Poniedziałek 23 lipca (8.31)
Inspektor Cato Isaksen szedł do garażu. Niezbyt zręcznie, posługując się jedną ręką, dopinał koszulę. Osiedle Frydendal w Asker było skąpane w słońcu. Pobocza przy rzędzie garaży zarosły. Białe margerytki, czerwona koniczyna i zielona trawa biły się o miejsce. Przez trzy tygodnie jego nieobecności wszystko wybujało. Dziś pierwszy dzień pracy po urlopie. Szeregowce na jego uliczce wciąż świeciły pustkami. Bente z dwoma starszymi synami została jeszcze w letnim domku, toteż on mógł z czystym sumieniem wziąć się do pracy. Świetnie spędzili czas tego lata, grillowali, popijali białe wino nad wodą, a Bente wymyślała niesamowite sałatki - z orzechami, figami i świeżymi ziołami.
Cato wyjechał z osiedla i skierował się na E18. Opuścił nieco szybę, na twarzy poczuł powiew świeżego powietrza. Przyjrzał się sobie w lusterku wstecznym, ziewnął, przetarł dłonią oczy. Był opalony i wypoczęty, ale powinien się ogolić.
Po pracy wstąpi do Maxbo i kupi impregnowane deski. Zajmie się tarasem przed domem. Wymieni te elementy, które przegniły, i zrobi płotek. Zbije też skrzynki na kwiaty i ustawi je wzdłuż brzegu. Posadzi w nich petunie czerwone i lila. Bente się ucieszy. Kupił w Ikei nowe meble ogrodowe, bardziej nowoczesne. Te na wpół spróchniałe, które Bente każdej wiosny skrobała i malowała na kolor leśnych dzwonków, wyrzuci.
Sprowadził się z powrotem do Bente i synów, Garda i Vetlego, po skoku w bok z Sigrid. To Sigrid urodziła mu Georga, trzeciego - teraz siedmioletniego - syna. Wczoraj odwiózł go do matki.
Raptem poczuł, że cieszy się na spotkanie z kolegami. Ze wszystkimi z wyjątkiem Marian Dahle. Tylko o niej pomyślał, a już ścisnęło go w dołku. Została zatrudniona na wiosnę, kiedy on był na krótkim zwolnieniu. Jej płaska twarz i czarne włosy stanęły mu przed oczami. Adoptowano ją z Korei, była zamknięta w sobie, marudna. Przyszła z prewencji, pracowała przedtem w biurze do spraw świadków. Zabolało go lekko w lewej skroni. Ingeborg Myklebust, szefowa wydziału, była przed urlopem niezwykle ustępliwa w kwestii przyprowadzania przez Dahle do pracy psa. Podczas sprawy o morderstwo w H?vik, późną wiosną, okazało się, że dziewczyna jest zdolna, niemniej pies stanowił symbol tego, jakie sobie rości pretensje, myślał, stając na czerwonym świetle. Asle Tengs, najstarszy w zespole, był latem w Paryżu. Z Rogerem H?ibakkiem rozmawiał wczoraj przez telefon. Randi Johansen przysłała mu pocztówkę z Kopenhagi, była z mężem i córeczką na wycieczce w Tivoli. Od Tony'ego Hansena nie miał znaku życia. Czuł się trochę nieswojo na myśl o ponownym spotkaniu z technikiem kryminalistyki Ellen Grue. Przez szparę w oknie samochodu wpadało ciepłe powietrze. Wrzucił lewy kierunkowskaz i przejechał przez skomplikowany węzeł komunikacyjny przy Dworcu Centralnym. Jeszcze raz rzucił okiem w lusterko wsteczne.
- Pięćdziesiąt lat i pozbawiony wszelkich iluzji - mruknął, a po chwili wybuchnął radosnym śmiechem.
Ellen jest niesamowicie zdolna i przy tym śliczna. Ciemne włosy, czerwone usta... Minęło wprawdzie kilka lat, odkąd byli w bliższej relacji, wciąż jednak nie mógł się pozbyć napięcia, gdy przebywał z nią w jednym pomieszczeniu. Wyszła za mąż za dużo starszego od niej zamożnego adwokata. Teraz zaszła w ciążę. Właściwie czuł z tego powodu ulgę. Nie powinien się zniżać do myślenia o niej.
Dojeżdżał do budynku komendy. Poranne słońce odbijało się w szklanych taflach fasady. Na trawnikach przy wejściu rosły gęste krzaki róż. Poczuł się nagle podekscytowany, ale zaraz przyszło mu na myśl, że czekają na niego metrowe stosy dokumentów i raportów. Gromadziły się po zaledwie jedno- lub dwudniowej nieobecności. Teraz miały jeszcze nadejść nowe dyrektywy. Kiedy zjeżdżał do garażu, czuł się znowu jak chłopiec na początku roku szkolnego. Skręcił na swoje miejsce do parkowania, wyłączył silnik i wysiadł. Samochód szefowej wydziału stał obok. Dziwne, jak obce wydaje się wszystko, gdy człowieka przez chwilę nie było. Cato miał szczerą nadzieję, że nie będzie musiał zacząć pracy od kolejnej kłótni o tego potwora z piekła rodem, czyli Marian Dahle.
(8.57)
Stała w windzie i wydawało się jej, że spada. Minęły dwa dni, odkąd usłyszała gwizdanie. Przedramieniem przyciskała do tułowia dwa kolorowe plecione chodniczki. W jednej ręce trzymała torbę z proszkiem do prania, w drugiej - klucze do pralni w piwnicy. Chodniczki nie były właściwie brudne, ale ostatnio wytrzepała z nich mnóstwo piachu i kurzu. Całą niedzielę spędziła w domu: drzwi wejściowe i na balkon starannie zamknęła. Myślała o nich obu i o tym wszystkim. Przyjrzała się sobie w lustrze. Czuła się pozbawiona kręgosłupa, odarta z ciała, czuła się tak, jakby jej twarz zamieniono na inną.
Wzdrygnęła się, gdy winda stanęła. Pchnęła drzwi plecami i zamarła na moment, nasłuchując, Kalibrowała dźwięki. W piwnicy bloku było cicho jak w grobie. Zwykle dzieciaki w różnym wieku biegały tam i z powrotem po schodach - dla zabicia czasu albo czekając na powrót rodziców z pracy. Natomiast teraz panowała kompletna cisza.
Macała w poszukiwaniu kontaktu, znalazła go i przycisnęła łokciem. Wypełnione kurzem piwniczne powietrze drażniło jej nozdrza. Dwie żarówki zamontowane w suficie oblały światłem pomalowane na biało szorstkie ściany i zakurzoną szarą podłogę. Pod jedną ze ścian stały dwie puste puszki po farbie.
Z tą melodią to przypadek. Tak się przyzwyczaiła do mroku i bólu, że kiedy wreszcie znów poczuła radość, nie umiała się odprężyć. Tyle już zim minęło.
Utraciła lwią część życia. Tyle lat zniknęło tak nieodwołalnie jak kamień rzucony w wysoką trawę na łące. Teraz wszystko będzie dobrze. A jednak strach niczym tren wlókł się za nią, gdy szła korytarzem w głąb piwnicy. Z trudem trafiła kluczem w dziurkę. Wreszcie się udało. W środku rozluźniła mięśnie i pozwoliła, by chodniczki upadły na pomalowaną betonową podłogę. Wsunęła klucz do kieszeni fartucha. Promienie wpadające przez piwniczne okienko oświetlały wirujące cząsteczki kurzu. Pralki rozwierały pyski jak wielkie drapieżniki.
Przez otwarty wywietrznik dochodził warkot silnika ruszającego samochodu. Postawiła torbę z proszkiem na laminowanym blacie, podniosła rękę i palcami musnęła zielony wisiorek, który miała na szyi. Przez okienko dostrzegła skrawek błękitnego nieba. Wpatrując się w ten błękit, poczuła bezgraniczną pustkę.
Raptem ogarnęło ją wrażenie déja vu, fragmentaryczne, zimne. Było tak nieznośne, że mózg je odrzucił. W powietrzu unosił się słodkawy zapach środków piorących. Dziś rano umyła lustro w łazience, bo kiedy się czesała, zauważyła, że jego powierzchnię pokrywają kropeczki pasty do zębów. Jej twarz była przez to jakby usiana białymi gwiazdkami. Zauważyła też, że jest ładna. Bała się pustki odnalezionej w jasnym świetle, bo w mroku mimo wszystko miała poczucie bezpieczeństwa. Zwykłe przyzwyczajenie. Gdy jaskółki pojawiały się w lecie, a na jesieni odlatywały, wiedziała, że nic się nie zmieniło. Że maszynerii czasu nigdy nie zabraknie prądu. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Teraz jej życie będzie inne.
Wepchnęła chodniczki do dwóch pralek: po jednym do każdej. Zamknęła bębny i przyniosła pudełko z proszkiem. Sypnęła po porcji do każdej pralki. Nacisnęła guziki "start". Jedną pralkę klepnęła w szaroniebieską metalową obudowę i postawiła na niej proszek.
Pod sufitem w samym rogu odkryła kolonię pająków. Przyniosła miotłę na długim trzonku i właśnie miała zerwać cienką pajęczą sieć, gdy przyszło jej na myśl, żę coś się nie zgadza. W ułamku sekundy poczuła, że jej strach budzi nie odległość wspomnienia, lecz jego bliskość. Po prostu wiedziała. Jakiś ruch, jakiś dźwięk - przy drzwiach, w tle odgłosów pracy pralek.
(9.03-9.05)
Ciemnobrązowa pręgowana bokserka zastygła w oczekiwaniu na końcu korytarza, kiedy z windy wyszedł Cato Isaksen. Zatrzymał się gwałtownie i posłał jej wrogie spojrzenie. Suka stała na szeroko rozstawionych łapach i patrzyła na niego spode łba. Kiedy go rozpoznała, mało nie pękła z radości. Zaniosła się głośnym, wysokim szczekiem i pognała szczęśliwa w jego kierunku, merdając zamaszyście ogonem w lewo i w prawo. Parskając z zadowolenia, zaczęła się ocierać o jego kolana. Cato próbował ją stanowczo odsunąć. Zaklął zirytowany.
- Witaj, Cato! Jak wakacje?
Ingeborg Myklebust stanęła w drzwiach archiwum. W jednej ręce trzymała tekturową teczkę, w drugiej - komórkę. W białym topie i białych długich spodniach wręcz jaśniała. Nie wyglądała na swoje pięćdziesiąt trzy lata.
- Wszystko po staremu, jak widzę. - Cato demonstracyjnie odepchnął nogą merdającego psa. - Dziękuję, dobrze - skwitował krótko. - Twoje też?
- Siedziałam tu cały lipiec, przecież wiesz. Dopiero w grudniu lecę na Malediwy. A przy okazji... Mój wielki narożny gabinet będzie wolny. Chciałam poczekać z decyzją do twojego powrotu. - Powachlowała się z uśmiechem teczką. - Słyszałeś? Przenoszę się piętro wyżej. Nie wiem, jak to zrobimy. Chcesz go wziąć? Czy może będzie lepiej ulokować tam kilka osób? Zdecyduj sam, Cato. Tam słońce świeci z każdej strony, o tej porze roku jest nawet trochę za gorąco. Ale są markizy. Te czerwone zasłony chciałam wziąć ze sobą. Ciebie chyba i tak nie interesują?
- Zasłony... Nie...
- Chyba dobrze wypocząłeś, Cato. Opaliłeś się na brąz i wyglądasz naprawdę świetnie. Jak gwiazdor filmowy.
- Rzeczywiście, jak gwiazdor. - Roześmiał się.
Pies usadowił się tuż przy jego nodze i oparł mu łeb o udo.
- Dzięki, ale...
Komórka w dłoni szefowej wydziału zabrzęczała. Podniosła ją do ucha.
- Kierownik wydziału zabójstw Myklebust, słucham.
Cato skinął jej głową i ruszył dalej korytarzem. Birka wstała, wyprostowała grzbiet i pobiegła truchtem za nim.
Drogę zastąpiła mu nagle Marian Dahle, idąca niespiesznie z rękami w kieszeniach spodni.
- Wróciłeś.
Ma trzydzieści dwa lata, a wygląda na osiemnaście, pomyślał. Trzy tygodnie nieobecności niczego nie zmieniły. Wiedział, że wzięła urlop w tym samym czasie co on. Nie chciało mu się pytać, gdzie była, czy wyjechała, czy spędziła czas w mieście.
- Hm, widzę, że ty też - odparł zdawkowo.
Czytał gdzieś, że kiedy dwie osoby nawiązują kontakt, mięśnie twarzy jednej z nich natychmiast reagują na uśmiech lub grymas niezadowolenia na twarzy drugiej i go powtarzają. Nie miał wątpliwości, że to prawda.
- Psisko też, jak widać, w niezłej formie.
- Oczywiście. - Uśmiechnęła się przelotnie. - Wygląda na to, że się za tobą stęskniła. Opaliłeś się.
- Mieliśmy słońce.
- Aha.
- Dużo raportów do przejrzenia?
- Naturalnie.
- No to trzeba się od razu wziąć do roboty. Marian, wiesz, co mam ci do powiedzenia.
- Jasne, Isaksen, wiem, co masz mi do powiedzenia. Że Birce nie wolno tu przebywać, że to nie jest zoo.
- Przed urlopem dostałaś ultimatum. Myślałem, że zrozumiałaś. Po tych wszystkich przepychankach...
- Proszę, nie zaczynaj od razu po powrocie. Nie chcę, żebyśmy to bez końca wałkowali. Wszystko się ułoży, spokojnie. Wiesz, zwalnia się gabinet Ingeborg Myklebust. Rozmawiałyśmy o tym z Randi i chętnie się tam razem zainstalujemy. Wtedy Birka będzie mogła...
Cato się wyprostował.
- Gabinet Myklebustowej przejmuję ja - rzucił krótko.
- Ale Cato... Birka nie będzie ci wtedy przeszkadzała. Poza tym...
- Kundel ma zniknąć.
Cato skinął głową przechodzącej sekretarce. Widok Marian Dahle przyprawiał go o ćmiący ból w klatce piersiowej. Jakby oboje stali się ofiarami złego czaru. Już zdążyła sprawić, że poczuł się jak potwór.
(9.05)
Zapętlony strach tkwił w piersi jak pocisk. Pralki nie pracowały w takt. Dwa różne brzęczenia jakby dwa koniki polne. Murowane ściany tłumiły dźwięki. Jego cień stopniowo rósł w drzwiach i ciemniał nad progiem. Nagle się zmaterializował, wypełnił cały otwór. Poczuła na sobie jego spojrzenie. Odruchowo odrzuciła miotłę, która ze stukiem upadła na podłogę. Wszystko było tak samo i zarazem inaczej. Wiedziała, dlaczego przyszedł, ale nie pojmowała, jak się dowiedział. Chwyciła pudełko z proszkiem i zasłoniła nim klatkę piersiową.
Podszedł do niej. Silnymi pchnięciami kierował ją ku ścianie. Sięgnął po pudełko. Bez oporu pozwoliła je sobie zabrać - po prostu wyprostowała palce i rozluźniła chwyt. Szurnął nim po podłodze. Przeskoczyło nad progiem i wypadło na korytarz.
Odruchowo podniosła ręce - jak bokser, który chce się zasłonić przed ciosem. Kłąb pary z prania uniósł się do okienka i zasłonił widok. Z ust wyrwał się jej krótki nieartykułowany dźwięk - żalu, lęku, wściekłości i wyczerpania. Proszek rozsypał się po podłodze jak piasek.
To się nie wydarzy, uświadomiła sobie; mogę po prostu przejść koło niego i wjechać na górę do swoich skrzynek na balkonie. Mogę mu powiedzieć, że zadośćuczynię za każdą sekundę tego koszmaru, że ja tego nie chciałam. Stracony czas, bezsenne noce, przypływy i odpływy, wszystko to się skończy. Absolutnie wszystko. Ja też chcę, żeby to przedstawienie dobiegło końca, niech kurtyna opadnie i podniesie się na nowo. Scena ma być wtedy pusta.
Przysunął twarz do jej twarzy i otworzył usta. Wargi miął gładkie, mięsiste. Poczuła metaliczny zapach płynący z jego ust.
- Nie myśl, że cię ugryzę - syknął. - Wiem wszystko o kąsaniu. Ślad zębów jest jak odciski palców. Rozpoznaję zapach twoich perfum. - Pot perlił mu się na czole, spływał po szyi, tworzył mokre kręgi pod pachami. - Powiedziano mi o twoim gościu. Wiesz, ktoś go widział. Ostatnio miałem cię na oku, zauważyłem, że siedzisz na ławce przed sklepem razem z nią. Jak gdyby nigdy nic... A ona, ta stara prukwa... Mogę ci obiecać, że będzie następna. Cholera, pomyślałem sobie. Jasna cholera, pomyślałem. Rozumiesz?!
Miał szorstką skórę. Dostrzegła narośl na policzku i rozkrzyczała się aż do bólu gardła. Wszystko nagle zniknęło: ściany sufit, podłoga. Zamknęła oczy. Zacisnęła powieki, aż przed oczami zaczęły jej wirować czarne i czerwone płatki. Potrząsnął nią z całej siły, zdmuchnął jej włosy z czoła.
- Otwieraj oczy! - ryknął. - Masz mi wszystko o nim opowiedzieć.
(9.06-9.09)
Gorący zaduch niewietrzonego pokoju był jak mur. Dziecięcy rysunek przyklejony nad biurkiem odstawał od ściany, bo taśma klejąca puściła od upału. "Dla taty Policjanta od Georga", głosiły krzywe litery na niebieskim samochodzie.
Cato Isaksen wypuścił powietrze zgromadzone w płucach i rozluźnił mięśnie. Na blacie leżały trzy wielkie sterty papierów i dokumentów. Zdjęcie Bente i starszych synów pokryła cienka warstwa kurzu. Zatrzasnął z hukiem drzwi. Ruszył do okna i otworzył je szeroko, odsunąwszy na bok brązowe zasłony. Intensywnie zielone liście klonów oklapły w nieruchomym powietrzu. Kiedy się odwrócił, zauważył papiery piętrzące się również na krześle.
Sierżant Roger H?ibakk uchylił drzwi i wszedł z uśmiechem do środka. Zasłony poruszyły się od przeciągu.
- Halo, szefie! Miło cię widzieć. Musiałeś mieć romantyczny urlop, przynajmniej tak wyglądasz. Nieogolony i opalony. Dobrze było?
- Cześć, Roger. Owszem, dobrze. Ty też nie najgorzej się prezentujesz.
- Dzięki, dobrze mi się żyje. Najlepsze, że upał chyba rozleniwił morderców. Zabójstwem bezdomnego nad rzeką Aker zajmuje się drugi zespół.
- No i dobrze, bo całe dnie stracę na przekopywanie się przez te raporty.
- U mnie leżało drugie tyle. Napijemy się kawy?
- I owszem. - Cato podszedł do biurka, otworzył górną szufladę i wyciągnął taśmę klejącą. - Ale ty ją przyniesiesz. Ja tymczasem upchnę gdzieś te cholerne dokumenty... I przymocuję rysunek syna, bo zaraz spadnie. - Uśmiechnął się lekko i pogładził po brodzie.
- Nie ma sprawy. Parę bułek też wezmę.
(9.09)
Słyszała jego głos tuż przy uchu. Parsknął i jeszcze raz uderzył ją pięściami po łopatkach.
- Masz mi wszystko powiedzieć! - ryknął.
Cofnęła się gwałtownie. Złapał ją za ramiona i mocno ścisnął. Próbowała się wyrwać, ale w końcu znalazła się w głębi pomieszczenia. Pod plecami wyczuła brzeg laminowanego blatu. Ból fizyczny przeważył nad psychicznym, który odczuwała na dźwięk jego przepełnionego nienawiścią głosu. Bombardował ją rozkazami.
Nagle w piwnicznym korytarzu tuż przy otwartych drzwiach zabrzmiał głośny dziecięcy śmiech. Dwa przenikliwe dziecinne głosiki rozcięły ciszę.
- Niech Barbie mieszka w piwnicy - odezwał się jeden. - Tu, na dole, nie jest bezpiecznie. Niech na niby będzie w mieście. A to na niby będzie duża ulica.
Wpatrywała się w drzwi. Utkwiła wzrok w futrynie. Widziała cienie obu dziewczynek przesuwające się nad progiem.
- O, pudełko! - podjął drugi głos. - Po proszku. Wygląda jak auto. Bierzemy? To będzie na niby samochód Barbie. Mamy się nie bawić w piwnicy, ale jak nikt nie widzi... Ale jak nikogo tu nie ma, to... Tylko tu jest tak trochę... paskudnie.
Puścił ją i podszedł do drzwi. Dwie główki wsunęły się do środka.
- Tu ktoś jest - pisnęła dziewczynka. - Uciekamy! Leć, Elianne! To jakiś facet!
- Poczekaj! - Odwrócił się do niej. - Nie wywiniesz mi się. Dowiem się wszystkiego.
Wyszedł z pomieszczenia i zniknął. Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Czuła, że jej głowa zamieniła się w bęben. Huczało w niej od myśli. W oczach zapiekły łzy. Pralki pracowały teraz z głośnym warkotem. Czekała. W rozsypanym na podłodze proszku widniały ślady stóp. Podeszła ostrożnie do drzwi i cicho je uchyliła. Wyjrzała na korytarz. Zgasił światło.
Powoli narastała w niej pewność. Nagle pojawiło się wspomnienie: Kiedy miała dwanaście lat, usunięto jej migdałki. Leżała w szpitalnym łóżku prawie naga, tylko w nocnej koszuli z jasnoniebieskiej fizeliny. Pomieszczenie było pełne aparatury. Świadomość, że lekarze i pielęgniarki będą się jej przyglądali, kiedy zaśnie, wywołała w niej gwałtowny strach. Dzień później, mimo bólu szyi, zeszła boso do recepcji. Zobaczyła tam w gablocie wypchanego ptaka. Poczuła głęboki smutek na widok tego stworzenia o zakurzonych skrzydłach i matowych piórach. Szklana szyba dzieliła ptaka od pomieszczenia. Był martwy, choć wyglądał jak żywy. Nigdy nie zapomniała tego uczucia, że ją oszukano.
Otworzyła drzwi szerzej. Na próbę postąpiła kilka kroków na korytarz. Włożyła rękę do kieszeni fartucha i wyczuła zimny metal klucza. Chwilę później biegła po schodach. Nie mogła jechać windą. Nie powinien zobaczyć, gdzie mieszka, na którym piętrze. Szybko opadła z sił. Wspinała się mozolnie piętro za piętrem, próbując odnaleźć swój sposób myślenia i koncentracji. Objęła poręcz z całej siły. Poczuła, że pali ją skóra na ramionach. Stała kilka minut, ciężko dysząc. Ruszyła dalej.
W jednym z mieszkań najwidoczniej były otwarte drzwi. Dobiegały stamtąd płacz dziecka i głos spikera czytającego w radiu wiadomości. Oparła czoło o poręcz i spojrzała w dół. Ktoś otworzył jeszcze inne drzwi. Gdzieś na obrzeżach pola widżenia, na samym dole coś zamigotało - jak powietrze nad rozgrzanym asfaltem. Odległość zmniejszyła się o połowę. Wszystko wróciło: złość, żal, drażliwość, samotność, nienawiść, bezsilność i odraza. I ten przemożny strach pętający ją mroźną siecią.
(9.11)
Roger H?ibakk wrócił z tacą, na której zgromadził bułki, dwa talerze, filiżanki i metalowy termos z kawą.
- Chcesz salami czy ser? A może wolisz szynkę?
Cato zaburczało w żołądku.
- Salami - zdecydował i wziął talerz. - Zapomniałeś o serwetkach.
Przeciągnął palcem po zakurzonym brzegu biurka.
- Są w kieszeni.
Roger wyciągnął plik białych kwadracików i rozsypał je na blacie, postawił filiżanki, nalał do nich kawę. Przyciągnął krzesło do biurka.
- Częstuj się!
Cato wziął bułkę i rzucił okiem na pierwszy dokument ze stosu. Dyrekcja Policji, napisano, nie może dłużej wspierać finansowo analiz śladów biologicznych. Poczuł ból w skroni.
- Słyszałeś już tę bzdurę, że Marian i Randi chcą zająć gabinet po Myklebustowej? Ledwie zdążyłem przejść dziesięć metrów korytarzem, jak Marian zaczęła mnie naciskać. Co z nią jest?
- Słyszałem, że Myklebustowa skacze piętro wyżej. - Roger wykrzywił się w uśmiechu. - Dlaczego kobiety zawsze kupą ruszają do walki? Ty tego nie wiesz? Taki stary wyjadacz z doświadczeniem małżeńskim, rozwodowym, rodzicielskim? - Spojrzał na Cato prowokująco i ugryzł kawałek bułki. Z pełnymi ustami dorzucił: - Nie przeszkadza ci, szefie, że powiem, co myślę?
- Wal!
Cato przełknął kęs bułki i popił kawą. Do pokoju wdzierały się hałas ulicy i silny zapach spalin.
- Poddaj się, Cato, zwiń sztandary. Nowy sezon, nowe możliwości.
- Zwiń sztandary! Co za wyrażenie!
- Mam na myśli... w stosunku do Marian...
- Naprawdę nie mam zamiaru poświęcać jej wiele czasu - rzucił Cato zrezygnowany. - Mogę ci to obiecać. To bomba hormonalna. Rozwala zespół. Dla nas najważniejsze, żebyśmy my, reszta, działali razem. Marian może psuć swoje. Niech siedzi u siebie, a pies ma zniknąć.
- Psuć swoje? Jak to rozumiesz?
- Nie umie się powstrzymać od pyskowania. Ledwie wyszedłem z windy, a ona już zmarnowała mi dzień. Kapujesz? Kilka tygodni temu przyszła z biura do spraw świadków. Robota w prewencji to zupełnie co innego. Tutaj się pracuje na serio.
- Ona to przecież wie, Cato. Jest tu prawie trzy miesiące. Przecież w czerwcu znakomicie się sprawdziła, kiedy rozwiązała tę sprawę ze starą z H?vik.
- Rozwiązała! To ja ją rozwiązałem!
Cato trzymał w dłoni talerz. Strzepnął okruszki z ramienia i wstał.
- Oboje to zrobiliście, razem. Reszta nas też się dołożyła - dodał Roger.
Nachylił się nad biurkiem i dolał kawy.
- A propos kobiet... - Zawiesił głos i zdjął z uda kawałek ogórka. - Lepiej siadaj. Mam ci coś do powiedzenia.
Cato opadł na krzesło. Miał przeczucie, źe nie spodoba mu się to, co usłyszy od Rogera. Wskazywał na to sposób, w jaki tamten pocierał plamkę po ogórku, która została na spodniach.
- Jest coś, czego ci nie powiedzieliśmy.
- Jacy my? Ty i Marian?
- Nie, ja i Ellen.
Cato oparł łokcie o blat biurka. Spojrzał na drzewo za oknem i wyobraził sobie twarz technika kryminalistyki Ellen Grue. Wspomniał jej oddech przy swoim uchu.
- Co jest z tobą i Ellen?
Roger uśmiechnął się przelotnie.
- No. - Cato popędził Rogera, bo poczuł lekkie ukłucie w okolicach serca. - Jest coś między tobą a Ellen?
Roger spoważniał.
- Przecież jest w ciąży.
- Wiem. I?
- Ellen przeprowadzi się do mnie.
Zegar na wieży kościoła po drugiej stronie ulicy zaczął wybijać godzinę. Cato przesunął zdjęcie Bente z synami.
- Do tej twojej zapyziałej dziury? Niech to licho! Dlaczego?
- Nie takiej znowu dziury. Poza tym jej były ma na wszystko tytuł wyłącznej własności, więc ona nie dostanie ani grosza. Biorę przykład z ciebie, Cato. Przecież to znasz, nie?
- Jej były? Kogo masz na myśli? Adwokat został byłym? To chyba nie twoje dziecko?
- Moje.
Cato pchnął talerz po blacie. Zegar umilkł.
- Do diabła, Roger... czy wyście... tak za moimi plecami?
- Tak, wiem, szefie - odparł, uśmiechając się lekko. - Oczywiście, że robiliśmy to za twoimi plecami.
Cato próbował się pozbierać. Trzeba się zmobilizować. Najpierw Marian, teraz to. Czy ludzie muszą mu się narzucać ze swoim życiem prywatnym? Zakłócenia, drobiazgi... a on ma się wznieść ponad nie. Przecież jest szefem zespołu śledczego, nie przedszkolanką!
- Nie mogę sobie ciebie wyobrazić w roli ojca - skwitował.
- To sobie nie wyobrażaj.
Roger odchylił się na oparcie krzesła, uśmiechnął się przelotnie i założył ręce na kark.
- Jak będzie dziewczynka, odziedziczymy masę ubranek po małej Randi. Ale nie będzie - dodał.
- Skąd wiesz? Robiliście USG?
- Nie. Chcę mieć syna. Ellen ma termin na dwunastego grudnia.
Cato łyknął jeszcze kawy. Była letnia. Usłyszał zatrzymujący się samochód. Silnik pracował przez chwilę na wolnych obrotach, a potem kierowca najwyraźniej dodał gazu i włączył się w uliczny ruch.
(11.46)
Mężczyzna w czarnym skórzanym kombinezonie przerzucił nogę nad siodełkiem motocykla i założył kask. Lili siadła w kucki i otoczyła kolana rękami jak liną. Musi wytrzymać. Niedługo dostanie wypłatę. Kupi sobie nowe ubrania. Poza spódnicą, koszulkami, parą długich spodni i sukienką w drobne kwiatki miała kalosze i sandały, adidasy, płaszcz od deszczu, bieliznę, staromodny kostium kąpielowy, ciepłą kurtkę. I tyle. No, jeszcze wełniane rajstopy, dobre na wieczorne chłody.
Właściwie to palec boży, że dostała robotę na tym kempingu. Przez pierwsze tygodnie było tak fajnie. Sprzedawała w kiosku, sprzątała domki i toalety. Nie musiała zginać karku w upale na polu z truskawkami, jak przez pierwsze dwa lata w Norwegii. Potem wszystko się odmieniło.
Dziś w nocy wstała, podeszła do okienka, uchyliła pomarańczową zasłonkę i wyjrzała na dwór. Las po drugiej stronie szosy wydawał się grozić i szykować do natarcia. Dostrzegła stojącą niedaleko sarnę i pomyślała, że może to ona ją obudziła. Sarna powoli się odwróciła i wkrótce zniknęła w lesie. Lili skrzyżowała ręce na piersiach obronnym gestem. Omijała wzrokiem wywietrznik, kiedy kładła się znowu do łóżka i podciągała kołdrę aż pod brodę. W końcu zasnęła. Obudziła się z poczuciem, że powinna sobie z czegoś zdać sprawę.
Jakieś gniewne głosy sprawiły, że ponownie wyjrzała przez okno. Trzech chłopców przebiegło obok domku w drodze na plażę. Jednemu z nich włosy sterczały pionowo jak młoda trawa. Jakaś dziewczynka, na oko dziesięciolatka, niosła na głowie wielkiego nadmuchiwanego krokodyla i wydawała odstraszające ryki.
Ukryta za zasłonką Lili odprowadziła wzrokiem zielonego krokodyla. Dzisiaj mijał równo miesiąc, odkąd skończyła dziewiętnaście lat. Julie i Shira, szesnastolatki paradujące w obcisłych biodrówkach i przykrótkich topach, ciągnęły ją nad wodę, namawiały na opalanie. Każdej z zatrudnionych przysługiwały w ciągu dnia tylko dwie półgodzinne przerwy. Dziewczyny nie wiedziały, że Lili zamyka się wtedy w damskiej toalecie i chowa pod ścianą. Nie wiedziały, że się boi.
Motocyklista przycisnął rączkę sprzęgła i wolno wyjechał z kempingu. Chmura pyłu przesunęła się w bok nad przydrożny rów porośnięty fioletowymi kwiatami, nad którymi brzęczały owady. Lili niedawno uratowała tam żabkę. Podniosła ją z drogi i wrzuciła w wysoką trawę, nieco zżółkłą z powodu suszy.
Ktoś ją obserwował. Od dzieciństwa znała to brudne odczucie. Jej brat pracował na budowie w Oslo. Nie mogła do niego zadzwonić. Co by zrobił?
Podniosła rękę do ust i ugryzła się z całej siły, do krwi. Cienka strużka spłynęła po knykciach między palce.
(20.47)
Owady nad skrzynką. Petunie z lepką mazią wokół kwiatów. Brzęczące osy. Ptaki na wielkim dębie. Kamienne obrzeże trawnika. Zadzwoniła do niego natychmiast. Powiedziała, co się wydarzyło i że się boi. Wytłumaczył jej, że tu, gdzie jest, nie może nic zrobić. Przecież ona to wie.
Nie może zapomnieć o garnku z wodą na kuchni. Musi coś zjeść. Za chwilę wrzuci do gorącej wody gotowe danie - strogonow z ryżem. Na balkonie piętro niżej zaszurały raptem krzesła i rozległ się przenikliwy głos Alanis Morisette śpiewającej And I' am here to remind you, all the mess you left when you went away. To tyle, gdy chodzi o ciszę, pomyślała, wstając, by spojrzeć przez balustradę.
Wybetonowane podwórko otaczał metalowy płot pomalowany na zielono. Na brzegach symetrycznie rozmieszczono latarnie, obok drabinek dla dzieci zamontowanych koło sklepu stały podniszczone ławki. Nad autostradą, którą można było dostrzec w przesmyku między blokiem C i D, wisiało tylko kilka grubych białych chmur.
Całe popołudnie przeleżała na kanapie. Nie odważyła się zejść do pralni, posprzątać tego bałaganu, powiesić wypranych chodników. Nie poszła też do domu starców, choć obiecała. Znowu usiadła, dolała sobie wina. Wpatrywała się w krwistoczerwone kwiaty w skrzynce.
W życiu potrafił się przydarzyć niejeden szalony, szczęśliwy traf. Niejeden kontekst tak absurdalny, jakby za konkretnymi wydarzeniami kryło się zupełnie coś innego. Jakby jakaś siła wyższa naprawdę kierowała tą maskaradą, a ona była marionetką, której sznurkami ktoś porusza. To, co się zdarzyło, było po prostu zbiegiem złych okoliczności, zawirowaniem w chronologii.
Niepokój zagnał ją znowu do mieszkania. Weszła do łazienki, wbiła wzrok w lustro upstrzone ciemnymi plamami. Widziała swoją twarz odbitą w jego lodowej powierzchni. Podciągnęła rękawy mechatej bluzki, popatrzyła na czerwone ślady na ramionach. Wzięła mydło i trzymała je w dłoniach jak gładki kamyk znaleziony na plaży.
Wróciła na balkon. Parking między blokami był prawie pusty. Z góry wyglądał jak głęboka czworokątna dziura. Siadła i obracała w palcach ozdobę z zielonego szkła, którą miała na szyi. Otworzyła leżącą na stoliku paczkę papierosów. Wyjęła jednego i zapaliła go plastikową zapalniczką.
Przez balustradę widziała trawnik, skoszony i podlany, Słodki zapach intensywnej zieleni docierał aż na górę. Koło pierwszej przyjechał na motorze dozorca. Odgłosy kosiarki odbijały się od ścian bloków, wciskały do mieszkania. Elianne z przyjaciółką, dziewczynki, które rano przyszły do pralni, zbierały kocyki i lalki Barbie, kończąc zabawę.
Jeszcze jeden kieliszek czerwonego wina ... Wypiła dwa duże łyki. Strzepnęła popiół z papierosa i pociągnęła kolejny łyk, czując, jak lęk z niej spływa. Zasłona z pokoju wydostała się przez drzwi balkonowe i powiewała jak czerwona flaga ostrzegawcza. Wstała, wepchnęła zasłonę do środka i zamknęła drzwi. Musi potem zamknąć jeszcze okno w kuchni, żeby nie było przeciągu. Z dołu dobiegały dziecięce głosy, zarazem słabe i donośne. Ból w żołądku narastał. Oczy znowu napełniły się łzami. Jakiś odruch kazał jej chwycić długopis i zapisać jego nazwisko na czystej kartce leżącej na drugim krześle. Z kartki zrobiła samolocik, wstała i rzuciła go w powietrze. Leciał chwilę bez celu, uniósł się w górę z prądem wieczornego powiewu, wreszcie opadł u stóp dziewczynek. Elianne podniosła go i spojrzała w chmury.
Studiowała swoje niedawno polakierowane paznokcie u stóp. Co za absurd: zajmować się czymś takim, zwłaszcza że powoli w jej myślach formowała się pewność. Lęk odczuwała jako gorąco. Przygotowała się, nie chciała, by jej ciało po śmierci wyglądało na niezadbane.
Z sosny przy parkingu uniosło się, trzepocząc skrzydłami, stado ptaków. Okrążyły drzewo kilka razy, pofrunęły najpierw w lewo, a potem w prawo zbitą gromadą. Na koniec odleciały gdzieś w bok i zniknęły z pola widzenia w jasnych chmurach na wieczornym niebie. Zachodzące słońce zalśniło jak błyskawica w otwierającym się oknie w bloku naprzeciwko. Kątem oka dostrzegła, że klamka się poruszyła. Gwałtownie zerwała się z krzesła, stuknąwszy kolanami o rant stołu.