ROZDZIAŁ IV
Jean Broadhurst weszła za mną do pokoju.
— Stanley w każdym razie z nią nie spał.
— A gdzie spał?
— W gabinecie.
Zaprowadziła mnie do małego pokoiku na parterze. Było tu kilka półek z książkami, zasuwane biurko, nie posłany tapczan i szara stałowa szafka biurowa, stojąca niby nagrobek u wezgłowia. Obróciłem się do Jean.
— Czy mąż stale tutaj sypia?
— Zadaje pan niedyskretne pytania.
— Przyzwyczai się pani. Rozumiem, że stale.
Zaczerwieniła się.
— Pracuje wieczorami nad swoją kartoteką. Nie chce mi przeszkadzać.
Spróbowałem wyciągnąć najwyższą szufladę szafki. Była zamknięta.
— Co to za kartoteka?
— Sprawy ojca.
— Kartoteka sprawy ojca?
— Tak. Stanley gromadzi wszystko, czego się dowie o ojcu. Niewiele tego, za to mnóstwo fałszywych tropów. Pisze listy, przeprowadza wywiady z dziesiątkami osób. Nie traci nadziei, że natrafi na jakiś ślad. To jego główne zajęcie w ostatnich latach. Przynajmniej wiem, gdzie spędza wieczory — dokończyła z ironią.
— Co to był za człowiek ten jego ojciec?
— Właściwie nie wiem. Śmieszne, ale przy tym całym nawale korespondencji — stuknęła w ściankę szafki — Stanley prawie o nim nie mówi. Miewa długie okresy milczenia. Zresztą jego matka jeszcze dłuższe. Wiem tylko, że był kapitanem piechoty w rejonie Pacyfiku. Stanley ma jego zdjęcie w mundurze. Przystojny mężczyzna o miłym uśmiechu.
Rozejrzałem się po ścianach wykładanych płytą pilśniową. Nie było na nich nic prócz kalendarza, z którego wynikało, że wciąż jest czerwiec.
— Gdzie mąż trzyma fotografię ojca?
— Nosi w plastykowej oprawce. Żeby się nie zniszczyła.
— Od czego miałaby się zniszczyć?
— Od pokazywania ludziom. Ma również zdjęcie ojca grającego w tenisa, w polo, przy sterze jachtu.
— Ojciec musiał mieć dużo pieniędzy.
— Sporo. W każdym razie teściowa ma ich pod dostatkiem.
— Mimo to teść rzucił majątek i ją dla innej kobiety?
— Podobno.
— Kim była ta kobieta?
— Nie wiem. Ani Stanley, ani jego matka nie poruszają tego tematu. Wiem tylko, że uciekł z nią do San Francisco. Byliśmy tam ze Stanleyem w czerwcu. Stanley po całych dniach chodził z fotografią po mieście. Obszedł prawie całe centrum, nim dał za wygraną. Miałam z nim ciężką przeprawę. Nie chciał w ogóle wracać do domu, tylko rzucić pracę i przeczesać cały rejon zatoki San Francisco.
— Przypuśćmy, że go odnajdzie. Co wtedy?
— Nie wiem. Przypuszczam, że Stanley też nie wie.
— Powiedziała pani, że Stanley miał jedenaście czy dwanaście lat, kiedy ojciec uciekł. Kiedy to było?
— Stanley ma teraz dwadzieścia siedem. Piętnaście lat temu.
— Stać go na rzucenie pracy?
— Skądże. Siedzimy po uszy w długach. Jesteśmy winni pieniądze teściowej i innym ludziom. Ale zrobił się taki nieodpowiedzialny, że z trudem go powstrzymuję.
Milczała przez chwilę, wpatrując się w gołe ściany, w nie przewracany od paru miesięcy kalendarz.
— Ma pani klucz od szafki? — spytałem.
— Nie. Jest tylko jeden, Stanley się z nim nie rozstaje. Biurko też trzyma zamknięte. Nie lubi, jak się interesuję jego korespondencją.
— Sądzi pani, że koresponduje z tą dziewczyną?
— Nie mam pojęcia. Dostaje listy od najróżniejszych ludzi. Nie otwieram jego korespondencji.
— Jak ona się nazywa, wie pani?
— Ma na imię Sue. Przynajmniej tak powiedziała Ronniemu.
— Chciałbym obejrzeć rejestrację tego Mercedesa. Klucz od garażu pani ma?
— Od garażu tak. Jest w kuchni.
Poszedłem za nią do kuchni. Otworzyła szafkę i zdjęła z gwoździka klucz, którym dostałem się do garażu. W stacyjce Mercedesa były kluczyki, natomiast karty rejestracyjnej nie było. Za to w głębi schowka na tablicy rozdzielczej znalazłem zmięty kwit ubezpieczenia wozu na nazwisko Roger Armistead, 10 Crescent Drive, Santa Teresa, Kalifornia. Zapisawszy w notesie nazwisko i adres, wygramoliłem się z auta.
— Co pan znalazł? — zapytała Jean.
Pokazałem jej otwarty notes.
— Zna pani niejakiego Rogera Armisteada?
— Nie. Ale Crescent Drive to dobry adres.
— Mercedes też kosztował okrągłą sumkę. Wygląda, że koleżanka Stanleya jest nieźle sytuowana. Chyba że ukradła wóz.
Jean zrobiła ostrzegawczy gest.
— Nie tak głośno. To śmieszne, co Stanley opowiada — podjęła przyciszonym głosem, by jej nie było słychać u sąsiadów. — Niemożliwe, żeby była jego koleżanką szkolną. Mówię panu, jest co najmniej o sześć, siedem lat młodsza. Zresztą on chodził do prywatnej męskiej szkoły w Santa Teresa.
Otworzyłem z powrotem notes.
— Niech pani ją opisze.
— Przystojna blondynka. Mniej więcej mojego wzrostu, to znaczy metr sześćdziesiąt siedem, osiem. Zgrabna. Jakieś pięćdziesiąt parę kilo wagi. Oczy niebieskie o niecodziennym odcieniu. Są w niej chyba najładniejsze, a jednocześnie najbardziej niesamowite.
— Co w nich niesamowitego?
— To, że nic z nich nie można wyczytać. Nie umiałabym powiedzieć, czy jest absolutnie niewinna, czy też z gruntu amoralna i cyniczna. I nie wymyśliłam tego po fakcie. To było moje pierwsze wrażenie, kiedy Stanley ją przyprowadził.
— Czy nie domyśla się pani, po co Stanley ją sprowadził do domu?
— Powiedział tylko, że jest głodna i zmęczona. Uważał za oczywiste, że ją zatrzymam na obiad, co zresztą zrobiłam. Ale prawie nic nie jadła, trochę grochówki.
— A mówiła dużo?
— Do mnie się prawie nie odzywała. Rozmawiała z Ronniem.
— O czym?
— Właściwie plotła bzdury. Opowiedziała mu jakąś niestworzoną historię o dziewczynce, która spędziła sama jedną noc w domku w górach. Rodziców jej zabiły potwory, a ją samą porwał jakiś wielki ptak, kondor, nie kondor. Twierdziła, że jej się to przytrafiło, kiedy była w wieku Ronniego, i zapytała, czyby chciał coś takiego przeżyć. Oczywiście fantazjowała, ale było w tym coś niezdrowego, jakby chciała wyładować na nim swoją histerię.
— Jak zareagował Ronnie? Wystraszył się?
— Nawet nie. Słuchał jak urzeczony. Ja mniej. Przerwałam i posłałam go do jego pokoju.
— Nie mówiła, że go ze sobą zabierze?
— Wyraźnie nie. Ale taki był podtekst, nie uważa pan? W każdym razie obleciał mnie strach. Powinnam była wyciągnąć z tego wniosek i wyekspediować ją jak najszybciej z domu.
— Czego się pani bała?
Popatrzyła w niebo, pełne pyłu niesionego wiatrem.
— Myślę że to ona się czegoś bała, a mnie się udzielił jej starch. Oczywiście, byłam od początku podenerwowana. To takie niepodobne do Stanleya, przywieźć ją do domu jakby nigdy nic. Czułam, że w moim życiu dokonuje się przewrót i że jestem zupełnie bezradna.
— Przewrót w pani życiu zaczął się już wcześniej. W czerwcu, prawda?
Spuściła oczy, pełne pociemniałego nieba.
— W czerwcu byliśmy w San Francisco. Dlaczego przyszedł panu do głowy akurat czerwiec?
— To był ostatni miesiąc, w którym Stanley zerwał kartkę z kalendarza w swoim pokoju.
Na ulicy zatrzymało się auto z hałaśliwym silnikiem i po chwili zza rogu domu ukazał się mężczyzna. Widać było, że się źle czuje w wymiętym ciemnym garniturze. Miał długą bladą twarz i łuki brwiowe zgrubiałe od blizn. Podszedł po asfaltowym podjeździe.
— Stanley Broadhurst w domu?
— Niestety — odpowiedziała Jean niepewnie.
— Pani jest żoną?
Silił się, zeby to brzmiało uprzejmie, ale w jego głosie zgrzytała nutka agresywności.
— Tak.
— Kiedy pani się spodziewa męża?
— Nie wiem.
— Musi pani wiedzieć przynajmniej w przybliżeniu.
— Niestety nie wiem.
— Jak pani nie wie, to kto będzie wiedział?
Jego postawa nie wróżyła nic dobrego. Wsunąłem się między niego a Jean.
— Broadhurst pojechał na weekend. Kto pan jest i czego pan chce?
Mężczyzna nie odpowiedział od razu. Odegrał pantominę wściekłości, którą przypieczętował zamachem ręki i wymierzonym sobie policzkiem. Na twarzy został mu czerwony odcisk czterech palców.
— Kto jestem, to moja sprawa. Żądam swoich pieniędzy. Państwo go lepiej odnajdą i powtórzą mu to. Spruwam wieczorem z miasta, potrzebuję swoich pieniędzy.
— O jakich pieniądzach pan mówi?
— To nasza sprawa, Broadhursta i moja. Pan mu tylko przekaże wiadomość. Pan powie, że się godzę na równy tysiąc, żeby tylko było załatwione do wieczora. Jak nie, to się przed niczym nie cofnę. Pan mu powie.
Ale jego chłodne oczy nie wierzyły w to, co mówią usta. Pachniało od niego na milę kryminałem. Na twarzy miał więzienną bladość, czuł się nieswojo w świetle dziennym. Stał pod samą ścianą, jakby podświadomie szukał czegoś ogranicza jącego przestrzeń życiową.
— Mój mąż nie dysponuje takimi sumami.
— Ale mamusia dysponuje.
— Co pan może wiedzieć o jego mamusi? — zapytała Jean piskliwie.
— Ze jest nadziana. Obiecał, że weźmie od niej i będzie na mnie czekał wieczorem z pieniędzmi.
— Trochę się pan pośpieszył — powiedziałem.
— I dobrze, że się pośpieszyłem. Jeszcze by zapomniał.
— Za co panu płaci tyle pieniędzy?
— Jakbym panu powiedział, to co by mi zostało do sprzedania? — Rzucił mi chytre spojrzenie cwaniaczka, któremu się wydaje, że pojadł wszystkie rozumy. — Powie mu pan, że przyjdę wieczorem. Jak mi nie zapłaci, to się przed niczym nie cofnę.
— Wieczorem może nie być nikogo. Niech pan zostawi adres, to damy znać.
Przez chwilę rozważał moją propozycję. W końcu rzekł:
— Znajdzie mnie pan w motelu Pod Gwiazdą. Przy szosie nadbrzeżnej, poniżej kanionu Topanga. Pytać o Ala.
Zapisałem adres w notesie.
— A telefon?
—Przez telefon nie przekaże pan pieniędzy.
Posłał nam blady uśmieszek, pozbawiony wesołości i odwrócił się na pięcie. Poszedłem za nim na róg domu i patrzyłem, jak odjeżdża wysłużonym czarnym Volkswagenem, który nie miał przedniego błotnika. Numer, zarosły brudem, był nie do odcyfrowania.
— Myśli pan, ze mówił prawdę? — zapytała Jean.
— Wątpię, czy sam wie. Musiałby się poddać testowi prawdomówności, żeby się przekonać. Jeśliby nie stchórzył.
— Co Stanley może mieć do czynienia z takim typem?
— Zna go pani lepiej ode mnie.
— Zaczynam wątpić.
Wróciliśmy do domu. Zapytałem ją, czy mogę zatelefonować z gabinetu. Chciałem się skontaktować z właścicielem Mercedesa. Informacja w Santa Teresa podała mi numer Armisteada. Nakręciłem. Odezwał się niecierpliwy głos kobiecy:
— Tak?
— Czy mogę mówić z panem Armisteadem?
— Nie ma go.
— A gdzie go mogę znaleźć?
— Zależy, po co panu potrzebny.
— Czy to pani Armistead?
— Tak.
Zabrzmiało to, jakby miała zamiar odłożyć słuchawkę.
— Poszukuję pewnej młodej osoby. Tlenionej blondynki…
Przerwała nagle ożywionym głosem:
— Tej, która spędziła czwartkową noc na pewnym jachcie na przystani w Santa Teresa!
— Tego nie wiem.
— A co pan o niej wie?
— Jeździła zielonym Mercedesem, należącym zdaje się do pani męża.
— To mój wóz. Jacht zresztą też. Co, rozbiła mojego Mercedesa?
— Nie.
— Więc chcę go odzyskać. Gdzie jest?
— Powiem pani, jak się zobaczymy. Chcę z panią porozmawiać.
— Co to, szantaż? Roger pana napuścił?
Głos jej zadrżał tremolandem urazy i gniewu
— Nie widziałem go na oczy.
— Niewiele pan stracił. Kim pan jest?
— Nazywam się Archer.
— I czym pan się zajmuje, panie Archer?
— Jestem detektywem prywatnym.
— Rozumiem. O czym pan chce ze mną rozmawiać?
— O tej blondynce. Nie znam jej nazwiska. Może pani zna?
— Nie. Jest w coś zamieszana?
— Na to wygląda.
— Ile ma lat?
— Osiemnaście, dziewiętnaście.
— Ta-ak — powiedziała przyciszonym głosem. — Czy to Roger dał jej wóz? Czy go ukradła?
— O to musi pani zapytać Rogera. Mam pani odstawić wóz?
— Skąd pan dzwoni?
— Z Northridge, ale jestem w drodze do Santa Teresa. Moglibyśmy porozmawiać.
Zaległa długa cisza. Zapytałem, czy jeszcze jest przy telefonie.
— Jestem. Tylko nie jestem pewna, czy chcę z panem rozmawiać. Ale ostatecznie — dokończyła mocniejszym głosem — to mój wóz. Chcę go odzyskać. Gotowa jestem zapłacić, w granicach rozsądku.
— Pomówimy o tym, jak się spotkamy.
Wyprowadziłem Mercedesa z garażu i wstawiłem swoj wóz na jego miejsce. Kiedy wróciłem do gabinetu, Jean ponownie rozmawiała z teściową. Odłożywszy słuchawkę poinformowała mnie, że Stanley z Ronniem i dziewczyną byli na ranczu pod nieobecność pani Broadhurst.
— Ogrodnik dał im klucz od domku myśliwskiego.
— Co to za domek?
— Domek gościnny za ranczem, u góry kanionu. Tam, gdzie się pali.