskonałość złożył, przywracano nieforemność pierwszego rzutu. I to, w oczach znawców, właśnie ta ostatnia wyglądała na doskonałość.
Były także próby poprawiania zwierząt, wynajdywano konie szokate. Turenne jeździł na szokatym koniu. Czyż za naszych czasów nie maluje się psów na niebiesko i zielono? Natura jest naszą kanwą. Człowiek zawsze chciał coś dodać do Boga. Człowiek poprawia naturę, czasami na lepsze, czasami na gorsze. Dworski błazen nie jest niczem innem jak próbą sprowadzenia człowieka do małpy. Postęp w tył. Dzieło sztuki, które cofa. Jednocześnie starano się z małpy zrobić człowieka. Barbe, księżna Cleveland i hrabina Southampton, miała za giermka goryla. U Franciszki Sutton, baronowej Dudley, ósmej parowej z ławki baronów, herbata była podawana przez pawiana, ubranego w złotogłów, którego lady Dudley nazywała: "mój murzyn". Katarzyna Sidley, hrabina Dorchester, jeździła na posiedzenia parlamentu w herbownej karocy, za którą stały trzy małpy w paradnej liberji. Jednej księżnej de Medina-Coeli, której poranną toaletę widział kardynał Polus, pończochy naciągał orangutang. Te małpy wywyższone przeciwstawiały się brutalnym i zezwierzęconym ludziom. To pomieszanie, za wolą magnatów, człowieka i zwierzęcia, było szczególnie podkreślone przez karła i psa. Karzeł nie opuszczał psa, zawsze większego od niego. Pies był nieodłącznym towarzyszem karła. Były to jakby dwie skojarzone obroże. Ten czysto zewnętrzny związek jest stwierdzony przez mnóstwo pomników życia domowego, między innem: przez portret Jeffreya Hudsona, karła Henrietty Francuskiej, córki Henryka IV, żony Karola I.
Poniżanie człowieka prowadzi do deformowania go. Uzupełniano zniesienie stanu przez defigurację. Niektórzy specjaliści wiwisekcji tych czasów z wielką dokładnością zmazywali ż ludzkiego oblicza podobieństwo boże. Doktor Couquest, członek Kollegium na Amen-Street i przysięgły wizytator sklepów chemicznych Londynu, napisał po łacinie książkę o tej chirurgji w odwrotną stronę, której sposoby podaje. Jeżeli wierzyć Justusowi de Carrick-Fergus, wynalazcą tej chirurgji jest mnich zwany Aven-More, słowo irlandzkie, które znaczy Wielka Rzeka.
Karzeł elektora palatynatu Perkeo, którego lalka - albo też widmo - wyskakuje z cudownej skrzynki w piwnicy Heidelbergu, był godną podziwu próbką tej nauki, bardzo różnorodnej w swoich zastosowaniach.
Robiło to istoty, których prawo bytu było potwornie proste: pozwolenie na cierpienie, rozkaz zabawiania.
III
Ta robota potworów odbywała się na ogromną skalę i dzieliła się na rozmaite oddziały.
Sułtan ich potrzebował; potrzebował ich także papież. Jeden do pilnowania swoich żon; drugi do odprawiania modłów. Był to rodzaj osobny, nie mogący się sam rozmnażać. Ci ludzie niezupełni byli potrzebni rozkoszy i religji. Harem i kaplica sykstyńska zużytkowywały ten sam rodzaj potworów, tu dzikich tam słodkich.
Umiano w czasach owych wytwarzać rzeczy, których się już dziś nie wytwarza. Posiadano talenty, których nam dziś brakuje, i nie bez przyczyny niektórzy dobroduszni ludzie wyrzekają na upadek. Zaginęła już sztuka rzeźbienia w członkach ciała ludzkiego; przypisać to należy temu, że zatracono umiejętność wyciągania na torturach; bywali mistrze w tym kunszcie, dziś już takich niema; uproszczono tę sztukę do tego stopnia, że gotowa wkrótce zniknąć do szczętu. Upiłowując całe części ciała ludziom żyjącym, rozpruwając im brzuchy, wywlekając im wnętrzności, chwytano na gorącym uczynku zjawiska fizyczne i robiono odkrycia; niestety, dziś się tego wszystkiego wyrzec przyszło, i oto nagle widzimy się pozbawieni cudów postępu, których oprawca przyczyniał sztuce chirurgicznej.
Ta dawna wiwisekcja nie ograniczała się do tworzenia potworów dla placów publicznych, wesołków dla pałaców, którzy byli rodzajem dopełnienia dworzan i eunuchów dla sułtanów i papieżów. Miała liczne warjanty. Jednym z jej triumfów było stworzenie koguta dla króla angielskiego.
Było zwyczajem w pałacu króla angielskiego, że istniał rodzaj nocnego człowieka, śpiewającego jak kogut. Ten człowiek czuwający podczas gdy spano, chodził po pałacu i co godzinę wydawał ten krzyk zwierzęcy, powtarzany tyle razy, ile było trzeba, żeby zastąpić dzwon. Ten człowiek z rangą koguta przechodził w dzieciństwie operację gardła, opisaną w dziele doktora Couquesta. Za Karola II, ponieważ wydawanie śliny związane z operacją wzbudziło odrazę w księżnej Portsmouthu, zachowano urząd, żeby nie zmniejszać blasku korony, ale krzyk koguta wydawał już człowiek nieokaleczony. Wybierano zwykle na ten godny urząd dawnego oficera. Za Jakuba II, ten urzędnik nazywał się William Sampson Coq, i dostawał rocznie za swój śpiew dziewięć funtów dwa szylingi i sześć sous [Zob. doktora Chamberlayne, Etat prisent de l'Angleterre, 1688, część I, rozdz. X III, str. 179].
Zaledwie sto lat mija, jak w Petersburgu, opowiadają o tem pamiętniki Katarzyny II, gdy car albo caryca byli niezadowoleni z jakiegoś rosyjskiego księcia, zmuszano go do kucnięcia w środku wielkiego przedpokoju pałacowego, gdzie zostawał w tej pozycji określoną ilość dni, miaucząc, według rozkazu, jak kot, albo gdacząc jak kura, która znosi jajko, i dziobał z ziemi swoje pożywienie.
Zwyczaje te przeszły; mniej jednak niż się myśli. Dzisiaj dworzanie, gdacząc, by się podobać, zmieniają trochę intonację. Niejeden podnosi z ziemi, nie mówimy że z błota, to co spożywa.
Jest rzeczą bardzo szczęśliwą, że królowie nie mogą się mylić. W ten sposób ich sprzeczności nie sprawiają nigdy kłopotu. Przytakując nieustannie, jest się pewnym, że się będzie miało zawsze rację, co jest rzeczą przyjemną. Ludwik XV nie chciałby widzieć w Wersalu oficera udającego koguta, ani księcia, udającego indora. To, co podnosiło godność królewską i cesarską w Anglji i Rosji, zdawałoby się Ludwikowi Wielkiemu niezgodnem z koroną świętego Ludwika. Znane jest jego niezadowolenie, gdy Pani Henriette zapomniała się jednej nocy do tego stopnia, że we śnie zobaczyła kurę, wielka nieprzyzwoitość zaprawdę dla osoby z dworu. Gdy się należy do dworu nie powinno się śnić o podwórzu. Bossuet, jak pamiętamy, podzielił oburzenie Ludwika XIV.
IV
Handel dziećmi w siedemnastem stuleciu dopełniał się, jakeśmy to wyżej powiedzieli, pewnym rodzajem przemysłu. Comprachicosowie prowadzili ten handel, oraz praktykowali ten przemysł. Poprostu kupowali dzieci, następnie urabiali nieco ten materjał surowy i wreszcie zbywali go z zyskiem.
Nie brakowało sprzedających wszelkiego rodzaju, poczynając od nędzarza, który się pozbywał ciężarów ojcostwa, aż do właściciela, wyzyskującego przychówek w trzodzie swoich niewolników. W owe czasy nic nie było prostszego jak handel ludźmi. Za naszych czasów walczono, żeby utrzymać to prawo. Pamiętamy, że mniej niż sto lat temu, elektor heski sprzedawał swoich poddanych królowi angielskiemu, który potrzebował ludzi do wojny w Ameryce. Szło się do elektora heskiego, jak do rzeźnika, kupować mięso. Elektor heski miał mięso armatnie. Ten książę wywieszał swoich poddanych w swym sklepiku. Targujcie, to do sprzedania. W Anglji, za Jeffriesa, po tragicznem zajściu w Monmouth, było wielu panów i magnatów ściętych i ćwiartowanych; ci torturowani zostawili żony i córki, wdowy i sieroty, które Jakub II podarował królowej, swojej żonie. Królowa sprzedała te ladies Wilhelmowi Peun. Prawdopodobnie ten król miał rabat i procent. To co dziwi, to nie że Jakub II sprzedał te kobiety, ale że Wilhelm Peun je kupił.
Sprawunek Peuna usprawiedliwia, albo tłomaczy to, że Peun, mając pustynie do zasiania mężczyznami, potrzebował kobiet. Kobiety były częścią jego narzędzi.
Te ladies okazały się dobrym interesem dla jej łaskawej wysokości, królowej. Młode sprzedano drogo. Myśli się z zakłopotaniem, jakie sprawia uczucie skomplikowanego skandalu, że Peun dostał prawdopodobnie stare księżne po bardzo niskiej cenie.
Comprachicosowie nazywali się także "cheylas"; wyraz ten, pochodzenia indyjskiego, oznacza wykręcaczy gniazd dziecięcych.
Przez długi czas comprachicosowie na wpół się tylko ukrywali. Zdarza się niekiedy w porządku społecznym, że cień, sprzyjający zbrodniczym przemysłom, ukrywa się w nim. Widzieliśmy za naszych czasów stowarzyszenie tego rodzaju w Hiszpanji, prowadzone przez Ramona Selles, które przez trzydzieści lat, od 1834 do 1866, trzymało w ciągłym strachu trzy prowincje, Walencję, Alicante i Murcie.
Za panowania Stuartów, comprachicosowie nieźle byli uważani u dworu. W razie potrzeby, interes państwa posługiwał się nimi. Byli oni dla Jakuba II niemal tem, coby nazwać można instrumentom regni. Były to czasy, w których obkrzesywano rodziny, zajmujące nadto miejsca, lub też niedość uległe; w których załatwiano się jednem cięciem z rodowodami; w których ni stąd ni zowąd uprzątano dziedziców wielkich imion. Niekiedy krzywdzono jedną gałąź szczepu na korzyść drugiej; comprachicosowie celowali w sztuce oszpecania do niepoznania, co ich znakomicie zalecało polityce. Oszpecić to w każdym razie jeszcze lepiej, niż zabić. Użyto raz wprawdzie maski żelaznej, ale to są mniej zgrabne sposoby. Niepodobna przecie zaludnić Europy maskami z żelaza, podczas kiedy kuglarzy potwornych spotykasz po ulicach bez najmniejszego podejrzenia; i wreszcie maskę żelazną zerwać można, ale maski, urobionej z ciała, nigdy. Zamaskować cię raz na zawsze twoją własną twarzą, cóż może być nad to dowcipniejszego? Comprachicosowie urabiali człowieka, zupełnie jak Chińczycy urabiają drzewo. Mieli na to sposoby, jakeśmy już wyżej wspomnieli, mieli na to sekrety. Sztuka ta zaginęła. Najpocieszniejsze skarłowacenia z rąk ich wychodziły. Było to zarazem śmieszne i zastanawiające. Chodzili oni około małego stworzenia z tak djablim przemysłem że sam rodzony ojciecby go nie poznał. Niekiedy pozostawiali w pierwotnym kształcie kolumnę pacierzową, ale znowu przeinaczali twarz dziecka. Możnaby powiedzieć, że zdejmowali z niego wrodzoną cechę tak, jak się wypruwa znak z ukradzionej chustki.
Istoty, przeznaczone na kuglarzy i sztukmistrzów, miały już z powołania stawy powyłamywane w sposób przemądry; można je było nazwać bezkościowemi; robiono z nich skoczków.
Comprachicosowie nie poprzestawali na odjęciu dziecku jego twarzy, umieli je także pamięci pozbawić. Przynajmniej odejmowali mu z niej to, co się dało; do tego stopnia, że dziecię nie posiadało nawet świadomości przeróbki, której uległo. Straszliwa ta chirurgja zostawiała ślady na jego twarzy, ale nie w umyśle. Zaledwie umiało sobie przypomnieć: że pewnego dnia zostało pochwycone przez jakichś ludzi, że usnęło i że potem zostało uleczone, ale z czego? o tem nic nie wiedziało. Co do wyrzynań i wypalań, dokonywanych za pomocą żelaza i siarki, tych dziecię nie przypominało sobie wcale. Na czas operacji comprachicosowie zwykli byli usypiać swych małych pacjentów za pomocą proszku znieczulającego, który uchodził za czarodziejski i miał własność odejmowania uczucia boleści.
Chiny miały przed nami wszystkie nasze wynalazki, druk, artylerję, aerostatki, chloroform. Jednakże wynalazek, który w Europie staje się odrazu życiem i wzrostem i rozwija się w nadzwyczajne zjawisko i cud, w Chinach pozostaje embrjonem i zostaje martwy. Chiny są naczyniem, w którem jest zamknięty płód.
Ponieważ jesteśmy w Chinach, zostańmy tam jeszcze chwilę dla jednego szczegółu. W Chinach, po wsze czasy, widziano poszukiwania sztuki i przemysłu w kierunku odlewania żywego człowieka. Bierze się dziecko dwu-trzyletnie, wkłada się je w porcelanowy wazon, bardziej lub mniej dziwaczny, bez pokrywki i bez dna, tak, żeby głowa i nogi przechodziły. W dzień stawia się wazon, w nocy kładzie, żeby dziecko mogło spać. Dziecko grubieje w ten sposób, nie rosnąc, wypełniając swojem ściśniętem ciałem i pokrzywionemi kośćmi wypukłości wazonu. To rośnięcie w butelce trwa kilka lat. W pewnej chwili już temu nie można zaradzić. Gdy się sądzi, że jest gotowe i że potworek jest zrobiony, bije się wazon, dziecko wychodzi i ma się człowieka o kształtach dzbana.
To wygodne; można zgóry zamówić sohie karła, jakiego się chce kształtu.
V
Jakub II nie prześladował comprachicosów. I nie bez przyczyny, ponieważ się nimi posługiwał. Przynajmniej nieraz mu się to zdarzyło. Nie zawsze się odrzuca to, czem się pogardza. Ten przemysł niższego rzędu, świetny niekiedy sposób dla przemysłu wyższego rzędu, który się zwie polityką, był z umysłu pozostawiony w nędzy, ale bynajmniej nie prześladowany. Żadnego nad nim nie było nadzoru, tylko pewna baczność. Mogło to stać się użytecznem. Prawo tedy zamykało nań jedno oko, król otwierał drugie.
Czasami król przyznawał się do współwiny. Są to śmiałości teroru monarchji.
Oszpecony bywał napiętnowany liljami. Odejmowano mu cechę Bożą, a wkładano mu znak króla. Jakub Astley, kawaler i baronet, pan na Meltonie, konstabl hrabstwa Norfolk, liczył w swoim rodzie dziecię jedno sprzedane, na którego czole sprzedawca wypiętnował rozpalonem żelazem kwiat lilji. W niektórych razach, jeżeli dla jakichbądź przyczyn należało stwierdzić królewskie pochodzenie dziecięcia, nie mogącego być uprawnionem, używano tego sposobu. Anglja zawsze nam czyniła ten zaszczyt, że, ilekroć szło o osobistą jej wygodę, zawsze się lubiła posługiwać kwiatem lilji.
Uwzględniając różnicę, dzielącą przemysł od fanatyzmu, znaleźć można pewne podobieństwo pomiędzy comprachicosami i dusicielami indyjskimi. Zazwyczaj żyli gromadnie, bawili się trochę kuglarstwem, ale to raczej dla pozoru. To im ułatwiało włóczęgę. Rozkładali tu i owdzie swe obozowiska; ale okazywali się zawsze poważni, religijni, i nie zbliżało ich żadne podobieństwo z innymi włóczęgami, ponieważ kradzież mieli w obrzydzeniu. Lud prosty dosyć długo niewłaściwie ich mieszał z Cyganami, hiszpańskimi, a nawet chińskimi. Cyganie hiszpańscy byli fałszerzami pieniędzy, chińscy zaś po prostu rzezimieszkami. Nic podobnego nie ciążyło na comprachicosach. Byli to wogóle ludzie uczciwi i, czy nam kto uwierzy czy nie, zapewnić możemy, że niekiedy bywali naprawdę rzetelni. Nie wyłamywali, ale otwierali drzwi, wchodzili, targowali dziecko, płacili za nie i zabierali, jak swoje. Robiło się to całkiem uczciwie.
Bywali najrozmaitszego pochodzenia. Pod tą nazwą comprachicos kumali się z sobą Anglicy, Francuzi, Kastylczycy, Niemcy i Włosi. Jedna myśl wspólna, jeden i ten sam zabobon, wyzyskiwanie wspólne korzyści jednego rzemiosła, stwarzają niekiedy podobne pobratymstwa. W tem stowarzyszeniu złoczyńców wszystkie strony świata miały swych przedstawicieli. Niejeden Baskijczyk wybornie się tam mógł rozmówić z Irlandczykiem; dwa te plemiona schodzą się na jednym punkcie starego narzecza punickiego; dodajcie do tego ścisłe stosunki Irlandji katolickiej z katolicką Hiszpanją. Stosunki tego rodzaju doprowadziły do powieszenia w Londynie prawie że króla Irlandji, gallijskiego lorda de Brany, z czego powstało hrabstwo de Letrim.
Comprachicosowie byli więc raczej stowarzyszeniem, niż narodowością, raczej amalgamatem, niż stowarzyszeniem. Była to zgraja oberwańców z całego świata, uważająca zbrodnię za przemysł. Był to niby rodzaj zszywki arlekińskiej, złożonej z wszelkiego rodzaju łachmanów. Przybrać tam jednego członka więcej, było wszyć nową łatę.
Wałęsać się było prawem istnienia comprachicosów. Napłynąć i w oka mgnieniu się rozpłynąć. Kogo zaledwie znoszą, ten nigdzie wrosnąć nie może. Nawet w państwach, w których przemysłem swoim dopomagali intrygom dworskim, w potrzebie nawet przychodząc w pomoc władzy królewskiej, ni stąd ni zowąd bywali poszturchiwani. Królowie wyzyskiwali ich sztukę, ale sztukmistrzów wysyłali na galery. Sprzeczności te dają się tłomaczyć wybrykami samowoli królewskiej. Poprostu, dziś nam się tak podobało, a jutro inaczej.
Toczący się kamień, równie jak włóczący się przemysł, mchem się nie wzbogacają. Comprachicosowie byli zwykle biedni. Mogli byli mówić o sobie to, co mówiła owa chuda i obdarta czarownica, kiedy widziała, jak podpalano stos pod nią: "Ona nie warta świeczki". Być może, prawdopodobnie nawet, przywódcy ich, o których milczą dzieje, słowem wielcy przedsiębiorcy owego handlu dziećmi, dorobili się mienia. Teraz po dwu wiekach trudnoby to było zbadać.
Był to, jakeśmy już powiedzieli, rodzaj związku. Miał swoje prawa, swoją przysięgę, swoje znaki; miał niemal swoje arkana. Ktoby się dziś czegokolwiek chciał o tem wszystkiem wywiedzieć, niech się uda w kraj Basków, do hiszpańskiej Galicji. Ponieważ było pomiędzy nimi bardzo dużo Biskajczyków, w ich to górach przechowały się te tradycje. Nawet w chwili obecnej nierzadko bywa o nich mowa w Oyarzum, w Urbistondo, w Leso, w Astigarraga.
- Aguarda te, nino, que voy a llamar al comprachicos! [Cicho bądź! bo zawołam comprachicosa!] - tak w tych krajach, do dziś dnia jeszcze, matki straszą swoje dzieci.
Comprachicosowie, równie jak Cyganie, wyznaczali sobie schadzki; od czasu do czasu przywódcy ich wzywali się na narady. W siedemnastem stuleciu mieli cztery główne miejsca schadzek. Jedno znajdowało się w Hiszpanji, był to wąwóz Pancorbo; jedno w Niemczech, na polance, zwanej Niegodziwą Babą, blisko Diekirch, gdzie oglądać można dwie zagadkowe płaskorzeźby, przedstawiające kobietę z głową i mężczyznę bez głowy; jedno we Francji, na wydmie, u stóp olbrzymiego posągu, zwanego Maczugą Obietnicy, w odwiecznym świętym gaju Borvo-Tomona, w pobliżu Bourbonne-les-Bains; jedno w Anglji, poza murem ogrodu, należącego do Wiliama Chalonera, esquira z Gisbrough w Clevelandzie w hrabstwie York, pomiędzy czworoboczną wieżą i wielkim szczytem, mającym wejście ostrołukowe.
VI
Prawa przeciwko włóczęgom były zawsze bardzo srogie w Anglji. Anglja w swojem gotyckiem prawodawstwie zdawała się brać natchnienie z zasady: Homo errans fera crante pejor. Jeden z jej specjalnych statutów określa człowieka bez przytułku, jako niebezpieczniejszego od żmiji, smoka, żbika i bazyliszka (atrocior aspide, dracone, lynce et basilico). Anglja przez długi czas tak się kłopotała Cyganami, od których chciała się uwolnić, jak wilkami, których się pozbyła.
W tym wypadku Anglik różni się od Irlandczyka, który modli się do świętych o zdrowie wilka i nazywa go "swoim ojcem chrzestnym".
Jednakże prawo angielskie, tak, jak znosiło, widzieliśmy to przed chwilą, wilka oswojonego i zadomowionego, który się stał niejako psem, znosiło włóczęgę mającego zajęcie, który się stał obywatelem. Nie niepokojono ani kuglarza, ani wędrownego golarza, ani fizyka, ani handlarza roznoszącego towary, ani uczonego pod gołem niebem, wziąwszy pod uwagę, że mają oni sposób zarobkowania. Pozatem, odrzuciwszy te wyjątki, rodzaj człowieka wolnego, który jest w człowieku wędrownym, przejmował prawo strachem. Przechodzień był wrogiem publicznym in potentia. Ta rzecz nowoczesna, wałęsanie się, była nieznana; znano tylko tę rzecz starożytną, włóczęgostwo. "Podejrzany wygląd", to "niewiadomo co", co każdy rozumie i czego nikt nie może określić, wystarczało, by społeczeństwo chwyciło człowieka za kołnierz. Gdzie mieszkasz? Co robisz? A jeśli nie mógł odpowiedzieć, czekały go srogie kary. Żelazo i ogień były w kodeksie. Prawo wprowadzało w czyn kanteryzację włóczęgostwa.
Stąd, na całej ziemi angielskiej, prawdziwe "prawo podejrzanych" stosowane do włóczęgów, chętnych, powiedzmy do złoczyńców, a szczególnie do Cyganów, których wypędzenie niesłusznie porównywano z wypędzeniem żydów i maurów z Hiszpanji i protestantów z Francji. Co do nas, rozróżniamy nagankę od prześladowania.
Comprachicosowie, kładziemy na to nacisk, nie mieli nic wspólnego z Cyganami. Cyganie byli narodem, comprachicosowie byli zlepkiem wszystkich narodowości, pozostałością, mówiliśmy to; okropna miednica plugawych wód. Comprachicosowie nie mieli tak, jak Cyganie, własnego narzecza; ich żargon był mieszaniną narzeczy; wszystkie języki zmieszane były ich językiem; mówili gmatwaniną. Stali się wkońcu tem, czem byli Cyganie, narodem błąkającym się pośród narodów, ale ich węzłem wspólnym było stowarzyszanie się, nie rasa. We wszystkich epokach historji można rozróżnić w tej wielkiej płynnej masie, jaką jest ludzkość, takie strumienie ludzi jadowitych, płynące osobno i trujące potrosze wkoło siebie. Cyganie byli rodziną, Comprachicosowie byli lożą masońską; masonerja, mająca nie cel wzniosły, ale obrzydły przemysł. Ostatnia różnica, religja. Cyganie byli poganami, comprachicosowie chrześcijanami, jak się to należy stowarzyszeniu, które choć pomieszane ze wszystkiemi narodami, zrodziło się w Hiszpanji, miejscu nabożnem.
Byli więcej niż chrześcijanami, byli katolikami, byli więcej niż katolikami, byli rasy romańskiej i tak zamknięci w swojej wierze i tak czyści, że nie chcieli się połączyć z węgierskimi cyganami, z komitetu peszteńskiego, którymi dowodził i których prowadził starzec, mający zamiast berła pałkę ze srebrną kulą, na której się wznosi dwugłowy orzeł austrjacki. Coprawda, ci Węgrzy byli na tyle schizmatykami, że święcili Wniebowstąpienie 27 sierpnia, co jest rzeczą szkaradną.
W Anglji, dopóki się tam utrzymywali Stuartowie, stowarzyszenie comprachicosów, jakeśmy już tego wypowiedzieli powody, było niemal osłaniane przychylnością władzy. Jakub II, człowiek wierzący, który prześladował żydów i Cyganów, był dobrym panem dla comprachicosów. Widzieliśmy dlaczego. Comprachicosowie kupowali towar ludzki, którego król był sprzedawcą. Celowali oni w zniknięciach. Spadkobierca, niewygodny, w młodym wieku, którego wzięli w swoje obroty, tracił swój kształt. Ułatwiało to konfiskaty. Przekazywanie majątków faworytom było ułatwione. Comprachicosowie byli nadto bardzo dyskretni i ponurego usposobienia, zobowiązywali się do milczenia i dotrzymywali słowa, co jest rzeczą konieczną w sprawach rządzących. Nie było prawie przykładu, żeby zdradzili sekrety króla. Leżało to wprawdzie w ich interesie. I gdyby król stracił do nich zaufanie, byliby w wielkiem niebezpieczeństwie. Byli więc pomocą w sprawach polityki. Nadto ci artyści dostarczali śpiewaków ojcu świętemu. Comprachicosowie byli potrzebni.
Mieli szczególne nabożeństwo do Marji. Wszystko to podobało się papizmowi Stuartów. Jakub II nie mógł być wrogo usposobiony do ludzi religijnych, którzy nabożeństwo do Najśw. Panny doprowadzali aż do fabrykowania eunuchów.
Ale nareszcie w roku 1688 przyszło do zmiany dynastji w państwie Wielkiej Brytanji. Książę Oranji zastąpił Stuarta. Wilhelm III zajął miejsce Jakuba II.
Jakub II umarł na wygnaniu. Na jego grobie zdarzały się cuda, a jego relikwje uzdrowiły biskupa z Autun z fistuły, godna nagroda chrześcijańskich zalet tego księcia.
Wilhelm, mając inne poglądy i metody niż Jakub, stał się wielce srogim względem comprachicosów. Zabrał się tedy bardzo szczerze do wytępienia tego robactwa.
Zaraz jeden z pierwszych statutów Wilhelma i Marji nielada ugodził w bractwo handlujących dziećmi. Był to niby cios obucha dla comprachicosów, odtąd na proch już zmiażdżonych. Stosownie do brzmienia pomienionego statutu, ludzie tego stowarzyszenia, schwytani i przekonani o winie, ulegali karze piętnowania rozpalonem żelazem w ten sposób: żeby na ramieniu mieli R, co znaczy rogue, to jest włóczęga, na ręce lewej T, znaczące thief, to jest złodziej, na ręce zaś prawej M, znaczące man slay, to jest złoczyńca. Przywódcy zaś podobnych ludzi, "o których przypuszcza się, że są bogaci, jakkolwiek udają żebraków", mają być karani przez collistrigium, które jest pręgierzem, oraz piętnowani na czole głoską P, poczem dobra ich winny być na skarb zabrane, drzewa zaś ich lasów wyrwane z korzeniem. Ci, którzyby nie dali wiedzieć władzy o comprachicosach, mają być karani "zaborem dóbr i dożywotniem więzieniem", jakby za zbrodnię wspólnictwa. Co zaś do kobiet, któreby znaleziono pomiędzy tymi ludźmi, te skazane być mają na odsiedzenie tak zwanego cuckink stool, stołka, którego nazwa złożona z francuskiego słowa coquine i z niemieckiego słowa stuhl, znaczy "stołek k..".. Ponieważ prawo angielskie ma dziwną żywotność, ta kara istnieje jeszcze w prawodawstwie Anglji dla "kobiet kłótliwych". W tym celu ów stołek zawieszany bywał ponad rzeką lub stawem; następnie, kiedy posadzono na nim delikwentkę, spadał on wraz z nią w wodę, poczem znowu był stamtąd wydobyty i znów zajęty przez kobietę, i tak trwało aż do trzeciego razu, "żeby ochłodzić jej gniew", jak mówi Chamberlayne.
CZĘŚĆ PIERWSZA: MORZE I NOC
(DWA ROZDZIAŁY WSTĘPNE)
ROZDZIAŁ PIERWSZY: Ursus.
I
Ursus i Homo złączeni byli ścisłą przyjaźnią. Ursus był to człowiek, Homo zaś - wilk. Usposobienia ich obu dobrze się z sobą zgadzały. Wilkowi, ma się rozumieć, człowiek nadał imię, tak jak je dał też sobie samemu; uznał bowiem za właściwe, sam się za niedźwiedzia uznawszy, człowiekiem nazwać zwierzę. Zespolenie tych dwóch istot było przedmiotem niemałej uciechy na każdym jarmarku, odpuście i wogóle wszędzie, gdzie się tylko ludzie zatrzymują dla lada przyczyny, jak, naprzykład, dla wysłuchania olejkarza, bającego o niezrównanych zaletach swego balsamu. Ten wilk tak pojętny, tak sobie jakoś wdzięcznie znoszący jarzmo, był widywany w każdem zbiegowisku z przyjemnością. Miło jest widzieć stworzenie obłaskawione. Ale z pewnością największą uciechę stanowi oglądanie wszelkich odmian przyswojenia jednocześnie. To tłomaczy, dlaczegośmy tak skłonni zbijać się w ciżbę na przechodzie ciągnących orszaków królewskich.
Ursus i Homo wędrowali tedy od zaścianka do zaścianka, z placów Aberystwith na place Yeddburgu, od miasteczka do miasteczka, od parafji do parafji, od hrabstwa do hrabstwa. Odbywszy jeden jarmark, szli na drugi. Ursus miał legowisko w niewielkiej budzie na kołach, którą Homo, dostatecznie ku temu ułożony, ciągnął luzem; strzegł jej zaś w nocy. W ciężką drogę, pod górę, w błoto, lub grudę, człowiek, nie wiele myśląc, zakładał sobie na kark postronek i ciągnął po bratersku tuż obok wilka. W ten sposób postarzeli się obaj. Obozowali na chybił trafił to na wygonie, to w zagajniku, to na rozstaju, to u wrót folwarku, to pod rogatkami miasteczek, to wreszcie na rynkach, placach publicznych, skrajach parków, lub cmentarzach kościelnych. Kiedy się buda zatrzymała na jakim rynku jarmarcznym, kiedy z roztwartemi gębami pozbiegały się kumoszki, kiedy już tłumnie było wokoło, - wtedy Ursus występował z przemową, Homo zaś potakiwał. Następnie zwierzę, z żółwią skorupą w pysku, uprzejmie obchodziło zgromadzenie, przyjmując co łaska. Tym sposobem zarabiali na życie. Wilk był bardzo światły, i człowiek także. Wilk był wykształcony przez człowieka, czy też się sam wyćwiczył w tysiącznych wilczych uprzejmościach, przysparzających niemało dochodu. - Tylko proszę cię, nie wyrodź mi się czasem w człowieka - mawiał mu jego przyjaciel.
Wilk nigdy nie kąsał, ale człowiekowi zdarzało się to niekiedy; przynajmniej taką miał ambicję. Ursus był odludkiem, dla uwydatnienia zaś swojej mizantropji zrobił się kuglarzem. A także, żeby mieć z czego żyć, bo i żołądek narzuca swoje prawa. Do tego ten kuglarz-odludek, bądź to żeby sobie nadać więcej wagi, bądź żeby się uzupełnić, był jeszcze lekarzem. Mało powiedzieć lekarzem - Ursus był brzuchomówcą. Umiał mówić tak, że mu się nawet nie poruszały usta. Zdolny był odtworzyć aż do złudzenia głos i wymowę każdego, kto mu się nadarzył; było to istne echo dźwięków. Sam jeden był w stanie naśladować nawet szmer tłumu, co mu zjednało zasłużoną nazwę czarodzieja brzuchomówcy. Lubił używać tej nazwy. Odtwarzał najdokładniej wszelkiego rodzaju głosy ptasie; zdawało się, że słyszysz: kwiczoła, derkacza, skowronka, kosa: wędrowne ptactwo, tak jak on sam; tak, że, stosownie do swej woli, dawał ci słyszeć albo gwary rynku zapchanego tłumem, albo tysiączne głosy bądź pól, bądź łąk, lub lasów; raz huczące, jakby nadciągająca burza, to znów potulne i pogodne, jak wschodząca zorza. Podobne zdolności, jakkolwiek rzadkie, istnieją. W osiemnastem stuleciu niejaki Touzel, umiejący naśladować pomieszane gwary ludzi i zwierząt, szczegółowo zaś wszelkie głosy zwierzęce, bywał nieodstępnym towarzyszem Buffona, zastępując mu niejako menażerję. Ursus był to człowiek bystry, nad wszelkie pojęcie bystry, a ciekawy i dziwnie skłonny do tych wykładów osobliwszych, które się nazywają wróżeniem. Udawał, że w to wszystko wierzył. Ta bezczelność była wynikiem jego przebiegłości. Spoglądał ci na rękę, na chybił trafił otwierał jakieś książki, i z tego już wyrokował, przepowiadając przyszłość, ostrzegając, że jest niebezpiecznie napotkać karą kobyłę, a niebezpieczniej jeszcze, jeśli w chwili puszczenia się w podróż zawoła cię po imieniu ktoś, nie wiedzący, dokąd jedziesz. Z tych powodów lubił sam siebie nazywać przekupniem guseł. Mówił: "Jest między arcybiskupem Canterbury a mną różnica: ja przyznaję się". Doszło do tego, że słusznie oburzony arcybiskup zawołał go pewnego dnia; ale zręczny Ursus rozbroił Jego Świętobliwość, mówiąc mu swoje kazanie na święty dzień Wielkiej Nocy, którego arcybiskup zachwycony nauczył się na pamięć i które powiedział z kazalnicy jako swoje. W zamian za co przebaczył.
Ursus, jako lekarz, leczył, ponieważ lub chociaż znał się na ziołach, był biegłym w babskich lekach, umiał spożytkować tajemną siłę, spoczywającą w mnóstwie roślin pogardzanych, w gałązce winnej, w hordowinie, w szakłaku białym i w innych rodzajach szakłaku. Suchoty leczył słodką wódką, umiał właściwie zastosować liście ostromleczu, które, zrywane od góry, sprawiały przeczyszczenie, zbierane zaś przy ziemi, niechybne wymioty. Jak ręką odejmował ból gardła z pomocą pewnej narośli drzewnej, zwanej żydowskiem uchem; wiedział wybornie, jakie to sitowie leczy bydło chore, a jaka jest znowu końska mięta; wtajemniczony był wreszcie w niezrównane przymioty mandragory, która - jak to prawie każdemu wiadomo - jest jednocześnie mężczyzną i kobietą. Wydawał właściwe sobie recepty. Oparzelizny leczył wełną salamandry, z której Neron, jak mówi Plinjusz, kazał sobie zrobić serwetę. Ursus posiadał retortę i alembik, praktykował przeróbki chemiczne, handlował specyfikami. Opowiadano o nim, że przed laty gościł czas jakiś w Bedlam; zrobiono mu zaszczyt, że go wzięto za warjata, ale go wkrótce puszczono, zbadawszy, że był poprostu poetą. Historja ta była może zmyślona. Ale komuż z nas nie przypięto jakiejkolwiek łaty?
W rzeczywistości Ursus był pół uczonym, człowiekiem o dobrym smaku i starym poetą łacińskim. Był uczonym w dwóch rodzajach: hippokratyzował i pindaryzował. Mógłby w stylu rywalizować z Rapinem i Vidą. Byłby komponował niemniej triumfalnie od Ojca Bonhours tragedje jezuickie. Z jego obcowania z czcigodnemi rytmami i metrami starożytnych wynikło, że miał własne porównania i całą rodzinę klasycznych metafor. Mówił o matce poprzedzanej przez dwie córki: to daktyl, o ojcu, za którym szli dwaj synowie: to anapest, a o dziecku idącem między dziadkiem i babką: to amphibrach. Tyle nauki mogło doprowadzić tylko do głodowania. Szkoła w Salemie mówi: "Jedzcie mało i często".
Ursus jadł mało i rzadko, słuchając w ten sposób połowy maksymy, a nie słuchając drugiej, ale była to wina publiczności, która niezawsze napływała tłumnie, a kupowała nieczęsto. Ursus mówił: "Wypowiedzenie sentencji sprawia ulgę. Wilka cieszy wycie, jagnię wełna, las piegżę, kobietę miłość, a filozofa mowa".
Ursus fabrykował w potrzebie komedje, które grał mniej więcej; pomagało to w sprzedawaniu leków. Między innemi skomponował bohaterską pieśń pasterską na cześć kawalera Hugh Middleton, który w 1608 przyniósł do Londynu rzekę. Ta rzeka płynęła spokojnie w hrabstwie Hartford o sześćdziesiąt mil od Londynu; kawaler Middleton przyszedł i zabrał ją: sprowadził brygadę z sześciuset ludzi uzbrojonych w łopaty i motyki, zaczął poruszać ziemię, wydrążając ją tu, podnosząc tam, czasami aż do dwudziestu stóp wysokości, niekiedy do trzydziestu stóp głęboko, zbudował drewniane wodociągi w powietrzu i gdzieniegdzie osiemset mostów z kamienia, z cegły, z drzewa i pewnego pięknego poranku, rzeka weszła do Londynu, który nie miał wody. Ursus przemienił wszystkie te wulgarne szczegóły w piękną sielankę między prądem rzeki Tamizy a rzeczką Serpentine; prąd rzeki zapraszał rzeczułkę Serpentine, by przyszła do niego i ofiarowywał jej swoje łoże mówiąc: "Jestem za stary, by podobać się kobietom, ale dosyć bogaty, by im płacić". Dowcipny i dworny zwrot, by zaznaczyć, że kawaler Hugh Middleton wszystkie roboty przeprowadził na swój koszt.
Ursus był godny podziwu w monologu. Natury chmurnej i gadatliwej, nie mając ochoty nikogo widzieć, a mając potrzebę mówienia do kogoś, radził sobie, mówiąc do siebie samego. Ktokolwiek żył samotny wie do jakiego stopnia monolog leży w naturze ludzkiej. Słowo zamknięte wewnątrz gryzie; przemawianie do przestrzeni daje mu ujście. Mówienie głośne do siebie daje wrażenie djalogu z Bogiem, którego się ma w sobie. Było to, wszyscy o tem wiedzą, zwyczajem Sokratesa. Perorował do siebie. Luter także. Ursus miał coś z tych wielkich ludzi. Miał tę hermafrodytyczną zdolność stawania się swojem własnem audytorjum. Stawiał pytania i odpowiadał; wychwalał się i wymyślał sobie. Z ulicy słyszano jak monologował w swej budzie. Przechodnie, którzy mają swoisty sposób oceniania ludzi wielkiego umysłu, mówili: "To idjota". Wymyślał sobie niekiedy, jakeśmy to mówili, ale były także godziny, w których oddawał sobie sprawiedliwość. Pewnego dnia w jednej z tych przemów, jakie do siebie wystosowywał, usłyszano, jak wołał: "Studjowałem roślinę we wszystkich jej tajemnicach, w łodydze, w pączku, w koronie, w płatku, w pręcikach, w słupku, w kielichu i w ziarnie. Zgłębiłem tworzenie się barwy, zapachu i smaku".
Było pewnie w tem świadectwie, które Ursus dawał Ursusowi, trochę wysokie mniemanie o sobie, ale niechaj ci, którzy nie zgłębili tych nauk, rzucą w niego pierwszy kamień.
Na szczęście Ursus nigdy nie był w Niderlandach. Z pewnością chcianoby go tam ważyć, by zobaczyć, czy ma wagę normalną, czy też większą czy mniejszą, po czem poznawano czarowników. Ta waga została mądrze określona w Holandji przez prawo. Nic niema prostszego, ani bardziej wymyślnego. Był to sprawdzian. Stawiano cię na szali i oczywista prawda wychodziła na jaw, jeśliś zmącił równowagę, jeśliś był za ciężki, wieszano cię; jeśli za lekki, palono cię na stosie. Można dzisiaj jeszcze zo baczyć w Oudewater wagę do czarowników, ale teraz służy ona do ważenia serów, tak to religijność upadła.
Ursus miałby z pewnością do czynienia z tą wagą. W swoich podróżach ominął Holandję i zrobił dobrze. Zresztą myślimy, że nie opuszczał nigdy Wielkiej Brytanji.
Potężnie biedny, a szorstki w obejściu, do tego zrobiwszy w lesie znajomość ze swojem wilczyskiem, nagle uczuł w sobie powołanie do włóczęgi. Z wilkiem tym wszedł w spółkę i poczęli się obaj wałęsać po gościńcach, używając pod gołem niebem wszelkich rozkoszy życia z dnia na dzień. Był bardzo pomysłowy, biegły we wszelkiego rodzaju lekach, opatrunkach, sposobach zamawiania chorób i tysiącznych tym podobnych osobliwościach, nie tylko biegły, ale za biegły a nawet przebiegły, uważany był powszechnie za dobrego kuglarza i niemniej dobrego doktora; uchodził także, jak łatwo zgadnąć, za czarownika; ale tylko trochę, nie nadto. Było bowiem niezbyt zdrowo w tej epoce być posądzonym o przyjaźń z djabłem. Co prawda, Ursus przez miłość apteki i namiętność ku roślinom nie jeden raz ściągał na siebie podejrzenie. Widywano go nieraz zrywającego zioła po czaharach ciernistych, kędy rośnie sałata lucypera i gdzie nietrudno jest spotkać, jak to stwierdził dowodnie radca de Lancre, spowitego w mgłę wieczorną, kusego człowieka, "ślepego na prawe oko, bez płaszcza, bez butów i spodni, zato mającego szpadę przy boku". Ursus zresztą, jakkolwiek dziwacznej powierzchowności i usposobienia, zanadto był porządnym człowiekiem, żeby się miał wdawać bądź w sprowadzanie, bądź w odżegnywanie gradu, w przywoływanie nieboszczyków, w zatańcowywanie ludzi, w pobudzanie snów wesołych lub smutnych albo pełnych grozy, w wylęgiwanie kogutów o czterech skrzydłach; przeciwnie, podobne złośliwości były od niego dalekie. Niezdolny był także do wielu innych bezwstydów, jak, naprzykład, do rozmawiania po niemiecku, żydowsku lub grecku, nie umiejąc tych języków, co jest, jak wiadomo, cechą ostatecznej niegodziwości, albo, w ostatecznym razie, choroby, wynikającej z temperamentu właściwego melancholikom. Ursus, jeżeli mówił po łacinie, to nie dla czego innego, tylko że umiał. Za nicby zaś sobie nie pozwolił mówić po chaldejsku, gdyż nie umiał; do tego jest przecież wiadomo, że po chaldejsku mówią czarownice. W nauce lekarskiej bez wahania dawał pierwszeństwo Gallenowi przed Cardanem, ten ostatni bowiem, jakkolwiek także mędrzec nielada, ani się umywał, w jego mniemaniu, do Gallena.
Koniec końcem, Ursus nie był wcale człowiekiem, któryby mógł ściągać uwagę policji. Buda jego właśnie na tyle była długa i szeroka, ile potrzebować mógł, by położyć się wygodnie na skrzyni, w której się mieściły wszystkie jego rupiecie, niebardzo, co prawda, zbytkowne. Posiadał latarnię, kilka peruk, oraz trochę sprzętów pozawieszanych na gwoździach; pośród nich znajdowały się instrumenty muzyczne. Miał także skórę niedźwiedzią, którą przywdziewał w dniach nadzwyczajnych przeobrażeń; nazywał to strojem uroczystym. Mawiał z tego powodu: "Posiadam dwie skóry, ta oto jest - prawdziwa". I przy tych wyrazach pokazywał skórę niedźwiedzią.
Buda na kołach była wspólną własnością jego i wilka. Oprócz tej budy, retorty i wilka, miał także flet i coś podobnego do cytry, na której wygrywał wcale przyjemnie. Sam, własną ręką, sporządzał swoje eliksiry.
Z talentów swoich potrafił niekiedy wydobyć wieczerzę. U podniebia jego budy znajdował się otwór, przez który wychodziła rura od żelaznego piecyka, na tyle przytykającego do skrzyni, że się od niego zlekka przypaliło jej drzewo. Piec ten posiadał dwa przedziały; w jednym z nich Ursus praktykował alchemję, w drugim piekł sobie kartofle. Nocą wilk spał pod budą, po przyjacielsku wzięty na łańcuch. Homo miał włos czarny, Ursus zaś szpakowaty; Ursus liczył lat pięćdziesiąt, jeśli tylko nie miał ich sześćdziesiąt. Jego poddanie się doli człowieczej, było tak wielkie, że jadał po prostu, jak się to powiedziało, kartofle, rzecz podłą, którą karmiono naówczas świnie tylko albo galerników. W istocie, jadał to oburzony, ale też i ukorzony. Nie był wysokiego wzrostu, był raczej długi - zresztą pochyły w plecach i melancholicznego pozoru. Zgięta postać starca uwidomia niby osiadanie życia. Zdawał się być urobionym do smutku. Trudno mu było uśmiechać się - a znowu niepodobna płakać. Innemi słowy: brakło mu pociechy z łez, a ulgi z radości. Stary człowiek - toż to rumowisko myślące; Ursus właśnie był tego rodzaju ruiną. Gadatliwość szarlatana, chudość proroka, zapalność naładowanej miny - takim był Ursus. Za młodu był filozofem na dworze pewnego lorda.
Działo się to lat już tem u sto osiemdziesiąt, za czasów, kiedy ludzie trochę więcej byli wilkami, niż są dzisiaj.
Ale znowu niewiele więcej.
II
Homo nie był pierwszym lepszym wilkiem. Wnosząc z jego słabości do jabłek i innych owoców, można go było wziąć za wilka polnego, z ciemnej szerści zakrawał na psa amerykańskiego, z przeciągłego zaś wycia, przechodzącego w szczekanie, sądziłbyś, że to wilkołak; ale znowu sam pozór źrenicy wilkołaka zbliżał go w podobieństwie ku lisowi, Homo zaś był wilkiem prawdziwym. Długości miał pięć stóp, co jest niezgorszą długością jak na wilka, nawet w głębi puszcz litewskich; był nielada siłaczem; spoglądał zpodełba, co już nie było jego winą; miał język miękki i tym językiem lizał niekiedy Ursusa; posiadał gęstą szczotkę z krótkiej a najeżonej sierści wzdłuż grzbietu, chudy zaś był tą poczciwą chudością, którą się tylko w lesie spotyka. Zanim wszedł w stosunki z Ursusem, co mu narzuciło budę do ciągnienia, miał zwyczaj wesoło odbywać sobie kilkadziesiąt mil w ciągu jednej nocy. Ursus, napotkawszy go raz wśród gąszczy ponad strumieniem, uczuł ku niemu szacunek, widząc, jak zręcznie i przemyślnie łowił raki, sądził bowiem w owej chwili, że ma przed sobą jeden z najzacniejszych i najautentyczniejszych okazów rodzaju psa, zwanego rakołowem.
Ursus o wiele wołał swego wilka, jako bydlę robocze, od osła. Kazać ciągnąć budę osłowi wielceby mu było przykrem, zbyt wiele bowiem robił sobie z osła. Do tego zauważył, że osioł, myśliciel czworonożny, wogóle mało przez ludzi zrozumiany, zwykł niekiedy w sposób niepokojący nastawiać uszy, ilekroć słyszy mędrców prawiących głupstwa. W życiu, pomiędzy myślą naszą i nami, osioł bywa uciążliwą, bo niepotrzebną trzecią osobą. Jako przyjaciela, Ursus od psa wolał wilka, biorąc pod uwagę, że wilk z nierównie większej odległości przyjaźń człowiekowi przynosi.
Z tego i tym podobnych powodów Homo wystarczał Ursusowi. Był mu więcej nawet, niż towarzyszem - bo niejako drugim takim, jak on. Ursus miał zwyczaj mawiać, klepiąc go po kościstych żebrach: - Znalazłem sobie oto tom drugi mnie samego.
Prawił także: - Po mojej śmierci, gdyby ktoś chciał wiedzieć, kim byłem, wystarczy mu studjować wilka Homo. Jest on moją kopją wierzytelną.
Przepisy angielskie, wogóle niezbyt uprzejme względem bydląt leśnych, mogły się nieraz czepiać tego wilka, zapytując go: jakiem prawem tak poufale a śmiało przechadza się po kraju? Ale Homo korzystał w tym razie z nietykalności, zastrzeżonej statutem Edwarda IV w rozdziale, gdzie jest mowa o domownikach, a który opiewa wyraźnie, że "wszelki domownik, towarzyszący swemu panu, mocen jest miejsce pobytu zmieniać swobodnie". Do tego wkradło się niejakie osłabienie przesądu co do wilków, skutkiem mody, - przyjętej przez wielkie damy na dworze ostatniego Stuarta, wedle której to mody należało do dobrego tonu nosić z sobą, zamiast piesków, małe wilczki, tak zwane adives, nie większe od kotów, które wielkim kosztem aż z Azji sprowadzano.
Ursus udzielił wilkowi części swych uzdolnień, nauczył go chodzić na dwóch nogach, nie objawiać gniewu inaczej jak mrukliwością, warczeć zamiast wycia i t. p. Ze swej zaś strony, Homo podzielił się z człowiekiem tem, co sam umiał; nauczył go obchodzić się bez dachu, bez chleba, bez ognia, i wreszcie przenosić głód w lesie nad sytą niewolę w pałacu.
Buda, należąca do tych dwóch wspólników, pół chata, pół wóz, wałęsająca się po najprzeróżniejszych gościńcach, zawsze jednak w obrębie Anglji i Szkocji, miała cztery koła, do tego hołoble dla wilka, oraz orczyk dla człowieka. Orczyk ten, jak powiedzieliśmy przydatny bywał w razach złej drogi. Buda sama doskonale była sklecona, jakkolwiek z desek, nadających się zaledwie na budowę gołębnika. Od przody znajdowały się drzwi oszklone z balkonikiem, służącym do perory - był to rodzaj trybuny - z tyłu zaś drzwi całkowicie z drzewa, posiadające tylko okienko. Trzystopniowe schodki, wykręcające się na zawiasie, ułatwiały wejście tam tędy do budy, doskonale zamykającej się na noc na zasuwy i wrzeciądze. Niemało na tę budę padło deszczu i śniegu; była kiedyś malowana, ale niktby już dziś nie zgadł na jaką barwę; zmiany bowiem pór roku bywają tem dla kolasek, czem zmiany dynastyczne dla dworzan. Zewnątrz, z przodu, na desce, mającej kształt wystawy, czytać było można niegdyś napis głoskami czarnemi na tle białem, które się powoli pospływały i pozacierały:
"Złoto traci rocznie w obiegu czternastą setną część swojej objętości; nazywać to można tarciem, jak u ryb; z czego wypada, że na czternaście setek miljonów złota, będącego w ruchu na całej kuli ziemskiej, przepada rocznie miljon. Ten miljon złota ściera się na pył, ulatuje, pływa w powietrzu, staje się atomem, wciągany jest z oddechem, nadaje miarę, wagę, stosunek, obładowywa sumienia i kojarzy się z duszami bogaczy, których czyni wyniosłymi, i z duszami biednych, w które wlewa dzikość ponurą".
Napis ten, pozacierany i pozamazywany przez deszcze i przez baczną rękę Opatrzności, na szczęście już był nieczytelny; przypuszczać bowiem należy, że aforyzm ten o wdychaniu złota, w połowie zagadkowy, w połowie przejrzysty, nie całkiem byłby przypadł do smaku szeryfom, sędziom, marszałkom i tym podobnym osobom, miewającym stosunki z kodeksem. Prawodawstwo angielskie nie lubiło żartów w onych czasach; nic nie było łatwiejszego jak stać się winnym czegokolwiek. Urzędnicy chętnie okazywali się srogimi przez poszanowanie tradycji, okrucieństwo zaś było na porządku dziennym. Roiło się od sędziów śledczych; sławny Jeffrys rozrodził się był, jak piasek w morzu.
III
W środku budy były dwa inne napisy. Nad skrzynią, na ścianie z desek bielonych wapnem, można było przeczytać, co następuje, pisane ręcznie atramentem: "Jedyne rzeczy które należy wiedzieć.
"Baron, par Anglji, nosi sznur z sześciu pereł.
"Korona zaczyna się od stopnia wicehrabiego.
"Wicehrabia nosi koronę z nieograniczonej ilości pereł; hrabia koronę z pereł na szpicach przeplatanych niższemi liśćmi poziomek; markiz, perły i liście jednakowej wysokości; książę wieniec kwiatów bez pereł; książę królewski koronę z krzyżów i kwiatów lilji; książę Walji koronę podobną królewskiej, ale nie zamkniętą.
"Książę jest bardzo wysokim i bardzo potężnym księciem; markiz i hrabia bardzo szlachetnym i potężnym panem wicehrabia szlachetnym i potężnym panem; baron - prawdziwie panem.
"Książę jest jaśnie oświecony; inni parowie są jaśnie wielmożni.
"Lordowie są nietykalni.
"Parowie są izbą i trybunałem, concilium et curia, prawodawcami i sędziami.
"Most honorable" znaczy więcej niż "right honorable".
"Lordowie parowie są nazywani "lordami z prawa"; lordowie krzyży nie są parami - są "lordami z grzeczności", lordami są tylko parowie.
"Lord nie przysięga nigdy, ani królowi, ani w sądzie. Jego słowo wystarcza. Mówi on: na mój honor.
"Izba gmin, która przedstawia lud, powołana przed zgromadzenie lordów, stawia się tam pokornie, z odkrytą głową w obliczu parów w kapeluszach.
"Izba gmin posyła lordom uchwały przez czterdziestu członków, którzy oddają bil z trzema głębokiemi pokłonami.
"Lordowie posyłają izbie gmin uchwały przez zwykłego pisarza.
"W razie konfliktu, obie izby radzą w malowanej sali, parowie siedząc i w kapeluszach, przedstawiciele gmin stojąc i z gołą głową.
"Według prawa Edwarda VI, lordowie mają przywilej zwykłego zabójstwa. Lord, który zwyczajnie zabija człowieka, nie jest ścigany sądownie.
"Baronowie mają ten sam stopień co biskupi.
"Żeby być baronem parem, trzeba się wywodzić od króla per baroniam integram, baronją całkowitą. Baronja całkowita składa się z trzynastu zamków szlacheckich i jednej ćwierci, każdy zamek szlachecki - z dwudziestu funtów szterlingów, co razem wynosi czterysta marek.
"Głową baronji, caput baroniae, jest zamek rządzony dziedzicznie tak jak sama Anglja, to znaczy, mogący przejść na córki tylko w razie braku dzieci płci męskiej, i w tym razie przechodzący na najstarszą córkę, caeteńris filiabus aliunde satisfactis [Co się sprowadza do powiedzenia: inne córki są zaopatrzone w miarę możności. (Przypisek Ursusa. Na krawędzi muru.)]. "Baronowie m ają ty tu ł lordów z saksońskiego laford, z łaciny klasycznej dominus i z łaciny pospolitej lordus.
"Synowie starsi i młodsi wicehrabiów i baronów są pierwszymi giermkami królestwa. Synowie starsi parów idą przed kawalerami orderu Podwiązki; synowie młodsi nie. Starszy syn wicehrabiego idzie za wszystkimi baronami, a przed wszystkimi baronetami.
"Każda córka lorda jest lady. Inne dziewczęta angielskie są miss.
"Wszyscy sędziowie są niżsi od parów. Woźny nosi kaptur z jagnięcej skóry; sędzia nosi kaptur z małych popielic do minuto vario, z wszelkich rodzajów małych białych futer, prócz gronostajów. Prawo noszenia gronostajów przysługuje tylko parom i królowi.
"Nie można przyznać suplicavit przeciw lordowi.
"Lord nie może być więziony, wyjąwszy w Wieży londyńskiej.
"Lord zawołany przed króla ma prawo zabić jednego albo dwa jelenie w parku królewskim.
"Lord ma w swoim pałacu dwór baronów.
" Jest niegodne lorda chodzić po ulicach w płaszczu z dwoma lokajami. Może się pokazywać tylko w wielkiem towarzystwie szlachty domowej.
"Parowie udają się do parlamentu w karocach jeden za drugim; przedstawiciele gmin nie. Kilku parów udaje się do Westminsteru w krzesłach na czterech kołach. Kształt tych krzeseł i karet herbowych, zdobnych w korony lordowskie, jest dozwolony tylko lordom i jest jedną z odznak ich godności.
"Lord może być skazany na karę pieniężną tylko przez lordów, nigdy na więcej niż na pięć szylingów, wyjąwszy księcia, który może być skazany na dziesięć.
"Lord może przyjmować u siebie sześciu obcych. Każdy inny anglik może przyjmować tylko czterech.
"Lord może mieć u siebie osiem beczek wina, nie płacąc podatków.
"Tylko lord może się nie stawić przed szeryfem okręgu.
"Lord nie może być oszacowany przez milicję.
"Gdy lord ma na to ochotę, ekwipuje pułk i oddaje go królowi; tak czynią ich łaskawości książę Athol, książę Hamilton i książę Northumberland.
"Lord może mieć do czynienia tylko z lordami.
"W procesach cywilnych może żądać odłożenia sprawy, jeżeli niema chociaż jednego szlachcica wśród sędziów.
"Lord mianuje swoich kapelanów. Baron wyznacza trzech kapelanów; wicehrabia czterech; hrabia i markiz pięciu; książę sześciu.
"Lord nie może być poddany torturze nawet za zdradę stanu.
"Lord nie może być znaczony na ręku.
"Lord jest pisarzem, nawet gdy nie umie czytać. Umie z prawa.
"Księciu towarzyszy baldachim wszędzie, gdzie niema króla; wicehrabia ma baldachim w domu; baron ma próbną pokrywkę, którą każe trzymać pod puharem podczas gdy pije; baronowa ma prawo kazać nosić tren sukni przez jednego człowieka w obecności wicehrabiny.
"Osiemdziesięciu sześciu lordów albo starszych synów lordów przewodniczy przy osiemdziesięciu sześciu stołach o pięciuset nakryciach każdy, które są zastawione codzień dla jej królewskiej mości w jej pałacu na koszt kraju, otaczającego rezydencję królewską.
"Szlachcic, który uderzył lorda, ma uciętą pięść.
"Lord jest prawie królem.
"Król jest prawie Bogiem.
"Ziemia jest lordshipem.
"Anglicy mówią do Boga milordzie".
Naprzeciw tego napisu można było przeczytać inny, napisany w podobny sposób, który brzmiał jak następuje:
"Rzeczy, które powinny wystarczyć tym, którzy nic nie mają.
"Henryk Auverquerque, hrabia Grantha, który zasiada w izbie lordów między hrabią Jersey a hrabią Greenwich, ma sto tysięcy funtów szterlingów renty. Do jego lordowskiej mości należy pałac Grantham-Terrace, budowany cały z marmuru i sławny przez to, co nazywają labiryntem korytarzy, który jest osobliwością, gdzie się znajduje korytarz wiśniowego koloru z marmuru z Sarancolin, korytarz brunatny z marmuru ze szczątkami muszel z Astrachanu, korytarz biały z marmuru z Lani, korytarz czarny z marmuru z Alabanda, korytarz szary z marmuru ze Staremma, korytarz żółty z marmuru heskiego, korytarz zielony z marmuru tyrolskiego, korytarz czerwony do połowy z marmuru czeskiego, a do połowy z marmuru ze szczątkami muszel z Cordoby, korytarz niebieski z marmuru genueńskiego, korytarz fioletowy z granitu katalońskiego, korytarz żałobny w żyły białe i czarne z łupku z Murviedro, korytarz różowy z marmuru z Alp, korytarz perłowy z marmuru ze szczątkami muszel z Nonette i korytarz we wszystkich odcieniach, zwany korytarzem dworskim, z różnokolorowego marmuru.
"Ryszard Lowther, wicehrabia Lonsdale, w Lowther, w Westmoreland, który ma wspaniały zajazd, a którego ganek zdaje się zapraszać królów do wejścia.
"Ryszard hrabia Scarborough, wicehrabia i baron Lumley, wicehrabia Waterford z Irlandji, lord porucznik i wiceadmirał hrabstwa Northumberland i Durham, miasta i hrabstwa, ma podwójną kasztelanję starożytną i nowoczesną, w której można podziwiać wspaniałą kratę w półkole, otaczającą basen z nieporównaną fontanną, pozatem ma swój zamek Lumley.
"Robert Darcy, hrabia Holdemess, ma swój majątek Holderness z wieżami barońskiemi i z niekończącemi się ogrodami francuskiemi, po których spaceruje w sześciokonnej karocy, poprzedzanej przez dwóch dojeżdżaczy, tak jak to wypada parowi Anglji.
"Karol Beauclerk, książę Saint-Albans, hrabia Burford, baron Heddington, wielki sokolnik Anglji, ma dom w Windsor królewskiem obok siedziby króla.
"Karol Bodville, lord Robartes, baron Truro, wicehrabia Bodwyn, posiada Wimple w Cambridge, na który się składają trzy pałace z trzema fasadami, jedna wygięta w łuk, a dwie trójkątne. Jest wysadzany czterema rzędami drzew.
"Bardzo szlachetny i bardzo potężny lord Filip Herbert, wicehrabia Caerdiff, hrabia Montgomery, hrabia Pembroke, dostojny par Candall, Marmion Saint-Quentin i Churland, dozorca stanów hrabstwa Kornwalji i Devon, dziedziczny wizytator kolegjum Jezusa, ma cudowny ogród Wilton, w którym są dwa baseny z fontannami piękniejszemi niż w Wersalu bardzo chrześcijańskiego króla Ludwika czternastego.
"Karol Seymour, książę Somerset, posiada Somerset-House nad Tamizą, który dorównywa willi Pamphili w Rzymie. Na wielkim kominie odznaczają się dwa porcelanowe wazony dynastji Yuen, które są warte pół miljona francuskiej monety.
"W Yorkshire Artur, lord Ingram, wicehrabia Yrwin, ma Temple-Newsham, do którego się wchodzi pod lukiem triumfalnym i którego szerokie płaskie dachy są podobne do maurytańskich tarasów.
"Robert, lord Ferrers z Chartley, Bourchier i Lovaine, ma w Leicesters, Shaunton-Harold, którego park ma w płaszczyźnie geometrycznej kształt świątyni z frontonem: a przed sadzawką wielki kościół z kwadratową dzwonnicą, należy do jego dostojności. "W hrabstwie Northampton Karol Spencer, hrabia Sunderland, jeden z rady prywatnej jego królewskiej mości posiada Althrop, dokąd się wchodzi przez bramę o czterech kolumnach, nad któremi się wznoszą grupy z marmuru.
"Laurence Hyde, hrabia Rochester, ma Surrey New-parke, wspaniały przez swój fronton rzeźbiony, swój okrągły trawnik, otoczony drzewami, i swoje lasy, na których krańcu znajduje się mała góra artystycznie zaokrąglona, na której stoi wielki dąb, widoczny zdaleka.
"Philippe Stanhope, hrabia Chesterfield, posiada Bredby w Derby, który ma pawilon z wspaniałym zegarem, sokolników, królikarnie, piękne stawy długie, kwadratowe i owalne, z których jeden w formie lustra z dwiema bardzo wysokiemi fontannami.
"Lord Cornwallis, baron Eye, ma Brom-Hall, który jest zamkiem z czternastego wieku.
"Bardzo szlachetny Algernon Capel, wicehrabia Molden, hrabia Essen w Castiobury w Hersfordzie, posiada zamek, który ma kształt wielkiego H i gdzie są bardzo obfite polowania.
"Karol lord Ossulstone ma Dowly w Middlesen, dokąd się dochodzi przez włoskie ogrody.
"James Cecil, hrabia Salisbury, siedem mil od Londynu ma Hartfield House ze swojemi czterema wielkopańskiemi pawilonami, swoją dzwonnicą w środku, swoim dziedzińcem, wyłożonym płytami czarnemi i białemi, tak jak dziedziniec w Saint-Germain. Ten pałac, który ma dwieście siedemdziesiąt stóp frontu, był zbudowany za Jakuba I-go przez wielkiego podskarbiego Anglji, który jest pradziadem panującego księcia. Widzi się tam łoże jednej z hrabin Salisbury, nieoszacowanej wartości, całe zrobione z drzewa brazylijskiego, które jest pomocne przeciwko ukąszeniu węży i które się nazywa milhombres, co znaczy tysiąc ludzi. Na tem łożu jest napis złotemi głoskami: Honni soit qui mai y pense [Hańba temu, kto o tem źle myśli.].
"Edward Rich, hrabia Warwicku i Holland, ma Warwick Castle, gdzie pali się całe dęby w kominach.
"W parafji Seven-Oaks, Karol Sackville, baron Buckhurst, wicehrabia Cranfield, hrabia Dorset i Middlesen, ma Knowle, które jest wielkie jak miasto i które się składa z trzech pałaców, równoległych jeden do drugiego jak szeregi piechoty, z dziesięcioma występami, kryjącemi schody na głównej fasadzie i bramę obronną o czterech wieżach.
"Thomas Thynne, wicehrabia Veymouth, baron Warminster, posiada Long-Leae, który ma prawie tyle kominów, tyle latarni, tyle wyskocznych klatek i chorągiewek, pawilonów i wieżyczek, co Chambord we Francji, który jest własnością króla.
"Henryk Howard, hrabia Suffolk, ma o dwanaście mil od Londynu pałac Audlyenne w Middlesex, który zaledwie ustępuje w wielkości i wspaniałości Escurialowi króla hiszpańskiego.
"W Bedfordshire, Wrest-House-aud-park, który jest jakby państwem, otoczonem fossami i murami o lasami, rzekami i pagórkami, należy do Henryka markiza Kent.
"Hampton-Court w Hereford ze swoją potężną wieżą, ze strzelnicami i ze swoim ogrodem, przeciętym stawem, który go oddziela od lasu, należy do Tomasza lorda Coningsby.
"Grimsthorf w Lincolnshire ze swoją długą fasadą, poprzecinaną wieżyczkami trójkątnem i, swojemi parkami, stawami, bażantarniami, owczarniami, murawami, czworobokami drzew, plantacjami, wysokopiennemi lasami, parterami kwiatów ułożonych w figury geometryczne, podobnemi do wielkich dywanów, polami wyścigowemi, majestatem koła, po którem kręcą się karety nim wjadą do zamku - należy do Roberta hrabiego Lindsay, dziedzicznego lorda lasu Walham.
"Up Park w Sussex, zamek kwadratowy z dwoma symetrycznemi pawilonami, z dzwonnicami po obu stronach dziedzińca - jest własnością bardzo czcigodnego Forda, lorda Grey, wicehrabiego Glendale i hrabiego Tankarwille.
"Newuham Padox w Warwickshire, który ma dwie prostokątne sadzawki i czworoboczną oszkloną wieżyczkę, należy do hrabiego Dinbigh, który jest hrabią Rheinfelden w Niemczech.
"Wythame w hrabstwie Berk ze swoim francuskim ogrodem, w którym znajdują się cztery strzyżone altany, i ze swoją wieżą ze strzelnicami, do której są przyparte dwie wysokie łodzie wojenne, należy do lorda Montague, hrabiego Abingdon, który ma także Rycott, którego jest baronem i na którego bramie znajduje się dewiza: Virtus ariete fortior.
"William Cavendish, książę Devonshire ma sześć zamków, w tej liczbie Chattsworth, wysoki na dwa piętra, w najpiękniejszym stylu greckim, a pozatem jego książęca mość ma swój dom w Londynie, na którym jest lew odwrócony tyłem do pałacu króla.
"Wicehrabia Kinalmeaky, który jest hrabią Cork w Irlandji, ma Burlington-house w Piccadily z rozległemi ogrodami, które dochodzą aż do pól poza Londynem; ma on także Chiswick, w którym jest osiem wspaniałych skrzydeł mieszkalnych; ma on także Londesburgh, który jest nowym pałacem obok starego zamku.
"Książę Beaufort ma Chalsee, w którym się mieszczą dwa zamki gotyckie i jeden zamek florentyński; ma on także Badmington w Glocesterze, który jest rezydencją, z której jak z gwiazdy promienieje wiele alej. Bardzo szlachetny i potężny książę Henryk, książę Beaufort, jest jednocześnie markizem i hrabią Worcester, baronem Raglan, baronem Power i baronem Herbertem z Chepstow.
"John Holies, książę Newcastle i markiz Clare, ma Bolsover, którego wieża kwadratowa jest tak majestatyczna, nadto Honghton w Nottingham, gdzie na środku jednego basenu jest okrągła piramida, naśladująca wieżę Babel.
"William, lord Craven, baron Craven z Hampstead, ma w Warwickshire rezydencję Comb-Abbey, gdzie się widzi najpiękniejszą fontannę Anglji, i w Berkshire dwie baronje Hampstead Marshall, na której fasadzie znajduje się pięć latarń gotyckich, i Asdowne Park, który jest zamkiem na zbiegu czterech dróg w lesie.
"Lord Linnoeus Clancharlie, baron Clancharlie Hunkerville, markiz Corleone w Sycylji, ma swoje parostwo oparte na zamku Clancharlie, zbudowanym w 914 przez Edwarda Starego przeciwko Duńczykom, nadto Hunkerville-house w Londynie, który jest pałacem, nadto w Windsor Corleone-lodge, który jest także pałacem, i osiem kasztelanij, jedną w Bruxton nad Trentą z zastrzeżonem prawem nad kopalniami alabastru, nadto Gumdradth, Homble, Moricambe, Trenwardraith, Hell-Kerters, gdzie jest cudowna studnia, Pollinmore z torfowiskami, Reculver koło starego miasta Vagniacae, Vinecaunton na górze Moilenlli, nadto dziewiętnaście miast i miasteczek razem z wójtami i cały obszar Pensnethchase, co wszystko razem przynosi jego lordowskiej mości czterdzieści tysięcy funtów szterlingów renty.
"Stu siedemdziesięciu dwóch parów, panujących za Jakuba II, posiadają razem dochód, wynoszący tysiąc dwieście siedemdziesiąt dwa tysiące funtów szterlingów rocznie, co stanowi jedenastą część dochodu w Anglji".
Na marginesie tego ostatniego nazwiska, lord Linnoeus Clancharlie, można było przeczytać przypisek, napisany ręką Ursusa.
"Buntownik; na wygnaniu; dobra, zamki i majętności zasekwestrowane. Dobrze mu tak".
IV
Ursus podziwiał swego towarzysza Homo. Podziwiamy chętnie tych, którzy się z nami stykają. Takie jest prawo.
Przytłumiona wściekłość była poniekąd stałem usposobieniem wewnętrznem Ursusa, a pomrukiwanie było jego postawą zewnętrzną. Ursus był po prostu malkontentem ustroju społecznego. W układzie przyrody wyobrażał niby opozycję: poprostu zapatrywał się na rzeczy tego świata ze strony ujemnej. Nie przyznawał słuszności ani komukolwiek, ani nawet czemukolwiek. W jego oczach nie rozgrzeszał pszczoły miód, skoro kąsała, rozkwit róży nie na korzyść wychodził słońcu, skoro zarazem rozwijało żółtą febrę i czarne wymioty. Przypuszczać się godzi, że w poufnych pogadankach z sobą Ursus niejedno miał do zarzucenia Bogu. Mówił: "Oczywiście djabeł jest na sprężynie, a błędem Boga było sprężynę puścić". Pochwalał tylko książąt i miał swoisty sposób przyklaskiwania im. Pewnego dnia, gdy Jakub II podarował Najświętszej Pannie irlandzkiej do kaplicy katolickiej lampę szczerozłotą, Ursus, który tam tędy przechodził z obojętnym Homo, zawołał z podziwem do zgromadzonego tłumu: "Jest rzeczą pewną, że Najświętsza Panna bardziej potrzebuje złotej lampy, niż te dzieci bose, które tu widzę, potrzebują butów".
Liczne dowody prawowierności Ursusa, jak niemniej wyraźne jego poszanowanie wszystkiego, co było w związku z władzą obowiązującą, niemało się zapewne przyczyniały do wyjednania mu ze strony urzędu pobłażliwości dla jego nawyknień do włóczęgi, a także mezaljansu z wilkiem. Zdarzało się wieczorem, że w przystępie względności Ursus pozwalał Hornowi rozprostować trochę członki i powałęsać się nieco wokoło budy; wilk nie był zdolny do nadużycia zaufania i, znajdując się "w towarzystwie" - chcemy powiedzieć pośród ludzi - sprawiał się z całą potulnością psa pokojowego; wszakże, gdyby przyszło mieć do czynienia z jakim pochmurnym stróżem nocnym, mogło się to było źle skończyć; z tych tedy względów Ursus ile możności trzymał swego poczciwego wilka na uwięzi. Pod względem politycznym aforyzm jego w przedmiocie złota, prawie już zresztą nieczytelny, a w każdym razie mało zrozumiały, wyglądał poprostu na jakieś usiłowanie przyozdobienia przodu budy i wcale go nie podawał w podejrzenie. Nawet po skończonem panowaniu Jakuba II-go, nawet za szanownych rządów Wilhelma i Marji, małe mieściny hrabstw angielskich mogły widywać krążącą w bezpieczeństwie jego kolaskę. Wędrował tedy swobodnie wzdłuż i wszerz po całej Anglji, zachwalając swoje zioła i flaszki, wyprawiając na spółkę ze swoim wilkiem przeróżne jarmarczne kuglarstwa, i tak przemykał się z powodzeniem poprzez oczka sieci policyjnych, na stawionych w owej epoce na całej przestrzeni ziemi angielskiej dla chwytania wałęsających się zgrai włóczęgów, a osobliwie dla przeszkodzenia wędrownym praktykom "comprachicosów".
Zresztą, tak się też należało. Ursus nie należał do żadnej gromady. Ursus żył poprostu z Ursusem; było to niby sam na sam jego samego z nim samym, w które wilk poufale wtykał swój nos. Marzeniem Ursusa było być dzikim człowiekiem; nie mogąc tego zrobić, był takim, który żyje sam jeden. Samotnik jest to tylko złagodzony dziki człowiek, na którego się cywilizacja godzi. Tem mocniej jesteś sam, - im mniej zostajesz na miejscu. Temu to przypisać należy nieustającą włuczęgę Ursusa. Zatrzymać się gdziekolwiek, było w jego pojęciach: poddać się przyswojeniu. Przebywał życie, przebywając w drodze. Widok miast bardziej tylko podniecał w nim tęsknotę do czaharów, gęszczy leśnych, bezdroży i dziur po skałach. W lesie dopiero był u siebie. Nie czuł się zbyt nieswojo pośród gwaru rynków miejskich, dość przypominającego szum puszczy leśnej. W pewnym względzie wrażenie tłumu zaspokaja w człowieku pociąg do pustyni. Jedno tylko przeszkadzało Ursusowi w urządzeniu jego budy: to, że miała drzwi i okna, co ją czyniło podobną do chałupy. Byłby u szczytu swoich marzeń, gdyby mu się udało włożyć na koła pieczarę i podróżować ciągle po jaskini.
Jak powiedzieliśmy, nie uśmiechał się, ale się śmiał. Niekiedy, często nawet, gorzkim śmiechem. Jest przyzwolenie w każdym uśmiechu, podczas kiedy śmiech bywa często odmową.
Zadaniem jego głównem było nienawidzieć ludzkie plemię. W tym względzie był nieubłagany. Raz wywlókłszy na światło słoneczne tę zasadę, że życie ludzkie jest rzeczą straszliwą; ułożywszy z tego pewien rodzaj teorji ciążenia klęsk jednych nad drugiemi, królów nad ludem, wojny nad królami, zarazy morowej nad wojną, głodu nad zarazą, głupoty nad wszystkiem; zauważywszy pewien stosunek kary już w samym fakcie istnienia; uznawszy, że śmierć jest oswobodzeniem; - ilekroć mu przyprowadzono chorego, przywracał mu zdrowie. Posiadał kordjały i drjakwie ku przedłużeniu życia starcom. Stawiał na nogi czołgającego się na czworakach kalekę i, zrobiwszy to, mówił mu drwiąco: "No, trzymasz się już na łapach, kochanku; chodźże sobie teraz; jak najdłużej po tym psim padole płaczu". Jeśli mu się zdarzyło napotkać biedaka umierającego z głodu, dawał mu aż do ostatniego grosza jaki miał przy duszy, mrucząc: "Żyj, nędzarzu, jedz, trzymaj się jak najdłużej; nie ja skrócę czas trwania twojej kaźni". Poczem zacierał, ręce z radością, mówiąc: "Robię ludziom tyle złego, ile tylko mogę".
Poprzez tylne okienko przechodzący czytać mógł na podniebiu budy jeszcze ten jeden napis, skreślony wewnątrz węglem dużemi głoskami:
Ursus mędrzec.
ROZDZIAŁ DRUGI: Osamotnienie.
Przy bliższem rozpatrzeniu, oto co było można spostrzec.
Każdy z tych ludzi ubrany był w długą opończę, podartą wprawdzie i łataną, ale dostatnią i zdolną, w razie potrzeby, zakryć im twarze aż po oczy, więc dobrą równie od niepogody, jak i przeciwko ciekawości. W opończach tych żwawo się uwijali; niektórzy mieli głowy pookręcane chustkami: był to pierwszy stopień zawoju, rozpoczynający się na ziemi hiszpańskiej. Ubranie to głowy nie było niczem nadzwyczajnem na ziemi angielskiej. W epoce owej południe było w modzie na północy. Stało się to może dlatego, że właśnie wtedy północ pobiła południe. Jednocześnie przewodziła mu na polu bitwy, a ulegała mu na polu mody. Po porażce sławnej Armady, narzecze kastylskie stało się na dworze Elżbiety wytwornie ulubioną paplaniną. Odezwać się po angielsku u królowej angielskiej było niemal "shocking". Ulegać w pewnej mierze obyczajom tych, którym się prawa dyktuje, bywa po części obyczajem zwycięzcy, pozostającego w niższym stosunku moralnym względem zwyciężonego; wszak widzimy Tatara Mandżu studjującego i naśladującego podbite przez siebie Chiny. Z tychże powodów mody kastylskie wnikały w obyczaj angielski, choć znowu w zamian za to interesy angielskie zapuszczały coraz głębsze korzenie na ziemi hiszpańskiej.
W gromadzie ludzi, gotujących się do odpłynięcia, jeden wyglądał na przywódcę. Na nogach miał sznurowane chodaki, sam zaś ubrany był w stare szmaty galonowane i szyte złotem, oraz w kamizelkę szychową, przebłyskującą z pod jego opończy, jakby łuskowaty brzuch ryby. Inny znowu nasuwał sobie na twarz szeroki kapelusz pilśniowy, przypominający krojem hiszpańskie sombrero. Tylko że kapelusz ten nie posiadał dziury na zatknięcie fajki, co zdawało się zwiastować człowieka piśmiennego.
Dzieciak na łachmany, przeglądające mu z pod spodu, narzuconą miał kurtę marynarską, która, jakby odpowiednio do zasady, głoszącej, że kaftan z dorosłego człowieka wystarczy na płaszcz dla dziecka, spływała mu aż poniżej kolan.
Z wzrostu jego można było przypuszczać, że chłopak ten mógł mieć lat z dziesięć lub jedenaście. Był bosy.
Osada orki składała się z patrona i dwóch majtków.
Orka prawdopodobnie przybywała z Hiszpanji i tamże wracała. Bez najmniejszej zaś wątpliwości te jej wycieczki tam i nazad odbywały się w sposób ukradkowy.
Osoby/które miały wsiąść na jej pokład, szeptały między sobą zcicha.
Szepty, które między sobą ci ludzie wymieniali, wyglądały, jak mozajka. Raz usłyszałeś jakieś słowo kastylskie, to znowu niemieckie, to francuskie; niekiedy zaś z galicka, niekiedy coś z mowy Basków. Było to chyba narzecze, jeżeli tylko nie szwargot.
Zdawali się być najrozmaitszego pochodzenia, ale zarazem tworzyć jedną bandę.
Osada statku widocznie składała się z ich pobratymców; przebijał jakiś rodzaj wspólnictwa jednych z drugimi.
Pstra ta mieszanina wyglądała na gromadne stowarzyszenie; jak się zdaje, byli to wspólnicy jednej i tej samej ciemnej sprawki.
Gdyby było choć trochę więcej światła dziennego i gdyby im się przypatrzeć ciekawiej nieco, nie trudnoby było spostrzec na każdym z tych ludzi medalik i szkaplerze, napół ukryte pod łachmanami. Jedna z postaci, wyglądających na kobietę, miała na sobie różaniec, prawie podobny, co do wielkości ziarn, do różańca derwiszów i łatwy do rozpoznania jako irlandzki z okolic Llanymthefry, która to miejscowość nazywa się także Llanandiffry.
Przy dokładniejszem świetle można było również spostrzec wyobrażenie Nuestra-Sekora z Nion, rzeźbione i wyzłocone u przodowego krańca statku. Była to prawdopodobnie baskijska Madonna, będąca rodzajem panagii starych Kantabrów. Pod tą postacią, będącą ozdobą sztaby, znajdował się rodzaj latarni, wcale nie zapalonej w tej chwili przez zbytek ostrożności, który wykazywał nadzwyczajną troskliwość o pozostanie w cieniu. Latarnia ta widocznie służyła do dwóch celów: kiedy ją zapalono, jednocześnie płonęła dla Najświętszej Panny i zarazem oświetlała drogę na morzu; słowem, była to latarnia morska, pełniąca obowiązki świeczki.
Dziób statku, długi, zakrzywiony i zaostrzony w kierunku poprzecznego masztu, wyskakiwał naprzód w kształcie rogu półksiężyca. Przy jego nasadzie, tuż u stóp Najświętszej Panny, klęczał anioł, oparty plecami o pudło, z rozwiniętemi skrzydły i spoglądający w dal przez lunetę. Wyzłacany był tak, jak i Najświętsza Panna.
W dziobie znajdowały się otwory na przestrzał dla przepuszczania fal poprzecznych. Stąd znowu powód do wyzłacań i arabesków.
Pod Madonną wypisany był wielkiemi złoconemi głoskami wyraz: Matutina. Była to nazwa statku, nieczytelna w obecnej chwili z powodu ciemności.
U stóp skały złożony był bezładnie, jak zwykle bywa przy odjeździe, ładunek, który ci podróżnicy zabierali ze sobą. Ładunek ten, dzięki desce, służącej za kładkę, przenoszono szybko z wybrzeża na statek. Wory z sucharami, beczka ze stokfiszem, skrzynka z buljonem, trzy baryłki, jedna z wodą słodką, druga z wódką, trzecia ze smołą, kilka flasz ale, stary tłómok zapięty na sprzączki, zresztą paki, skrzynie, kłąb kłaków na pochodnie i sygnały - taki był ładunek statku. Obdartusy te miały tłómoki, co zdaje się świadczyć o ich nawyknieniach wędrownych; włóczędzy zmuszeni są przecie cośkolwiek posiadać; wprawdzie zdarza się niekiedy, że radziby się ulotnić, jak wędrowne ptactwo, ale tego zrobić nie mogą, chybaby się wyrzekli sposobu do życia. Mają przecież choć skrzynie z narzędziami i przybory do pracy, jakibądź jest ich przemysł wędrowny. Otóż ci właśnie, o których mówimy, wloką za sobą ów ładunek, kłopotliwy w niejednej okoliczności.
Nie musiało to być łatwo znieść to wszystko aż do stóp owego urwiska. W każdym razie, okazywało to niewątpliwie postanowienie stanowczego odjazdu.
Nie tracono ani chwili czasu; nieustannie ktoś szedł; od wybrzeża ku statkowi i od statku na wybrzeże. Każdy, ile mógł, brał udział w robocie; ten dźwigał worek, tamten skrzynię. Możliwe lub przypuszczalne w tej mieszaninie ludzi kobiety pracowały równo z drugimi. Obładowywano nawet dzieciaka.
Czy ten dzieciak miał w tym tłumie ojca lub matkę? - rzecz jest wątpliwa. Nikt do niego nie mówił ani słowa. Kazano mu pracować, i dość na tem. Wyglądał raczej na niewolnika gromady, niż na dziecko wśród rodziny Obsługiwał każdego, i wszystko to działo się w milczeniu.
Zresztą, spieszył się, jak mógł, i jak ta cała ciemna gromada, do której należał, zdawał się nie mieć innej myśli, jak tylko żeby się co najrychlej puścić w drogę. Czy wiedział dlaczego? - zapewne nie. Spieszył się bezmyślnie. Poprostu dlatego, że widział, że się inni spieszyli.
Orka posiadała pomost. Przytwierdzenie ładunku w głębi pudła zostało szybko dokonane, i wreszcie nadeszła pożądana chwila odbicia od brzegu. Ostatnia skrzynia została na pomost przeniesiona i pozostawało już tylko wsiąść na statek. Dwie postacie, które w gromadzie tej zdawały się być kobietami, znajdowały się już na pokładzie, sześć zaś innych, a w tej liczbie dzieciak także, krzątało się jeszcze na płaszczyźnie urwiska. W tej chwili dano znak odpłynięcia ze statku, patron chwycił za rudel, i jeden z majtków wziął topór dla odcięcia liny, zahaczonej w skale. Odcinać linę jest oznaką niezwykłego pośpiechu; kiedy się ma czas, to się ją odwiązuje. - Andamos - wyrzekł półgłosem ten z sześciu, który zdawał się być przywódcą i który miał złocenia pod łachmanami. Słysząc to słowo, dzieciak rzucił się ku kładce, żeby przejść pierwszy. Ale w chwili, kiedy na niej stawiał nogę, dwaj drudzy, przepychając się tak gwałtownie, że go o mało nie zrzucili w wodę, wyprzedzili go, trzeci odsunął go łokciem i podobnież przeszedł, czwarty odepchnął go pięścią i udał się w ślad trzeciego, i wreszcie piąty, który był przywódcą, raczej runął, aniżeli wskoczył w statek i, raz się tam znalazłszy, kopnął nogą kładkę, która wpadła w morze; w tej samej chwili cięcie topora urwało linę, rudel się wykręcił, statek, jak szalony, odbiegł od brzegu, a dziecię zostało na lądzie.
KSIĘGA PIERWSZA: NOC MNIEJ CIEMNA OD CZŁOWIEKA
ROZDZIAŁ PIERWSZY: Południowy cypel Portlandu.
Uporczywy wiatr północny dął bez przerwy na całym lądzie Europy, najostrzej zaś ponad Anglją, przez cały miesiąc grudzień 1689 i także styczeń następnego roku. Stąd mrozy dotkliwe a trwałe, które wraziły w pamięć ludzką tę zimę, "dziwnie dokuczliwą biednym", jak opiewa napis na marginesie starej biblji, znajdującej się w kaplicy prezbiterjańskiej Non Jurors w Londynie. Użytecznej trwałości sędziwego pergaminu królewskiego, używanego do spisywania notat urzędowych, zawdzięczamy długi spis biednych, zmarłych naówczas z głodu i braku odzieży. Spotyka się to w niejednem archiwum rozmaitych miejscowości, mianowicie w spisie aktów stanu cywilnego w Clink liberty Court, w miasteczku Southwark, w Pie powder Court, co znaczy Dworzec nóg zakurzonych, oraz w papierach White Chapel Court, prowadzonych w sposób urzędowy w wiosce Stapney przez lordowskiego wójta. W roku tym Tamiza nawet stanęła, co się zaledwie zdarza raz na lat sto; woda bowiem bardzo trudno się w niej ścina, z przyczyny silnego nacisku bałwanów morskich. Najcięższe wozy przeciągały po powierzchni zamarzłej rzeki; odbywał się nawet na Tamizie kiermasz, do którego powystawiano osobne budy dla walk niedźwiedzi i byków; dla osobliwości upieczono całego wołu na lodzie. Lód trwał w jednakowej ciągle grubości przez całe dwa miesiące. Utrapiony rok 1690 przeszedł w srogości najsławniejsze nawet zimy początków siedemnastego stulecia, tak szczegółowo opisywane przez doktora Gedeona Delauna, który przecież zaszczycony został - przez miasto Londyn popiersiem honorowem z wysoką podstawą, jako nadworny aptekarz króla Jakuba II-go.
Pewnego wieczora, ku końcowi któregoś z najmroźniejszych dni styczniowych 1690 roku, odbywało się w jednej z niezliczonych niegościnnych zaklęsłości zatoki Portlandzkiej coś dziwnie niezwykłego; była tam wielka wrzawa fregat mew i gęsi morskich, latających tu i owdzie, ale szczególnie kołujących u jej wejścia, jakby w wielkiej trwodze! W owej ostoi, najmniej bezpiecznej ze wszystkich przystani zatoki, zwłaszcza w porze panowania pewnych prądów wiatru, a zatem i najbardziej samotnej, co ją czyniło właśnie najdogodniejszą dla statków chcących się ukryć, widać było dnia tego, tuż obok stromych ścian nadbrzeżnych urwisk, do których głębokość wody dozwalała się przybliżyć, niewielki statek, przytwierdzony liną do haka skalnego. Niewłaściwie całkiem zwykło się mówić: noc zapada; należałoby raczej powiedzieć: noc wstaje, albowiem raczej z dołu, od ziemi idzie ciemność. Noc już była u stóp ściany skalistej; u góry zaś dzień trwał jeszcze. Przy bliższem obejrzeniu stojącego w przystani statku łatwo było w nim rozpoznać orkę biskajską.
Słońce, przez dzień cały mgłami zasnute, właśnie zaszło. Już się zaczynał dawać uczuwać ów przepaścisty i czarny niepokój, który możnaby nazwać tęsknotą nieobecnem słońcem.
Nie było wiatru od morza, woda tedy całkiem się uspokoiła w ostoi.
Było to jak na porę zimową równie szczęśliwie, jak wyjątkowo. U wejścia każdej niemal z owych przystani portlandzkich fale zwykły się dławić i wracać nazad. W dni wietrzne morze bywa tam bardzo wzburzone, i potrzeba nielada zręczności i wprawy, żeby się tam tędy przemknąć szczęśliwie. Małe te porty, raczej pozorne, niż rzeczywiste, na nic dobrego się nie przydają. Groźny do nich przystęp, a straszliwe z nich wyjście. Owego wieczora wszakże, rzecz nadzwyczajna, było w przystani całkiem bezpiecznie.
Orka biskajska jest to rodzaj szkuty wyszłej już z użycia. Statki te, którym marynarka wojenna zawdzięcza niejedną przysługę, krępego pudła, pękate, nie większe były od kryp, ale nie ustępowały okrętom w wytrwałości.
Należała ona do Armady; coprawda orki wojenne miały niekiedy wielką pojemność. Tak naprzykład kapitański statek Grand Griffon, na którym jechał Lope de Medina, miał sześćset pięćdziesiąt beczek pojemności i unosił czterdzieści armat. Ale orka kupiecka i przemytnicza była bardzo słabej próby. Ludzie morza cenili i poważali tę wątłą szkutę. Olinowanie orki było zrobione z konopianych sznurków, z których kilka miało środek z drutu, co wskazuje na prawdopodobne choć niezbyt naukowe pragnienie otrzymania wskazówek w wypadkach magnetycznego napięcia; misterność tego olinowania nie wykluczała grubych, pospolitych lin, cabrias hiszpańskich galer: cameli trójrzędowców rzymskich. Ster był bardzo długi, co dawało korzyść długiego ramienia ciężaru, ale niewygodę małego ramienia siły. Dwa kołowrotki przy końcu sztaby naprawiały tę wadę i zmniejszały trochę stratę siły. Busola była dobrze umieszczona w schowku, doskonale kwadratowym, i dobrze kołysana przez swoje dwie ramy miedziane, umieszczone poziomo jedna w drugiej na małych okrągłych ćwiekach, tak jak w lampach Cardana. Była wiedza i subtelność w budowie orki, ale była to wiedza nieświadoma i subtelność barbarzyńska. Orka była prymitywna jak prom i jak piroga; miała stałość promu i szybkość pirogi, i tak jak wszystkie statki zrodzone z instynktu pirackiego i rybackiego, posiadała znaczne zalety morskie. Była dobra na wody zamknięte i na wody otwarte; działanie jej żagli, bardzo specjalne, pozwalało jej obracać się w zamkniętych zatokach Asturji, które są prawie stawami, jak naprzykład Pasages, i płynąć szeroko po pełnym morzu; mogła odbyć podróż naokoło stawni i naokoło świata; szczególnie łodzie przeznaczone do dwóch celów dobre na stawie, dobre przeciw burzy. Orka była tem wśród okrętów, czem jest pliszka wśród ptaków, jednym z najmniejszych i jednym z najodważniejszych; pod pliszką, gdy spoczywa, zaledwie się trzcina ugina, a gdy się wzniesie, przelatuje ocean.
Orki biskajskie nawet najbiedniejsze były złocone i malowane. To tatuowanie leży w charakterze tych uroczych, trochę dzikich ludów. Wspaniała pstrokacizna ich gór pokropkowanych śniegami i łąkami objawia im barwny urok ornamentu. Są biedni i wspaniali; lepianki swoje zdobią herbami; mają wielkie osły, które obwieszają dzwonkami, i wielkie woły, które stroją w pióra; ich wozy, których skrzypiące koła słyszy się na dwie mile, są kolorowane, rzeźbione i przybrane wstążkami. Szewc ma nad drzwiami płaskorzeźbę świętego Crepina i chodak, ale z kamienia. Galonami obszywają swoje skórzane kaftany; nie zszywają łachmanów, tylko je haftują. Wesołość głęboka i pyszna. Baskijczycy jak Grecy są synami słońca. Podczas gdy mieszkaniec Walencji, nagi i smutny, okrywa się płachtą rudej wełny z otworem na przejście głowy, mieszkańcy Biskaji i Galicji weselą się pięknemi koszulami z płótna bielonego na rosie. Na progach i w oknach ich domów tłoczą się jasne i świeże oblicza, śmiejące się pod girlandami kukurydzy.
Jowialna i wyniosła spokojność wybucha w ich sztukach naiwnych, przemysłach, zwyczajach, toalecie dziewczyn, w piosenkach. Góra, ta wielka rudera, jest w Biskaji cała prześwietlona, promienie wchodzą i wychodzą przez wszystkie wyrwy. Groźny Jaizquivel jest pełen idylli. Biskaja jest wdziękiem Pirenejów, tak jak Sabaudja jest wdziękiem Alp. Groźne zatoki otaczające Saint Sebastien, Léso i Fontarabię, przeplatają burze, wichry, morze pieniące się na przylądkach, wściekłości fali i wiatru, zgrozy, hałasy, dziewczętami uwieńczonemi różami.
Kto widział kraj baskijski, chce go jeszcze raz ujrzeć! Ta ziemia jest błogosławiona. Dwa zbiory do roku, wesołe i brzmiące wioski, wyniosła bieda, przez całą niedzielę hałas gitar, tańców, kastaniet, miłości, jasne i czyste domy, bociany na dzwonnicach.
Wróćmy do Portlandu, srogiej góry nad morzem.
Półwysep Portlandzki, oglądany z wyniosłości, przedstawia podobieństwo głowy ptaka, którego dziób zwrócony jest ku oceanowi, czub głowy ku Weymouth, międzymorze zaś stanowi jego szyję.
Portland, z wielką ujmą dla swojej dzikości, wyzyskiwany jest dziś przez przemysł. Wybrzeża jego odkryte zostały przez poszukiwaczy łomów wapienia około połowy osiemnastego stulecia. Od tego czasu z pokładów skały Portlandu wyrabiają cement, zwany rzymskim; jest to pożyteczna robota, która wprawdzie kraj wzbogaca, ale zato niemało oszpeca zatokę. Dwieście lat temu wybrzeża te były pozapadane, jak urwiska; obecnie pozapadane są, jak się to zwykle dzieje w kopalniach. Oskard wygryza drobnemi kęsami; morski odmęt robi to samo, tylko że na olbrzymią stopę, - stąd zmniejszenie piękna. W miejsce wspaniałego marnotrawstwa oceanu, przyszły systematyczne poręby człowiecze. Te systematyczne poręby zatraciły już zębate wgłębienie, gdzie stała uczepiona orka biskajska. Chcąc znaleźć choć jakikolwiek ślad tej małej, rozebranej już po kawałku zatoki, należałoby szukać troskliwie gdzieś przy wschodniem wybrzeżu półwyspu, wedle cypla, poza Folly-Pier i Dirdle-Pier, nawet daleko poza Wakeham, pomiędzy miejscowością zwaną Churhh-Hop i drugą jeszcze, noszącą nazwą Southwell.
Mała ta zatoka, otoczona ze wszystkich stron wyniosłościami skalnemi, wyższemi nad największą jej szerokość, ciemniała coraz mocniej od mroków wieczora; w jej łonie zgęszczała się coraz tężej mętna mgła, właściwa stopniowemu zapadaniu ciemności; wyglądało to jakby przybieranie ciemności od dna studni. Wyjście z owej zatoki na pełne morze, rodzaj zacieśnionej szyi, na tem tle prawie już nocnem, pośród którego fale zaledwie dawały znaki życia, rysowało się kształtem białawej rozpadliny. Zaledwie zbliska dostrzec można było orkę, zahaczoną u skały i niejako skrywającą się pod jej olbrzymi płaszcz, utkany z cienia. Deska, rzucona pomiędzy jej krawędzią i płaskim występem od spodu urwiska, kędy do niego był jedyny przystęp, stanowiła wyłączne, bezpośrednie jej połączenie z ziemią. Jakieś postacie czarne snuły się i mijały po owej chwiejnej kładce; widocznie w ciemnościach tych ludzie jacyś gotowali się do odpłynięcia.
W zapadlinie było nierównie mniej chłodno, niż na pełnem morzu, dzięki ochronie ze skał, piętrzących się od północnej strony. Niemniej jednak ludzie ci drżeli z zimna. Spieszyli się.
Skąpe blaski zmroku łatwiej się przyczepiają do przedmiotów, posiadających ostre zarysy; stąd dość łatwo było rozróżnić strzępy odzieży owych ludzi; z tych zaś na pierwszy rzut oka zgadnąć było można, że należeć musieli do warstwy społecznej, zwanej w Anglji the ragged, co oznacza obdartusów.
W wypukłościach stromej ściany skalistej niewyraźnie przeświecała wężykowatość jakiejś ścieżyny. Dziewczyna, która rzuciła w nieładzie swoje sznurowadło na oparcie fotela, rysuje, nie wiedząc o tem, prawie wszystkie ścieżki gór i wybrzeża.
Zejście ku tej zapadlinie, pełne zakrętów i chropowatości, lecące niemal na złamanie karku i nierównie wygodniejsze dla kóz, niż dla ludzi, kończyło się u owego właśnie występu w skale, do którego jednym końcem przytykała kładka. Wogóle ścieżki, zbiegające ze skał ku morzu, posiadają spadek mało zachęcający; nie tyle wyglądają na drogi, ile na spadzistości; raczej się staczają, niż schodzą. Ta, o której mówimy, prawdopodobnie odszczepiona od jakiejś większej drogi na płaszczyźnie, nieprzyjemna już była z samego wejrzenia, taka była przepaścista. Zaraz od dołu piętrzyła się stromym wężykiem ku szczytowym złomom urwiska, skąd, poprzez poobrywane wiszary, widocznie już wykuwana w skale, biegła prosto ku jednej ze spłaszczonych wyniosłości. Zdaje się, że właśnie tą tylko ścieżką zejść tu mogli podróżni, których oczekiwała krypa, stojąca w przystani.
Poza obrębem tego ruchu, przygotowującego odpłynięcie statku, ruchu widocznie niespokojnego i pospiesznego, wszystko zresztą w głębokiem spoczywało milczeniu. Nie słyszałeś ani odgłosu kroków, ani szmeru, ani choćby tchnienia. Zaledwie rozróżnić było można, na drugim krańcu zapadliny, u wejścia z niej w zatokę Ringstead, gromadkę łodzi, używanych do połowu rekinów, widocznie tu tylko zabłąkaną. Statki te podbiegunowe dziwactwem tylko wybryków morza z wód duńskich zapędzone zostały ku wybrzeżom angielskim. Północne podmuchy płatają nieraz podobne figle rybakom. Ci, o których mówimy, przyszli szukać schronienia pod zasłoną wybrzeży Portlandu, co było niewątpliwym znakiem zbliżającej się złej pory, oraz niebezpieczeństwa na otwartem morzu. Zajęci byli właśnie zapuszczaniem kotwicy. Łódź przodownicza, umieszczona na wyskoku, stosownie do starego obyczaju żeglarzy norweskich, odrysowywała się czarną sylwetką swojego olinowania na białawem tle powierzchni morskiej, i widać było zatknięte u sztaby wielkie widły rybackie, obwieszone wszelkiego rodzaju hakami, harpunami i sieciami, przeznaczonemi do połowu ryb podbiegunowych, najrozmaitszej wielkości i jakości. Z wyjątkiem tych kilku łodzi, zgarniętych zresztą w jedno załamanie, na całym szerokim widnokręgu Portlandu oko nie spotykało nic żyjącego. Nigdzie ani domu, ani statku. Wybrzeże w owych czasach nie było jeszcze zamieszkałe, zatoka zaś o podobnej porze nie była mieszkalna.
Cobądź jednak w tej godzinie zapowiadało niebo, istoty, wybierające się w podróż orką hiszpańską, niemniej przyspieszały chwilę odbicia od lądu. Tworzyły one na brzegu morskim rodzaj gromadki, dziwnie zaprzątniętej i rojącej się z ruchami gorączkowemi. Wyróżnić tam kogokolwiek było niepodobieństwem. Również niepodobna było dojrzeć, czy ci ludzie byli starzy, czy młodzi. W zamglonych cieniach wieczora ich kształty mieszały się i rozpływały. Ciemność, ta najdokładniejsza maska, znajdowała się na ich twarzach. Wydawali się sylwetkami, oglądanemi w nocy. Było ich ośmiu. Niewątpliwie znajdowała się pomiędzy nimi jedna lub dwie kobiety, ale któżby je rozpoznał pod osłoną poszarpanej i poobwieszanej strzępami odzieży, która już nie zdawała się należeć wyłącznie ani do kobiet, ani do mężczyzn. Łachmany płci nie znają.
Cień jakiś mniejszy od innych, snujący się tam i sam pośród większych, dawał się domyślać karła lub dziecka.
Było to dziecko.
ROZDZIAŁ TRZECI: Samotność.
Dzieciak nieporuszony pozostał na skale, ze wzrokiem osłupiałym. Nie wołał nikogo. Nie prosił o nic. Jednak była to rzecz nieprzewidziana, a on nie powiedział na to ani słowa. Na statku również panowało milczenie. Ani wykrzyku dziecka ku tym ludziom, ani choćby słowa pożegnania od tych ludzi dziecku. I było z tych stron obu niby przyzwolenie nieme na tą przestrzeń, coraz między nimi wzrastającą. Coś podobnego dzieje się pewnie przy rozstaniu cieniów, na dwóch brzegach Styksu. Dzieciak, jakby wrosły w skałę, której stopy wzbierające fale przypływu już zaczynały ogarniać, poglądał tylko na oddalający się statek. Powiedziałbyś, że rozumiał. Ale co on takiego rozumiał? Cień.
W chwilę potem orka dosięgła przesmyku, stanowiącego wyjście z zapadliny morskiej, i weszła weń. Błysnął szczyt jej masztu na jasnem niebie ponad popękanemi bryłami, pośród których mknęła wężykiem ta cieśnina, jakby pośród dwóch murów. Szczyt ten błąkał się czas jakiś pomiędzy wierzchami skał i wreszcie zdał się w nich gubić. W chwilę potem już go nie było. Skończyło się. Statek wypłynął na pełne morze.
Dzieciak popatrzył na to zniknięcie.
Był zdumiony, a bardziej jeszcze zadumany.
Osłupienie kojarzyło się w nim z budzącem się ponuro poznaniem życia. Ta istota początkująca zdawała się posiadać już doświadczenie. Może on już miał i sąd swój własny? Próba, przybywająca przedwcześnie wytwarza niekiedy w głębi zamglonej jeszcze rozwagi umysłu dziecięcego nieokreślone jakieś a straszliwe szale, na których te biedne małe duchy ważą Boga.
Czując się niewinnym, przyzwalał. Nie wydał ani skargi. Kto nic sobie do wyrzucenia nie ma, ten nie robi wyrzutów.
To nagłe odrzucenie go nie wywołało w nim nawet ruchu. Doznał pewnego rodzaju wewnętrznego odrętwienia. Wobec tej niespodzianej zaczepki losu, która zdawała się kłaść koniec jego istnieniu niemal przed jego zaczątkiem, dzieciak ani drgnął. Przyjął to uderzenie gromu stojąc.
Widoczne było, sądząc po jego zdziwieniu, które go ani na jotę nie przybiło do ziemi, że w tej gromadzie, która go opuszczała, ani nikt go nie kochał, ani on nie kochał nikogo.
Zamyślony, zapomniał o zimnie. Nagle woda musnęła mu stopy, - przypływ wzrastał; jakieś tchnienie przeleciało mu po włosach, - wiatr się zrywał. Dreszcz go przejął. Od stóp do głowy przeszyło go drgnienie, które bywa zbudzeniem.
Zatoczył wzrokiem wkoło siebie.
Był sam.
Po dziś dzień nie było dla niego innych ludzi na ziemi, tylko ci, którzy w chwili obecnej znajdowali się na statku. Otóż ci ludzie go odbiegli.
Dodajmy do tego, co się zapewne wielce dziwnem wyda, że ludzie ci, jedyni jakich znał na świecie, byli mu całkiem nieznani.
Nigdy powiedziećby nie umiał, co to byli za jedni.
Dni dziecinne upłynęły mu pośród nich, a nigdy nie pomyślał, żeby miał do nich należeć. Poprostu, żył obok nich, nic więcej.
I oto został zapomniany przez nich.
Nie miał ani pieniędzy przy sobie, ani obuwia na nogach, zaledwie lichy przyodziewek na grzbiecie i zresztą ani kawałka choćby chleba w kieszeni.
Było to zimą. Było to wieczorem. Trzeba było zrobić kilka mil, żeby się dostać do najbliższej mieszkalnej osady.
Ani nawet wiedział, gdzie się znajduje.
Nie wiedział nic innego, tylko to, że ci, którzy z nim przybyli na brzeg tego morza, odeszli sobie bez niego.
Czuł, że go wykluczono z życia.
Czuł, że zaczyna w nim braknąć człowieka.
Miał lat dziesięć.
Dzieciak znajdował się pośród pustyni, pomiędzy głębiami, w których słyszał grzmiące odmęty.
Przeciągnął szczupłe swoje ramionka i ziewnął.
Następnie znagła, jak ktoś, który dał za wygraną, zuchwale i raźno, ze zręcznością wiewiórki - może i clowna potrosze - odwrócił się plecami do morza i począł się wspinać grzbietem skały. Drapał się czas jakiś ścieżką, potem ją porzucił, potem znów do niej wracał, zwinny i śmiały. Spieszno mu było teraz w głąb lądu. Myślałbyś, że ma zgóry drogę wytkniętą w głowie. Z tem wszystkiem, nie szedł nigdzie.
Spieszył się, ale bez celu, poprostu jak istota zbiegła przed przeznaczeniem.
Wspinać się jest rzeczą człowieka, wdrapywać się - zwierzęcia. On się i wspinał i wdrapywał. Urwiska Portlandu zwrócone były ku południowi, prawie nigdzie śniegu nie było na ścieżce. Wysoki stopień chłodu zmienił był zresztą ten śnieg w kurzawę, bardzo śliską i przeto niewygodną dla idącego. Dzieciak i na to sobie poradzić umiał. Kaftan, który miał na sobie, zbyt na niego obszerny, utrudniał mu kroku. Często też napotykał po cyplach lub na pochyłościach kawały lodu, na których się poślizgiwał i padał. Czepiał się, to gałęzi suchej, to jakiej skalistej wypukłości i tak czasem wisiał kilka chwil, zawieszony ponad zawrotną otchłanią. Raz nawet dość nieopatrznie postawił nogę na jakimś niepewnym odłamie, który się nagle pod nim usunął, pociągając go za sobą. Usuwania się tych wyłomów bywają zdradliwe. Przez ciąg chwil kilku dzieciak doznał wrażeń zsuwającej się dachówki po pochyłości dachu; stoczył się aż nad samą krawędź przepaści. Pęk zielska schwytany w porę ocalił go. Nie wydał krzyku wobec otchłani, jak przedtem go nie wydał krzyku wobec ludzi. Umocnił się na nogach i znów się dalej gramolił w milczeniu. Urwistość była wyniosła. Miał tym sposobem niejeden orzech do zgryzienia. W rażenie przepaści zaostrzało się ciemnością. Ta skała stroma końca nie miała. Cofała się przed dzieciakiem w głębie, idące do góry. W miarę jak się dzieciak piął ku szczytowi, szczyt zdawał się także piąć w chmury. Ciągle gramoląc się bez wytchnienia, wpatrywał się z podziwem w to ławisko czarne, rzucone niby zawada pomiędzy niego i niebo. Nareszcie stanął u kresu.
Z radością wskoczył na płaszczyznę. Możnaby powiedzieć, że przybił do lądu, gdyż istotnie wydobył się z otchłani.
Zaledwie znalazł się ponad ścianami skalistych urwisk, począł go dreszcz przebiegać. Na twarzy swojej uczuł powiew chłodny, ukąszenie nocy. Cierpki wiatr dmuchał od północnego zachodu. On zacisnął na piersi swój kaftan marynarski.
Był to zresztą niezły przyodziewek. Nazywa się on, mówiąc językiem żeglarzy, wiatrówka. Właściwością jego jest to, że dobrze ochrania od przykrych deszczów, napędzanych południowo-zachodnim wiatrem.
Dzieciak, wygramoliwszy się na płaszczyznę, zatrzymał się, osadził się mocno bosemi nogami na przemarzniętej ziemi i spojrzał stamtąd.
Poza nim morze, przed nim lądy, ponad jego głową niebo.
Ale niebo bez gwiazd. Gęsta mgła ogarniała widnokrąg.
Przybywszy na szczyt skalistego urwiska, znalazł się zwróconym twarzą w stronę ziemi; począł się po niej rozglądać. Znajdowała się przed nim, jak oko zasięgnie, wyrównana, przemarzła, pokryta śniegiem. Tu i owdzie sterczały drżące kępy krzaków. Nigdzie drogi - nic. Żeby choć gdzie pasterski szałas. Przelatywały od czasu do czasu blade tumany, będące wirami delikatnego śniegu, unoszonego z ziemi przez wiatr i lecącego Bóg wie dokąd. Stopniowe falowania przestrzeni, rozpływające się w ciemności mglistej, uwydatniały się niekiedy na krańcach widnokręgu. Szerokie, bezbarwne płaszczyzny gubiły się w białawych oparach. Milczenie głębokie. Rozprzestrzeniało się to wszystko, jak nieskończoność, i milczało, jak grób.
Dzieciak odwrócił się ku morzu.
Morze, podobnie jak ziemia, było białe; ta od śniegu, tam to od piany. Nic posępniejszego, jak półświatło, wynikające z tej podwójnej białości.
Oświetlenia nocne odkreślają niekiedy nader ostre zarysy; morze wydawało się ze stali, skały wybrzeża z hebanu. Z wyżyny, na której się dzieciak znajdował, zatoka Portlandzka rozkładała się niemal na wzór karty geograficznej, biaława, w półkolistem swojem otoczeniu ze wzgórz. Było coś sennego w tym nocnym krajobrazie; coś niewyraźnie okrągłego, ujętego jakby w sierp ciemny; zdarza się, że księżyc przedstawia podobny widok. Od przylądka do przylądka, na całej tej przestrzeni, nie dostrzegałeś ani iskierki błysku, mogącego wskazywać bądź płonące ognisko, bądź oświetlone okno, bądź jaki dom żyjący. Najzupełniejsza nieobecność światła równie na ziemi jak na niebie, ani iskry na ziemi, ani gwiazdy w niebie. Z kolei, rozległe płaszczyzny wód w zatoce zdawały się doznawać tu i owdzie nagłego wzdęcia. To wiatr podrzucał i fałdował tę płachtę. Orka dawała się jeszcze niekiedy widzieć w zatoce - uciekająca.
Wyglądała niby trójkąt czarny, ślizgający się w tej bezbarwnej przestrzeni.
W dali przepaści odmętów drgały bezładnie w ponurym światłocieniu.
Matutina znikała, jak błysk. Topniała w oczach. Nic szybszego, jak przepadanie statku w przestworach wód. W pewnej chwili uciekający statek zapalił swoją latarnię przy sztabie; widoczne było, że ogarniały żeglarzy niepokojące ciemności i że sternik czuł potrzebę rzucenia światła na morze. Ten punkcik świetlny, którego mruganie widać było zdaleka, dziwnie posępnie wyglądał, przyczepiony do tego wysokiego, czarnego kształtu. Powiedziałbyś, że to całun na nogach stanął i kroczy pośród morza, wraz z nim błąka się ktoś, mający w ręku gwiazdę.
W powietrzu unosiła się widoma groźba burzy. Dzieciak nie zdawał sobie z tego sprawy, ale żeglarz doświadczony drżałby. Była to owa chwila wstępnego zaniepokojenia, w której powiedziećby można, że żywioły gotują się wziąć na siebie dotykalne uosobienia, i w której tylko patrzeć, jak się tchnienie wiatru w tajemniczy sposób przeobrazi w zawieruchę. Morze stanie się niebawem oceanem, siły zbudzą się do samowiedzy; to, co bierzesz za rzecz, okazuje się duszą. Wkrótce masz ujrzeć to wszystko. Stąd groza. Dusza człowiecza wzdryga się na to stawienie jej twarzą w twarz z duszą przyrody. Zamęt miał wystąpić na scenę. Wiatr, miętosząc mgłę i napiętrzając poza nią obłoki, ustawiał dekoracje tego straszliwego dramatu, mającego się odegrać przez zimę i tumany, któremu na imię: zawieja śnieżna.
Pierwsze objawy niebezpieczeństwa wyszły od statków, znajdujących się na wodzie. Od pewnego czasu zatoka nie była już pusta. Co chwila występowały z poza przylądków zaniepokojone łódki, spiesząc co tchu ku wybrzeżu. Jedne z nich opływały Portland-Bill, drugie znowu Saint-Albans-Head. Od najdalszego widnokręgu błyskały żagle; uciekano, szukając schronienia na wyścigi. Od południa coraz mocniej zgęszczały się ciemności, i chmury nocy pełne zdawały się osuwać na powierzchnię morza. Ciążenie wiszącej ponad odmętami nawałnicy zdawało się ponuro uciszać tonie. Nie była to chwila stosowna do puszczenia się w drogę. Z tem wszystkiem, orka odpłynęła.
Skierowała rudel ku południowi. Była już daleko poza zatoką i zupełnie na otwartem morzu. Nagle powiew zmienił się w podrywane podmuchy; Matutina, którą jeszcze dokładnie rozróżnić było można, w jednej chwili od stóp do głowy najeżyła się żaglami, jakby postanowiwszy korzystać ze zbliżającego się huraganu. Był to tak zwany noroit, niegdyś zwany wiatrem galer; podmuch podstępny i gniewliwy. Wiatr ten zaraz od początku zerwał się z nielada zawziętością. Orka, uderzona przez niego z boku, przechyliła się, ale niemniej bez wahania szybowała dalej na pełne morze. Postępek ten zdradzał raczej ucieczkę, niż zwiastował podróż; raczej obawę ziemi, aniżeli morza, i więcej nierównie obawy o pogoń od ludzi, niż o prześladowanie ze strony wiatrów.
Orka, przeszedłszy wszystkie stopnie pomniejszenia, rozpływała się coraz mętniej na krańcach widnokręgu; zbladł świetlny punkcik, który wraz z sobą słaniała po ciemnościach, i wreszcie zlawszy się zupełnie z ciemniami nocy, niebawem znikła jak sen.
Tym razem było to już na zawsze.
Przynajmniej dzieciak tak tę rzecz zrozumiał. Zaprzestał już poglądać na morze. Wzrok jego przeniósł się ku płaszczyznom, ku karłowatym zaroślom, wzgórzom, ku przestrzeniom, na których może nie było niemożliwe napotkać jaką ludzką istotę. Wreszcie udał się w drogę, w kierunku tej nieznanej krainy.