Człowiek, który był - Rudyard Kipling

Kup ebooka

3.49 zł
2.86 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Człowiek, który był

Wydała ziemia umarłego, Zajrzał w nasz namiot trup, Rzekł swoje - a zaś serca nasze Ogarnął ognia słup. Zakarbuj to na strzelby kolbie, Niech zabrzmi zemsty głos, Gdy Bóg nareszcie zbadać zechce Kolegi straszny los. Powiedzmy jasno, że Rosjanin jest zachwycającym człowiekiem, jak długo tkwi we własnej skórze. Jako człowiek wschodni jest czarujący. Dopiero kiedy zaczyna się domagać, aby go traktowano jako najbardziej wschodni z zachodnich narodów, a nie najbardziej zachodni ze wschodnich, staje się anomalją rasową, z którą nadzwyczaj trudno należycie się obchodzić. Gospodarz nigdy nie wie, którą stroną swej natury on się doń w najbliższym momencie obróci. Dirkowicz był Rosjaninem - Rosjaninem z krwi i kości, który zarabiał na chleb, służąc niby carowi w jakimś kozackim pułku i pisując korespondencje do jednego z dzienników rosyjskich, którego nazwa nigdy nie brzmiała dwa razy tak samo. Był to przystojny młody człowiek, namiętnie lubiący się włóczyć po niezbadanych częściach świata, a który przyjechał do Indyj właściwie niewiadomo skąd. Przynajmniej nikt nie mógł stwierdzić na pewno, czy dostał się drogą na Balk, Badakszan, Czitrol, Beludżystan, Nepaul, czy jeszcze inną drogą. Rząd indyjski niezwykle uprzejmie usposobiony, wydał rozporządzenie, aby go traktowano jak najgrzeczniej i aby mu pokazano wszystko, co można było zobaczyć. Tak tedy Dirkowicz bujał sobie, mówiąc źle po angielsku, a jeszcze gorzej po francusku, od miasta do miasta, póki wreszcie nie zetknął się z Białymi Huzarami Jej Królewskiej Mości w mieście Peshawarze, znajdującem się u ujścia tej ciasnej, jakby mieczem wyrąbanej szczeliny w górach, znanej ludziom, jako przełęcz Khyberska. Był on niewątpliwie oficerem, udekorowanym na rosyjski sposób małemi, emaljowanemi krzyżami, był bardzo rozmowny i (choć to nie ma nic wspólnego z jego zaletami) został odstąpiony jako zadanie beznadziejne przez pułk Blach Tyrone, który napróżno, pojedynczo i zbiorowo, z całą właściwą sobie gościnnością próbował go upoić przy pomocy gorącej wódki z miodem, słodzonego konjaku i najrozmaitszych mieszanych trunków. A jeśli Blach Tyrone, pułk rdzennie irlandzki, nie potrafi do białej gorączki doprowadzić cudzoziemca - ten cudzoziemiec jest z pewnością człowiekiem niepoślednim. Biali Huzarzy byli tak rzetelni w doborze swych win, jak w szarżowaniu na nieprzyjaciela. Wszystko, co posiadali, nie wyłączając jakiegoś niesłychanego konjaku, oddali do absolutnego rozporządzenia Dirkowicza, który tez korzystał z tego szeroko - szerzej nawet, niż oficerowie pułku Blach Tyrone. A mimo to wszystko nie przestawał być beznadziejnym Europejczykiem. Biali Huzarzy byli dla niego "Moi drodzy, prawdziwi przyjaciele", "Koledzy-żołnierze sławni", "Bracia nierozłączni". Co chwila rozwodził się szeroko nad świetną przyszłością, oczekującą połączone armje Anglji i Rosji, kiedy nareszcie zleją się ich serca i terytorja, i rozpocznie się wielka misja cywilizowania Azji. Nie było to przekonywające, ponieważ Azji nie można cywilizować według metod zachodnich. Azji jest trochę zadużo, a prócz tego jest ona za stara. Nie można przerobić damy, która miała wielu kochanków, zaś Azja od wieków była w swych flirtach nienasycona. Nigdy nie będzie chodziła do szkółki niedzielnej i nie nauczy się głosować - chyba mieczem zamiast kartek wyborczych. Dirkowicz wiedział o tem tak samo dobrze, jak każdy inny, ale wygodnie mu było mówić tak specjalnie-korespondencyjnie i przedstawiać się w świetle możliwie najlepszem. Od czasu do czasu pozwalał sobie na jakąś małą, ale to malutką informacyjkę o swej własnej sotni kozaków, najwidoczniej pozostawionej samej sobie gdzieś na tyłach, po jakiejś drugiej stronie niewiadomo czego. Miał ciężką pracę w Azji Środkowej i widział prawdopodobnie więcej trudów i walki o życie, niż większość ludzi w jego wieku, starannie jednak unikał zdradzania się z tą swą wyższością, a jeszcze staranniej korzystał z każdej sposobności, gdy mógł wychwalać postawę, wyćwiczenie, mundur i organizację Białych Huzarów Jej Królewskiej Mości. I istotnie, pułk ten mógł wzbudzać podziw. Kiedy Lady Durgan, wdowa po zmarłym sir Johnie Durganie, przybyła do miejsca jego postoju i kiedy po krótkim czasie każdy z oficerów poprosił ją o rękę, bardzo trafnie wyraziła opinję publiczną, tłumacząc, iż wszyscy są tak mili, że o ile nie będzie mogła poślubić wszystkich, nie wyłączając pułkownika i kilku majorów, już żonatych, to na jednym huzarze nie poprzestanie. Wobec tego, mając wrodzoną skłonność do robienia na złość, wyszła za mąż za jakiegoś oficerzynę piechoty i Biali Huzarzy nosili jakiś czas krepę na ramieniu, ale ostatecznie pogodzili się, zjawiwszy się w pełnej liczbie na ślubie, gdzie z niemym wyrzutem ustawili się w szpaler w nawie kościelnej. Wszystkich wyprowadziła w pole, począwszy od Basset-Holmera, najstarszego kapitana, a skończywszy na małym Mildredzie, najmłodszym rangą, który mógł jej dać cztery tysiące funtów rocznie i tytuł. Jeśli kto nie podzielał ogólnego szacunku dla Białych Huzarów, to parę tysięcy "gentlemenów" żydowskiego pochodzenia, mieszkających po drugiej stronie granicy, a noszących miano Pałkanów. Swego czasu mieli do czynienia z pułkiem urzędowo i nie dłużej niż jakich dwadzieścia minut, spotkanie to jednak, połączone z wielu nieszczęśliwemi wypadkami, zrodziło w nich pewne uprzedzenia. Od tego czasu nazywali Białych Huzarów dziećmi szatana i synami osób, których absolutnie nie możnaby spotkać w przyzwoitem towarzystwie. Ta niechęć nie przeszkadzała im jednak w napełnianiu - kosztem Białych Huzarów - pieniędzmi swych trzosów. Pułk posiadał karabiny - piękne Martini-Henry karabiny, które z odległości tysiąca łokci potrafią wsadzić kulę w sam środek obozu nieprzyjacielskiego, a są nawet poręczniejsze, niż długie karabiny. Dla tych zalet były bardzo pożądane wzdłuż całej granicy, a ponieważ popyt niezawodnie rodzi zawsze podaż, dostarczano ich też z narażeniem życia lub poszczególnych członków na wagę bitego srebra, to znaczy, siedem i pół funta wagi w rupjach, albo szesnaście funtów szterlingów, licząc rupję al pari. To też kradli je w nocy złodzieje z wężowemi włosami, którzy czołgali się na brzuchach, tuż pod nosem straży; znikały w tajemniczy sposób z zamkniętych pomieszczeń, a w porze gorącej, kiedy wszystkie drzwi i okna w koszarach były otwarte, ulatniały się jak dym. Ludzie z pogranicza potrzebowali ich do wendety i załatwiania sporów granicznych. Ale najczęściej kradziono je podczas długich zimowych nocy zimy północno-indyjskiej. O tej porze roku ruch morderczy w górach był najżywszy, skutkiem czego ceny szły w górę. Straże pułkowe podwajano, potem potrajano. Żołnierz niewiele robi sobie z tego, gdy zgubi broń - rząd musi to naprawić - ale ma głęboki żal o pozbawienie go snu. To też pułk wpadał w gniew i jeden złodziej karabinów do dziś dnia nosi na sobie wyraźne tego ślady. Ten wypadek położył włamaniom na pewien czas kres, straże konsekwentnie zmniejszono i pułk oddał się grze w polo z niespodziewanym rezultatem, albowiem pobił o dwa "goale" straszliwą drużynę "polo" lekkokonnych Laszkarów, mimo że ci ostatni mieli na krótką, jednogodzinną grę po cztery kucyki na głowę, a także oficera-krajowca, który śmigał po boisku jak błędny ognik. Dla uczczenia tego wypadku wydano obiad. Przyszła drużyna Laszkarów i przyszedł także Dirkowicz w pełnym mundurze oficera kozackiego, który istotnie jest tak szeroki, jak szlafrok, i został przedstawiony Laszkarom i aż oczy wytrzeszczał, kiedy się im przyglądał. Byli to ludzie lżejsi od Huzarów, a nosili się z zamaszystością, stanowiącą szczególny przywilej pendżabskich wojsk granicznych i całej jazdy nieregularnej. Zamaszystości tej, podobnie jak wszystkiego innego w służbie, trzeba się nauczyć, za to, i na tem właśnie polega różnica - kto się jej raz nauczy, ten jej już nigdy nie zapomni, lecz zachowa aż do śmierci. Wielka, rogami ozdobiona jadalnia kasyna Białych Huzarów przedstawiała widok godny uwagi. Całe srebro pułkowe znajdowało się na długim stole - na tym samym stole, na którym swego czasu po zapomnianej bitwie leżały zwłoki pięciu oficerów, dawno, dawno już temu spłowiałe, postrzelane sztandary wisiały naprzeciw drzwi wchodowych, pęki róż zimowych leżały między srebrnemi kandelabrami, a portrety wybitnych zmarłych oficerów spoglądały zgóry na swych następców z pomiędzy głów sambhurów, nilghai, markhorów i - duma całego kasyna - dwóch szczerzących zęby leopardów śniegowych, które kosztowały Basset-Holmera cztery miesiące urlopu, jaki mógł spędzić w Anglji, zamiast na drogach do Tybetu w bezustannem niebezpieczeństwie życia nad brzegami przepaści, na porosłych śliską trawą skłonach gór lub wśród wciąż grożących lawin.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.