Człowiek na rondzie - Janusz Rudnicki

Kup ebooka

22.00 zł
18.26 zł (18,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DANE OSO­BOWE

Imię i na­zwi­sko, data uro­dze­nia? Nie do­ty­czy. Miej­sce uro­dze­nia? Okno ży­cia.

Le­ża­łem jako pod­rzu­tek, bez żad­nej kar­teczki, nie chciały mnie na­wet pie­lę­gniarki. Pory roku po­zna­wa­łem na wła­snej skó­rze. Była zima, za­ma­rza­łem, przy­cho­dziła wio­sna, ta­ja­łem, w le­cie go­to­wa­łem się w ukro­pie wła­snym, udu­sił­bym się, gdyby nie je­sień.

Za mamki mia­łem chmury, kiedy kar­miły mnie śnie­giem, wy­glą­da­łem, jakby ule­piły mnie dzieci. A desz­czu pi­łem tyle, że jako zbior­nik na desz­czówkę ra­to­wa­łem pola przed su­szą.

Po po­sił­kach czę­sto się du­si­łem, nie było ni­kogo, kto by mnie pod­niósł do od­bi­cia, po­tem gra­łem ob­ra­żo­nego, ale to śmieszne, nie było prze­cież przed kim.

Kiedy wy­ra­stał mi pierw­szy zą­bek, ba­łem się, żeby to nie był ostatni.

Pew­nego dnia po­czu­łem, że mu­szę wy­chy­lić się z tego okna, wsta­łem i ru­szy­łem w świat. Tak się zwy­kło pi­sać, ale do­kąd można iść, jak nie w świat. Za­raz na pierw­szym roz­wi­dle­niu cztery mia­łem drogi do wy­boru, na cztery strony świata, my­śla­łem, że cho­dzi o cztery pory roku, i nie wie­dzia­łem, w którą skrę­cić, wy­cho­wy­wała mnie prze­cież każda z nich. Sta­łem tak długo, aż lu­dzie wzięli mnie za słup przy­drożny, roz­ło­żyli mi ręce, przy­bili do nich ta­bliczki, i tak za­czą­łem nowe ży­cie. W pio­nie, po­ka­zu­jąc drogę do miej­sco­wo­ści, w któ­rych ni­gdy nie by­łem.

Za­pu­ści­łem włosy i ko­rze­nie, sia­dały na mnie ptaki, wy­glą­da­łem ma­je­sta­tycz­nie, my­śla­łem, że umrę jak drzewo, sto­jąc. Ale przy­szło małe trzę­sie­nie ziemi i stra­ci­łem ra­cję ist­nie­nia, bo nie­wiel­kie miej­sco­wo­ści prze­stały ist­nieć. Ścięli mnie i zro­bili ze mnie tro­ciny, ale i tak mia­łem szczę­ście. Mo­głem skoń­czyć w worku tre­nin­go­wym lub go­rzej, spra­so­wany po­słu­żył­bym na opał, ale nie, zo­sta­łem izo­la­cją pod­łogi w Mu­zeum Ziemi Ko­ziel­skiej.

Jest do­brze, mam wi­dok na su­fit i mało kto po mnie cho­dzi, bo mało kto tu przy­cho­dzi. Jest do­brze, jako syn tejże Ziemi mam prze­cież matkę. Cza­sami sprzą­taczka prze­leci mnie mo­krą szmatą, ostat­nio czyni to co­raz bar­dziej fi­lu­ter­nie. Nie, nie, ni­czego so­bie nie obie­cuję. Tak naj­le­piej, wtedy cie­szy wszystko, co się wy­da­rzy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki