W sobotę, 22 października 1977 roku, komendant
policji uniwersyteckiej, John Kleberg, zarządził, by Wydział Medyczny
Uniwersytetu Stanowego Ohio znalazł się pod ścisłym nadzorem
policyjnym. Uzbrojeni policjanci patrolowali kampus, poruszając
się samochodami i pieszo, a uzbrojeni obserwatorzy czuwali na
dachach. Kobiety ostrzeżono, by nie chodziły same i by wsiadając do
swoich samochodów, wystrzegały się mężczyzn.
Po raz drugi w ciągu ośmiu dni młoda kobieta
została uprowadzona z terenu kampusu. Zdarzyło się to między
siódmą a ósmą rano, a sprawca groził ofierze bronią. Pierwszą
z uprowadzonych była dwudziestopięcioletnia studentka optometrii,
a drugą dwudziestoczteroletnia pielęgniarka. Jedną i drugą
wywieziono za miasto, zgwałcono, zmuszono do podjęcia pieniędzy
w banku i obrabowano.
W gazetach opublikowano portrety pamięciowe, na co
ludzie zareagowali setkami telefonów, nazwisk i opisów, z których
wszystkie okazały się bezwartościowe. Nie było istotnych wskazówek,
nie było podejrzanego. Napięcie na uniwersytecie rosło. Rosła też
presja na Kleberga, gdyż organizacje studenckie i inne grupy domagały
się ujęcia człowieka, którego gazety stanu Ohio i dziennikarze
telewizyjni zaczęli nazywać "uniwersyteckim gwałcicielem".
Kleberg powierzył zadanie ujęcia sprawcy młodemu
inspektorowi, Eliotowi Boxerbaumowi. Boxerbaum, samozwańczy liberał,
zaczął mieć związki z policją, gdy jeszcze uczęszczał na
Uniwersytet Stanowy Ohio, po zamieszkach studenckich w roku 1970,
po których zamknięto kampus. Po ukończeniu przez niego studiów
zaproponowano mu w tymże roku pracę w policji uniwersyteckiej pod
warunkiem, że obetnie swoje długie włosy i zgoli wąsy. Obciął
włosy, ale nie chciał zgolić wąsów. Mimo to zatrudniono go.
W trakcie badania portretów pamięciowych oraz
informacji dostarczonych przez dwie ofiary wszystko wydawało się
wskazywać na jednego sprawcę: białego Amerykanina, w wieku między
dwudziestym trzecim a dwudziestym siódmym rokiem życia, ważącego
od 175 do 185 funtów, o brązoworudawych włosach. Za każdym razem
mężczyzna miał na sobie brązową bluzę do joggingu, dżinsy oraz
białe tenisówki.
Carrie Dryer, pierwsza ofiara, pamiętała, że
gwałciciel miał rękawiczki na rękach oraz posiadał rewolwer. Od
czasu do czasu jego oczy biegały z boku na bok - co było według
niej objawem oczopląsu. Przykuł ją kajdankami do drzwi jej samochodu,
od wewnątrz, zawiózł ją w oddaloną wiejską okolicę i tam
zgwałcił. Po dokonaniu gwałtu powiedział:
- Jeżeli pójdziesz na policję, nie opisuj im,
jak wyglądałem. Jeżeli znajdę cokolwiek na swój temat w gazecie,
to wyślę kogoś za tobą w pogoń.
Jakby chcąc udowodnić, że mówi poważnie, wypisał
sobie nazwiska paru osób z jej kalendarzyka.
Donna West, niewysoka, pulchna pielęgniarka,
powiedziała, że ten, co ją zaatakował, miał przy sobie pistolet
automatyczny. Na rękach coś miał - nie brud czy tłuszcz, ale
jakieś takie tłustawe plamy. W pewnej chwili powiedział, że ma
na imię Phil. Często przeklinał. Miał na nosie brązowe okulary
słoneczne, więc Donna nie widziała jego oczu. Zapisał sobie nazwiska
jej krewnych i ostrzegł, że jeżeli go zidentyfikuje, to "bractwo",
które spełni jego groźby, zrobi krzywdę jej samej albo komuś z jej
rodziny. Donna, podobnie jak policjanci, uważała, że on tylko się
przechwala, jakoby należał do jakiejś organizacji terrorystycznej,
czy też do mafii.
Kleberg i Boxerbaum nie wiedzieli, co myśleć
tylko o jednej istotnej różnicy istniejącej między tymi dwoma
opisami. Pierwszy mężczyzna został opisany jako mający dość bujne,
porządnie przystrzyżone wąsy. A drugi miał, według opisu ofiary,
trzydniowy zarost, ale nie miał wąsów.
Boxerbaum uśmiechnął się.
- Myślę, że między pierwszym a drugim zdarzeniem
je zgolił.
W Centralnym Komisariacie Policji w śródmieściu
Columbus detektyw Nikki Miller, przydzielona do oddziału zajmującego
się przestępstwami o charakterze seksualnym, zameldowała się na
drugą zmianę o godzinie trzeciej po południu. Była środa, 26
października. Nikki wróciła właśnie z dwutygodniowego urlopu,
który spędziła w Las Vegas. Czuła się wypoczęta i na taką
wyglądała. Była opalona, a opalenizna pasowała do jej brązowych
oczu i rudawych włosów. Detektyw Gramlich z pierwszej zmiany
powiedział jej, że przewozi młodą ofiarę gwałtu do szpitala
uniwersyteckiego. Ponieważ Miller miała zajmować się tą sprawą,
Gramlich podał jej te nieliczne szczegóły, które były znane.
Polly Newton, dwudziestojednoletnia studentka
Uniwersytetu Stanowego Ohio, tego dnia rano około ósmej została
uprowadzona zza budynku, w którym znajdowało się jej mieszkanie,
stojącego w pobliżu kampusu uniwersyteckiego. Po zaparkowaniu
niebieskiego corvette swojego chłopaka została wepchnięta z powrotem
do środka. Napastnik kazał jej jechać w odludną wiejską okolicę
i tam ją zgwałcił. A potem zmusił ją, żeby pojechała do Columbus
i zrealizowała dwa czeki. Po czym kazał się zawieźć z powrotem
na kampus. Tam zaproponował, żeby zrealizowała jeszcze jeden czek
i zatrzymała pieniądze dla siebie.
Nikki Miller, ponieważ była na urlopie, nie
czytała nic na temat gwałciciela uniwersyteckiego. Nie widziała też
jego portretów pamięciowych. Jednak detektywi z pierwszej zmiany
poinformowali ją o szczegółach.
"Fakty związane z tą sprawą - napisała Nikki
Miller w swoim sprawozdaniu - przypominają fakty związane z dwoma
gwałtami (uprowadzeniami), którymi zajmuje się policja Uniwersytetu
Stanowego Ohio i które wydarzyły się na ich terenie".
Nikki Miller i jej współpracownik, posterunkowy
A.J. Bessell, pojechali do szpitala uniwersyteckiego, aby przesłuchać
szatynkę Polly Newton.
Mężczyzna, który ją uprowadził - powiedziała
Polly - zaznaczył, że jest członkiem radykalnej organizacji
noszącej nazwę Weathermen, ale że ma też inną tożsamość -
jest biznesmenem, a poza tym jeździ maserati. Po koniecznych zabiegach
w szpitalu Polly zgodziła się pojechać z Nikki Miller i Bessellem,
aby odnaleźć miejsce, w którym została zgwałcona. Ale robiło się
ciemno i zgubiła drogę. Obiecała, że na drugi dzień rano spróbuje
jeszcze raz.
Specjalna jednostka zbadała jej samochód, szukając
odcisków palców. Znaleźli trzy częściowe odciski z taką liczbą
linii, która pozwalała dokonać porównania z odciskami przyszłych
podejrzanych.
Nikki Miller i Bessell zawieźli Polly do biura
detektywów, gdzie rysownik sporządził portret pamięciowy. Następnie
Nikki Miller poprosiła Polly o przejrzenie zdjęć białych mężczyzn,
którzy dopuścili się przestępstw o charakterze seksualnym. Polly
obejrzała trzysta takich zdjęć, jednak bez rezultatu. O dziesiątej
wieczorem, zmordowana po siedmiu godzinach spędzonych z policją,
dała spokój.
Na drugi dzień rano, o dziesiątej piętnaście,
detektywi z oddziału zajmującego się przestępstwami o charakterze
seksualnym przyjechali po Polly Newton i zawieźli ją do Hrabstwa
Delaware. W świetle dnia Polly była w stanie zaprowadzić ich na
miejsce gwałtu, gdzie - w pobliżu stawu - znaleźli łuski
z dziewięciomilimetrowego pocisku. To właśnie w tym miejscu,
powiedziała Polly jednemu z detektywów, mężczyzna wystrzelił do
butelek z piwem, które cisnął do wody.
Gdy wrócili do biura, zastali Nikki Miller,
która właśnie się tam pojawiła. Posadziła Polly w małym
pokoiku naprzeciwko stanowiska recepcjonistki i przyniosła następną
partię zdjęć przestępców seksualnych. Zostawiła dziewczynę samą
i zamknęła drzwi.
W kilka minut później do biura detektywów
przyjechał Eliot Boxerbaum z Donną West, pielęgniarką, która była
drugą ofiarą. Chciał, żeby ona także przejrzała zdjęcia. On
i Kleberg postanowili, że studentka optometrii będzie trzymana
w rezerwie i, w wypadku, gdyby sąd nie uznał rozpoznanych zdjęć
za dowód, zidentyfikuje przestępcę bezpośrednio.
Nikki Miller posadziła Donnę West przy stole
w korytarzu obok szaf z kartotekami i przyniosła jej trzy partie
zdjęć przestępców.
- O Boże - powiedziała Donna - to aż tylu
przestępców seksualnych chodzi po ulicach?
Donna oglądała zdjęcia jedno po drugim, a Boxerbaum
i Nikki Miller czekali obok. Zdenerwowana i zniechęcona Donna nagle
spostrzegła znajomą twarz - nie był to mężczyzna, który ją
zgwałcił, tylko jej były kolega z klasy, ktoś, kogo parę dni
wcześniej widziała na ulicy. Spojrzała na odwrotną stronę zdjęcia
i zobaczyła, że został aresztowany za obnażanie się.
- Boże drogi - mruknęła do siebie - człowiek
nigdy nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia.
W połowie materiałów Donna zawahała się przy
zdjęciu przystojnego młodego człowieka z bokobrodami a la Franciszek
Józef i bezmyślnymi oczami. Podskoczyła, omal nie przewracając
krzesła.
- To on! To on! Jestem pewna!
Nikki Miller poprosiła, by Donna podpisała się
na odwrocie fotografii, następnie sprawdziła numer identyfikacyjny
i napisała: William S. Milligan. Było to stare zdjęcie.
Następnie wsunęła zidentyfikowaną fotografię
między te, których nie oglądała jeszcze Polly Newton. A potem ona,
Boxerbaum oraz detektyw Brush i posterunkowy Bessell przeszli do pokoju,
w którym siedziała Polly.
Nikki Miller pomyślała, że Polly musi liczyć się
z tym, iż spodziewają się, że wybierze jakąś fotografię z tego
zbioru. Polly oglądała zdjęcia. Gdy była w połowie zbioru, Nikki
Miller owładnęło rosnące napięcie. Jeżeli Polly wybierze to samo
zdjęcie, będą mieli uniwersyteckiego gwałciciela.
Polly zatrzymała się przy podobiźnie Milligana,
a potem przeglądała zdjęcia dalej. Nikki Miller czuła napięcie
w ramionach i rękach. Polly wróciła do zdjęcia Milligana
i przyjrzała się znowu młodemu człowiekowi z bokobrodami a la
Franciszek Józef.
- O raju, ten naprawdę wygląda tak jak on -
powiedziała. - Ale nie mam pewności.
Boxerbaum wahał się, czy zwrócić się o nakaz
aresztowania Milligana. Co prawda Donna West zidentyfikowała go z całą
pewnością, jednak niepokojące było to, że zdjęcie było sprzed
trzech lat. Boxerbaum chciał poczekać na odciski palców. Detektyw
Brush poszedł na pierwsze piętro do biura identyfikacji przestępców,
by sprawdzić, czy odciski Milligana odpowiadają odciskom znalezionym
na samochodzie Polly.
Nikki Miller była zła z powodu tej zwłoki. Czuła,
że zrobili dobry początek i chciała aresztować Milligana. Ponieważ
jednak ofiara, Polly Newton, nie zidentyfikowała go z całą
pewnością, nie było wyjścia - trzeba było czekać. Dwie godziny
później było już wiadomo. Odcisk prawego palca wskazującego,
znaleziony po zewnętrznej stronie okna w przednich drzwiach po stronie
pasażera samochodu Polly oraz odcisk prawego palca serdecznego i prawej
dłoni należały do Milligana. Wszystkie, z całą pewnością. To
wystarczało, żeby skierować sprawę do sądu.
Boxerbaum i Kleberg wciąż się jednak wahali. Przed
ujęciem podejrzanego chcieli mieć absolutną pewność. Dlatego też
poprosili, by odciski ocenił ekspert.
Ponieważ odciski Milligana odpowiadały tym
znalezionym na samochodzie ofiary, Nikki Miller postanowiła wszcząć
postępowanie w sprawie o uprowadzenie, rabunek i gwałt. Uzyska
nakaz aresztowania, aresztuje go i wtedy Polly będzie mogła go
zidentyfikować w trakcie konfrontacji.
Boxerbaum zgadzał się ze swoim zwierzchnikiem
Klebergiem, który nalegał, by policja uniwersytecka zaczekała na
ekspertyzę. To nie powinno zająć więcej niż godzinę czy dwie.
Lepiej mieć pewność. Była ósma wieczorem, gdy
ekspert z zewnątrz orzekł, że odciski należą do Milligana.
- Dobrze - powiedział Boxerbaum - zwrócę
się o wszczęcie postępowania w sprawie o uprowadzenie. Jest to
jedyne przestępstwo popełnione na kampusie, czyli na terenie nam
podległym. Gwałt zdarzył się gdzie indziej.
Sprawdził informację, która nadeszła z biura
identyfikacji przestępców: William Stanley Milligan, dwudziestodwuletni
były skazaniec, został sześć miesięcy wcześniej zwolniony warunkowo
z Lebanońskiego Zakładu Karnego. Jego ostatnim znanym był adres:
933 Spring Street, Lancaster, Ohio.
Nikki Miller wezwała oddział specjalny, który
zebrał się w biurze oddziału zajmującego się przestępstwami
o charakterze seksualnym, by zaplanować akcję. Musieli ustalić,
ile osób znajduje się wraz z Milliganem w mieszkaniu. Dwie z ofiar
gwałtów twierdziły, iż mówił on, że jest terrorystą i płatnym
mordercą, a poza tym oddał strzał w obecności Polly. Musieli
przyjąć, że jest uzbrojony i niebezpieczny.
Posterunkowy Craig z oddziału specjalnego
zaproponował, by zastosować podstęp. Chciał posłużyć się
pudełkiem z pizzerii Domino's i udawać, że przyniósł
pizzę. Postanowił zajrzeć do środka, gdy Milligan otworzy
drzwi. Pozostali zgodzili się na ten plan.
Jednak Boxerbaum, od chwili gdy dowiedział się,
jaki jest adres Milligana, miał wątpliwości. Dlaczego, zastanawiał
się, były więzień miałby pokonywać odległość czterdziestu
pięciu mil, jechać z Lancasteru do Columbus trzy razy w tygodniu
po to, by popełnić gwałt? Coś tu się nie zgadzało. Gdy mieli już
wychodzić, podniósł słuchawkę telefonu, wykręcił 411 i zapytał,
gdzie obecnie mieszka niejaki William Milligan. Słuchał przez chwilę,
a potem zapisał adres.
- Przeprowadził się do Reynoldsburga na 5673 Old
Livingston Avenue - oznajmił. - Dziesięć minut drogi samochodem. Po
wschodniej stronie. No tak, w tym jest więcej sensu.
Wszyscy, słysząc te słowa, odetchnęli
z ulgą.
O dziewiątej Boxerbaum, Kleberg, Nikki Miller,
Bessell i czterech członków oddziału specjalnego wyruszyli trzema
samochodami w drogę. Jechali autostradą z prędkością dwudziestu
mil na godzinę, a światło reflektorów ich samochodów przedzierało
się przez najgęstszą mgłę, jaką w życiu widzieli.
Oddział specjalny dotarł na miejsce
pierwszy. Piętnastominutowa przejażdżka okazała się
w rzeczywistości jazdą trwającą godzinę, a następne piętnaście
minut zajęło odnalezienie właściwego adresu przy krętej nowej uliczce
na osiedlu Channingway. Czekając na przyjazd reszty ekipy, członkowie
oddziału specjalnego rozmawiali z kilkoma sąsiadami. W mieszkaniu
Milligana paliły się światła.
Gdy przybyli detektywi i policjanci z komisariatu
uniwersyteckiego, wszyscy zajęli odpowiednie pozycje. Nikki Miller
ukryła się po prawej stronie patia. Bessell poszedł za róg
budynku. Pozostali trzej członkowie oddziału specjalnego zajęli
pozycje po drugiej stronie. Boxerbaum i Kleberg podeszli od tyłu domu
i zbliżyli się do podwójnych przesuwanych szklanych drzwi.
Craig wyjął z bagażnika swojego samochodu pudełko
z pizzerii Domino's i napisał na nim czarnym flamastrem: Milligan,
5673 Old Livingston Avenue. Wypuścił koszulę na dżinsy, żeby
zasłonić rewolwer, i podszedł swobodnym krokiem do jedynych z czworga
drzwi wychodzących na patio. Zadzwonił. Żadnej reakcji. Zadzwonił
ponownie i, słysząc hałas wewnątrz, przyjął postawę człowieka
znudzonego. Jedną ręką podtrzymywał pudełko od pizzy, a drugą
położył na biodrze, tuż przy rewolwerze.
Ze swojego miejsca za domem Boxerbaum widział
młodego człowieka siedzącego w brązowym fotelu przed dużym
kolorowym telewizorem. Na lewo od drzwi frontowych zobaczył czerwone
krzesło. Salon-jadalnia o planie mającym kształt litery L. Nikogo
więcej w zasięgu wzroku. Oglądający telewizję wstał z fotela
i poszedł do frontowych drzwi.
Kiedy Craig zadzwonił po raz drugi, zauważył, że
ktoś na niego patrzy przez szybkę znajdującą się obok drzwi. Drzwi
się otworzyły. Przed Craigiem stał przystojny młody człowiek.
- Przyniosłem pańską pizzę.
- Nie zamawiałem pizzy.
Craig, zaglądając do mieszkania, zobaczył przez
niezasłonięte okno Boxerbauma stojącego przy tylnych szklanych
drzwiach.
- Taki mam adres. Dla Williama Milligana. To
pańskie nazwisko?
- Nie.
- Ktoś zamówił telefonicznie - powiedział
Craig. - Kim pan jest?
- To jest mieszkanie mojego kolegi.
- A gdzie jest ten kolega?
- Nie ma go tu teraz.
Mężczyzna mówił tonem apatycznym,
z wahaniem.
- A gdzie jest? Ktoś zamówił tę pizzę. Bill
Milligan. Na ten adres.
- Nie wiem. Sąsiedzi go znają. Może oni mogą
panu coś powiedzieć, a może to oni zamówili tę pizzę.
- Mógłby mnie pan do nich zaprowadzić?
Młody człowiek kiwnął głową, podszedł do
drzwi po przeciwnej stronie, zapukał, odczekał chwilę i zapukał
ponownie. Nie było żadnej reakcji.
Craig rzucił pudełko od pizzy, wyciągnął
błyskawicznie broń i przytknął ją do głowy podejrzanego.
- Nie ruszać się! Wiem, że to ty jesteś
Milligan!
Nałożył mu kajdanki.
Młody człowiek wyglądał na oszołomionego.
- Po co to? Ja nic nie zrobiłem.
Craig przyłożył mu lufę między łopatki
i pociągnął za długie włosy jak za lejce.
- Wejdźmy do środka.
Gdy Craig wpychał podejrzanego do mieszkania,
pojawili się inni członkowie oddziału specjalnego z bronią
w pogotowiu. Boxerbaum i Kleberg przyłączyli się do nich.
Nikki Miller wyjęła zdjęcie. Na zdjęciu na szyi
Milligana widniał pieprzyk.
- Ma pieprzyk. Ta sama twarz. To on.
Posadzili Milligana na czerwonym krześle. Nikki
zauważyła, że patrzy on przed siebie oszołomionym wzrokiem,
jak w transie. Sierżant Dempsey schylił się i zajrzał pod
krzesło.
- Jest broń - powiedział. -
Dziewięciomilimetrowe magnum. Smith & Wesson.
Jeden z członków oddziału specjalnego obrócił
siedzenie brązowego fotela i już chciał wziąć leżący na nim
magazynek i plastikową torebkę z amunicją, jednak Dempsey go
powstrzymał.
- Zostaw. Mamy nakaz aresztowania, a nie
przeszukania. Czy pozwoli nam pan dokonać przeszukania? - zwrócił
się do Milligana.
Milligan popatrzył na niego tępym wzrokiem.
Kleberg, który wiedział, że nie potrzebuje nakazu
przeszukania, żeby sprawdzić, czy w mieszkaniu jest ktoś jeszcze,
wszedł do sypialni i zobaczył na niepościelonym łóżku strój do
joggingu. W pokoju panował bałagan, na podłodze walały się brudne
części garderoby. Kleberg zajrzał do otwartego schowka na ubrania,
a tam, na półce, ułożone równiutko, leżały karty kredytowe
należące do Donny West i Carrie Dryer. Były nawet kawałki papieru,
które Milligan wziął od obu kobiet. Natomiast brązowe okulary
słoneczne i portfel znajdowały się na komodzie z lustrem.
Kleberg poszedł poszukać Boxerbauma, żeby mu
powiedzieć, co zobaczył. Znalazł go w małej jadalni, która została
zamieniona na pracownię malarską.
- Spójrz na to.
Boxerbaum wskazał duży obraz przedstawiający
chyba jakąś królową czy osiemnastowieczną arystokratkę ubraną
w niebieską suknię ozdobioną koronkami, siedzącą przy fortepianie,
z nutami w dłoni. Zadziwiająco dobrze oddane były szczegóły. Obraz
nosił podpis: Milligan.
- No no, to jest piękne - powiedział
Kleberg.
Spojrzał na inne płótna oparte o ścianę, na
pędzle i tuby z farbami.
Boxerbaum pacnął się otwartą dłonią
w czoło.
- Plamy, które Donna West widziała na jego
ręce. To stąd. On przed wyjściem malował.
Nikki Miller, która także widziała obraz, podeszła
do podejrzanego siedzącego na krześle.
- Pan jest Milligan, prawda?
Podniósł na nią wzrok, oszołomiony.
- Nie - wymamrotał.
- To piękny obraz. Czy to pan go namalował?
Kiwnął głową.
- No więc - powiedziała z uśmiechem - jest
podpisany "Milligan".
Do Milligana podszedł Boxerbaum.
- Proszę posłuchać, Bill, ja jestem Eliot
Boxerbaum z policji Uniwersytetu Stanowego Ohio. Porozmawia pan ze
mną?
Żadnej reakcji. Nie było też śladu oczopląsu,
który zauważyła Carrie Dryer.
- Czy ktoś odczytał mu, jakie mu przysługują
prawa? Nikt nie odpowiedział, więc Boxerbaum wyciągnął kartę praw
i odczytał ją głośno. Chciał mieć pewność.
- Jest pan oskarżony o uprowadzenie tych dziewcząt
z kampusu, Bill. Chce pan o tym porozmawiać?
Milligan, zszokowany, podniósł na niego wzrok.
- Co się dzieje? Czy ja kogoś skrzywdziłem?
- Powiedział im pan, że będą je ścigać inni
ludzie. Kim oni są?
- Mam nadzieję, że nikogo nie skrzywdziłem.
Gdy jeden z policjantów skierował się do sypialni,
Milligan podniósł głowę i powiedział:
- Proszę nie kopnąć tamtego pudła. Bo
wybuchnie.
- Bomba? - zapytał pospiesznie Kleberg.
- Jest tam...
- Pokaże mi pan, gdzie? - zapytał
Boxerbaum.
Milligan wstał powoli i wszedł do
sypialni. Zatrzymał się przy drzwiach i wskazał głową mały
karton stojący na podłodze obok komody. Kleberg został z Milliganem,
a Boxerbaum podszedł bliżej do kartonu, żeby zobaczyć. Pozostali
policjanci stłoczyli się w drzwiach za Milliganem. Boxerbaum ukląkł
obok pudła. Było otwarte. Boxerbaum zobaczył w środku druty i coś,
co wyglądało jak zegar.
Wycofał się z pokoju i powiedział do sierżanta
Dempseya:
- Proszę wezwać oddział straży pożarnej
rozbrajający bomby. Kleberg i ja wracamy do komisariatu. Zabieramy
Milligana.
Kleberg prowadził samochód policyjny. Rockwell
z oddziału specjalnego siedział obok niego. Boxerbaum siedział
z tyłu z Milliganem, który nie odpowiadał na pytania dotyczące
gwałtów. Pochylił się w przód niezdarnym ruchem, bo przeszkadzały
mu kajdanki, którymi miał skute z tyłu ręce, i mamrotał jakieś
niepowiązane ze sobą uwagi.
- Mój brat Stuart nie żyje... Czy ja zrobiłem
komuś krzywdę?
- Czy znał pan którąś z dziewcząt? - zapytał
go Boxerbaum. - Czy znał pan pielęgniarkę?
- Moja matka jest pielęgniarką - wymamrotał
Milligan.
- Dlaczego pojechał pan szukać ofiar na kampusie
uniwersyteckim?
- Niemcy będą mnie ścigać...
- Pomówmy o tym, co się wydarzyło, Bill. Czy
przywabiły pana długie czarne włosy pielęgniarki?
Milligan spojrzał na niego.
- Jesteś dziwny - powiedział, a potem,
wpatrując się w Boxerbauma, dodał: - Moja siostra mnie znienawidzi,
kiedy się dowie.
Boxerbaum dał spokój.
Przyjechali do Głównego Komisariatu Policji,
wprowadzili więźnia tylnym wejściem i zaprowadzili na trzecie piętro
do pomieszczenia, w którym poddano go formalnościom. Boxerbaum
i Kleberg poszli do innego pokoju pomóc Nikki Miller przygotować
oświadczenia potrzebne do uzyskania nakazu przeszukania.
O wpół do dwunastej Bessell ponownie odczytał
Milliganowi, jakie prawa mu przysługują, i zapytał, czy podpisze
zrzeczenie się. Milligan wpatrywał się w niego, milcząc.
Nikki Miller usłyszała, jak Bessell mówi:
- Proszę posłuchać, Bill, zgwałcił pan trzy
kobiety, a my chcemy się czegoś na ten temat dowiedzieć.
- Naprawdę to zrobiłem? - zapytał
Milligan. - Skrzywdziłem kogoś? Jeżeli zrobiłem komuś krzywdę,
to przepraszam.
Potem zamilkł i siedział bez słowa.
Bessel zaprowadził go na czwarte piętro, żeby
zdjąć jego odciski palców i sfotografować go.
Policjantka w mundurze podniosła na nich wzrok,
gdy weszli. Bessell chwycił Milligana za rękę, chcąc zdjąć odciski,
ale więzień szarpnął się nagle, jakby przerażony tym, że Bessel go
dotyka, i schował się za policjantką, jakby szukając ochrony.
- On się czegoś boi - powiedziała
policjantka.
A potem, zwracając się do bladego jak ściana,
rozdygotanego młodego człowieka, powiedziała łagodnie jak do
dziecka:
- Musimy zdjąć pańskie odciski palców. Rozumie
pan, co mówię?
- Ja... ja nie chcę, żeby on mnie dotykał.
- W porządku - odrzekła. - Ja to
zrobię. Dobrze?
Milligan kiwnął głową i pozwolił jej zdjąć
odciski. Po sfotografowaniu go policjant zaprowadził Milligana do
celi.
Wypełniwszy formularze dotyczące nakazu przeszukania,
Nikki Miller zadzwoniła do sędziego Westa. Sędzia, po usłyszeniu,
jakie są dowody, i biorąc pod uwagę pilny charakter sprawy, kazał jej
przyjechać do siebie do domu i o pierwszej piętnaście po północy
podpisał nakaz. Nikki Miller pojechała na osiedle Channingway poprzez
mgłę, która teraz była jeszcze gęstsza.
Następnie zadzwoniła po jednostkę przeprowadzającą
przeszukanie. O drugiej piętnaście, gdy jednostka przybyła na miejsce,
przedstawiła jej członkom nakaz przeszukania i policjanci przeszukali
mieszkanie. Zrobili spis przedmiotów wyniesionych z mieszkania
podejrzanego:
KOMODA Z LUSTREM - 343 dolary gotówką, okulary
słoneczne, kajdanki i kluczyk, portfel, dowody tożsamości na nazwiska
Williama Simmsa i Williama Milligana, potwierdzenie podjęcia pieniędzy
za pomocą karty kredytowej Donny West.
SCHOWEK - karty kredytowe Master Charge Donny West
i Carrie Dryer, karta z kliniki należąca do Donny West, zdjęcie
Polly Newton, pistolet automatyczny kalibru 25 [Tanfoglio Giuseppe]
A.R.M.I. oraz pięć niezużytych nabojów.
TOALETKA - kartka o wymiarach 3,5 na 11 cali
z adresem Polly Newton. Kartka z jej kalendarzyka.
RAMA W GŁOWACH ŁÓŻKA - nóż sprężynowy,
dwie paczki prochu.
KOMODA - rachunek za telefon na nazwisko Milligana,
olstro na pistolet Smith & Wesson.
POD KRZESŁEM - dziewięciomilimetrowy pistolet Smith
& Wesson z magazynkiem oraz sześć niezużytych nabojów.
POD SIEDZENIEM BRĄZOWEGO FOTELA - magazynek
z piętnastoma niezużytymi nabojami oraz plastikowa torebka zawierająca
piętnaście niezużytych nabojów.
Wróciwszy do Głównego Komisariatu, Nikki Miller
zaniosła dowody rzeczowe do sekretarza sądu, uzyskała poświadczenie
i oddała je do przechowalni.
- Jest tego dosyć, żeby rozpocząć postępowanie
- powiedziała.
Milligan kulił się w kącie małej celi, trzęsąc
się cały. Nagle, po wydaniu takiego dźwięku, jakby się krztusił,
zemdlał. W chwilę później otworzył oczy i popatrzył ze zdumieniem
na ściany, kibel i pryczę.
- O Boże, nie! - krzyknął. -
Znowu! Nie!
Usiadł na podłodze, wbijając wzrok tępo
w przestrzeń. A potem zobaczył w kącie karaluchy i wyraz jego
twarzy się zmienił. Skrzyżował nogi, zgarbił się, podparł brodę
dłońmi i, uśmiechając się dziecinnie, zaczął się przyglądać
karaluchom biegającym wkoło.
Kiedy w biurze obrońcy publicznego, znajdującym się
o jedną przecznicę od więzienia, zadzwonił telefon, Gary Schweickart,
wysoki, brodaty, trzydziestotrzyletni kierownik zespołu adwokatów,
próbował właśnie zapalić fajkę. Telefonował jeden z adwokatów,
Ron Redmond.
- Dowiedziałem się o czymś ciekawym, kiedy
byłem w sądzie miejskim - powiedział. - Wczoraj wieczorem
policja zarejestrowała gwałciciela uniwersyteckiego. Przewieźli go
do więzienia hrabstwa Franklin. Będą go trzymać, chyba że wpłaci
kaucję w wysokości pół miliona dolarów. Powinieneś tu kogoś
przysłać.
- Nie mam tu teraz nikogo. Sam pilnuję
interesu.
- No wiesz, wiadomości się rozeszły
i wkrótce będzie tu pełno dziennikarzy z "Citizen-Journal"
i z "Dispatch". Mam wrażenie, że policja chce wywrzeć na faceta
presję.
W wypadku spraw, w których chodziło o poważne
przestępstwa, kiedy było możliwe, że policja może kontynuować
dochodzenie po aresztowaniu, Gary Schweickart rutynowo wybierał
któregokolwiek adwokata i posyłał go do więzienia hrabstwa. Jednak
to nie było rutynowe zatrzymanie. Szeroki rozgłos, jaki tej sprawie
nadały media, czynił z niej łakomy kąsek dla policji, i Schweickart
przypuszczał, że będzie ona naciskała na więźnia, żeby złożył
oświadczenie lub się przyznał. Ochrona jego praw miała kosztować
wiele wysiłku.
Schweickart postanowił sam udać się do więzienia
hrabstwa Franklin. Pogada sobie z facetem. Przedstawi mu się jako
obrońca publiczny i ostrzeże go, żeby rozmawiał tylko z adwokatem
i nikim poza nim.
Schweickart przybył do więzienia w odpowiedniej
chwili, bo właśnie dwaj policjanci wprowadzili Milligana przez bramę
i oddawali go w ręce dyżurującego sierżanta. Schweickart poprosił,
żeby mu pozwolono na krótką rozmowę z więźniem.
- Nie wiem nic o tym, co rzekomo zrobiłem -
zawodził płaczliwym głosem Milligan. - Nie pamiętam. Oni po prostu
przyszli i...
- Niech pan posłucha. Ja chciałem tylko się
przedstawić - powiedział Schweickart. - Zatłoczony hall to
nie miejsce, w którym można mówić o faktach związanych ze
sprawą. Jutro albo pojutrze porozmawiamy na osobności.
- Ale ja nie pamiętam. Znaleźli te rzeczy w moim
mieszkaniu i...
- Zaraz, zaraz, niech pan o tym nie mówi. Ściany
mają tutaj uszy. I niech pan będzie ostrożny, kiedy zaprowadzą
pana na górę. Policja zna mnóstwo sztuczek. Niech pan z nikim
nie rozmawia. Nawet z innymi więźniami. Niektórzy z nich mogą
być podstawieni. Zawsze znajdą się faceci, którzy tylko czekają
na informacje, które mogą komuś sprzedać. Jeżeli chce pan mieć
sprawiedliwy proces, to niech pan trzyma język za zębami.
Milligan wciąż kręcił głową i pocierał sobie
policzek, próbując mówić o faktach związanych ze sprawą. A potem
wymamrotał:
- Starajcie się o uniewinnienie. Ja chyba jestem
wariatem.
- Zobaczymy - powiedział Schweickart - ale
nie możemy o tym mówić tutaj.
- Czy jest kobieta prawnik, która mogłaby się
zająć moją sprawą?
- Mamy kobietę prawnika. Zobaczę, co się da
zrobić.
Schweickart patrzył, jak funkcjonariusz zabiera
Milligana, który miał się teraz przebrać - zmienić własne ubranie
na niebieski kombinezon, jaki tutaj nosili wszyscy więźniowie. Trudno
będzie pracować z kłębkiem nerwów, jakim jest ten spanikowany facet,
pomyślał Schweickart. On właściwie nie zaprzecza, że popełnił
przestępstwa. Powtarza tylko w kółko, że nie pamięta. To jest
niezwykłe. Gwałciciel uniwersytecki, proszący o uniewinnienie
z powodu choroby umysłowej. - Schweickart mógł sobie wyobrazić,
jaka to byłaby gratka dla gazet.
Po wyjściu z gmachu więzienia kupił "Columbus
Dispatch". W gazecie, na pierwszej stronie, widniał tytuł:
POLICJA ARESZTOWAŁA PODEJRZANEGO
O GWAŁTY NA KAMPUSIE
W artykule pisano, że jedna z ofiar,
dwudziestosześcioletnia studentka ostatniego roku, zgwałcona przed
prawie dwoma tygodniami, będzie proszona o zidentyfikowanie gwałciciela
podczas konfrontacji. Do artykułu dołączono zdjęcie z podpisem
"Milligan".
Powróciwszy do biura, Schweickart zatelefonował do
innych miejscowych gazet i poprosił, żeby nie zamieszczały zdjęcia,
bo może to wpłynąć na wynik konfrontacji mającej się odbyć
w poniedziałek. Ale dziennikarze odrzucili jego prośbę. Powiedzieli
mu, że jeżeli dostaną zdjęcie, to je opublikują. Schweickart
podrapał się w brodę końcem fajki, a potem zaczął wykręcać
własny, domowy numer telefonu, bo chciał powiedzieć żonie, że
spóźni się na obiad.
- Hej - odezwał się głos od drzwi - wyglądasz
jak niedźwiedź przyłapany z nosem w ulu.
Podniósł wzrok i zobaczył uśmiechniętą twarz
Judy Stevenson.
- Tak? - zapytał, odkładając słuchawkę
i odpowiadając uśmiechem na jej uśmiech. - Zgadnij, kto o ciebie
pytał.
Odgarnęła długie czarne włosy z twarzy,
odsłaniając pieprzyk na lewym policzku. Jej orzechowe oczy patrzyły
pytająco.
Podsunął jej gazetę, wskazując zdjęcie i tytuł,
a jego gardłowy śmiech wypełnił małe pomieszczenie biura.
- Konfrontacja jest w poniedziałek. Milligan
prosił o adwokata kobietę. Gwałciciel uniwersytecki jest twój.
Judy Stevenson przyjechała na konfrontację
w poniedziałek rano, 31 października, za kwadrans dziesiąta i,
kiedy przyprowadzono Milligana, zobaczyła, jaki jest przerażony
i zrozpaczony.
- Jestem z biura obrońcy publicznego -
powiedziała. - Gary Schweickart mówił, że chciał pan mieć
adwokata-kobietę, więc on i ja będziemy pracowali razem. A teraz
proszę się uspokoić. Wygląda pan, jakby pan miał się całkowicie
załamać.
Milligan wręczył jej jakiś złożony papier.
- Dostałem to w piątek.
Judy rozłożyła papier i przekonała się, że
jest to dokument z wydziału penitencjarnego, nakazujący zatrzymanie
Milligana w więzieniu i poinformowanie go, że wstępne przesłuchanie
na temat pogwałcenia warunków zwolnienia warunkowego odbędzie się
w więzieniu hrabstwa Franklin. Ponieważ policja, aresztując go,
znalazła u niego w domu broń - uświadomiła sobie Judy - jego
zwolnienie warunkowe może być cofnięte, a on natychmiast może być
wysłany do więzienia w Lebanon w pobliżu Cincinnati, gdzie będzie
oczekiwał na proces.
- Przesłuchanie jest za tydzień od najbliższej
środy. Zobaczymy, co można zrobić, żeby zatrzymać pana
tutaj. Wolałabym, żeby pan przebywał w Columbus, gdzie możemy się
z panem łatwo kontaktować.
- Nie chcę wracać do Lebanon.
- Proszę się uspokoić.
- Nie pamiętam, czy zrobiłem coś, co oni mi
zarzucają.
- Porozmawiamy o tym później. Teraz musi
pan wejść na to podwyższenie i stać tam. Myśli pan, że da pan
radę?
- Chyba tak.
- Proszę odgarnąć włosy z twarzy, żeby mogli
dobrze pana widzieć.
Policjant poprowadził go po stopniach i ustawił
wraz z innymi w szeregu, na pozycji numer dwa.
Identyfikacji dokonywały cztery osoby. Donnie West,
pielęgniarce, która zidentyfikowała go na zdjęciu, powiedziano, że
nie jest potrzebna, pojechała więc z narzeczonym do Cleveland. Cynthia
Mendoza, która wpłaciła gotówkę na jeden z czeków, nie rozpoznała
Milligana. Wybrała zamiast niego numer trzy. Kobieta, którą zgwałcono
w sierpniu w zupełnie innych okolicznościach, powiedziała, że
mógłby to być numer dwa, ale nie była tego całkiem pewna. Carrie
Dryer stwierdziła, że bez wąsów nie ma pewności, ale numer dwa
wydaje jej się znajomy. Polly Newton dokonała identyfikacji z całą
pewnością.
Trzeciego listopada wielka ława przysięgłych,
rozpoznająca zasadność oskarżenia przed właściwym procesem,
sformułowała oskarżenie. Milligan został oskarżony o trzy przypadki
uprowadzenia, trzy przypadki rabunku z bronią w ręku i cztery
przypadki gwałtu. Wszystko to były przestępstwa pierwszego stopnia,
podlegające karze od czterech do dwudziestu pięciu lat więzienia
każde.
Urząd prokuratorski rzadko mieszał się do
sprawy przydzielenia oskarżycieli - nawet w poważnych sprawach
dotyczących morderstwa. Normalnym trybem postępowania było wyznaczenie
jednego z prokuratorów przez przewodniczącego wydziału do spraw
przestępstw na dwa lub trzy tygodnie przed procesem - na chybił
trafił. Jednak prokurator hrabstwa, George Smith, wezwał dwóch ze swych
najlepszych prokuratorów i powiedział im, że rozgłos towarzyszący
sprawie gwałciciela uniwersyteckiego spowodował oburzenie opinii
publicznej. Chciał, żeby obaj zajęli się sprawą i żeby uczynili
to z dużą energią.
Terry Sherman, trzydziestodwuletni mężczyzna
o kędzierzawych czarnych włosach i z zawadiackim wąsem, był
znany z tego, że nie znał litości dla przestępców seksualnych
i chwalił się, że nigdy nie przegrał sprawy o gwałt. Zajrzawszy
do akt, roześmiał się.
- To przesądzona sprawa. Nakazy były słuszne. Mamy
tego typa. Obrona będzie bezradna.
Trzydziestopięcioletni Bernard Zalig Yavitch
był podczas studiów o dwa lata wyżej niż Judy Stevenson i Gary
Schweickart i znał ich dobrze. Gary był u niego praktykantem, gdyż
Yavitch, zanim został prokuratorem, występował przez cztery lata
jako obrońca publiczny. Zgodził się z Shermanem, że jest niemal
przesądzone, że wygrają tę sprawę.
- Niemal? - zapytał Sherman. - Mając wszystkie
dowody rzeczowe, odciski palców, wyniki konfrontacji, mamy wszystko,
czego nam potrzeba. A oni nie mają nic.
Kilka dni później, rozmawiając z Judy, Sherman
postanowił bez ogródek powiedzieć jej, co myśli.
- W sprawie Milligana nie będzie żadnego
ubijania interesów. Mamy faceta i zażądamy wyroku skazującego,
i to najwyższego wymiaru kary. Wy nie macie niczego.
Ale Bernie Yavitch nie był tak pewny siebie. Jako
były obrońca publiczny wiedział, co by zrobił na miejscu Judy
i Gary'ego.
- Mają jedną rzecz. Mogą starać się o uznanie
go za chorego umysłowo.
Sherman roześmiał się.
Na drugi dzień William Milligan próbował popełnić
samobójstwo, rozbijając sobie głowę o ścianę celi.
- On nie dożyje do procesu - powiedział,
dowiedziawszy się o tym, Gary Schweickart do Judy.
- Mnie się wydaje, że on nie ma predyspozycji
i do przesłuchań sądowych - odrzekła Judy. - Uważam, że
powinniśmy powiedzieć sędziemu, że naszym zdaniem on nie jest zdolny
do podejmowania skutecznych działań prawnych.
- Chcesz, żeby go zbadał psychiatra?
- Musimy zgłosić taki wniosek.
- O Boże - powiedział Gary. - Już widzę
te tytuły.
- Do diabła z tytułami. Z tym chłopakiem coś
jest nie tak. Nie wiem, co to jest, ale widziałeś, jaki on wydaje
się różny przy różnych okazjach. A kiedy mówi, że nie pamięta
gwałtów, ja mu wierzę. Powinien zostać zbadany.
- A kto za to zapłaci?
- Mamy fundusze - stwierdziła.
- Tak, miliony dolarów.
- No przecież możemy sobie pozwolić na to,
żeby go poddać testom psychologicznym.
- Powiedz to sędziemu.
Gdy sąd zgodził się na zwłokę i na to, by William
Milligan został przebadany przez psychologa, Gary Schweickart zajął
się sprawą przesłuchania Milligana przez przedstawicieli wydziału
penitencjarnego, które miało się odbyć o ósmej trzydzieści rano
w środę.
- Odeślą mnie na pewno do Lebanon - powiedział
Milligan.
- Postaramy się, żeby tego nie zrobili -
odrzekł Gary.
- Znaleźli w moim mieszkaniu broń. A to było
złamanie jednego z warunków mojego zwolnienia warunkowego. Warunek
ten brzmiał: "Nigdy nie kupię ani nie będę posiadał, używał
czy miał pod kontrolą morderczej broni lub broni palnej".
- Być może - powiedział Gary. - Ale my,
jeżeli mamy pana bronić, chcemy, żeby pan był tutaj, w Columbus,
gdzie możemy z panem pracować, a nie w więzieniu w Lebanon.
- Więc co zrobicie?
- Proszę to zostawić mnie.
Gary zauważył, że Milligan się uśmiecha i że
w jego oczach pojawiło się podniecenie, jakiego nie widział
u niego przedtem. Milligan był teraz odprężony, niefrasobliwy
i żartował. Był innym człowiekiem, nie przypominał tego kłębka
nerwów, z którym Gary spotkał się pierwszego dnia. Może się
okazać, że będzie go łatwiej bronić, niż się z początku
spodziewali.
- To tyle - powiedział mu Gary. - Proszę
się trzymać.
Zaprowadził Milligana do sali konferencyjnej, gdzie
przedstawiciele wydziału penitencjarnego dostali już kopie sprawozdania
kuratora sądowego Milligana oraz zeznanie sierżanta Dempseya
mówiące, że znalazł w mieszkaniu Milligana, podczas aresztowania go,
dziewięciomilimetrowego Smith & Wessona i półautomatyczną broń
kalibru 25 wraz z magazynkiem zawierającym pięć naboi.
- Proszę mi powiedzieć, panowie -
zapytał Schweickart, pocierając sobie brodę - czy z tej broni
wystrzelono? Dla sprawdzenia, czy nie jest atrapą.
- Nie - odrzekł przewodniczący składu - ale
to prawdziwa broń, z magazynkami.
- Jeżeli nie udowodniono, że można z niej
wystrzelić naboje, to jak można twierdzić, że to broń?
- Próbne strzelanie odbędzie się dopiero
w przyszłym tygodniu.
Gary uderzył otwartą dłonią w stół.
- Ale ja nalegam, żebyście, panowie, podjęli
decyzję w sprawie cofnięcia zwolnienia warunkowego dzisiaj albo
zaczekali i uczynili to po przesłuchaniu przed sądem. A teraz
powiedzcie, czy to prawdziwa broń czy zabawka? Nie udowodniliście,
panowie, że to broń - powiedział i popatrzył na każdego
z obecnych po kolei.
Przewodniczący kiwnął głową.
- Panowie, sądzę, że nie mamy wyjścia. Musimy
przesunąć termin decyzji do chwili, gdy będziemy w stanie orzec,
czy jest to broń.
Na drugi dzień, o dziesiątej pięćdziesiąt rano,
kurator sądowy Milligana wysłał zawiadomienie mówiące, że rozprawa
dotycząca uchylenia warunkowego zwolnienia odbędzie się 12 grudnia
1977 roku w Zakładzie Karnym w Lebanon. Obecność Milligana nie
była wymagana.
Judy pojechała, żeby porozmawiać z Milliganem
na temat dowodów rzeczowych znalezionych przez policję w jego
mieszkaniu.
Kiedy powiedział:
- Uważa pani, że ja to zrobiłem, prawda? -
zobaczyła rozpacz w jego oczach.
- Nie liczy się to, co ja uważam. Liczą się
te wszystkie dowody, z którymi musimy mieć do czynienia. Musimy
przeanalizować jeszcze raz pańskie wyjaśnienia mówiące, dlaczego
miał pan to wszystko u siebie.
Dostrzegła jego szklane spojrzenie. Wyglądał tak,
jakby się od niej oddalał. Wycofywał w głąb siebie.
- To nie ma znaczenia - powiedział. - Już
nic nie ma znaczenia.
Na drugi dzień otrzymała list pisany na liniowanym
żółtym papierze:
Droga Panno Judy,
piszę ten list, bo czasami w rozmowie
nie potrafię wyrazić tego, co czuję, a bardzo chcę, żeby Pani
mnie zrozumiała.
Przede wszystkim chcę Pani podziękować
za wszystko, co Pani dla mnie zrobiła. Jest Pani miłą, uroczą
osobą i zrobiła Pani, co w Pani mocy. To wszystko, czego można
oczekiwać.
Teraz będzie Pani mogła z czystym
sumieniem zapomnieć o mnie. Proszę powiedzieć swoim zwierzchnikom,
że nie chcę żadnych prawników. Prawnik nie będzie mi
potrzebny.
Teraz, kiedy Pani jest przekonana, że
jestem winien, muszę być winien. Pragnąłem jedynie mieć pewność,
nic więcej. Przez całe swoje życie nie robiłem nic innego,
tylko przysparzałem bólu tym, których kocham, i krzywdziłem
ich. Najgorsze jest to, że nie mogę przestać tego robić, bo nie
mogę nic na to poradzić. Gdy mnie zamkną w więzieniu, stanę się
jeszcze gorszy, tak jak to było ostatnim razem. Psychiatrzy nie wiedzą,
co zrobić, bo nie są w stanie zorientować się, co jest ze mną
nie tak.
Teraz sam będę musiał się
powstrzymać. Rezygnuję. Już mi nie zależy. Czy zrobi Pani dla mnie
jeszcze jedną, ostatnią rzecz? Proszę zadzwonić do Mamy albo do
Kathy i powiedzieć im, żeby tu więcej nie przyjeżdżały. Nie chcę
już więcej nikogo widzieć, więc niech nie marnują benzyny. Ale
kocham je i przepraszam. Jest Pani najlepszym prawnikiem, jakiego
znam, i zawsze będę pamiętał, jaka Pani była dla mnie miła. Do
widzenia
Billy
Tego dnia wieczorem sierżant dyżurny zadzwonił do
Schweickarta do domu.
- Pański klient znowu próbował odebrać sobie
życie.
- O Boże! Co sobie zrobił?
- Nie uwierzy pan, ale będzie oskarżony
o zniszczenie mienia hrabstwa. Rozbił kibel w swojej celi
i pochlastał sobie przeguby ostrym kawałkiem porcelany.
- O, do diabła!
- Powiem panu coś jeszcze, panie mecenasie. Ten
pana klient to naprawdę dziwny facet. Rozwalił kibel gołą
pięścią.