Dane oryginału
Elliot Aronson, Joshua Aronson
The Social Animal 12e
First published in the United States by Worth Publishers
Copyright ? 2018, 2012, 2008, 2004 by Worth Publishers
All rights reserved.
The copyright information referring to Proprietor as the original publisher of the Instructor Resources provided by Proprietor to Publisher will be included in the same manner in the Publisher Instructor Resources.
Projekt okładki i stron tytułowych Anna Kulikowska
Wydawca Aleksandra Małek
Redaktor prowadzący Agata Kołacz
Redakcja Magdalena Mendys
Korekta Anna Gardyniak
Produkcja Anna Badura
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl
Polska Izba Książki
Copyright ? for the Polish edition by
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-01-25346-2
Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwo Naukowe PWN S.A.: Michał Latusek
eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2026 r. (Wydanie XIV zmienione)
Warszawa 2026
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
02-460 Warszawa, ul. G. Daimlera 2
tel. 22 695 43 21; faks 22 69 54 228
infolinia 801 33 33 88
e-mail: pwn@pwn.com.pl; www.pwn.pl
Informacje w sprawie współpracy reklamowej: reklama@pwn.pl
Przedmowa do polskiego wydania
W roku 1979 zdałem egzaminy maturalne w I Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu i podobnie jak wielu moich rówieśników, zadałem sobie pytanie "co dalej?". Jakie studia wybrać? Po głowie chodziły mi kierunki uniwersyteckie: matematyka, historia, archeologia, polonistyka... A może jednak AWF z tego względu, że wtedy wyczynowo uprawiałem sport? Doszedłem w końcu do wniosku, że właściwym wyborem będzie socjologia. I gdy właściwie podjąłem już decyzję, wszedłem do księgarni i zobaczyłem na półce książkę Elliota Aronsona Człowiek - istota społeczna. Oczywiście nazwisko autora nic mi nie mówiło. Tytuł wydał mi się jednak nie tylko intrygujący, ale związany z socjologią, którą zamierzałem studiować. Książka miała zieloną okładkę. A może żółtą? To dziś wydaje mi się równie prawdopodobne. Zresztą kolor okładki zawsze jest inny, niż wydaje się każdemu, kto szuka jakiejś konkretnej książki na półce i jest całkowicie pewien, że jej grzbiet ma barwę, którą świetnie pamięta. W końcu, gdy książkę znajduje, okazuje się, że zupełnie się w kwestii koloru okładki pomylił.
Sama książka okazała się pierwszym polskim wydaniem podręcznika psychologii społecznej, który w oryginale nosił tytuł The social animal. Tytuł ten wprost nawiązywał do myśli Arystotelesa, który zauważył, że są zwierzęta, które właściwie przez całe niemal życie żyją w samotności i są takie, które żyją w grupach (stadach, watahach, rojach, ławicach itp.), a człowiek z całą pewnością należy do tej drugiej kategorii. We wstępie wyjaśniono jednak, że po polsku "zwierzę społeczne" nie brzmiałoby dobrze, dlatego wydawca zdecydował się na "istotę społeczną". Czy słusznie? To zupełnie inna kwestia, której nie będę tu rozważał.
A więc, jak już wspomniałem, okazało się, że jest to książka nie z zakresu socjologii, ale psychologii społecznej. Psychologia społeczna? Co to właściwie jest? Zacząłem czytać i ... już wiedziałem, że właśnie to są kwestie, które mnie fascynują, że to jest znacznie ciekawsza książka niż kilka książek z zakresu socjologii, które wcześniej miałem w rękach. I po lekturze już wiedziałem, co chcę studiować. Psychologię! A specjalizować chcę się w psychologii społecznej! (Dla jasności: nie chcę nikogo odwieść od studiowania socjologii. To, że mnie bardziej zafascynowała psychologia społeczna, oczywiście nie oznacza, że odmienne preferencje i wybory są głupie czy niewłaściwe).
Pierwsze polskie wydanie podręcznika Aronsona to była książka opisująca różne fenomeny z perspektywy jednej tylko koncepcji teoretycznej. Elliot Aronson to uczeń Leona Festingera - jednego z najbardziej wpływowych psychologów okresu powojennego. Festinger sformułował koncepcję dysonansu poznawczego, zgodnie z którą ludzie odczuwają nieprzyjemne pobudzenie emocjonalne, gdy akceptują jednocześnie dwa sprzeczne przekonania. Dążą wówczas do redukcji tego napięcia poprzez odrzucenie jednego z tych przekonań albo reinterpretacje informacji dotyczących danej kwestii. Festinger podał przy tym przykład następującej sytuacji: ktoś jednocześnie wierzy, że Człowiek wyląduje na Księżycu, ale jednocześnie jest przekonany, że Człowiek nigdy nie przekroczy orbity okołoziemskiej (zauważmy, że przykład ten pochodzi z czasów nie tylko sprzed misji Apollo 11, ale nawet sprzed lotu Jurija Gagarina). Uczniowie Leona Festingera (w tym między innymi Aronson) często byli zdezorientowani, czy jakaś konkretna sprzeczność jest stanem dysonansu, czy też nie. Utarło się wśród nich nawet powiedzenie "skocz do Leona" (w domyśle: niech Festinger to rozstrzygnie). Z czasem wspomniani uczniowie (jak Brehm, Cohen czy właśnie Aronson) doszli do wniosku, że nie każda sprzeczność przekonań rodzi dysonans, a powyższy przykład podawany przez Festingera mógłby taki stan spowodować tylko u... astronauty, który marzy o dotarciu na Księżyc. Dysonans - ich zdaniem - pojawia się bowiem tylko wtedy, gdy jeden ze wspomnianych dwóch elementów dotyczy własnej osoby (względnie ludzi, którzy dla podmiotu są ważni). Tak więc dysonansem będzie np. konstatacja własnej hipokryzji: uważam się za moralnego człowieka i tak się na co dzień prezentuję innym ludziom, a wczoraj oszukałem swoich najbliższych przyjaciół. Albo też palenie papierosów z jednoczesnym głębokim przekonaniem, że jest to niezdrowe. O ile więc dla Festingera dysonans jest pewnym logicznym błędem w myśleniu o rzeczywistości, o tyle dla Aronsona dysonans jest stanem zagrożenia samooceny podmiotu. Cała treść pierwszego polskiego wydania podręcznika Człowiek - istota społeczna zbudowana była wokół idei konsekwencji wystąpienia sprzeczności między pozytywną wizją własnej osoby a działaniami i przekonaniami sprzecznymi z tym obrazem. W ten właśnie sposób Elliot Aronson analizował stereotypy, uprzedzenia, konformizm, posłuszeństwo wobec autorytetu, altruizm czy też agresję.
Czytelnikowi tej książki wszystko wydawało się podczas jej lektury proste i zarazem oryginalne, mądre i w pełni zrozumiałe. Ten podręcznik, od którego lektury nie mogłem się oderwać, przeczytałem w ciągu jednego dnia i części nocy. Potem towarzyszył mi podczas studiów, ale w pewnym momencie dzięki moim akademickim nauczycielom zorientowałem się, że teoria dysonansu poznawczego ma wprawdzie wielką moc eksplanacyjną, ale słabą moc predykcyjną. Mówiąc prościej: świetnie tłumaczy to, co się stało, ale kiepsko przewiduje co się w danym momencie stanie. Z czasem stawałem się wobec tej teorii coraz bardziej sceptyczny. Mam wrażenie, że podobnie było z Elliotem Aronsonem, a przynajmniej takie wrażenie odnosiłem, zaglądając do kolejnych wydań Człowieka - istoty społecznej. Aronson zdawał sobie sprawę z tego, że psychologia społeczna jest dynamicznie zmieniającą się nauką i co cztery lata przygotowywał nowe wydanie podręcznika, uwzględniające najnowsze odkrycia tej nauki. Charakterystyczne przy tym było to, że w omawianiu przez Autora poszczególnych zagadnień stopniowo coraz więcej było odwoływań do innych, niż teoria dysonansu poznawczego, koncepcji. Kolejne wydania tego podręcznika stały się też odmienne od poprzednich za sprawą Joshuy Aronsona, syna Elliota, który stał się ich współautorem. Joshua, podobnie jak jego ojciec, jest psychologiem społecznym, badaczem, ale jednocześnie człowiekiem bardzo zorientowanym na praktyczne wykorzystywanie wiedzy psychologicznej, zwłaszcza w takich obszarach, jak motywacja i edukacja.
Książka, którą masz w tej chwili, Czytelniku, przed oczami, to polska wersja dwunastego wydania amerykańskiego. Tak jak wspomniałem, wiele w niej zmieniło się od pierwszej edycji. Są jednak też rzeczy niezmienne. Swoboda narracji, humor towarzyszący opisom poszczególnych prawidłowości, odwoływanie się do autentycznych historii życiowych, będących doskonałą ilustracją trafności prowadzonych rozważań - wszystko to charakteryzuje pierwszą, kolejne i ostatnią edycję Człowieka - istoty społecznej.
W przypadku każdej książki naukowej, a w szczególności takiej, która jest podręcznikiem, zawsze pojawia się pytanie, kto ma być jej czytelnikiem, do kogo jest ona adresowana. W sensie czysto formalnym Człowiek - istota społeczna to podręcznik przeznaczony zarówno dla studentów psychologii, jak i innych kierunków, na których psychologia społeczna jest jednym z wykładanych przedmiotów. Zarazem podkreślić trzeba rzecz oczywistą, że Elliot i Joshua Aronsonowie pokazują w tej książce jedynie podstawowe prawidłowości psychologii społecznej. Nie jest to w żadnym razie zarzut, po prostu taka jest natura tej książki, mającej stanowić wstęp czy też wprowadzenie do zagadnień tej subdyscypliny. Myślę jednak, że jest to również książka, która może być bardzo użyteczna dla innych grup społecznych i zawodowych, a więc np. dziennikarzy opisujących różne zjawiska społeczne, polityków zastanawiających się jak przekonać społeczeństwo do różnych rozwiązań, czy menadżerów, którzy chcą sprawniej zarządzać zespołami ludzi. Przede wszystkim jednak, jest to rewelacyjna pozycja dla osób, które są w sytuacji podobnej do tej, w której ja sam byłem wiele lat temu. Powinni po nią sięgnąć wszyscy ci, którzy zastanawiają się czy warto studiować psychologię.
Problem polega bowiem na tym, że osoba, która po studiach decyduje się studiować chemię, fizykę, historię czy polonistykę, ma co najmniej niezłą orientację w tym, czego te studia dotyczą. Właśnie skończyła bowiem szkołę, w której przedmioty te były nauczanie. Teraz będzie zatem mniej więcej to samo, "tylko bardziej". Czym zaś jest psychologia, czego uczą się studenci i studentki na studiach psychologicznych? W tym przypadku wyobrażenia absolwenta czy absolwentki szkoły średniej nie są kształtowane poprzez doświadczenia szkolne. Psychologia wydaje im się tym, co jest w gazetach, w których psychologowie są najczęściej pytani przez dziennikarzy o to, jak ludzie powinni sobie radzić w przypadku zdrady współmałżonków, jak wychowywać dzieci, jak powstrzymywać się od niepotrzebnych zakupów albo jak rozmawiać z zanadto wścibską teściową. Podobnie będzie, jeśli ktoś taki wejdzie do księgarni. Na półce z napisem "Psychologia" zobaczy głównie poradniki dotyczące tego, jak należy żyć i co zrobić, aby być szczęśliwym albo jak poradzić sobie z toksyczną koleżanką. Problem w tym, że ani te wywiady, ani te poradniki w zdecydowanej większości przypadków nie mają zbyt wiele wspólnego z tym, czym naprawdę jest psychologia. Przede wszystkim, powiedzieć trzeba jasno, że psychologia nie jest nauką humanistyczną, w której wiedza oparta jest jedynie na spekulacjach i wymyślanych przez ludzi ideach, albo choćby na obserwacjach życia, ale opiera się na wynikach badań empirycznych. W obszarze psychologii społecznej badania te mają przy tym niezwykle często charakter eksperymentów, w których osoby badane są w losowy sposób przydzielane do odmiennych warunków, a psychologowie sprawdzają, jak wspomniane, stwarzane przez nich, warunki wpływają na ich zachowania. Pod względem metodologicznym psychologia bliższa jest więc fizyce czy chemii, niż filozofii. Bardzo często konstatacja tego faktu stanowi szok dla studentów psychologii pierwszego roku. U niektórych ten szok przeradza się potem w ciekawość i zainteresowanie, ale u innych - w zawód i rozczarowanie. Warto zabezpieczyć się przed tą ostatnią możliwością.
Elliot i Joshua Aronsonowie od tej właśnie kwestii, tj. od wyjaśnienia czym właściwie jest psychologia społeczna, rozpoczynają swoją książkę. Informują czytelnika, że to subdyscyplina psychologii, która bada jak obecność innych ludzi (rzeczywista, albo tylko wyobrażana) wpływa na myśli, emocje i działania człowieka i to, jak ów człowiek wpływa na innych ludzi. To wprawdzie tylko jedna z wielu możliwych definicji, ale wystarczająco dobrze wprowadza czytelnika w treść całej publikacji. Przy tak zdefiniowanym przedmiocie psychologii nasuwa się od razu kolejne pytanie: no właśnie jak? Jak inni ludzie wpływają na podmiot i jak ów podmiot wpływa na innych? Najprościej mówiąc: raczej nie bezpośrednio. W latach 80. XX wieku w psychologii społecznej dokonała się rewolucja nazywana najpierw przesunięciem poznawczym, a potem: dominacją nurtu społecznego poznania. Mówiąc najprościej, polegała ona na tym, że psychologowie przestali zastanawiać się nad tym, jak określona sytuacja wpływa na gotowość podmiotu do przejawienia określonego zachowania, a przyjęli założenie, że należy rozważać, w jaki sposób na wspomnianą gotowość wpływa interpretacja takiej sytuacji przez podmiot. Nastąpił więc u psychologów społecznych znaczący wzrost zainteresowania procesami uwagi, pamięci, wyobraźni czy (zwłaszcza) przetwarzania informacji, a więc myślenia. To, jak reagujemy, zależy więc od tego, w jaki sposób widzimy i oceniamy samych siebie, innych ludzi i poszczególne sytuacje. Proces ten opiera się przy tym na dwóch głównych mechanizmach - procesach automatycznych i procesach kontrolowanych. Te pierwsze działają przy minimalnym zaangażowaniu świadomości i uwagi, te drugie - wymagają czasu, wysiłku intelektualnego i świadomej uwagi. Ludzie mogą przy tym formułować zarówno trafne wnioski i podejmować właściwe decyzje, jak i popełniać najróżniejsze błędy o różnej wadze.
Zdominowanie psychologii społecznej przez nurt społecznego poznania przyniosło w ostatnich dekadach ogromny postęp w takich obszarach, jak samowiedza, spostrzeganie i ocenianie innych ludzi, stereotypy czy uprzedzenia. Wyraźny postęp dokonał się więc tam, gdzie bada się ludzkie sądy i przekonania. Zarazem jednak postęp nie był tak wyraźny (a zdaniem niektórych badaczy wystąpił wręcz regres) w takich obszarach, w których chodzi o zachowania człowieka, które wiążą się z ruchami mięśni i które nie odbywają się w pozycji siedzącej. Chodzi tu o takie np. zagadnienie psychologii społecznej, jak altruizm, agresja czy wywieranie wpływu społecznego.
Elliot Aronson i jego syn w dość oczywisty i właściwy sposób podchodzą do redagowania kolejnych wydań Człowieka - istoty społecznej. Starają się zachować pewną równowagę między opisem klasycznych już badań i prezentacją najnowszych odkryć. Warto na konsekwencję tej strategii spojrzeć z wyżej opisanej perspektywy. W tych rozdziałach podręcznika, w których prezentowane są zagadnienia ludzkich sądów i przekonań, mamy bardzo wiele badań współczesnych. Tam z kolei, gdzie prezentowane są takie ludzkie zachowania, które dotyczą innych ludzkich reakcji niż wyrażanie przez nich opinii, dominują badania starsze, a zwłaszcza realizowane w drugiej połowie ubiegłego wieku.
Jedną z istotnych cech nauki jest jej kumulatywność. Nowe badania i teorie stanowią kolejne piętro wiedzy, nadbudowywane na piętrze wiedzy dotychczasowej, która w świetle nowych ustaleń nauki ulega jednocześnie pewnej modyfikacji. Ten podręcznik jest znakomitą ilustracją tej prawidłowości. Nie jest bowiem ani formą jakiejś skamieliny, czyli historią psychologii społecznej, ani też prezentacją wyłącznie najnowszych ustaleń z obszaru tej nauki. Właściwe proporcje tego, co bardzo ważne i już historyczne i tego, co równie ważne, a nowe, są tu w pełni zachowane,
Na koniec tych rozważań pozwolę sobie na jedną jeszcze osobistą uwagę. Gdy w 1979 roku brałem do ręki pierwsze polskie wydanie Człowieka - istoty społecznej, napotykałem czasem podczas lektury na fragmenty, których nie do końca rozumiałem z powodu różnic kulturowych. To, co dla Amerykanów było oczywiste, nie zawsze było takie dla człowieka, który urodził się i żył w komunistycznej rzeczywistości państwa położonego w Europie Środkowej, czy, jak kto woli, Wschodniej. Dziś świat jest zdecydowanie bardziej zunifikowany, a różnice kulturowe między Polską i Stanami Zjednoczonymi zdecydowanie mniejsze niż wtedy. Oglądanie amerykańskich filmów, chodzenie na koncerty amerykańskich zespołów występujących w Polsce, czytanie w internecie o zdarzeniach politycznych, sportowych czy kulturalnych zza oceanu to chleb powszedni współczesnego Polaka. Czytelnik sięgający po to wydanie Człowieka - istoty społecznej nie napotka więc problemów, które ja niekiedy miewałem. To zatem dodatkowy, choć na pewno nienajważniejszy, argument, by polecić Czytelnikowi lekturę tej książki!
Dariusz Doliński
Historia tej książki
W 1970 roku byłem względnie młodym profesorem na University of Texas. Wtedy właśnie otrzymałem propozycję, której po prostu nie mogłem odrzucić. Zaproszono mnie, bym spędził rok w pięknym miejscu i pobierał pełne akademickie wynagrodzenie za zupełną bezczynność - interes życia!
Owym miejscem było rustykalne wzgórze na samym czubku kampusu Uniwersytetu Stanforda, nieopodal San Francisco, mojego ulubionego miasta na świecie. Instytucja mieszcząca się na wspaniałym wzgórzu jest think tankiem o nazwie Center for Advanced Study in the Behavioral Sciences (Centrum Zaawansowanych Badań w Naukach Behawioralnych). Poza rocznym wynagrodzeniem, ci dobrzy ludzie w ośrodku zapewnili mi biuro, wszelką pomoc ze strony sekretarki, dostęp do znakomitej biblioteki, darmowe obiady i możliwość gawędzenia z kilkudziesięcioma wyjątkowymi naukowcami, jeśli tylko będę miał na to ochotę - chyba że wybiorę spędzanie czasu w dzielnicy teatrów w San Francisco albo narty w górach High Sierra. Nie byłem do niczego zobowiązany.
I oto ja, mający przed sobą rok, w którym mogę robić wszystko, czego tylko serce me zapragnie. Co zrobiłem? Zabarykadowałem się w moim biurze na szczycie wzgórza i napisałem tę książkę. Dlaczego? Jeśli istnieje jakiś pojedynczy powód, to jest nim sytuacja, w której kilka miesięcy wcześniej usłyszałem siebie samego mówiącego 600 studentom obecnym na moim wykładzie wprowadzającym do psychologii społecznej, że jest to nauka młoda. Patrząc wstecz, przez to quasiusprawiedliwienie poczułem się jak tchórz.
Pozwól mi wyjaśnić. My, psychologowie społeczni, lubimy mówić, że psychologia społeczna jest nauką młodą - i, w porównaniu z większością naukowych dyscyplin (np. biologią, astronomią) - jest to twierdzenie prawdziwe. Oczywiście wnikliwi obserwatorzy formułowali interesujące tezy i podniecające hipotezy na temat zjawisk społecznych przynajmniej od czasów Arystotelesa, jednak te twierdzenia i hipotezy doczekały się poważnej weryfikacji dopiero w XX wieku. Wprawdzie Norman Triplett przeprowadził pierwszy systematyczny eksperyment z psychologii społecznej (badał wpływ rywalizacji na poziom wykonania) w 1898 roku, jednak eksperymentalna psychologia społeczna na dobre wystartowała dopiero w połowie XX wieku, przede wszystkim dzięki Kurtowi Lewinowi i jego uzdolnionym studentom.
W głębszym sensie moje stwierdzenie, że psychologia społeczna jest nauką młodą, było wykrętem - sposobem poproszenia studentów, by zbyt wiele od nas nie oczekiwali. A ściślej, był to mój sposób na uniknięcie odpowiedzialności i towarzyszącego jej ryzyka za przenoszenie naszych odkryć na problemy świata, w którym żyjemy. W tym rozumieniu stwierdzenie, że psychologia społeczna jest nauką młodą, przypomina wyznanie, że nie jesteśmy gotowi, by powiedzieć cokolwiek ważnego, użytecznego czy istotnego dla życia naszych studentów.
Gdy tak sobie przez jakiś czas o tym stwierdzeniu porozmyślałem, doszedłem do wniosku, że było ono nie tylko tchórzliwe, lecz także wprowadzające w błąd. Tak naprawdę wcale nie wierzyłem, że psychologia społeczna nie ma znaczenia dla naszego życia. Nie uważałem tak w roku 1970 i z całym zdecydowaniem nie wierzę w to dziś. Kiedy więc pojawiła się ta cudowna możliwość, żeby zrobić sobie wolne, postanowiłem parę spraw wyjaśnić. Celem tej książki było, i wciąż jest, pokazanie, jak badania prowadzone w obszarze psychologii społecznej mogą pomóc zrozumieć kilka najistotniejszych problemów dręczących współczesne społeczeństwo i być może zainspirować do poszukiwania dla nich rozwiązań.
Większość danych, które tu omawiam, pochodzi z eksperymentów. Jednakże większość ilustracji i przykładów to aktualne problemy społeczne, w tym uprzedzenia, propaganda, wojny, alienacja, agresja, niepokoje i przewroty polityczne. Ta dwoistość odzwierciedla moje dwa skrzywienia zawodowe - skrzywienia, które sobie cenię. Pierwsze dotyczy tego, że według mnie metoda eksperymentalna to najlepszy sposób na zrozumienie złożonych zjawisk. Jest naukowym truizmem, że jedyna droga dogłębnego poznania świata to zrekonstruowanie go. Żeby zatem w pełni zrozumieć zależności przyczynowo-skutkowe, musimy wyjść poza samą obserwację. W zamian musimy wziąć odpowiedzialność za stworzenie pierwszego "co", byśmy mogli być pewni, że naprawdę wywołało ono drugie "co". Moim drugim skrzywieniem zawodowym jest przeświadczenie, że jedynym sposobem zyskania pewności co do tego, że zależności przyczynowo-skutkowe stwierdzone w eksperymencie są trafne, jest przeniesienie ich z laboratorium do rzeczywistego świata. I tak oto jako naukowiec lubię pracować w laboratorium. Jako obywatel chcę mieć okna, przez które mogę patrzeć na świat. Okna rzecz jasna działają w dwie strony. Nierzadko nasze hipotezy wywodzą się z codziennego życia. Najlepiej możemy je przetestować w sterylnych warunkach laboratorium. A chcąc jednocześnie zadbać o to, by nasze pomysły nie stały się sterylne, musimy przez te okna wynosić odkrycia poza laboratorium i sprawdzać ich wartość w prawdziwym świecie.
Tak właśnie spędziłem rok, w którym mogłem robić wszystko, na co miałem ochotę: napisałem tę książkę. Od początku miała być książką osobistą, w tym znaczeniu, że zawarłem w niej wiele własnych pomysłów na to, co w naszym obszarze jest najważniejsze. Ta decyzja narzuciła mi imperatyw pisania w pierwszej osobie liczby pojedynczej i opisywania w osobisty sposób tego, co odkryłem i jak według mnie wygląda nasz obszar naukowych dociekań. (Inaczej niż w jakimkolwiek innym podręczniku tamtych czasów, w Człowieku, istocie społecznej zaimek "ja" nieustannie gdzieś wyskakuje). Z ogromną przyjemnością szybko odkryłem, że studenci chętnie ją czytali. Szczególnie podobał im się osobisty ton oraz możliwość zastosowania przeczytanych treści we własnym życiu. Człowiek, istota społeczna stała się jedną z najpopularniejszych i nietracących na aktualności publikacji o psychologii społecznej. W rezultacie moja praca w żadnym razie nie była ukończona. Chcąc być na bieżąco z badaniami prowadzonymi w tym obszarze oraz z dramatycznymi zmianami zachodzącymi w świecie, musiałem rewidować i aktualizować książkę mniej więcej co cztery lata.
Gdy pierwszy raz dotknąłem piórem papieru (dosłownie!) w 1970 roku, byłem dobrze się zapowiadającym młodym mężczyzną, liczącym sobie 38 wiosen. Gdy teraz opowiadam Ci tę historię w lecie 2017 roku, jak za sprawą magicznej różdżki zamieniłem się w szpakowatego starucha (sam sobie policz). I muszę się przyznać, że jestem zbyt stary, by zrewidować książkę samodzielnie. Na całe szczęście udało mi się znaleźć idealnego współautora do tego, dwunastego już, wydania. Nazywa się Joshua Aronson i jest znakomitym, doświadczonym psychologiem społecznym, który ma w swoim dorobku doskonałe badania prowadzone zarówno w laboratorium, jak i w chaosie prawdziwego świata. Tak się też składa, że jest moim synem. Nie muszę dodawać, że Joshua ma własne pomysły na temat psychologii społecznej - i tak powinno być. Jego wkład jest bogaty i różnorodny. Dzięki niemu książka w tym wydaniu zyskała nieco blasku. Podobnie, moja wieloletnia współpracowniczka Carol Tavris, redaktorka tej edycji, z właściwą sobie subtelnością połączyła pracę moją i Joshuy. Ona również, już z mniejszą subtelnością, naciskała na nas i poganiała, żebyśmy trzymali się terminów.
Czym różni się to wydanie od poprzednich? Joshua i ja od nowa przejrzeliśmy każdy rozdział, usuwając część badań i teorii, które były na topie parę lat wstecz, ale nie wytrzymały próby czasu i replikacji. Przeorganizowaliśmy i wygładziliśmy każdy rozdział, by po włączeniu nowego materiału jego narracja była przejrzysta. Stare badania zastąpiliśmy nowymi, które pozwalają nam rozumieć bieżące wydarzenia - na przykład to, jaki korzystny i niekorzystny wpływ na procesy decyzyjne wywiera internet, jak pojawienie się baniek informacyjnych i samopotwierdzających źródeł medialnych kształtuje spolaryzowane poglądy i zachowania naszych społeczeństw, jak wygląda emocjonalna ciemna strona nieustannych porównań społecznych możliwych dzięki Facebookowi i jak powstają grupy terrorystyczne typu ISIS. Jestem głęboko przekonany, że uaktualnianie książki nie oznacza potrzeby usuwania ikonicznych historii o błędach naszego rządu w Wietnamie i Iraku czy informacji o tragediach w Jonestown, Columbine i Heaven's Gate. Daty tych wydarzeń są odległe, ale społeczno-psychologiczne lekcje, które z nich płyną, nie mają terminu ważności. Chcę, żeby studenci zrozumieli, iż to, co wydarzyło się wtedy, ma potężne odniesienie do tego, co dzieje się teraz.
Elliot Aronson
Październik 2017 roku
Podziękowania
Książka, którą trzymasz w ręku, jest już dwunastym wydaniem. W pierwszym czułem się zobowiązany do wyrażenia wdzięczności wobec mojego przyjaciela i mentora Leona Festingera. Nie trzeba dodawać, że moja wdzięczność i sympatia wobec tego dobrego, wspaniałego człowieka nie minęła, i jeżeli w ogóle możemy mówić, że przez te lata doszło do zmiany, to moje uznanie dla Niego jeszcze się nasiliło. Bycie jego studentem okazało się cudownym doświadczeniem - sądzę, że nigdy nie przestanę nim być. Leon zmarł w 1989 roku i data ta jest końcem ważnej ery w psychologii społecznej. Bardzo go brakuje - nie tylko tym, którzy go znali i kochali, ale wszystkim, których zainspirował swoimi badaniami i teoriami. Tak naprawdę są to wszyscy, którzy kiedykolwiek uczyli się psychologii społecznej.
Gdy razem z tą książką stawałem się coraz starszy, coraz mocniej uświadamiałem sobie wdzięczność wobec własnych studentów. Co cztery lata, gdy rozpoczynałem kolejne rewizje tej publikacji, uderzało mnie, że zawarte w niej idee nie są tylko moje - są to pomysły, które powstawały we współpracy ze studentami. Ostatnie pół wieku miałem szczęście spotykać na swojej drodze mnóstwo wybitnych studentów, od moich pierwszych asystentów w 1960 roku (Merrill Carlsmith, Tony Greenwald i John M. Darley) po studentów na University of California w Santa Cruz. Wszyscy wiele mnie nauczyli i wdzięczność wobec nich wyrażam z radością. Z przyjemnością rozmawiałem też z moimi wybitnymi kolegami i podkradałem im pomysły. Zwłaszcza Anthony Pratkanis i Carol Tavris mają duży wkład w nieustanne poprawianie i aktualizowanie tej książki. Z radością dziękuję za ich wspaniałomyślność.
W obecnym wydaniu chciałbym wyjątkowo serdecznie podziękować Christine Cardone, naszej wydawczyni, za jej ciepłe, entuzjastyczne i niesłabnące zaangażowanie w powstawanie tej książki, jej cierpliwość i skuteczność. Chcę też podziękować Bradowi Bushmanowi, Donalowi Carlstonowi, Eliemu Finkelowi, Jackowi Dovidio i Matthew McGlone'owi, za przejrzenie rozdziałów i wszystkie mądre sugestie, jak je poprawić.
Joshua ma dług wdzięczności wobec Carol Tavris za jej fachową pracę redakcyjną i nieprzerwaną inspirację, oraz wobec Stacey, Eliany i Leo Aronsonów za ich miłość, wsparcie i cierpliwość. Na naszą wdzięczność zasługują również Jeff i Spencer Tweedy. Chcemy też podziękować studentom i asystentom za ich cenny wkład, oto oni: Joshua Adler, Paige Alenick, Rotem Blatt, Christina Crosby, Rayna Epstein, Madison Katz, Jessica Mar, Kaya Mendelsohn, Scott Mengebier, Ashley Panookin, Ella Quinlan, Angela Spears, Zachary Williams i Kathy Yu.
Ponadto nasze podziękowania kierujemy do Williama Dragona za jego pracę nad źródłami dla wykładowców oraz do profesorów, którzy przejrzeli wydanie jedenaste i dostarczyli nam informacji zwrotnej do jego rewizji; byli to: Kristin J. Anderson (University of Houston - Downtown), Fred Bryant (Loyola University - Chicago), Brad J. Bushman (The Ohio State University & VU University - Amsterdam), Donal E. Carlston (Purdue University), John F. Dovidio (Yale University), William Dragon (Cornell College), Eli Finkel (Northwestern University), Judy Ho (Pepperdine University), Alison E. Kelly (University of North Dakota), Matthew McGlone (University of Texas at Austin), Anjali Mishra (Northern Arizona University), Brandy Moore (Texas A&M University - Texarkana), Marcus D. Patterson (University of Massachusetts at Boston) oraz Michael J. Tagler (Ball State University).
Człowiek - istota społeczna
Człowiek jest z natury istotą społeczną; jednostka, która z natury, a nie przez przypadek, żyje poza społecznością, jest albo kimś niegodnym naszej uwagi, albo istotą nadludzką. Społeczność jest w naturze czymś, co ma pierwszeństwo przed jednostką. Każdy, kto albo nie potrafi żyć we wspólnocie, albo jest tak samowystarczalny, że jej nie potrzebuje, i dlatego nie uczestniczy w życiu społeczności, jest albo zwierzęciem, albo bogiem.
Arystoteles, Polityka,
ok. 328 roku p.n.e.
Rozdział 1Co to jest psychologia społeczna?
Z tego, co mi wiadomo, Arystoteles był pierwszym poważnym myślicielem, który nazwał nasz gatunek "zwierzęciem społecznym". Oczywiście miał rację, tylko co to znaczy? Mnóstwo innych stworzeń również jest "społeczne", od mrówek i pszczół po małpy zwierzo- i człekokształtne. Co takiego wyjątkowego jest w zwierzęciu społecznym, którym jest człowiek? I co tak wyjątkowego jest w psychologii społecznej, badającej nasz zagadkowy, kreatywny i irytujący gatunek?
Całe moje życie zawodowe byłem psychologiem społecznym - i zanim wybrałem ten obszar czy też w ogóle pojąłem, czym on jest, zajmowałem się psychologią społeczną amatorsko, chcąc usilnie zrozumieć tajemnice ludzkiego zachowania. Jako żydowski chłopak dorastający w latach 40. XX wieku w robotniczym mieście Revere w stanie Massachusetts zastanawiałem się, dlaczego niektóre katolickie dzieciaki dokuczały mi antyżydowskimi hasłami i czasem mnie obijały. Mój syn Joshua, który napotykał na różne trudności w szkole podstawowej w latach 60. XX wieku, zastanawiał się, dlaczego niektóre dzieciaki świetnie sobie tam radzą, inne zaś duszą się atmosferą rywalizacji i wymaganą na lekcjach dyscypliną. Za sprawą tych wczesnych doświadczeń, jakże dla nas obu bolesnych, nasza uwaga skierowała się ku fascynującemu obszarowi, który możesz teraz poznawać, czytając tę książkę: obszarowi dostarczającemu naukowych wyjaśnień społecznego życia ludzi oraz, co jeszcze ważniejsze, sposobów na jego poprawę.
Istnieje wiele definicji psychologii społecznej, ale zanim dojdę do tej, którą lubię najbardziej, pozwól, że podam kilka konkretnych przykładów zachowań społecznego zwierzęcia, jakim jest człowiek:
Sam, student, i jego czterech znajomych oglądają telewizyjne przemówienie kandydatów na senatora. Sam jest pod wrażeniem. Bardziej podoba mu się kandydatka niż jej oponent płci męskiej, ponieważ w jego mniemaniu kobieta jest szczersza. Po przemowie znajoma Sama stwierdza, że zraziła się do kandydatki i uważa ją za hipokrytkę. Pozostali zgadzają się z koleżanką. Sam jest zakłopotany i nieco zestresowany. Ostatecznie mruczy pod nosem w stronę znajomych: "Chyba nie okazała się tak szczera, jak chciałem".
Dziesięcioletnia dziewczynka codziennie z apetytem pałaszuje dwie miseczki płatków zbożowych, ponieważ na opakowaniu widnieje zdjęcie mistrza olimpijskiego w pływaniu Michaela Phelpsa, co sugeruje, że przynajmniej częściowo zawdzięcza on swoje supermoce tej marce płatków.
Sklepikarz, który spędził całe swoje życie w małym miasteczku w stanie Montana i nigdy nie miał do czynienia z prawdziwym, żywym muzułmaninem, "wie", że muzułmanie są antyamerykańscy, nielojalni i prawdopodobnie są terrorystami.
Charlie, uczeń ostatniej klasy szkoły średniej, niedawno przeprowadził się do innego miasta. Dawniej był popularny, teraz wszystko się zmieniło. Chociaż rówieśnicy w szkole są uprzejmi, nie są szczególnie przyjacielscy. Chłopak czuje się samotny, niepewny i nieatrakcyjny. Któregoś dnia w porze obiadowej siedzi przy stoliku z dwiema koleżankami z klasy. Jedna jest ciepła, inteligentna i energiczna i Charlie od dawna marzył, by móc z nią porozmawiać. Druga dziewczyna jest zdecydowanie mniej atrakcyjna. Teraz Charlie ignoruje dziewczynę ze swoich snów i rozpoczyna poważną rozmowę z jej towarzyszką.
Edgar Welch, 28-letni mężczyzna z Karoliny Północnej, 4 grudnia 2016 roku wszedł do bardzo popularnej pizzerii Comet Ping Pong w Waszyngtonie i trzykrotnie wystrzelił z przyniesionej strzelby. Nikt nie został ranny. Welch powiedział później policji, że przeczytał w internecie, jakoby w restauracji przetrzymywano dzieci jako niewolników seksualnych, poszedł więc sprawdzić, czy rzeczywiście tam są. Poddał się, kiedy nie udało mu się znaleźć żadnych dowodów na poparcie owego przekonania. A powstało ono w rezultacie teorii spiskowej, która stała się wiralem podczas kampanii prezydenckiej. Na koncie głosiciela wyższości białej rasy na platformie X można było przeczytać, że nowojorska policja odkryła gang pedofilów powiązany z Partią Demokratyczną i że w jakiś sposób Comet Ping Pong był w samym środku tej afery. Historia intensywnie krążyła na stronach typu fake news. Welch później przyznał, że żałuje swojego czynu, niemniej nadal wierzy w tę teorię spiskową.
W drugiej klasie Kaya została zapytana o swój ulubiony szkolny przedmiot. W kwestionariuszu napisała: "matematyka". Rok później dzieci w jej klasie miały ponownie wypełnić kwestionariusz. Tym razem pytanie brzmiało: "Który przedmiot lubisz najmniej?". Dziewczynka napisała: "matematykę". Wystarczył rok, by Kaya z pewnej siebie, zainteresowanej matematyką uczennicy stała się osobą, która tego przedmiotu nie znosi.
Dwudziestego kwietnia 1999 roku na korytarzach popularnej podmiejskiej szkoły średniej w Littleton w stanie Colorado rozległy się strzały. Dwóch uczniów Columbine High School uzbrojonych w broń i materiały wybuchowe wpadło w amok i zabiło nauczyciela oraz kilku swoich szkolnych kolegów. Potem skierowali broń na siebie. Gdy opadł dym, okazało się, że jest 15 zabitych (w tym obaj sprawcy), 23 osoby trafiły do szpitala, część z poważnymi obrażeniami. Przez niemal 20 lat od masakry w Columbine High School setki nastoletnich amerykańskich chłopców popełniły równie straszliwe czyny, otwierając ogień do uczniów w szkołach. Coś, co dawniej było nie do pomyślenia, stało się powszechne.
Steve, student, jest ostrożnym, nawet nazbyt ostrożnym kierowcą. Mógłby występować w filmie szkoleniowym na temat bezpiecznej jazdy. Jest jeden warunek - musi być w samochodzie sam. Jeśli tylko do samochodu wsiądzie z nim dwóch, trzech kolegów, zachowania Steve'a stają się ryzykowne. Gdy widzi żółte światło, wciska gaz w nadziei, że zdąży przejechać przez skrzyżowanie, zanim inni ruszą.
W 1939 roku Oskar Schindler, chciwy niemiecki biznesmen, dołączył do NSDAP i zaczął czerpać zyski z zagłady Żydów w Trzeciej Rzeszy pod barbarzyńskimi rządami Hitlera. Po kilku latach wykorzystywania pracy tych ludzi w Auschwitz Schindler zmienił zdanie i wykorzystał możliwości, jakie dawała mu jego fabryka, do uratowania przed śmiercią ponad tysiąca Żydów. Ryzykował własnym życiem i wydał całą swoją fortunę na ocalenie innych, co zostało przedstawione w książce i w nagrodzonej Oscarami Liście Schindlera. Gdy mój syn Joshua wychodził z kina po obejrzeniu tego filmu, żebrak poprosił go o drobne. Wbrew swoim zasadom, by ignorować tego typu zaczepki, Joshua, sam będąc spłukanym studentem, sięgnął do kieszeni, wyjął wszystkie pieniądze, jakie tam miał, i bez przyglądania się czy liczenia oddał je żebrakowi.
Douglas McCain dorastał w Minnesocie, w szkole średniej grał w koszykówkę i chciał zostać raperem. Znajomi wspominają go jako "głuptaska", "sympatycznego gościa" i "miłą osobę". Wszyscy byli więc w szoku, gdy w wieku 33 lat McCain przyłączył się do ISIS, zbrojnej grupy terrorystycznej, i zginął na Bliskim Wschodzie, walcząc przeciwko własnemu krajowi. Tysiące innych, pozornie zwyczajnych młodych mężczyzn i kobiet z krajów zachodnich także opuściło swoje domy, by walczyć w Syrii i Iraku po stronie islamskich dżihadystów.
W latach 40. XX wieku, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej, moim bliskim przyjacielem był Afroamerykanin George Woods. W tamtym czasie George mówił o sobie "kolorowy" i przyznał mi się, że podobnie jak wiele czarnoskórych dzieci w tamtym czasie, czuł się gorszy od swoich białych kolegów[1]. Miał sporo powodów, by tak właśnie się czuć, choćby bezpośrednie doświadczenia uprzedzeń, jakie dominująca biała społeczność żywiła wobec jego osoby. Poczucie niższości George'a miało też jednak pośrednie źródła - na przykład przedstawianie Afroamerykanów w radiu i telewizji jako naiwnych dzieci - leniwych, niepiśmiennych, ale dość słodkich. Jeżeli w filmach w ogóle pojawiali się czarnoskórzy aktorzy, odgrywali role stereotypowych "kolorowych", przeważnie szoferów, służących, i nierzadko byli obiektem niewybrednych dowcipów. Wyobraź sobie, co czuł George, oglądając takie rasistowskie filmy wspólnie z białymi kolegami. Nigdy mi tego nie powiedział.
Wszystko się zmienia. Wnuki George'a Woodsa dorastające w XXI wieku żyją w zupełnie innym świecie. On nigdy by sobie nawet nie pomyślał, że czarnoskórzy aktorzy będą grali poważne role, za które będą nagradzani Oscarami; że segregacja i dyskryminacja będą nielegalne; że ludzie czarnoskórzy będą mieli dostęp do wszystkich zawodów, w tym do stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mimo to nie powinniśmy w samozadowoleniu uznać, że zmiany postępują liniowo, we właściwym kierunku. Wnuki George'a Woodsa mogą nie stykać się z tym samym stopniem i rodzajem nietolerancji, z jakimi zmagał się ich dziadek, ale uprzedzenia rasowe wciąż mają się dobrze. Większości Afroamerykanów znane jest doświadczenie "kupowania jako czarny", co oznacza, że ekspedient w sklepie depcze im nieustannie po piętach, kwestionuje ich wypłacalność, zakłada, że coś ukradną, a czasem wprost odmawia im obsługi. Młodzi czarnoskórzy mężczyźni nadal są ofiarami "prowadzenia samochodu jako czarni" - zatrzymywania przez policję z błahych powodów lub nawet bez nich, czy "chodzenia jako czarni", jak szesnastoletni Trayvon Martin, śledzony i zabity przez George'a Zimmermana, ochotnika straży sąsiedzkiej[2]. Gdy Zimmerman zobaczył wysokiego czarnego nastolatka w bluzie z kapturem, dostrzegł w nim prawdopodobnie uzbrojonego, niebezpiecznego przestępcę, zamiast kogoś, kim Trayvon rzeczywiście był: zwykłego ucznia szkoły średniej, wracającego do domu ze spożywczaka, z mrożoną herbatą i paczką czekoladowych cukierków.
Definiowanie psychologii społecznej
Wszystkie podane przykłady ilustrują sytuacje z psychologii społecznej. I chociaż są bardzo od siebie różne, wszędzie pojawia się wspólny czynnik: wpływ społeczny.
Opinie znajomych Sama o kandydatach na senatorów wpłynęły na jego osąd (a przynajmniej na publicznie wyrażoną opinię). Wpływ mistrza olimpijskiego na dziewczynkę jedzącą płatki miał sprawić, by przekonała rodziców do kupowania właśnie tej marki. Sklepikarz z Montany nie urodził się z nieprzychylną opinią o muzułmanach - to ktoś jakoś sprawił, że trafiła ona do jego głowy. Ryzykowna jazda Steve'a z całą pewnością jest skutkiem wpływu obecności jego znajomych, ale dlaczego? Przemiana Kai z dziewczynki kochającej matematykę w dziecko jej nieznoszące nie jest niczym niezwykłym, zwłaszcza dla dziewczynek w Ameryce, gdzie matematyka tradycyjnie postrzegana jest jako sfera wymagająca talentu i zarezerwowana dla chłopców. To, że Charlie ignoruje kobietę swoich marzeń, wynika z jego poczucia własnej wartości i przewidywań, która z kobiet z mniejszym prawdopodobieństwem go odrzuci. Odrzucenie należy do najboleśniejszych ludzkich doświadczeń i może prowadzić do najróżniejszych zachowań daremnych i destrukcyjnych, od przejadania się po przemoc - jak strzelanina w Columbine. Obecność i przykład innych ludzi, rzeczywisty czy pokazany w filmach typu Lista Schindlera, mogą wyzwolić pozytywne emocje i hojność, jak u mojego oszczędnego syna, który oddał całą swoją gotówkę żebrakowi.
Psychologia społeczna podejmuje również najtrudniejsze zagadnienia nękające społeczeństwo, od rasizmu i innych uprzedzeń po sukcesy ugrupowań terrorystycznych takich jak ISIS w rekrutowaniu młodych ludzi, z których wielu nie ma żadnych duchowych czy rodzinnych powiązań z islamem. Jakie siły przekonują ich do opuszczenia swoich domów i rodzin, by dokonywać zamachów samobójczych? Odpowiedzi nawiązują do wieku, dynamiki osobowości, tożsamości społecznej, technik perswazji i innych potężnych czynników, które będziesz poznawał na dalszych stronach tej publikacji. Dowiesz się, że ISIS wykorzystuje liczne strategie wywierania wpływu, po które sięgają też doskonali trenerzy chcący stworzyć zwycięskie drużyny sportowe albo skuteczni dyrektorzy szkół podstawowych podnoszący poziom osiągnięć swoich uczniów. Zrozumienie występujących u ludzi społecznych motywacji można wykorzystać w dobrych i złych celach, albo do wygrania programów reality show - tam, gdzie znaczenie ma wywieranie społecznego wpływu, czyli w zasadzie wszędzie.
Dlatego według naszej definicji psychologia społeczna (social psychology) jest naukowym badaniem wpływu rzeczywistej, wyobrażonej lub założonej obecności innych na nasze myśli, emocje, przekonania i zachowania - oraz tego, w jaki sposób my wywieramy wpływ na innych.
Jak podlegamy wpływom? Dlaczego godzimy się na wpływ, czy też, ujmując rzecz inaczej, co z tego mamy? Jakie społeczne motywy czynią nas podatnymi na to, co inni myślą, mówią i robią? Jakie czynniki zwiększają lub zmniejszają skuteczność wpływu społecznego? Jakie czynniki zwiększają lub zmniejszają jego trwałość? Czy nasze opinie o kandydatach na senatora i dziecięce preferencje szkolnych przedmiotów kierują się tymi samymi zasadami? Jak to się dzieje, że jedna osoba lubi drugą? Czy w grę wchodzą te same procesy, które sprawiają, że wolimy płatki od granoli? W jaki sposób człowiek wykształca uprzedzenia wobec grupy etnicznej, religijnej czy rasowej? Czy uprzedzenia są tym samym, co lubienie, tyle że z odwrotnym znakiem, czy też obejmują całkowicie odmienny zestaw procesów psychologicznych?
Takie pytania interesują wielu ludzi. A ponieważ wszyscy spędzamy mnóstwo czasu na kontaktach z innymi - podlegając ich wpływom, wpływając na nich, czując się w tych relacjach zachwyceni, rozbawieni, zasmuceni, zniesmaczeni, sfrustrowani i zezłoszczeni - to w naszej naturze leży formułowanie hipotez, dlaczego ludzie robią to, co robią. W tym znaczeniu wszyscy amatorsko zajmujemy się psychologią społeczną. I chociaż większość amatorów sprawdza te hipotezy w kontaktach z innymi ku własnej satysfakcji, tym niezobowiązującym "testom" brakuje rygoru i bezstronności starannego naukowego badania.
Jasne, że czasem wyniki naukowych dociekań są zgodne z tym, co większość z nas i bez nich uważa za prawdziwe. I nic w tym dziwnego. Wiedza potoczna pochodzi przeważnie z wnikliwych obserwacji, które wytrzymały próbę czasu. Zdarza się jednak, że obiegowe opinie prowadzą nas na manowce. Podczas lektury wyników badań przedstawianych w tej książce zdarzy ci się pomyśleć: "To oczywiste - po co tracili czas i pieniądze na "odkrycie" tego zjawiska? Moja babcia mogła mi to powiedzieć". Pewnie mogła, ale możliwe jest również, że myśląc w ten sposób, ulegasz efektowi myślenia wstecznego (hindsight bias), opisującemu skłonność do przeszacowywania naszych możliwości przewidywania, kiedy już znamy wyniki danego wydarzenia. Właśnie to zjawisko sprawia, że tak łatwo przychodzi nam krytykowanie innych po fakcie, a dowodem jego powszechności są porzekadła (np. "mądry Polak po szkodzie"). Liczne badania pozwoliły udokumentować to zniekształcenie, od przewidywania wyników wyborów ("Zawsze wiedziałem, że on wygra, mimo że sondaże nie dawały mu szans"), po pewność, do jakich konkluzji doprowadzi eksperyment z psychologii społecznej ("Proszę cię, było jasne, że uczestnicy wykonają te okrutne polecenia"). Wszystkie rezultaty eksperymentów z psychologii społecznej są zdecydowanie bardziej oczywiste dla studentów, którym powiedziano, co się w danym badaniu wydarzyło, niż dla tych, których poproszono o przewidzenie, co się stanie[3]. Po fakcie wszystko jest bardziej oczywiste.
Psychologowie społeczni przeprowadzają badania, ponieważ często to, co wydaje nam się prawdziwe, okazuje się błędne lub bardziej zróżnicowane, niż początkowo zakładaliśmy. Na przykład wydaje się logiczne, że ludzie, którym grozi się karą za zrobienie czegoś zakazanego, nielegalnego, daremnego lub tuczącego, powstrzymają się, a im dotkliwsza będzie kara, tym większe szanse, że zastosują się do zaleceń. Ostatecznie powinni przecież kojarzyć tę aktywność ze strachem lub bólem. Badania empiryczne pokazują jednak, że to założenie jest całkowicie błędne. Tylko osoby, którym grozi łagodna kara, wykształcają niechęć do zakazanej aktywności. Ludzie, których czekają poważne sankcje, jeśli w ogóle wykazują jakąkolwiek zmianę zachowania, raczej mają silniejszy pociąg do zakazanej aktywności. Podobnie na podstawie doświadczeń większość z nas uznałaby, że gdybyśmy przypadkiem usłyszeli, jak ktoś wypowiada pochlebne słowa na nasz temat (za naszymi plecami), bylibyśmy skłonni tę osobę polubić - przy założeniu, że inne warunki byłyby niezmienne. I to okazuje się prawdziwe. Ale prawdziwe jest również to, że polubimy tę osobę jeszcze bardziej, jeśli część przypadkowo zasłyszanych uwag wcale nie będzie dla nas pochlebna. W kolejnych rozdziałach przybliżymy to zjawisko.
W wysiłkach podejmowanych w celu zrozumienia istoty społecznej zawodowi psychologowie społeczni mają przewagę nad większością psychologów-amatorów. Chociaż tak samo jak amatorzy przeważnie zaczynamy od obserwacji, to jednak na niej nie poprzestajemy. Nie musimy czekać, aż coś się stanie, żebyśmy mogli zaobserwować ludzkie reakcje. Możemy sprawić, że coś się stanie. Możemy przeprowadzić eksperyment, którego liczni uczestnicy doświadczą określonych wydarzeń (np. poważnego lub łagodnego zagrożenia; usłyszenia miłych słów lub mieszanki miłych i nieprzychylnych uwag na swój temat). Co więcej, jesteśmy w stanie zrobić to, jednocześnie zapewniając stałość wszelkich warunków, poza tymi konkretnymi, które badamy. Potem możemy wyciągać wnioski na podstawie danych, które są bardziej liczne i precyzyjne niż te, którymi dysponuje amator, z konieczności polegający na wydarzeniach pojawiających się losowo i w okolicznościach, w których wiele rzeczy wydarza się naraz.
Niemal wszystkie dane przedstawione w tej publikacji są danymi eksperymentalnymi. Właśnie dlatego chcemy dokładnie wyjaśnić, jak zbudowany jest eksperyment w psychologii społecznej, z jego zaletami, wadami, problemami etycznymi, ekscytacją i kłopotami, a także zmartwieniami towarzyszącymi przygodzie badań naukowych. Ostatni rozdział tej książki, "Psychologia społeczna jako nauka", pozwoli ci to wszystko zrozumieć. Możesz przeczytać go teraz albo na końcu, albo w każdym momencie lektury tej publikacji - kiedy tylko rozbudzi się twoje zainteresowanie tym, jak psychologowie społeczni wykonują swoją pracę.
Ludzie, którzy robią szalone rzeczy, wcale nie muszą być szaleńcami
Psychologowie społeczni badają, w jaki sposób ludzie rozumieją sytuacje społeczne i jak się w nich zachowują. Czasami takie sytuacje rodzą presję i ludzie zachowują się w sposób, który może ci się jawić jako nienormalny, a nawet szalony. Kiedy piszę "ludzie", mam na myśli bardzo dużą ich liczbę. Moim zdaniem takie etykiety są często po prostu wyzwiskami i w bardzo ograniczonym stopniu przekładają się na lepsze rozumienie ludzkiego zachowania. Zdecydowanie skuteczniejsze są próby zrozumienia natury sytuacji, często złożonych procesów prowadzących do powstania obserwowanych zachowań. I oto dochodzimy do pierwszego prawa Aronsona:
Ludzie, którzy robią szalone rzeczy, wcale nie muszą być szaleńcami.
Weźmy na przykład mężczyznę, który poszedł do Comet Ping Pong ze strzelbą, z zamiarem, jak to ujął, "sprawdzenia na własne oczy", czy są tam porwane dzieci. Czy był szalony? Jeśli zależało mu na prawdzie, dlaczego nie akceptował rezultatów śledztwa policji, dochodzenia FBI i informacji z innych rzetelnych źródeł, które kategorycznie zaprzeczyły tym zarzutom? Gdyby był szalony, to szalone były też tysiące innych osób, które uwierzyły w tę teorię spiskową i spośród których wiele wysyłało listy z pogróżkami pod adresem Comet Ping Pong i innych restauracji biorących rzekomo udział w "kręgu", nękało właścicieli i klientów. Właściciel Comet Ping Pong powiedział w rozmowie z New York Timesem[4]: "Od pojawienia się tej chorej, sfabrykowanej teorii spiskowej jesteśmy pod stałym ostrzałem. Od wielu dni nie zajmuję się niczym innym, tylko staram się to wszystko wyjaśnić i chronić mój personel i przyjaciół przed zastraszaniem". Co sprawia, że ludzie wierzą w "chore" teorie spiskowe - i dlaczego tkwią w tych przekonaniach mimo solidnych dowodów im zaprzeczających? W dalszej części książki zajmiemy się procesami prowadzącymi do powstania takich postaw i skłonności do podtrzymywania ich niezależnie od wszystkiego. Dowiemy się też, jak można im przeciwdziałać.
Jednym z fundamentalnych odkryć psychologii społecznej jest to, że ludzie ujawniają skłonność do wyjaśniania nieprzyjemnych zachowań, przypisując sprawcy cechy osobowościowe, takie jak "psychotyczny", "sadystyczny", "zły". Większość ludzi, zwłaszcza tych z kultur Zachodu, robi to spontanicznie, bez intencji czy świadomości - jest to forma organizowania i kategoryzowania informacji i zaspokajania potrzeby kontrolowania wydarzeń. Takie dyspozycyjne spojrzenie na ludzkie działania odwołuje się do założenia, że ludzie, którzy robią szalone rzeczy, mają osobowościowe uwarunkowania do bycia szalonymi, ludzie, którzy robią rzeczy głupie, muszą być głupi, tylko ludzie źli robią złe rzeczy, ci zaś, którzy robią rzeczy miłe, są mili, i tak dalej. Takie myślenie jest kuszące, ponieważ pomaga nam mentalnie oddzielić tych złych ludzi robiących złe rzeczy od całej reszty nas, "ludzi miłych". Przeświadczenie to może dodawać nam otuchy, gdy rozpatrujemy sprawy nieprzyjemne, ponieważ my jako ludzie mili z całą pewnością nigdy byśmy tak nie postąpili.
A jednak to założenie jest często błędem, nadmiernym uproszczeniem, i płacimy za nie cenę, co zobaczysz w rozdziale 2. Patrzenie na świat przez pryzmat założenia, że zachowania ludzi wynikają z ich osobowości, sprawia, że wpadamy w samozadowolenie nad własną odpornością na naciski mające popchnąć nas do zachowywania się głupio, szaleńczo czy okrutnie. Przekierowuje nacisk z potrzeby poprawienia sytuacji na wąskie podejście nastawione na naprawianie ludzi: menedżer martwi się pracownikami dopuszczającymi się kradzieży? Zróbmy wszystkim test osobowości i spróbujmy zdiagnozować, kto w przyszłości będzie kradł; mniejsza o to, czy pracownicy kradną, bo są przepracowani, rozżaleni i źle opłacani. Martwimy się agresywnymi uczniami? Zróbmy wszystkim test i postarajmy się przewidzieć, który z tych nieszczęśliwych czy prześladowanych dzieciaków któregoś dnia może wybuchnąć, i nie zawracajmy sobie głowy pytaniami o świat, w którym muszą codziennie walczyć o przetrwanie.
Nie chcę oczywiście powiedzieć, że psychoza nie istnieje. Niektóre cechy osobowości i choroby psychiczne wpływają na ludzkie zachowania. Nie uważam również, że wszyscy ludzie są tacy sami i reagują równą dozą szaleństwa na te same naciski społeczne. Twierdzę, że niektóre sytuacje mogą sprawić, iż zadziwiająco duża liczba nas, "normalnych" dorosłych zachowa się w sposób nieoczekiwany, odrzucający, a czasem nienormalny. Zrozumienie, co takiego w tych sytuacjach może doprowadzić do nieprzyjemnych czy destrukcyjnych zachowań, jest niebywale istotne.
Być może przyda się tu ilustracja. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby zamordować własne dziecko? Szalonym? Zdesperowanym? Złym? Z całą pewnością coś musi być psychologicznie nie w porządku z mózgiem lub charakterem takiego człowieka. W 1977 roku kaznodzieja Jim Jones, charyzmatyczny przywódca Świątyni Ludu w San Francisco, przekonał swoich wyznawców do porzucenia dotychczasowego życia i przeniesienia się do Gujany w Ameryce Południowej, by stworzyć tam humanistyczny raj - utopijną komunę, w której ludzie różnych ras żyją ze sobą w harmonii. Gdy w 1978 roku istnieniu grupy zagroziło dochodzenie Kongresu, Jones zdecydował się zakończyć kryzys, prosząc jej członków o dokonanie dobrowolnego "aktu rewolucyjnego": zabicia dzieci i siebie. Przygotowano naczynia z trucizną i pośród jedynie nielicznych okrzyków protestu czy aktów oporu matki i ojcowie podali zabójczą miksturę własnym dzieciom, później wypili ją sami i położyli się w oczekiwaniu na śmierć.
Gdy jeden człowiek zabija własne dziecko, pytanie, czy jest zdrowy psychicznie, jest zasadne. Jeżeli jednak w jednym miejscu robi to 613 rodziców, musimy wyjść poza stan umysłu i cechy osobowości i uwzględnić naturę sytuacji, która pchnęła ich do tego czynu. Oczywiście możemy nazwać ich szaleńcami i w samozadowoleniu uznać, że my nigdy byśmy się czegoś podobnego nie dopuścili. Tyle że zanim ci ludzie przenieśli się do Gujany, ich sąsiedzi, znajomi czy krewni uważali ich za zwyczajnych i rozsądnych, należących do wspierającej się, zwartej wspólnoty religijnej. "Masakra w Jonestown" przypomina o często potężnej, a jednak przeważnie ukrytej roli wpływu społecznego w determinowaniu, co ludzie myślą, czują i robią.
I właśnie umożliwienie nam, byśmy docenili to bardziej złożone, sytuacyjne spojrzenie na ludzkie zachowanie - na tak liczne wpływy kontekstu społecznego na to, co robimy - jest zasadniczym wkładem psychologii społecznej i mam nadzieję, że jej wartość stanie się dla ciebie oczywista z każdą kolejną stroną tej książki.
Rozdział 2Poznanie społeczne
W średniowiecznej Europie nie było niczym nadzwyczajnym, że na przechodniach idących ulicami lądowały fekalia. Mieszkańcy miast tamtego okresu opróżniali swoje nocniki - pełne moczu i kału - przez okno, prosto na ulicę. Odchody sobie tam leżały, będąc wylęgarnią chorób i epidemii, aż usunęli je sprzątacze, nierzadko po to, by wykorzystać jako nawóz. Współczesnemu umysłowi taki system wydaje się obrzydliwy i pozbawiony sensu, zwłaszcza gdy się dowiesz, że wcześniejsze cywilizacje, Grecy, Rzymianie, Majowie, wypracowali systemy o wiele lepsze - domowe instalacje wodno-kanalizacyjne, a nawet spłukiwane toalety.
Po co zamieniać łazienkę na nocnik? Ludzie tamtych czasów wierzyli w wiele rzeczy, które po prostu nie są prawdziwe: że nagość jest grzeszna, że nieodziane ciało naraża człowieka na ataki złych duchów i że to złe duchy wywołują choroby[5]. Rozsławione przez Rzymian codzienne zażywanie kąpieli w pięknych publicznych łaźniach było uznawane za niewłaściwe i zastępowane myciem dłoni, twarzy i innych części ciała, które mogły być wystawione na widok publiczny. Zabobony przyniosły dwa widoczne skutki. Po pierwsze, wszystko i wszyscy śmierdzieli. Jak opisał to pewien pisarz: "Chłop śmierdział tak samo jak kapłan, czeladnik tak samo jak majstrowa, śmierdziała cała szlachta, ba - nawet król śmierdział, śmierdział jak drapieżne zwierzę, a królowa śmierdziała jak stara koza, latem i zimą"[6]. Po drugie, łaźnie z czasem uległy zniszczeniu, a umiejętności niezbędne do utrzymania instalacji wodno-kanalizacyjnych poszły w zapomnienie. I tak oto prymitywny system ścieków i nocniki stały się na jakiś czas najlepszym rozwiązaniem problemu, który ludzie sami stworzyli. Dopiero po upływie kilkuset lat "duchowa" teoria chorób musiała ustąpić pola nauce, udowadniającej, że są one wywoływane przez niewidocznych dla oka złoczyńców - mikroby.
Moim celem nie jest tu analiza średniowiecznego umysłu ani opisywanie współczesnych postępów w zakresie zdrowia i higieny. Wspominam o tym dlatego, żeby postawić szersze pytanie: w jakim stopniu my, ludzie współcześni, zachowujemy się tak jak użytkownicy nocników sprzed kilku wieków? Każde pokolenie może spojrzeć wstecz na głupotę swoich przodków i znaleźć całe mnóstwo powodów do samozadowolenia. W erze wiktoriańskiej ci sami doktorzy, którzy chichotali na myśl o strachu przed kąpielami i duchami, żywili równie nonsensowne przekonania. Czasopisma medyczne tamtych czasów ostrzegały, że kobietom (ale nie mężczyznom!) czytającym powieści zagrażają choroby, bezpłodność, a nawet obłęd[7]!
Chętnie postrzegamy się jako istoty racjonalne. (Dumnie nazywamy sami siebie Homo sapiens, czyli człowiek rozumny). Mimo to potrafimy mieć wiele niemądrych przekonań - i słono za to płacimy. Miliony ludzi nadal odmawiają zaakceptowania przytłaczających dowodów naukowych, że ludzie wywołują globalne ocieplenie i masywne zmiany klimatyczne. "To bzdura nakręcana przez Chińczyków", mówią jedni; "jasne, Ziemia się nagrzewa, ale to nie ma związku z aktywnością człowieka", dodają inni. W rezultacie lodowce dalej się topią, poziomy mórz i oceanów się podnoszą, huragany są coraz częstsze, rozprzestrzeniają się choroby przenoszone przez owady i tysiące ludzi co roku płacą za to swoim życiem. W Stanach Zjednoczonych całe rzesze wciąż zaprzeczają przytłaczającym dowodom naukowym wskazującym, że szczepionki nie powodują autyzmu, a wielu rodziców odmawia zaszczepienia swoich pociech. W rezultacie śmiertelność z powodu odry i krztuśca wzrosła wśród nieszczepionych populacji. Te śmiertelne choroby, uznane za wytępione, świętują swój powrót.
Jednym z głównych obszarów psychologii społecznej jest poznanie społeczne (social cognition), badanie, w jaki sposób ludzie wykształcają swoje poglądy; jak wyjaśniają, zapamiętują, przewidują, podejmują decyzje i oceniają siebie i innych; i dlaczego te procesy tak często prowadzą do błędów. I chociaż ludzie mogą całkiem słusznie twierdzić, że są najlepiej przystosowanym, najinteligentniejszym i najbardziej udanym gatunkiem na tej planecie, nie zmienia to faktu, że jesteśmy irytująco podatni na nieporozumienia, konflikty, błędy i takie zniekształcenia myślenia, które sprawiły, że dawno temu zaczęliśmy korzystać z nocników, a dziś zaprzeczamy zmianom klimatycznym i wątpimy w skuteczność szczepień ochronnych.
W tym rozdziale przedstawiamy opowieść o naszych "społecznych mózgach", które na przestrzeni eonów ewolucji wykreowały wielki paradoks i dylemat ludzkiej egzystencji. Ewolucja wyposażyła nas w mózgi, które przystosowały się do życia w niewielkich grupach łowców-zbieraczy, wykształciły liczne poznawcze skróty - zniekształcenia, dzięki którym nasze życie stało się łatwiejsze i bezpieczniejsze, oraz skłonność do współpracy i wzajemnej troski. Dzisiaj, gdy analizujemy złożoną, mocno powiązaną i wielokulturową planetę, widzimy, jak dokładnie te mechanizmy uderzają w nas rykoszetem, prowadząc do podejmowania złych decyzji, tkwienia w błędnym myśleniu i zwalczania innych, wobec których żywimy uprzedzenia i nienawiść.
Jeżeli sądzisz, że używamy potęgi naszego rozumu do odkrywania prawdy, to dostrzeżenie, jak odporni na fakty stają się ludzie, którzy się z tobą nie zgadzają, cię sfrustruje. Najczęściej bowiem sięgamy po rozum, fakty i krytyczną analizę nie po to, by wyrobić sobie opinię, ale po to, by potwierdzić to, co już widzimy, czujemy czy sądzimy. Jak ujmuje to powieściopisarka Ana?s Nin, "nie widzimy spraw takimi, jakimi są; widzimy je takimi, jakimi sami jesteśmy"[8]. W dużej mierze nasz sposób rozumienia świata wynika z połączenia własnych intuicji, osobowości i sposobów postrzegania świata oraz z zestawu podstawowych społecznych motywów.
Poznawcze i społeczne ograniczenia są integralną częścią sposobu funkcjonowania naszych umysłów, jeżeli jednak nauczymy się je rozpoznawać, jesteśmy w stanie uniknąć bycia ich niewolnikami. Możemy zacząć myśleć trochę lepiej, podejmować mądrzejsze decyzje i inteligentniej organizować własne życie. Mam nadzieję, że ten rozdział pomoże ci pomyśleć o sobie i otaczających cię ludziach z większą dozą pokory i współczucia - co przybliży cię do bycia prawdziwym Homo sapiens.
Ewolucja i tendencyjny mózg
Całe wieki filozofowie żywili przekonanie o całkowitej racjonalności ludzkiego poznania: wszyscy ludzie usilnie starają się być moralni i mieć słuszne przekonania oraz maksymalizować przyjemność, jednocześnie ograniczając przykrości.
Jednym z głównych zwolenników takiego spojrzenia był Jeremy Bentham (1748-1832), który pisał, że to ludzie decydują o moralnym statusie swoich zachowań lub wyborów - co jest dobre, a co złe, właściwe lub niestosowne - tworząc rachunek szczęśliwości[9]. Załóżmy, że chcę kupić samochód. W celu ustalenia, jaką markę i model powinienem wybrać, zsumowałbym przyjemności, które niesie ze sobą każda marka (sportowe wzornictwo, wygodne wnętrze, mocny silnik) i odjąłbym przykrości (miesięczna płatność obciążająca mój budżet, wysokie koszty tankowania). I wybrałbym ten samochód, który daje mi największą przyjemność przy najmniejszej dawce cierpienia. Zdaniem Benthama rolą rządów i systemów gospodarczych jest zapewnienie "największego szczęścia jak największej liczbie" obywateli. Inni się z tym zgodzili i założenie Benthama stało się jedną z fundamentalnych idei współczesnego kapitalizmu.
Czy zwykli ludzie tak myślą? Jasne, czasami. Wielu z nas przyjmuje radę Benjamina Franklina dotyczącą podejmowania mądrych decyzji - trzeba spisać wszystkie za i przeciw. Ta metoda wymaga jednak posiadania dokładnych, użytecznych informacji i umysłowych zasobów umożliwiających racjonalne myślenie. A te warunki w codziennym życiu nieczęsto są spełnione. Dlaczego? Z dwóch powodów.
Po pierwsze, nikt nie ma "boskiego" spojrzenia na świat - perspektywy wszechwiedzącej, wolnej od zniekształceń. Weźmy zakup samochodu. Zacznijmy od tego, że nie znam wszystkich za i przeciw danego samochodu, i słyszałem kilka nieciekawych historii o handlarzach i ich taktykach. Co więcej, moje spojrzenie na dany samochód jest ograniczone; moja wiedza pochodzi przede wszystkim z reklam, celowo wyolbrzymiających jego plusy, oraz z internetu. Moje doświadczenia z tym konkretnym samochodem są niewielkie - dziesięciominutowa jazda próbna, która nie ma nic wspólnego z wielogodzinną jazdą w ciężkich warunkach pogodowych. Jeśli coś tak powszechnego jak kupno samochodu może być tak pełne brakujących i błędnych informacji, to wyobraź sobie trudności, przed jakimi ludzie stają w obliczu naprawdę poważnych decyzji, choćby takich, czy zawrzeć związek małżeński (bądź się rozwieść!) albo jaką pracę wybrać.
Po drugie, jeżeli nawet dane są dostępne i rzetelne, po prostu nie mam czasu na przeprowadzenie pełnej analizy każdego problemu, na który się natknę. Załóżmy, że poświęcę jakieś dziesięć godzin na poszukiwanie informacji i rozważanie różnych opcji w przypadku samochodu. W tym czasie muszę jednak podjąć dziesięć innych decyzji: co zrobię na obiad? Jak mam zaktualizować notatki do wykładu? Którego kandydata najlepiej zatrudnić? Czy moja córka naprawdę potrzebuje tego drogiego aparatu ortodontycznego? Nie mogę spędzić długich godzin na analizie za i przeciw każdej decyzji, którą przyjdzie mi podjąć każdego dnia, podobnie jak ty.
Właśnie dlatego do większości z nas pasuje określenie skąpiec poznawczy (cognitive miser): szukamy sposobów oszczędzania poznawczej (umysłowej) energii i upraszczania złożoności. Chodzimy na skróty i kierujemy się praktycznymi zasadami. Ignorujemy część informacji, żeby ograniczyć obciążenie poznawcze; nadużywamy innych informacji, by uniknąć konieczności poszukiwania dodatkowych danych; albo idziemy za głosem pierwszego podszeptu intuicji i akceptujemy alternatywę, której daleko do ideału, ponieważ wydaje nam się po prostu wystarczająco dobra[10]. Strategie "skąpca poznawczego" mogą być skuteczne, czasem też intuicja podpowiada właściwe decyzje. Przy braku wystarczającej kontroli mogą jednak prowadzić do poważnych błędów.
Jak ewoluowało myślenie o myśleniu
Psychologowie zrobili przez ostatnie dziesięciolecia olbrzymie postępy, niemniej dziś nikt w pełni nie rozumie, jak albo dlaczego mózgi wytwarzają świadome doświadczenia lub w jaki sposób prowadzą do wyłonienia się poczucia Ja. Gdy opisujemy zjawiska, których w pełni nie rozumiemy, sięgamy po metafory. Porównujemy to, czego nasze umysły nie są w stanie ogarnąć, z tym, co rozumiemy. Metafory bywają pomocne, jednak stosowane bezkrytycznie również mogą nas sprowadzić na manowce.
Zawsze, kiedy ludzie próbowali wyjaśnić działanie umysłu, sięgali po metafory wywiedzione z otaczających ich technologii. Platon przyrównał ludzką psychikę do woźnicy rydwanu powożącego dwoma końmi. Około roku 1800 mózg porównywano do telegrafu, a około roku 1900 - do centrali telefonicznej. Wraz z pojawieniem się komputerów psychologowie zaczęli opisywać funkcje umysłu jako porównywalne z macami czy pecetami. Tak samo jak komputer, ludzki mózg jest w stanie magazynować i wydobywać wspomnienia. Odstępstwa od racjonalnego myślenia często są określane jako bug, błąd w systemie operacyjnym, lub jako skutek naszej "ograniczonej pojemności przetwarzania" czy ograniczenia "poznawczej przepustowości" w wyniku stresu[11].
Komputer dostarcza poręcznego słownictwa do opisu pewnych funkcji mózgu i jego ograniczeń, niemniej nasz mózg tak naprawdę nie magazynuje wspomnień i nie przetwarza informacji tak, jak robią to komputery. Co więcej, ponieważ komputery nie troszczą się o przyszłość, nie obawiają się śmierci lub odrzucenia, nie doświadczają radości, żalu, zazdrości ani żadnej innej emocji, metafora umysłu jako komputera jest niekompletnym i niezadowalającym przedstawieniem życia umysłowego.
Pewna długo utrzymująca się metafora umysłu okazała się wyjątkowo nietrafiona: tabula rasa czyli biała karta autorstwa Johna Locke'a (Rozważania, wyd. w 1689 roku). Metafora ta ukazuje nasze umysły, osobowości i cechy jako rezultat wyłącznie uczenia się i doświadczeń, tak jakbyśmy zapisywali czystą kartkę. Idea ta utrzymywała się całe wieki, została z entuzjazmem przyjęta na początku XX stulecia przez nurty pojawiające się w tym okresie w psychologii - psychoanalizę i behawioryzm. Jeżeli brakuje ci śmiałości, to - z tej perspektywy - stoją za tym twoje doświadczenia z rodzicami, a otrzymane nagrody i kary uczyniły cię osobą nieśmiałą. John Watson, założyciel behawioryzmu, posunął się nawet tak daleko, że stwierdził, iż mając wystarczającą kontrolę nad środowiskiem i właściwą kombinację nagród i kar do dyspozycji, byłby w stanie uczynić z dowolnego losowo wybranego niemowlęcia każdego - lekarza, prawnika, żebraka czy złodzieja[12]. I chociaż Watsonowi udało się nauczyć dziecko strachu na widok królika, na szczęście nigdy nie podjął prób dłuższego eksperymentu mającego zamienić dzieci w żebraków lub złodziei.
Ten skrajny pogląd dotyczący ludzkiej plastyczności, że możesz-zostać-kimkolwiek-zechcesz, nadal utrzymuje się w społeczeństwie, jednak w świetle naukowych dowodów o predyspozycjach genetycznych nie jest już podtrzymywany wśród psychologów. Bliźnięta jednojajowe, rozdzielone tuż po porodzie i wychowywane w różnych rodzinach, mimo wszystko ujawniają uderzające podobieństwo w zakresie zwyczajów, zachowań, nawyków, postaw - nawet poglądów politycznych. Natomiast rodzeństwo wychowywane w tej samej rodzinie nie staje się do siebie coraz bardziej podobne osobowościowo[13]. Dzieci przychodzą na świat z umysłem, w którym zaszło już całkiem solidne programowanie wstępne, z temperamentem, gotowością do opanowania języka i kultury, a nawet z wrodzonymi oczekiwaniami co do funkcjonowania świata fizycznego i społecznego. Paul Bloom ze współpracownikami[14] odkrył, że już trzymiesięczne niemowlęta oglądające krótki pokaz kukiełkowy będą następnie wyciągały rączki do kukiełki, której zachowanie było pomocne, a nie do tej zachowującej się wrogo. Te fascynujące wyniki sugerują, że przychodzimy na świat z już zaprogramowanymi moralnymi intuicjami i mamy zdolność dokonywania moralnych rozróżnień na długo przed pierwszymi zabawami z rówieśnikami.
Konkludując, metaforycznie, nasze umysły bardziej przypominają zapisane notatniki niż białe karty. Doświadczenie nie kształtuje nas od zera, ale dopracowuje to, co już zostało zapisane, dokonuje rewizji i ubarwia osobistymi, kulturowymi i społecznymi wpływami. Natura i wychowanie współdziałają, byśmy stali się tymi, którymi jesteśmy. Przyjrzyjmy się zatem, w co wyposażyła nas natura.
Umysł łowcy-zbieracza i ludzkie uniwersalia
Psychologia ewolucyjna przekonuje, że mózg jest narządem kształtowanym i programowanym przez ewolucję, przystosowanym do wyzwań, na jakie napotykali nasi przodkowie żyjący w społecznościach łowców-zbieraczy przez setki tysięcy lat[15]. Ewolucja nagradzała cechy i skłonności - w tym inteligencję, siłę fizyczną, popęd seksualny i podejmowanie ryzyka - które pozwalały naszym przodkom przeżyć wystarczająco długo, żeby przekazać swoje geny dzieciom. Większość psychologów społecznych akceptuje dziś to spojrzenie, które rzuciło mocne światło na zrozumienie ludzkiego umysłu.
Przyjrzyjmy się fascynującemu odkryciu antropologa Robina Dunbara[16], którego dokonał, zagłębiając się w zwyczaje wzajemnej pielęgnacji futra wśród naczelnych: istnieje ścisły związek między liczebnością grupy danego zwierzęcia a wielkością jego kory nowej. Kora nowa jest tą częścią mózgu ssaków, która pojawiła się w ewolucji jako ostatnia i w której mieści się wiele zaawansowanych funkcji. U ludzi stanowi ona ponad trzy czwarte objętości mózgu i w jej licznych zwojach znajdują się obszary odpowiedzialne za procesy wyższego rzędu, takie jak samoświadomość, świadome myśli, rozwiązywanie problemów, samokontrola i język. Wyjątkowo duży rozmiar i złożoność kory nowej oraz możliwości, jakie dała wczesnym ludziom, pozwoliły im na tworzenie większych współpracujących grup niż innym ssakom oraz na przekazywanie wiedzy za pośrednictwem kultury.
Dunbar odkrył, że wielkość naszych mózgów wyznacza limit około 150 osób, z którymi możemy zbudować trwałe, znaczące relacje. Społeczności ludzkie działają optymalnie, gdy za bardzo nie przekraczają tej liczby. Życie w grupie daje ogromne korzyści, takie jak dzielenie się pożywieniem i ochrona, ale stanowi też wyzwanie poznawcze, obejmujące uczenie się i zapamiętywanie ważnych informacji o jej członkach - kto może podkraść ci jedzenie lub partnera. Potrzeba dużego mózgu, by pomieścić wszystkie te dane o innych członkach grupy i różnorodności ich zachowań. Właśnie dlatego, gdy grupy łowców-zbieraczy przekraczały liczbę 150 członków, życie stawało się trudniejsze i bardziej stresujące, a plemiona ujawniały skłonność do dzielenia się na mniejsze społeczności.
Czy współczesne życie zmieniło tę rzeczywistość? Założenie, że dzięki mediom i technologiom możemy z łatwością zwiększyć nasz krąg znajomych powyżej tego naturalnego limitu, wydaje się całkiem rozsądne, skoro jesteśmy w stanie dotrzeć do tysiąca innych ludzi za pośrednictwem posta lub twittu. Wciąż jednak pozostaje pytanie: z iloma internetowymi znajomymi czy obserwującymi w danym momencie łączy cię znacząca relacja? Okazuje się, że jedynie nieliczni z nas utrzymują dwukierunkową komunikację z grupą przekraczającą 150 osób. Ten limit istnieje także w erze Facebooka i Twittera, mimo faktu, że czerpiemy jakąś część poczucia własnej wartości z posiadania setek, a nawet tysięcy znajomych czy obserwujących[17].
Użyteczną konsekwencją znajomości limitu 150 osób jest świadomość, że organizacje funkcjonują lepiej, gdy nie rozrastają się ponad miarę - gdy działają bardziej na zasadzie społeczności niż biurokracji. W małych szkołach jest mniej przemocy i nieobecności, cechują je lepsze relacje i wyższa jakość nauczania niż w wielkich, bezosobowych placówkach[18]. Świadomość natury i ograniczeń naszych umysłów, które wyewoluowały ze społeczności łowców-zbieraczy, zapewnia nam sposoby optymalizowania naszego życia i instytucji.
Długi proces ewolucji doprowadził do powstania innych ludzkich uniwersaliów - cech, skłonności behawioralnych, motywacji i układów emocjonalnych ujawnianych przez wszystkich ludzi, niezależnie od kultury, z której się wywodzą. We wszystkich społeczeństwach (a także wśród naszych najbliższych zwierzęcych krewnych, szympansów) określone ekspresje mimiczne wskazują na podstawowe emocje strachu, radości, gniewu, smutku, odrazy i zaskoczenia. Ludzie preferują bliskich krewnych od tych dalszych, którzy z kolei są im drożsi niż ludzie obcy. Ludzie żyją w rodzinach, w których mężczyźni są starsi niż ich partnerki. Przeciętnie mężczyźni przejawiają większą agresję fizyczną niż kobiety, większość aktywności jest też przypisana do płci - kobiety intensywniej opiekują się dziećmi. We wszystkich społeczeństwach występuje jakaś postać religii, są listy zakazanych słów i normy postępowania. We wszystkich społeczeństwach ludzie robią zabawki dla swoich dzieci, opowiadają historie i mity, muzykują, plotkują i praktykują związane z wiekiem rytuały przejścia. Istnienie takich uniwersaliów wskazuje na kluczowe znaczenie życia w grupie dla przetrwania naszego gatunku. Te przystosowania występują wszędzie, ponieważ ułatwiają życie w grupie - a życie w grupie miało zasadnicze znaczenie dla naszego przetrwania.
Nie można przecenić wpływu perspektywy ewolucyjnej na rozumienie ludzkiego umysłu. Dopiero w ciągu około 20 minionych lat przedstawiciele nauk społecznych w pełni zaakceptowali argumentację, że wiele naszych nielogicznych, nieprzystosowawczych skłonności i motywacji - a także tych wspaniałomyślnych, współczujących i poruszających - jest zakorzeniona w znaczeniu dla przetrwania w czasach, w których żyliśmy w niewielkich grupach łowców-zbieraczy. I te same fantazje, błędy i odstępstwa od racjonalności, które dobrze nam wtedy służyły, mogą nas wpędzić w tarapaty w dzisiejszym złożonym, wielokulturowym świecie. Zmieniły się zasady gry, ale nasze ewolucyjne predyspozycje pozostały takie same[19].
Ponieważ zawsze potrzebowaliśmy innych ludzi, żeby przeżyć, w trakcie ewolucji staliśmy się skrajnie zorientowani na grupę i społeczni - dobrzy gracze drużynowi, jak pszczoły, ale też nieźli w rywalizacji, jak szympansy. Zostaliśmy zaprogramowani, by tworzyć więzi, współpracować, podporządkowywać się i żyć w harmonii z innymi członkami naszej grupy, ale też by z nimi konkurować o zasoby i status. Zostaliśmy wyposażeni w uprzedzenia i agresję, by być nieufni i wrodzy wobec outsiderów i tych, których postrzegamy jako zagrożenie. Nasze mózgi wykształciły szybkie procesy umysłowe ostrzegające nas przed niebezpieczeństwem (abyśmy byli w stanie niezwłocznie ocenić, kto wróg, a kto przyjaciel) i przygotowujące nas do walki lub ucieczki przed postrzeganymi przeciwnikami. Te skłonności pomogły nam przeżyć w czasach, w których walczyliśmy kamieniami i maczugami, jednak z biegiem tysiącleci ludzka skłonność do postrzegania świata w kategoriach plemiennych, my-i-oni, stała się fundamentem konfliktów, podziałów politycznych, nienawiści i wojen[20].
Zniekształcenia wbudowane w nasze mózgi
Jak widzisz, wiele naszych umysłowych dziwactw i felerów to nie są po prostu głupie czy losowe błędy ani wady konstrukcyjne naszych mózgów. Konstrukcja ludzkiego mózgu miała nam zapewnić efektywne funkcjonowanie, jednak po drodze pojawiło się trochę udziwnień i zniekształceń. Dość charakterystyczny jest tu błąd ślepej plamki (blind spot bias), przekonanie, że jesteśmy bardziej obiektywni i mniej podatni na zniekształcenia niż większość innych ludzi. Stronniczo wierzymy, że jesteśmy bezstronni! Ta ślepa plamka wynika z faktu, że wiele naszych przekonań działa implicite, w ukryciu przed świadomością. Gdy patrzymy na własne zachowania, znamy ich kontekst i jesteśmy w stanie je usprawiedliwiać. W końcu przecież wiemy, co czujemy. Jeśli jednak obserwujemy cudze zachowania, nie widzimy pełnego kontekstu. Dlatego tak łatwo dostrzegamy hipokryzję u innych, będąc ślepymi na własną. Ten sam polityk, energicznie potępiający innego za romans, może sam być w takowy uwikłany, w swoim biurze. Nasz błąd ślepej plamki pozwala z łatwością uciec od świadomości własnej hipokryzji ("On jest niemoralnym łotrem, mój romans jest zaś usprawiedliwiony, ostatecznie żyję w takim stresie")[21].
Co gorsza, ulegamy naiwnemu realizmowi, skłonności do przekonania, że nasze subiektywne interpretacje rzeczywistości są rzeczywistością. My widzimy sprawy takimi, jakimi są naprawdę, to ci inni mają zniekształcone spojrzenie na świat. Dzięki temu przekonaniu tak łatwo nam zakładać, że każdy, kto nie zgadza się z naszym poglądem, błądzi, jest ignorantem, egoistą - lub po prostu złym człowiekiem. Historia pokazuje, zbyt często i na zbyt tragicznych przykładach, o ile łatwiej ludziom przychodzi popełnianie czynów pełnych nienawiści i okrucieństwa, gdy są absolutnie pewni, że racja leży po ich stronie, a mylą się ci inni [22].
Ze wszystkich zniekształceń poznawczych błąd potwierdzania (confirmation bias) ma najistotniejsze znaczenie dla naszego postrzegania świata i sposobu przetwarzania informacji. Dostrzegamy, zapamiętujemy i akceptujemy informacje potwierdzające to, o czym już jesteśmy przekonani, i ujawniamy skłonność do ignorowania, zapominania i odrzucania informacji, które nie potwierdzają tego, w co wierzymy. W eksperymencie, który przeprowadzili Mark Snyder i William Swann[23], studentkom powiedziano, że człowiek, którego zaraz spotkają, jest albo ekstrawertykiem (wylewnym, ciepłym i przyjaznym), albo introwertykiem (z rezerwą, chłodnym i powściągliwym). Następnie poproszono je o przygotowanie zestawu pytań, które chciałyby zadać tej osobie, by ją poznać. Jakie pytania zadawały? Studentki przekonane, że spotkały ekstrawertyka, częściej zadawały pytania potwierdzające to oczekiwanie, na przykład: "co robisz, żeby rozkręcić imprezę?" i "w jakich sytuacjach jesteś najbardziej wygadany?". Te zaś, które spodziewały się spotkania z introwertykiem, pytały na przykład: "w jakich sytuacjach chciałbyś być bardziej otwarty?" czy "czego nie lubisz w głośnych imprezach?". Zwróć uwagę, że niezależnie od tego, co pytany odpowie, hipoteza osoby pytającej na jego temat zostanie potwierdzona. To znaczy, że człowiek, który nie jest ani szczególnym ekstrawertykiem, ani introwertykiem, odpowiadając na pytania z pierwszego zestawu, wyjdzie na ekstrawertyka, natomiast odpowiedzi na drugi zestaw pytań sprawią, że zostanie uznany za introwertyka.
Błąd potwierdzania pomaga wyjaśnić, dlaczego ludzie kurczowo trzymają się przekonań, które zostały ponad wszelką wątpliwość obalone. Szukają najdrobniejszych dowodów wspierających ich pragnienie, by mieć rację, by jednak nie musieli zmieniać zdania. W ewolucyjnej przeszłości ten błąd mógł być przystosowawczy, prowadząc naszych przodków do przekonania, że jeśli coś działa, należy się tego trzymać. We współczesnym świecie jednak ta strategia czasami prowadzi w ciemne, ślepe uliczki.
Myślenie egocentryczne
Ludzie są gatunkiem społecznym, ale jesteśmy też egocentryczni - mamy skłonność do stawiania się w centrum własnego wszechświata. Właśnie dlatego ludzie lepiej pamiętają nowe informacje, gdy są w stanie odnieść je do siebie, niż wtedy, gdy są przekonani, że dotyczą one wyłącznie innych[24]. Jeśli ludzie pracują w grupach, bardziej skupiają się na własnych dokonaniach i lepiej je pamiętają niż osiągnięcia pozostałych członków grupy. A kiedy odgrywają aktywną rolę w tworzeniu informacji, pamiętają ją lepiej niż wtedy, kiedy są jej biernymi odbiorcami.
Możesz dostrzec przejawy zniekształcenia egocentrycznego (egocentric bias) u siebie, gdy na przykład masz absolutną pewność, że cały świat widzi pryszcz na twoim nosie lub plotkuje o twoich porażkach. Wielu nastolatków boi się pójść do szkoły, kiedy nagle odkryją u siebie jakiś mankament, który z całą pewnością "wszyscy zauważą". Psychologowie społeczni wykazali, że takie obawy są zazwyczaj mocno przesadzone. Ludziom się wydaje, że społeczna rampa świeci na nich mocniej, niż to się dzieje w rzeczywistości, dlatego Thomas Gilovich ze współpracownikami nazwali to efektem światła rampy (spotlight effect)[25]. W pewnym eksperymencie studenci zostali poproszeni o założenie zwracającej uwagę koszulki - z wielką podobizną Barry'ego Manilowa - i wejście do pomieszczenia pełnego innych studentów. Uczestnicy eksperymentu wyobrażali sobie później, że mniej więcej połowa kolegów dostrzegła i negatywnie oceniła ich koszulkę. W rzeczywistości zauważyło ją zaledwie 20%.
Gdy sobie wyobrażamy, jak inni nas widzą, może nam się wydawać, że stoimy w świetle rampy. Wydaje nam się również, że zauważamy i obserwujemy innych bardziej, niż oni zauważają i obserwują nas - jest to rodzaj egocentryzmu określany jako złudzenie czapki niewidki. Na przykład w eksperymencie studenci siedzący z obcą osobą w poczekalni później błędnie przeszacowali zakres poświęconej jej uwagi w porównaniu z uwagą, jaką ich zdaniem ona zwracała na nich. Uczestnicy konsekwentnie zgłaszali takie poczucie bycia niewidzialnym - chyba że dostali od eksperymentatora koszulkę, tym razem z wielką podobizną Pabla Escobara. Morał z tego taki, że jest nam bardzo trudno wyjść poza własną percepcję rzeczywistości, oceniając, jak inni widzą świat.
Myślenie egocentryczne może sprawiać, że będziemy bezkrytycznie akceptowali pochlebstwa i fałsz. Świetny showman P.T. Barnum miał ponoć powiedzieć, że "w każdej minucie na świat przychodzi frajer", i jego nazwisko pojawia się dziś w określeniu powszechnego psychologicznego zjawiska. Efekt Barnuma (czasami nazywany efektem horoskopowym) odnosi się do sytuacji, w której ludzie otrzymują mgliste, ogólne opisy siebie, pasujące praktycznie do każdego, i przeważnie mówią coś w stylu: "Niesamowite! To dokładnie ja!". Ten efekt pomaga wyjaśnić, dlaczego tak wiele osób wierzy w astrologię, wróżki i nawet niektóre poppsychologiczne testy osobowości[26]. Załóżmy, że przeanalizowałem twój wykres astrologiczny i powiedziałbym ci: "Do nieznanych sytuacji społecznych podchodzisz raczej z rezerwą. Twoje spojrzenie na świat cechuje mieszanina optymizmu i pesymizmu. Masz otwartą głowę, ale kiedy sytuacja tego wymaga, potrafisz obstawać przy swoim". Uznasz mnie za wyjątkowo utalentowanego człowieka, umiejącego czytać w gwiazdach i twojej osobowości? Chwila zastanowienia powinna wystarczyć, żeby dostrzec, że ten opis pasuje właściwie do każdego. Nasza skłonność do egocentrycznego myślenia sprawia jednak, że większość z nas dostrzeże tu idealny opis siebie.
Dlaczego to, co złe, jest silniejsze od tego, co dobre
Interesującą właściwością ludzkiego umysłu, będącego wytworem ewolucji, jest jego zorientowanie na negatywność. Bardziej skupiamy się na potencjalnych zagrożeniach niż na błogosławieństwach. Ta tendencja określana jest jako inklinacja negatywna (negativity bias). Szybciej wynajdujemy w tłumie twarze rozzłoszczone niż uśmiechnięte. Nieprzyjemne interakcje w pracy mają na nas o wiele większy wpływ niż te miłe i pracownicy częściej pamiętają negatywne stwierdzenia i zachowania swojego szefa niż te pozytywne. Negatywna informacja zwrotna działa na nasze emocje o wiele silniej niż ta pozytywna. Złe wieści rozprzestrzeniają się szybciej i częściej niż dobre[27].
Ludzie, którzy wygrywają pieniądze na loterii, cieszą się wzrostem poziomu szczęścia, ale po jakimś czasie wszystko wraca do wcześniejszego "ustawienia początkowego"[28]. To samo dzieje się po utracie pieniędzy, oblaniu egzaminu czy innych negatywnych wydarzeniach: przystosowujemy się do nowych okoliczności i nasze uczucia wracają do poziomu wyjściowego. Spójnie z teorią ewolucji, w wywiadach ze zwycięzcami loterii i ofiarami wypadków widzimy, że przeciętnie ów powrót po złych doświadczeniach trwa dłużej niż po dobrych. Roy Baumeister z zespołem odkrył, że wydarzenia negatywne zazwyczaj działają silniej niż pozytywne. Jak czytamy w podsumowaniu, z perspektywy ewolucji bardziej przystosowawcze jest, by to, co złe, było silniejsze od tego, co dobre, ponieważ zwierzęta z podwyższoną czujnością na niebezpieczeństwo, ból, porażkę i inne doświadczenia negatywne miały większe szanse na przetrwanie zagrożeń, wydanie na świat potomstwa i przekazanie swoich genów[29].
Ta ewolucyjnie ukształtowana inklinacja negatywna jest kolejnym powodem, dla którego nie zawsze jesteśmy istotami racjonalnymi, jak chcieliby nas widzieć ekonomiści. Na przykład z perspektywy ekonomii sensowne byłoby martwienie się stratą 50 dolarów z równą intensywnością, co cieszenie się z 50-dolarowego zysku. To przecież w obu przypadkach taka sama kwota. A jednak z eksperymentów wyłania się spójny obraz: stres uczestników po stracie pieniędzy jest większy niż ich radość odczuwana z pozyskania tej samej kwoty[30]. Kiedy mamy możliwość wyboru, wolimy unikać straty, niż osiągnąć zysk - zjawisko to określa się mianem awersji do straty (loss aversion).
Pokazując wybory w sposób podkreślający straty, badacze i politycy mogą wpływać na zachowania ludzi oraz na podejmowane przez nich decyzje[31]. W eksperymencie terenowym, który przeprowadziłem z dwojgiem moich studentów, Markiem Costanzo i Marti Gonzales[32], wykorzystaliśmy awersję do straty do przekonania ludzi, by zainwestowali w ocieplenie domów. W jednym warunku eksperymentalnym, po sprawdzeniu każdego domu, eksperci szczegółowo opisywali właścicielowi, ile pieniędzy na rachunkach za ogrzewanie mógłby każdego roku oszczędzić, gdyby ocieplił budynek. W drugim warunku eksperymentalnym audytorzy przekazali tę samą informację, formułując ją jednak jako codzienną stratę pieniędzy - że nie ocieplając domu, wyrzuca pieniądze przez okno. Właściciele domów w warunku "straty" dwukrotnie częściej chcieli zainwestować w docieplenie niż ci w warunku "oszczędności".
Zrozumienie inklinacji negatywnej pokazuje nam, jak unikać tego zniekształcenia. Chociaż część z nas wygrała na temperamentalnej loterii dyspozycję do bycia szczęśliwymi, reszta musi aktywnie szukać w życiu jego jasnych stron, otaczając się pięknem, sprawiając sobie drobne przyjemności, dostrzegając dobroć w innych ludziach - właśnie dlatego, że nie mamy ku temu automatycznych skłonności[33]. Możemy nauczyć się skupiania na tym, za co jesteśmy wdzięczni, robienia miłych rzeczy dla innych - są to nawyki niwelujące inklinację negatywną przez generowanie zadowolenia[34].
Dwa systemy myślenia
Ludzki umysł można podzielić na dwie formy przetwarzania informacji: automatyczną i podlegającą kontroli. Przetwarzanie automatyczne (automatic processing) odnosi się do działań nieświadomych (implicite) i mimowolnych, kierujących większością naszych zachowań. Są to dobrze opanowane skojarzenia czy rutyny, które nasz układ umysłowy wykonuje bez wysiłku i świadomości. Jest to ten rodzaj myślenia, jaki mózgi zwierząt uskuteczniały przez pół miliarda lat - szybkie, skuteczne reakcje na bodźce sensoryczne. Jesteśmy w stanie wykonywać wiele automatycznych operacji naraz, co tłumaczy, że doświadczeni kierowcy prowadzą samochód bez świadomego zwracania uwagi na te niezliczone korekty i decyzje, które podejmują (sprawdzanie we wstecznym lusterku, uważanie na innych kierowców, prowadzących i wysyłających jednocześnie SMS-y itd.). Kiedy czytamy proste fragmenty tekstu na stronie, wykrywamy złość w głosie przyjaciela, kończymy zdanie "sól i..." lub przypisujemy człowieka do rasy, płci czy grupy wiekowej, korzystamy z automatycznego przetwarzania informacji.
Przetwarzanie podlegające kontroli (controlled processing) jest natomiast świadomym (explicite) wysiłkiem podejmowanym w celu radzenia sobie z problemami nowymi, takimi jak nauka jazdy, rozwiązywanie złożonych problemów matematycznych, zapamiętywanie tytułu filmu lub odpowiadanie na pytania w stylu "dlaczego kochasz swojego chłopaka?". Ten rodzaj myślenia wyewoluował później i łączy się z rozwojem języka. Jest wolniejszy i sekwencyjny - przetwarzamy jedną myśl po drugiej, nie zaś kilka równolegle. We wpływowej książce Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym laureat Nagrody Nobla, psycholog Daniel Kahneman[35] opisuje te dwa systemy i przedstawia konsekwencje ich działania dla szerokiego zakresu zjawisk psychologicznych.
Większość decyzji obejmuje proces dwuetapowy. Najpierw nasz układ automatyczny wytwarza szybką i zgrubną ocenę rzeczywistości - intuicję, odczucie, bezrefleksyjną preferencję. Następnie, jeśli jesteśmy zmotywowani i mamy dostęp do rzetelnych informacji, sięgamy po bardziej kontrolowane czy celowe myślenie, mające zmodyfikować wstępne wrażenia. Robimy to nieustannie - na przykład decydując, czy dany pomysł jest tak użyteczny, jak się nam w pierwszej chwili wydawało, czy sytuacja jest bezpieczna czy groźna albo czy nasz sąsiad jest bezmyślny czy celowo zachowuje się złośliwie.
Ponieważ przetwarzanie podlegające kontroli wymaga więcej czasu, skupienia, wysiłku i energii niż jego automatyczna postać, podlega wpływom zmęczenia i rozpraszania uwagi, i dlatego lubimy chodzić na skróty. Gdy tak się stanie, nasze pierwsze impresje i impulsy nie zostaną skorygowane. Co więcej, inaczej niż przetwarzanie automatyczne, myślenie podlegające naszej kontroli nie może dotyczyć dwóch spraw naraz. Właśnie dlatego wyniki tak wielu badań pokazują, że mimo twojego egocentrycznego przekonania o własnych zdolnościach, skuteczna wielozadaniowość nie jest możliwa[36]. (Jeśli próbujesz pisać SMS-a i prowadzić samochód, jedna z tych czynności skończy się porażką). Ludzie są zazwyczaj całkiem dumni ze swoich umiejętności przetwarzania podlegającego kontroli, jednak Jonathan Haidt[37] szacuje, że świadome rozumowanie - "strumień słów i obrazów, których jesteśmy w pełni świadomi" - to jedynie około 1% naszego myślenia. Pozostałe 99% procesów psychicznych przebiega poza świadomością, lecz to właśnie ten odsetek zdaniem autora determinuje większość naszych zachowań.
Rozumiejąc, w jaki sposób ewolucja ukształtowała ludzkie procesy poznawcze, jesteśmy w stanie lepiej pojąć otaczające nas problemy społeczne. Teraz przejdziemy do kilku szczególnie znaczących społecznych charakterystyk naszych umysłów.
Ewolucja i mózg społeczny
Zawsze fascynowało mnie, jak fascynujący są inni ludzie. Tak naprawdę wszystkich to fascynuje. Nikogo nie trzeba zmuszać do plotkowania, nawet o ludziach, którzy nigdy nie staną na naszej drodze. Właściwie to nawet za to płacimy: amerykańskim czasopismem z największą liczbą czytelników i najwyższymi przychodami z reklam jest People, gdzie można przeczytać o szczegółach z życia celebrytów - obcych nam ludzi, co do których odnosimy wrażenie, że ich znamy, ale z którymi nie łączy nas żadna relacja. Ludzie płacą za People nawet wtedy, gdy mogą się oddać plotkowaniu w internecie 250 razy dziennie.
Innym wyznacznikiem, jak bardzo nasze mózgi są zaprogramowane, by być mózgami społecznymi, jest łatwość, z jaką interpretujemy wszystko w odniesieniu do ludzi. Często widzimy twarze w najdziwniejszych miejscach: na powierzchni Księżyca, w ziemniaczanych chipsach, na kromce chleba czy w bułeczce cynamonowej, na której rzekomo pojawiło się oblicze Matki Teresy. Łączymy przypadkowe bodźce w znaczące wzorce i wiele z nich obejmuje ludzi, zapewne dlatego, że to o ludziach najczęściej myślimy[38].
W klasycznej już demonstracji tej skłonności Fritz Heider i Marianne Simmel[39] pokazywali studentom krótki animowany film, w którym kilka geometrycznych kształtów poruszało się losowo po ekranie, wewnątrz i wokół dużego prostokąta. Studentów poproszono po prostu o obejrzenie filmu i "spisanie, co się wydarzyło". Jeden z 34 oglądających opisał film dosłownie: "Pokazano duży trójkąt równoboczny wjeżdżający w prostokąt. Trójkąt wjeżdża i wyjeżdża z prostokąta i za każdym razem róg i połowa jednego z boków trójkąta się otwierają". Ten gość był osamotniony. Niemal wszyscy dointerpretowali tam coś od siebie, opowiadając historię o ludziach, jak na przykład tutaj:
Mężczyzna zaplanował spotkanie z dziewczyną, a ona przychodzi z innym. Ten pierwszy mówi temu drugiemu, żeby sobie poszedł. Ten drugi odpowiada i potrząsa głową. Potem mężczyźni wdają się w bójkę, a dziewczyna zaczyna wchodzić do pomieszczenia, żeby zejść im z drogi, chwilę się waha, ale ostatecznie przekracza próg. Najwyraźniej nie chce być z tym pierwszym mężczyzną. Ten wchodzi do niej do pomieszczenia, zostawiwszy tego drugiego w kiepskim stanie, opartego o ścianę na zewnątrz. Ona się martwi i biega od jednego kąta do drugiego w oddalonej części pomieszczenia.
Ta historia pojawiła się w odpowiedzi na film pokazujący prostokąty i trójkąty! Nasze umysły rzadko czują się usatysfakcjonowane, opowiadając o świecie takim, na jaki wygląda. Zapytani o to, co się wydarzyło, ochoczo i automatycznie wymyślamy historie. Wykraczamy poza podane informacje, by przypisywać ludzkie intencje, motywy i osobowości - nawet figurom geometrycznym, przedmiotom nieożywionym i, coraz częściej w dzisiejszym świecie, robotom. Traktujemy R2-D2, Siri i Aleksę, jakby byli ludźmi.
Oto kolejny przykład pozwalający wejrzeć do własnego społecznego mózgu: gdzie udaje się twój umysł, gdy zaczyna wędrować? Jaki jest cel jego wędrówki? O czym myślisz, gdy nie realizujesz żadnego zadania? Sieć domyślna (sieć stanu spoczynkowego) (default mode network) jest zbiorem wzajemnie ze sobą współdziałających obszarów mózgu, które się uaktywniają, kiedy nie skupiamy się na zadaniu czy świecie zewnętrznym. Sieć uaktywnia się również wtedy, kiedy wprost myślimy o ludziach. Właśnie dlatego, kiedy nasze myśli odpływają, zazwyczaj płyną do kwestii społecznych: wspólnych planów z przyjaciółmi, wspomnień o ukochanych osobach, konfliktu z partnerem, seksualnych fantazji o wszelkich możliwych ludziach lub problemów wywołanych przez inne osoby. Widzimy historie o ludziach wszędzie, ponieważ ludzie zawsze są gdzieś blisko naszych myśli[40].
Oto lekcja płynąca z przedstawionych informacji: jeśli chcesz sprzedać produkt, zainteresować dzieci matematyką czy historią lub zmotywować najlepszego przyjaciela, żeby poszukał pomocy w związku ze swoim problemem alkoholowym, opowiedz im historię o osobie - albo spraw, żeby oni to zrobili. W eksperymencie, którym kierował David Hamilton[41], dwie grupy studentów czytały stwierdzenia opisujące codzienne ludzkie zachowania. Każda grupa dostała jednak odmienny zestaw instrukcji. Jednej polecono zapamiętanie informacji, ponieważ później zostaną z nich odpytani. Druga grupa miała stworzyć sobie ogólne wrażenie na temat tego, jaka jest osoba wykonująca daną czynność, i nie została uprzedzona o późniejszym teście na zapamiętane informacje. Co się stało? Grupa mająca wyrobić sobie wrażenie o osobach pamiętała więcej faktów niż grupa starająca się zapamiętać te ostatnie, żeby zaliczyć test. Myślenie "w kontekście ludzi" poprawia pamięć, ponieważ jeśli zadanie kręci się wokół ludzi, włącza się sieć domyślna, pomagająca magazynować wspomnienia.
Dlaczego ból społeczny tak bardzo boli
"Mam złamane serce". "Zraniono moje uczucia". Mimo oczywistej różnicy między złamanym sercem a złamaną nogą fakt, że takie twierdzenia są w języku powszechne, pozwala zakładać, że ból społeczny - ukłucie odrzucenia, upokorzenia czy obrazy - jest równie silny jak ból fizyczny. Przypomnij sobie sytuację, w której zostałeś odrzucony lub publicznie zawstydzony. Możliwe, że czułeś to fizycznie jako dziwne uczucie w brzuchu albo nagły przypływ gorąca na policzkach.
Trudno w to uwierzyć, kiedy właśnie cierpisz z powodu rozstania, ale zdolność odczuwania bólu społecznego miała dla wczesnych ludzi znaczenie przystosowawcze[42]. Nasz wielki mózg potrzebuje dużej głowy, która może go pomieścić, a to oznacza, że ludzkie dzieci muszą się rodzić względnie niedojrzałe, kiedy jeszcze ich głowy są w stanie przecisnąć się przez kanał rodny. W okresie, w którym ich mózgi i ciała rozwijają się już poza macicą, nie są zdolne samodzielnie się wyżywić ani obronić. Dlatego muszą trzymać się opiekunów, by mieć dostęp do pożywienia i zapewnić sobie bezpieczeństwo, i ten rodzaj więzi z innymi pozwalający zagwarantować sobie dostęp do jedzenia i do zasobów pozostaje kluczowy przez całe życie. Cierpienie emocjonalne zapewniało, że ludzie będą się przejmować zrywaniem społecznych więzi lub pojawieniem się takiego ryzyka. Jednostki, które pozostawały obojętne na separację czy odrzucenie, miały niewielkie szanse na przetrwanie.
Naomi Eisenberger i Matthew Lieberman[43] skanowali mózgi studentów za pomocą funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (functional magnetic resonance imaging, fMRI - dzięki tej metodzie można zidentyfikować aktywne obszary mózgu na podstawie przepływu krwi), gdy ci grali w cyberball z dwiema innymi osobami. W pewnym momencie pozostali dwaj gracze wykluczali osobę badaną z gry, nie podając jej już piłki. Badanie fMRI ujawniło u wykluczonego studenta wzorzec aktywacji mózgowej przypominający ten widziany u ludzi kłutych szpilką, poddawanych wstrząsom elektrycznym czy działaniu innych metod wywoływania bólu fizycznego w eksperymentach.
Wynik sugeruje, że układ psychiczny odpowiedzialny za więzi międzyludzkie sam łączy się z układem zaangażowanym w sygnalizowanie bólu fizycznego. Wyjaśnia to, dlaczego obelgi, odrzucenie i przezwiska nie są wcale mniej poważne niż zranienia fizyczne. U dzieci, które są odrzucane lub którym inni dokuczają w szkole, mogą wystąpić poważne i trwałe następstwa. Wielu dorosłych pamięta doświadczenia odrzucenia w dzieciństwie o wiele żywiej niż kary fizyczne[44].
Plemienny umysł i myślenie my-oni
Ewolucja ukształtowała nasze umysły, by były plemienne, dostrojone idealnie do kategoryzowania innych jednostek do grup my lub oni. Kiedy tylko zobaczymy nieznajomą osobę, natychmiast wkładamy ją do pudełka: jesteś niebezpieczny/a? Czy masz wrogie zamiary? Jesteś atrakcyjny/a? Jesteś kompetentny/a? Jesteś zimny/a i odrzucający/a czy ciepły/a i zachęcający/a do kontaktu?[45] I ostatecznie pytamy: czy jesteś jednym/jedną z nas, czy jednym/jedną z nich?
Nie trzeba wiele, by pojawiło się myślenie my-oni. Mój syn Josh uwielbia opowiadać historię, jak wiele lat temu, gdy on i trójka jego rodzeństwa byli małymi dziećmi, często rywalizowali ze sobą o uwagę mojej żony i moją, albo o ostatni kawałek pizzy, albo kłócili się o to, kto ma opróżnić zmywarkę. Ot czwórka dzieciaków z własnymi zainteresowaniami i planami. Poza domem jednak, podczas wakacji czy w jakimś nieznanym miejscu następowała przemiana w część drużyny, rodziny połączonej uczuciem "my kontra reszta świata". Stare porzekadło Beduinów brzmi: "Ja przeciwko bratu, mój brat i ja przeciwko kuzynowi, i my wszyscy przeciwko obcemu". Te słowa pozwalają idealnie uchwycić sposób podziału świata na gradacje my-oni, jakiego dokonują nasze plemienne umysły.
W klasycznej serii badań Henri Tajfel[46] badał skutki dzielenia obiektów i ludzi na grupy. Polski Żyd walczący w armii francuskiej przeciwko hitlerowcom trafił do niemieckiego obozu dla jeńców wojennych. Tam pojawiło się u niego silne zainteresowanie tożsamością społeczną. Później, gdy zajął się psychologią społeczną, opracował teorię tożsamości społecznej (social identity theory), wyjaśniającą, w jaki sposób ważne dla nas członkostwo w grupach wyznaniowych, politycznych, regionalnych, narodowych czy zawodowych (np. baptysta, muzułmanin, żyd; z Teksasu czy Indiany; strażak czy pielęgniarz?) karmi poczucie przynależności i własnej wartości oraz jak kształtuje nasze myślenie o ludziach wewnątrz grupy, której jesteśmy częścią, i spoza niej.
Badania Tajfela pokazały, że kiedy już podzielimy ludzi na grupy, nasze umysły automatycznie zaczynają wyolbrzymiać różnice między nami a nimi, zamiast dostrzegać podobieństwa. I tak osoby z naszej grupy - grupy własnej (ingroup) - postrzegamy jako zbiór wyjątkowych jednostek, natomiast ludzi w grupie obcej (outgroup) widzimy jako do siebie podobnych - "oni są wszyscy tacy sami", słyszymy często, albo "dla mnie oni wszyscy wyglądają tak samo". Rzeczywiście "oni" czasami są do siebie podobni. To powszechny błąd postrzegania: ludzie biali oceniający zbiór zdjęć twarzy będą mieli większe trudności z rozróżnianiem ich, jeśli będą to twarze Azjatów lub przedstawicieli rasy czarnej, w porównaniu z ocenianiem twarzy białych. Azjaci mają dokładnie ten sam kłopot w odniesieniu do twarzy ludzi rasy białej i czarnej. Możesz sobie zapewne wyobrazić, jak to zjawisko zakłóca identyfikację przez naocznych świadków: świadkowie biali istotnie częściej mylą ze sobą ludzi czarnoskórych[47].
Jesteśmy też zdecydowanie bardziej wyrozumiali w ocenie członków naszej grupy niż w ocenie "tamtych". Nie tylko w grupie własnej widzimy większe zróżnicowanie; uważamy ludzi z naszej grupy za lepszych i zasługujących na więcej. To faworyzowanie grupy własnej (ingroup bias) prowadzi do poczucia dumy i estymy: zniekształcamy swoje postrzeganie świata, żeby nasza grupa wyglądała lepiej od innych, i czujemy się lepiej, ponieważ jesteśmy jej częścią.
Faworyzowanie grupy własnej wydaje się całkowicie zasadne, biorąc pod uwagę fakt, że nierzadko decydujemy się na przynależność do grupy tworzonej na podstawie prawdziwych różnic gustów, wartości, przekonań i ideologii politycznych. Ludzie mają tak naturalne skłonności do dzielenia świata na my i oni, że stronniczość pojawia się również wtedy, kiedy przynależność do grupy wynika z różnic błahych, a nawet całkowicie pozbawionych znaczenia. Tajfel[48] losowo podzielił zupełnie obce sobie osoby na grupy nazwane "grupa X" lub "grupa W". Ci nieznajomi nie mieli ze sobą żadnych kontaktów podczas badania, ich działania były całkowicie anonimowe, a mimo to zachowywali się tak, jakby ci z tą samą, pozbawioną znaczenia etykietą (X lub W) byli dobrymi znajomymi lub bliskimi krewnymi. W każdym kolejnym badaniu uczestnicy preferowali osoby z tą samą etykietą wyłącznie na podstawie przydziału do grupy. Oceniali je jako mające przyjemniejszą osobowość lub lepiej wykonujące pracę, przydzielali też członkom swojej "grupy" więcej pieniędzy i nagród.
Skąd u nas tak silna gotowość do dyskryminacji na podstawie tak niewielu wskazówek? Mamy ją w genach. Łowcom-zbieraczom opłacało się wyczulenie na różnice między członkami własnej grupy, którzy mogą być rywalami, a outsiderami, którzy ze sporym prawdopodobieństwem mogli być napastnikami. Tworzenie koalicji, grupowanie jednostek w zespoły pojawia się naturalnie, jeśli istnieje wspólny cel, korzystny dla każdego jej członka. Spójność we własnym plemieniu czy zespole była wysoce przystosowawcza, ponieważ dzieliliśmy się zasobami i cieszyliśmy się ochroną grupy przed zewnętrznymi zagrożeniami.
Niestety często dopuszczamy do sytuacji, w której nasza przynależność do grupy zastępuje myślenie. Geoffrey Cohen ze współpracownikami[49] zaprosił do badania dużą liczbę osób, które same siebie określały bądź to liberałami (zwolennikami Partii Demokratycznej), bądź konserwatystami (zwolennikami Partii Republikańskiej), i poprosił o ocenę propozycji dwóch reform systemu pomocy społecznej: jedna była hojnym programem, druga zaś zawierała zdecydowanie mniej korzyści dla beneficjentów pomocy społecznej. Jak można się było spodziewać, liberałowie woleli plan hojny, konserwatyści - okrojony. Następnie kolejne grupy liberałów i konserwatystów przyglądały się tym samym propozycjom, tym razem z etykietami wskazującymi, że zostały złożone przez demokratów lub republikanów. W tym przypadku przynależność grupowa całkowicie zdominowała treść propozycji: liberałowie woleli plan, który miał pochodzić od demokratów, konserwatyści zaś wybierali ten rzekomo stworzony przez republikanów - treść, z którą zapoznawali się uczestnicy, nie miała najmniejszego znaczenia. Powtórzę, obiektywna treść dotycząca polityki społecznej nie wywierała żadnego wpływu na opinie osób oceniających. I co ważne, ten efekt "partii ponad programem" był równie silny wśród osób mających wiedzę z zakresu polityki społecznej, jak i wśród tych z nią niezaznajomionych. Ponadto uczestnicy upierali się, że ich postawa jest rezultatem logicznych przemyśleń, analiz samych propozycji polityki społecznej, mimo że było najzupełniej oczywiste, że ich preferencjami pokierowała przynależność do grupy.
Włącz jakiś serwis informacyjny i posłuchaj politycznych ekspertów broniących kandydata czy stanowiska ich własnej partii, a zobaczysz, na czym polega to rozgrywające się wciąż na nowo zjawisko. (Wielu republikanów w Kongresie poświęciło całe lata sprzeciwianiu się ustawie federalnej reformującej system opieki zdrowotnej Affordable Care Act Baracka Obamy, chociaż była ona niemal w całości opracowana na podstawie skutecznego programu wdrożonego w Massachusetts przez Mitta Romneya - republikanina). Poczytaj komentarze do każdej politycznie zabarwionej informacji, a dostrzeżesz tam wciąż to samo: odruchowe deprecjonowanie przez nas wszelkich pomysłów pochodzących od nich.
Takie zniekształcenia pojawiają się zawsze wtedy, kiedy zespoły czy grupy mają konkurujące ze sobą cele, co wykazano w innym klasycznym eksperymencie badającym stronniczość pośród kibiców meczu piłkarskiego między Princeton i Dartmouth. Mecz został zapamiętany jako najbrutalniejszy i najbardziej nieczysty w historii obu uczelni. Po upływie jakiegoś czasu Albert Hastorf z Dartmouth i Hadley Cantril z Princeton[50] odwiedzili obie uczelnie i pokazywali nagrania rozgrywki studentom. Ci zostali poinstruowani, że mają zachować całkowity obiektywizm podczas oglądania filmu i zapisać każde naruszenie zasad - jak się rozpoczęło i kto zawinił. I podobnie jak ze stronnikami politycznymi u Cohena, w sposobie widzenia meczu przez studentów obu uczelni wystąpiły poważne różnice: każda ze stron postrzegała słuchaczy własnej uczelni jako ofiary, a nie sprawców niedopuszczalnej agresji. Co więcej, nie było to zniekształcenie drobne. Studenci Princeton widzieli dwa razy tyle naruszeń zasad po stronie graczy Dartmouth, co studenci tej ostatniej uczelni.
Kognitywiści Steven Sloman i Philip Fernbach[51] uważają, że dosłownie myślimy grupami, a nie jak racjonalne jednostki, zwłaszcza w dzisiejszym złożonym świecie, w którym potrzebujemy wiedzy innych w niemal wszystkich naszych działaniach. Być może potrzeba wioski, by wychować dziecko, ale potrzeba jej też, by wyleczyć chorobę, polecieć na Księżyc czy zaprojektować samochód autonomiczny. Z perspektywy ewolucyjnej poleganie na wiedzy innych wychodzi ludziom na dobre - z wyjątkiem sytuacji, w których wychodzi nam bokiem.
Myślenie plemienne jest naturalne, ale czy jest nieuchronne? Niekoniecznie. Nasza historia pełna jest zmieniających się sojuszy i postaw zakorzenionych w podziałach my-oni. Ktoś, kogo w danym roku uważamy za wspaniałego sojusznika, może w kolejnym stać się wrogiem lub konkurentem, i odwrotnie. Jak wskazują Daniel Yudkin i Jay Van Bavel[52], takie zmiany dają nadzieję, że nie będziemy musieli zrezygnować z siebie na rzecz plemiennej przyszłości. Możemy się nauczyć korygować zaprogramowane automatyczne impulsy, które każą nam traktować nas jak przyjaciół, a ich jak zagrożenie. W eksperymentach okazuje się, że jeśli tylko grupom da się czas i wyzwoli motywację do włączenia rozsądku i rozwagi - przemyślenia, czy ukaranie członka grupy obcej było w porządku - słabnie gotowość do dyskryminacji i niesprawiedliwych zachowań[53].
Podstawowe motywacje społeczne
Ludzie mają wiele uniwersalnych fizycznych potrzeb ukierunkowanych na przetrwanie. Potrzebom tym towarzyszą również podstawowe społeczne motywacje, które kształtują nasze myślenie, emocje i relacje. Ludzie wykazują różne poziomy motywacji społecznych, co dyktują im kultura, indywidualne osobowości i czynniki sytuacyjne. Kiedy zaspokoimy te motywacje, czujemy się dobrze. Jeżeli nam się to nie uda lub gdy okoliczności sprawiają, że motywacje są ze sobą w konflikcie, czujemy się zestresowani, nieszczęśliwi i jakby mniej ludzcy. Susan Fiske, pionierka badań nad poznaniem społecznym, opisała podstawową grupę takich motywacji[54].
Przynależność
Ze wszystkich motywacji rządzących naszym życiem najważniejszą jest potrzeba przynależności (belonging): nasze pragnienie stabilnych, znaczących więzi z innymi ludźmi[55]. Pragniemy pasować; jak już wiemy, nawet umiarkowana dawka odrzucenia podczas gry w cyberball z dwiema obcymi osobami, których nawet nie widzieliśmy, uruchamia w naszym mózgu reakcje alarmowe podobne do tych wyzwalanych przez ból fizyczny. Studenci przypominający sobie epizody wykluczenia lub rzeczywiście wykluczani w trakcie krótkiej gry w laboratorium, oceniali siebie jako "gorszych" niż ci, którym nie dano doświadczyć wykluczenia.
Ta podstawowa motywacja społeczna sprawia, że długie okresy przymusowej izolacji są nie tylko nieprzyjemne, lecz także psychicznie niszczące, prowadzą do depresji, lęku i autodestrukcyjnych impulsów. Odsetek samobójstw jest o wiele wyższy wśród więźniów przetrzymywanych w odosobnieniu w porównaniu z całą populacją osadzonych. To naprawdę najokrutniejsza kara[56]. Craig Haney, badający więźniów trzymanych całe lata w całkowitej izolacji, zaobserwował, że "nie są pewni, czy w ogóle istnieją, a jeśli tak, to kim dokładnie są"[57].
W przypadkach mniej skrajnych poczucie braku więzi społecznych może doprowadzić do utraty umiejętności regulowania emocji i kontrolowania uwagi, zachowań i impulsów. Odrzuceni, izolowani uczniowie gorzej wypadają w testach, spożywają więcej śmieciowego jedzenia i zachowują się agresywniej niż ci czujący się częścią grupy[58]. Zagrożone czy osłabione poczucie przynależności zmienia również sposób przetwarzania i interpretowania informacji, jednocześnie czyniąc ludzi bardziej otwartymi na kontakty z innymi, ale też bardziej uważnymi na odrzucenie - i w związku z tym nadwrażliwymi na zachowania innych[59]. Wygląda to trochę tak, jakby każdy z nich powiedział sobie: "Naprawdę chcę być akceptowany w tej grupie, ale będę bardzo uważny na wszelkie oznaki, że mnie tam nie chcą".
Potrzeba przynależności wzmacnia konformizm i układne relacje, jest też źródłem wielu naszych zwyczajów. Weźmy muzykę. Dlaczego każda znana kultura stworzyła jakąś postać piosenek, tańców, rytmu czy melodii? Czy jest to uboczny produkt ewolucji, pozbawiony konkretnej wartości? Biorąc pod uwagę uniwersalność muzyki, ta odpowiedź wydaje się mało prawdopodobna. Wygląda na to, że muzyka istnieje wszędzie, ponieważ ma wyjątkową moc organizowania jednostek w skoordynowane grupy czy zespoły, dzięki temu, że przekazuje informacje o nastrojach czy zamiarach wielu ludziom naraz. Pomyśl o plemiennych bębnach wojennych czy wojskowych marszach organizujących żołnierzy i przygotowujących ich do walki. Przypomnij sobie, jak bojowe pieśni college'ów podczas wydarzeń sportowych zagrzewają i scalają tysiące pojedynczych widzów w jednolity tłum. Pomyśl, jak bywalcy koncertów kiwają się synchronicznie do dźwięków muzyki i jak wszystkich nas poruszają do łez, bawią lub porywają do tańca ulubione piosenki. Muzyka jest tak ważna, ponieważ łączy nas emocjonalnie z innymi[60].
Rozumienie innych i dokładne przewidywanie
Ludzie są silnie zmotywowani, by dokładnie odczytywać i rozumieć inne osoby i sytuacje - wystarczająco dokładnie, by poruszać się bezpiecznie w świecie i optymalizować swoje relacje z innymi. Chcemy móc przewidywać, co się wydarzy, i rozumieć, co się dzieje. Kiedy nie udaje nam się zaspokoić potrzeby rozumienia otaczającej nas rzeczywistości, niepewność wytrąca nas z równowagi. Gdy sytuacja jest stabilna i pewna, możemy się przygotować, przystosować i iść do przodu. Niepewność to stan zawieszenia, jesteśmy niezdolni do przygotowania się na to, co ma nadejść. Lepiej czujemy się, wiedząc na pewno, że wydarzy się coś złego, niż wtedy, kiedy spodziewamy się, że coś złego może się wydarzyć.
W pewnym badaniu[61] uczestnicy grali w grę wideo, będąc jednocześnie podłączeni do generatora wstrząsów elektrycznych i urządzenia monitorującego poziom stresu. Za każdym razem, kiedy w grze odwracali skałę, za którą krył się wąż, otrzymywali łagodny, ale bolesny wstrząs elektryczny w dłoń. Wraz z upływem gry niektórzy coraz lepiej rozpoznawali skały, za którymi kryło się niebezpieczeństwo, mogli więc przewidywać, kiedy otrzymają wstrząs elektryczny. Nie mogli go uniknąć, ale wiedzieli, kiedy się pojawi. W przypadku części graczy warunki, w których można się natknąć na węża, były zmienne i wstrząsu nie dawało się przewidzieć. Gracze, którzy byli pewni, że pod kamieniem będzie wąż, wykazywali istotnie niższy poziom stresu od tych, którym tej pewności brakowało.
Kontrola
Pewność, nawet pewność tego, co niedobre, zaspokaja trzecią silną społeczną motywację: potrzebę kontroli, poczucie, że mamy autonomię i kompetencje do kierowania własnymi działaniami oraz sprawczość. Poczucie kontroli przyczynia się do dobrego samopoczucia, ponieważ dzięki niemu czujemy własną inicjatywę i kompetencje, pozwalające na zrealizowanie zadań. Wrażenie braku kontroli jest nieprzyjemne, a długofalowo wręcz niezdrowe. Bruce McEwen[62] wykazał, że ludzie i inne naczelne zajmujące niższe pozycje w hierarchii - które mają raczej niewielką kontrolę nad swoim życiem i mogą być popychadłem dla większych, bardziej dominujących małp lub szefa - najsilniej cierpią na choroby powiązane ze stresem i umierają istotnie wcześniej niż jednostki z wyższych miejsc na drabinie społecznej.
Dla wielu ludzi poczucie kontroli ma tak zasadnicze znaczenie dla ich samopoczucia, że zachowują się, jakby mieli kontrolę nad sprawami, które ich kontroli zupełnie nie podlegają. Na przykład kupony loteryjne, na których sami zakreślali liczby, mają dla nich większą wartość niż te, na które nie mieli wpływu, albo wierzą, że energiczne potrząsanie kostkami podczas gry w kości przełoży się na więcej oczek.
Potrzeba znaczenia
Ludzie są silnie zmotywowani, by czuć, że są coś warci, że mają w swojej społeczności wysoką pozycję, dobrą reputację. Chcą, żeby ich życie miało znaczenie - dla drugiego człowieka, rodziny lub dla świata. Fiske nazywa to motywem do "autowaloryzacji". Rzeczywiście to, jak bardzo podziwiamy siebie, jest bezpośrednio związane z tym, jak naszym zdaniem cenią nas inni[63]. Ta motywacja wyraża się na wiele sposobów, od prób ulepszania siebie i naszej społeczności, przez aktywność polityczną, pokazywanie bogactwa i oznak statusu, po drobne uprzejmości. I na odwrót, kiedy ludzie mają poczucie, że nic nie znaczą - kiedy czują, że społeczeństwo nie dba o to, czy w ogóle żyją, kiedy tracą pracę, która dawała im stabilizację i znaczenie - rezultatem mogą być desperacja lub gniewne protesty. Żeby sięgnąć po jeden tylko przykład, ruch Black Lives Matter był krzykiem społeczności Afroamerykanów, mającym sprawić, by biała większość zrozumiała, że życie i bezpieczeństwo czarnoskórych obywateli jest równie ważne co życie białych[64].
Zaufanie
Jako zwierzęta społeczne nie możemy przetrwać bez ufania innym. I chociaż ewolucja wyposażyła nas w inklinację negatywną - "to, co złe, jest silniejsze od tego, co dobre" - mamy ogromną motywację, by ufać, że świat jest dobry, życzliwy i sprawiedliwy. Chcemy czuć, że inni zapewnią nam bezpieczeństwo, potraktują nas uprzejmie i udostępnią zasoby. Mimo ryzyka, że ufając, stajemy się podatni na zranienie, ogólnie spodziewamy się, że inni - a zwłaszcza ci podobni do nas - nas nie skrzywdzą. Jak w przypadku wszystkich motywacji społecznych, ludzie różnią się między sobą poziomem zaufania okazywanego innym i światu, częściowo ze względu na indywidualne predyspozycje temperamentalne, a częściowo z uwagi na wczesnodziecięce doświadczenia. Jesteśmy tak mocno nastawieni na to, by ufać, że czujemy się zaskoczeni, rozgniewani i zranieni, gdy inni nas oszukają lub okłamią. Ufanie innym sprawia, że relacje międzyludzkie są prostsze i przyjemniejsze. Uwalnia nas od zamartwiania się, że ludzie wokół tylko czekają, by nas oszukać, lub że będą na nasz temat plotkować, jeśli ujawnimy swoje prawdziwe Ja. Dobrze wyraziła to powieściopisarka z epoki wiktoriańskiej, George Eliot: "Jaka samotność jest bardziej samotna niż ta, w której nie możesz komuś zaufać?".
Podobnie jak w odniesieniu do innych motywacji społecznych, także i w tym przypadku często zniekształcamy nasz obraz świata, by zaspokoić pragnienie zaufania i leżącą u jego źródeł wiarę w życzliwość otoczenia. Jeżeli ty lub ktoś, kogo znasz, został okradziony, zgwałcony, napadnięty albo przeżył inną traumę, to wiesz, jak dezorientujące jest to doświadczenie - ponieważ, poza szokiem i bólem wynikającymi z samego zdarzenia, na jakiś czas obraca w niwecz założenie, że świat jest bezpieczny i sprawiedliwy. Nasze zaufanie zostaje roztrzaskane. W powszechnej, lecz niefortunnej próbie poprawienia sobie samopoczucia i upewnienia się, że takie rzeczy nigdy nie mogłyby się przytrafić nam, możemy uciec się do obwiniania ofiary, starając się udowodnić, że swoim zachowaniem sama sprowokowała to, co ją spotkało[65].
Słowo podsumowania motywacji społecznych
Na stronach tej publikacji zobaczysz, że zrozumienie tych społecznych motywacji dostarcza soczewki, przez którą patrzymy na społeczne poznanie i zachowanie. Działamy najlepiej, kiedy czujemy przynależność, gdy jesteśmy w stanie przewidzieć rezultaty, możemy dokonywać własnych wyborów i sprawujemy kontrolę, a także kiedy wykonujemy pracę, która pozwala nam poczuć się potrzebnymi, i gdy ufamy ludziom, których kochamy i z którymi współpracujemy[66]. Dlatego kiedy ludzie wierzą w coś, co nie jest prawdziwe, lub robią rzeczy noszące znamiona szaleństwa, często wynika to z jakiegoś wypaczenia tych społecznych motywacji.
W rozdziale 1 zadałem pytanie, dlaczego nastolatkowie z klasy średniej, bez szczególnie silnych powiązań z religijnym fundamentalizmem opuszczają rodziny, by przyłączyć się do grupy terrorystycznej. Jaki człowiek w pełni władz umysłowych decyduje się na porzucenie stabilnego domu i dołączenie do ISIS, by z niemałym prawdopodobieństwem skończyć w samobójczym ataku bombowym? Arie Kruglanski, ekspert od terroryzmu, odkrył wśród terrorystów kilka podobieństw, wśród których trzy motywacje społeczne szczególnie rzucają się w oczy[67]. Po pierwsze, mają oni bardzo intensywną potrzebę przynależności, bycia częścią większej grupy, zapewniającej im tożsamość i cel. Po drugie, mają silną potrzebę pewności, porządku i struktury. Czarno-biały dogmat grup fundamentalistycznych daje jednoznaczne odpowiedzi - i pewność, której tak pragną w niepewnym świecie. I po trzecie, przynależność do grupy terrorystycznej eliminuje uczucie, że ich życie jest banalne i pozbawione znaczenia. Dzięki grupie terrorystycznej życie nabiera doniosłości, pojawia się intensywne poczucie sensu.
Chcę podkreślić, że większość ludzi potrafi zaspokajać te uniwersalne potrzeby w sposób kompatybilny z pokojowym istnieniem w swojej społeczności. Trzeba jednak pamiętać, że dla tych, którzy czują się zmarginalizowani i wyalienowani, potrzeba przynależności i znaczenia może być cenniejsza niż życie.
Postrzeganie i wyjaśnianie światów społecznych
Każdego dnia szukamy wyjaśnień mnóstwa wydarzeń: dlaczego Korea Północna zachowuje się tak nieracjonalnie? Dlaczego ta atrakcyjna osoba z drugiego końca sali mnie ignoruje? Jak to się stało, że na ostatnim zaliczeniu poszło mi tak źle, a tobie tak dobrze? Nasze wyjaśnienia są często racjonalne i dokładne, są jednak również podatne na zniekształcenia i niedokładności.
Atrybucje i wyjaśnienia: dlaczego ludzie robią to, co robią?
W połowie XX wieku Fritz Heider i Harold Kelley stwierdzili, że ludzie myślą jak "naiwni naukowcy"[68]. Nie sprawdzają swoich hipotez na temat zachowań tak systematycznie, jak robią to zawodowi naukowcy, niemniej próbują zrozumieć, dlaczego inni zachowują się właśnie tak, a nie inaczej. W tym celu dokonują atrybucji (causal attributions): chcą wiedzieć, co sprawiło, że Joe był podły, a Jim wspaniałomyślny. Czy zawsze zachowują się samolubnie lub wspaniałomyślnie, czy może na ich działania wpływ miała konkretna sytuacja?
Załóżmy, że idziesz z przyjacielem przez kampus i nagle widzicie, jak wasza koleżanka Margaux całuje Scotta. "Dlaczego to robi?", pyta przyjaciel. "Sądziłem, że go nie znosi". Zgodnie z teorią atrybucji (attribution theory) ludzie przed udzieleniem odpowiedzi dokonują jednego z dwóch rodzajów wyjaśnień przyczynowo-skutkowych: jedno nawiązuje do typowej osobowości tej osoby (atrybucje dyspozycyjne), drugie zaś do sytuacji, w której osoba ta się znalazła (atrybucje sytuacyjne). Czy Margaux chodzi po okolicy i bez wahania całuje każdego napotkanego człowieka? Jeśli tak, uznasz zapewne, że dziewczyna pocałowała Scotta, ponieważ jest osobą bardzo uczuciową. To atrybucja dyspozycyjna - wnioskujesz, że osoba zachowuje się w określony sposób ze względu na jej wewnętrzne czynniki, takie jak cechy osobowości lub motywacje.
Ale załóżmy, że wiesz, iż niemal każdy całuje Scotta. Teraz założysz, że Margaux pocałowała Scotta, ponieważ on po prostu jest do tego stworzony - zachowanie dziewczyny przypisujesz czynnikom sytuacyjnym. I wreszcie, jeśli Margaux całuje wyłącznie Scotta, i nikt poza nią tego nie robi, to wyjątkowość tego zachowania można przypisać jakiejś specyficznej relacji łączącej tę dwójkę. Być może uznasz, że albo są w sobie zakochani, albo Scott zrobił coś wyjątkowego, czym zasłużył sobie na buziaka.
Ten rodzaj analizy atrybucji może być niezwykle użyteczny i może nam pomóc w zdecydowanie ważniejszych decyzjach niż ustalenie, dlaczego ktoś kogoś pocałował. Nauczyciele muszą ustalić, dlaczego uczniowie mają trudności. Ławy przysięgłych muszą zdecydować o winie lub niewinności. Narody muszą wypracować odpowiedzi na prowokacje innych państw. We wszystkich tych przypadkach atrybucje mają poważne konsekwencje. Dlatego psychologowie społeczni zidentyfikowali różne czynniki wpływające na atrybucje i wyjaśnienia: podstawowy błąd atrybucji, samospełniające się przepowiednie oraz egotyzm atrybucyjny.
Podstawowy błąd atrybucji
Pojęcie podstawowego błędu atrybucji (fundamental attribution error) odwołuje się do ludzkiej skłonności przeszacowywania znaczenia czynników osobowościowych czy dyspozycyjnych względem wpływów sytuacyjnych i środowiskowych w opisywaniu i wyjaśnianiu zachowań innych ludzi[69]. Jeśli chcesz wyjaśnić, dlaczego twój kolega z klasy przestał się uczyć i prześlizguje się przez zaliczenia, będziesz zapewne szukał powodu w jego osobowości: "rozleniwił się" albo "nie jest taki mądry, jak sądziłem". W rezultacie dojdziesz raczej do przekonania, że twój kolega po prostu taki jest, a nie, że ma jakiś przejściowy, zewnętrzny problem, na przykład chorego rodzica.
Innym bardzo istotnym elementem sytuacji jest rola społeczna, którą właśnie odgrywamy. Mądry eksperyment przeprowadzony przez Lee Rossa, Teresę Amabile i Julię Steinmetz ilustruje niedocenianie znaczenia ról w wyjaśnianiu zachowań[70]. Badacze ci zorganizowali kwiz, w którym losowo przypisali uczestników do jednej z dwóch ról: (1) pytającego, którego zadaniem było przygotowanie trudnych pytań dla (2) zawodnika, którego zadaniem było udzielanie odpowiedzi. Temu symulowanemu kwizowi przyglądał się obserwator, oceniający później ogólną wiedzę pytającego i uczestnika. Spróbuj postawić się w roli obserwatora. Co widzisz? Zapewne dostrzeżesz jedną bardzo mądrą osobę o dużej wiedzy i głupkowatego ignoranta. Zauważ jednak, jak te dwie role określają zachowania uczestników. Pytający będzie się starał zadawać jak najtrudniejsze pytania na bazie wiedzy tajemnej: "Na jakim boisku baseballowym Babe Ruth zdobył swój przedostatni home run?", "Co jest stolicą Litwy?" i "Kiedy umarł Thomas Jefferson?".
Samo zadanie tych pytań sprawia, że pytający wydaje się mądry. Nieszczęsny uczestnik ma na nie odpowiedzieć i jest skazany na wiele niepowodzeń, przez co nie wygląda zbyt mądrze. I dokładnie to pokazał Ross z zespołem. Obserwatorzy czuli, że pytający mieli o wiele większą wiedzę niż uczestnicy. Ponieważ jednak wszyscy zostali do swoich ról przypisani w sposób losowy, jest skrajnie mało prawdopodobne, żeby wszyscy pytający rzeczywiście byli mądrzejsi i mieli większą wiedzę niż wszyscy uczestnicy. I oto zagwozdka: chociaż obserwatorzy wiedzieli, że uczestnicy zostali przypisani do ról w sposób losowy, mimo wszystko nie udało im się uznać wpływu ról społecznych na oceny uczestników kwizu. Wpadali w pułapkę przypisywania wszystkiego, co widzieli, dyspozycjom osobistym.
Podstawowy błąd atrybucji ma też konsekwencje dla naszego życia osobistego. Jeśli twój partner zrobi coś bezmyślnego, możesz dokonać atrybucji dyspozycyjnej ("Mój partner jest niewyobrażalną łajzą, musimy się rozstać") lub sytuacyjnej ("Mój partner musi być w pracy pod straszną presją, potrzebujemy urlopu"). Zgadnij, która atrybucja prowadzi do szczęśliwszych związków?
Atrybucje leżą również u źródeł przekonań o problemach społecznych i ich rozwiązaniach. Wielu Amerykanów postrzega osoby korzystające w supermarkecie z bonów żywnościowych od opieki społecznej jako niechętne pracy: "Gdyby się tylko trochę bardziej postarała, znalazłaby pracę". Albo powiedzą o skazanym włamywaczu: "To musi być okropny człowiek bez serca". Oba opisy mogą być właściwe, ale mogą też wynikać z niezauważonego podstawowego błędu atrybucji. Wiele innych czynników, wykraczających poza osobowość, może wyjaśniać, dlaczego ktoś jest biedny lub popełnia przestępstwo - brak miejsc pracy, analfabetyzm, recesja czy dorastanie w dysfunkcyjnej rodzinie.
Nie chcę przez to powiedzieć, że przestępcy nie powinni odpowiadać za swoje czyny. I zdecydowanie nie kwestionuję istnienia czynników dyspozycyjnych, takich jak lenistwo, bezduszność czy nikczemność. One istnieją! Niemniej skupianie się raczej na czynnikach dyspozycyjnych niż na sytuacyjnych będzie skutkowało odmienną polityką mającą ograniczać biedę i przestępczość. Atrybucja "ten przestępca jest do cna zły" doprowadzi nas do wydawania coraz większych kwot na więzienia i orzekania coraz wyższych i okrutniejszych kar pozbawienia wolności. Natomiast dostrzeganie przyczyny przestępczości w dużej mierze w bezrobociu, niewłaściwych wzorcach społecznych i analfabetyzmie poskutkuje zwiększeniem nakładów na szkolnictwo i wprowadzaniem ulg podatkowych dla biznesu inwestującego w obszary dotknięte biedą.
Nasza wiedza na temat podstawowego błędu atrybucji powinna przynajmniej wyczulić nas na ewentualność, że atrybucje, jakich dokonujemy, nie zawsze będą właściwe. Ukierunkowując nas na rozpatrzenie sił sytuacyjnych, przypomina, że sami możemy znaleźć się w sytuacjach sprawiających, że zachowamy się źle. Powinniśmy wziąć sobie do serca motto reformatora Kościoła anglikańskiego, Johna Bradforda: "Gdyby nie łaska Boga, to byłbym ja".
Atrybucje sukcesu i porażki - i samospełniające się przepowiednie
Ze wszystkich naszych atrybucji najważniejsze są te dotyczące sukcesów i porażek, ponieważ oddziałują na nasze poczucie kontroli. Gdy dzieci mają problemy w szkole lub polegną na sprawdzianach, wyjaśnienia, po które sięgają na własne potrzeby i po to, żeby usprawiedliwić się przed innymi, zdeterminują, czy będą nadal ponosić porażki - czy też wreszcie uda im się osiągnąć sukces.
Kiedy atrybucje na temat naszych osiągnięć mają charakter dyspozycyjny, przyczyn doszukujemy się w nas, tłumacząc sukcesy i porażki własną osobowością, zdolnościami czy wysiłkiem. Gdy zaś dokonujemy atrybucji sytuacyjnych, przyczyn szukamy w trudności zadania czy w warunkach, w jakich przyszło nam je realizować. Jeśli polegniesz na teście z matematyki, możesz uznać, że twoja porażka wynikła z czegoś wewnętrznego ("Jestem słaby/a z matmy", "nie uczyłem/am się wystarczająco solidnie") lub zewnętrznego ("Test był potwornie trudny czy podchwytliwy", "W sali był hałas i nie mogłem/am się skupić").
Z czasem ludzie wykształcają zwyczajowy wzorzec wyjaśniania własnych sukcesów i porażek i ten styl wyjaśniania (explanatory style) wpływa na ich poczucie kontroli i samopoczucie emocjonalne[71]. Ludzie z pesymistycznym stylem wyjaśniania są nieprzerwanie markotni, ponieważ żywią przekonanie, że przyczyna problemów jest w ich życiu czymś stałym, nie da się zmienić i będzie ich prześladować do końca życia ("Po prostu jestem we wszystkim do niczego i nic, cokolwiek zrobię, już tego nie zmieni"). Natomiast ludzie z optymistycznym stylem wyjaśniania zdarzeń przypisują swoje porażki przyczynom zewnętrznym, sytuacyjnym i podlegającym ich kontroli. Powiedzą: "Taaa, zawaliłem/am ten konkretny sprawdzian z matematyki, ale następnym razem pouczę się więcej i się poprawię. Poza tym to był naprawdę trudny test, a na innych sprawdzianach szło mi całkiem dobrze".
Jest oczywiste, że takie atrybucje prowadzą do rozbudowanych narracji determinujących przyszłe sukcesy lub porażki. Ten mechanizm wiedzie do powstania samospełniającej się przepowiedni (self-fulfilling prophecy) - przyjmujemy pierwotną atrybucję własnego zachowania i później robimy wszystko, by ją potwierdzić. "Oblałem egzamin, więc jestem głupi. Dlatego nie będę się uczył. I dlatego znowu obleję. Widzisz? Mówiłem, że jestem głąbem". Możemy też stworzyć pozytywne samospełniające się proroctwa: "Oblałem/am egzamin, więc najwyraźniej za mało się uczyłem/am. Dlatego następnym razem będę się uczyć więcej i upewnię się, że rozumiem cały materiał. Dlatego poradzę sobie lepiej. Widzisz? Mówiłem/am ci, że dam radę".
Samospełniające się przepowiednie mają też zastosowanie do sposobu, w jaki oceniamy innych ludzi. Sądzimy, że są głupi, więc traktujemy ich tak, jakby byli głupi, więc zachowują się w sposób spełniający nasze założenia o ich głupocie. W klasycznym eksperymencie, który pokazał ten smutny cykl, Robert Rosenthal i Lenore Jacobson[72] wpoili nauczycielom fałszywe stereotypy o uczniach. Wynikające z tego atrybucje wpływały na to, jak dobrze ci uczniowie sobie radzili. Oto przebieg badania: eksperymentatorzy najpierw zrobili test inteligencji wszystkim dzieciom w pewnej szkole podstawowej. Po podliczeniu wyników z każdej klasy losowo wybrano 20% dzieci i poinformowano nauczycieli, że ci uczniowie zaraz "rozkwitną", że są u progu ogromnego skoku intelektualnego w nadchodzącym roku. Ta całkowicie fałszywa informacja sprawiła, że u nauczycieli powstały pozytywne oczekiwania wobec części uczniów. Wszystko, co teraz mieli zrobić badacze, to usiąść i patrzeć. Pod koniec roku szkolnego ponownie przeprowadzili test inteligencji.
Ogólnie wyniki wszystkich dzieci znacząco się przez ten rok poprawiły, niemniej dzieci określone jako mające aktualnie wyjątkowo duży potencjał wykonały skok o wiele większy niż uczniowie bez takiej etykiety. Najwyraźniej nauczyciele, uwierzywszy, że ta grupa rozkwitnie, poświęcali jej więcej uwagi, traktowali jej członków z większym szacunkiem i pomagali im zdobyć większą pewność co do własnych kompetencji. W rezultacie dzieci spełniły pozytywne oczekiwania nauczycieli.
Opisany efekt stwierdzono przede wszystkim wśród pierwszo- i drugoklasistów, co sugeruje, że dzieci są szczególnie podatne na oczekiwania nauczycieli, kiedy pojawiają się w nowej szkole i ich przekonanie o własnych możliwościach szkolnych wciąż się formuje. W starszych klasach różnice w punktacji były mniejsze lub nie występowały wcale. Warto wskazać, że wpływ oczekiwań nauczycieli był większy dla uczniów z grup mniejszościowych i utrzymywał się dłużej, co sugeruje, że dzieci z tych społeczności są szczególnie wrażliwe na sposób traktowania przez nauczycieli[73].
Wpływ kontekstu na osądy społeczne
Podstawową zasadą poznania społecznego jest to, że wszelkie osądy są względne; to, jak postrzegamy i jak myślimy o człowieku lub wydarzeniu, zależy od kontekstu społecznego. "Kontekst społeczny" jest całkiem pojemnym pojęciem, dlatego chcę tu omówić kilka sposobów, jak świat zewnętrzny toruje sobie drogę do naszych umysłów i wpływa na podejmowane przez nas decyzje i formułowane wyjaśnienia.
Efekty kontrastu i porównania społeczne
Obiekt może wydawać się lepszy lub gorszy, niż jest w rzeczywistości, w zależności od tego, z czym go porównujemy. Większość sprzedawców pośrednio to rozumie, a niektórzy to wykorzystują. Pozwól, że zabiorę cię na oglądanie domów z agentem nieruchomości. Najpierw zatrzymamy się przy małym domku z dwiema sypialniami, na maleńkiej działce. Dom wymaga świeżej farby, wnętrze jest zagracone, linoleum w kuchni ma wybrzuszenia; wykładzina w salonie jest zużyta i brzydko pachnie. Kiedy agent podaje ci cenę wywoławczą, wpadasz w osłupienie: "Jasny gwint! Tyle chcą za tę chałupę? Trzeba być głupcem, żeby zapłacić tyle za taką ruderę!". Ty nim nie jesteś i zapewne trudno byłoby znaleźć kogoś, kto by się na tę ofertę połakomił. Teraz agent zabiera cię na oględziny przeciętnego domu. Czyżbyś nabierał/a podejrzeń, że obejrzenie rozwalającego się domu na początku waszej przejażdżki może wpłynąć na twoją ocenę drugiej nieruchomości? Masz rację. Rudera jest przynętą, stworzoną po to, by wpłynąć na twoje postrzeganie kolejnej oferty.
W większości restauracji możesz w karcie win znaleźć ogromny rozstrzał cenowy. Powiedzmy, że mamy w niej cztery wina ze szczepu Merlot w cenie 14, 35, 70 i 170 dolarów za butelkę. I chociaż restauracja raczej nie sprzedaje wielu butelek za 170 dolarów, istnienie tej pozycji w karcie sprawia, że pozostałe wina, w porównaniu, wydają się tańsze. A ponieważ większość ludzi nie chce wyjść w restauracji na sknerę, zamawiając wino najtańsze, strategiczne zamieszczenie w karcie bardzo taniej przynęty pozwala wywindować ceny drugiej i trzeciej tańszej butelki, każąc ci za nie zapłacić o wiele więcej, niż są warte[74].
Zasadą leżącą u podstaw stosowania takich przynęt jest efekt kontrastu (contrast effect) - zmiana twojego sposobu postrzegania jednego dobra w porównaniu z innym, podobnym. Przez kontrast z ruderą o zawyżonej cenie, przeciętny dom z przeciętną ceną wydaje się okazją; kontrast między butelką za 170 dolarów a tą za 70 sprawia, że cena tej ostatniej wydaje się w sam raz. Kiedy skontrastujemy coś z artykułem podobnym, ale nie aż tak dobrym (nie aż tak ładnym, dużym, niedrogim), ocenimy to jako ładniejsze, większe, bardziej okazyjne niż w sytuacji, w której nie byłoby tego kontrastu. W klasycznej powieści Jonathana Swifta Podróże Guliwera bohater, mężczyzna przeciętnego wzrostu, jest przez Liliputów postrzegany jako gigant, natomiast podczas podróży do Brobdingnag zamieszkanej przez gigantów staje się karzełkiem.
Efekty kontrastu mogą być wykorzystywane strategicznie z ogromnym sukcesem. Sprzedawca używanych samochodów może postawić starego grata przy wejściu, by poprawić wrażenie wywierane przez samochody w jego bezpośrednim otoczeniu. Kandydat na prezydenta może wybrać sobie wiceprezydenta niższego wzrostem, by w ten sposób poprawić postrzeganie własnych prezydenckich atrybutów. Często nie poświęcamy zbyt wielkiej uwagi wpływom kontekstu, jeszcze mniej zajmuje nas pytanie o trafność przedstawianych alternatyw. To zwiększa siłę "wytwarzaczy kontekstu" - polityków, reklamodawców, sprzedawców - kontekst, który tworzą, wpływa na nasze postrzeganie i oceny, usypiając czujność i skłaniając do decyzji, których byśmy w innych okolicznościach nie podjęli.
Ważne osądy na nasz temat również podlegają wpływowi efektów kontrastu. Jednym z najpotężniejszych źródeł informacji o nas samych są porównania społeczne (social comparison), proces, w którym oceniamy nasze zdolności, osiągnięcia, postawy i inne charakterystyki przez porównanie się z innymi. W zależności od tego, z kim będziemy się porównywać, wyniki takiego zestawienia mogą mieć wartość informacyjną, mogą dać nam poczucie komfortu, inspirować lub podcinać skrzydła. Dlatego tak wielu prymusów przeżywa spadek poczucia własnej wartości, trafiając do elitarnego college'u, gdzie otaczają ich inni prymusi. Nagle nie są już najmądrzejszymi dzieciakami w okolicy i czują się nieinteligentni przez sam fakt bycia średniakiem w nowym kontekście[75]. Podobnie, kiedy młode kobiety oglądają zdjęcia modelek w mediach, oceniają się jako mniej atrakcyjne niż wtedy, kiedy oglądają zdjęcia kobiet o przeciętnej aparycji[76]. Wielu ludzi cierpi też na "Facebookowego bluesa", niejasne przygnębienie towarzyszące podglądaniu życia znajomych i wnioskowaniu, że jest idealne - albo na takie wygląda dzięki tym wszystkim zdjęciom odwiedzanych miejsc, ślicznych szczeniaczków, idealnych rodzin, wspaniałych przyjęć i tak dalej[77].
Sonja Lyubomirsky zaobserwowała kiedyś, że to właśnie porównania społeczne winne są uczuciom niższości i niezadowolenia. Nie ma znaczenia, jak dobra jest twoja sytuacja - zawsze znajdzie się ktoś, kto pokaże ci mniej korzystny kontrast - ktoś z silniejszym ciałem, bardziej wysportowany, mający więcej znajomych na Facebooku, lepszą pensję czy większy jacht. Porównań społecznych nie da się uniknąć, pojawiają się automatycznie i bez wysiłku. Gdy badaczka porównała postrzeganie społeczne ludzi szczęśliwych i nieszczęśliwych, odkryła, że ludzie najszczęśliwsi nie oceniają się przez pryzmat tego, co robią inni, ale tworzą i wykorzystują własne wewnętrzne standardy sukcesu[78]. Możemy też uniknąć bolesnych porównań z innymi, pielęgnując coś, co Carol Dweck nazywa nastawieniem rozwojowym (growth mindset) - przekonaniem o ludzkiej zdolności do rozwoju i dążeniem do stawania się coraz lepszym. Zdaniem tej badaczki możemy nauczyć się postrzegać innych jako źródło inspiracji i wiedzy, a nie przyczynek do poczucia własnej niższości[79].
Przypisy
[1] Clark, K., Clark, M. (1947). Racial identification and preference in Negro children. W: T.M. Newcomb, E.L. Hartley (red.), Readings in social psychology (s. 169-178). New York: Holt.
[2] Voigt, R., Camp, N., Prabhakaran, V., Hamilton, W., Hetey, R., Griffiths, C. i wsp. (2017). Language from police body camera footage shows racial disparities in officer respect. Proceedings of the National Academy of Sciences, 114, 6521-6526.
[3] Hawkins, S.A., Hastie, R. (1990). Hindsight: Biased judgments of past events after the outcomes are known. Psychological Bulletin, 107, 311-327.
[4] Kang, C. (2016). Fake news onslaught targets pizzeria as nest of child trafficking. New York Times, 21 listopada.
[5] Panati, C. (1987). Extraordinary origins of everyday things. New York: Harper & Row.
[6] Süskind, P. (1996). Pachnidło. Historia pewnego mordercy, przeł. M. Łukasiewicz. Warszawa: Świat Książki.
[7] Golden, C. (2003). Images of the woman reader in Victorian British and American fiction. Gainesville, FL: University Press of Florida.
[8] Nin, A. Seduction of the minotaur. Athens, OH: Swallow Press 1961.
[9] Bentham, J. (1876/1948). A fragment on government and an introduction to the principles of morals and legislation. Oxford: Blackwell. Współczesna wersja rachunku szczęśliwości zob. Fishbein, M., Ajzen, I. (1975). Belief, attitude, intention, and behavior: An introduction to theory and research. Reading, MA: Addison-Wesley.
[10] Fiske, S.T., Taylor, S.E. (1991). Social cognition. New York: McGraw-Hill; Kool, W., McGuire, J.T., Rosen, Z.B., Botvinick, M.M. (2010). Decision making and the avoidance of cognitive demand. Journal of Experimental Psychology, 139, 665.
[11] Mani, A., Mullainathan, S., Shafir, E., Zhao, J. (2013). Poverty impedes cognitive function. Science, 341, 976-980.
[12] Watson, J.B., Behaviorism (wyd. popr.). Chicago: University of Chicago Press.
[13] Pinker, S. (2005). Tabula rasa. Spory o naturę ludzką, przeł. A. Nowak. Sopot: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.
[14] Bloom, P. (2013). Just babies: The origins of good and evil. New York: Crown.
[15] Barkow, J.H., Cosmides, L., Tooby, J. (red.) (1995). The adapted mind: Evolutionary psychology and the generation of culture. New York: Oxford University Press; Zihlman, A.L., Bolter, D.R. (2015). Body composition in Pan paniscus compared with Homo sapiens has implications for changes during human evolution. Proceedings of the National Academy of Sciences, 112, 7466-7471.
[16] Dunbar, R.M. (1992) Neocortex size as a constraint on group size in primates. Journal of Human Evolution, 22, 469-493; Gonçalves, B., Perra, N., Vespignani, A. (2011). Modeling users' activity on twitter networks: Validation of Dunbar's number. PLoS One, 6, e22656.
[17] Gonçalves, B., Perra, N., Vespignani, A. (2011). Modeling users' activity ..., dz. cyt.
[18] Bickel, R., Howley, C. (2000). The influence of scale on school performance. Education Policy Analysis Archives, 8, 22; McRobbie, J. (2001). Are small schools better? San Francisco: Wested.
[19] Medina, J. (2008). Brain rules. Seattle, WA: Pear Press.
[20] Kenrick, D. (2013). Sex, murder, and the meaning of life. New York: Basic Books.
[21] Pronin, E., Lin, D.Y., Ross, L. (2002). The bias blind spot: Perceptions of bias in self versus others. Personality and Social Psychology Bulletin, 28, 369-381; Banaji, M.R., Greenwald, A.G. (2013). Blindspot: Hidden biases of good people. New York: Delacorte Press.
[22] Bronowski, J. (1973). The ascent of man. Boston: Little, Brown.
[23] Nickerson, R.S. (1998). Confirmation bias: A ubiquitous phenomenon in many guises. Review of general psychology, 2, 175; Snyder, M., Swann, W.B. (1978). Hypothesis-testing processes in social interaction. Journal of Personality and Social Psychology, 36, 1202-1212.
[24] Greenberg, J., Pyszczynski, T., Solomon, S. (1982). The self-serving attributional bias: Beyond self-presentation. Journal of Experimental Social Psychology, 18, 56-67; Arkin, R.M., Maruyama, G.M. (1979). Attribution, affect, and college exam performance. Journal of Educational Psychology, 71, 85-93; Gilovich, T. (1983). Biased evaluation and persistence in gambling. Journal of Personality and Social Psychology, 44, 1110-1126; Ross, M., Sicoly, F. (1979). Egocentric biases in availability and attribution. Journal of Personality and Social Psychology, 37, 322-336; Breckler, S.J., Pratkanis, A.R., McCann, D. (1991). The representation of self in multidimensional cognitive space. British Journal of Social Psychology, 30, 97-112; Johnston, W.A. (1967). Individual performance and self-evaluation in a simulated team. Organization Behavior and Human Performance, 2, 309-328; Cunningham, J.D., Starr, P.A., Kanouse, D.E. (1979). Self as actor, active observer, and passive observer: Implications for causal attribution. Journal of Personality and Social Psychology, 37, 1146-1152.
[25] Gilovich, T., Medvec, V.H., Savitsky, K. (2000). The spotlight effect in social judgment: An egocentric bias in estimates of the salience of one's own actions and appearance. Journal of Personality and Social Psychology, 78, 211-222.
[26] Petty, R.E., Brock, T.C. (1979). Effects of "Barnum" personality assessments on cognitive behavior. Journal of Consulting and Clinical Psychology, 47, 201-203.
[27] Baumeister, R.F., Bratslavsky, E., Finkenauer, C., Vohs, K.D. (2001). Bad is stronger than good. Review of General Psychology, 5, 323.
[28] Luhmann, M., Hofmann, W., Eid, M., Lucas, R.E. (2012). Subjective well being and adaptation to life events: A meta-analysis. Journal of Personality and Social Psychology, 102, 592-615.
[29] Baumeister, R.F., Bratslavsky, E., Finkenauer, C., Vohs, K.D. (2001). Bad is stronger than good..., dz. cyt.
[30] Kahneman, D., Tversky, A. (1992). Advances in prospect theory: Cumulative representation of uncertainty. Journal of Risk and Uncertainty, 5, 297-323.
[31] Fryer Jr, R.G., Levitt, S.D., List, J., Sadoff, S. (2012). Enhancing the efficacy of teacher incentives through loss aversion: A field experiment (No. w18237). National Bureau of Economic Research.
[32] Gonzales, M.H., Aronson, E., Costanzo, M. (1988). Increasing the effectiveness of energy auditors: A field experiment. Journal of Applied Social Psychology, 18, 1046-1066.
[33] Dwie doskonałe prace o społecznej psychologii szczęścia: Haidt, J. (2007). Szczęście: od mądrości starożytnych po koncepcje współczesne, przeł. A. Nowak-Młynikowska. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne; Lyubomirsky, S. (2008). The how of happiness: A scientific approach to getting the life you want. New York: Penguin.
[34] Lyubomirsky, S., Dickerhoof, R., Boehm, J.K., Sheldon, K.M. (2011). Becoming happier takes both a will and a proper way: An experimental longitudinal intervention to boost well-being. Emotion, 11, 391.
[35] Kahneman, D. (2012). Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnym, przeł. P. Szymczak. Poznań: Media Rodzina.
[36] Ophir, E., Nass, C., Wagner, A.D. (2009). Cognitive control in media multitaskers. Proceedings of the National Academy of Sciences, 106, 15 583-15 587.
[37] Haidt, J. (2014). Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?, przeł. A. Nowak-Młynikowska. Sopot: Wydawnictwo Smak Słowa.
[38] Liu, J., Li, J., Feng, L., Li, L., Tian, J., Lee, K. (2014). Seeing Jesus in toast: Neural and behavioral correlates of face pareidolia. Cortex, 53, 60-77.
[39] Heider, F., Simmel, M. (1944). An experimental study of apparent behavior. American Journal of Psychology, 57, 243-259.
[40] Lieberman, M.D. (2013). Social: Why our brains are wired to connect. New York: Crown.
[41] Hamilton, D.L., Katz, L.B., Leirer, V.O. (1980). Cognitive representation of personality impressions: Organizational processes in first impression formation. Journal of Personality and Social Psychology, 39, 1050.
[42] Eisenberger, N.I. (2012). Broken hearts and broken bones: A neural perspective on the similarities between social and physical pain. Current Directions in Psychological Science, 21, 42-47.
[43] Eisenberger, N.I., Lieberman, M.D., Williams, K.D. (2003). Does rejection hurt? An fMRI study of social exclusion. Science, 302, 290-292; Eisenberger, N.I., Lieberman, M.D., Williams, K.D. (2003). Why rejection hurts: A common neural alarm system for physical and social pain. Trends in Cognitive Sciences, 8, 294-300.
[44] Olson, K. (2015). Wounded by school: Recapturing the joy in learning and standing up to old school culture. New York: Teachers College Press.
[45] Crisp, R.J., Hewstone, M. (red.) (2007). Multiple social categorization. San Diego, CA: Elsevier Academic Press.
[46] Tajfel, H. (1981). Human groups and social categories. Cambridge: Cambridge University Press.
[47] Meissner, C.A., Brigham, J.C. (2001). Thirty years of investigating the own-race bias in memory for faces: A meta-analytic review. Psychology, Public Policy, and Law, 7, 3-35.
[48] Tajfel, H., Billig, M.G., Bundy, R.P., Flament, C. (1971). Social categorization and intergroup behaviour. European Journal of Social Psychology, 1, 149-178.
[49] Cohen, G.L. (2003). Party over policy: The dominating impact of group influence on political beliefs. Journal of Personality and Social Psychology, 85, 808.
[50] Hastorf, A.H., Cantril, H. (1954). They saw a game; a case study. Journal of Abnormal and Social Psychology, 49, 129.
[51] Sloman, S., Fernbach, P. (2017). The knowledge illusion. New York: Riverhead Books.
[52] Yudkin, D., Van Bavel, J. (2016). The roots of implicit bias. New York Times, 9 grudnia.
[53] Yudkin, D.A., Rothmund, T., Twardawski, M., Thalla, N., Van Bavel, J.J. (2016). Reflexive intergroup bias in third-party punishment. Journal of Experimental Psychology: General, 145, 1448-1459.
[54] Fiske, S.T. (2009). Social beings: Core motives in social psychology. New York: John Wiley & Sons.
[55] Baumeister, R.F., Leary, M.R. (1995). The need to belong: Desire for interpersonal attachments as a fundamental human motivation. Psychological Bulletin, 117, 497.
[56] Casella, J., Ridgeway, J., Shourd, S. (2016). Hell is a very small place: Voices from solitary confinement. New York: The New Press.
[57] Haney, C. (2003). Mental health issues in long-term solitary and "supermax" confinement. NCCD News, 49, 124-156.
[58] Baumeister, R., Tice, D. (2017). The social animal encounters social rejection: Cognitive, behavioral, emotional, and interpersonal effects of being excluded. W: J. Aronson, E. Aronson (red.), Readings about the social animal (wyd. 12). New York: Worth/Freeman.
[59] Bastian, B., Haslam, N. (2010). Excluded from humanity: The dehumanizing effects of social ostracism. Journal of Experimental Social Psychology, 46, 107-113; Wesselmann, E.D., Grzybowski, M.R., Steakley-Freeman, D.M., DeSouza, E.R., Nezlek, J.B., Williams, K.D. (2016). Social exclusion in everyday life. W: P. Riva, J. Eck (red.), Social exclusion: Psychological approaches to understanding and reducing its impact (s. 3-23). New York: Springer International Publishing; Pickett, C.L., Gardner, W.L. (2005). The social monitoring system: Enhanced sensitivity to social cues and information as an adaptive response to social exclusion and belonging need. W: K.D. Williams, J.P. Forgas, W. von Hippel (red.), The social outcast: Ostracism, social exclusion, rejection, and bullying (s. 213-226). New York: Psychology Press; Bernstein, M.J., Young, S.G., Brown, C.M., Sacco, D.F., Claypool, H.M. (2008). Adaptive responses to social exclusion: Social rejection improves detection of real and fake smiles. Psychological Science, 19, 981-983.
[60] Loersch, C., Arbuckle, N.L. (2013). Unraveling the mystery of music: Music as an evolved group process. Journal of Personality and Social Psychology, 105, 777.
[61] De Berker, A.O., Rutledge, R.B., Mathys, C., Marshall, L., Cross, G.F., Dolan, R.J., Bestmann, S. (2016). Computations of uncertainty mediate acute stress responses in humans. Nature Communications, 7, 10 996.
[62] McEwen, B.S., Gianaros, P.J. (2010). Central role of the brain in stress and adaptation: Links to socioeconomic status, health, and disease. Annals of the New York Academy of Sciences, 1186, 190-222.
[63] Leary, M.R., Baumeister, R.F. (2000). The nature and function of self esteem: Sociometer theory. Advances in Experimental Social Psychology, 32, 1-62.
[64] Peterson-Smith, K. (2015). Black lives matter: A new movement takes shape. International Socialist Review, 96.
[65] Lerner, M.J. (1980). The belief in a just world. W: tenże, The belief in a just world: A fundamental delusion (s. 9-30). New York: Springer US; Hafer, C.L., B?gue, L. (2005). Experimental research on just-world theory: Problems, developments, and future challenges. Psychological Bulletin, 131, 128.
[66] Deci, E.L., Ryan, R.M. (2000). The "what" and "why" of goal pursuits: Human needs and the self-determination of behavior. Psychological Inquiry, 11, 227-268; Fiske, S.T. (2009). Social beings..., dz. cyt.
[67] Webber, D., Kruglanski, A.W. (2017). The social psychological makings of a terrorist. Current Opinion in Psychology, 19, 131-134; Kruglanski, A.W., Chen, X., Dechesne, M., Fishman, S., Orehek, E. (2009). Fully committed: Suicide bombers' motivation and the quest for personal significance. Political Psychology, 30, 331-357.
[68] Heider, F. (2013). The psychology of interpersonal relations. New York: Psychology Press; Kelley, H.H. (1967). Attribution theory in social psychology. W: D. Levine, D.E. Berlyne (red.), Nebraska symposium on motivation (t. 15, s. 192-241). Lincoln: University of Nebraska Press; Kelley, H.H. (1973). The process of causal attribution. American Psychologist, 28, 107-128. Co ciekawe, można się spotkać z opinią, że nawet naukowcy nie zawsze myślą jak naukowcy i padają ofiarą niektórych zniekształceń i błędów opisanych w tym rozdziale. Zob. Greenwald, A.G., Pratkanis, A.R., Leippe, M.R., Baumgardner, M.H. (1986). Under what conditions does theory obstruct research progress? Psychological Review, 93, 216-229.
[69] Gilbert, D.T., Malone, P.S. (1995). The correspondence bias. Psychological Bulletin, 117, 21.
[70] Ross, L., Amabile, T.M., Steinmetz, J.L. (1977). Social roles, social control, and biases in social-perception processes. Journal of Personality and Social Psychology, 35, 485-494.
[71] Buchanan, G.M., Seligman, M. (2013). Explanatory style. New York: Routledge.
[72] Rosenthal, R., Jacobson, L. (1968). Pygmalion in the classroom. New York: Holt, Rinehart & Winston; Rosenthal, R. (2002). The Pygmalion effect and its mediating mechanisms. W: J. Aronson (red.), Improving academic achievement: Impact of psychological factors on education (s. 25-36). San Diego, CA: Academic Press.
[73] Jussim, L., Harber, K.D. (2005). Teacher expectations and self-fulfilling prophecies: Knowns and unknowns, resolved and unresolved controversies. Personality and Social Psychology Review, 9, 131-155.
[74] Simonson, I., Tversky, A. (1992). Choice in context: Tradeoff contrast and extremeness aversion. Journal of Marketing, 29, 281; Gilbert, D.T. (2006). Stumbling on happiness. New York: Knopf.
[75] Marsh, H.W., Kong, C.-K., Hau, K.-T. (2000). Longitudinal multilevel models of the big-fish-little-pond effect on academic self-concept: Counterbalancing contrast and reflected glory effects in Hong Kong schools. Journal of Personality and Social Psychology, 78, 337-349.
[76] Thornton, B., Maurice, J. (1997). Physique contrast effect: Adverse impact of idealized body images for women. Sex Roles, 37, 433-439.
[77] Shensa, A., Escobar-Viera, C.G., Sidani, J.E., Bowman, N.D., Marshal, M.P., Primack, B.A. (2017). Problematic social media use and depressive symptoms among US young adults: A nationally-representative study. Social Science & Medicine, 182, 150-157.
[78] Lyubomirsky, S. (2013). The myths of happiness: What should make you happy, but doesn't, what shouldn't make you happy, but does. New York: Penguin.
[79] Dweck, C.S. (2006). Mindset: The new psychology of success. New York: Random House Incorporated.