Człowiek, którego prześladował czas - Diane Setterfield

-
Proszę czekać

Słyszałem, jak ci, którzy zapewne nie mogą tego wiedzieć, mówili, że w ostatniej chwili całe życie przewija się człowiekowi przed oczami. Jeśli tak jest, to jakiś cynik powiedziałby pewnie, że William Bellman spędził swoje ostatnie chwile, kontemplując od nowa długi ciąg kalkulacji, kontraktów i transakcji, które składały się na jego życie. Ale naprawdę, kiedy zbliżył się do granicy z tamtym miejscem - granicy, do której wcześniej czy później, skręci ścieżka każdego z nas - jego myśli przyciąg­nęli ci, którzy już przeszli na owo nieznane terytorium: jego żona, troje dzieci, wuj, kuzyn i paru przyjaciół z dzieciństwa. Już powspominał drogich zmarłych, ale do śmierci zostało mu jeszcze parę chwil i przyszedł czas na ostatni akt pamięci. Tym, co odgrzebał, po czterdziestu latach spoczynku w wykopalisku umysłu, był kruk.

Pozwólcie, że wyjaśnię:

Will Bellman miał dziesięć lat i cztery dni, a radość urodzin wciąż jeszcze krążyła mu w żyłach. Razem z kolegami biegał po polach między rzeką a lasem, polach, na które z łopotem pikowały kruki, żeby mocno dziobać ziemię w poszukiwaniu larw. Charles był bratem stryjecznym Willa i miał zostać spadkobiercą fabryki Bellmana. Ich ojcowie byli braćmi - i chociaż brzmi to prosto, wcale takie proste nie było. Fred był najstarszym synem piekarza, a jego matka pochodziła z rodziny mleczarzy. Mówiono, że to najlepiej odżywiony chłopiec w Whittingford i rzeczywiście wyglądał, jakby po odstawieniu od piersi karmiono go wyłącznie chlebem i śmietaną. Miał białe zęby, masywną budowę i lubił opowiadać o piekarni, którą w przyszłości poprowadzi. Luke był jedną z latorośli kowala. Niczego nie dostanie w spadku: miał zbyt licznych starszych braci. Jego jasne, miedziane włosy widać byłoby co najmniej na milę, gdyby je mył. Trzymał się na bezpieczną odległość od szkoły. Nie miała dla niego sensu. Jeśli ktoś chce dostać lanie, to w domu też je może dostać. Od domu też trzymał się na bezpieczną odległość, chyba że był wyjątkowo głodny. Kiedy nie mógł wycyganić jedzenia, kradł, bo przecież musiał jeść. Był żarliwie oddany matce Williama, która czasem dawała mu chleb z serem, a raz nawet tuszę kurczaka do oskubania.

Luke i Will prowadzili różne życie, ale na początku tego lata coś ich do siebie przyciągnęło. Wiek. Obaj urodzili się w tym samym miesiącu tego samego roku. Moc symbolicznej rocznicy oddziaływała na nich jak siła fizyczna i z upływem sierpniowych dni nie tylko przyjaźń ciągnęła ich codziennie do żywopłotów i pól. To było współzawodnictwo.

Ścigali się, wspinali na drzewa, wdawali w udawane bitwy i zawody na rękę. Z każdym jardem biegali szybciej, poszerzali horyzonty z każdą zdobytą wyższą gałęzią. Podpuszczali się wzajemnie, nigdy nie odrzucali wyzwań, ryzykowali coraz bardziej. Śmieli się z otarć, siniaki mieli za medale, a blizny za trofea. Co minutę, codziennie, stawiali czoło światu i sobie nawzajem.

W wieku dziesięciu lat i czterech dni Will był zadowolony ze świata i z siebie. Wiedział, że daleko mu do wieku męskiego, ale już nie był małym chłopcem. Przez całe lato, budzony wcześnie kamiennym krakaniem kruków na drzewach za wiejskim domkiem matki, czuł, że wzbierają w nim siły. Wyrósł z kuchni i ogrodu: jego terytorium stały się teraz pola, rzeka i las, niebo należało do niego. Musiał się jeszcze wiele nauczyć, ale wiedział, że przyjdzie mu to z łatwością, jak wszystko w życiu. Kiedy się uczył, cieszył się każdym dniem nowego i radosnego poczucia doskonałości.

- Założę się, że trafię w tego ptaka - powiedział teraz, pokazując odległą gałąź odległego drzewa. Był to jeden z dębów rosnących niedaleko jego domu, stąd było widać wioskę, z ziemi zasłoniętą przez żywopłoty.

- Nie trafisz! - ocenił Luke. Zawołał pozostałych, wspiął się na brzeg i wskazał ręką w dal. - Will mówi, że trafi w tego ptaka!

- Nie trafi! - krzyknęli dwaj inni, ale i tak przybiegli, żeby zobaczyć próbę.

Ptak, kruk albo wrona, siedział na gałęzi w połowie pola, poza zasięgiem procy.

Will wyciągnął procę zza paska i zaczął ostentacyjnie szukać kamienia. Najlepsze pociski do procy wybierało się w mistycznej aurze. Ceniono umiejętność doboru właściwych kamieni, długo rozprawiano, porównując ich rozmiary, gładkość albo szorstkość i kolor. Oczywiście najlepsze były szklane kulki, ale rzadko który chłopak ryzykowałby ich stratę. William w głębi duszy domyślał się, że wszystkie okrągławe gładkie kamienie są tak samo dobre, ale jak każdy chłopak znał wartość mistyfikacji, więc się nie spieszył.

Tymczasem chłopców zainteresowała jego proca. Powierzył ją bratu stryjecznemu, a sam szukał pocisku. Charles z początku trzymał broń niedbale, potem, czując, jak świetnie jest wyważona, przyjrzał się jej dokładniej. Z rączki wystawały dwie odnogi, tworząc kształt litery y, niemal zbyt doskonały, żeby był naturalny. Można przeszukać cały las i nie znaleźć takiego y. Will miał dobre oko.

Fred zaczął oglądać procę razem z nim. Zmarszczył czoło, kąciki ust mu opadły, jakby sprawdzał osełkę źle ubitego masła.

- To nie leszczyna.

Will nie odrywał oczu od ziemi.

- Leszczynę łatwo się tnie. Ale się nie nadaje. - Kiedyś zaostrzył kozik, wspiął się, piłował cierpliwie, żeby wyciąć kształt, który dostrzegł. Czarny bez osiągnął już wiek, w którym stał się mocny, ale był na tyle młody, żeby zachować sprężystość.

Rzemień procy był im dobrze znany: Will wykorzystał stary, wycięty z języka buta, z którego wyrósł. Rządki małych, starannych nacięć pozwalały tak naciągnąć skórę, że tworzyła łożysko na mały pocisk. Ale jeden element procy był całkowicie oryginalny. Tam, gdzie rzemień był przymocowany, Will wystrugał płytkie, szerokie na cal bruzdy. Pośrodku bruzd zawiązane były wąskie paski skóry mocujące rzemień. Ale nad węzłem i pod nim rzemień był owinięty. Leżał równo w bruździe, nad i pod skórzanymi paskami. Charles z podziwem przejechał po nim palcami. Było to zręcznie zrobione, ale Charles nie wiedział dlaczego.

- Po co to jest?

Luke sięgnął ręką i ze znawstwem przejechał palcem po pasku.

- Nie pozwala, żeby rzemień się zsuwał, prawda?

Will wzruszył ramionami.

- Sprawdzam. Jak do tej pory się nie zsuwał.

Aż do dziś chłopcy nie widzieli tak doskonałej procy. Zawsze myśleli, że proce są dobre albo złe z woli bogów, z przypadku, z losu szczęścia. Strzelać z procy, znaczyło ryzykować, pięćdziesiąt do jednego, że się nie trafi. W procy Willa nie było niczego przypadkowego. Była dopracowana, wymodelowana, zaprojektowana.

Luke sprawdził naciąg skórzanych pasków. Były wystarczająco elastyczne, ale nie mógł się powstrzymać, żeby czegoś nie dodać od siebie do tej godnej pozazdroszczenia broni. Splunął na koniuszki palców i czule wtarł wilgoć w skórzane paski.

Will znalazł kamień, który mu odpowiadał, i ze zdziwieniem stwierdził, że ptak jeszcze jest tam, gdzie był. Odebrał i załadował procę. Miał wprawę, dobre oko, pewną dłoń. Dużo ćwiczył.

Ptak był naprawdę za daleko.

Chłopcy uśmiechnęli się i pokręcili głowami, przenosząc uwagę z procy na cel. Przechwałki Willa były niedorzeczne, jakby się z nich naśmiewał. Ale przecież skoncentrowało się w nim dziesięć lat skumulowanych obserwacji, rozwoju, siły i wigoru. Ogłuchł na krzyki kolegów.

Śledził wzrokiem łuk - nieprawdopodobny łuk - między pociskiem a celem, jego umysł obliczał, kalibrował i wydawał polecenia narzędziom. Zmienił ustawienie stóp, równomiernie rozmieścił ciężar, mięśnie nóg, pleców, ramion przygotowały się, palce leciutko zmieniały chwyt na procy, dłonie wyczuwały napięcie. Naciągnął procę.

W chwili kiedy wypuścił kamień - nie tuż przed: w sekundzie, kiedy było już za późno, żeby go zatrzymać - rozpoznał chwilę doskonałości. Chłopiec, proca, kamień. Mózg, oko, ciało. Wiedział, że się uda, pocisk poleciał.

Kamień długo przemierzał przeznaczoną sobie trajektorię. Przynajmniej tak się wydawało. William miał jeszcze czas na nadzieję, że ptak ożyje z łopotem, wzleci nad gałąź. Kamień spadłby nieszkodliwie na ziemię, a granitowy śmiech kruka szydziłby z nich z nieba.

Czarny ptak się nie poruszył.

Kamień dotarł do punktu szczytowego łuku i zaczął opadać. Chłopcy ucichli. William milczał. Wszechświat stanął. Tylko kamień się poruszał.

Jeszcze jest czas, pomyślał William. Mógłbym krzyknąć, wystraszyć ptaka, żeby odfrunął. Ale język nabrzmiał mu w ustach, chwila przeciągała się w czasie, długo, powoli, jak sparaliżowana.

Kamień dotarł do celu.

Czarny ptak spadł.

Chłopcy patrzyli zaskoczeni na pustą gałąź. Czy to się stało? Niemożliwe! Ale widzieli to... Trzy głowy odwróciły się jak jedna, żeby popatrzeć na Willa. Wzrok miał utkwiony w gałęzi, na której wcześniej siedział ptak. Nadal widział, jak spada, próbował to zrozumieć.

Fred przerwał ciszę wrzaskiem i trzej chłopcy pomknęli przez pole w stronę drzewa, Luke, potykając się o korzenie drzew i bruzdy, był jak zwykle ostatni. William, z opóźnieniem, ale też pobiegł. Dołączył do nich, kiedy kucali pod drzewem. Powiercili się, przesunęli, żeby zrobić dla niego miejsce, żeby mógł zobaczyć.

Tam, na trawie: ptak. Kruk. Młody, z jeszcze czarnym dziobem.

Więc to była prawda. Dokonał tego.

Poczuł, jak coś porusza mu się w piersi, jakby usunięto jakiś organ i na jego miejsce włożono coś obcego.

Rozkwitło w nim uczucie, którego istnienia nawet nie podejrzewał. Żyłami przepłynęło z piersi do wszystkich kończyn. Nabrzmiało mu w głowie, ogłuszyło uszy, stłumiło głos i zebrało się w stopach i palcach. Nie miał na to słów, więc nic nie powiedział, ale czuł, że się zakorzeniło, że już zawsze z nim będzie.

- Możemy go pochować. - To Charles. - Pogrzeb.

Pomysł, żeby nadzwyczajne wydarzenie uczcić ceremonią, znalazł uznanie. Ale zanim ustalili, co zrobią, z wahaniem, od którego zachciało im się śmiać, Luke złapał koniuszek skrzydła i ostrożnie je rozłożył. Promień światła, który przedarł się przez liście, padł na martwe zwierzę i czerń nagle nie była czernią: wydobyły się atramentowe odcienie błękitu, purpury i zieloności. Poruszały się i połyskiwały, ożyły tak plastycznie, że mamiły oko i umysł. Wszyscy chłopcy przez chwilę myśleli, że ptak mimo wszystko nie jest martwy - ale był. Oczywiście.

Chłopcy pomruczeli i jeszcze raz odwrócili się, żeby popatrzeć na Willa. To piękno także było jego własnością.

Luke, ośmielony, podniósł ptaka.

- Kraa!

Gwałtownie dźgał trupem w stronę Freda, w stronę Charlesa - nie w stronę Willa - obaj chłopcy cofnęli się niezgrabnie, krzyknęli wystraszeni, roześmiali się z ulgą. Potem to Fred zaczął bawić się martwym stworzeniem, ruszał jego skrzydłami, udawał lot, krakał i chrypiał z zapałem. Will z trudem się roześmiał. To był skutek zawirowań tych dziwnych rzeczy, które poczuł w sobie. Płuca mu się zmęczyły.

Wkrótce Fred doszedł do wniosku, że w bezwładzie małego ciałka jest coś nieprzyjemnego. Wszyscy tak stwierdzili. To tkwiło w miękko zwisającej główce, w piórach, które nie wracały na swoje miejsce. Fred ze wstrętem odrzucił ciałko.

Porzucili myśli o pogrzebie, przenieśli uwagę z ptaka na kamień, który go zabił. Ten kamień miał teraz swoją wartość. Długo szukali, podnosili jeden okrągły kamyczek za drugim.

- Za duży - twierdzili.

- Nie ten kolor.

- Nie miał tutaj tego znaku.

Kamienia nie odnaleziono. Po dokonaniu cudu wyrzekł się wyjątkowości i leżał gdzieś w pobliżu, nierozpoznawalny, wśród innych podobnych kamieni.

- Zresztą - powiedział Charles, i tym razem wszyscy się zgodzili - przecież to nie kamień. To Will tego dokonał.

W kółko opowiadali tę historię, odgrywali ją jeden przed drugim. Wyimaginowanymi procami ubijali całe stada wyimaginowanych kruków.

Will stał z boku. Jak każdy dziesięcioletni bohater oberwał więcej, niż mu się należało, drwin i szturchańców. Uśmiechał się, zrozpaczony, dumny, zmieszany, winny. Wykrzywił się w uśmiechu, szturchańce oddawał bez przekonania.

Słońce zeszło nisko, niebo się ochłodziło. Nadchodziła jesień, a oni byli głodni. Czas pójść do domu. Chłopcy się rozeszli.

Will mieszkał najbliżej, za parę minut będzie w matczynej kuchni.

Na ziemnym nawisie coś go skłoniło, żeby się obejrzeć. Popatrzył na miejsce, na które spadł ptak. Parę minut po tym, jak chłopcy stamtąd odeszli, nadciągnęły kruki. Kołowały nad dębem, było ich piętnaście czy dwadzieścia. Ze wszystkich stron nadlatywało więcej. Rozciągnęły się po niebie, luźne klucze ciemnych znaków gromadzące się w jednym miejscu. Jeden po drugim zniżały lot, żeby usiąść na gałęziach drzewa. Zwykle takiemu zlotowi towarzyszyłby zgiełk kamiennego klekotu ptaków przerzucających się krakaniem jak żwirem. To zgromadzenie było inne: odbywało się w poważnej i skupionej ciszy.

Wszystkie ptaki na gałęziach patrzyły w jego stronę. Will zeskoczył z nasypu i popędził do domu, szybciej niż kiedykolwiek. Kiedy chwycił klamkę, ośmielił się obejrzeć. Niebo było puste. Patrzył na gałęzie drzewa, ale z tej odległości, przy niskim słońcu świecącym w oczy, trudno mu było stwierdzić, czy widzi liście, czy kruki. Być może wyobraził sobie, że wpatruje się w niego wiele oczu.

Przez chwilę wydawało mu się, że jeden z kolegów wrócił pod dąb. Chłopiec stał w cieniu drzewa tam, gdzie wcześ­niej on. Ale postać była za niska na Charlesa, zbyt szczupła jak na Freda i nie miała rudych włosów Luke'a. Poza tym, chyba że był to efekt światłocienia, chłopiec odziany był w czerń.

Po kolejnym mrugnięciu chłopca już nie było, pewnie wracał do domu przez las.

Will nacisnął klamkę i wszedł do środka.

- Co w ciebie wstąpiło? - zapytała matka.

William był tego wieczoru spokojny, a matka powiedziała mu, że jest blady. Ledwie odpowiadał na jej pytania, zrozumiała, że chłopiec jest już w tym wieku, kiedy ma się tajemnice.

- Tylko pomyśl. Za tydzień pojedziesz z Charlesem do szkoły.

Oparł się o nią ukradkiem, kiedy stanęła obok, żeby nalać mu zupy, a gdy objęła go ramieniem, przywarł do niej, zamiast przypomnieć, że ma już dziesięć lat. Czy jej nieustraszony chłopak denerwował się, że porzuca ją dla Oksfordu? Tej nocy, chociaż nie było zimno, ogrzała mu łóżko i zostawiła zapaloną świecę. Kiedy godzinę później przyszła, żeby go pocałować, stanęła i przyglądała się śpiącemu. Jakiż był blady. Czy to naprawdę jej syn? Dzieci tak szybko się zmieniają.

Ma zaledwie dziesięć lat, a już go tracę, pomyślała. A potem, ze skurczem serca, a może już go straciłam?

Następnego dnia Will obudził się z gorączką. Przez pół tygodnia leżał w łóżku, matka opiekowała się nim. Przez ten czas, kiedy krew robiła się coraz bardziej gorąca, a on pocił się i krzyczał z bólu, użył swojego dziesięcioletniego geniuszu i mocy dla największego wyczynu w swoim życiu: zapomnienia.

Nieźle mu się to udało.

&

Kruk wydaje się dobrze znanym stworzeniem, dopóki dokładniej mu się nie przyjrzeć.

Jego upierzenie to jedno z najbardziej fantastycznych i pięknych rzeczy stworzonych przez przyrodę. Jak stwierdzili tamtego dnia chłopcy, krucze pióra potrafią połyskiwać oślepiającymi pawimi kolorami, chociaż w rzeczywistości kruk nie ma błękitnej, purpurowej ani zielonej pigmentacji. Czerń atłasowa na plecach i głowie, przechodząc w stronę łap, mięknie i nabiera głębi. Nie jest to po prostu czarny, to kolor czarniejszy niż czerń, z tym luksusowym przesytem czerni, którego nie ma żadne inne stworzenie. To esencja czarności.

Skąd więc owe wspaniałe barwy?

Cóż, kruk jest swego rodzaju magikiem, jego czarne pióra są w stanie wytworzyć zachwycający efekt optyczny.

- Aha! - powiecie. - A więc to tylko złudzenie.

Wcale nie. Kruk to nie sztukmistrz z cylindrem pełnym magicznych trików, zwodzących wasze oczy, żeby widziały to, czego nie ma. Wręcz przeciwnie: to czarodziej rzeczywistości. Zapytajcie swoich oczu: "jakiego koloru jest światło?" Nie mogą wam odpowiedzieć. Ale kruk może. Chwyta światło, roz­szczepia je, trochę wchłania, a resztą promieniuje w niezwykłym pokazie optycznym, pokazuje wam prawdę o świetle, której wasze ułomne oczy nie potrafią zobaczyć.

A ten fascynujący pokaz barw nie jest jedyną sztuczką, którą ukrywa w piórach. Chociaż to niezwykła rzadkość, garstka świadków widziała, jak w jasny letni dzień kruk potrafi przemienić w słońcu czerń w anielską biel. Jak zwierciadło olśniewa i chlubi się swoją białością.

Skoro jest taki piękny i tak dramatyczne i czarodziejskie są przemiany, których dokonuje w swoim wyglądzie, możecie się zastanawiać, dlaczego można go spotkać na pospolitych polach, jak grzebie, szukając larw. Dlaczego te najznakomitsze ze stworzeń nie są własnością księżniczek, nie mieszkają w złoconych ptaszarniach, nie są karmione wybrednymi kąskami ze srebrnych tac przez służących w liberiach? Dlaczego spędzają czas z krowami, skoro z pewnością byłyby bardziej naturalnymi towarzyszami jednorożców, gryfów i smoków?

Odpowiedź jest taka: kruk żyje, jak chce. Kiedy potrzebuje rozrywki w ludzkim towarzystwie, prędzej poszuka pijanego poety albo staruchy o dzikim wzroku niż panny w diademie. Ma jednak słabość do kawałka smoczej wątroby albo języka jednorożca, kiedy może je dostać, i nie odmówi mięsa z gryfa, jeśli mu się nadarzy.

Jest wiele rzeczowników zbiorowych określających kruki. W niektórych stronach ludzie mówią: parafia kruków.

Rozdział 1

Przez sześć dni w tygodniu z okolic Burford Street rozchodził się łoskot, dudnienie, brzęk, terkot i huk fabryki Bellmana. Czółenka mknące tam i z powrotem to jeszcze nic: słychać także było bełkotliwy ryk rzeki Windrush, która obracała koło napędzające cały ten gorączkowy kołowrót. Hałas był taki, że pod koniec dnia, kiedy czółenka stanęły na miejscu, a koło napędowe przestało się obracać, robotnikom nadal wibrowało w uszach. Dzwonienie trzymało się ich, kiedy wracali do swoich małych chatek, było z nimi, kiedy kładli się do łóżek, i zazwyczaj rozbrzmiewało w ich snach.

Ptaki i inne małe stworzenia trzymały się z dala od fabryki Bellmana, przynajmniej w dni robocze. Tylko krukom starczało śmiałości, żeby nad nią przelatywać, jakby radowały się jazgotem, i nawet dodawały własną ochrypłą nutkę do tej muzyki.

Ale dzisiaj, jako że była niedziela, w fabryce panowała cisza. Po drugiej stronie Windrush, dalej przy głównej ulicy, ludzie wznosili innego rodzaju wrzawę.

Kruk - albo wrona, trudno je rozróżnić - wylądował śmiało na kościelnym dachu, przechylił główkę i nasłuchiwał.

O, zstąp i we mnie wnijdź,

Potęgi ducha mi użycz,

I do wolności otwórz drogi

Bez smutku, grzechu i trwogi.

Pierwszą zwrotkę hymnu wierni zaśpiewali fałszywie i nierówno, jak stado owiec w dzień targowy. Niektórzy widzieli w tym zawody, w których najgłośniejszy bierze wszystko. Niektórzy znaleźli dla siebie lepsze zajęcie niż śpiew i przyspieszali, żeby jak najszybciej skończyć, a jeszcze inni, w obawie, że za bardzo przyspieszą, trzymali się bezpiecznej szesnastki. Wokół śpiewaków stał tłum robotników z fabryki; ich słuch pozostawiał wiele do życzenia. Tworzyli niskie brzęczące tło, jakby zaciął się któryś z pedałów organów.

Na szczęście był chór i na szczęście w chórze występował William Bellman. Jego tenor, lekki i czysty, był jak strzałka kompasu, dzięki niej poszczególne głosy znajdowały północ i doskonale wiedziały, dokąd zmierzają. Zbierał je, dyscyplinował i wskazywał cel. Wibracje jego głosu zdołały pobudzić nawet bębenki uszne niedosłyszących, bo monotonne brzęczenie głuchych podniosło się dzięki niemu do poziomu czegoś na kształt melodii. Chociaż przy "Smutku, grzechu i trwodze" wierni beczeli nierówno, to dochodząc do "radosnego dnia", zharmonizowali szybkość, kiedy zaś "pozbyli się przeszłych spraw", znaleźli ton, a osiągając w ostatniej zwrotce "szczęście wiekuiste", dzięki Williamowi śpiewali tak miło dla ucha, jak można by się spodziewać po każdej wspólnocie kościelnej.

Uleciały ostatnie nuty hymnu, wkrótce potem otworzyły się drzwi świątyni i wierni wyszli na kościelny dziedziniec, gdzie zatrzymali się, żeby porozmawiać i cieszyć się jesiennym słońcem. Między nimi były dwie kobiety, starsza i młodsza, obie obficie przystrojone bukiecikami przypiętymi do sukni, broszkami, wstążkami i błyskotkami. Była to ciotka z siostrzenicą, przynajmniej tak mówiły, chociaż ludzie szeptali coś innego.

- Czyż nie ma pięknego głosu? Aż żal, że nie co dzień jest niedziela - powiedziała melancholijnie do ciotki młoda panna Young.

- Jeśli chcesz usłyszeć, jak William Bellman śpiewa co wieczór, przez okrągły tydzień, musisz pójść pod okno Czerwonego Lwa - wtrąciła pani Baxter, która to usłyszała. - Ale - jej półszept usłyszała matka Williama, stojąca nieopodal - to, co jest miłe dla ucha, może być mniej miłe dla duszy.

Dora Bellman wysłuchała tego z wyrazem życzliwej neutralności i z taką samą miną zwróciła się do szwagra, który właśnie do niej podszedł.

- Powiedz, Doro, co teraz robi William, kiedy nie gorszy dusz włóczących się pod oknami Czerwonego Lwa?

- Pracuje u Johna Daviesa.

- Lubi pracę na roli?

- Znasz Williama. Zawsze jest szczęśliwy.

- Jak długo ma zamiar zostać u Daviesa?

- Póki jest praca. Chce przyłożyć rękę do wszystkiego.

- Nie wolałabyś dla niego czegoś bardziej na stałe?

- Co byś zaproponował?

W spojrzeniu, którym go wtedy obdarzyła, była cała opowieść, opowieść stara i długa, a spojrzenie, którym się zrewanżował, mówiło, "wszystko to prawda, ale".

- Mój ojciec jest już stary i ja kieruję fabryką. - Żachnęła się, ale zlekceważył to. - Nie będę mówił o innych, jeśli to cię złości, ale czy kiedykolwiek cię skrzywdziłem, Doro? Czy skrzywdziłem ciebie albo Williama w jakikolwiek sposób? Przy mnie, w fabryce, William może znaleźć perspektywy, bezpieczeństwo, przyszłość. Czy to w porządku wzbraniać mu tego?

Czekał.

- Nie, nigdy mnie nie skrzywdziłeś - powiedziała w końcu. - Domyślam się, że jeśli nie uzyskasz ode mnie odpowiedzi, na którą czekasz, zwrócisz się bezpośrednio do Williama?

- Poszłoby szybciej, gdybyśmy wszyscy się zgodzili.

Chórzyści zdjęli togi i wychodzili z kościoła. Między nimi był William. Wiele par oczu skierowało się na niego, bo był równie miły dla wzroku jak dla ucha. Miał ciemne włosy, tak jak jego wuj, myślące czoło, oczy zdolne dostrzec wiele rzeczy naraz i zgrabną sylwetkę, dzięki czemu poruszał się z niewymuszonym wdziękiem. Niejedna młoda kobieta na kościelnym dziedzińcu myślała o tym, jak by to było znaleźć się w ramionach Williama Bellmana - a niejedna młoda kobieta już to wiedziała.

Zauważył matkę, uśmiechnął się i uniósł rękę, żeby ją pozdrowić.

- Powiem mu - rzekła do Paula. - Niech on sam zdecyduje.

Rozstali się, Dora, żeby podejść do Williama, a Paul, żeby wrócić samotnie do domu.

W kwestii małżeństwa Paul próbował uniknąć pomyłki ojca i brata. Nie dla niego głupia żona z workami złota ani miłość i piękno z pustymi rękami. Ann była mądra i życzliwa - a jej posag sięgał dokładnie do budynku farbiarni. Jako człowiek rozsądny wybrał drogę środka i dzięki temu miał harmonijne życie domowe, serdeczną przyjaźń i farbiarnię. Ale mimo całego rozsądku często strofował sam siebie. Nie opłakiwał śmierci żony jak przystało na kochającego męża, a w boleśnie szczerych chwilach przyznawał w głębi ducha, że więcej, niż wypadało, myślał o bratowej.

Dora i William poszli do domu.

Kruk na dachu kościoła nieśpiesznie załopotał skrzydłami, uniósł się lekko i poszybował w dal.

- Chciałbym się tym zająć - powiedział Will do matki, gdy znaleźli się w swojej małej kuchence. - Nie masz nic przeciw temu?

- A jeśli mam?

Uśmiechnął się i swobodnie objął ją za ramiona. Miał siedemnaście lat i przyjemność płynąca z tego, że jest znacznie wyższy od matki, nadal była dla niego nowością.

- Wiesz, że nie zrobię ci przykrości, jeśli nie będę musiał.

- W tym sęk.

Jakiś czas potem, w cichym zakątku przesłoniętym trawami, Will obejmował inne ramiona. Druga ręka była niewidoczna pod warstwami halek, a dziewczyna od czasu do czasu kładła dłoń na jego dłoni, żeby pokazać, że wolniej, że szybciej, że zmienić nacisk. Pomyślał, że najwyraźniej czyni postępy. Na początku przez cały czas trzymała dłoń na jego dłoni. Białe nogi dziewczyny były jeszcze bielsze na tle mchu, nie zdjęła butów: będą musieli uciekać, jeśli ich nakryją. Zaczęła oddychać krótkimi sapnięciami. Willa nadal zdumiewało, że przyjemność wyraża się tak samo jak ból.

Nagle zamilkła i lekko ściągnęła twarz w skupieniu. Tak mocno nacisnęła jego dłoń, że prawie go zabolało, zacisnęła białe nogi. Przyglądał się dokładnie, zafascynowany. Rumieńcowi na jej policzkach i piersi, drżeniu powiek. Potem odprężyła się, oczy nadal miała zamknięte, żyłka na szyi pulsowała. Po minucie otworzyła oczy.

- Twoja kolej.

Położył się z rękami pod głową. Jego ręka nie musiała jej uczyć. Jeannie wiedziała, co ma robić.

- Nie pomyślałaś kiedy, że mogłabyś podnieść się, usiąść na mnie i zrobić to jak trzeba? - zapytał.

Przerwała i figlarnie pogroziła mu palcem.

- Williamie Bellman, pewnego dnia mam zamiar być uczciwą mężatką. Dziecko Bellmana nie stanie mi na drodze!

Wróciła do swojego zajęcia.

- Za kogo mnie uważasz? Myślisz, że nie poślubiłbym cię, gdyby miało urodzić się dziecko?

- Nie udawaj głupiego. Oczywiście, że byś poślubił.

Pieściła go, i dość łagodnie, i dość mocno. W sam raz.

- No więc?

- Jesteś dobrym chłopakiem, Will. Nie mówię, że nie.

Przytrzymał jej rękę, oparł się na łokciach, żeby dobrze widzieć jej twarz.

- Ale?

- Will! - Widząc, że nie zadowoli go brak odpowiedzi, powiedziała, z wahaniem, niepewnie. Słowa rodziły się wprost w jej umyśle. - Wiem, jakiego życia mi potrzeba. Spokojnego, normalnego. - Kiwnął głową, żeby mówiła dalej. - Jakie byłoby moje życie, gdybym ciebie poślubiła? Nie wiadomo. Wszystko mogłoby się zdarzyć. Nie jesteś złym człowiekiem, Will. Po prostu jesteś...

Znowu się położył. Coś przyszło mu do głowy, znowu na nią spojrzał.

- Myślisz o kimś!

- Nie! - Zdradził ją popłoch i rumieniec.

- Kto to jest? Kto? Powiedz mi! - Schwytał ją, połaskotał i przez chwilę znów byli dziećmi, krzyczeli, śmiali się, udawali, że się mocują. Równie szybko dorosłość objęła ich ponownie w posiadanie i wzięli się do zakończenia sprawy, dla której tutaj byli.

Kiedy znów zobaczył liście i niebo, jego mózg znalazł odpowiedź. Poważanie, oto czego pragnęła. Była robotnicą, nie wiedziała, co to łatwe życie. A jeśli spędzała z nim czas, zarazem czekając, to znaczyło, że ów ktoś jeszcze nie zwrócił na nią uwagi. Nie było wielu kandydatów w odpowiednim wieku, większość z nich można odrzucić z tego czy innego powodu. Z pozostałych wyróżniał się jeden.

- To Fred z piekarni, prawda?

Była zszokowana. Dłoń podleciała jej do ust, zręcznie, ale za późno przytrzymała jego rękę. Na jej palcach czuć było zapach ich obojga.

- Nie mów. Will, proszę, ani słowa! - I zaczęła płakać.

Objął ją.

- Cicho! Nie powiem. Żywej duszy. Obiecuję.

Szlochała, potem się uspokoiła.

- Jeannie! Nie martw się. Idę o zakład, że zanim ten rok się skończy, będziesz mężatką.

Umyli dłonie w rzece i rozstali się, poszli w różnych kierunkach, żeby dojść do domu różnymi ścieżkami.

Will szedł długą trasą, w górę rzeki, przez most na drugą stronę. Był wczesny wieczór. Lato w pełni. Trochę szkoda Jeannie, pomyślał. To dobra dziewczyna. Zaburczało mu w brzuchu. W domu, u matki, jest dobry ser i miska gotowanych śliwek. Zaczął biec.

Koniec wersji demonstracyjnej.