- I to jest, jak dotąd, ostatnia wiadomość, którą wysłał do pani? - zapytał detektyw Dariusz Dark, odkładając pognieciony wydruk na biurko.
- Tak - potwierdziła Klaudia niepewnym głosem. Niepokój swawolnie odbijał się w jej słowach. - Rano przed wyjściem sprawdzałam jeszcze pocztę. Zresztą nigdy nie pisze częściej niż raz w tygodniu.
- Czy uściślił może, skąd wysyła tego maila? Podał miasto lub chociażby kraj?
- Nie, nie napisał. Wcześniej podpisywał listy, na przykład: New Jersey i data; wie pan, jak w wierszach. Ale teraz już tego nie robi.
To porównanie go nieco uspokoiło. Świadczyło bowiem o tym, że mimo olbrzymiej desperacji klientka zachowała tę resztkę zdrowego rozsądku, bez której skuteczna współpraca, i - co za tym idzie - udane śledztwo, napotykałaby na wiele niepotrzebnych utrudnień.
- Widocznie uznał - ciągnęła Klaudia - takie szczegóły za zbyteczne, skoro zmienia państwa i kontynenty tak często, że budzi się w Los Angeles, a kolację je w Tokio.
- Zbyteczne szczegóły to dla mnie oksymoron - uśmiechnął się Dariusz. - Szkoda, że nie dzielił się z panią takimi informacjami. Nocuje tylko w hotelach czy czasami zatrzymuje się również u znajomych?
- Wyłącznie w hotelach - odparła Klaudia, lekko zdziwiona pytaniem. - Nie chce w to nikogo wciągać. Zwłaszcza przyjaciół. To chyba zrozumiałe, nieprawdaż?
- Prawdaż. Czyli ma przyjaciół?
- No tak... - Znów była zaskoczona, ale inaczej: zwolniła tempo mówienia, jakby poddając się przeciwnikowi w nierównej walce. - Jak każdy chyba.
- Ciężko mi powiedzieć, bo ja osobiście nie mam.
Spodziewała się, że detektyw trochę posmutnieje po tych słowach, ale nie. Samotny i dumny twardziel z czarnego kryminału.
- Rzućmy więc okiem na to, co mamy - zaproponował. - Mamy młodego mężczyznę, którego nagle, ni z tego, ni z owego, zaczynają nawiedzać nieznani mu osobnicy. Po prostu przychodzą i go porywają. Nie że jakoś gwałtownie, choć zdarza się, że bywają brutalni. Ostatnio, jak wynika z listu, coraz częściej.
- Bo nie ma już siły stawiać im oporu.
- Dokładnie. Faktem jest także to, że zawsze go usypiają. A to wsypują coś do napoju, a to posługują się strzykawką. Jednym słowem, zależy im na tym, by na jakiś czas stracił przytomność. Co się dzieje w tym czasie - oto kluczowe pytanie.
Ten wniosek wydał się Klaudii zbyt oczywisty, by zareagować na niego inaczej niż zwykłym kiwnięciem głowy.
- Przepraszam, że o to zapytam, ale muszę. Jak pani sądzi, czy pani narzeczony może się jeszcze komuś zwierzać ze swojego nieszczęścia? Czy też jest pani pewna, że nikt poza panią o tym nie wie?
- Ma pan na myśli inną kobietę? - zapytała Klaudia, mniej przejęta tym założeniem, niż można było oczekiwać. - Nic mi o tym nie wiadomo. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale nie jestem też naiwna i wiem, jak bezwzględne potrafi nieraz być życie. Dlatego nie można niczego wykluczać.
- Prawdziwie detektywistyczne myślenie - pogratulował jej Dariusz i od razu pożałował, że wygłosił ten komplement, gdyż twarz kobiety w jednej chwili spoważniała, a chłodny, nieufny wzrok powędrował w dół, na kolorowy japoński dywan.
- Zapewniam pana, że w tej chwili interesuje mnie tylko to, jak ochronić Tomka przed złem. Kocham go i chcę, aby żył. Nawet jeżeli nie jest mi wierny. Chciałabym też wiedzieć, o co chodzi w tej całej historii, bo nie zmyślił jej przecież po to, by móc mnie zdradzać! - Nutki niezadowolenia w jej głosie pobrzmiewały coraz wyraźniej.
- Droga Pani, nie posunąłem się w swoich podejrzeniach aż tak daleko. Chciałem jedynie ustalić, czy jest może jakieś inne źródło, z którego też mógłbym czerpać informacje o tej sprawie. Ktoś, kto wie o tym wszystkim więcej od nas. Wspomniała pani, że Tomek ma przyjaciół - skierował rozmowę na osoby neutralne. - Może któryś z nich?
Na szczęście, połknął podstępne "albo któraś", nim zdążył je wymówić. Miał zresztą przeczucie, że autor maila rzeczywiście nie oszukuje swojej wybranki.
- Nie wiem, czy znam wszystkich jego znajomych, lecz co do przyjaciół... Hm... Jest taki Wojtek, z którym znają się od podstawówki, ale Tomek zawsze twierdził, że łączy ich głównie podobne poczucie humoru, więc wątpię, by zwrócił się do niego w tak poważnej sytuacji. Jeżeli już, to szukałby pomocy u tego profesora...
- Profesora?
- Tak, profesor Zieliński, przekochany człowiek. Ale ma siedemdziesiąt sześć lat, od dawna jest na emeryturze i nie korzysta z Internetu. Tomek musiałby do niego pójść osobiście, a to byłoby zbyt ryzykowne. Wygląda na to, że jest bezustannie śledzony.
- Mógł napisać tradycyjny list. Albo zatelefonować...
- Mało prawdopodobne. Myślę, że bałby się tak postąpić. Co, gdyby napadli go po drodze na pocztę i wyrwali kopertę? Znając adres profesora, mogliby zrobić mu jakąś krzywdę lub nawet usunąć dla pewności.
- Rozumiem. Skąd pani narzeczony go zna?
- Był promotorem Tomka.
- Promotorem...
- Pracy doktorskiej. Obronił się bardzo wcześnie, jeszcze przed trzydziestką. To było ponad dziesięć lat temu.
- Co studiował?
- Najpierw reżyserię. Tomek to urodzony filmowiec. Myśli obrazami. Ale niestety musiał porzucić te marzenia. Ciężko się przebić w tej branży.
- Nie wątpię.
- Dlatego zrobił w Toruniu doktorat z polonistyki. U profesora Zielińskiego.
- Musi to być niezły cios dla niespełnionego reżysera, kiedy ktoś próbuje reżyserować jego życie - wtrącił Dariusz, spoglądając na półkę z płytami DVD.
- Pan jest prywatnym detektywem czy eseistą? - Patrzyła Dariuszowi prosto w oczy spojrzeniem, w którym rozpacz nieudolnie chowała się za kurtyną zarzutu. - Rozmawiamy już ponad pół godziny, a wciąż nie wiem, czy weźmie się pan za tę sprawę. Bo jeśli tak, to nie wolno zwlekać.
- Jasne, że się wezmę - odpowiedział Dariusz z wesołą gotowością, jak gdyby chodziło o naprawę prysznica lub zamka. - A z tym eseistą to pani prawie trafiła.