Człowiek ilustrowany - Ray Bradbury

Reflow text when sidebars are open.
PROLOG:
Człowiek Ilustrowany
Człowieka Ilustrowanego poznałem pewnego ciepłego wrześniowego popołudnia. Maszerowałem wówczas poboczem asfaltowej szosy, pokonując ostatni etap dwutygodniowej pieszej wędrówki po stanie Wisconsin. Późnym popołudniem zatrzymałem się, zjadłem wieprzowinę z fasolą i pączka, i właśnie miałem położyć się i poczytać, gdy Człowiek Ilustrowany wynurzył się zza wzgórza i przystanął na moment -?ciemna sylwetka na tle nieba.
Wówczas nie wiedziałem jeszcze, że jest Ilustrowany. Widziałem jedynie wysokiego, niegdyś muskularnego mężczyznę, którego mięśnie z nieznanych przyczyn zaczynały porastać tłuszczem. Pamiętam, że miał długie ręce i potężne dłonie, lecz jego twarz przypominała oblicze dziecka.
Zdawało się, iż wyczuł moją obecność, przemówił bowiem, w ogóle na mnie nie patrząc:
-?Wie pan, gdzie mógłbym znaleźć pracę?
-?Niestety nie -?odparłem.
-?Od czterdziestu lat nie zdołałem nigdzie zaczepić się na dłużej.
Choć mimo późnego popołudnia wciąż panował upał, przybysz miał na sobie wełnianą koszulę zapiętą pod szyją. Spuszczone rękawy zasłaniały grube przeguby. Po twarzy spływały mu strugi potu, on jednak nawet nie próbował się rozpiąć.
-?Cóż -?rzekł w końcu -?równie dobrze mogę spędzić noc tutaj. Nie przeszkadza panu towarzystwo?
-?Chętnie podzielę się z panem prowiantem -?odparłem.
Usiadł ciężko, odchrząkując.
-?Pożałuje pan, że mnie zaprosił -?rzekł. -?Wszyscy żałują. To dlatego wciąż jestem w drodze. No proszę, mamy właśnie początek września, szczyt sezonu lunaparkowego. Powinienem zarabiać stosy pieniędzy, jeździć z miasteczka do miasteczka, a oto tkwię tutaj bez żadnych perspektyw.
Zdjął wielgachny but i przyjrzał mu się uważnie.
-?Zazwyczaj udaje mi się utrzymać posadę jakieś dziesięć dni. Potem coś się dzieje i wyrzucają mnie. Wszystkie lunaparki w Ameryce unikają mnie jak zarazy.
-?Ale w czym problem? -?spytałem.
Zamiast odpowiedzi powoli rozpiął ciasny kołnierzyk. Z zamkniętymi oczami odpinał kolejne guziki koszuli, aż do samego dołu. Następnie przesunął dłonią po piersi.
-?Zabawne -?powiedział, nie otwierając oczu. -?Nie da się ich wyczuć, ale nadal tu są. Wciąż mam nadzieję, że pewnego dnia spojrzę, a ich nie będzie. Godzinami maszeruję w najgorętszym słońcu, smażąc się w upale, z nadzieją, że mój pot je zmyje, słońce wypali, lecz o zmierzchu ciągle tu są. -?Zwrócił głowę w moją stronę i odsłonił pierś. -?Wciąż je widać?
Po długiej chwili wypuściłem powietrze.
-?Tak -?odparłem. -?Wciąż je widać.
Ilustracje.
-?Zapinam się także z powodu dzieci -?rzekł, otwierając oczy. -?Włóczą się za mną po wiejskich drogach. Wszyscy chcą oglądać obrazki, a przecież nikt tak naprawdę nie chce ich widzieć.
Zdjął koszulę i wyżął ją w rękach. Od błękitnej wytatuowanej opaski na szyi aż do pasa pokrywały go Ilustracje.
-?Są też niżej -?dodał, zgadując, o czym myślę. -?Cały jestem wytatuowany. Proszę spojrzeć.
Uniósł rękę. Na dłoni miał różę, świeżo zerwaną; na jej miękkich różowych płatkach połyskiwały krople krystalicznie czystej wody. Wyciągnąłem rękę, żeby jej dotknąć, ale była to tylko Ilustracja.
Nie wiem, jak długo siedziałem i wpatrywałem się w niego, pokrywał go bowiem szaleńczy tłum rakiet, fontann i ludzi, oddanych z tak wspaniałym wyczuciem barw i szczegółów, że niemal słyszało się szmer cichych, piskliwych głosów tłumów istot zamieszkujących ciało mężczyzny. Gdy jego mięśnie drżały, maleńkie usta otwierały się, małe zielonozłote oczy mrugały, różowe dłonie gestykulowały. Na piersi nieznajomego widać było żółte łąki, błękitne rzeki i góry, gwiazdy, słońca i planety tworzące Mleczną Drogę. Byli też ludzie, dwadzieścia lub więcej grupek pokrywających ramiona, plecy, ręce, boki i przeguby, a także brzuch. Tkwili w poszyciu włosów, czaili się wśród konstelacji piegów i wyglądali z jaskiń pach, a ich oczy lśniły niczym diamenty. Każdy zajmował się własnymi sprawami; kolejne portrety w niezwykłej galerii.
-?Ależ to piękne! -?wykrzyknąłem.
Jak mam opisać jego Ilustracje? Gdyby El Greco w największym rozkwicie swego talentu malował miniatury nie większe niż ludzka dłoń, jak zwykle u niego dokładnie oddane w niezdrowych barwach, wydłużone, zniekształcone anatomicznie, mógłby użyć ciała tego człowieka jako modela. Kolory płonęły w trzech wymiarach. Ilustracje były niczym okna ukazujące ognistą rzeczywistość. Zgromadzone na jednej ścianie widniały najwspanialsze sceny we wszechświecie. Człowiek ten był chodzącą skarbnicą sztuki. Obrazy nie były dziełem taniego jarmarcznego speca od tatuażu o oddechu cuchnącym whisky, operującego trzema podstawowymi kolorami. W wyraźnych, tętniących życiem pięknych obrazach znać było tchnienie geniuszu.
-?O tak -?odparł Człowiek Ilustrowany. -?Jestem tak dumny ze swych Ilustracji, że chętnie bym je wypalił. Próbowałem papieru ściernego, kwasu, noża...
Słońce gasło. Na wschodzie błyszczał już księżyc.
-?Bo widzi pan -?ciągnął Człowiek Ilustrowany -?te Ilustracje przepowiadają przyszłość.
Milczałem.
-?W słońcu nic się nie dzieje -?dodał. -?Za dnia mógłbym utrzymać robotę, lecz nocą obrazki zaczynają się ruszać. Zmieniać.
Nie zdołałem powstrzymać uśmiechu.
-?Od dawna jest pan Ilustrowany?
-?W tysiąc dziewięćsetnym roku, kiedy miałem dwadzieścia lat i pracowałem w cyrku, złamałem nogę. To mnie załatwiło. Musiałem coś zrobić, żeby utrzymać się w zawodzie, więc postanowiłem się wytatuować.
-?Ale kto pana wytatuował? Co się stało z artystą?
-?Wróciła do przyszłości. Poważnie. To była stara kobieta mieszkająca w małym domku pośrodku Wisconsin. Niedaleko stąd. Mała wiedźma, która w jednej chwili wyglądała, jakby miała tysiąc lat, a w następnej jak dwudziestolatka. Mówiła, że potrafi podróżować w czasie. Wtedy się śmiałem. Teraz wiem, że miała rację.
-?Jak pan ją spotkał?
Opowiedział mi. Zauważył szyld przy drodze: ILUSTRACJE NA SKÓRZE! Ilustracje, nie tatuaż! Artystyczne! Siedział zatem całą noc, podczas gdy jej magiczne igły kłuły go niczym ostre żądła os i delikatne pszczół. Rankiem wyglądał jak człowiek, który wpadł do barwnej prasy drukarskiej i wyleciał z drugiej strony pstrokaty, kolorowy.
-?Od pięćdziesięciu lat przychodzę tu każdego lata -?rzekł, unosząc ręce. -?Kiedy znajdę tę wiedźmę, zabiję ją.
***
Słońce zniknęło. Na niebie rozbłysły pierwsze gwiazdy, księżyc oświetlił rozległe łąki i pola pszenicy, jednakże obrazki Człowieka Ilustrowanego wciąż żarzyły się w półmroku niczym garść rubinów i szmaragdów; długie, wyciągnięte ciała El Greca połyskiwały barwami Rouaulta i Picassa.
-?I kiedy ludzie widzą, jak moje obrazki zaczynają się poruszać, wyrzucają mnie. Nie podoba im się, gdy Ilustracje ukazują przemoc. Każda z nich to odrębna opowieść. Jeśli zacznie pan je oglądać, w kilka minut opowiedzą panu historię. W ciągu trzech godzin obejrzy pan osiemnaście-dwadzieścia historii odegranych na moim ciele, usłyszy głosy i myśli. Wszystko tu jest i tylko czeka, żeby pan spojrzał. Najgorszy jednak jest pewien punkt na moim ciele. -?Odsłonił plecy. -?Widzi pan? Na prawej łopatce nie mam żadnego obrazka, jedynie plątaninę linii.
-?Owszem.
-?Gdy dostatecznie długo przebywam w czyimś towarzystwie, miejsce to ciemnieje i się wypełnia. Jeśli jestem z kobietą, w ciągu godziny na moich plecach pojawia się jej portret i ukazuje wszystko, co ją czeka - jej życie, śmierć, to, jak będzie wyglądała po sześćdziesiątce. Jeżeli towarzyszy mi mężczyzna, w godzinę później to on pojawia się na obrazku -?widzi, jak spada z urwiska albo ginie pod pociągiem. I znów tracę pracę.
Gdy mówił, jego dłonie cały czas wędrowały po Ilustracjach, jakby poprawiał ich ramy, ocierał z kurzu -?niczym koneser, mecenas sztuki. Wyciągnął się na trawie, leżąc na plecach w blasku księżyca. Noc była ciepła i duszna, powietrzem nie poruszał nawet najsłabszy powiew. Obaj zdjęliśmy koszule.
-?I nigdy nie znalazł pan tej kobiety?
-?Nigdy.
-?I naprawdę sądzi pan, że przybyła z przyszłości?
-?Skąd inaczej znałaby historie, które na mnie wymalowała?
Znużony zamknął oczy. Jego głos zaczął cichnąć.
-?Czasami nocą czuję je, moje obrazki -?są jak mrówki pełzające po skórze. Wtedy wiem, że robią to, co muszą. Już ich nie oglądam. Po prostu próbuję odpocząć. Niewiele sypiam. Pan też nie powinien na nie patrzeć. Ostrzegam. Proszę odwrócić się na drugi bok.
Położyłem się kilka stóp od niego. Nie wydawał się groźny, a obrazki były takie śliczne. Normalnie miałbym ochotę odejść, by nie słuchać jego gadaniny, ale Ilustracje... Pochłaniałem je wzrokiem. Tak ozdobione ciało każdemu pomieszałoby w głowie.
Noc była piękna. W księżycowej ciszy słyszałem oddech Człowieka Ilustrowanego. W odległych kotlinkach odezwały się świerszcze. Minęło może pół godziny. Nie wiem, czy Człowiek Ilustrowany spał, nagle jednak usłyszałem jego szept.
-?Ruszają się, prawda?
Odczekałem minutę. W końcu rzekłem:
-?Tak.
Obrazki poruszały się, każdy po kolei, każdy jedynie przez chwilę czy dwie. W blasku księżyca, do wtóru cichutkich myśli i odległego szmeru głosów, odkrywały się kolejne dramaty. Trudno orzec, czy każdy z nich trwał godzinę, czy też trzy. Wiem jedynie, że leżałem zafascynowany, podczas gdy gwiazdy wędrowały po niebie.
Osiemnaście Ilustracji. Osiemnaście historii. Odliczałem je po kolei.
Na początku wzrok mój padł na scenę przedstawiającą wielki dom. W środku mieszkało dwoje ludzi. Ujrzałem stado sępów na płonącym cielesnym niebie. Zobaczyłem żółte lwy i usłyszałem głosy.
Pierwsza Ilustracja zadrżała i ożyła...
-?George, chciałabym, żebyś zajrzał do dziecinnego pokoju.
-?Coś z nim nie tak?
-?Nie wiem.
-?O co więc chodzi?
-?Chcę tylko, żebyś go obejrzał albo wezwał psychiatrę, to wszystko.
-?Czemu psychiatra miałby oglądać dziecinny pokój?
-?Doskonale wiesz czemu. -?Jego żona przystanęła pośrodku kuchni, patrząc, jak kuchenka, mrucząca cicho do siebie, przygotowuje obiad dla czworga. -?Rzecz w tym, że dziecinny pokój nie jest taki jak przedtem.
-?W porządku, chodźmy więc.
Wyszli na korytarz swego dźwiękoszczelnego domu, model "Szczęśliwy żywot", którego instalacja kosztowała ich trzydzieści tysięcy dolarów; domu, który ubierał ich, karmił i kołysał do snu, grał im, śpiewał i był dla nich dobry. Zbliżając się, uruchomili ukryty wewnątrz czujnik, i kiedy znaleźli się dziesięć stóp od dziecinnego pokoju, wewnątrz zapłonęło światło. Tymczasem w korytarzach za nimi lampy gasły z cichą automatyczną precyzją.
-?No, no -?rzekł George Hadley.
Stali na wyściełanej słomianymi matami podłodze dziecinnego pokoju. Pomieszczenie miało czterdzieści na czterdzieści stóp i trzydzieści stóp wysokości; kosztowało o połowę więcej niż cała reszta domu. "Ale nic nie jest za dobre dla naszych dzieci" -?mawiał George Hadley.
W pokoju panowała cisza. Było pusto niczym na polanie w dżungli w upalne południe. Otaczały ich martwe dwuwymiarowe ściany. Kiedy jednak George i Lydia Hadleyowie stanęli pośrodku pokoju, ściany zaczęły mruczeć i ożyły; zdawało się, iż uciekają w dal, w kryształową przestrzeń. Nagle pojawiła się trójwymiarowa afrykańska sawanna, widoczna ze wszystkich stron, barwna, odtworzona do ostatniego kamyka i źdźbła trawy. Sufit nad ich głowami stał się niebem, na którym płonęło gorące żółte słońce.
George Hadley poczuł, jak pot występuje mu na czoło.
-?Zejdźmy ze słońca -?powiedział. -?To trochę zbyt rzeczywiste. Ale nie widzę w tym nic złego.
-?Zaczekaj chwilę, a zobaczysz -?odparła żona.
Ukryte odorofony owiały dwoje ludzi stojących na spieczonej sawannie falą zapachów. Gorąca woń wyschniętej lwiej trawy, chłodny zielony zapach niewidocznego wodopoju, ostry odór zwierząt, woń pyłu unoszącego się w powietrzu niczym piekąca czerwona papryka. Po sekundzie dołączyły do nich dźwięki: odległy tętent kopyt antylop na miękkiej trawie, papierowy szelest sępich skrzydeł. Po niebie przemknął cień, padając na moment na wzniesioną spoconą twarz George'a Hadleya.
-?Ohydne zwierzaki -?mruknęła jego żona.
-?Sępy.
-?Widzisz, tam daleko, z boku, są też lwy. Zmierzają do wodopoju. Właśnie skończyły jeść -?oznajmiła Lydia. -?Tylko nie wiem co.
-?Jakieś zwierzę. -?George Hadley uniósł dłoń, osłaniając zmrużone oczy przed palącym blaskiem. -?Może zebrę albo małą żyrafę.
-?Jesteś pewien? -?W głosie żony brzmiało dziwne napięcie.
-?Trochę za późno, żeby to sprawdzić -?odparł z rozbawieniem. -?Widzę tylko nagie kości, a sępy pożerają właśnie resztki.
-?Słyszałeś ten krzyk?
-?Nie.
-?Jakąś minutę temu.
-?Przykro mi, ale nie.
Lwy zbliżały się ku nim. I znów George Hadley z podziwem pomyślał o mechanicznym geniuszu, który stworzył ten pokój. Prawdziwy cud techniki, sprzedawany za absurdalnie niską cenę; powinien się znaleźć w każdym domu. Och, czasem symulacje zaskakiwały, przerażały swą kliniczną dokładnością, lecz najczęściej zapewniały znakomitą zabawę -?i to wszystkim, nie tylko synowi i córce, lecz także dorosłym, jeśli zapragnęli nagle wyskoczyć na krótko za granicę, błyskawicznie zmienić otoczenie.
A oto i lwy, piętnaście stóp od nich, tak rzeczywiste, zdumiewająco, obłąkańczo rzeczywiste, że czuło się na dłoniach ukłucia ich futra, a usta wypełniała sucha woń zakurzonych, rozgrzanych skór. W oczach odbijała się żółta barwa zwierząt, wspaniała żółć francuskiego gobelinu, żółć lwów i letniej trawy; w uszach falował cichy szmer włochatych lwich płuc, wypuszczających powietrze zmieszane ze smrodem mięsa ulatującym z ich dyszących, zaślinionych paszcz.
Lwy stały bez ruchu, obserwując George'a i Lydię Hadleyów złowrogimi zielonożółtymi oczami.
-?Uważaj! -?krzyknęła Lydia.
Lwy rzuciły się na nich.
Lydia uchyliła się i uciekła. George odruchowo skoczył za nią. Już na korytarzu, zatrzasnąwszy drzwi, zaczął się śmiać, podczas gdy ona wybuchnęła płaczem. Obojgiem wstrząsnęła reakcja małżonka.
-?George!
-?Lydio! Moja biedna, kochana Lydio!
-?O mało nas nie złapały!
-?Lydio, pamiętaj, że to tylko ściany; kryształowe ściany, nic więcej. Och, przyznaję, że wyglądają bardzo prawdziwie -?Afryka w twoim domu! - ale w rzeczywistości to jedynie hiperrealistyczny, superczuły kolorowy film i mentalne taśmy za szklaną przesłoną. Wszystko to tylko fonia i odorofonika, Lydio. Masz chusteczkę.
-?Boję się. -?Podeszła do niego i przytuliła się, wciąż płacząc. - Widziałeś? Czułeś to? Jest zbyt rzeczywiste.
-?Ależ, Lydio...
-?Musisz zabronić Wendy i Peterowi czytania o Afryce.
-?Oczywiście. -?Pogładził jej twarz.
-?Obiecujesz?
-?Jasne.
-?I zamknij dziecinny pokój. Na kilka dni, póki się nie uspokoję.
-?Wiesz, jak Peter na to zareaguje. Kiedy w zeszłym miesiącu za karę wyłączyłem pokój zaledwie na kilka godzin, dostał ataku histerii. Wendy także. Ten pokój to całe ich życie.
-?Trzeba go zamknąć, bez dwóch zdań.
-?Zgoda. -?Zerknął niechętnie na wielkie drzwi. -?Zbyt ciężko pracujesz. Powinnaś odpocząć.
-?Nie wiem... nie wiem. -?Wydmuchnęła nos i usiadła na fotelu, który natychmiast utulił ją i zaczął kołysać. -?Może brakuje mi zajęć. Może mam za dużo czasu na myślenie. Czemu nie wyłączymy całego domu na kilka dni i nie zrobimy sobie wakacji?
-?Czyżbyś chciała smażyć mi jajecznicę?
-?Tak. -?Skinęła głową.
-?I cerować skarpety?
-?Tak. -?Kolejne gwałtowne łzawe skinienie.
-?I sprzątać?
-?Tak, tak, o tak!
-?Ale przecież kupiliśmy ten dom właśnie po to, by nie musieć niczego robić!
-?W tym rzecz. Czasem myślę, że nie ma tu dla mnie miejsca. Teraz to dom jest żoną, matką i opiekunką. Jak mam konkurować z afrykańską sawanną? Czy mogę wykąpać i umyć dzieci równie sprawnie i szybko jak automatyczna wanna? Nie mogę. I nie chodzi tylko o mnie. O ciebie także. Ostatnio stałeś się strasznie nerwowy.
-?Chyba za dużo palę.
-?Ty też wyglądasz, jakbyś nie wiedział, co ze sobą począć w tym domu. Co rano palisz trochę więcej, każdego popołudnia odrobinę więcej pijesz, każdej nocy potrzebujesz nieco większej dawki środka nasennego. Tak jak ja zaczynasz się czuć niepotrzebny.
-?Naprawdę? -?Urwał, próbując wniknąć w siebie i przekonać się, co faktycznie czuje.
-?Och, George! -?Jej wzrok powędrował ku drzwiom dziecinnego pokoju. - Te lwy nie mogą się stamtąd wydostać, prawda?
Spojrzał na drzwi i ujrzał, jak dygocą, zupełnie jakby coś skoczyło na nie od wewnątrz.
-?Oczywiście, że nie -?rzekł.
***
Obiad zjedli sami, bo Wendy i Peter wybrali się do specjalnego plastikowego wesołego miasteczka po drugiej stronie miasta i przekazali przez wideofon, że się spóźnią i żeby nie czekać na nich z jedzeniem. George Hadley siedział w milczeniu, bezmyślnie patrząc, jak stół w jadalni wysuwa kolejne ciepłe potrawy ze swego mechanicznego wnętrza.
-?Zapomnieliśmy o keczupie -?rzekł.
-?Przepraszam -?rzekł cichy głos wewnątrz stołu i na blacie pojawił się keczup.
A jeśli chodzi o dziecinny pokój, pomyślał Hadley, dzieciom nie zaszkodzi, jeśli rozstaną się z nim na jakiś czas. Grunt to nie przesadzić. Wyraźnie widać, iż zbyt wiele czasu poświęcają Afryce. To słońce. Wciąż czuł je na karku niczym dotyk rozpalonej łapy. I lwy. I ta woń krwi. Zdumiewające, jak dokładnie pokój wychwytywał telepatyczne przekazy z umysłów dzieci, tworząc życie zaspokajające ich wszelkie zachcianki. Dzieci pomyślały o lwach i pojawiły się lwy. Dzieci pomyślały o zebrach i pojawiły się zebry. O słońcu -?pojawiło się słońce. O żyrafach -?żyrafy. O śmierci -?śmierć.
Właśnie, śmierć. George odruchowo przeżuwał podawane mu przez stół mięso, zupełnie pozbawione smaku. Myśli o śmierci. Wendy i Peter są strasznie młodzi jak na myśli o śmierci. A może nie aż tak młodzi? Na to nigdy się nie jest za młodym. Zanim w ogóle dowiemy się, czym jest śmierć, już życzymy jej innym. Nawet dwulatki strzelają do ludzi z korkowców.
Ale to -?ta rozległa gorąca sawanna i potworna śmierć w paszczach lwów... I do tego powtarzana raz po raz.
-?Dokąd idziesz?
Nie odpowiedział Lydii. Zajęty własnymi myślami, nie zwracał uwagi na światła rozbłyskujące przed nim i gasnące za jego plecami, gdy wędrował korytarzem. Stanął przed drzwiami dziecinnego pokoju. W oddali ryczał lew. Przekręcił zamek i otworzył drzwi. Tuż przed tym, nim przekroczył próg, usłyszał odległy krzyk. A potem kolejny ryk lwów, który szybko umilkł.
Nagle znalazł się w sercu Afryki. Ileż to razy w ciągu ostatniego roku otwierał te drzwi, aby ujrzeć Krainę Czarów, Alicję, Niby Żółwia, Aladyna i jego czarodziejską lampę, Kubusia Dyniogłowego z Oz albo doktora Dolittle, albo krowę przeskakującą przez bardzo rzeczywisty księżyc -?urocze rekwizyty bajkowego świata. Ileż to razy śledził lot Pegaza na sufitowym niebie, oglądał fontanny czerwonych fajerwerków i słyszał chóry anielskich głosów. Ale teraz była tu tylko żółta gorąca Afryka, piec, w którego sercu płonęła żądza mordu. Może Lydia ma rację. Może dzieci powinny odpocząć od fantazji, która staje się nieco zbyt rzeczywista jak dla dziesięciolatków. Zwykłe mrzonki to nic zdrożnego, ot, gimnastyka wyobraźni, kiedy jednak żywy dziecięcy umysł ugrzęźnie w jednym wzorcu...? George miał wrażenie, że przez ostatni miesiąc wciąż słyszał z daleka ryki lwów i czuł ich ostrą woń, przenikającą nawet do jego gabinetu. Był jednak zbyt zajęty, by zwracać na to uwagę.
Teraz stał samotnie na afrykańskiej sawannie. Pożerające ofiarę lwy uniosły głowy, obserwując go. Jedyną skazą na doskonałej iluzji pozostawały otwarte drzwi, przez które, niczym w ramie obrazu, widział żonę; siedziała po drugiej stronie ciemnego korytarza, z roztargnieniem jedząc obiad.
-?Idźcie sobie -?polecił lwom.
Nie odeszły.
Dokładnie znał zasady działania pokoju. Trzeba tylko pomyśleć, a pojawi się to, co zechcemy.
-?Daj Aladyna i jego lampę -?warknął.
Sawanna pozostała na miejscu, podobnie lwy.
-?No dalej, pokoju! Domagam się Aladyna!
Nic się nie stało. Zakute w rozgrzane futra lwy pomrukiwały cicho.
-?Aladyna!
Wrócił do stołu.
-?Ten durny pokój się zepsuł -?rzekł. -?Nie reaguje.
-?A może...?
-?A może co?
-?A może nie jest w stanie zareagować -?podsunęła Lydia -?bo dzieci od tak dawna rozmyślają o Afryce, lwach i zabijaniu, że pokój się zaciął.
-?Albo Peter tak go nastawił.
-?Nastawił?
-?Mógł dostać się do maszynerii i coś zmienić.
-?Peter nie zna się na maszynach.
-?Jest bardzo mądry jak na swoje dziesięć lat. Jego iloraz inteligencji...
-?Mimo to...
-?Cześć, mamo. Cześć, tato.
Hadleyowie odwrócili się. Wendy i Peter wchodzili właśnie frontowymi drzwiami. Policzki mieli zarumienione, ich oczy jaśniały chłodnym błękitnym blaskiem, kombinezony przenikał zapach ozonu -?pozostałość po wycieczce helikopterem.
-?Zdążyliście akurat na kolację -?powiedzieli chórem rodzice.
-?Najedliśmy się hot dogami i lodami truskawkowymi -?odparły dzieci, trzymając się za ręce. -?Ale posiedzimy z wami.
-?Tak, opowiedzcie nam o dziecinnym pokoju -?rzucił George Hadley.
Brat i siostra spojrzeli na niego ze zdumieniem i popatrzyli po sobie.
-?Dziecinnym pokoju?
-?O Afryce i w ogóle -?dodał ojciec z fałszywą serdecznością.
-?Nie rozumiem -?odparł Peter.
-?Wasza matka i ja podróżowaliśmy niedawno po Afryce z wędką i kołowrotkiem. Tom Swift i jego elektryczny lew -?wyjaśnił George Hadley.
-?W dziecinnym pokoju nie ma Afryki -?rzucił z prostotą Peter.
-?Daj spokój, Peter. Przecież wiemy.
-?Nie pamiętam żadnej Afryki. -?Peter zwrócił się do Wendy. -?A ty?
-?Nie.
-?Biegnij i sprawdź.
Posłuchała.
-?Wendy, wracaj tu! -?zawołał George Hadley, córka jednak już odbiegła. Światła podążały za nią niczym stadko świetlików. Zbyt późno uświadomił sobie, że zapomniał zamknąć drzwi pokoju na klucz po ostatniej inspekcji.
-?Wendy sprawdzi i wszystko nam powie -?oznajmił Peter.
-?Mnie nie musi mówić. Sam widziałem.
-?Z pewnością się mylisz, ojcze.
-?Bynajmniej, Peter. Chodź.
Ale Wendy zdążyła już wrócić.
-?To nie Afryka -?wydyszała.
-?Przekonamy się -?uciął George Hadley i wszyscy poszli korytarzem w stronę dziecinnego pokoju.
Wewnątrz czekał na nich piękny zielony las, cudowna rzeka, fioletowa góra, chór wysokich głosów i Rima, urocza i tajemnicza dziewczyna-ptak, przycupnięta na drzewie; stadka kolorowych motyli niczym ruchome bukiety przysiadły na jej długich włosach. Afrykańska sawanna zniknęła. Lwy zniknęły. Pozostała tylko Rima śpiewająca pieśń tak piękną, że na jej dźwięk łzy same napływały do oczu.
George Hadley przyjrzał się zmienionej scenerii.
-?Do łóżek -?polecił.
Dzieci otwarły usta.
-?Słyszeliście -?dodał.
Peter i Wendy weszli do powietrznej windy, z której wiatr porwał ich niczym suche liście przewodem do sypialni.
George Hadley przeciął rozśpiewaną polanę i podniósł coś, co leżało w kącie nieopodal miejsca, gdzie wcześniej widział lwy. Powoli podszedł do żony.
-?Co to? -?spytała.
-?Mój stary portfel -?odparł.
Pokazał go jej. Na skórze pozostał zapach rozgrzanej trawy i woń lwa. Były też na niej krople śliny, nosiła ślady zębów, a obie strony pokrywały plamy krwi.
Zamknął drzwi dziecięcego pokoju i starannie przekręcił klucz.
***
W środku nocy wciąż nie mógł zasnąć, wiedział, że żona też nie śpi.
-?Myślisz, że Wendy zmieniła scenę? -?spytała w końcu.
-?Oczywiście.
-?Przełączyła sawannę na las i umieściła tam Rimę zamiast lwów?
-?Tak.
-?Czemu?
-?Nie wiem, ale póki się nie dowiem, pokój pozostanie zamknięty.
-?Skąd tam się wziął twój portfel?
-?Nie mam pojęcia -?odparł. -?Zaczynam jednak żałować, że kupiliśmy ten pokój. Jeśli dzieci mają jakieś neurozy, podobne pomieszczenie...
-?Ma im pomagać pozbyć się nerwic w najzdrowszy możliwy sposób.
-?Zaczynam mieć wątpliwości. -?Zapatrzył się w sufit.
-?Daliśmy dzieciom wszystko, czego kiedykolwiek pragnęły. Czy tylko to dostaniemy w zamian: tajemniczość, nieposłuszeństwo?
-?Kto to powiedział: "Dzieci są jak dywany: od czasu do czasu powinno się je przetrzepać"? Nigdy nie podnieśliśmy na nie ręki. Przyznajmy to otwarcie, są nieznośne. Przychodzą i wychodzą, kiedy zechcą, traktują nas, jakbyśmy to my byli potomstwem. Są rozpuszczone, podobnie jak my.
-?Zachowują się dziwacznie od czasu, gdy kilka miesięcy temu zabroniłeś im polecieć rakietą do Nowego Jorku.
-?Wyjaśniłem, że są na to jeszcze za młodzi.
-?Mimo to zauważyłam, że od tego czasu traktują nas raczej chłodno.
-?Chyba poproszę jutro Davida McCleana, aby przyszedł i obejrzał Afrykę.
-?Ale przecież to już nie Afryka, tylko kraina z Green Mansions oraz Rima.
-?Mam przeczucie, że wkrótce znów pojawi się Afryka.
Chwilę później usłyszeli krzyki. Dwa krzyki, dwoje ludzi krzyczących na dole. A potem ryk lwów.
-?Wendy i Peter nie śpią -?zauważyła żona.
George leżał zasłuchany w bicie swego serca.
-?Nie śpią -?przytaknął. -?Włamali się do dziecinnego pokoju.
-?Te krzyki. Brzmiały znajomo.
-?Naprawdę?
-?Bardzo znajomo.
I choć łóżka dokładały wszelkich starań, przez następną godzinę dwoje dorosłych nie dało się ukołysać do snu. W nocnym powietrzu unosił się zapach kotów.
***
-?Ojcze? -?zagadnął Peter.
-?Tak?
Peter spuścił wzrok. Już od dawna nie patrzył na ojca i matkę.
-?Nie zamkniesz chyba na dobre dziecinnego pokoju, prawda?
-?To zależy.
-?Od czego? -?warknął Peter.
-?Od ciebie i twojej siostry. Jeśli urozmaicicie nieco tę waszą Afrykę, powiedzmy, dodacie Szwecję, Danię czy Chiny...
-?Myślałem, że możemy bawić się tak, jak chcemy.
-?Owszem, przestrzegając rozsądnych ograniczeń.
-?Co ci się nie podoba w Afryce, ojcze?
-?A zatem przyznajesz, że wywoływaliście Afrykę?
-?Nie chciałbym, żebyś zamknął dziecinny pokój -?oznajmił zimno Peter. - Nigdy.
-?Szczerze mówiąc, zastanawiamy się nad wyłączeniem całego domu na jakiś miesiąc. Chcemy pożyć pełnią życia.
-?To brzmi okropnie. Miałbym sam wiązać buty zamiast wiązaczki sznurówek? Własnoręcznie myć zęby, czesać włosy i się kąpać?
-?Byłoby to całkiem zabawne, nie sądzisz?
-?Nie, raczej okropne. Nie podobało mi się, kiedy w zeszłym roku wyłączyłeś automalarza.
-?Chciałem, żebyś nauczył się malować.
-?Nie chcę nic robić. Chcę tylko patrzeć, słuchać i wąchać. Czegóż więcej mi trzeba?
-?W porządku. Idź, pobaw się w Afryce.
-?Powiedz, wyłączysz dom?
-?Rozważamy taką możliwość.
-?Lepiej więc jej nie rozważajcie, ojcze.
-?Mój syn nie będzie mi groził!
-?Doskonale.
Peter odwrócił się i odszedł do dziecinnego pokoju.
***
-?Nie spóźniłem się? -?spytał David McClean.
-?Śniadanie? -?zaproponował George Hadley.
-?Dzięki, już jadłem. O co chodzi?
-?Davidzie, jesteś psychologiem.
-?Taką mam nadzieję.
-?Spójrz zatem na dziecinny pokój. Oglądałeś go w zeszłym w roku, kiedy do nas wpadłeś. Zauważyłeś wtedy coś szczególnego?
-?Raczej nie. Zwykła przemoc połączoną z lekką paranoją. Często pojawia się ona u dzieci, bo bez wyjątku czują się prześladowane przez rodziców. Poza tym jednak nic ciekawego.
Ruszyli korytarzem.
-?Zamknąłem pokój -?wyjaśnił ojciec -?ale dzieci włamały się do niego w nocy. Pozwoliłem im zostać, żeby wytworzyły wzory, które mógłbyś obejrzeć.
Z pokoju dobiegły przeraźliwe krzyki.
-?Proszę -?rzekł George Hadley. -?Sam zobacz.
Bez pukania weszli do środka. Krzyki ucichły. Lwy pożerały zdobycz.
-?Dzieci, wyjdźcie stąd na chwilę -?polecił George. -?Nie zmieniajcie kombinacji myślowej. Pozostawcie ściany w spokoju. Już!
Po odejściu dzieci obaj mężczyźni stanęli bez ruchu, przyglądając się zgromadzonym w dali lwom; pożerały z zapałem upolowane wcześniej ofiary.
-?Chciałbym wiedzieć, co jedzą -?mruknął George Hadley. -?Czasami niemal to dostrzegam. Jak myślisz, gdybym przyniósł silną lornetkę i...
David McClean zaśmiał się sucho.
-?Raczej nie. -?Odwrócił się, badając kolejno cztery ściany. -?Od jak dawna to trwa?
-?Nieco ponad miesiąc.
-?Nie wygląda to dobrze.
-?Chcę faktów, nie przeczuć.
-?Mój drogi George'u, żaden psycholog w swym życiu nie dostrzegł ani jednego faktu. Wysłuchujemy tylko opinii o uczuciach; mętnych, nieokreślonych uwag. Mówię ci, to nie wygląda dobrze. Zaufaj moim przeczuciom i instynktowi. Mam nosa do takich rzeczy. Tu dzieje się coś bardzo złego. Radzę wyburzyć cały ten przeklęty pokój i przez następny rok co dzień przysyłać do mnie dzieci na terapię.
-?Jest aż tak źle?
-?Obawiam się, że tak. Pierwotnie stosowano takie pokoje do studiowania wzorców pozostawianych na ścianach przez umysł dziecka, spokojnego badania śladów, pozwalającego lepiej pomóc pacjentom. W tym przypadku jednak pokój, zamiast uwolnić użytkowników od niszczących myśli, zaczął je skupiać.
-?Wcześniej tego nie wyczułeś?
-?Czułem jedynie, że okropnie rozpuściłeś swoje dzieci, ale teraz je zawiodłeś. Jak?
-?Nie pozwoliłem im lecieć do Nowego Jorku.
-?I co jeszcze?
-?Wyłączyłem kilka maszyn i miesiąc temu zagroziłem, że zamknę dziecinny pokój, jeśli nie zaczną odrabiać lekcji. Zrobiłem to zresztą na kilka dni, aby pokazać, że mówię poważnie.
-?Aha.
-?Czy to coś znaczy?
-?Wszystko. Poprzednio mieli w domu Świętego Mikołaja, teraz mają skąpca. Dzieci wolą Mikołaja. Pozwoliłeś, by ten pokój i dom zastąpiły w ich sercach ciebie wraz z żoną. Pokój stał się ich matką i ojcem. Odgrywa w ich życiu znacznie większą rolę niż prawdziwi rodzice. A teraz nagle zagroziłeś, że go wyłączysz. Nic dziwnego, że jest tu nienawiść. Promieniuje nawet z nieba. Czujesz to słońce? George, musisz zmienić wasze życie. Jak wielu innych ludzi zanadto skupiłeś się na wygodach. Gdyby jutro zepsuła ci się kuchnia, umarłbyś z głodu. Nie umiesz nawet rozbić jajka. Powinieneś wszystko wyłączyć. Zacząć od nowa. Trzeba na to czasu, ale w ciągu roku ze złych dzieci zrobimy grzeczne. Poczekaj, a zobaczysz.
-?Czy jednak wstrząs towarzyszący wyłączeniu dziecinnego pokoju nie okaże się dla nich zbyt wielki?
-?Nie chcę po prostu, by zagłębiały się w tę fantazję.
Lwy zakończyły swą krwawą ucztę.
Teraz stanęły na skraju łąki, obserwując obu mężczyzn.
-?Ja także zaczynam czuć się prześladowany -?rzucił McClean. -?Chodźmy stąd. Nigdy nie podobały mi się te przeklęte pokoje. Denerwują mnie.
-?Lwy wyglądają bardzo autentycznie, prawda? -?spytał George Hadley. - To chyba niemożliwe...
-?Co?
-?...żeby stały się prawdziwe?
-?Oczywiście, że nie.
-?Może uszkodzone maszyny, majstrowanie czy coś podobnego?
-?Nie.
Podeszli do drzwi.
-?Wątpię, by pokojowi spodobało się to, że zamierzam go wyłączyć -?rzekł ojciec.
-?Nikt nie chce umierać, nawet pokój.
-?Ciekawe, czy mnie nienawidzi?
-?Aż gęsto tu dziś od paranoi -?odparł David McClean. -?Można ją kroić nożem. A to co? -?Schylił się i podniósł zakrwawioną chustkę. -?Należy do ciebie?
-?Nie. -?Twarz George'a Hadleya zesztywniała. -?Do Lydii.
Razem podeszli do skrzynki kontrolnej i przesunęli przełącznik, który zgasił dziecinny pokój.
Dzieci wpadły w histerię. Zaczęły wrzeszczeć, miotać się, ciskać przedmiotami. Krzyczały i szlochały, przeklinały, skakały po meblach.
-?Nie możecie tego zrobić dziecinnemu pokojowi! Nie możecie!
-?Spokój, dzieci.
Chłopiec i dziewczynka padli na kanapę, zalewając się łzami.
-?George -?wtrąciła Lydia Hadley -?włącz dziecinny pokój tylko na parę minut. To zbyt wielki wstrząs. Nie możesz być tak okrutny.
-?Lydio, pokój jest wyłączony i pozostanie wyłączony. Od tej chwili cały ten przeklęty dom będzie martwy. Im dłużej przyglądam się matni, w jaką się wpakowaliśmy, tym większy czuję wstręt. Zbyt długo byliśmy zapatrzeni we własne elektroniczne pępki. Mój Boże, jak bardzo potrzeba nam wszystkim świeżego powietrza!
To rzekłszy, zaczął krążyć po domu, wyłączając gadające zegary, kuchenki, grzejniki, pucybutów, wiązaczki sznurówek, myjki, wycieraczki i masażystów. A także wszystkie inne maszyny, jakie tylko zdołał znaleźć.
Zdawało się, że dom zapełnił się trupami. Sprawiał wrażenie mechanicznego cmentarza, taki był cichy. Umilkł szum ukrytych maszyn, czekających, by włączyć je za naciśnięciem guzika.
-?Nie pozwól im tego zrobić! -?zawodził Peter, patrząc w sufit, jakby zwracał się do domu, do dziecinnego pokoju. -?Nie pozwól ojcu wszystkiego zabić. -?Odwrócił się do niego. -?Nienawidzę cię!
-?Wyzwiskami nic nie osiągniesz.
-?Obyś umarł!
-?Wszyscy byliśmy martwi, i to bardzo długo. Teraz dopiero naprawdę zaczniemy żyć. Miast poddawać się masażom i zabiegom pielęgnacyjnym, będziemy żyć pełnią życia.
Wendy wciąż płakała, Peter ponownie do niej dołączył.
-?Tylko chwilkę, jedną chwilkę, jeszcze chwilkę w dziecinnym pokoju - szlochali.
-?Och, George -?wtrąciła żona -?jedna chwila nie zaszkodzi.
-?Już dobrze, dobrze, jeśli tylko się zamkną. Pamiętajcie, jedna minuta, a potem wyłączamy.
-?Tatusiu, tatusiu! -?zaśpiewały dzieci. Ich mokre od łez twarze rozjaśniły szerokie uśmiechy.
-?A potem wyjedziemy na wakacje. David McClean przyjedzie tu za pół godziny i zawiezie nas na lotnisko. Idę się ubrać. Lydio, włącz na minutę dziecinny pokój. Ale tylko na minutę, pamiętaj.
Gdy dzieci z matką odbiegły, gadając z podnieceniem, pozwolił prądowi powietrza wessać się na górę i zaczął się ubierać. Chwilę później zjawiła się Lydia.
-?Ucieszę się, kiedy już stąd wyjedziemy -?westchnęła.
-?Zostawiłaś ich w dziecinnym pokoju?
-?Też chciałam się ubrać. Och, ta paskudna Afryka. Co oni w niej widzą?
-?Cóż, za pięć minut będziemy już w drodze do Iowa. Boże, czemu w ogóle kupiliśmy ten dom? Co sprawiło, że zafundowaliśmy sobie taki koszmar?
-?Duma, pieniądze, głupota.
-?Lepiej będzie, jeśli zejdziemy, zanim dzieciaki znów zaczną się bawić z tymi wstrętnymi zwierzakami.
W tym momencie usłyszeli wołanie dzieci.
-?Mamo, tato, chodźcie szybko, szybko!
Spłynęli na dół z prądem powietrza i pobiegli korytarzem. Nigdzie nie było ani śladu dzieci.
-?Wendy, Peter!
Wbiegli do dziecinnego pokoju.
Sawanna była pusta -?poza lwami, które patrzyły na przybyszów, zupełnie jakby na nich czekały.
-?Peter, Wendy?
Drzwi zatrzasnęły się.
-?Wendy, Peter!
George Hadley i jego żona zawrócili gwałtownie i pobiegli ku drzwiom.
-?Otwierajcie! -?krzyknął George, naciskając gwałtownie klamkę. - Zamknęli nas od zewnątrz! Peter! -?Rąbnął pięścią w drzwi. -?Otwieraj!
Nagle usłyszał dobiegający z drugiej strony głos Petera.
-?Nie pozwólcie im wyłączyć dziecinnego pokoju i domu -?powiedział chłopak.
Pan i pani Hadleyowie dobijali się do drzwi.
-?Dzieci, nie wygłupiajcie się. Już czas jechać. Pan McClean będzie tu za chwilę i...
I wówczas je usłyszeli.
Lwy skradające się z trzech stron w żółtej trawie sawanny, depczące suche źdźbła, z narastającym w gardłach głośnym pomrukiem.
Lwy.
Pan Hadley spojrzał na swoją żonę, oboje odwrócili się i popatrzyli wprost na zbliżające się wolno potężne bestie, przycupnięte, z naprężonymi ogonami.
Państwo Hadleyowie krzyknęli.
I nagle uświadomili sobie, czemu tamte wcześniejsze krzyki wydawały im się znajome.
***
-?No, jestem -?oznajmił David McClean, stając w drzwiach dziecinnego pokoju. -?Witajcie. -?Spojrzał na dwójkę dzieci siedzących pośrodku łąki. Wyraźnie urządziły sobie piknik. Za nimi widniał wodopój i żółte sawanny. W górze świeciło gorące słońce. Zaczął się pocić. -?Gdzie wasz ojciec i matka?
Dzieci uniosły wzrok i się uśmiechnęły.
-?Zaraz tu będą.
-?To dobrze, bo musimy jechać. -?Pan McClean ujrzał w dali walczące i szarpiące coś pazurami lwy.
Po chwili zwierzęta uspokoiły się, cicho pożerając łup w cieniu rozłożystych drzew.
Przyjrzał się im, mrużąc oczy i osłaniając twarz dłonią.
Teraz lwy skończyły posiłek i przeszły do wodopoju.
Po rozpalonym czole pana McCleana przemknął cień. Za nim podążyły następne. Z gorącego nieba opadały sępy.
W ciszy rozległ się głos Wendy.
-?Może herbaty?
Pierwszy wstrząs rozdarł bok rakiety niczym olbrzymi otwieracz do konserw. Ludzie zostali wyrzuceni w przestrzeń: tuzin podskakujących srebrnych ryb w mrocznym morzu. Tymczasem statek, rozbity na milion kawałków, leciał dalej -?deszcz meteorów w poszukiwaniu straconego słońca.
-?Barkley, Barkley, gdzie jesteś?
Głosy nawoływały niby dzieci zbłąkane w ciemnościach mroźnej nocy.
-?Woode, Woode!
-?Kapitanie!
-?Hollis, Hollis, tu Stone.
-?Stone, tu Hollis. Gdzie jesteś?
-?Nie wiem. Skąd niby mam wiedzieć? Gdzie jest góra? Spadam. Dobry Boże, spadam.
Spadali jak garść kamyków ciśniętych w głąb studni. Rozsypani niczym kulki rzucone ręką giganta. Przestali być ludźmi, stając się tylko głosami -?najróżniejszymi głosami, bezcielesnymi i namiętnymi, w których dźwięczała cała gama grozy i rezygnacji.
-?Oddalamy się od siebie.
Rzeczywiście. Hollis, wirujący w przestrzeni, wiedział, że to prawda. Powoli zaczynał godzić się z sytuacją. Szybowali w przeciwnych kierunkach i nic nie mogło połączyć ich z powrotem. Mieli na sobie hermetyczne skafandry kosmiczne, ich blade twarze zasłaniały szklane walce, zabrakło im jednak czasu, żeby nałożyć moduły zasilające. Z nimi staliby się maleńkimi szalupami ratunkowymi w kosmosie. Mogliby uratować siebie samych i swych towarzyszy, tworząc ludzką wysepkę postępującą zgodnie z wytyczonym planem. Jednakże pozbawieni przypiętych do ramion modułów stali się jedynie bezmyślnymi meteorami zdążającymi ku swemu odrębnemu, nieodwracalnemu przeznaczeniu.
Upłynęło może dziesięć minut, podczas których początkowa panika minęła, zastąpiona chłodnym spokojem. W przestrzeni pojawiły się nici oderwanych głosów, krzyżujące się i łączące ze sobą, tworzące ostateczny wzór na wielkich mrocznych krosnach.
-?Stone do Hollisa. Ile czasu możemy rozmawiać przez telefon?
-?To zależy, jak szybko ty lecisz w swoją stronę, a ja w swoją.
-?Pewnie jakąś godzinę.
-?Najprawdopodobniej -?zgodził się Hollis, wyciszony i obojętny.
-?Co się stało? -?spytał minutę później.
-?Rakieta wybuchła, to wszystko. Rakiety wybuchają; to się zdarza.
-?W którym kierunku lecisz?
-?Wygląda na to, że uderzę w Księżyc.
-?Mnie przypadła Ziemia. Z powrotem na starą matkę Ziemię, z prędkością dziesięciu tysięcy mil na godzinę. Spłonę jak zapałka.
Hollis myślał o tym z dziwną obojętnością, zupełnie jakby oderwał się od swego ciała i patrzył z daleka, jak pogrąża się coraz głębiej w przestrzeni. Równie beznamiętnie mógłby obserwować pierwsze płatki śniegu zwiastujące nadejście dawno minionej zimy.
***
Pozostali milczeli, rozmyślając o losie, który sprowadził ich tu, aby spadali i spadali, nic nie mogąc na to poradzić. Nawet kapitan milczał, nie znał bowiem żadnych planów ani rozkazów, które mogłyby załodze pomóc.
-?Tak daleko na dół. Jest tak daleko, daleko, daleko na dół -?powiedział jakiś głos. -?Nie chcę umierać, nie chcę umierać, jest tak daleko na dół.
-?Kto to?
-?Nie wiem.
-?Chyba Stimson. Stimson, to ty?
-?To tak daleko, daleko, a ja tego nie chcę. O Boże, nie chcę.
-?Stimson, mówi Hollis. Stimson, słyszysz mnie?
Chwila ciszy, podczas której oddalili się od siebie.
-?Stimson?
-?Tak -?odparł w końcu głos.
-?Stimson, uspokój się; wszyscy tkwimy w tym samym bagnie.
-?Ja nie chcę. Chcę być gdzie indziej.
-?Może jeszcze nas znajdą.
-?Muszą mnie znaleźć! Muszą! -?odparł Stimson. -?To się nie dzieje. To się nie dzieje naprawdę.
-?To tylko zły sen -?wtrącił ktoś.
-?Zamknij się! -?rzucił Hollis.
-?Chodź i zmuś mnie! -?odrzekł głos. To był Applegate. Roześmiał się lekko. -?Chodź tu i zmuś mnie, żebym się zamknął.
Hollis po raz pierwszy poczuł, w jak nieznośnej sytuacji się znalazł.
Wpadł w wielki gniew. Nagle ponad wszystko zapragnął coś zrobić Applegate'owi. Chciał tego od wielu lat, ale teraz było już za późno. Applegate stał się jedynie głosem w telefonie.
W dół, w dół, w dół...
***
Później, jakby wreszcie uświadomili sobie grozę swojego położenia, dwaj mężczyźni zaczęli krzyczeć. W koszmarnej wizji Hollis ujrzał jednego z nich szybującego w pobliżu, wrzeszczącego bez opamiętania.
-?Przestań!
Mężczyzna znalazł się niemal w zasięgu jego rąk; wciąż wrzeszczał jak potępieniec. Nigdy nie umilknie. Będzie wydzierał się przez milion mil, dopóki pozostanie w zasięgu radia, przeszkadzając im wszystkim, uniemożliwiając jakąkolwiek rozmowę.
Hollis wyciągnął rękę. Tak będzie najlepiej. Z pewnym wysiłkiem chwycił kostkę mężczyzny i podciągnął się. Tamten krzyczał i szarpał się rozpaczliwie niczym tonący pływak. Jego wrzask wypełniał wszechświat.
Tak czy inaczej, pomyślał Hollis, zginie, zabity przez Księżyc, Ziemię czy meteor. Czemu więc nie teraz?
Żelazną pięścią strzaskał szklaną maskę tamtego. Krzyki ucichły. Odepchnął się od trupa i spadał dalej, pozwalając, by ciało bezwładnie szybowało.
W dół i w dół. Hollis i pozostali spadali w głęboką, nieskończoną, wirującą otchłań ciszy.
-?Hollis, jesteś tam?
Nie odpowiedział, poczuł jednak gorąco napływającej do twarzy krwi.
-?Tu znów Applegate.
-?W porządku, Applegate.
-?Pogadajmy. Nie mamy nic innego do roboty.
W tym momencie włączył się kapitan.
-?Wystarczy. Musimy znaleźć jakieś wyjście.
-?Może byś się zamknął? -?rzucił Applegate.
-?Co takiego?
-?Słyszałeś, kapitanie. Nie próbuj mnie zastraszyć. Dzieli nas dziesięć tysięcy mil i nie mamy się co oszukiwać. Jak to określił Stimson, jest tak daleko na dół.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki