Człowiek, który stworzył Zarę - Covadonga O'Shea

-
Proszę czekać

2. Początki historii

Wspo­mnie­nie o ro­dzi­cach

"Mój oj­ciec za­ra­biał 300 pe­set (mniej niż dwa euro w obec­nych cza­sach) ty­go­dnio­wo. I tyl­ko pro­szę mi nie mó­wić, że kie­dyś to była cał­kiem przy­zwo­ita suma, po­nie­waż nie­zwy­kle trud­no było za to utrzy­mać ro­dzi­nę. Było nas tro­je dzie­ci: naj­star­szy An­to­nio, je­dy­na dziew­czyn­ka Pe­pi­ta i ja - naj­młod­szy. Pen­sja ojca nig­dy nie wy­star­cza­ła do koń­ca mie­sią­ca".

By­li­śmy na lun­chu, jed­nym z wie­lu, ja­kie mia­łam szczę­ście jeść w to­wa­rzy­stwie Aman­cia Or­te­gi, dys­ku­tu­jąc na roz­ma­ite te­ma­ty zwią­za­ne z pra­cą. Znaj­do­wa­li­śmy się w sto­łów­ce dla go­ści w no­wej sie­dzi­bie cen­tra­li w Ar­te­ixo. Na koń­cu po­miesz­cze­nia przy­go­to­wa­no przy­jem­ny ką­cik z ka­na­pą i sto­li­kiem, gdzie moż­na po­pi­jać ape­ri­tif, cze­ka­jąc na je­dze­nie. Wszyst­ko urzą­dzo­no z do­brym sma­kiem i mi­ni­ma­li­stycz­ną pro­sto­tą, tak jak cały bu­dy­nek. Bia­łe ob­ru­sy, śnież­no­bia­ła por­ce­la­na i menu, któ­re od­da­je hołd kra­jo­wi: frut­ti di mare i ryby: gra­nik, żab­ni­ca czy morsz­czuk, per­fek­cyj­nie przy­go­to­wa­ne. Cho­ciaż de­se­ry nie pa­su­ją do tej kla­sy hau­te co­utu­re, one rów­nież były wy­jąt­ko­we.

Aman­cio nie je zbyt dużo, jest za to wspa­nia­łym go­spo­da­rzem. "Moją ulu­bio­ną po­tra­wą są sma­żo­ne jaj­ka, fryt­ki i kieł­ba­sa cho­ri­zo", sły­sza­łam od nie­go wie­lo­krot­nie. Jest czło­wie­kiem bez­po­śred­nim, nie za­dzie­ra nosa i nie robi na nim żad­ne­go wra­że­nia, że wie­lo­krot­nie uzna­wa­ny był przez mię­dzy­na­ro­do­we ma­ga­zy­ny fi­nan­so­we za naj­bo­gat­sze­go miesz­kań­ca Hisz­pa­nii. "For­bes" umiesz­cza go na li­ście naj­bo­gat­szych lu­dzi świa­ta, z roku na rok na co­raz wyż­szej po­zy­cji.

Aman­cio opo­wie­dział mi szcze­gó­ło­wo o tym, jak roz­po­czę­ła się jego dzia­łal­ność biz­ne­so­wa; była to hi­sto­ria nie­zwy­kła i po­ru­sza­ją­ca, sta­no­wią­ca praw­dzi­we świa­dec­two jego ży­cia.

Je­dli­śmy obiad we trój­kę: Aman­cio, José Ma­ría Ca­stel­la­no, ów­cze­sny dy­rek­tor ge­ne­ral­ny, i ja. Ga­wę­dzi­li­śmy o wie­lu spra­wach pod­czas tej dłu­giej roz­mo­wy uroz­ma­ico­nej wy­jąt­ko­wy­mi wspo­mnie­nia­mi, któ­re po­zo­sta­wa­ły świe­że mimo upły­wa­ją­cych lat. Na szczę­ście ja rów­nież za­pa­mię­ta­łam je bar­dzo wy­raź­nie. Kie­dy po­ru­szy­li­śmy te­mat spek­ta­ku­lar­ne­go roz­wo­ju In­di­tek­su, dość nie­zwy­kłe­go jak na ów­cze­sne cza­sy, za­py­ta­łam go z praw­dzi­wym za­cie­ka­wie­niem, jaki był pierw­szy krok tego zdu­mie­wa­ją­ce­go zja­wi­ska. Już wte­dy w pra­sie uka­zy­wa­ło się mnó­stwo róż­nych wer­sji po­cząt­ków dzia­łal­no­ści han­dlo­wej Or­te­gi, ale nie wie­dzia­łam, że bę­dzie mi dane usły­szeć wprost od nie­go, jaka była naj­głęb­sza mo­ty­wa­cja, któ­ra nim po­wo­do­wa­ła, bo­dziec, dzię­ki któ­re­mu ru­szył na pod­bój ryn­ku tek­styl­ne­go. Za­grze­wał go do tego ten sam ide­alizm i po­ciąg do ry­zy­ka, któ­rym wie­ki temu kie­ro­wa­li się wiel­cy bo­ha­te­ro­wie, od Ko­lum­ba do Her­nána Cor­te­za, do­ko­nu­ją­cy nie­zwy­kłych czy­nów w cza­sach od­kry­wa­nia Ame­ry­ki. Po­wo­li, jak­by na nowo prze­ży­wa­jąc naj­bar­dziej in­tym­ne do­świad­cze­nia, ta­kie, któ­re ukry­te są w ta­jem­nych za­ka­mar­kach na­szych dusz i chro­nio­ne ni­czym za­ko­pa­ny skarb, Aman­cio za­czął opo­wia­dać o wy­da­rze­niu, któ­re mia­ło miej­sce w cza­sach, kie­dy był jesz­cze dziec­kiem, tuż za­nim zro­bił trud­ny krok w do­ro­słość. Z jego re­la­cji do­wia­du­je­my się, jak nie­do­sta­tek, głód lub trud­na sy­tu­acja ży­cio­wa mogą się stać po­cząt­kiem za­wo­do­wych, po­li­tycz­nych, re­li­gij­nych lub oso­bi­stych suk­ce­sów za­pi­sa­nych w zło­tej księ­dze hi­sto­rii ludz­ko­ści. Przy­po­mi­na mi to hi­sto­rię Lu­isa Mi­gu­ela Do­min­gu­ína, le­gen­dar­ne­go to­re­ado­ra, z któ­rym roz­ma­wia­łam wie­le lat temu, kie­dy był u szczy­tu ka­rie­ry. Jego syn, wte­dy jesz­cze mały chło­piec, ba­wił się w ogro­dzie domu w So­mo­sa­gu­as, ele­ganc­kiej ma­dryc­kiej dziel­ni­cy. "Ten dzie­ciak nig­dy nie bę­dzie to­re­ado­rem. Żeby sta­nąć na­prze­ciw­ko byka, trze­ba naj­pierw po­znać głód". Czy głód może być siłą, któ­ra kie­ru­je ge­niu­szem, bo­ha­te­rem lub świę­tym w dro­dze do gwiazd?

Oto co opo­wie­dział nam Aman­cio: "Pa­mię­tam, jak pew­ne­go po­po­łu­dnia, tuż po szko­le, po­sze­dłem z mamą do skle­pu, by ku­pić coś do je­dze­nia. By­łem naj­młod­szy z ro­dzeń­stwa i mama lu­bi­ła po mnie przy­cho­dzić, by od­pro­wa­dzić mnie do domu. Sklep, do któ­re­go się uda­li­śmy, był jed­nym z ty­po­wych dla tam­tych cza­sów, wiel­kich skle­pów spo­żyw­czych z wy­so­ką ladą, tak wy­so­ką, że nie by­łem w sta­nie doj­rzeć, kto mówi do mamy. Usły­sza­łem jed­nak męż­czy­znę, któ­ry po­wie­dział coś, cze­go mimo upły­wu cza­su nig­dy nie za­po­mnę: "Bar­dzo mi przy­kro, Jo­se­fa, ale nie mogę ci udzie­lić ko­lej­ne­go kre­dy­tu". By­łem w szo­ku. Mia­łem tyl­ko dwa­na­ście lat".

Aman­cio za­czął wy­ja­śniać, że był wraż­li­wym dziec­kiem o sil­nym po­czu­ciu god­no­ści oso­bi­stej i kie­dy wresz­cie do­szedł do sie­bie po tym, co usły­szał, po­sta­no­wił, że za­wsze bę­dzie wspie­rał mat­kę. "Przy­rze­kłem so­bie, że coś ta­kie­go nig­dy już jej nie spo­tka. Bar­dzo do­kład­nie prze­my­śla­łem całą sy­tu­ację i po­sta­no­wi­łem, że po­szu­kam pra­cy, by wes­przeć fi­nan­so­wo ro­dzi­nę. Rzu­ci­łem szko­łę, zre­zy­gno­wa­łem z dal­szej na­uki i zo­sta­łem po­moc­ni­kiem sprze­daw­cy w skle­pie z ko­szu­la­mi". Ów sklep nadal ist­nie­je w La Co­ru­?a, na rogu uli­cy Juan Fló­rez.

Wie­le lat póź­niej wy­zna­łam Aman­cio­wi, że bar­dzo po­ru­szy­ło mnie to, co wte­dy opo­wie­dział, że my­śla­łam o jego pierw­szych kro­kach na dłu­giej dro­dze do suk­ce­su, o tym, że nig­dy nie spo­czął, nie stra­cił za­pa­łu do pra­cy. Po­wtó­rzył wte­dy, że gdy ob­rał tę dro­gę, nig­dy póź­niej tego nie ża­ło­wał, nie za­po­mniał też o skrom­nym po­cho­dze­niu i o tym przej­mu­ją­cym wy­da­rze­niu w dzie­ciń­stwie, kie­dy za­bra­kło im pie­nię­dzy na je­dze­nie. Nie wąt­pię, że wła­śnie to do­świad­cze­nie wy­ku­ło sil­ny cha­rak­ter, dzię­ki któ­re­mu Aman­cio dziel­nie sta­wiał czo­ło wie­lu ży­cio­wym trud­no­ściom.

Z tej hi­sto­rii, jak i z wie­lu in­nych do­ty­czą­cych po­cząt­ków za­wo­do­wej i oso­bi­stej ka­rie­ry Or­te­gi, do­wia­du­je­my się, że ów czło­wiek, kto­ry pod­bił świat han­dlu de­ta­licz­ne­go, czło­wiek, któ­ry wzbu­dza ogrom­ne za­cie­ka­wie­nie i wiel­ki po­dziw, bez­wa­run­ko­wo po­świę­cił się stu­dio­wa­niu na uni­wer­sy­te­cie ży­cia. God­ne po­dzi­wu jest to, że po wie­lu la­tach na­uki nadal nie opu­ścił ani jed­ne­go dnia "za­jęć". Nie­zmien­nie zaj­mu­je czo­ło­wą lo­ka­tę.

Aman­cio nig­dy nie wąt­pił, że je­śli chce otrzy­mać dy­plom ukoń­cze­nia uni­wer­sy­te­tu mody, to musi so­bie na to za­słu­żyć, musi się wy­ka­zać co­dzien­ny­mi sta­ra­nia­mi, wy­trwa­ło­ścią i en­tu­zja­zmem. Są to pod­sta­wo­we ce­chy każ­de­go, kto chce spro­stać wy­zwa­niom, ja­kie po­sta­wił przed sobą ten wi­zjo­ner. Czy ktoś po­tra­fił­by od­gad­nąć, że dwu­na­sto­la­tek za­trud­nio­ny w skle­pie odzie­żo­wym sta­nie się twór­cą praw­dzi­wie re­wo­lu­cyj­ne­go biz­ne­su? Wła­śnie w tej prze­ło­mo­wej chwi­li, cho­ciaż nadal trzy­mał mamę za rękę, po­że­gnał się z dzie­ciń­stwem i po­sta­no­wił wspie­rać fi­nan­so­wo ro­dzi­nę, ro­biąc pierw­szy krok w miej­sco­wym biz­ne­sie.

Aman­cio Or­te­ga to czło­wiek skry­ty, o błysz­czą­cych oczach, wil­got­nych od łez na samo wspo­mnie­nie tego, co spo­tka­ło dziec­ko zra­nio­ne przez okrut­ną rze­czy­wi­stość. Tam­ten mały chło­piec nie mógł się po­go­dzić z trud­no­ścia­mi, któ­re do­ty­ka­ły jego bli­skich, wiec ze­brał całą swą od­wa­gę, by po­ko­nać je raz na za­wsze. Z wiel­ką szcze­ro­ścią i pro­sto­tą Aman­cio przy­znał, że nig­dy, na­wet w naj­śmiel­szych snach, nie wy­obra­żał so­bie tego, co mia­ło się wy­da­rzyć w jego ży­ciu po pod­ję­ciu tej doj­rza­łej de­cy­zji.

Dzię­ki niej stał się jed­nym z tych rzad­ko spo­ty­ka­nych w hi­sto­rii lu­dzi, z że­la­zną wolą re­ali­zu­ją­cych za­da­nia - wiel­kie lub małe, bu­du­ją­cych coś wspa­nia­łe­go z wy­da­wa­ło­by się zwy­czaj­nych ce­gieł co­dzien­nych spraw i obo­wiąz­ków. Jak po­wia­da ka­ta­loń­ski pie­śniarz i po­eta Joan Ma­nu­el Ser­rat: "Nie ma dro­gi - bu­du­je­my ją, kie­dy ru­sza­my w po­dróż".

Bez wąt­pie­nia od cza­su, kie­dy za­czął swo­ją ka­rie­rę jako naj­mniej waż­ny pra­cow­nik w skle­pie z ko­szu­la­mi, aż do te­raz, kie­dy jest mul­ti­mi­lio­ne­rem, Aman­cio Or­te­ga od­rzu­cił wie­le moż­li­wo­ści, ja­kie ofe­ru­je ży­cie. Po­sta­no­wił po­świę­cić się cia­łem i du­szą biz­ne­so­wi, w któ­ry nadal jest głę­bo­ko za­an­ga­żo­wa­ny. "Każ­dy ma ja­kiś cel", po­wta­rza cią­gle z prze­ko­na­niem czło­wie­ka ma­ją­ce­go mi­sję do speł­nie­nia. Kie­dy za­czy­nał, pierw­szą ce­głą we wzno­szo­nym przez nie­go wiel­kim gma­chu była po­moc ro­dzi­nie, jed­nak te­raz nie kie­ru­je nim zwy­czaj­na chęć za­ra­bia­nia pie­nię­dzy. Taka mo­ty­wa­cja jest dla nie­go nie­wy­star­cza­ją­ca. Przy­świe­ca mu idea, któ­ra rzu­ca świa­tło na waż­ny aspekt jego bio­gra­fii. "Coś głęb­sze­go zmu­sza mnie do pra­cy i to od tam­te­go dnia, kie­dy by­łem jesz­cze dziec­kiem. Nie cho­dzi o pie­nią­dze, cho­ciaż one też są istot­ne. Są jesz­cze inne, po­wo­li prze­ze mnie od­kry­wa­ne po­wo­dy, wszyst­kie bar­dzo waż­ne, dzię­ki któ­rym nie usta­ję w wy­sił­kach. Rów­nie do­brze mo­głem za­cząć pra­cę póź­niej, w wie­ku 13 lat, kie­dy już mnie za­re­je­stro­wa­li, po­nie­waż wcze­śniej by­łem zbyt mło­dy. Nig­dy nie za­po­mnę pierw­sze­go kon­trak­tu, któ­ry pod­pi­sa­łem z Galą (tak na­zy­wał się sklep, w któ­rym pod­jął wów­czas pra­cę)".

Kie­dy Aman­cio cią­gnie opo­wieść, w jego oczach ma­lu­ją się no­stal­gia i siła, któ­re tak­że mają wpływ na jego oso­bi­sty i za­wo­do­wy suk­ces. Moż­na w nich od­czy­tać, ja­kim jest czło­wie­kiem, dla­cze­go bez wzglę­du na kosz­ty nig­dy nie prze­sta­wał wal­czyć, i od­na­leźć w nich wspo­mnie­nie tych, któ­rzy sta­li u jego boku w ko­lej­nych eta­pach ży­cia.

"Jako dziec­ko nie­na­wi­dzi­łem, kie­dy ze mnie szy­dzo­no. Ma­jąc dzie­więć, dzie­sięć, je­de­na­ście lat, pod­cho­dzi­łem do wszyst­kie­go bar­dzo emo­cjo­nal­nie, wszyst­ko sil­nie prze­ży­wa­łem. Nig­dy nie pod­no­si­łem gło­su, po­nie­waż nie chcia­łem, by inni czu­li się prze­ze mnie źle. Mu­szę przy­znać, że by­łem bar­dzo dum­ny. Ja­kiś czas póź­niej, gdy pra­co­wa­łem już w La Maja (w ko­lej­nym skle­pie, w któ­rym zo­stał za­trud­nio­ny), bar­dziej luk­su­so­wym niż po­przed­nie miej­sce, prze­cha­dza­łem się kie­dyś po La Co­ru­?a z cór­ką jed­ne­go z klien­tów, dość za­moż­ną oso­bą. Wy­glą­da­ło na to, że za­ko­cha­ła się w zwy­kłym su­biek­cie - in­ny­mi sło­wy, we mnie. Było to na­wet miłe.

Pew­ne­go dnia mat­ka dziew­czy­ny przy­szła do skle­pu i spy­ta­ła sze­fa, gdzie jest jego syn, Aman­cio. Oczy­wi­ście szef od­po­wie­dział, że nie je­stem jego sy­nem, na co ko­bie­ta za­re­ago­wa­ła nie­za­do­wo­le­niem. Jak to, tyl­ko dla­te­go, że by­łem je­dy­nie po­moc­ni­kiem sprze­daw­cy, a nie sy­nem wła­ści­cie­la? Bar­dzo mną to wstrzą­snę­ło. Kie­dy wspo­mi­nam tam­te cza­sy, wy­da­je mi się, że bo­ga­ci lu­dzie byli wte­dy zu­peł­nie inni, nie za­cho­wy­wa­li się tak, jak, we­dług mnie, po­win­na za­cho­wy­wać się oso­ba za­moż­na. Bar­dziej się izo­lo­wa­li, za­zdro­śnie strze­gli swo­ich pie­nię­dzy i na­wet je­śli nie było ich aż tak dużo, czu­li się przez nie wy­jąt­ko­wi. Ten in­cy­dent spra­wił, że bar­dzo cier­pia­łem; było to dla na­sto­lat­ka cięż­kie prze­ży­cie. Od tam­te­go dnia aż do tej chwi­li za­wsze sta­ra­łem się li­czyć z uczu­cia­mi in­nych lu­dzi i ochro­nić mo­ich bli­skich przed cier­pie­niem, któ­re sta­ło się moim udzia­łem".

Po­mi­mo tej hi­sto­rii Or­te­ga nie za­po­mi­nał o swo­ich pla­nach i nig­dy nie po­my­ślał o stu­dio­wa­niu dla sa­me­go zdo­by­cia ty­tu­łu, jak to bywa cza­sem wśród osób wy­wo­dzą­cych się z in­nych klas spo­łecz­nych. Był sku­pio­ny na osią­gnię­ciu celu: "Nie mia­łem cza­su na na­ukę, po­nie­waż cią­gle pra­co­wa­łem. Moje wy­obra­że­nie tego, co chcę zro­bić, sta­wa­ło się co­raz wy­raź­niej­sze, więc nie mo­głem się za­trzy­mać, do chwi­li aż prze­ka­żę swo­ją ideę in­nym, któ­rzy będą za­an­ga­żo­wa­ni w jej re­ali­za­cję. Tak na­praw­dę ża­łu­ję tyl­ko jed­ne­go - że nig­dy nie na­uczy­łem się ję­zy­ka an­giel­skie­go, po­nie­waż w dzi­siej­szych cza­sach to pod­sta­wa. Mogę jed­nak ten brak nad­ro­bić, słu­cha­jąc in­nych i ucząc się od lu­dzi, któ­rzy mnie ota­cza­ją".

Spo­sób, w jaki o tym mówi, robi wra­że­nie. Słu­cha­cze w szko­łach biz­ne­su wręcz go ubó­stwia­ją. Dla biz­nes­me­nów, któ­rzy po­świę­ci­li cen­ne lata ży­cia, przy­go­to­wu­jąc się do tego, co ich cze­ka w przy­szło­ści, Aman­cio po­zo­sta­je wiel­ką ta­jem­ni­cą. W pro­stych sło­wach stwier­dza, że pod­sta­wą jego za­wo­do­we­go kształ­ce­nia było ży­cie i sama pra­ca. Czu­je się wręcz w obo­wiąz­ku, by opi­sać, jak dzi­siej­szy Or­te­ga róż­ni się od tego mło­de­go po­moc­ni­ka sprze­daw­cy, któ­ry nie ak­cep­to­wał nie­spra­wie­dli­wo­ści i któ­ry nig­dy nie pod­da­wał się prze­ciw­no­ściom losu.

"Za­pew­niam, że wła­ści­wie w ogó­le się nie zmie­ni­łem. Mój spo­sób my­śle­nia jest taki sam jak kie­dyś. Li­czy się to, by po­sta­wić so­bie w ży­ciu ja­kiś cel i po­świę­cić wszyst­ko, co się ma, by go osią­gnąć. Od kie­dy za­czą­łem pra­co­wać, by­łem owład­nię­ty jed­ną my­ślą - dla­cze­go nie mogę wy­na­leźć cze­goś no­we­go, zmie­nić ryn­ku? Wie­dzia­łem bar­dzo do­brze, że chcę za­peł­nić wol­ną prze­strzeń, któ­ra ist­nia­ła w prze­my­śle odzie­żo­wym. Nie je­stem w sta­nie do­brze opi­sać idei, któ­ra mi wów­czas przy­świe­ca­ła, ale po­sta­no­wi­łem pod­dać się temu im­pul­so­wi i ra­zem z bra­tem An­to­niem za­ło­ży­łem GOA. Otwo­rzy­li­śmy kon­to ban­ko­we z sumą 2500 pe­set (obec­nie by­ło­by to mniej niż 20 euro). Bra­to­wa, któ­ra po­tra­fi­ła szyć, oraz moja ów­cze­sna żona Ro­sa­lia pro­du­ko­wa­ły pi­ko­wa­ne szla­fro­ki, któ­re wte­dy były bar­dzo mod­ne".

Po­śród wie­lu roz­mów i spo­tkań z Aman­ciem Or­te­gą był jesz­cze je­den mo­ment, któ­ry okre­śla go jako wy­jąt­ko­we­go czło­wie­ka, oczy­wi­ście nie­po­zba­wio­ne­go wad i za­let, ja­kie zda­rza­ją się in­nym śmier­tel­ni­kom. Kie­dy roz­ma­wia­li­śmy o in­tu­icji, dzię­ki któ­rej wpro­wa­dził od­mien­ny styl pra­cy, za­py­ta­łam go, w jaki spo­sób ob­my­ślał In­di­tex, fir­mę, któ­rą prze­kształ­cił w naj­więk­szą gru­pę odzie­żo­wą na świe­cie. Jego fi­lo­zo­fia i moc­ne za­sa­dy po­brzmie­wa­ją w każ­dym zda­niu, któ­re wy­po­wia­da. Mówi bez po­śpie­chu, z na­my­słem. Mo­ty­wy, któ­ry­mi kie­ro­wał się w ży­ciu, są dla nie­go ja­sne.

"Od sa­me­go po­cząt­ku po­świę­ci­łem wszyst­ko dla pra­cy, bez wzglę­du na to, jak wie­le ode mnie wy­ma­ga­ła. Nig­dy nie by­łem do koń­ca za­do­wo­lo­ny z tego, co ro­bię, i sta­ra­łem się wpa­jać tę za­sa­dę lu­dziom, z któ­ry­mi pra­co­wa­łem. Sa­mo­za­do­wo­le­nie to nie­bez­piecz­na pu­łap­ka, je­śli chce się do­ko­nać cze­goś waż­ne­go. W na­szej fir­mie sta­ra­my się nig­dy nie spo­czy­wać na lau­rach, ani wte­dy, kie­dy sta­wia­li­śmy pierw­sze kro­ki, ani obec­nie, kie­dy mamy skle­py na ca­łym świe­cie. Śle­py opty­mizm to błąd. Na­le­ży za­wsze sta­rać się ro­bić coś le­piej i nig­dy nie tra­cić umie­jęt­no­ści sa­mo­kry­ty­cy­zmu. Czu­łem, że je­śli mamy od­nieść suk­ces, mu­si­my się roz­wi­jać. Przy­znam jed­nak, że ten biz­nes wca­le nie jest tak skom­pli­ko­wa­ny, na jaki wy­glą­da. Bar­dzo ła­two się go pro­wa­dzi".

At­mos­fe­ra to­wa­rzy­szą­ca tym zwie­rze­niom ośmie­li­ła mnie i nie mo­głam się oprzeć po­ku­sie, by do­wie­dzieć się wię­cej o im­pe­rium i "im­pe­ra­to­rze". Tyl­ko słu­cha­jąc sa­me­go Aman­cia, moż­na le­piej zro­zu­mieć to, co wie­my o nim i In­di­tek­sie dzi­siaj. Cof­nij­my się więc w cza­sie, by prze­śle­dzić pierw­sze lata ży­cia tego czło­wie­ka.

Po­zna­jąc jego ko­rze­nie

Wie­le osób uwa­ża, że Aman­cio Or­te­ga, zwią­za­ny z przy­ląd­kiem Fi­ster­re, uro­dził się w Ga­li­cji. Przy­cho­dzi nam do gło­wy ob­raz mgli­ste­go po­ran­ka na wy­brze­żu za­miesz­ka­łym przez zbie­ra­czy mał­ży i ry­ba­ków. Ich ko­bie­ty zo­sta­wa­ły w domu, zaj­mu­jąc się szy­ciem dla drob­ne­go przed­się­bior­cy, któ­ry póź­niej sta­nie się sław­ny. Wy­da­je się na­tu­ral­ne, że męż­czy­zna, bę­dą­cy siłą na­pę­do­wą im­pe­rium przy­po­mi­na­ją­ce­go to szes­na­sto­wiecz­ne z cza­sów kró­la Fi­li­pa II, "nad któ­rym słoń­ce nig­dy nie za­cho­dzi", żył i pra­co­wał od dzie­ciń­stwa na za­chod­nim krań­cu Hisz­pa­nii ni­czym syn tej zie­mi.

Za­cho­wa­ło się nie­wie­lu świad­ków, ale we­dług do­ku­men­tów Aman­cio Or­te­ga uro­dził się we wsi Bus­don­go de Ar­bás, w pro­win­cji León le­żą­cej na po­łu­dnio­wym sto­ku prze­łę­czy Pa­ja­res. Licz­ba miesz­kań­ców wy­no­si 1300, znaj­du­je się tam ko­pal­nia wę­gla i fa­bry­ka ce­men­tu. Ci, któ­rzy po­szu­ki­wa­li ko­rze­ni Or­te­gi, twier­dzą, że przy­szedł na świat 28 mar­ca 1936 roku, kil­ka mie­się­cy przed wy­bu­chem hisz­pań­skiej woj­ny do­mo­wej, że jego rów­no­lat­kiem jest pe­ru­wiań­ski pi­sarz, Ma­rio Var­gas Llo­sa, i po­da­ją jesz­cze inne do­mnie­ma­ne fak­ty, któ­re wpra­wia­ją Aman­cia w roz­ba­wie­nie. Po­wie­dział mi z naj­praw­dziw­szą dumą i po­dzi­wem, że jego oj­ciec był ko­le­ja­rzem po­cho­dzą­cym z Val­la­do­lid. "Kie­dy się uro­dzi­łem, wy­sła­no go do tej wsi jako mon­te­ra; jego pra­ca po­le­ga­ła na spraw­dza­niu zwrot­nic i to­rów ko­le­jo­wych. Oj­ciec był bar­dzo gor­li­wym pra­cow­ni­kiem".

Pa­mięć o ojcu jest bar­dzo żywa; pod jego wpły­wem kształ­to­wał się cha­rak­ter Aman­cia. Kie­dy pew­ne­go razu Or­te­ga mu­siał od­wo­łać na­sze spo­tka­nie z po­wo­du nie­prze­wi­dzia­nych oko­licz­no­ści, prze­pra­szał mnie kil­ka­krot­nie. Gdy stwier­dzi­łam: "Prze­stań, Aman­cio, to się zda­rza każ­de­mu, nie ma spra­wy", od­parł, że dla jego ojca, ko­le­ja­rza, punk­tu­al­ność była waż­nym aspek­tem co­dzien­nej pra­cy i tę za­sa­dę wpo­ił swo­jej ro­dzi­nie. "Nie lu­bię od­wo­ły­wać spo­tkań, a jesz­cze bar­dziej nie lu­bię się spóź­niać. Ta­kiej wła­śnie obo­wiąz­ko­wo­ści, oprócz in­nych rze­czy, na­uczy­łem się od ojca".

Nie­dłu­go po­tem, kie­dy Aman­cio miał tyl­ko trzy mie­sią­ce, ro­dzi­na prze­nio­sła się do To­lo­sy, mia­stecz­ka sły­ną­ce­go z wy­twór­ni pa­pie­ru, po­ło­żo­ne­go kil­ka ki­lo­me­trów od San Se­ba­sti­án. Wy­raź­nie pa­mię­ta ro­dzin­ną wio­skę mat­ki, Va­lo­ria la Bu­ena, gdzie spę­dza­li wa­ka­cje i Wiel­ki Ty­dzień. Wspo­mnie­nia o tych cza­sach są tak do­bre, a po­dziw dla mat­ki tak duży, że Aman­cio na­zwał swój jacht od miej­sca uro­dzin Jo­se­fy - "Va­lo­ria". Lata spę­dzo­ne w Kra­ju Ba­sków i ob­ra­zy z okre­su dzie­ciń­stwa po­zo­sta­wi­ły śla­dy, któ­re cią­gle mu to­wa­rzy­szą: szko­ła pro­wa­dzo­na przez mni­chów, gdzie po­bie­rał na­uki, wy­pa­dy do sa­dów, gdzie ra­zem z in­ny­mi chłop­ca­mi kradł jabł­ka i grusz­ki, ty­po­we wiej­skie psi­ku­sy, na wspo­mnie­nie któ­rych wy­bu­cha gło­śnym śmie­chem.

W sierp­niu 1944 roku oj­ciec Aman­cia zo­stał prze­nie­sio­ny do La Co­ru­?a, gdzie bu­do­wa­no nową li­nię ko­le­jo­wą z San­tia­go do Za­mo­ry. Or­te­ga, wte­dy ośmio­let­ni, wspo­mi­na, jak trud­ny był to okres dla Hisz­pa­nii. Pa­mię­ta, że w domu nig­dy nie roz­ma­wia­ło się na ten te­mat. "Kie­dy wy­bu­chła woj­na, ro­dzi­ce miesz­ka­li w ma­łej wio­sce, gdzie żyli i umie­ra­li ich przy­ja­cie­le, a ta­kie spra­wy zmie­nia­ją czło­wie­ka".

W 1960 roku oj­ciec zo­stał awan­so­wa­ny na sze­fa bry­ga­dy i do­stał na­gro­dę za do­bre wy­ni­ki w pra­cy, a w 1971 roku awan­so­wał na jesz­cze wyż­sze sta­no­wi­sko. Po­sta­no­wił jed­nak przejść na eme­ry­tu­rę i ra­zem z żoną cie­szyć się do­ko­na­nia­mi dzie­ci. Dla Aman­cia to bar­dzo waż­ne, że dzię­ki jego pra­cy ro­dzi­ce mo­gli prze­żyć kil­ka lat w spo­ko­ju i do­bro­by­cie, ja­kie so­bie dla nich wy­ma­rzył. Nie opusz­cza­ło go bo­wiem wspo­mnie­nie tego strasz­ne­go po­po­łu­dnia, kie­dy do­tar­ła do nie­go bru­tal­na praw­da, że ro­dzi­na żyje w nie­do­stat­ku. Wy­raź­nie, ni­czym oglą­da­ne na ru­cho­mych ob­raz­kach, po­ja­wia­ją się w jego pa­mię­ci po­cząt­ki pra­cy w skle­pie z ko­szu­la­mi. Twier­dzi, że to nie było trud­ne za­ję­cie i z przy­jem­no­ścią wra­ca do tam­tych chwil. "Jak mo­żesz się do­my­ślać, by­łem ta­kim chło­pacz­kiem do wszyst­kie­go. Sprzą­ta­łem sklep, pa­ko­wa­łem to­war i zaj­mo­wa­łem się klien­ta­mi, kie­dy w skle­pie pa­no­wał ruch. Wy­da­je się, że klien­ci wspo­mi­na­li o mnie wła­ści­cie­lo­wi, po­nie­waż za­uwa­ży­li, że bar­dzo po­waż­nie trak­to­wa­łem pra­cę i by­łem obo­wiąz­ko­wy. Lu­bi­łem swo­je za­ję­cie i chęt­nie się uczy­łem".

Po otwar­ciu trzy­ty­sięcz­ne­go skle­pu szef In­di­tek­su po­wie­dział mi, iż za­wsze zda­wał so­bie spra­wę, że nig­dy nie moż­na za­po­mi­nać o klien­cie. Świet­nie ra­dził so­bie w biz­ne­sie ko­szu­lo­wym, po­nie­waż umiał za­jąć się klien­ta­mi, któ­rzy przy­cho­dzi­li do skle­pu. Ten po­waż­ny, cięż­ko pra­cu­ją­cy chło­pak, któ­ry za­wsze chęt­nie wszyst­kim po­ma­gał, jest do­kład­nie taki sam dzi­siaj, ma­jąc 75 lat. Chęt­nie wes­prze każ­de­go, kto po­trze­bu­je jego rady lub opi­nii.

Kie­dy za­dzwo­ni­łam do nie­go 28 mar­ca 2008 roku, żeby zło­żyć ży­cze­nia uro­dzi­no­we, oka­za­ło się, jak zwy­kle, że pra­cu­je. Ucie­szył się, że o nim pa­mię­ta­łam, a kie­dy spy­ta­łam: "Aman­cio, co ro­bisz w ta­kim dniu w fir­mie, za­miast świę­to­wać swo­je uro­dzi­ny w domu?", usły­sza­łam tę samą od­po­wiedź, co za­wsze. "Mam sie­dzieć w domu? Ro­bię to, co zwy­kle - pra­cu­ję. Mu­szę jed­nak przy­znać, że dzi­siaj przy­je­cha­łem nie­co póź­niej. Jak wiesz, śnia­da­nie jest dla mnie za­wsze naj­waż­niej­sze, naj­pierw jem ra­zem z ro­dzi­ną, a po­tem prze­gry­zam coś w to­wa­rzy­stwie przy­ja­ciół. Nie trze­ba dużo, że­bym czuł się szczę­śli­wy".

"Czy po­pro­si­łeś o coś spe­cjal­ne­go na uro­dzi­ny?"

"Po­pro­si­łem tyl­ko Boga, żeby dał mi zdro­wie, bym miał siły da­lej dzia­łać", od­parł.

Przed za­ło­że­niem wła­snej fir­my, ma­jąc sie­dem­na­ście lat, Aman­cio od­szedł z pierw­szej pra­cy i zo­stał asy­sten­tem sprze­daw­cy w La Maja, dość du­żym przed­się­bior­stwie. Fir­ma skła­da­ła się z kil­ku dzia­łów, w któ­rych pra­co­wa­li jego star­szy brat An­to­nio i sio­stra Pe­pi­ta. Kie­dy oka­za­ło się, że Aman­cio, czy­niąc po­stę­py w pra­cy, dzię­ki ce­chom, któ­re uczy­ni­ły z nie­go sku­tecz­ne­go biz­nes­me­na, zo­stał awan­so­wa­ny na kie­row­ni­ka, jego miej­sce za­ję­ła szes­na­sto­let­nia dziew­czy­na, Ro­sa­lía Mera Goy­ene­chea, któ­rą po­ślu­bił dwa lata póź­niej.

Wła­ści­cie­le La Maja zwra­ca­li dużą uwa­gę na po­my­sły mło­de­go Or­te­gi. Za­pro­po­no­wał on na przy­kład, że zaj­mie się pro­duk­cją ubrań w fa­bry­ce na­le­żą­cej do skle­pu - mia­ła je szyć Pri­mi­ti­va, żona bra­ta An­to­nia, z za­wo­du kraw­co­wa. Efek­ty oka­za­ły się na tyle za­do­wa­la­ją­ce, że Aman­cio zre­zy­gno­wał z pra­cy, by na sta­łe za­jąć się pro­duk­cją. W cią­gu dzie­się­ciu lat do­świad­czeń za­wo­do­wych na­wią­zał kon­tak­ty z ka­ta­loń­ski­mi pro­du­cen­ta­mi tka­nin, któ­rzy za­czę­li udzie­lać mu zni­żek na to­wa­ry i ze­brał cał­kiem licz­ne gro­no wła­snych klien­tów.

Tak wy­po­sa­żo­ny, ma­jąc na kon­cie 2500 pe­set, w 1963 roku otwo­rzył wła­sną fir­mę GOA Con­fec­cio­nes. Na­zwę utwo­rzy­ły ini­cja­ły: pierw­sze i ostat­nie li­te­ry imion jego i jego bra­ta oraz pierw­sza li­te­ra ich na­zwi­ska. To­wa­rzy­szy­ła mu żona, jej ro­dzeń­stwo, a tak­że wiel­ki przy­ja­ciel ro­dzi­ny, han­dlo­wiec José Ca­?as, przy­szły twór­ca fir­my Ca­ra­me­lo.

Na po­czą­tek za­ło­ży­li skrom­ny warsz­tat i sku­pi­li się na szy­ciu słyn­nych ko­bie­cych pi­ko­wa­nych szla­fro­ków, któ­re sprze­da­wa­ły się le­piej, niż prze­wi­dy­wa­li. Kie­dy oka­za­ło się, że in­we­sty­cja się zwró­ci­ła i warsz­tat przy­no­si zy­ski, Or­te­ga skon­cen­tro­wał się na wy­twa­rza­niu odzie­ży, któ­rą sprze­da­wał po­śred­ni­kom. Uda­ło mu się na­wet wy­słać część pro­duk­cji na eks­port. Dzie­sięć lat póź­niej, kie­dy za­trud­niał już 500 osób, prze­jął rów­nież za­opa­trze­nie oraz dys­try­bu­cję i za­trud­nił ze­spół pro­jek­tan­tów. Go­tów był zro­bić ko­lej­ny krok ku ogni­wu w łań­cu­chu, któ­rym jesz­cze się nie zaj­mo­wał, czy­li sprze­da­ży de­ta­licz­nej.

Otwar­cie w 1975 roku w La Co­ru­?a pierw­sze­go skle­pu Zary było uko­ro­no­wa­niem sys­te­mu pio­no­wej struk­tu­ry, sta­no­wią­cej fe­no­men w świe­cie eu­ro­pej­skie­go prze­my­słu odzie­żo­we­go tam­tych cza­sów. Do­wie­dzia­łam się od pew­nej oso­by, któ­ra pra­co­wa­ła w warsz­ta­cie tego ro­dzin­ne­go przed­się­wzię­cia, że twór­ca po­wsta­ją­ce­go im­pe­rium pra­co­wał wte­dy non stop, by roz­wi­nąć nowo po­wsta­łą mar­kę Zara na całą Ga­li­cję. Utwo­rzył inne fir­my od­po­wie­dzial­ne za róż­ne eta­py pro­duk­cyj­ne i ze­brał ka­pi­tał, dzię­ki któ­re­mu lata póź­niej zmie­nił ma­rze­nia w rze­czy­wi­stość. "Jak za­uwa­żysz, nie mam wła­sne­go biu­ra", po­wie­dział mi Aman­cio pod­czas jed­nej z na­szych roz­mów. "Nig­dy go nie mia­łem. To nie pa­pier­ko­wa ro­bo­ta, to ro­bo­ta w fa­bry­ce". Oka­za­ło się to praw­dą, bo wła­śnie w taki spo­sób go po­zna­łam, kie­dy wy­ło­nił się spo­za zwi­sa­ją­cych ubrań, po­ru­sza­ją­cych się na ka­ru­ze­li w ma­ga­zy­nie dys­try­bu­cyj­nym.

Aman­cio ma swo­je przy­zwy­cza­je­nia. Oto jak opi­su­je na­wy­ki, któ­rych na­był przez lata. "Naj­bar­dziej lu­bię spę­dzać czas w stre­fie pro­jek­tów. Od za­wsze ota­cza­łem się oso­ba­mi kre­atyw­ny­mi, za­zwy­czaj mło­dy­mi, by wy­słu­chi­wać ich pro­po­zy­cji; in­te­re­su­ją mnie lu­dzie, któ­rzy po­dró­żu­ją po świe­cie, po­tra­fią wy­ła­pać tren­dy w me­diach, nie tyl­ko zwią­za­ne z modą, ale ogól­nie ze sty­lem ży­cia. Moż­na się wie­le od nich na­uczyć. Je­śli chcą po­znać moją opi­nię, to ją przed­sta­wiam, ale są świet­ny­mi pro­fe­sjo­na­li­sta­mi i zna­ją się na tym, czym się zaj­mu­ją".

Przedmowa

Co­va­don­ga O'Shea we­szła do mo­je­go ga­bi­ne­tu na Wy­dzia­le Mody w Par­sons The New Scho­ol for De­sign w No­wym Jor­ku, ema­nu­jąc do­sko­na­łym sty­lem i bły­sko­tli­wą in­te­li­gen­cją. Była szy­kow­na, ele­ganc­ka i wy­ra­fi­no­wa­na - od razu wie­dzia­łem, że z taką ko­bie­tą na­sza szko­ła na pew­no ze­chce pra­co­wać. Od tego cza­su na­sze dro­gi prze­ci­na­ły się wie­lo­krot­nie, mię­dzy in­ny­mi za­pro­si­ła mnie, bym po­pro­wa­dził wy­kła­dy w kie­ro­wa­nej przez nią w Ma­dry­cie ISEM Fa­shion Bu­si­ness Scho­ol na stu­diach po­dy­plo­mo­wych. Po każ­dym spo­tka­niu z Co­va­don­gą O'Shea rósł mój sza­cu­nek do jej po­glą­dów na te­mat ogól­no­świa­to­we­go prze­my­słu odzie­żo­we­go. Nie dzi­wię się więc, że za­mknię­ty do­tych­czas świat Zary otwo­rzył się przed nią, kie­dy spi­sy­wa­ła hi­sto­rię tej fir­my.

Wie­le lat wcze­śniej, gdy pra­co­wa­łem jako pro­jek­tant mody w Lon­dy­nie, waż­nym przy­stan­kiem w na­szych pa­ry­skich wę­drów­kach ba­daw­czych był sklep Zary po­ło­żo­ny nie­da­le­ko Ope­ry Pa­ry­skiej. Spraw­dza­li­śmy, w jaki spo­sób mar­ka in­ter­pre­tu­je naj­waż­niej­sze tren­dy. Zna­li­śmy oczy­wi­ście ofer­tę se­zo­no­wą in­nych skle­pów, ale Zara za­wsze nas za­ska­ki­wa­ła. Ko­le­dzy od­wie­dza­ją­cy sklep kil­ka ty­go­dni póź­niej oglą­da­li już zu­peł­nie inny asor­ty­ment. Nie mo­gli­śmy zro­zu­mieć, w jaki spo­sób do­ko­ny­wa­ła się tak szyb­ka zmia­na.

Wie­le osób kry­ty­ku­je to, że z każ­dym no­wym se­zo­nem wpro­wa­dza się inne ko­lo­ry, syl­wet­ki i dłu­go­ści. Gdy­by jed­nak nie prze­lot­ność tren­dów, kon­tro­le­rzy ja­ko­ści w fa­bry­kach w In­diach, po­moc­ni­cy sprze­daw­ców w An­glii, tech de­si­gne­rzy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, de­ko­ra­to­rzy wy­staw w Hisz­pa­nii, dzie­wia­rze w Taj­lan­dii, kraw­co­we w Mek­sy­ku i ty­sią­ce in­nych osób za­trud­nio­nych w prze­my­śle odzie­żo­wym nie mia­ło­by pra­cy.

Oczy­wi­ście, moda to rów­nież mnó­stwo przy­jem­no­ści. Klient­ka, któ­ra wy­bie­ra wspa­nia­łą suk­nię na przy­ję­cie, pro­jek­tant wy­my­śla­ją­cy nowe nie­sa­mo­wi­te kre­acje - tak wy­peł­nia się pod­sta­wo­wa po­trze­ba spo­łecz­na: by w ubra­niu wy­glą­dać i czuć się do­brze.

W swo­jej książ­ce Co­va­don­ga O'Shea śle­dzi po­cząt­ki Zary, opi­su­jąc, jak fir­ma sta­ła się glo­bal­ną po­tę­gą na ryn­ku mody i, co rów­nie istot­ne, w jaki spo­sób uda­je się jej tak szyb­ko re­ago­wać na świa­to­we tren­dy. Wpraw­dzie moż­na by dys­ku­to­wać o rów­no­wa­dze eko­no­micz­nej zwią­za­nej ze sta­le zmie­nia­ją­cą się modą (fast fa­shion), fak­tem jed­nak jest, że dzię­ki mar­kom ta­kim jak Zara mi­lio­ny lu­dzi, któ­rzy nie mogą so­bie po­zwo­lić na kre­acje hau­te co­utu­re, mają do­bre sam­po­czu­cie.

Po­zna­jąc hi­sto­rię Zary moż­na się wie­le na­uczyć, a Co­va­don­ga O'Shea przed­sta­wia ją w spo­sób prze­my­śla­ny i in­te­li­gent­ny.

Si­mon Col­lins

Dzie­kan Wy­dzia­łu Mody w Par­sons the New Scho­ol for De­sign w No­wym Jor­ku

1. Moje spotkanie z Amanciem Ortegą

"Pro­szę mi mó­wić Or­te­ga, obej­dzie­my się bez ce­re­mo­nii"

Pierw­sze wra­że­nia zwią­za­ne z dłu­go ocze­ki­wa­ną wi­zy­tą, za­pla­no­wa­ną, by po­znać nie­zwy­kłe mia­sto lub oso­bę, za­pi­sa­ne są w kon­kret­ny spo­sób na twar­dym dys­ku pa­mię­ci w na­szej gło­wie. Po­zo­sta­ją bar­dzo wy­raź­ne, nie­zmie­nio­ne mimo upły­wa­ją­ce­go cza­su i ty­się­cy spraw, któ­re wy­da­rza­ją się w ży­ciu. Tak wła­śnie sta­ło się w dniu, kie­dy po­zna­łam Aman­cia Or­te­gę. Było to nie­mal 15 lat temu, pierw­sze­go grud­nia, na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Przed­sta­wię tło tego wy­da­rze­nia, by dać peł­niej­szy ob­raz.

Pra­co­wa­łam wte­dy jako sze­fo­wa "Te­lvy", czo­ło­we­go hisz­pań­skie­go ma­ga­zy­nu mo­do­we­go, bę­dą­ce­go za­wsze na bie­żą­co w spra­wach tren­dów i wy­da­rzeń na tym ryn­ku. Czę­sto ro­bi­łam in­te­re­sy i spo­ty­ka­łam się z naj­lep­szy­mi pro­jek­tan­ta­mi z Pa­ry­ża, Me­dio­la­nu, No­we­go Jor­ku i Lon­dy­nu, miast, któ­re od­wie­dza­łam co naj­mniej dwa razy do roku, by obej­rzeć naj­now­sze ko­lek­cje. Nie mu­szę też do­da­wać, że moż­na mnie było spo­tkać w ma­dryc­kim Ci­be­les i bar­ce­loń­skim Gau­dí, gdzie od­by­wa­ły się je­sien­ne i wio­sen­ne po­ka­zy mody hisz­pań­skiej. W stycz­niu i lip­cu to Pa­ryż za­ska­ki­wał świat swo­ją wy­kład­nią es­te­ty­ki hau­te co­utu­re. Eks­plo­zja kre­atyw­no­ści i fan­ta­zji była prze­ka­zy­wa­na w spo­sób jak naj­bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ny, cha­rak­te­ry­zu­ją­cy się roz­po­zna­wal­nym bla­skiem fran­cu­skiej mody, któ­ra wy­zna­cza­ła stan­dar­dy od po­cząt­ku XX wie­ku do lat sześć­dzie­sią­tych - stan­dar­dy przyj­mo­wa­ne przez eli­ty we wszyst­kich naj­więk­szych sto­li­cach mody.

W tam­tym cza­sie ka­rie­ra Zary na­bie­ra­ła roz­pę­du, pro­wo­ku­jąc roz­ma­ite py­ta­nia. Co kry­je się za tym fe­no­me­nem, któ­ry ma­gne­tycz­nie przy­cią­gał nie­wol­ni­ków mody w la­tach osiem­dzie­sią­tych i na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych? Jak okre­ślić styl ubio­ru, któ­ry nie ruj­nu­je kie­sze­ni, do któ­re­go tak do­brze pa­su­ją okre­śle­nia: nie­sta­ły, jed­no­ra­zo­wy, zmien­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla spo­łe­czeń­stwa kon­sump­cyj­ne­go, przez któ­re wszy­scy zo­sta­li­śmy wchło­nię­ci? Ja­kie było źró­dło suk­ce­su sty­lu łą­czą­ce­go nie­złą ja­kość i sen­sow­ną cenę z wy­raź­ny­mi ce­cha­mi de­si­gnu z gór­nej pół­ki? "Ten Ar­ma­ni wy­glą­da, jak­by zo­stał zro­bio­ny spe­cjal­nie dla cie­bie", po­wie­dział mi kie­dyś znaw­ca w tej dzie­dzi­nie, eks­pert od luk­su­so­wych ma­rek, prze­ko­na­ny, że ma ra­cję, kie­dy zo­ba­czył mnie ubra­ną w ża­kiet z Zary, nie­na­gan­nie skro­jo­ny i uszy­ty z tka­ni­ny cha­rak­te­ry­stycz­nej dla tego wspa­nia­łe­go pro­jek­tan­ta. Ża­kiet ten był pierw­szym ubra­niem, ja­kie ku­pi­łam w Za­rze, skle­pie, któ­ry miał się stać dla mnie i dla wie­lu in­nych ko­biet jed­nym z ulu­bio­nych.

Bar­dzo szyb­ko roz­po­zna­wal­na czar­na tor­ba z ciem­ny­mi li­te­ra­mi w pia­sko­wym od­cie­niu, któ­re skła­da­ły się na na­zwę bę­dą­cą logo, po­ja­wi­ła się na uli­cach naj­więk­szych eu­ro­pej­skich miast. Ko­bie­ty po­dą­ża­ją­ce śle­po za tren­da­mi i sty­li­ści z mię­dzy­na­ro­do­wych ma­ga­zy­nów mody no­si­li ją z taką samą pew­no­ścią sie­bie, z jaką po­ka­zy­wa­li świa­tu naj­now­sze pro­jek­ty od Pra­dy, Guc­cie­go czy Dio­ra. Naj­bar­dziej za­dzi­wia­ją­ca była umie­jęt­ność, z jaką słyn­ne ko­bie­ty, uwa­ża­ne za iko­ny sty­lu, za­czę­ły lan­so­wać nowy spo­sób ubio­ru: łą­cze­nie luk­su­so­wych ma­rek z ba­zo­wy­mi ciu­cha­mi z Zary. Na­śla­do­wał to póź­niej cały świat. Na­wet roz­kła­dów­ki w ma­ga­zy­nach ta­kich, jak "Te­lva", "Elle", "Ma­rie Cla­ire" czy "Vo­gue" pu­bli­ko­wa­ły zdję­cia wy­zna­cza­ją­cych tren­dy pań w ubra­niach tej mar­ki. I znów, ni­czym pies goń­czy, za­czę­łam po­szu­ki­wać przy­czyn tego fe­no­me­nu, któ­ry na do­da­tek ota­czał nimb do­my­słów i ta­jem­ni­czo­ści. Twier­dzo­no, że Zara była oskar­ża­na o ko­pio­wa­nie, pla­giat naj­bar­dziej wy­bi­ja­ją­cych się tren­dów każ­de­go se­zo­nu. Mó­wi­ło się o pra­niu brud­nych pie­nię­dzy, po­dej­rza­nych in­te­re­sach i dziw­nych se­kre­tach, po­ja­wia­ły się też plot­ki o męż­czyź­nie bez twa­rzy, o któ­rym nig­dy nie pi­sa­no w me­diach, kimś, kogo na­zwi­sko zna­no, ale nic poza tym. Mno­ży­ły się po­gło­ski o dzi­wa­ku, któ­ry za­czął in­te­re­sy na po­cząt­ku lat sześć­dzie­sią­tych od szy­cia pi­ko­wa­nych szla­fro­ków i nie­ocze­ki­wa­nie pod­bił naj­trud­niej­sze ryn­ki odzie­żo­we świa­ta.

Co tak na­praw­dę dzia­ło się na przy­ląd­ku Fi­ster­ra sły­ną­cym z le­gend o wiedź­mach wy­ła­nia­ją­cych się z mgieł ota­cza­ją­cych Wy­brze­że Śmier­ci? Fi­ster­ra leży na ska­li­stym Co­sta da Mor­te (po ga­li­cyj­sku: Wy­brze­że Śmier­ci), na­zwa­nym tak z po­wo­du ukształ­to­wa­nia li­nii brze­go­wej i czę­stych za­ła­mań po­go­dy, bę­dą­cych przy­czy­ną za­to­nię­cia wie­lu stat­ków. Jak mamy od­kryć praw­dę o wy­da­rze­niach w tej czę­ści pół­noc­no-wschod­niej Hisz­pa­nii, z któ­rej wy­wo­dzi się wie­lu guru mody, mię­dzy in­ny­mi bra­cia Adol­fo i Ja­vier Do­mín­gu­ez, An­to­nio Per­nas, Ro­ber­to Ve­ri­no, Kina Fer­nán­dez i Ca­ra­me­lo, przez co za­czę­to na­wet mó­wić o "ga­li­cyj­skiej mo­dzie".

O wy­ja­śnie­nie tej spra­wy po­pro­si­łam świet­ną dzien­ni­kar­kę z "Te­lvy". Mia­ła szó­sty zmysł, du­szę tro­pi­cie­la i wiel­ki dar do pra­cy bę­dą­cej po­łą­cze­niem żmud­ne­go śledz­twa i do­cie­kań ro­dem z po­wie­ści de­tek­ty­wi­stycz­nych, któ­re to ce­chy oka­za­ły się bar­dzo przy­dat­ne. Wró­ci­ła z wi­zy­ty w Ar­te­ixo bar­dzo pod­nie­co­na do­ko­na­ny­mi od­kry­cia­mi, a tak­że tym, jak zo­sta­ła przy­ję­ta, wiel­ki­mi in­te­re­sa­mi, któ­re tam pro­wa­dzo­no i swo­imi pro­gno­za­mi na przy­szłość. W kwiet­niu 1990 roku opu­bli­ko­wa­li­śmy pierw­szy, jak się oka­za­ło, ar­ty­kuł o Za­rze, za­ty­tu­ło­wa­ny "Za­ra­ma­nia", na­pi­sa­ny przez Te­re­sę Ola­zábal. "Do­trzy­mu­jąc kro­ku fir­mom hau­te co­utu­re, Zara otwo­rzy­ła swo­je skle­py na głów­nych uli­cach Ma­dry­tu, Pa­ry­ża, No­we­go Jor­ku, Li­zbo­ny, Aten i Mek­sy­ku. Jaki kry­je się za tym se­kret? Za­dzi­wia­ją­ca umie­jęt­ność wy­czu­wa­nia tren­dów mody, ich prze­ni­co­wa­nie i przy­sto­so­wa­nie do re­aliów za roz­sąd­ne ceny. A wszyst­ko to w cią­gu 20 dni!". Oprócz przed­sta­wie­nia chłod­nych da­nych i wy­ni­ków fi­nan­so­wych z tam­te­go okre­su, któ­re obec­nie na­le­ża­ło­by wie­lo­krot­nie po­mno­żyć, pod­kre­ślo­no fakt, że "w re­kor­do­wym tem­pie ta ga­li­cyj­ska fir­ma prze­kształ­ci­ła się w spół­kę hol­din­go­wą, ma­ją­cą pod sobą 42 fir­my. Do­star­cza­ją one tka­ni­ny, far­bu­ją je, dru­ku­ją, ro­bią wy­kro­je, zszy­wa­ją ubra­nia i zaj­mu­ją się ich dys­try­bu­cją. Na po­trze­by nie­któ­rych eta­pów tego pro­ce­su In­di­tex stwo­rzył spół­dziel­nie zrze­sza­ją­ce 6000 ga­li­cyj­skich ko­biet szy­ją­cych ubra­nia. Jed­nak dla wie­lu Zara nadal po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą. Trud­no jest po­jąć, jak to moż­li­we, że ofe­ru­je tak ni­skie ceny, w jaki spo­sób przy­go­to­wy­wa­ne są pro­jek­ty od­po­wia­da­ją­ce wie­lu mo­do­wym kla­sy­kom i jak uda­je się nie­ustan­nie uzu­peł­niać asor­ty­ment".

Jaka jest ta­jem­ni­ca suk­ce­su Aman­cia Or­te­gi? Za­sta­na­wia­li się nad tym wszy­scy - i wte­dy, i obec­nie. Od­po­wiedź za­war­ta zo­sta­ła w kil­ku pro­stych zda­niach wy­po­wie­dzia­nych przez jed­ne­go z me­na­dże­rów fir­my. "Ze wzglę­du na ceny cały pro­ces od­by­wa się bez han­dlow­ców lub po­śred­ni­ków. Za­sa­dą fir­my jest ku­po­wa­nie ma­te­ria­łów za do­brą cenę i ko­rzy­sta­nie z ta­niej siły ro­bo­czej", wy­ja­śniał da­lej, "ale tak­że mar­gi­nes nie­wiel­kie­go zy­sku. Wo­li­my za­ra­biać nie­du­żą sumę na każ­dym przed­mio­cie, żeby sprze­da­wać tych przed­mio­tów jak naj­wię­cej".

Ko­lej­ną fun­da­men­tal­ną za­sa­dą fir­my jest ofe­ro­wa­nie ubrań zgod­nych z naj­now­szą modą. Je­den z pro­jek­tan­tów ze­spo­łu wy­ja­śnił, że wiel­ki suk­ces mar­ki opie­ra się na szyb­kim wy­czu­wa­niu i in­ter­pre­to­wa­niu świa­to­wych tren­dów i gu­stów klien­te­li. "W In­di­tek­sie mamy wy­dział za­trud­nia­ją­cy 40 osób (za­sta­na­wiam się, ile osób pra­cu­je tam te­raz), któ­re dzia­ła­ją w no­wo­jor­skich pu­bach, pa­ry­skich dziel­ni­cach biz­ne­so­wych oraz hisz­pań­skich ba­rach i mod­nych miej­scach. Na­zy­wa­my tę pro­ce­du­rę ba­da­nia tren­dów "te­sto­wa­niem ryn­ku na gru­pie do­ce­lo­wej"".

Do­szu­ku­jąc się ko­lej­nych przy­czyn ogól­no­świa­to­we­go suk­ce­su fir­my, mogę do­dać jesz­cze je­den czyn­nik, któ­ry we­dług mnie jest klu­czo­wy, czy­li cią­głe od­na­wia­nie asor­ty­men­tu - 40% pro­duk­tów zmie­nia się co ty­dzień. W mię­dzy­cza­sie asor­ty­ment w skle­pach uzu­peł­nia­ny jest co trzy dni. In­ny­mi sło­wy, pod­czas gdy po­zo­sta­łe fir­my pro­du­ku­ją ko­lek­cję tyl­ko raz na cały se­zon, Zara nie prze­sta­je wy­mie­niać to­wa­rów, sta­ra­jąc się do­star­czyć to, o co lu­dzie py­ta­ją. Przy­kład? By­łam świad­kiem wy­da­rzeń z 11 wrze­śnia zwią­za­nych z ata­kiem na World Tra­de Cen­ter w No­wym Jor­ku. Wła­śnie roz­po­czął się ty­dzień mody. Po po­łu­dniu w dniu po­prze­dza­ją­cym datę, któ­ra zo­sta­ła wy­ry­ta w hi­sto­rii świa­ta, czy­li dzie­sią­te­go wrze­śnia, od­by­ło się kil­ka po­ka­zów ame­ry­kań­skich pro­jek­tan­tów. Kie­dy nowe pro­po­zy­cje po­ja­wi­ły się na wy­sta­wach to­po­wych skle­pów Man­hat­ta­nu, wy­raź­nym tren­dem oka­za­ła się fe­eria barw ko­ja­rzą­ca się z prze­peł­nio­nym ra­do­ścią i za­ba­wą la­tem. Ka­ta­stro­fa, któ­ra wy­da­rzy­ła się na­stęp­ne­go dnia, do­tknę­ła nie tyl­ko Wiel­kie Jabł­ko, ale tak­że spo­rą część świa­ta. Nig­dy nie za­po­mnę bólu i oszo­ło­mie­nia pa­nu­ją­ce­go na uli­cach, ani też kiru, któ­ry za­wie­sza­no na znak ża­ło­by w oknach wy­sta­wo­wych na­wet naj­bar­dziej luk­su­so­wych skle­pów po­ło­żo­nych przy głów­nych uli­cach za­ku­po­wych, ale też w tak mod­nych dziel­ni­cach jak Soho i Tri­be­ca. W se­zo­nie na­stę­pu­ją­cym po ka­ta­stro­fie ci pro­jek­tan­ci, któ­rzy przy­go­to­wa­li ko­lek­cje ki­pią­ce od ko­lo­rów, od­no­to­wa­li wy­raź­ny spa­dek sprze­da­ży.

Nie­dłu­go po­tem, w oko­li­cach Bo­że­go Na­ro­dze­nia, kie­dy na kil­ka dni przy­je­cha­łam znów do No­we­go Jor­ku, oka­za­ło się, że je­dy­nie Zara sprze­da­je swo­je rze­czy. Dzia­ło się tak mię­dzy in­ny­mi dla­te­go, że po­dzie­la­no smu­tek i cier­pie­nie wie­lu lu­dzi - dzię­ki re­kor­do­we­mu tem­pu pro­duk­cji fir­ma mo­gła za­peł­nić skle­py ciem­ny­mi, spo­koj­ny­mi od­cie­nia­mi od­po­wied­ni­mi do nie­daw­nej tra­ge­dii, zwłasz­cza w miej­scu prze­ży­wa­ją­cym naj­więk­szą ma­ka­brę, któ­ra wstrzą­snę­ła nie tyl­ko bliź­nia­czy­mi wie­żow­ca­mi, ale też ogrom­ną czę­ścią ludz­ko­ści.

Te­re­sa Ola­zábal koń­czy­ła swój ar­ty­kuł w "Te­lvie" stwier­dze­niem, że "abs­tra­hu­jąc od da­nych, ze­sta­wień fi­nan­so­wych i nie­spo­dzia­nek, naj­cie­kaw­szą spra­wą do­ty­czą­cą Zary jest to, że sta­ła się ona so­cjo­lo­gicz­nym fe­no­me­nem. Za­czy­na­my uży­wać okre­śle­nia Za­ra­ma­nia jako zwy­cza­ju za­ku­po­we­go po­le­ga­ją­ce­go na tym, że na­by­wa się no­win­ki mo­do­we, by je no­sić przez je­den se­zon, a w na­stęp­nym roku po­zbyć się ich bez wy­rzu­tów su­mie­nia". Za tym stwier­dze­niem ukry­wa się istot­na praw­da - ujaw­nia ono nie­zwy­kłą re­wo­lu­cję w świe­cie mody. Jesz­cze oko­ło 20 lat temu tren­dy za­wsze ob­ja­wia­ły się w cy­klu je­sien­no-zi­mo­wym i wio­sen­no-let­nim, a naj­lep­sze mo­de­le były w za­sa­dzie wiecz­ne. Pa­mię­tam Va­len­ti­no opo­wia­da­ją­ce­go w swo­jej rzym­skiej pra­cow­ni, jak waż­ne było dla nie­go, kie­dy pew­na bo­ga­ta klient­ka po­wie­dzia­ła mu, że je­den z jego ubio­rów nadal leży ide­al­nie po trzech lub czte­rech la­tach i że bę­dzie on prze­cho­wy­wa­ny gdzieś na za­ple­czu gar­de­ro­by, tak jak się prze­cho­wu­je rzecz bez­cen­ną, być może by prze­ka­zać ją cór­ce. Czy zna­la­zł­by się ktoś, kto nie spoj­rzał­by z wiel­kim sza­cun­kiem na ko­stium od Per­te­ga­za, nie mó­wiąc o stro­ju od Ba­len­cia­gi, któ­ry na­le­żał do pra­bab­ki lub te­ścio­wej i nadal jest ide­al­ny, nie­tknię­ty przez mi­ja­ją­cy czas? Na­wet je­śli tak, inny re­wo­lu­cyj­ny pro­jek­tant, Paul Po­iret, stwier­dził już daw­no temu, w 1890 roku, że "ra­ison d??tre prze­my­słu odzie­żo­we­go są no­win­ki". To wła­śnie na tym klu­czo­wym czyn­ni­ku da­le­ko­wzrocz­ny ge­niusz Aman­cio Or­te­ga oparł się sto lat póź­niej, cią­gnąc swój cały ze­spół do za­wrot­ne­go eks­pre­su mody, by spo­sób do­star­cza­nia to­wa­rów opar­ty na teo­rii "w samą porę" za­mie­nić na do­sta­wę z szyb­ko­ścią po­nad­dźwię­ko­wą, co sta­ło się mo­ty­wem prze­wod­nim jego biz­ne­so­wej toż­sa­mo­ści oraz no­wym mo­de­lem pro­wa­dze­nia in­te­re­sów.

Po opu­bli­ko­wa­niu ar­ty­ku­łu "Te­lva" zo­sta­ła za­sy­pa­na li­sta­mi z róż­nych czę­ści świa­ta. Wszy­scy chcie­li się upew­nić, czy to, co na­pi­sa­ła dzien­ni­kar­ka Te­re­sa Ola­zábal, było praw­dą. Naj­lep­szy ze wszyst­kich oka­zał się te­le­fon z Me­dio­la­nu o ra­czej po­uf­nym cha­rak­te­rze. Ktoś z krę­gów bli­skich Gior­gio­wi Ar­ma­nie­mu za­sta­na­wiał się, w jaki spo­sób moż­na się skon­tak­to­wać z "głów­ną kwa­te­rą" pana Or­te­gi. Bar­dzo chcie­li z nim po­roz­ma­wiać. Wiem, że do­szło do spo­tka­nia kie­row­nic­twa obu firm i bar­dzo moż­li­we, że me­na­dże­ro­wie ga­li­cyj­skie­go przed­się­bior­stwa uda­li się do sto­li­cy wło­skiej mody. Je­śli jed­nak ży­cie pry­wat­ne twór­cy In­di­tek­su po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą, jesz­cze bar­dziej ta­jem­ni­cze są jego pro­jek­ty. Roz­ma­wia­no, dzie­lo­no się wra­że­nia­mi, ba­da­no fi­nan­so­we ze­sta­wie­nia, ale nikt nie wy­ja­wił, cze­go na­praw­dę do­ty­czy­ły per­trak­ta­cje. "Oczy­wi­ście, że by­li­śmy w kon­tak­cie. I to nie tyl­ko z Ar­ma­nim", po­wie­dzia­no mi, kie­dy o to za­py­ta­łam. Cho­ciaż nie ma pod­staw, bym tak my­śla­ła, jed­nak za­wsze po­dej­rze­wa­łam, iż spon­so­rzy im­pe­rium Ar­ma­nie­go wie­dzie­li, że na uli­cach róż­nych miast eu­ro­pej­skich po­ja­wi­ły się stro­je po­dob­ne, ale za cenę trzy, a na­wet czte­ro­krot­nie niż­szą niż ich ofer­ta. Dla­cze­go więc nie stwo­rzyć spół­ki lub ja­kie­goś wspól­ne­go pro­jek­tu? Po­wta­rzam, że w tam­tym cza­sie były to zwy­kłe spe­ku­la­cje, któ­rych nig­dy nie po­twier­dzo­no, ani im nie za­prze­czo­no. Do­pie­ro wie­le lat póź­niej, jak to opi­szę w od­po­wied­nim cza­sie, od­kry­łam, co sta­ło się tak na­praw­dę.

1 grud­nia 1990 roku

Sa­mo­lot z Ma­dry­tu do La Co­ru­?a wy­star­to­wał z Ba­ra­jas i wy­lą­do­wał na ga­li­cyj­skim lot­ni­sku z bry­tyj­ską punk­tu­al­no­ścią. Po­wi­tał nas ty­po­wy dla pół­noc­no-wschod­niej Hisz­pa­nii dzień: po nie­bie pły­nę­ły ob­ło­ki, słoń­ce cho­wa­ło się przed desz­czem, któ­ry za­mie­nia pola w łąki mie­nią­ce się wszyst­ki­mi od­cie­nia­mi zie­le­ni. W tle Mo­rze Kan­ta­bryj­skie, za­zwy­czaj bar­dzo wzbu­rzo­ne, te­raz było gład­kie i spo­koj­ne.

Wszyst­ko za­po­wia­da­ło się świet­nie. Po­dró­żo­wa­łam z Mont­se Cu­estą, ów­cze­sną dy­rek­tor ar­ty­stycz­ną ma­ga­zy­nu, któ­ra obec­nie jest re­dak­to­rem "Ar­chi­tec­tu­ral Di­gest". Z pod­nie­ce­niem god­nym od­kryw­ców, któ­rzy wy­lą­do­wa­li w Ame­ry­ce, przy­by­ły­śmy na miej­sce prze­zna­cze­nia, ma­jąc na­dzie­ję, że zdo­ła­my roz­wiać ta­jem­ni­ce ota­cza­ją­ce In­di­tex, fir­mę, któ­ra roz­prze­strze­nia­ła się po ca­łym świe­cie ni­czym po­żar, szyb­ki i nie­okieł­zna­ny. Po­zna­ły­śmy jej twór­cę i siłę na­pę­do­wą, ta­jem­ni­czą oso­bę, o któ­rej nie­mal każ­dy miał swo­je zda­nie, a o któ­rym wie­dzia­no tak nie­wie­le, na­wet - jak wy­glą­da. Opo­wia­dał mi póź­niej je­den z przy­ja­ciół Aman­cia, że pew­ne­go ran­ka, kie­dy wy­bra­li się do baru w La Co­ru­?a, usły­sze­li, jak ktoś stwier­dził, że zna Or­te­gę, nie wie­dząc, że oso­ba, o któ­rej opo­wia­da, to wy­glą­da­ją­cy cał­kiem zwy­czaj­nie męż­czy­zna pi­ją­cy obok kawę. Czło­wiek, któ­ry szyb­ko piął się w górę, by wkrót­ce zo­stać oso­bo­wo­ścią stu­le­cia, był obiek­tem co­raz więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. Na pro­gram wi­zy­ty przy­go­to­wa­ny dla nas przez głów­ne biu­ro skła­da­ło się do­kład­ne zwie­dza­nie fa­bry­ki, szcze­gó­ło­we wy­ja­śnie­nia na te­mat dzia­łal­no­ści fir­my, lunch z pre­ze­sem i po­wrót do Ma­dry­tu. Kie­dy scho­dzi­ły­śmy po schod­kach sa­mo­lo­tu, czu­ły­śmy się, jak­by­śmy wy­gra­ły na lo­te­rii i nadal ści­ska­ły w dło­niach zwy­cię­skie ku­po­ny.

Na lot­ni­sku cze­kał kie­row­ca, któ­ry miał nas za­wieźć do kwa­te­ry głów­nej In­di­tek­su, po­ło­żo­nej w stre­fie prze­my­sło­wej Sa­bón. Na miej­scu po­wi­tał nas je­den z człon­ków za­rzą­du i po­pro­sił, by­śmy mu to­wa­rzy­szy­ły. Od owe­go dnia, za każ­dym ra­zem, kie­dy je­stem tam z wi­zy­tą, przy­po­mi­na mi się, że ta wiel­ka ma­chi­na prze­my­sło­wa to nie tyl­ko ubra­nia, ale rów­nież lu­dzie, któ­rzy tu­taj pra­cu­ją. Są mili, ser­decz­ni i mają do­bre ma­nie­ry. Róż­ni "pro­fe­so­ro­wie" z fir­my w ostat­nich la­tach pro­wa­dzi­li wy­kła­dy na stu­diach po­dy­plo­mo­wych w ISEM Fa­shion Bu­si­ness Scho­ol, któ­rą obec­nie kie­ru­ję. Stu­den­ci byli po­ru­sze­ni nie tyl­ko wy­so­kim po­zio­mem ich wy­stą­pień, ale rów­nież przy­ja­znym na­sta­wie­niem i sza­cun­kiem, z ja­kim ich trak­to­wa­no. Po­cząw­szy od Jo­se­go Ma­rii Ca­stel­la­no, któ­ry obec­nie za­sia­da w na­szym Ko­mi­te­cie Do­rad­czym i pro­wa­dził wie­le wy­kła­dów, kie­dy był za­stęp­cą pre­ze­sa i dy­rek­to­rem ge­ne­ral­nym In­di­tek­su, po­przez kie­row­nic­two Zara Home, Lo­gísti­ca oraz Mer­ca­do de Ca­pi­ta­les, se­kre­ta­rza ge­ne­ral­ne­go i obec­ne­go za­stęp­cę pre­ze­sa i dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go, Pa­bla Islę - każ­dy po­sia­da im­po­nu­ją­cą wie­dzę o me­to­dach pro­duk­cji, ale też ma świa­do­mość, co to zna­czy być czę­ścią ta­kiej fir­my jak In­di­tex. Kie­dy nasi stu­den­ci od­by­wa­ją sta­że w Ar­te­ixo, wra­ca­ją bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ni od­kry­ciem, jak wiel­ce skom­pli­ko­wa­ny jest ten biz­nes, ale rów­nież do­sta­ją tam przy­kład nie­na­gan­nych ma­nier go­spo­da­rzy, ta­kich jak szef Dzia­łu Ko­mu­ni­ka­cji, Je­sús Eche­var­ría oraz inni dy­rek­to­rzy. Ten wy­jąt­ko­wy spo­sób za­cho­wa­nia i prze­ka­zy­wa­nia stra­te­gii fir­my nie­zwy­kle trud­no zde­fi­nio­wać, ale za­uwa­żal­ny jest dla ob­ser­wa­to­rów z ze­wnątrz.

W trak­cie na­szej wi­zy­ty w go­dzi­nach po­ran­nych prze­szli­śmy przez róż­ne dzia­ły, w któ­rych wy­ko­ny­wa­no skom­pli­ko­wa­ne czyn­no­ści zwią­za­ne z pro­duk­cją odzie­ży, za­nim tra­fi ona do miejsc prze­zna­cze­nia. Pod su­fi­tem za­mon­to­wa­ne są prze­ci­na­ją­ce się szy­ny, po któ­rych szy­te ma­so­wo ubra­nia nie­usta­ją­co po­dró­żu­ją w usta­lo­nej ko­lej­no­ści do stre­fy met­ko­wa­nia, pra­so­wa­nia i pa­ko­wa­nia, by tra­fić w koń­cu do punk­tu, gdzie szy­ny się roz­wi­dla­ją, pro­wa­dząc do wła­ści­we­go ma­ga­zy­nu. Na tym ostat­nim eta­pie skom­pli­ko­wa­ne, wy­daj­ne urzą­dze­nia skła­da­ją ża­kie­ty, bluz­ki czy spodnie i umiesz­cza­ją je w ogrom­nych kar­to­no­wych pu­dłach. Je­śli ubra­nia nie na­le­ży skła­dać i trze­ba je prze­wo­zić w po­zy­cji pio­no­wej, umiesz­cza się je na wie­sza­kach, któ­re au­to­ma­tycz­nie zo­sta­ją spa­ko­wa­ne do spe­cjal­nych kon­te­ne­rów. Na każ­dym pu­dle wid­nie­je na­zwa skle­pu oraz ad­res w Hisz­pa­nii lub in­nym kra­ju, np. Fran­cji czy Por­tu­ga­lii. Już wte­dy im­pe­rium Zary prze­kro­czy­ło pierw­sze eu­ro­pej­skie gra­ni­ce.

Za­fa­scy­no­wa­ne nie­ustan­nym ru­chem i su­per­no­wo­cze­sny­mi urzą­dze­nia­mi, któ­re zda­wa­ły się pra­co­wać bez kon­tro­li czło­wie­ka, Mont­se i ja za­sko­czo­ne zo­sta­ły­śmy po­ja­wie­niem się uśmiech­nię­te­go, przy­jaź­nie wy­glą­da­ją­ce­go męż­czy­zny bez ma­ry­nar­ki, wy­ła­nia­ją­ce­go się z ob­ło­ku płasz­czy. Pa­trzył na nas ze zdzi­wie­niem i z przy­jem­no­ścią. Po­my­śla­łam, że pew­nie jest to kie­row­nik dzia­łu. Po­de­szłam do nie­go, by się przy­wi­tać i po­wie­dzieć, ja­kie wra­że­nie zro­bi­ło na nas to, co zo­ba­czy­ły­śmy tego ran­ka.

Nie mogę stwier­dzić, że do­brze pa­mię­tam swo­je sło­wa, ale chy­ba po­wie­dzia­łam, że je­ste­śmy dzien­ni­kar­ka­mi z Ma­dry­tu, któ­re pan Or­te­ga za­pro­sił na zwie­dza­nie fa­bry­ki. Do­da­ły­śmy też na­tych­miast, że bar­dzo chce­my po­znać oso­bę, któ­ra za­po­cząt­ko­wa­ła coś, co sta­ło się ta­kim bez­pre­ce­den­so­wym suk­ce­sem. W od­po­wie­dzi na moje en­tu­zja­stycz­ne ko­men­ta­rze i bez cie­nia ty­po­we­go ga­li­cyj­skie­go ak­cen­tu, cho­ciaż z sar­ka­zmem zna­nym w tam­tych re­jo­nach, męż­czy­zna za­py­tał: "A więc chcia­ły­by­ście pa­nie po­znać Or­te­gę?". Pu­bli­ka­cja ofi­cjal­ne­go zdję­cia oca­li­ła­by nas od kil­ku mi­nut wąt­pli­wo­ści, ale wte­dy jesz­cze ta­ko­wa nie ist­nia­ła. "No cóż, moje dro­gie", okre­śle­nie to wie­lo­krot­nie sły­sza­łam przez na­stęp­ne lata na­szej zna­jo­mo­ści, "no to go ma­cie. To ja je­stem Or­te­ga". Za­chwy­co­ny na­szym za­sko­cze­niem, szyb­ko do­dał: " A to ci przy­pad­ko­we spo­tka­nie. Za­pew­niam, że nie było pla­no­wa­ne. Spę­dzam mnó­stwo cza­su na te­re­nie fa­bry­ki, prze­miesz­cza­jąc się z miej­sca na miej­sce, by spraw­dzić, czy wszyst­ko dzia­ła, jak na­le­ży. Je­śli nie ma mnie w ma­ga­zy­nie, to na pew­no je­stem w dzia­le pro­jek­tów. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, uwiel­biam ob­ser­wo­wać cały pro­ces pro­duk­cji, ale naj­bar­dziej fa­scy­nu­je mnie pod­glą­da­nie, co wy­my­śli­li nasi ar­ty­ści! To moja ulu­bio­na część na­szej dzia­łal­no­ści".

Tak wy­glą­da­ło na­sze pierw­sze spo­tka­nie. Nie trze­ba do­da­wać, że każ­dy, kto miał do czy­nie­nia z Aman­ciem albo pra­co­wał u jego boku, przy­zna, że pew­ne aspek­ty jego oso­bo­wo­ści - otwar­tość, brak wy­ra­fi­no­wa­nia i za­mi­ło­wa­nie do pra­cy - wi­dać od razu. Wszyst­ko, cze­go się do­wie­dzia­łam, za­rów­no o nim jako o czło­wie­ku, jak i o tym, w jaki spo­sób roz­wi­jał biz­nes, zro­zu­mia­łam bar­dzo szyb­ko.

Nie tra­cąc cza­su, spy­ta­łam: "Kie­dy roz­ma­wia pan z pro­jek­tan­ta­mi, pa­nie Or­te­ga, czy wy­ja­wia im pan swo­je zda­nie?". Od­parł: "Za­nim od­po­wiem na to py­ta­nie, jed­na spra­wa, żad­ne­go wię­cej "pa­nie Or­te­ga". Tu­taj je­stem po pro­stu Or­te­gą, i to dla wszyst­kich". Jesz­cze bar­dziej za­sko­czo­na jego bez­po­śred­nio­ścią, przed­sta­wi­łam mu Mont­se. Wy­glą­da­ło na to, że mu się spodo­ba­ły­śmy i na­tych­miast wszedł w rolę ide­al­ne­go go­spo­da­rza. "Sam was opro­wa­dzę po fa­bry­ce". Za­nim ru­szy­li­śmy da­lej, po­wtó­rzył: "Pro­szę mi mó­wić Or­te­ga, obej­dzie­my się bez ce­re­mo­nii".

Wo­la­łam zwra­cać się do nie­go po imie­niu, po­nie­waż był je­dy­nym Aman­ciem, ja­kie­go zna­łam, więc na­tych­miast spy­ta­łam, czy mu to nie prze­szka­dza. I tak wła­śnie od tam­tej pory do nie­go mó­wię. Od po­cząt­ku wy­glą­da­ło na to, że na­sza pierw­sza roz­mo­wa nie bę­dzie ostat­nią i że znaj­dą się jesz­cze inne oka­zje do spo­tkań i wy­mia­ny po­glą­dów i wra­żeń, nie tyl­ko na te­ma­ty zwią­za­ne z biz­ne­sem, ale rów­nież z ty­sią­cem spraw, któ­re go in­te­re­so­wa­ły i wy­peł­nia­ły my­śli pod­czas co­dzien­nych dzia­łań. Po­nie­waż zwra­cam się do Or­te­gi in­a­czej niż wszy­scy, za­wsze, kie­dy dzwo­nię do nie­go i py­tam: "Jak się masz, Aman­cio?", na­tych­miast mnie roz­po­zna­je i od­po­wia­da bar­dziej przy­jaź­nie. Bawi go to, że nie mó­wię do nie­go po na­zwi­sku, jak wszy­scy, na­wet człon­ko­wie jego ro­dzi­ny. Kie­dy wy­sy­łam ży­cze­nia, na przy­kład z oka­zji No­we­go Roku, z przy­jem­no­ścią za­pew­niam, że my­ślę o nim czu­le i pra­gnę dla nie­go w nad­cho­dzą­cym roku jesz­cze więk­szych suk­ce­sów, niż te, któ­re osią­gnął w mi­ja­ją­cym. Jego od­po­wiedź jest za­wsze taka sama: "A ja mo­dlę się o zdro­wie dla wszyst­kich i by spra­wy mia­ły się co naj­mniej tak do­brze, jak do tej pory. Oczy­wi­ście, je­śli mają się jesz­cze le­piej, tym le­piej dla wszyst­kich". Wszyst­ko jed­no, czy nad­cho­dzi ko­lej­ny rok, czy na­stę­pu­je zmia­na ty­siąc­le­cia, tak jak w 2000 roku, kie­dy wy­czy­nia­no róż­ne sza­leń­stwa, by uczcić tę oka­zję. Aman­cio nie wy­je­chał do ja­kichś eg­zo­tycz­nych kra­jów, był jak zwy­kle w domu w La Co­ru­?a. Co wię­cej, rano, kie­dy wy­sła­łam mu ży­cze­nia i spy­ta­łam: "Ja­kie są two­je pla­ny? Jak za­mie­rzasz po­wi­tać nad­cho­dzą­ce ty­siąc­le­cie?", od­parł: "Co będę ro­bić? Pra­co­wać, oczy­wi­ście. Je­śli chcę, by wszyst­ko prze­bie­ga­ło spraw­nie, mu­szę wal­czyć każ­de­go dnia, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści".

Tego ran­ka, kie­dy się po­zna­li­śmy, prze­jął rolę na­sze­go prze­wod­ni­ka. Spy­tał, co już uda­ło nam się zo­ba­czyć i po­pro­wa­dził nas do stref, któ­rych jesz­cze nie zwie­dza­ły­śmy. Prze­szli­śmy do ko­lej­nej sek­cji, gdzie gru­pa duń­skich in­ży­nie­rów mon­to­wa­ła ja­kieś urzą­dze­nia in­for­ma­tycz­ne, bar­dzo za­awan­so­wa­ne jak na owe cza­sy. Sta­nę­li­śmy, przy­słu­chu­jąc się i ob­ser­wu­jąc ich po­czy­na­nia. Cho­ciaż nie zna­li­śmy ję­zy­ka, z pew­no­ścią po­dzi­wia­li­śmy spo­sób, w jaki zaj­mo­wa­li się tymi błysz­czą­cy­mi ma­szy­na­mi, któ­re mia­ły zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wać ry­nek przy po­mo­cy in­no­wa­cyj­nych pro­gra­mów, po­zo­sta­ją­cych ta­jem­ni­cą dla wszyst­kich, któ­rzy nie zaj­mo­wa­li się tech­no­lo­gia­mi in­for­ma­tycz­ny­mi. Or­te­ga uśmiech­nął się, pa­trząc, jak z do­słow­nie roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi przy­glą­da­my się roz­gry­wa­ją­cej się na na­szych oczach sce­nie ro­dem z scien­ce fic­tion. Nie zna­łam się zu­peł­nie na tej skom­pli­ko­wa­nej ma­szy­ne­rii, któ­rą nam po­ka­zy­wa­no, ale do­my­śla­łam się, że to wła­śnie tu­taj ukry­ta była więk­szość ta­jem­nic fir­my, któ­ra mia­ła ode­grać głów­ną rolę w świe­cie prze­my­słu odzie­żo­we­go.

Ma­rze­niem Or­te­gi, któ­re dzie­li­ło z nim kie­row­nic­two fir­my, było roz­wi­nię­cie naj­lep­sze­go sys­te­mu lo­gi­stycz­ne­go na świe­cie, dzia­ła­ją­ce­go we­dług nie­spo­ty­ka­nej wcze­śniej me­to­dy, któ­ra po­zwa­la­ła mu umie­ścić pro­dukt w każ­dym skle­pie, bez wzglę­du na jego lo­ka­li­za­cję, w cią­gu za­le­d­wie dwóch ty­go­dni. Na tym wła­śnie się sku­pił. In­ny­mi sło­wy, mia­ła się do­ko­nać zu­peł­na zmia­na w świe­cie han­dlu de­ta­licz­ne­go i dys­try­bu­cji.

Na­sza wi­zy­ta trwa­ła da­lej. Ja­kieś wiel­kie po­miesz­cze­nie ze sto­ła­mi kre­ślar­ski­mi, gdzie pra­co­wa­ła gru­pa pro­jek­tan­tów, za­sła­ne było set­ka­mi ma­ga­zy­nów z róż­nych kra­jów, głów­nie po­świę­co­nych mo­dzie, któ­re wła­śnie za­czę­to na­zy­wać ma­ga­zy­na­mi li­fe­sty­lo­wy­mi. Pod jed­ną ze ścian sta­ły wie­sza­ki ob­cią­żo­ne ubra­nia­mi. Po­de­szłam bli­żej, by na nie zer­k­nąć i uj­rza­łam met­ki zna­nych pro­jek­tan­tów. Spoj­rza­łam na Or­te­gę. Szyb­ko, bez ogró­dek i pro­sto od­po­wie­dział mi na py­ta­nie, któ­re­go nie za­da­łam: "Oczy­wi­ście, że in­spi­ru­je­my się tym, co lu­dzie ak­cep­tu­ją i cze­go szu­ka­ją na świa­to­wych ryn­kach! Roz­pra­co­wu­je­my tu­taj ubra­nia, roz­pru­wa­my je, znów zszy­wa­my i ad­ap­tu­je­my w na­szym wła­snym sty­lu, szy­je­my je i wy­sy­ła­my na ry­nek".

Słu­cha­jąc go - to samo dzie­je się za każ­dym ra­zem, kie­dy po­wra­ca do mnie ta wy­raź­nie za­pa­mię­ta­na sce­na - po­my­śla­łam o Ba­len­cia­dze, z któ­rym za­zwy­czaj po­rów­nu­je się naj­lep­szych pro­jek­tan­tów na świe­cie. Na sa­mym po­cząt­ku swo­jej ka­rie­ry po­je­chał on kie­dyś do Pa­ry­ża i ze szki­ca­mi, któ­re wy­ko­nał we­dług każ­dej ko­lek­cji, szu­ka­jąc in­spi­ra­cji, ku­pił nie­któ­re mo­de­le, by je do­kład­nie obej­rzeć i wy­ko­nać wła­sne kre­acje zgod­nie z li­nia­mi wy­zna­cza­ny­mi przez naj­lep­sze stro­je ów­cze­snych to­po­wych pro­jek­tan­tów. Opo­wie­dział mi to jego wiel­ki przy­ja­ciel, wiel­bi­ciel ta­len­tu i wie­lo­let­ni współ­pra­cow­nik, Hu­bert de Gi­ven­chy. Po­wie­dział on rów­nież, że Cri­stó­bal nig­dy nie po­peł­niał błę­dów, kie­dy miał zde­cy­do­wać, co ku­pić. "Jego de­cy­zje za­wsze oka­zy­wa­ły się traf­ne", wy­ja­śnił mi pew­ne­go razu Gi­ven­chy, kie­dy w jego pa­ry­skim domu roz­ma­wia­li­śmy o po­cząt­kach ka­rie­ry Ba­len­cia­gi w to­nie peł­nym nie­mal uwiel­bie­nia. "Kie­dy Cri­stó­bal wró­cił do Hisz­pa­nii, do pra­cow­ni w San Se­ba­sti­án, któ­rą zaj­mo­wał, za­nim prze­pro­wa­dził się na Ave­nue Geo­r­ge V w Pa­ry­żu, roz­pruł ubra­nia - te­raz na­zwa­li­by­śmy je pro­to­ty­pa­mi - i do­kład­nie je prze­stu­dio­wał. Wła­śnie w taki spo­sób na­uczył się, jak naj­więk­si kre­ato­rzy tam­tych cza­sów cię­li po sko­sie, kro­ili rę­ka­wy, ide­al­nie pro­jek­to­wa­li ra­mio­na i pro­wa­dzi­li szwy. To była stro­na tech­nicz­na. Do niej do­dał swo­je no­wa­tor­skie po­my­sły, ta­lent i kre­atyw­ność". To wła­śnie była dla nie­go szko­ła pro­jek­to­wa­nia, jego oso­bi­sta aka­de­mia sztuk pięk­nych. Do tego do­szła jesz­cze in­spi­ra­cja Mo­rzem Kan­ta­bryj­skim kon­tra­stu­ją­cym z po­szar­pa­ny­mi szczy­ta­mi gór i wzgórz w Pi­re­ne­jach, któ­re mógł oglą­dać z okien swo­je­go domu w Gu­eta­ria. To wła­śnie ten kra­jo­braz i jego świa­tło­cie­nie od­zwier­cie­dlał po­tem w swo­ich pro­jek­tach i prze­kształ­cał w stro­je o nie­zwy­kłych bar­wach i kro­jach.

W dniu na­szej wi­zy­ty w Ar­te­ixo zro­zu­mia­łam, że gru­pa pro­jek­tan­tów osia­dłych na ga­li­cyj­skich wy­brze­żach Mo­rza Kan­ta­bryj­skie­go uczy­ła się i szu­ka­ła in­spi­ra­cji w tej sa­mej szko­le, któ­rą do­wo­dzi "ka­pi­tan" Or­te­ga.

Tren­dy, ko­lo­ry i prze­bo­je każ­de­go se­zo­nu przy­by­wa­ły na sto­ły pro­jek­to­we w Ar­te­ixo ze wszyst­kich za­kąt­ków Eu­ro­py i nie tyl­ko. To za­wsze była ob­se­sja Aman­cia: odzież, któ­rą mo­der­ni­zo­wa­no i prze­ra­bia­no zgod­nie z tym, cze­go pra­gnę­li klien­ci, i stro­je, któ­re szyb­ko po­ja­wia­ły się w Ma­dry­cie, Bar­ce­lo­nie i in­nych hisz­pań­skich mia­stach, ale też w Por­to, Pa­ry­żu i Mek­sy­ku.

Przy­słu­chi­wa­li­śmy się ja­kiś czas jego sło­wom, aż wresz­cie spy­ta­łam: "Czy mo­że­my zro­bić ci zdję­cie?". Ubra­ny był w ko­szu­lę, bez ma­ry­nar­ki i kra­wa­ta, i wy­glą­dał jak zwy­kły ro­bot­nik, ale nie dla­te­go nam od­mó­wił. Ła­god­nie i spo­koj­nie - w cią­gu dwu­dzie­stu lat na­szej zna­jo­mo­ści nig­dy nie sły­sza­łam, by kie­dy­kol­wiek pod­niósł głos - od­parł sta­now­czo: "Ab­so­lut­nie nie!". Zda­łam so­bie spra­wę, że nadal zde­cy­do­wa­nie bro­ni swej pry­wat­no­ści, ale wy­ja­śni­łam, że nie ma się cze­go oba­wiać, po­nie­waż zdję­cie nie uka­że się w ma­ga­zy­nie. Była to praw­da, nie mie­li­śmy za­mia­ru pu­bli­ko­wać żad­nych zdjęć. Po pro­stu chcia­łam mieć por­tret ko­goś, kogo pra­co­wi­tość, wi­zję przy­szło­ści i skrom­ność uzna­łam, jak­by po­wie­dział mistrz Ce­rvan­tes, za wy­bor­ne.

Aman­cio przy­słu­chi­wał się moim sło­wom z tym uśmie­chem, któ­ry za­wsze mu to­wa­rzy­szy, i uczy­nił cha­rak­te­ry­stycz­ny dla sie­bie gest, su­ge­ru­ją­cy, że mogę mó­wić da­lej i że pra­wie go na­mó­wi­łam. Chcąc być jesz­cze bar­dziej prze­ko­nu­ją­ca, po­wie­dzia­łam, że za­wo­do­wo spo­ty­kam wie­lu lu­dzi, któ­rzy są in­te­re­su­ją­cy ze wzglę­du na swo­ją pra­cę i rolę, jaką od­gry­wa­ją w świe­cie, i że sta­ram się mieć do­wód mo­ich z nimi spo­tkań. "Na przy­kład mam wspól­ne zdję­cie z kró­lem, astro­nau­tą, lau­re­atem na­gro­dy No­bla oraz in­ny­mi ludź­mi, bę­dą­cy­mi dla mnie wzo­rem do na­śla­do­wa­nia. Z pew­no­ścią nie chcia­ła­bym, żeby ta­kie zdję­cia uka­za­ły się w pra­sie, po pro­stu pra­gnę­ła­bym za­cho­wać pa­miąt­kę z tak waż­nych dla mnie chwil".

Za­wa­hał się przez mo­ment. "Je­śli zro­bi­my so­bie wspól­ną fo­to­gra­fię, tak jak chcesz, ja rów­nież po­pro­szę o ko­pię, któ­rą za­cho­wam na pa­miąt­kę. A po­tem po­my­ślę, że może jesz­cze sfo­to­gra­fu­ję się z tym lub z tam­tym i tak da­lej, i tak da­lej. I to bę­dzie ko­niec mo­jej pry­wat­no­ści. Chciał­bym, aby na uli­cy roz­po­zna­wa­li mnie tyl­ko człon­ko­wie ro­dzi­ny, przy­ja­cie­le i współ­pra­cow­ni­cy. Pro­wa­dzę spo­koj­ne ży­cie, je­stem zwy­kłą oso­bą, pra­gnę cho­dzić tam, gdzie chcę, pić kawę na te­ra­sie pla­cu Ma­ría Pita - cha­rak­te­ry­stycz­ne­go miej­sca w La Co­ru­?a - lub wy­brać się na spa­cer bez zwra­ca­nia na sie­bie uwa­gi".

Od­rze­kłam, że za­wsze sta­ram się sza­no­wać de­cy­zje in­nych. Nie­wzru­szo­ny po­pro­wa­dził nas w stro­nę ko­lej­nych dzia­łów. Jego do­kład­ne wy­ja­śnie­nia do­ty­czą­ce naj­drob­niej­szych na­wet spraw świad­czy­ły o tym, że zna swo­ją fir­mę od pod­szew­ki. Za­wsze w peł­ni za­an­ga­żo­wa­ny, nie­zmor­do­wa­nie wy­ko­ny­wał swo­ją część pra­cy i kon­tro­lo­wał łań­cuch pro­duk­cyj­ny, ogni­wo po ogni­wie. To, o czym nam opo­wia­dał, ła­two moż­na było za­uwa­żyć, trud­niej­sze wy­da­wa­ło się stwo­rze­nie wzo­ru, we­dług któ­re­go ten ide­al­nie zor­ga­ni­zo­wa­ny sys­tem dys­try­bu­cji mógł dzia­łać szyb­ko i z ta­kim po­wo­dze­niem.

Zwró­ci­łam uwa­gę, że Aman­cio znał każ­de­go ro­bot­ni­ka po imie­niu i zwra­cał się do wszyst­kich przy­jaź­nie.

Ko­niec wi­zy­ty

Kie­dy zwie­dza­nie do­bie­gło koń­ca, wy­bra­li­śmy się do Gal­lo de Oro, po­bli­skie­go lo­ka­lu, gdzie Aman­cio za­bie­rał go­ści, za­nim fir­ma otwo­rzy­ła wła­sną re­stau­ra­cję na te­re­nie biu­row­ca. Usie­dli­śmy za pro­stym sto­łem w jego ulu­bio­nym miej­scu.

Nim zaj­rzał do menu, spoj­rzał na mnie z nie­po­ko­jem i spy­tał: "Czy zmar­twi­łem cię swo­ją od­mo­wą w spra­wie fo­to­gra­fii?". Wi­dać było, że czu­je się tro­chę nie­swo­jo, prze­cież w jego ży­cio­wej fi­lo­zo­fii waż­nym punk­tem było nie­spra­wia­nie ni­ko­mu przy­kro­ści. Jesz­cze raz mnie prze­pro­sił, po­wta­rza­jąc po­przed­nie wy­ja­śnie­nia. A gdy stwier­dzi­łam z na­ci­skiem, że sza­nu­ję jego zda­nie, do­dał: "Wę­go­rzy­ki są tu­taj nie­mal tak do­bre, jak te, któ­re po­cho­dzą z two­jej ro­dzin­nej czę­ści Hisz­pa­nii". Gdy je za­mó­wi­łam, oka­za­ło się, że jego dą­że­nie do do­sko­na­ło­ści nie ogra­ni­cza­ło się je­dy­nie do pro­duk­cji ubrań....

Lunch był wy­śmie­ni­ty, roz­ma­wia­li­śmy na róż­ne te­ma­ty, ale je­den z nich czę­sto so­bie przy­po­mi­nam. Już wte­dy uwa­ża­łam, że ubra­nia Zary są świet­ne, zwłasz­cza je­śli się weź­mie pod uwa­gę do­brze za­cho­wa­ną pro­por­cję ja­ko­ści w sto­sun­ku do ceny. Tam­te­go dnia mia­łam na so­bie ide­al­nie skro­jo­ny ko­stium z sza­rej fla­ne­li, wła­śnie z Zary. Kie­dy mu to po­wie­dzia­łam, od­parł, że od razu to za­uwa­żył i bar­dzo się cie­szy, że cho­dzę w jego ubra­niach, nie dla­te­go, że są jego, po pro­stu jest za­do­wo­lo­ny, gdy klien­ci lu­bią jego pro­duk­ty. Do­da­łam więc jesz­cze kil­ka zdań na te­mat tego, co mi się po­do­ba w jego fir­mie, ale mi prze­rwał. "Bądź tak do­bra i po­wiedz mi, co ci się nie po­do­ba w Za­rze. Ele­na, kie­row­nicz­ka ma­dryc­kie­go skle­pu Ve­lázqu­ez, po­wie­dzia­ła mi, że je­steś świet­ną klient­ką, do­sko­na­le znasz się na mo­dzie i pro­wa­dzisz do­bre cza­so­pi­smo. Two­ja opi­nia ma dla mnie duże zna­cze­nie, do­ce­nię każ­dą kry­ty­kę z two­jej stro­ny, bo dzię­ki niej będę mógł coś na­pra­wić".

Sły­sząc tę za­chę­tę, przy­go­to­wa­łam w mia­rę ja­sną od­po­wiedź. Praw­dą jest jed­nak, że, cho­ciaż sam na­le­gał, nie chcia­łam mó­wić nic złe­go o jego fir­mie pierw­sze­go dnia na­szej zna­jo­mo­ści i w do­dat­ku pod­czas obia­du, na któ­ry mnie za­pro­sił. Po­nie­waż jed­nak sam to za­pro­po­no­wał, po­wie­dzia­łam, co my­ślę. "Uwa­żam, i nie tyl­ko ja tak są­dzę, że dzia­ni­ny nie są zbyt do­brej ja­ko­ści, a je­śli cho­dzi o buty, to cho­ciaż naj­czę­ściej mają świet­ne fa­so­ny, ro­bio­ne są jed­nak z su­row­ców twar­dych jak ska­ła. Boję się je na­wet przy­mie­rzać". Nic so­bie nie za­pi­sał - jed­ną z jego za­let, co do któ­rej wszy­scy się zga­dza­ją, jest wy­jąt­ko­wo do­bra pa­mięć. Nig­dy nie za­po­mi­na o naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach waż­nych spraw, za­wsze z za­in­te­re­so­wa­niem słu­cha i, prę­dzej czy póź­niej, robi uży­tek z wia­do­mo­ści zma­ga­zy­no­wa­nych w gło­wie. Przy­po­mnia­łam so­bie o tym kil­ka mie­się­cy temu, pod­czas jed­nej z mo­ich ostat­nich wi­zyt w Ar­te­ixo. Mia­łam wte­dy na no­gach parę bu­tów ku­pio­nych w Za­rze - za­ło­ży­łam je nie dla­te­go, że od­wie­dza­łam Aman­cia, po pro­stu były tak wy­god­ne, że pra­wie nie zdej­mo­wa­łam ich przez całą zimę.

Po­ka­za­łam je Aman­cio­wi. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu stwier­dził, że do­sko­na­le pa­mię­ta tam­te ne­ga­tyw­ne ko­men­ta­rze sprzed kil­ku lat. Za­cy­to­wał pra­wie w ca­ło­ści moją ów­cze­sną wy­po­wiedź. By pod­kre­ślić róż­ni­cę po­mię­dzy tam­ty­mi sło­wa­mi a obec­ną sy­tu­acją, do­dał: "Czy wiesz, że księż­nicz­ka Ma­tyl­da z Bel­gii ma iden­tycz­ną parę? Wi­dzia­łem je na ja­kimś zdję­ciu w ma­ga­zy­nie. Świet­nie w nich wy­glą­da­ła". Mó­wiąc to, pra­wie w ogó­le nie zmie­nił wy­ra­zu twa­rzy. Jed­nak cie­szył się, że dzię­ki ze­spo­ło­wi pro­du­ku­ją­ce­mu jego obu­wie w fa­bry­ce w Tem­pe (w El­che Pa­rque Em­pre­sa­rial nie­opo­dal Ali­can­te) ro­sła rze­sza za­do­wo­lo­nych klien­tów na ca­łym świe­cie.

Wstęp

Pew­ne­go dnia, nie­ocze­ki­wa­nie, zda­łam so­bie spra­wę, jak bar­dzo chcę na­pi­sać tę książ­kę. Pra­gnie­nie, któ­re mnie ogar­nę­ło, było prze­moż­ne - od razu chcia­łam usiąść przed kom­pu­te­rem i opo­wie­dzieć wszyst­ko świa­tu, w któ­rym in­te­re­sy Aman­cia Or­te­gi od­nio­sły tak spek­ta­ku­lar­ny suk­ces. Mia­łam szczę­ście po­znać tę nie­zwy­kłą hi­sto­rię pod­czas na­szych spo­tkań. Or­te­ga urzekł mnie swo­ją otwar­to­ścią. Ceni so­bie ano­ni­mo­wość, więc za­wsze bro­nił pry­wat­no­ści - wbrew tym, któ­rzy chcie­li ją znisz­czyć. Mi­mo­wol­nie stał się po­sta­cią nie­mal mi­tycz­ną w świe­cie biz­ne­su i cho­ciaż chciał­by po­zo­stać ano­ni­mo­wy, to prze­cież na­le­ży do gro­na lu­dzi, któ­rzy two­rzą hi­sto­rię.

Ist­nie­ją róż­ne opo­wie­ści na jego te­mat - więk­szość nie ma po­twier­dze­nia w rze­czy­wi­sto­ści; praw­dzi­wa oso­bo­wość Aman­cia Or­te­gi nadal po­zo­sta­je nie­zna­na. Jego ka­rie­ra była przed­mio­tem ba­dań szkół biz­ne­su zaj­mu­ją­cych czo­ło­we lo­ka­ty w mię­dzy­na­ro­do­wych ran­kin­gach. Wie­lu, któ­rzy roz­ma­wia­li z nimi cho­ciaż­by raz, za­cho­wu­je się tak, jak­by był ich sta­rym zna­jo­mym.

Nie mam za­mia­ru bez­sen­sow­nie uda­wać, że na­le­żę do bli­skie­go krę­gu przy­ja­ciół Aman­cia lub gru­py osób, z któ­ry­mi współ­pra­cu­je na co dzień, uwa­żam jed­nak, że zaj­mu­ję uprzy­wi­le­jo­wa­ną po­zy­cję, po­nie­waż od po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści po­zo­sta­wa­li­śmy w cią­głym kon­tak­cie. Mo­głam roz­ma­wiać z nim na każ­dy pra­wie te­mat, jak to zwy­kle bywa, kie­dy po­glą­dy wy­mie­nia dwo­je pro­fe­sjo­na­li­stów, któ­rzy na do­da­tek uwiel­bia­ją pra­cę, któ­rej się od­da­ją. W swo­jej dzie­dzi­nie wy­ty­czał nowe szla­ki i osią­gnął nie­zwy­kły suk­ces fi­nan­so­wy na ryn­ku mody. Ja zaś, kie­ru­jąc ma­ga­zy­nem "Te­lva", pio­nier­skim w świe­cie pu­bli­ka­cji na­ro­do­wych, rów­nież mogę uznać, że zdo­by­łam nasz ry­nek, cho­ciaż za­peł­niał się kon­ku­ren­cyj­ny­mi cza­so­pi­sma­mi.

Czy łą­czy­ła nas wspól­na wi­zja przy­szło­ści i nie­za­chwia­na wia­ra w to, czym się zaj­mu­je­my? Nie mam naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że mimo dzie­lą­cych nas róż­nic mu­sia­ło się po­ja­wić w na­szych re­la­cjach coś ta­kie­go, dzię­ki cze­mu wza­jem­ne za­ufa­nie, któ­re wte­dy się na­ro­dzi­ło, trwa już ćwierć wie­ku i przez te wszyst­kie lata nie stra­ci­ło nic ze swej wy­jąt­ko­wo­ści.

Aman­cia Or­te­gę po­zna­łam 1 grud­nia 1990 roku, kie­dy zo­sta­łam za­pro­szo­na przez In­di­tex (In­du­stria de Di­se­?o Te­xtil), dużą fir­mę odzie­żo­wą z sie­dzi­bą na obrze­żach A Co­ru­?a, pro­win­cji po­ło­żo­nej w pół­noc­no-za­chod­niej Hisz­pa­nii. W tam­tym cza­sie na­zwa tej nie­wiel­kiej stre­fy prze­my­sło­wej zlo­ka­li­zo­wa­nej w mie­ście Ar­te­ixo, na krań­cach A Co­ru­?a, była pra­wie w ogó­le nie­zna­na. Te­raz mówi się o niej na pię­ciu kon­ty­nen­tach. Kie­dy tam do­tar­łam, po­dob­nie jak pod­czas na­stęp­nych wi­zyt, na lot­ni­sku cze­kał na mnie sa­mo­chód. Zo­sta­łam za­wie­zio­na do sie­dzi­by, któ­ra sta­no­wi­ła wte­dy głów­ną kwa­te­rę Zary. Kil­ka lat póź­niej, w tym sa­mym par­ku prze­my­sło­wym Sa­bón, wznie­sio­no wspa­nia­ły bu­dy­nek. Przy­le­cia­łam na roz­mo­wę z za­ło­ży­cie­lem in­te­re­su tek­styl­ne­go, na któ­ry za­czę­to zwra­cać co­raz więk­szą uwa­gę; mia­łam też oka­zję obej­rzeć fa­bry­kę.

Nie spo­dzie­wa­łam się, że spo­tka­nie to przy­czy­ni się do mo­jej póź­niej­szej de­cy­zji, by wy­ja­śnić, co kry­je się za czte­re­ma li­te­ra­mi na­zwy Zara, głów­nej mar­ki nie­zwy­kłej fir­my, jaką jest In­di­tex. Ta czo­ło­wa w ogól­no­świa­to­wym han­dlu de­ta­licz­nym fir­ma, we­dług ra­por­tu MER­CO (El Mo­ni­tor Em­pre­sa­rial de Re­pu­ta­ción Cor­po­ra­ti­va - ran­king firm) opu­bli­ko­wa­ne­go w 2008 roku zaj­mu­je pierw­sze miej­sce wśród firm hisz­pań­skich. In­di­tex re­ali­zu­je mo­del biz­ne­su, któ­ry zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał skom­pli­ko­wa­ny i eks­cy­tu­ją­cy świat mody. Nie­stru­dzo­ne wy­sił­ki Aman­cia Or­te­gi i se­tek osób u jego boku spra­wi­ły, że w dzie­dzi­nie mody dam­skiej na­stą­pił wiel­ki skok z XX do XXI wie­ku.

Przy­słu­chu­jąc się temu, co mó­wią Aman­cio Or­te­ga i ota­cza­ją­cy go lu­dzie, zro­zu­mia­łam, ja­kie są me­cha­ni­zmy biz­ne­su two­rzo­ne­go przez oso­bi­sto­ści, o któ­rych czy­ta­my w ga­ze­tach. W jaki spo­sób uda­ło mu się zbić ogrom­ny ma­ją­tek, skąd się bio­rą ty­sią­ce ki­lo­me­trów ma­te­ria­łów uży­tych do uszy­cia roz­ma­itych pro­duk­tów do­star­cza­nych w re­kor­do­wym tem­pie do wie­lu skle­pów po­ło­żo­nych w naj­róż­niej­szych miej­scach na zie­mi, jak żyją jego pra­cow­ni­cy i ich ro­dzi­ny.

Za­pew­niam, że mimo na­szej przy­jaź­ni i wie­lu go­dzin spę­dzo­nych na wspól­nych roz­mo­wach Aman­cio nig­dy nie dał mi naj­mniej­szej prze­słan­ki, dzię­ki któ­rej mo­gła­bym my­śleć, że udzie­li mi po­zwo­le­nia na na­pi­sa­nie tej książ­ki. Moje usi­ło­wa­nia, wręcz upór, by uka­zać bar­dziej pry­wat­ną i ludz­ką stro­nę Or­te­gi ob­ser­wo­wa­ne były przez jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków: wy­jąt­ko­we­go José Ma­ríę Ca­stel­la­no (by­łe­go dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go i wi­ce­pre­ze­sa Gru­py In­di­tex), waż­ne­go dla ca­łej hi­sto­rii i jej zro­zu­mie­nia, oraz jego wspa­nia­łe­go na­stęp­cę Pa­bla Islę (od lip­ca 2011 roku pre­ze­sa i dy­rek­to­ra ge­ne­ral­ne­go In­di­tek­su). Oby­dwaj czę­sto mie­li oka­zję sły­szeć, jak prze­ko­ny­wa­łam Aman­cia: "Zro­zum, trze­ba wy­ja­śnić świa­tu, ja­kim czło­wie­kiem je­steś. Fakt, że two­je na­zwi­sko otwie­ra li­stę naj­bo­gat­szych lu­dzi w Hisz­pa­nii, ba, je­steś jed­nym z naj­bo­gat­szych lu­dzi na świe­cie, nie mówi o to­bie ni­cze­go. Po­ka­zu­je tyl­ko, że zbi­łeś ma­ją­tek. Cho­dzi o to, by przed­sta­wić cie­bie, uka­zać twój punkt wi­dze­nia. Kim na­praw­dę jest Aman­cio Or­te­ga? Skąd po­cho­dzi? Do­kąd po­dą­ża? Skąd się wzię­ły jego ma­rze­nia o im­pe­rium, któ­re obec­nie sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią?".

Nie po­wstrzy­my­wa­ły mnie jego bez­li­to­sne od­mo­wy. By­łam pew­na, że któ­re­goś dnia mój upór i siła ar­gu­men­tów prze­zwy­cię­żą jego nie­chęć, że przy­zna mi ra­cję. I wresz­cie, po wie­lu la­tach, sta­ło się. Wpraw­dzie nie po­wie­dział, że w peł­ni po­pie­ra mój pro­jekt, bo to ozna­cza­ło­by od­rzu­ce­nie wy­zna­wa­nych przez nie­go za­sad, prze­ka­zał mi jed­nak wia­do­mość ni­czym naj­słod­szy pre­zent: "Rób, co chcesz, prze­cież nie mogę za­bro­nić ci pi­sać. Ufam ci". Po­tem do­dał: "I nie ogra­ni­czaj się tyl­ko do plu­sów ani też nie pisz, że sam je­den zbu­do­wa­łem fir­mę. Jest nas ra­zem osiem­dzie­siąt ty­się­cy, nie mó­wiąc o tych, któ­rzy kie­dyś u nas pra­co­wa­li".

Taki był po­czą­tek książ­ki, o na­pi­sa­niu któ­rej ma­rzy­łam od cza­su, kie­dy po­trą­ci­łam pew­ne­go męż­czy­znę ubra­ne­go w ko­szu­lę, bez ma­ry­nar­ki, ukry­te­go po­śród ubrań w ma­ga­zy­nie w Ar­te­ixo. Uśmiech­nął się wte­dy do mnie w swój spe­cy­ficz­ny spo­sób i po­wie­dział: "Je­stem Or­te­ga, a ty pew­nie je­steś Co­va­don­ga. Cze­ka­łem na cie­bie". Żad­ne z nas się nie spo­dzie­wa­ło, jak wie­le z tych na­szych wspól­nych do­świad­czeń zdo­by­tych pod­czas po­dró­ży przez ży­cie zo­sta­nie po­da­ne do pu­blicz­nej wia­do­mo­ści. Zro­zu­mie­li­śmy, że nie po­win­ni­śmy trzy­mać pew­nych spraw w ta­jem­ni­cy, bo cho­ciaż nie­któ­re z nich wy­da­ją się nie­istot­ne, to mają jed­nak tę nie­uchwyt­ną war­tość, któ­ra daje po­czą­tek cze­muś wy­jąt­ko­we­mu. Będę za­do­wo­lo­na, je­śli uda mi się do­brze opi­sać hi­sto­rię chłop­ca, któ­ry 75 lat temu uro­dził się w León (pro­win­cja le­żą­ca w pół­noc­no-za­chod­niej Hisz­pa­nii) oraz za­ło­żo­ne­go przez nie­go po­tęż­ne­go im­pe­rium.