Człowiek, który stworzył Zarę - Covadonga O'Shea

Reflow text when sidebars are open.
Wspomnienie o rodzicach
"Mój ojciec zarabiał 300 peset (mniej niż dwa euro w obecnych czasach) tygodniowo. I tylko proszę mi nie mówić, że kiedyś to była całkiem przyzwoita suma, ponieważ niezwykle trudno było za to utrzymać rodzinę. Było nas troje dzieci: najstarszy Antonio, jedyna dziewczynka Pepita i ja - najmłodszy. Pensja ojca nigdy nie wystarczała do końca miesiąca".
Byliśmy na lunchu, jednym z wielu, jakie miałam szczęście jeść w towarzystwie Amancia Ortegi, dyskutując na rozmaite tematy związane z pracą. Znajdowaliśmy się w stołówce dla gości w nowej siedzibie centrali w Arteixo. Na końcu pomieszczenia przygotowano przyjemny kącik z kanapą i stolikiem, gdzie można popijać aperitif, czekając na jedzenie. Wszystko urządzono z dobrym smakiem i minimalistyczną prostotą, tak jak cały budynek. Białe obrusy, śnieżnobiała porcelana i menu, które oddaje hołd krajowi: frutti di mare i ryby: granik, żabnica czy morszczuk, perfekcyjnie przygotowane. Chociaż desery nie pasują do tej klasy haute couture, one również były wyjątkowe.
Amancio nie je zbyt dużo, jest za to wspaniałym gospodarzem. "Moją ulubioną potrawą są smażone jajka, frytki i kiełbasa chorizo", słyszałam od niego wielokrotnie. Jest człowiekiem bezpośrednim, nie zadziera nosa i nie robi na nim żadnego wrażenia, że wielokrotnie uznawany był przez międzynarodowe magazyny finansowe za najbogatszego mieszkańca Hiszpanii. "Forbes" umieszcza go na liście najbogatszych ludzi świata, z roku na rok na coraz wyższej pozycji.
Amancio opowiedział mi szczegółowo o tym, jak rozpoczęła się jego działalność biznesowa; była to historia niezwykła i poruszająca, stanowiąca prawdziwe świadectwo jego życia.
Jedliśmy obiad we trójkę: Amancio, José María Castellano, ówczesny dyrektor generalny, i ja. Gawędziliśmy o wielu sprawach podczas tej długiej rozmowy urozmaiconej wyjątkowymi wspomnieniami, które pozostawały świeże mimo upływających lat. Na szczęście ja również zapamiętałam je bardzo wyraźnie. Kiedy poruszyliśmy temat spektakularnego rozwoju Inditeksu, dość niezwykłego jak na ówczesne czasy, zapytałam go z prawdziwym zaciekawieniem, jaki był pierwszy krok tego zdumiewającego zjawiska. Już wtedy w prasie ukazywało się mnóstwo różnych wersji początków działalności handlowej Ortegi, ale nie wiedziałam, że będzie mi dane usłyszeć wprost od niego, jaka była najgłębsza motywacja, która nim powodowała, bodziec, dzięki któremu ruszył na podbój rynku tekstylnego. Zagrzewał go do tego ten sam idealizm i pociąg do ryzyka, którym wieki temu kierowali się wielcy bohaterowie, od Kolumba do Hernána Corteza, dokonujący niezwykłych czynów w czasach odkrywania Ameryki. Powoli, jakby na nowo przeżywając najbardziej intymne doświadczenia, takie, które ukryte są w tajemnych zakamarkach naszych dusz i chronione niczym zakopany skarb, Amancio zaczął opowiadać o wydarzeniu, które miało miejsce w czasach, kiedy był jeszcze dzieckiem, tuż zanim zrobił trudny krok w dorosłość. Z jego relacji dowiadujemy się, jak niedostatek, głód lub trudna sytuacja życiowa mogą się stać początkiem zawodowych, politycznych, religijnych lub osobistych sukcesów zapisanych w złotej księdze historii ludzkości. Przypomina mi to historię Luisa Miguela Dominguína, legendarnego toreadora, z którym rozmawiałam wiele lat temu, kiedy był u szczytu kariery. Jego syn, wtedy jeszcze mały chłopiec, bawił się w ogrodzie domu w Somosaguas, eleganckiej madryckiej dzielnicy. "Ten dzieciak nigdy nie będzie toreadorem. Żeby stanąć naprzeciwko byka, trzeba najpierw poznać głód". Czy głód może być siłą, która kieruje geniuszem, bohaterem lub świętym w drodze do gwiazd?
Oto co opowiedział nam Amancio: "Pamiętam, jak pewnego popołudnia, tuż po szkole, poszedłem z mamą do sklepu, by kupić coś do jedzenia. Byłem najmłodszy z rodzeństwa i mama lubiła po mnie przychodzić, by odprowadzić mnie do domu. Sklep, do którego się udaliśmy, był jednym z typowych dla tamtych czasów, wielkich sklepów spożywczych z wysoką ladą, tak wysoką, że nie byłem w stanie dojrzeć, kto mówi do mamy. Usłyszałem jednak mężczyznę, który powiedział coś, czego mimo upływu czasu nigdy nie zapomnę: "Bardzo mi przykro, Josefa, ale nie mogę ci udzielić kolejnego kredytu". Byłem w szoku. Miałem tylko dwanaście lat".
Amancio zaczął wyjaśniać, że był wrażliwym dzieckiem o silnym poczuciu godności osobistej i kiedy wreszcie doszedł do siebie po tym, co usłyszał, postanowił, że zawsze będzie wspierał matkę. "Przyrzekłem sobie, że coś takiego nigdy już jej nie spotka. Bardzo dokładnie przemyślałem całą sytuację i postanowiłem, że poszukam pracy, by wesprzeć finansowo rodzinę. Rzuciłem szkołę, zrezygnowałem z dalszej nauki i zostałem pomocnikiem sprzedawcy w sklepie z koszulami". Ów sklep nadal istnieje w La Coru?a, na rogu ulicy Juan Flórez.
Wiele lat później wyznałam Amanciowi, że bardzo poruszyło mnie to, co wtedy opowiedział, że myślałam o jego pierwszych krokach na długiej drodze do sukcesu, o tym, że nigdy nie spoczął, nie stracił zapału do pracy. Powtórzył wtedy, że gdy obrał tę drogę, nigdy później tego nie żałował, nie zapomniał też o skromnym pochodzeniu i o tym przejmującym wydarzeniu w dzieciństwie, kiedy zabrakło im pieniędzy na jedzenie. Nie wątpię, że właśnie to doświadczenie wykuło silny charakter, dzięki któremu Amancio dzielnie stawiał czoło wielu życiowym trudnościom.
Z tej historii, jak i z wielu innych dotyczących początków zawodowej i osobistej kariery Ortegi, dowiadujemy się, że ów człowiek, ktory podbił świat handlu detalicznego, człowiek, który wzbudza ogromne zaciekawienie i wielki podziw, bezwarunkowo poświęcił się studiowaniu na uniwersytecie życia. Godne podziwu jest to, że po wielu latach nauki nadal nie opuścił ani jednego dnia "zajęć". Niezmiennie zajmuje czołową lokatę.
Amancio nigdy nie wątpił, że jeśli chce otrzymać dyplom ukończenia uniwersytetu mody, to musi sobie na to zasłużyć, musi się wykazać codziennymi staraniami, wytrwałością i entuzjazmem. Są to podstawowe cechy każdego, kto chce sprostać wyzwaniom, jakie postawił przed sobą ten wizjoner. Czy ktoś potrafiłby odgadnąć, że dwunastolatek zatrudniony w sklepie odzieżowym stanie się twórcą prawdziwie rewolucyjnego biznesu? Właśnie w tej przełomowej chwili, chociaż nadal trzymał mamę za rękę, pożegnał się z dzieciństwem i postanowił wspierać finansowo rodzinę, robiąc pierwszy krok w miejscowym biznesie.
Amancio Ortega to człowiek skryty, o błyszczących oczach, wilgotnych od łez na samo wspomnienie tego, co spotkało dziecko zranione przez okrutną rzeczywistość. Tamten mały chłopiec nie mógł się pogodzić z trudnościami, które dotykały jego bliskich, wiec zebrał całą swą odwagę, by pokonać je raz na zawsze. Z wielką szczerością i prostotą Amancio przyznał, że nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie wyobrażał sobie tego, co miało się wydarzyć w jego życiu po podjęciu tej dojrzałej decyzji.
Dzięki niej stał się jednym z tych rzadko spotykanych w historii ludzi, z żelazną wolą realizujących zadania - wielkie lub małe, budujących coś wspaniałego z wydawałoby się zwyczajnych cegieł codziennych spraw i obowiązków. Jak powiada kataloński pieśniarz i poeta Joan Manuel Serrat: "Nie ma drogi - budujemy ją, kiedy ruszamy w podróż".
Bez wątpienia od czasu, kiedy zaczął swoją karierę jako najmniej ważny pracownik w sklepie z koszulami, aż do teraz, kiedy jest multimilionerem, Amancio Ortega odrzucił wiele możliwości, jakie oferuje życie. Postanowił poświęcić się ciałem i duszą biznesowi, w który nadal jest głęboko zaangażowany. "Każdy ma jakiś cel", powtarza ciągle z przekonaniem człowieka mającego misję do spełnienia. Kiedy zaczynał, pierwszą cegłą we wznoszonym przez niego wielkim gmachu była pomoc rodzinie, jednak teraz nie kieruje nim zwyczajna chęć zarabiania pieniędzy. Taka motywacja jest dla niego niewystarczająca. Przyświeca mu idea, która rzuca światło na ważny aspekt jego biografii. "Coś głębszego zmusza mnie do pracy i to od tamtego dnia, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Nie chodzi o pieniądze, chociaż one też są istotne. Są jeszcze inne, powoli przeze mnie odkrywane powody, wszystkie bardzo ważne, dzięki którym nie ustaję w wysiłkach. Równie dobrze mogłem zacząć pracę później, w wieku 13 lat, kiedy już mnie zarejestrowali, ponieważ wcześniej byłem zbyt młody. Nigdy nie zapomnę pierwszego kontraktu, który podpisałem z Galą (tak nazywał się sklep, w którym podjął wówczas pracę)".
Kiedy Amancio ciągnie opowieść, w jego oczach malują się nostalgia i siła, które także mają wpływ na jego osobisty i zawodowy sukces. Można w nich odczytać, jakim jest człowiekiem, dlaczego bez względu na koszty nigdy nie przestawał walczyć, i odnaleźć w nich wspomnienie tych, którzy stali u jego boku w kolejnych etapach życia.
"Jako dziecko nienawidziłem, kiedy ze mnie szydzono. Mając dziewięć, dziesięć, jedenaście lat, podchodziłem do wszystkiego bardzo emocjonalnie, wszystko silnie przeżywałem. Nigdy nie podnosiłem głosu, ponieważ nie chciałem, by inni czuli się przeze mnie źle. Muszę przyznać, że byłem bardzo dumny. Jakiś czas później, gdy pracowałem już w La Maja (w kolejnym sklepie, w którym został zatrudniony), bardziej luksusowym niż poprzednie miejsce, przechadzałem się kiedyś po La Coru?a z córką jednego z klientów, dość zamożną osobą. Wyglądało na to, że zakochała się w zwykłym subiekcie - innymi słowy, we mnie. Było to nawet miłe.
Pewnego dnia matka dziewczyny przyszła do sklepu i spytała szefa, gdzie jest jego syn, Amancio. Oczywiście szef odpowiedział, że nie jestem jego synem, na co kobieta zareagowała niezadowoleniem. Jak to, tylko dlatego, że byłem jedynie pomocnikiem sprzedawcy, a nie synem właściciela? Bardzo mną to wstrząsnęło. Kiedy wspominam tamte czasy, wydaje mi się, że bogaci ludzie byli wtedy zupełnie inni, nie zachowywali się tak, jak, według mnie, powinna zachowywać się osoba zamożna. Bardziej się izolowali, zazdrośnie strzegli swoich pieniędzy i nawet jeśli nie było ich aż tak dużo, czuli się przez nie wyjątkowi. Ten incydent sprawił, że bardzo cierpiałem; było to dla nastolatka ciężkie przeżycie. Od tamtego dnia aż do tej chwili zawsze starałem się liczyć z uczuciami innych ludzi i ochronić moich bliskich przed cierpieniem, które stało się moim udziałem".
Pomimo tej historii Ortega nie zapominał o swoich planach i nigdy nie pomyślał o studiowaniu dla samego zdobycia tytułu, jak to bywa czasem wśród osób wywodzących się z innych klas społecznych. Był skupiony na osiągnięciu celu: "Nie miałem czasu na naukę, ponieważ ciągle pracowałem. Moje wyobrażenie tego, co chcę zrobić, stawało się coraz wyraźniejsze, więc nie mogłem się zatrzymać, do chwili aż przekażę swoją ideę innym, którzy będą zaangażowani w jej realizację. Tak naprawdę żałuję tylko jednego - że nigdy nie nauczyłem się języka angielskiego, ponieważ w dzisiejszych czasach to podstawa. Mogę jednak ten brak nadrobić, słuchając innych i ucząc się od ludzi, którzy mnie otaczają".
Sposób, w jaki o tym mówi, robi wrażenie. Słuchacze w szkołach biznesu wręcz go ubóstwiają. Dla biznesmenów, którzy poświęcili cenne lata życia, przygotowując się do tego, co ich czeka w przyszłości, Amancio pozostaje wielką tajemnicą. W prostych słowach stwierdza, że podstawą jego zawodowego kształcenia było życie i sama praca. Czuje się wręcz w obowiązku, by opisać, jak dzisiejszy Ortega różni się od tego młodego pomocnika sprzedawcy, który nie akceptował niesprawiedliwości i który nigdy nie poddawał się przeciwnościom losu.
"Zapewniam, że właściwie w ogóle się nie zmieniłem. Mój sposób myślenia jest taki sam jak kiedyś. Liczy się to, by postawić sobie w życiu jakiś cel i poświęcić wszystko, co się ma, by go osiągnąć. Od kiedy zacząłem pracować, byłem owładnięty jedną myślą - dlaczego nie mogę wynaleźć czegoś nowego, zmienić rynku? Wiedziałem bardzo dobrze, że chcę zapełnić wolną przestrzeń, która istniała w przemyśle odzieżowym. Nie jestem w stanie dobrze opisać idei, która mi wówczas przyświecała, ale postanowiłem poddać się temu impulsowi i razem z bratem Antoniem założyłem GOA. Otworzyliśmy konto bankowe z sumą 2500 peset (obecnie byłoby to mniej niż 20 euro). Bratowa, która potrafiła szyć, oraz moja ówczesna żona Rosalia produkowały pikowane szlafroki, które wtedy były bardzo modne".
Pośród wielu rozmów i spotkań z Amanciem Ortegą był jeszcze jeden moment, który określa go jako wyjątkowego człowieka, oczywiście niepozbawionego wad i zalet, jakie zdarzają się innym śmiertelnikom. Kiedy rozmawialiśmy o intuicji, dzięki której wprowadził odmienny styl pracy, zapytałam go, w jaki sposób obmyślał Inditex, firmę, którą przekształcił w największą grupę odzieżową na świecie. Jego filozofia i mocne zasady pobrzmiewają w każdym zdaniu, które wypowiada. Mówi bez pośpiechu, z namysłem. Motywy, którymi kierował się w życiu, są dla niego jasne.
"Od samego początku poświęciłem wszystko dla pracy, bez względu na to, jak wiele ode mnie wymagała. Nigdy nie byłem do końca zadowolony z tego, co robię, i starałem się wpajać tę zasadę ludziom, z którymi pracowałem. Samozadowolenie to niebezpieczna pułapka, jeśli chce się dokonać czegoś ważnego. W naszej firmie staramy się nigdy nie spoczywać na laurach, ani wtedy, kiedy stawialiśmy pierwsze kroki, ani obecnie, kiedy mamy sklepy na całym świecie. Ślepy optymizm to błąd. Należy zawsze starać się robić coś lepiej i nigdy nie tracić umiejętności samokrytycyzmu. Czułem, że jeśli mamy odnieść sukces, musimy się rozwijać. Przyznam jednak, że ten biznes wcale nie jest tak skomplikowany, na jaki wygląda. Bardzo łatwo się go prowadzi".
Atmosfera towarzysząca tym zwierzeniom ośmieliła mnie i nie mogłam się oprzeć pokusie, by dowiedzieć się więcej o imperium i "imperatorze". Tylko słuchając samego Amancia, można lepiej zrozumieć to, co wiemy o nim i Inditeksie dzisiaj. Cofnijmy się więc w czasie, by prześledzić pierwsze lata życia tego człowieka.
Poznając jego korzenie
Wiele osób uważa, że Amancio Ortega, związany z przylądkiem Fisterre, urodził się w Galicji. Przychodzi nam do głowy obraz mglistego poranka na wybrzeżu zamieszkałym przez zbieraczy małży i rybaków. Ich kobiety zostawały w domu, zajmując się szyciem dla drobnego przedsiębiorcy, który później stanie się sławny. Wydaje się naturalne, że mężczyzna, będący siłą napędową imperium przypominającego to szesnastowieczne z czasów króla Filipa II, "nad którym słońce nigdy nie zachodzi", żył i pracował od dzieciństwa na zachodnim krańcu Hiszpanii niczym syn tej ziemi.
Zachowało się niewielu świadków, ale według dokumentów Amancio Ortega urodził się we wsi Busdongo de Arbás, w prowincji León leżącej na południowym stoku przełęczy Pajares. Liczba mieszkańców wynosi 1300, znajduje się tam kopalnia węgla i fabryka cementu. Ci, którzy poszukiwali korzeni Ortegi, twierdzą, że przyszedł na świat 28 marca 1936 roku, kilka miesięcy przed wybuchem hiszpańskiej wojny domowej, że jego równolatkiem jest peruwiański pisarz, Mario Vargas Llosa, i podają jeszcze inne domniemane fakty, które wprawiają Amancia w rozbawienie. Powiedział mi z najprawdziwszą dumą i podziwem, że jego ojciec był kolejarzem pochodzącym z Valladolid. "Kiedy się urodziłem, wysłano go do tej wsi jako montera; jego praca polegała na sprawdzaniu zwrotnic i torów kolejowych. Ojciec był bardzo gorliwym pracownikiem".
Pamięć o ojcu jest bardzo żywa; pod jego wpływem kształtował się charakter Amancia. Kiedy pewnego razu Ortega musiał odwołać nasze spotkanie z powodu nieprzewidzianych okoliczności, przepraszał mnie kilkakrotnie. Gdy stwierdziłam: "Przestań, Amancio, to się zdarza każdemu, nie ma sprawy", odparł, że dla jego ojca, kolejarza, punktualność była ważnym aspektem codziennej pracy i tę zasadę wpoił swojej rodzinie. "Nie lubię odwoływać spotkań, a jeszcze bardziej nie lubię się spóźniać. Takiej właśnie obowiązkowości, oprócz innych rzeczy, nauczyłem się od ojca".
Niedługo potem, kiedy Amancio miał tylko trzy miesiące, rodzina przeniosła się do Tolosy, miasteczka słynącego z wytwórni papieru, położonego kilka kilometrów od San Sebastián. Wyraźnie pamięta rodzinną wioskę matki, Valoria la Buena, gdzie spędzali wakacje i Wielki Tydzień. Wspomnienia o tych czasach są tak dobre, a podziw dla matki tak duży, że Amancio nazwał swój jacht od miejsca urodzin Josefy - "Valoria". Lata spędzone w Kraju Basków i obrazy z okresu dzieciństwa pozostawiły ślady, które ciągle mu towarzyszą: szkoła prowadzona przez mnichów, gdzie pobierał nauki, wypady do sadów, gdzie razem z innymi chłopcami kradł jabłka i gruszki, typowe wiejskie psikusy, na wspomnienie których wybucha głośnym śmiechem.
W sierpniu 1944 roku ojciec Amancia został przeniesiony do La Coru?a, gdzie budowano nową linię kolejową z Santiago do Zamory. Ortega, wtedy ośmioletni, wspomina, jak trudny był to okres dla Hiszpanii. Pamięta, że w domu nigdy nie rozmawiało się na ten temat. "Kiedy wybuchła wojna, rodzice mieszkali w małej wiosce, gdzie żyli i umierali ich przyjaciele, a takie sprawy zmieniają człowieka".
W 1960 roku ojciec został awansowany na szefa brygady i dostał nagrodę za dobre wyniki w pracy, a w 1971 roku awansował na jeszcze wyższe stanowisko. Postanowił jednak przejść na emeryturę i razem z żoną cieszyć się dokonaniami dzieci. Dla Amancia to bardzo ważne, że dzięki jego pracy rodzice mogli przeżyć kilka lat w spokoju i dobrobycie, jakie sobie dla nich wymarzył. Nie opuszczało go bowiem wspomnienie tego strasznego popołudnia, kiedy dotarła do niego brutalna prawda, że rodzina żyje w niedostatku. Wyraźnie, niczym oglądane na ruchomych obrazkach, pojawiają się w jego pamięci początki pracy w sklepie z koszulami. Twierdzi, że to nie było trudne zajęcie i z przyjemnością wraca do tamtych chwil. "Jak możesz się domyślać, byłem takim chłopaczkiem do wszystkiego. Sprzątałem sklep, pakowałem towar i zajmowałem się klientami, kiedy w sklepie panował ruch. Wydaje się, że klienci wspominali o mnie właścicielowi, ponieważ zauważyli, że bardzo poważnie traktowałem pracę i byłem obowiązkowy. Lubiłem swoje zajęcie i chętnie się uczyłem".
Po otwarciu trzytysięcznego sklepu szef Inditeksu powiedział mi, iż zawsze zdawał sobie sprawę, że nigdy nie można zapominać o kliencie. Świetnie radził sobie w biznesie koszulowym, ponieważ umiał zająć się klientami, którzy przychodzili do sklepu. Ten poważny, ciężko pracujący chłopak, który zawsze chętnie wszystkim pomagał, jest dokładnie taki sam dzisiaj, mając 75 lat. Chętnie wesprze każdego, kto potrzebuje jego rady lub opinii.
Kiedy zadzwoniłam do niego 28 marca 2008 roku, żeby złożyć życzenia urodzinowe, okazało się, jak zwykle, że pracuje. Ucieszył się, że o nim pamiętałam, a kiedy spytałam: "Amancio, co robisz w takim dniu w firmie, zamiast świętować swoje urodziny w domu?", usłyszałam tę samą odpowiedź, co zawsze. "Mam siedzieć w domu? Robię to, co zwykle - pracuję. Muszę jednak przyznać, że dzisiaj przyjechałem nieco później. Jak wiesz, śniadanie jest dla mnie zawsze najważniejsze, najpierw jem razem z rodziną, a potem przegryzam coś w towarzystwie przyjaciół. Nie trzeba dużo, żebym czuł się szczęśliwy".
"Czy poprosiłeś o coś specjalnego na urodziny?"
"Poprosiłem tylko Boga, żeby dał mi zdrowie, bym miał siły dalej działać", odparł.
Przed założeniem własnej firmy, mając siedemnaście lat, Amancio odszedł z pierwszej pracy i został asystentem sprzedawcy w La Maja, dość dużym przedsiębiorstwie. Firma składała się z kilku działów, w których pracowali jego starszy brat Antonio i siostra Pepita. Kiedy okazało się, że Amancio, czyniąc postępy w pracy, dzięki cechom, które uczyniły z niego skutecznego biznesmena, został awansowany na kierownika, jego miejsce zajęła szesnastoletnia dziewczyna, Rosalía Mera Goyenechea, którą poślubił dwa lata później.
Właściciele La Maja zwracali dużą uwagę na pomysły młodego Ortegi. Zaproponował on na przykład, że zajmie się produkcją ubrań w fabryce należącej do sklepu - miała je szyć Primitiva, żona brata Antonia, z zawodu krawcowa. Efekty okazały się na tyle zadowalające, że Amancio zrezygnował z pracy, by na stałe zająć się produkcją. W ciągu dziesięciu lat doświadczeń zawodowych nawiązał kontakty z katalońskimi producentami tkanin, którzy zaczęli udzielać mu zniżek na towary i zebrał całkiem liczne grono własnych klientów.
Tak wyposażony, mając na koncie 2500 peset, w 1963 roku otworzył własną firmę GOA Confecciones. Nazwę utworzyły inicjały: pierwsze i ostatnie litery imion jego i jego brata oraz pierwsza litera ich nazwiska. Towarzyszyła mu żona, jej rodzeństwo, a także wielki przyjaciel rodziny, handlowiec José Ca?as, przyszły twórca firmy Caramelo.
Na początek założyli skromny warsztat i skupili się na szyciu słynnych kobiecych pikowanych szlafroków, które sprzedawały się lepiej, niż przewidywali. Kiedy okazało się, że inwestycja się zwróciła i warsztat przynosi zyski, Ortega skoncentrował się na wytwarzaniu odzieży, którą sprzedawał pośrednikom. Udało mu się nawet wysłać część produkcji na eksport. Dziesięć lat później, kiedy zatrudniał już 500 osób, przejął również zaopatrzenie oraz dystrybucję i zatrudnił zespół projektantów. Gotów był zrobić kolejny krok ku ogniwu w łańcuchu, którym jeszcze się nie zajmował, czyli sprzedaży detalicznej.
Otwarcie w 1975 roku w La Coru?a pierwszego sklepu Zary było ukoronowaniem systemu pionowej struktury, stanowiącej fenomen w świecie europejskiego przemysłu odzieżowego tamtych czasów. Dowiedziałam się od pewnej osoby, która pracowała w warsztacie tego rodzinnego przedsięwzięcia, że twórca powstającego imperium pracował wtedy non stop, by rozwinąć nowo powstałą markę Zara na całą Galicję. Utworzył inne firmy odpowiedzialne za różne etapy produkcyjne i zebrał kapitał, dzięki któremu lata później zmienił marzenia w rzeczywistość. "Jak zauważysz, nie mam własnego biura", powiedział mi Amancio podczas jednej z naszych rozmów. "Nigdy go nie miałem. To nie papierkowa robota, to robota w fabryce". Okazało się to prawdą, bo właśnie w taki sposób go poznałam, kiedy wyłonił się spoza zwisających ubrań, poruszających się na karuzeli w magazynie dystrybucyjnym.
Amancio ma swoje przyzwyczajenia. Oto jak opisuje nawyki, których nabył przez lata. "Najbardziej lubię spędzać czas w strefie projektów. Od zawsze otaczałem się osobami kreatywnymi, zazwyczaj młodymi, by wysłuchiwać ich propozycji; interesują mnie ludzie, którzy podróżują po świecie, potrafią wyłapać trendy w mediach, nie tylko związane z modą, ale ogólnie ze stylem życia. Można się wiele od nich nauczyć. Jeśli chcą poznać moją opinię, to ją przedstawiam, ale są świetnymi profesjonalistami i znają się na tym, czym się zajmują".
Covadonga O'Shea weszła do mojego gabinetu na Wydziale Mody w Parsons The New School for Design w Nowym Jorku, emanując doskonałym stylem i błyskotliwą inteligencją. Była szykowna, elegancka i wyrafinowana - od razu wiedziałem, że z taką kobietą nasza szkoła na pewno zechce pracować. Od tego czasu nasze drogi przecinały się wielokrotnie, między innymi zaprosiła mnie, bym poprowadził wykłady w kierowanej przez nią w Madrycie ISEM Fashion Business School na studiach podyplomowych. Po każdym spotkaniu z Covadongą O'Shea rósł mój szacunek do jej poglądów na temat ogólnoświatowego przemysłu odzieżowego. Nie dziwię się więc, że zamknięty dotychczas świat Zary otworzył się przed nią, kiedy spisywała historię tej firmy.
Wiele lat wcześniej, gdy pracowałem jako projektant mody w Londynie, ważnym przystankiem w naszych paryskich wędrówkach badawczych był sklep Zary położony niedaleko Opery Paryskiej. Sprawdzaliśmy, w jaki sposób marka interpretuje najważniejsze trendy. Znaliśmy oczywiście ofertę sezonową innych sklepów, ale Zara zawsze nas zaskakiwała. Koledzy odwiedzający sklep kilka tygodni później oglądali już zupełnie inny asortyment. Nie mogliśmy zrozumieć, w jaki sposób dokonywała się tak szybka zmiana.
Wiele osób krytykuje to, że z każdym nowym sezonem wprowadza się inne kolory, sylwetki i długości. Gdyby jednak nie przelotność trendów, kontrolerzy jakości w fabrykach w Indiach, pomocnicy sprzedawców w Anglii, tech designerzy w Stanach Zjednoczonych, dekoratorzy wystaw w Hiszpanii, dziewiarze w Tajlandii, krawcowe w Meksyku i tysiące innych osób zatrudnionych w przemyśle odzieżowym nie miałoby pracy.
Oczywiście, moda to również mnóstwo przyjemności. Klientka, która wybiera wspaniałą suknię na przyjęcie, projektant wymyślający nowe niesamowite kreacje - tak wypełnia się podstawowa potrzeba społeczna: by w ubraniu wyglądać i czuć się dobrze.
W swojej książce Covadonga O'Shea śledzi początki Zary, opisując, jak firma stała się globalną potęgą na rynku mody i, co równie istotne, w jaki sposób udaje się jej tak szybko reagować na światowe trendy. Wprawdzie można by dyskutować o równowadze ekonomicznej związanej ze stale zmieniającą się modą (fast fashion), faktem jednak jest, że dzięki markom takim jak Zara miliony ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na kreacje haute couture, mają dobre sampoczucie.
Poznając historię Zary można się wiele nauczyć, a Covadonga O'Shea przedstawia ją w sposób przemyślany i inteligentny.
Simon Collins
Dziekan Wydziału Mody w Parsons the New School for Design w Nowym Jorku
"Proszę mi mówić Ortega, obejdziemy się bez ceremonii"
Pierwsze wrażenia związane z długo oczekiwaną wizytą, zaplanowaną, by poznać niezwykłe miasto lub osobę, zapisane są w konkretny sposób na twardym dysku pamięci w naszej głowie. Pozostają bardzo wyraźne, niezmienione mimo upływającego czasu i tysięcy spraw, które wydarzają się w życiu. Tak właśnie stało się w dniu, kiedy poznałam Amancia Ortegę. Było to niemal 15 lat temu, pierwszego grudnia, na początku lat dziewięćdziesiątych. Przedstawię tło tego wydarzenia, by dać pełniejszy obraz.
Pracowałam wtedy jako szefowa "Telvy", czołowego hiszpańskiego magazynu modowego, będącego zawsze na bieżąco w sprawach trendów i wydarzeń na tym rynku. Często robiłam interesy i spotykałam się z najlepszymi projektantami z Paryża, Mediolanu, Nowego Jorku i Londynu, miast, które odwiedzałam co najmniej dwa razy do roku, by obejrzeć najnowsze kolekcje. Nie muszę też dodawać, że można mnie było spotkać w madryckim Cibeles i barcelońskim Gaudí, gdzie odbywały się jesienne i wiosenne pokazy mody hiszpańskiej. W styczniu i lipcu to Paryż zaskakiwał świat swoją wykładnią estetyki haute couture. Eksplozja kreatywności i fantazji była przekazywana w sposób jak najbardziej wyrafinowany, charakteryzujący się rozpoznawalnym blaskiem francuskiej mody, która wyznaczała standardy od początku XX wieku do lat sześćdziesiątych - standardy przyjmowane przez elity we wszystkich największych stolicach mody.
W tamtym czasie kariera Zary nabierała rozpędu, prowokując rozmaite pytania. Co kryje się za tym fenomenem, który magnetycznie przyciągał niewolników mody w latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych? Jak określić styl ubioru, który nie rujnuje kieszeni, do którego tak dobrze pasują określenia: niestały, jednorazowy, zmienny, charakterystyczne dla społeczeństwa konsumpcyjnego, przez które wszyscy zostaliśmy wchłonięci? Jakie było źródło sukcesu stylu łączącego niezłą jakość i sensowną cenę z wyraźnymi cechami designu z górnej półki? "Ten Armani wygląda, jakby został zrobiony specjalnie dla ciebie", powiedział mi kiedyś znawca w tej dziedzinie, ekspert od luksusowych marek, przekonany, że ma rację, kiedy zobaczył mnie ubraną w żakiet z Zary, nienagannie skrojony i uszyty z tkaniny charakterystycznej dla tego wspaniałego projektanta. Żakiet ten był pierwszym ubraniem, jakie kupiłam w Zarze, sklepie, który miał się stać dla mnie i dla wielu innych kobiet jednym z ulubionych.
Bardzo szybko rozpoznawalna czarna torba z ciemnymi literami w piaskowym odcieniu, które składały się na nazwę będącą logo, pojawiła się na ulicach największych europejskich miast. Kobiety podążające ślepo za trendami i styliści z międzynarodowych magazynów mody nosili ją z taką samą pewnością siebie, z jaką pokazywali światu najnowsze projekty od Prady, Gucciego czy Diora. Najbardziej zadziwiająca była umiejętność, z jaką słynne kobiety, uważane za ikony stylu, zaczęły lansować nowy sposób ubioru: łączenie luksusowych marek z bazowymi ciuchami z Zary. Naśladował to później cały świat. Nawet rozkładówki w magazynach takich, jak "Telva", "Elle", "Marie Claire" czy "Vogue" publikowały zdjęcia wyznaczających trendy pań w ubraniach tej marki. I znów, niczym pies gończy, zaczęłam poszukiwać przyczyn tego fenomenu, który na dodatek otaczał nimb domysłów i tajemniczości. Twierdzono, że Zara była oskarżana o kopiowanie, plagiat najbardziej wybijających się trendów każdego sezonu. Mówiło się o praniu brudnych pieniędzy, podejrzanych interesach i dziwnych sekretach, pojawiały się też plotki o mężczyźnie bez twarzy, o którym nigdy nie pisano w mediach, kimś, kogo nazwisko znano, ale nic poza tym. Mnożyły się pogłoski o dziwaku, który zaczął interesy na początku lat sześćdziesiątych od szycia pikowanych szlafroków i nieoczekiwanie podbił najtrudniejsze rynki odzieżowe świata.
Co tak naprawdę działo się na przylądku Fisterra słynącym z legend o wiedźmach wyłaniających się z mgieł otaczających Wybrzeże Śmierci? Fisterra leży na skalistym Costa da Morte (po galicyjsku: Wybrzeże Śmierci), nazwanym tak z powodu ukształtowania linii brzegowej i częstych załamań pogody, będących przyczyną zatonięcia wielu statków. Jak mamy odkryć prawdę o wydarzeniach w tej części północno-wschodniej Hiszpanii, z której wywodzi się wielu guru mody, między innymi bracia Adolfo i Javier Domínguez, Antonio Pernas, Roberto Verino, Kina Fernández i Caramelo, przez co zaczęto nawet mówić o "galicyjskiej modzie".
O wyjaśnienie tej sprawy poprosiłam świetną dziennikarkę z "Telvy". Miała szósty zmysł, duszę tropiciela i wielki dar do pracy będącej połączeniem żmudnego śledztwa i dociekań rodem z powieści detektywistycznych, które to cechy okazały się bardzo przydatne. Wróciła z wizyty w Arteixo bardzo podniecona dokonanymi odkryciami, a także tym, jak została przyjęta, wielkimi interesami, które tam prowadzono i swoimi prognozami na przyszłość. W kwietniu 1990 roku opublikowaliśmy pierwszy, jak się okazało, artykuł o Zarze, zatytułowany "Zaramania", napisany przez Teresę Olazábal. "Dotrzymując kroku firmom haute couture, Zara otworzyła swoje sklepy na głównych ulicach Madrytu, Paryża, Nowego Jorku, Lizbony, Aten i Meksyku. Jaki kryje się za tym sekret? Zadziwiająca umiejętność wyczuwania trendów mody, ich przenicowanie i przystosowanie do realiów za rozsądne ceny. A wszystko to w ciągu 20 dni!". Oprócz przedstawienia chłodnych danych i wyników finansowych z tamtego okresu, które obecnie należałoby wielokrotnie pomnożyć, podkreślono fakt, że "w rekordowym tempie ta galicyjska firma przekształciła się w spółkę holdingową, mającą pod sobą 42 firmy. Dostarczają one tkaniny, farbują je, drukują, robią wykroje, zszywają ubrania i zajmują się ich dystrybucją. Na potrzeby niektórych etapów tego procesu Inditex stworzył spółdzielnie zrzeszające 6000 galicyjskich kobiet szyjących ubrania. Jednak dla wielu Zara nadal pozostaje tajemnicą. Trudno jest pojąć, jak to możliwe, że oferuje tak niskie ceny, w jaki sposób przygotowywane są projekty odpowiadające wielu modowym klasykom i jak udaje się nieustannie uzupełniać asortyment".
Jaka jest tajemnica sukcesu Amancia Ortegi? Zastanawiali się nad tym wszyscy - i wtedy, i obecnie. Odpowiedź zawarta została w kilku prostych zdaniach wypowiedzianych przez jednego z menadżerów firmy. "Ze względu na ceny cały proces odbywa się bez handlowców lub pośredników. Zasadą firmy jest kupowanie materiałów za dobrą cenę i korzystanie z taniej siły roboczej", wyjaśniał dalej, "ale także margines niewielkiego zysku. Wolimy zarabiać niedużą sumę na każdym przedmiocie, żeby sprzedawać tych przedmiotów jak najwięcej".
Kolejną fundamentalną zasadą firmy jest oferowanie ubrań zgodnych z najnowszą modą. Jeden z projektantów zespołu wyjaśnił, że wielki sukces marki opiera się na szybkim wyczuwaniu i interpretowaniu światowych trendów i gustów klienteli. "W Inditeksie mamy wydział zatrudniający 40 osób (zastanawiam się, ile osób pracuje tam teraz), które działają w nowojorskich pubach, paryskich dzielnicach biznesowych oraz hiszpańskich barach i modnych miejscach. Nazywamy tę procedurę badania trendów "testowaniem rynku na grupie docelowej"".
Doszukując się kolejnych przyczyn ogólnoświatowego sukcesu firmy, mogę dodać jeszcze jeden czynnik, który według mnie jest kluczowy, czyli ciągłe odnawianie asortymentu - 40% produktów zmienia się co tydzień. W międzyczasie asortyment w sklepach uzupełniany jest co trzy dni. Innymi słowy, podczas gdy pozostałe firmy produkują kolekcję tylko raz na cały sezon, Zara nie przestaje wymieniać towarów, starając się dostarczyć to, o co ludzie pytają. Przykład? Byłam świadkiem wydarzeń z 11 września związanych z atakiem na World Trade Center w Nowym Jorku. Właśnie rozpoczął się tydzień mody. Po południu w dniu poprzedzającym datę, która została wyryta w historii świata, czyli dziesiątego września, odbyło się kilka pokazów amerykańskich projektantów. Kiedy nowe propozycje pojawiły się na wystawach topowych sklepów Manhattanu, wyraźnym trendem okazała się feeria barw kojarząca się z przepełnionym radością i zabawą latem. Katastrofa, która wydarzyła się następnego dnia, dotknęła nie tylko Wielkie Jabłko, ale także sporą część świata. Nigdy nie zapomnę bólu i oszołomienia panującego na ulicach, ani też kiru, który zawieszano na znak żałoby w oknach wystawowych nawet najbardziej luksusowych sklepów położonych przy głównych ulicach zakupowych, ale też w tak modnych dzielnicach jak Soho i Tribeca. W sezonie następującym po katastrofie ci projektanci, którzy przygotowali kolekcje kipiące od kolorów, odnotowali wyraźny spadek sprzedaży.
Niedługo potem, w okolicach Bożego Narodzenia, kiedy na kilka dni przyjechałam znów do Nowego Jorku, okazało się, że jedynie Zara sprzedaje swoje rzeczy. Działo się tak między innymi dlatego, że podzielano smutek i cierpienie wielu ludzi - dzięki rekordowemu tempu produkcji firma mogła zapełnić sklepy ciemnymi, spokojnymi odcieniami odpowiednimi do niedawnej tragedii, zwłaszcza w miejscu przeżywającym największą makabrę, która wstrząsnęła nie tylko bliźniaczymi wieżowcami, ale też ogromną częścią ludzkości.
Teresa Olazábal kończyła swój artykuł w "Telvie" stwierdzeniem, że "abstrahując od danych, zestawień finansowych i niespodzianek, najciekawszą sprawą dotyczącą Zary jest to, że stała się ona socjologicznym fenomenem. Zaczynamy używać określenia Zaramania jako zwyczaju zakupowego polegającego na tym, że nabywa się nowinki modowe, by je nosić przez jeden sezon, a w następnym roku pozbyć się ich bez wyrzutów sumienia". Za tym stwierdzeniem ukrywa się istotna prawda - ujawnia ono niezwykłą rewolucję w świecie mody. Jeszcze około 20 lat temu trendy zawsze objawiały się w cyklu jesienno-zimowym i wiosenno-letnim, a najlepsze modele były w zasadzie wieczne. Pamiętam Valentino opowiadającego w swojej rzymskiej pracowni, jak ważne było dla niego, kiedy pewna bogata klientka powiedziała mu, że jeden z jego ubiorów nadal leży idealnie po trzech lub czterech latach i że będzie on przechowywany gdzieś na zapleczu garderoby, tak jak się przechowuje rzecz bezcenną, być może by przekazać ją córce. Czy znalazłby się ktoś, kto nie spojrzałby z wielkim szacunkiem na kostium od Pertegaza, nie mówiąc o stroju od Balenciagi, który należał do prababki lub teściowej i nadal jest idealny, nietknięty przez mijający czas? Nawet jeśli tak, inny rewolucyjny projektant, Paul Poiret, stwierdził już dawno temu, w 1890 roku, że "raison d??tre przemysłu odzieżowego są nowinki". To właśnie na tym kluczowym czynniku dalekowzroczny geniusz Amancio Ortega oparł się sto lat później, ciągnąc swój cały zespół do zawrotnego ekspresu mody, by sposób dostarczania towarów oparty na teorii "w samą porę" zamienić na dostawę z szybkością ponaddźwiękową, co stało się motywem przewodnim jego biznesowej tożsamości oraz nowym modelem prowadzenia interesów.
Po opublikowaniu artykułu "Telva" została zasypana listami z różnych części świata. Wszyscy chcieli się upewnić, czy to, co napisała dziennikarka Teresa Olazábal, było prawdą. Najlepszy ze wszystkich okazał się telefon z Mediolanu o raczej poufnym charakterze. Ktoś z kręgów bliskich Giorgiowi Armaniemu zastanawiał się, w jaki sposób można się skontaktować z "główną kwaterą" pana Ortegi. Bardzo chcieli z nim porozmawiać. Wiem, że doszło do spotkania kierownictwa obu firm i bardzo możliwe, że menadżerowie galicyjskiego przedsiębiorstwa udali się do stolicy włoskiej mody. Jeśli jednak życie prywatne twórcy Inditeksu pozostaje tajemnicą, jeszcze bardziej tajemnicze są jego projekty. Rozmawiano, dzielono się wrażeniami, badano finansowe zestawienia, ale nikt nie wyjawił, czego naprawdę dotyczyły pertraktacje. "Oczywiście, że byliśmy w kontakcie. I to nie tylko z Armanim", powiedziano mi, kiedy o to zapytałam. Chociaż nie ma podstaw, bym tak myślała, jednak zawsze podejrzewałam, iż sponsorzy imperium Armaniego wiedzieli, że na ulicach różnych miast europejskich pojawiły się stroje podobne, ale za cenę trzy, a nawet czterokrotnie niższą niż ich oferta. Dlaczego więc nie stworzyć spółki lub jakiegoś wspólnego projektu? Powtarzam, że w tamtym czasie były to zwykłe spekulacje, których nigdy nie potwierdzono, ani im nie zaprzeczono. Dopiero wiele lat później, jak to opiszę w odpowiednim czasie, odkryłam, co stało się tak naprawdę.
1 grudnia 1990 roku
Samolot z Madrytu do La Coru?a wystartował z Barajas i wylądował na galicyjskim lotnisku z brytyjską punktualnością. Powitał nas typowy dla północno-wschodniej Hiszpanii dzień: po niebie płynęły obłoki, słońce chowało się przed deszczem, który zamienia pola w łąki mieniące się wszystkimi odcieniami zieleni. W tle Morze Kantabryjskie, zazwyczaj bardzo wzburzone, teraz było gładkie i spokojne.
Wszystko zapowiadało się świetnie. Podróżowałam z Montse Cuestą, ówczesną dyrektor artystyczną magazynu, która obecnie jest redaktorem "Architectural Digest". Z podnieceniem godnym odkrywców, którzy wylądowali w Ameryce, przybyłyśmy na miejsce przeznaczenia, mając nadzieję, że zdołamy rozwiać tajemnice otaczające Inditex, firmę, która rozprzestrzeniała się po całym świecie niczym pożar, szybki i nieokiełznany. Poznałyśmy jej twórcę i siłę napędową, tajemniczą osobę, o której niemal każdy miał swoje zdanie, a o którym wiedziano tak niewiele, nawet - jak wygląda. Opowiadał mi później jeden z przyjaciół Amancia, że pewnego ranka, kiedy wybrali się do baru w La Coru?a, usłyszeli, jak ktoś stwierdził, że zna Ortegę, nie wiedząc, że osoba, o której opowiada, to wyglądający całkiem zwyczajnie mężczyzna pijący obok kawę. Człowiek, który szybko piął się w górę, by wkrótce zostać osobowością stulecia, był obiektem coraz większego zainteresowania. Na program wizyty przygotowany dla nas przez główne biuro składało się dokładne zwiedzanie fabryki, szczegółowe wyjaśnienia na temat działalności firmy, lunch z prezesem i powrót do Madrytu. Kiedy schodziłyśmy po schodkach samolotu, czułyśmy się, jakbyśmy wygrały na loterii i nadal ściskały w dłoniach zwycięskie kupony.
Na lotnisku czekał kierowca, który miał nas zawieźć do kwatery głównej Inditeksu, położonej w strefie przemysłowej Sabón. Na miejscu powitał nas jeden z członków zarządu i poprosił, byśmy mu towarzyszyły. Od owego dnia, za każdym razem, kiedy jestem tam z wizytą, przypomina mi się, że ta wielka machina przemysłowa to nie tylko ubrania, ale również ludzie, którzy tutaj pracują. Są mili, serdeczni i mają dobre maniery. Różni "profesorowie" z firmy w ostatnich latach prowadzili wykłady na studiach podyplomowych w ISEM Fashion Business School, którą obecnie kieruję. Studenci byli poruszeni nie tylko wysokim poziomem ich wystąpień, ale również przyjaznym nastawieniem i szacunkiem, z jakim ich traktowano. Począwszy od Josego Marii Castellano, który obecnie zasiada w naszym Komitecie Doradczym i prowadził wiele wykładów, kiedy był zastępcą prezesa i dyrektorem generalnym Inditeksu, poprzez kierownictwo Zara Home, Logística oraz Mercado de Capitales, sekretarza generalnego i obecnego zastępcę prezesa i dyrektora generalnego, Pabla Islę - każdy posiada imponującą wiedzę o metodach produkcji, ale też ma świadomość, co to znaczy być częścią takiej firmy jak Inditex. Kiedy nasi studenci odbywają staże w Arteixo, wracają bardzo podekscytowani odkryciem, jak wielce skomplikowany jest ten biznes, ale również dostają tam przykład nienagannych manier gospodarzy, takich jak szef Działu Komunikacji, Jesús Echevarría oraz inni dyrektorzy. Ten wyjątkowy sposób zachowania i przekazywania strategii firmy niezwykle trudno zdefiniować, ale zauważalny jest dla obserwatorów z zewnątrz.
W trakcie naszej wizyty w godzinach porannych przeszliśmy przez różne działy, w których wykonywano skomplikowane czynności związane z produkcją odzieży, zanim trafi ona do miejsc przeznaczenia. Pod sufitem zamontowane są przecinające się szyny, po których szyte masowo ubrania nieustająco podróżują w ustalonej kolejności do strefy metkowania, prasowania i pakowania, by trafić w końcu do punktu, gdzie szyny się rozwidlają, prowadząc do właściwego magazynu. Na tym ostatnim etapie skomplikowane, wydajne urządzenia składają żakiety, bluzki czy spodnie i umieszczają je w ogromnych kartonowych pudłach. Jeśli ubrania nie należy składać i trzeba je przewozić w pozycji pionowej, umieszcza się je na wieszakach, które automatycznie zostają spakowane do specjalnych kontenerów. Na każdym pudle widnieje nazwa sklepu oraz adres w Hiszpanii lub innym kraju, np. Francji czy Portugalii. Już wtedy imperium Zary przekroczyło pierwsze europejskie granice.
Zafascynowane nieustannym ruchem i supernowoczesnymi urządzeniami, które zdawały się pracować bez kontroli człowieka, Montse i ja zaskoczone zostałyśmy pojawieniem się uśmiechniętego, przyjaźnie wyglądającego mężczyzny bez marynarki, wyłaniającego się z obłoku płaszczy. Patrzył na nas ze zdziwieniem i z przyjemnością. Pomyślałam, że pewnie jest to kierownik działu. Podeszłam do niego, by się przywitać i powiedzieć, jakie wrażenie zrobiło na nas to, co zobaczyłyśmy tego ranka.
Nie mogę stwierdzić, że dobrze pamiętam swoje słowa, ale chyba powiedziałam, że jesteśmy dziennikarkami z Madrytu, które pan Ortega zaprosił na zwiedzanie fabryki. Dodałyśmy też natychmiast, że bardzo chcemy poznać osobę, która zapoczątkowała coś, co stało się takim bezprecedensowym sukcesem. W odpowiedzi na moje entuzjastyczne komentarze i bez cienia typowego galicyjskiego akcentu, chociaż z sarkazmem znanym w tamtych rejonach, mężczyzna zapytał: "A więc chciałybyście panie poznać Ortegę?". Publikacja oficjalnego zdjęcia ocaliłaby nas od kilku minut wątpliwości, ale wtedy jeszcze takowa nie istniała. "No cóż, moje drogie", określenie to wielokrotnie słyszałam przez następne lata naszej znajomości, "no to go macie. To ja jestem Ortega". Zachwycony naszym zaskoczeniem, szybko dodał: " A to ci przypadkowe spotkanie. Zapewniam, że nie było planowane. Spędzam mnóstwo czasu na terenie fabryki, przemieszczając się z miejsca na miejsce, by sprawdzić, czy wszystko działa, jak należy. Jeśli nie ma mnie w magazynie, to na pewno jestem w dziale projektów. Prawdę powiedziawszy, uwielbiam obserwować cały proces produkcji, ale najbardziej fascynuje mnie podglądanie, co wymyślili nasi artyści! To moja ulubiona część naszej działalności".
Tak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. Nie trzeba dodawać, że każdy, kto miał do czynienia z Amanciem albo pracował u jego boku, przyzna, że pewne aspekty jego osobowości - otwartość, brak wyrafinowania i zamiłowanie do pracy - widać od razu. Wszystko, czego się dowiedziałam, zarówno o nim jako o człowieku, jak i o tym, w jaki sposób rozwijał biznes, zrozumiałam bardzo szybko.
Nie tracąc czasu, spytałam: "Kiedy rozmawia pan z projektantami, panie Ortega, czy wyjawia im pan swoje zdanie?". Odparł: "Zanim odpowiem na to pytanie, jedna sprawa, żadnego więcej "panie Ortega". Tutaj jestem po prostu Ortegą, i to dla wszystkich". Jeszcze bardziej zaskoczona jego bezpośredniością, przedstawiłam mu Montse. Wyglądało na to, że mu się spodobałyśmy i natychmiast wszedł w rolę idealnego gospodarza. "Sam was oprowadzę po fabryce". Zanim ruszyliśmy dalej, powtórzył: "Proszę mi mówić Ortega, obejdziemy się bez ceremonii".
Wolałam zwracać się do niego po imieniu, ponieważ był jedynym Amanciem, jakiego znałam, więc natychmiast spytałam, czy mu to nie przeszkadza. I tak właśnie od tamtej pory do niego mówię. Od początku wyglądało na to, że nasza pierwsza rozmowa nie będzie ostatnią i że znajdą się jeszcze inne okazje do spotkań i wymiany poglądów i wrażeń, nie tylko na tematy związane z biznesem, ale również z tysiącem spraw, które go interesowały i wypełniały myśli podczas codziennych działań. Ponieważ zwracam się do Ortegi inaczej niż wszyscy, zawsze, kiedy dzwonię do niego i pytam: "Jak się masz, Amancio?", natychmiast mnie rozpoznaje i odpowiada bardziej przyjaźnie. Bawi go to, że nie mówię do niego po nazwisku, jak wszyscy, nawet członkowie jego rodziny. Kiedy wysyłam życzenia, na przykład z okazji Nowego Roku, z przyjemnością zapewniam, że myślę o nim czule i pragnę dla niego w nadchodzącym roku jeszcze większych sukcesów, niż te, które osiągnął w mijającym. Jego odpowiedź jest zawsze taka sama: "A ja modlę się o zdrowie dla wszystkich i by sprawy miały się co najmniej tak dobrze, jak do tej pory. Oczywiście, jeśli mają się jeszcze lepiej, tym lepiej dla wszystkich". Wszystko jedno, czy nadchodzi kolejny rok, czy następuje zmiana tysiąclecia, tak jak w 2000 roku, kiedy wyczyniano różne szaleństwa, by uczcić tę okazję. Amancio nie wyjechał do jakichś egzotycznych krajów, był jak zwykle w domu w La Coru?a. Co więcej, rano, kiedy wysłałam mu życzenia i spytałam: "Jakie są twoje plany? Jak zamierzasz powitać nadchodzące tysiąclecie?", odparł: "Co będę robić? Pracować, oczywiście. Jeśli chcę, by wszystko przebiegało sprawnie, muszę walczyć każdego dnia, bez względu na okoliczności".
Tego ranka, kiedy się poznaliśmy, przejął rolę naszego przewodnika. Spytał, co już udało nam się zobaczyć i poprowadził nas do stref, których jeszcze nie zwiedzałyśmy. Przeszliśmy do kolejnej sekcji, gdzie grupa duńskich inżynierów montowała jakieś urządzenia informatyczne, bardzo zaawansowane jak na owe czasy. Stanęliśmy, przysłuchując się i obserwując ich poczynania. Chociaż nie znaliśmy języka, z pewnością podziwialiśmy sposób, w jaki zajmowali się tymi błyszczącymi maszynami, które miały zrewolucjonizować rynek przy pomocy innowacyjnych programów, pozostających tajemnicą dla wszystkich, którzy nie zajmowali się technologiami informatycznymi. Ortega uśmiechnął się, patrząc, jak z dosłownie rozdziawionymi ustami przyglądamy się rozgrywającej się na naszych oczach scenie rodem z science fiction. Nie znałam się zupełnie na tej skomplikowanej maszynerii, którą nam pokazywano, ale domyślałam się, że to właśnie tutaj ukryta była większość tajemnic firmy, która miała odegrać główną rolę w świecie przemysłu odzieżowego.
Marzeniem Ortegi, które dzieliło z nim kierownictwo firmy, było rozwinięcie najlepszego systemu logistycznego na świecie, działającego według niespotykanej wcześniej metody, która pozwalała mu umieścić produkt w każdym sklepie, bez względu na jego lokalizację, w ciągu zaledwie dwóch tygodni. Na tym właśnie się skupił. Innymi słowy, miała się dokonać zupełna zmiana w świecie handlu detalicznego i dystrybucji.
Nasza wizyta trwała dalej. Jakieś wielkie pomieszczenie ze stołami kreślarskimi, gdzie pracowała grupa projektantów, zasłane było setkami magazynów z różnych krajów, głównie poświęconych modzie, które właśnie zaczęto nazywać magazynami lifestylowymi. Pod jedną ze ścian stały wieszaki obciążone ubraniami. Podeszłam bliżej, by na nie zerknąć i ujrzałam metki znanych projektantów. Spojrzałam na Ortegę. Szybko, bez ogródek i prosto odpowiedział mi na pytanie, którego nie zadałam: "Oczywiście, że inspirujemy się tym, co ludzie akceptują i czego szukają na światowych rynkach! Rozpracowujemy tutaj ubrania, rozpruwamy je, znów zszywamy i adaptujemy w naszym własnym stylu, szyjemy je i wysyłamy na rynek".
Słuchając go - to samo dzieje się za każdym razem, kiedy powraca do mnie ta wyraźnie zapamiętana scena - pomyślałam o Balenciadze, z którym zazwyczaj porównuje się najlepszych projektantów na świecie. Na samym początku swojej kariery pojechał on kiedyś do Paryża i ze szkicami, które wykonał według każdej kolekcji, szukając inspiracji, kupił niektóre modele, by je dokładnie obejrzeć i wykonać własne kreacje zgodnie z liniami wyznaczanymi przez najlepsze stroje ówczesnych topowych projektantów. Opowiedział mi to jego wielki przyjaciel, wielbiciel talentu i wieloletni współpracownik, Hubert de Givenchy. Powiedział on również, że Cristóbal nigdy nie popełniał błędów, kiedy miał zdecydować, co kupić. "Jego decyzje zawsze okazywały się trafne", wyjaśnił mi pewnego razu Givenchy, kiedy w jego paryskim domu rozmawialiśmy o początkach kariery Balenciagi w tonie pełnym niemal uwielbienia. "Kiedy Cristóbal wrócił do Hiszpanii, do pracowni w San Sebastián, którą zajmował, zanim przeprowadził się na Avenue George V w Paryżu, rozpruł ubrania - teraz nazwalibyśmy je prototypami - i dokładnie je przestudiował. Właśnie w taki sposób nauczył się, jak najwięksi kreatorzy tamtych czasów cięli po skosie, kroili rękawy, idealnie projektowali ramiona i prowadzili szwy. To była strona techniczna. Do niej dodał swoje nowatorskie pomysły, talent i kreatywność". To właśnie była dla niego szkoła projektowania, jego osobista akademia sztuk pięknych. Do tego doszła jeszcze inspiracja Morzem Kantabryjskim kontrastującym z poszarpanymi szczytami gór i wzgórz w Pirenejach, które mógł oglądać z okien swojego domu w Guetaria. To właśnie ten krajobraz i jego światłocienie odzwierciedlał potem w swoich projektach i przekształcał w stroje o niezwykłych barwach i krojach.
W dniu naszej wizyty w Arteixo zrozumiałam, że grupa projektantów osiadłych na galicyjskich wybrzeżach Morza Kantabryjskiego uczyła się i szukała inspiracji w tej samej szkole, którą dowodzi "kapitan" Ortega.
Trendy, kolory i przeboje każdego sezonu przybywały na stoły projektowe w Arteixo ze wszystkich zakątków Europy i nie tylko. To zawsze była obsesja Amancia: odzież, którą modernizowano i przerabiano zgodnie z tym, czego pragnęli klienci, i stroje, które szybko pojawiały się w Madrycie, Barcelonie i innych hiszpańskich miastach, ale też w Porto, Paryżu i Meksyku.
Przysłuchiwaliśmy się jakiś czas jego słowom, aż wreszcie spytałam: "Czy możemy zrobić ci zdjęcie?". Ubrany był w koszulę, bez marynarki i krawata, i wyglądał jak zwykły robotnik, ale nie dlatego nam odmówił. Łagodnie i spokojnie - w ciągu dwudziestu lat naszej znajomości nigdy nie słyszałam, by kiedykolwiek podniósł głos - odparł stanowczo: "Absolutnie nie!". Zdałam sobie sprawę, że nadal zdecydowanie broni swej prywatności, ale wyjaśniłam, że nie ma się czego obawiać, ponieważ zdjęcie nie ukaże się w magazynie. Była to prawda, nie mieliśmy zamiaru publikować żadnych zdjęć. Po prostu chciałam mieć portret kogoś, kogo pracowitość, wizję przyszłości i skromność uznałam, jakby powiedział mistrz Cervantes, za wyborne.
Amancio przysłuchiwał się moim słowom z tym uśmiechem, który zawsze mu towarzyszy, i uczynił charakterystyczny dla siebie gest, sugerujący, że mogę mówić dalej i że prawie go namówiłam. Chcąc być jeszcze bardziej przekonująca, powiedziałam, że zawodowo spotykam wielu ludzi, którzy są interesujący ze względu na swoją pracę i rolę, jaką odgrywają w świecie, i że staram się mieć dowód moich z nimi spotkań. "Na przykład mam wspólne zdjęcie z królem, astronautą, laureatem nagrody Nobla oraz innymi ludźmi, będącymi dla mnie wzorem do naśladowania. Z pewnością nie chciałabym, żeby takie zdjęcia ukazały się w prasie, po prostu pragnęłabym zachować pamiątkę z tak ważnych dla mnie chwil".
Zawahał się przez moment. "Jeśli zrobimy sobie wspólną fotografię, tak jak chcesz, ja również poproszę o kopię, którą zachowam na pamiątkę. A potem pomyślę, że może jeszcze sfotografuję się z tym lub z tamtym i tak dalej, i tak dalej. I to będzie koniec mojej prywatności. Chciałbym, aby na ulicy rozpoznawali mnie tylko członkowie rodziny, przyjaciele i współpracownicy. Prowadzę spokojne życie, jestem zwykłą osobą, pragnę chodzić tam, gdzie chcę, pić kawę na terasie placu María Pita - charakterystycznego miejsca w La Coru?a - lub wybrać się na spacer bez zwracania na siebie uwagi".
Odrzekłam, że zawsze staram się szanować decyzje innych. Niewzruszony poprowadził nas w stronę kolejnych działów. Jego dokładne wyjaśnienia dotyczące najdrobniejszych nawet spraw świadczyły o tym, że zna swoją firmę od podszewki. Zawsze w pełni zaangażowany, niezmordowanie wykonywał swoją część pracy i kontrolował łańcuch produkcyjny, ogniwo po ogniwie. To, o czym nam opowiadał, łatwo można było zauważyć, trudniejsze wydawało się stworzenie wzoru, według którego ten idealnie zorganizowany system dystrybucji mógł działać szybko i z takim powodzeniem.
Zwróciłam uwagę, że Amancio znał każdego robotnika po imieniu i zwracał się do wszystkich przyjaźnie.
Koniec wizyty
Kiedy zwiedzanie dobiegło końca, wybraliśmy się do Gallo de Oro, pobliskiego lokalu, gdzie Amancio zabierał gości, zanim firma otworzyła własną restaurację na terenie biurowca. Usiedliśmy za prostym stołem w jego ulubionym miejscu.
Nim zajrzał do menu, spojrzał na mnie z niepokojem i spytał: "Czy zmartwiłem cię swoją odmową w sprawie fotografii?". Widać było, że czuje się trochę nieswojo, przecież w jego życiowej filozofii ważnym punktem było niesprawianie nikomu przykrości. Jeszcze raz mnie przeprosił, powtarzając poprzednie wyjaśnienia. A gdy stwierdziłam z naciskiem, że szanuję jego zdanie, dodał: "Węgorzyki są tutaj niemal tak dobre, jak te, które pochodzą z twojej rodzinnej części Hiszpanii". Gdy je zamówiłam, okazało się, że jego dążenie do doskonałości nie ograniczało się jedynie do produkcji ubrań....
Lunch był wyśmienity, rozmawialiśmy na różne tematy, ale jeden z nich często sobie przypominam. Już wtedy uważałam, że ubrania Zary są świetne, zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę dobrze zachowaną proporcję jakości w stosunku do ceny. Tamtego dnia miałam na sobie idealnie skrojony kostium z szarej flaneli, właśnie z Zary. Kiedy mu to powiedziałam, odparł, że od razu to zauważył i bardzo się cieszy, że chodzę w jego ubraniach, nie dlatego, że są jego, po prostu jest zadowolony, gdy klienci lubią jego produkty. Dodałam więc jeszcze kilka zdań na temat tego, co mi się podoba w jego firmie, ale mi przerwał. "Bądź tak dobra i powiedz mi, co ci się nie podoba w Zarze. Elena, kierowniczka madryckiego sklepu Velázquez, powiedziała mi, że jesteś świetną klientką, doskonale znasz się na modzie i prowadzisz dobre czasopismo. Twoja opinia ma dla mnie duże znaczenie, docenię każdą krytykę z twojej strony, bo dzięki niej będę mógł coś naprawić".
Słysząc tę zachętę, przygotowałam w miarę jasną odpowiedź. Prawdą jest jednak, że, chociaż sam nalegał, nie chciałam mówić nic złego o jego firmie pierwszego dnia naszej znajomości i w dodatku podczas obiadu, na który mnie zaprosił. Ponieważ jednak sam to zaproponował, powiedziałam, co myślę. "Uważam, i nie tylko ja tak sądzę, że dzianiny nie są zbyt dobrej jakości, a jeśli chodzi o buty, to chociaż najczęściej mają świetne fasony, robione są jednak z surowców twardych jak skała. Boję się je nawet przymierzać". Nic sobie nie zapisał - jedną z jego zalet, co do której wszyscy się zgadzają, jest wyjątkowo dobra pamięć. Nigdy nie zapomina o najdrobniejszych szczegółach ważnych spraw, zawsze z zainteresowaniem słucha i, prędzej czy później, robi użytek z wiadomości zmagazynowanych w głowie. Przypomniałam sobie o tym kilka miesięcy temu, podczas jednej z moich ostatnich wizyt w Arteixo. Miałam wtedy na nogach parę butów kupionych w Zarze - założyłam je nie dlatego, że odwiedzałam Amancia, po prostu były tak wygodne, że prawie nie zdejmowałam ich przez całą zimę.
Pokazałam je Amanciowi. Ku mojemu zaskoczeniu stwierdził, że doskonale pamięta tamte negatywne komentarze sprzed kilku lat. Zacytował prawie w całości moją ówczesną wypowiedź. By podkreślić różnicę pomiędzy tamtymi słowami a obecną sytuacją, dodał: "Czy wiesz, że księżniczka Matylda z Belgii ma identyczną parę? Widziałem je na jakimś zdjęciu w magazynie. Świetnie w nich wyglądała". Mówiąc to, prawie w ogóle nie zmienił wyrazu twarzy. Jednak cieszył się, że dzięki zespołowi produkującemu jego obuwie w fabryce w Tempe (w Elche Parque Empresarial nieopodal Alicante) rosła rzesza zadowolonych klientów na całym świecie.
Pewnego dnia, nieoczekiwanie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo chcę napisać tę książkę. Pragnienie, które mnie ogarnęło, było przemożne - od razu chciałam usiąść przed komputerem i opowiedzieć wszystko światu, w którym interesy Amancia Ortegi odniosły tak spektakularny sukces. Miałam szczęście poznać tę niezwykłą historię podczas naszych spotkań. Ortega urzekł mnie swoją otwartością. Ceni sobie anonimowość, więc zawsze bronił prywatności - wbrew tym, którzy chcieli ją zniszczyć. Mimowolnie stał się postacią niemal mityczną w świecie biznesu i chociaż chciałby pozostać anonimowy, to przecież należy do grona ludzi, którzy tworzą historię.
Istnieją różne opowieści na jego temat - większość nie ma potwierdzenia w rzeczywistości; prawdziwa osobowość Amancia Ortegi nadal pozostaje nieznana. Jego kariera była przedmiotem badań szkół biznesu zajmujących czołowe lokaty w międzynarodowych rankingach. Wielu, którzy rozmawiali z nimi chociażby raz, zachowuje się tak, jakby był ich starym znajomym.
Nie mam zamiaru bezsensownie udawać, że należę do bliskiego kręgu przyjaciół Amancia lub grupy osób, z którymi współpracuje na co dzień, uważam jednak, że zajmuję uprzywilejowaną pozycję, ponieważ od początku naszej znajomości pozostawaliśmy w ciągłym kontakcie. Mogłam rozmawiać z nim na każdy prawie temat, jak to zwykle bywa, kiedy poglądy wymienia dwoje profesjonalistów, którzy na dodatek uwielbiają pracę, której się oddają. W swojej dziedzinie wytyczał nowe szlaki i osiągnął niezwykły sukces finansowy na rynku mody. Ja zaś, kierując magazynem "Telva", pionierskim w świecie publikacji narodowych, również mogę uznać, że zdobyłam nasz rynek, chociaż zapełniał się konkurencyjnymi czasopismami.
Czy łączyła nas wspólna wizja przyszłości i niezachwiana wiara w to, czym się zajmujemy? Nie mam najmniejszej wątpliwości, że mimo dzielących nas różnic musiało się pojawić w naszych relacjach coś takiego, dzięki czemu wzajemne zaufanie, które wtedy się narodziło, trwa już ćwierć wieku i przez te wszystkie lata nie straciło nic ze swej wyjątkowości.
Amancia Ortegę poznałam 1 grudnia 1990 roku, kiedy zostałam zaproszona przez Inditex (Industria de Dise?o Textil), dużą firmę odzieżową z siedzibą na obrzeżach A Coru?a, prowincji położonej w północno-zachodniej Hiszpanii. W tamtym czasie nazwa tej niewielkiej strefy przemysłowej zlokalizowanej w mieście Arteixo, na krańcach A Coru?a, była prawie w ogóle nieznana. Teraz mówi się o niej na pięciu kontynentach. Kiedy tam dotarłam, podobnie jak podczas następnych wizyt, na lotnisku czekał na mnie samochód. Zostałam zawieziona do siedziby, która stanowiła wtedy główną kwaterę Zary. Kilka lat później, w tym samym parku przemysłowym Sabón, wzniesiono wspaniały budynek. Przyleciałam na rozmowę z założycielem interesu tekstylnego, na który zaczęto zwracać coraz większą uwagę; miałam też okazję obejrzeć fabrykę.
Nie spodziewałam się, że spotkanie to przyczyni się do mojej późniejszej decyzji, by wyjaśnić, co kryje się za czterema literami nazwy Zara, głównej marki niezwykłej firmy, jaką jest Inditex. Ta czołowa w ogólnoświatowym handlu detalicznym firma, według raportu MERCO (El Monitor Empresarial de Reputación Corporativa - ranking firm) opublikowanego w 2008 roku zajmuje pierwsze miejsce wśród firm hiszpańskich. Inditex realizuje model biznesu, który zrewolucjonizował skomplikowany i ekscytujący świat mody. Niestrudzone wysiłki Amancia Ortegi i setek osób u jego boku sprawiły, że w dziedzinie mody damskiej nastąpił wielki skok z XX do XXI wieku.
Przysłuchując się temu, co mówią Amancio Ortega i otaczający go ludzie, zrozumiałam, jakie są mechanizmy biznesu tworzonego przez osobistości, o których czytamy w gazetach. W jaki sposób udało mu się zbić ogromny majątek, skąd się biorą tysiące kilometrów materiałów użytych do uszycia rozmaitych produktów dostarczanych w rekordowym tempie do wielu sklepów położonych w najróżniejszych miejscach na ziemi, jak żyją jego pracownicy i ich rodziny.
Zapewniam, że mimo naszej przyjaźni i wielu godzin spędzonych na wspólnych rozmowach Amancio nigdy nie dał mi najmniejszej przesłanki, dzięki której mogłabym myśleć, że udzieli mi pozwolenia na napisanie tej książki. Moje usiłowania, wręcz upór, by ukazać bardziej prywatną i ludzką stronę Ortegi obserwowane były przez jego najbliższych współpracowników: wyjątkowego José Maríę Castellano (byłego dyrektora generalnego i wiceprezesa Grupy Inditex), ważnego dla całej historii i jej zrozumienia, oraz jego wspaniałego następcę Pabla Islę (od lipca 2011 roku prezesa i dyrektora generalnego Inditeksu). Obydwaj często mieli okazję słyszeć, jak przekonywałam Amancia: "Zrozum, trzeba wyjaśnić światu, jakim człowiekiem jesteś. Fakt, że twoje nazwisko otwiera listę najbogatszych ludzi w Hiszpanii, ba, jesteś jednym z najbogatszych ludzi na świecie, nie mówi o tobie niczego. Pokazuje tylko, że zbiłeś majątek. Chodzi o to, by przedstawić ciebie, ukazać twój punkt widzenia. Kim naprawdę jest Amancio Ortega? Skąd pochodzi? Dokąd podąża? Skąd się wzięły jego marzenia o imperium, które obecnie stały się rzeczywistością?".
Nie powstrzymywały mnie jego bezlitosne odmowy. Byłam pewna, że któregoś dnia mój upór i siła argumentów przezwyciężą jego niechęć, że przyzna mi rację. I wreszcie, po wielu latach, stało się. Wprawdzie nie powiedział, że w pełni popiera mój projekt, bo to oznaczałoby odrzucenie wyznawanych przez niego zasad, przekazał mi jednak wiadomość niczym najsłodszy prezent: "Rób, co chcesz, przecież nie mogę zabronić ci pisać. Ufam ci". Potem dodał: "I nie ograniczaj się tylko do plusów ani też nie pisz, że sam jeden zbudowałem firmę. Jest nas razem osiemdziesiąt tysięcy, nie mówiąc o tych, którzy kiedyś u nas pracowali".
Taki był początek książki, o napisaniu której marzyłam od czasu, kiedy potrąciłam pewnego mężczyznę ubranego w koszulę, bez marynarki, ukrytego pośród ubrań w magazynie w Arteixo. Uśmiechnął się wtedy do mnie w swój specyficzny sposób i powiedział: "Jestem Ortega, a ty pewnie jesteś Covadonga. Czekałem na ciebie". Żadne z nas się nie spodziewało, jak wiele z tych naszych wspólnych doświadczeń zdobytych podczas podróży przez życie zostanie podane do publicznej wiadomości. Zrozumieliśmy, że nie powinniśmy trzymać pewnych spraw w tajemnicy, bo chociaż niektóre z nich wydają się nieistotne, to mają jednak tę nieuchwytną wartość, która daje początek czemuś wyjątkowemu. Będę zadowolona, jeśli uda mi się dobrze opisać historię chłopca, który 75 lat temu urodził się w León (prowincja leżąca w północno-zachodniej Hiszpanii) oraz założonego przez niego potężnego imperium.