Człowiek, który robił cuda - Herbert George Wells

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiek, który robił cuda

Niewiadomo, czy dar ten był mu wrodzony. Mojem zdaniem, naszedł on go niespodzianie. Bo przecież do trzydziestego roku życia był sceptykiem i nie wierzył w siły nadprzyrodzone. Ale nim przystąpię do rzeczy, zaznaczę na wstępie, ponieważ już tak jest przyjęte, że był to mały człowieczek, o piwnych oczach, włosach rudych, bardzo szczeciastych, wąsach, zakręconych do góry, i piegowatej twarzy. Nazywał się George Mac Whirter Fotheringay - nazwisko, nie nasuwające żadnej myśli o cudach - i był urzędnikiem w Gomshott. Miał on wielką skłonność do kategorycznych twierdzeń. I właśnie, kiedy z największym ferworem dowodził niemożliwości cudów, po raz pierwszy zeszło nań objawienie jego własnych w tej dziedzinie zdolności. Dyskusja odbywała się w barze "Pod długim smokiem", a Toddy Beamish reprezentował opozycję, powtarzając monotonnie, lecz znacząco: - Tak pan sądzi? Co wyprowadzało mistra Fotheringay'a z równowagi. W barze, poza nimi dwoma, znajdowali się jeszcze: straszliwie zakurzony cyklista, właściciel baru - Cox, oraz miss Maybridge, wielce szacowna i wielce zażywna kelnerka. Miss Maybridge myła szklanki, obrócona tyłem do mistra Fotheringay'a; reszta patrzyła nań, mniej lub więcej ubawiona bezpłodnością jego dowodzeń. Podniecony kunktatorską taktyką mistra Beamish'a, mister Fotherngay zdecydował się na niezwykły zwrot retoryczny: - Zaraz, zaraz, panie Beamish, należy się najpierw porozumieć, czem jest cud? Jest to coś sprzecznego z prawami natury, coś, czego się dokonywa tylko Siłą Woli, coś, co się nie stanie, jeżeli się tego specjalnie nie zechce. - Tak pan sądzi? - zapytał mister Beamish tonem odpornym. Mister Fotheringay zaapelował do cyklisty, który dotychczas ograniczał się do roli biernego słuchacza, i uzyskał jego zgodę - coprawda, po krótkiem wahaniu i spojrzeniu w stronę mistra Beamish'a. Właściciel baru wolał nie wypowiadać się w tej kwestji. Mister Fotheringay, zwróciwszy się ponownie w stronę Beamish'a, uzyskał odeń niespodziewaną zgodę na swoją definicję cudu. - A więc - powiedział mister Fotheringay, nabrawszy otuchy - cóż będzie cudem? Naprzykład: lampa w zwykłym biegu rzeczy nie może się palić płomieniem wdół. Prawda, panie Beamish? - Pan tak sądzi? - odrzekł Beamish. - No, dobrze, ale pan? - zawołał mister Fotheringay. - Jak pan sądzi, co? - No, nie - przyznał Beamish niechętnie. - Nie może się tak palić. - Doskonale! - rzekł mister Fotheringay. - A teraz wyobraźmy sobie, że ktoś, powiedzmy - ja, podchodzi bliżej, staje, jak ja w tej chwili, i powiada, natężając całą siłę woli: - "Obróć się do góry nogami, nie stłucz się i pal się dalej!" - i... Co to?! Powody były dostateczne, aby tak zawołać: - "Co to?!" - Stała się rzecz niemożliwa, niewiarogodna. Lampa zawisła do góry nogami w powietrzu z płomieniem, skierowanym wdół, paląc się spokojnie. Było to tak pewne, tak niewątpliwe, jak samo istnienie tej lampy - prozaicznej, zwykłej lampy z baru "Pod długim smokiem". Mister Fotheringay stał z wyciągniętym palcem i zmarszczonemi brwiami, w nieruchomem oczekiwaniu katastrofy i trzasku tłukącego się szkła. Cyklista, siedzący wpobliżu lampy, skulił się i odskoczył wbok. Każdy z obecnych podskoczył, mniej lub więcej. Miss Maybridge obejrzała się i jęknęła. W ciągu trzech sekund lampa tkwiła nieruchomo. Słaby krzyk rozpaczy wydobył się z ust mistra Fotheringay'a. - Nie zniosę tego dłużej! - zawołał. Cofnął się, a przewrócona lampa zamigotała, spadła na brzeg lady sklepowej, odskoczyła, rozbiła się w kawałki na podłodze i zgasła. Szczęśliwie, rezerwuar był metalowy, inaczej wszystko stanęłoby w płomieniach. Pierwszym przemówił mister Cox, a jego opinja, najeżona przykremi uwagami, głosiła, że Fotheringay jest warjatem. Fotheringay nie podjął dysputy nawet w tak kapitalnym przedmiocie. Był zaskoczony ponad wszelką miarę niesłychanem wydarzeniem. Dyskusja, która się potem wywiązała, nie przelała absolutnie światła na czynność Fotheringay'a; opinja ogólna poparła zdanie mistra Coxa, jednomyślnie i gwałtownie. Oskarżono Fotheringay'a o głupie kawały i usiłowano mu wmówić, że dla dziecinnej zabawki nie waha się narazić na szwank ogólnej wygody i bezpieczeństwa. W głowie biedaka był zamęt: zgadzał się ze wszystkimi i próbował stawić bezpłodny opór, gdy mu zaproponowano opuszczenie lokalu. Wracał do domu, purpurowy i zadyszany, w zmiętoszonym kołnierzyku. Paliły go uszy, bolały oczy. Spoglądał nerwowo i podejrzliwie na każdą uliczną latarnię. Dopiero, kiedy się znalazł w swojej małej sypialni na Churd Row, zebrał do kupy wspomnienia i zapytał sam siebie poważnie: - Co się właściwie stało? Zrzucił marynarkę i buty, poczem usiadł na łóżku z rękoma w kieszeniach, powtarzając po raz siedemnasty: - Ależ ja nie chciałem przewrócić tej przeklętej lampy. I nagle, przyszło mu na myśl, że przecież wówczas, kiedy wydawał rozkaz lampie, skupił bezwiednie całą wolę i chcenie, a później, gdy już lampa wisiała płomieniem wdół, czuł wyraźnie, że od niego zależy utrzymać ją w powietrza, choć nie wiedział dobrze, w jaki sposób. Mister Fotheringay nie był obdarzony nazbyt dociekającym umysłem, inaczej wdałby się w rozważanie zagadnień, dotyczących "bezwiednej woli", a sięgających najbardziej abstrakcyjnych problemów woli i czynu. Panu Fotheringay jednak cała sprawa przedstawiła się z uspokajającą mglistością. I dlatego, nie wychodząc z żadnych logicznych przesłanek, sięgnął po świadectwo eksperymentu. Wyciągnął z determinacją palec w stronę świecy i skupił się, choć czuł, że robi głupstwo: - Podnieś się! - powiedział. Wszystkie jego wątpliwości rozwiały się odrazu. Świeca uniosła się i zawisła w powietrzu na przeciąg chwil paru, a kiedy mister Fotheringay odetchnął, opadła z trzaskiem na tualetę, zostawiając go w ciemnościach, nie rozjaśnionych nawet słabem żarzeniem się gasnącego knota. Przez chwilę mister Fotheringay siedział w ciemnościach nieruchomo. ...Niema gadania, stało się - pomyślał. - Ale, jak to wytłumaczyć, nie mam pojęcia. Westchnął posępnie i począł szukać zapałek w kieszeniach. Nie znalazł ani jednej, więc, pomacawszy jeszcze bezskutecznie blat stolika, pomyślał: ...Dobrzeby było mieć zapałkę, Poszukawszy jeszcze w marynarce i nic nie znalazłszy, wpadł na myśl, że cuda są możliwe nawet z zapałkami, więc powiedział: ...Niech będzie w mojej ręce zapałka! I odrazu poczuł lekki przedmiot, spadający mu na dłoń, a palce jego pochwyciły żądaną zapałkę. Nie udawało się jednak jej zapalić; zrozumiał, że była to zapałka fosforowa. Rzucił ją, ale nagle przyszło mu na myśl, że mógłby ją zapalić swoją wolą. Uczynił tak i ujrzał, że zapałka pali się w samym środku serwetki, pokrywającej tualetę. Zgasił ją ze złością. Mister Fotheringay począł coraz szerzej rozumieć własne możliwości, kazał więc natychmiast świecy umieścić się w lichtarzu. - Tak! A teraz pal się! - powiedział. Kiedy świeca zapłonęła, w środku serwety ukazała się czarna, wypalona dziura z wijącą się jeszcze wąską strużką dymu. Przez pewien czas cudotwórca to patrzył na mały płomyk, to rozglądał się dookoła, aż wreszcie zobaczył w zwierciedle swoje własne, wytrzeszczone oczy. Począł więc rozmawiać z sobą w milczeniu. - Co tam słychać z cudami? - spytał się wreszcie swojego odbicia. Dalsze rozmyślania mistra Fotheringay'a były mętne, choć nieskomplikowane. Jak mu się zdawało, działał wyłącznie samą wolą. Skutki dotychczasowych doświadczeń mogły go raczej zniechęcić do dalszych prób. Nie mógł oprzeć się jednak pokusie: podniósł w powietrze arkusz papieru, kazał wodzie w szklance przybrać kolor najpierw różowy, potem zielony, stworzył ślimaka, którego później czarodziejską siłą unicestwił, i ofiarował sam sobie wspaniałą szczoteczkę do zębów. Po godzinie przyszedł do wniosku, że jego siła woli musi być szczególnie intensywną i rzadką, fakt, który był skłonny uznać i poprzednio, ale nie bez pewnego wahania. Przestrach i zdumienie, towarzyszące pierwszej próbie, zamieniły się teraz na dumę i niejasne jeszcze poczucie wyższości. Usłyszał nagle, że zegar kościelny wybił pierwszą, a ponieważ nie przyszło mu jeszcze na myśl, że mógłby się w cudowny sposób zwolnić ze swych obowiązków w Gomshott, postanowił rozebrać się i położyć niezwłocznie do łóżka.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI